Dziś jestem zmęczona i pobolewa mnie kolano. Sama, nie chwaląc się, tom sprawiła poczynaniem swoim. Ale nie żałuję. Za bardzo.
Rano porowerowałam na wizytę do VDAB (biura pracy). To tylko kilkanaście kilometrów, ale potem postanowiłam wrócić drogą, którą jeszcze nie jechałam, co dodało parę metrów, ale potem pojechałam na skróty. Które były zamkniętę ha ha ha. Dzięki czemu mogłam zrobić dodatkowe kółko. Wróciłam do domu zmęczona i pobolewającym kolanem, ale Młody chwilę potem oznajmił, że się nudzi, więc wzięliśmy naszą NOWĄ piłkę do kosza i pokręciliśmy na plac zabaw, gdzie jest kosz, by se porzucać. Zabawa była przednia, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wpłynęło dobrze na ani na zmęczenie, ani na kolano. No więc potem siedziałam już na dupie i czytałam grzecznie książkę. Teraz przypomniałam sobie, że miałam stuknąć słów parę w pamiętniku, no to stukam...
| Riko |
W VDAB poznałam nową osobę. Starszą i sympatyczną panią. Powiedziała, że tamta od teggo całego profilowania do niej dzwoniła i że jej nadmieniła, że ponoc chcę iść do pracy, ale coś nie za bogato jest z moim zdrowiem i że prawdopodobnie nie nadaję się na chwile obecną do ergularnej pracy i że potrzebuję pracy w zakładzie pracy chronionej. No tak coś w ten deseń - odparłam i dalej sobie na ten temat i każdy inny trochę pogadałyśmy. Dość rzec, że stanęło na tym, iż mam się udać do swojej onkolog, ewentualnie od biedy do lekarza rodzinnego, by mi papiery wypełnili, aby biuro pracy mogło sporządzić protokół, dzięki któremu mogłabym starać się o przyjęcie do zakładu pracy chronionej. Tyle tylko, że ponoć nie ma za wiele wakatów, ale co jakiś czas coś się pojawia, więc teoretycznie jest możliwe, że znajdę gdzieś miejsce...
Pożyjemy zobaczymy. Do tej profilerki mam nadal chodzić... Tak powiedziała. Że mogę. Nie wiem tylko po co, no ale dobra, niech im będzie... W ogóle to wszystko jest jakieś od dupy strony i totalnie nielogiczne.
Parę dni wcześniej byłam bowiem w tym potencjanym zakładzie pracy chronionej, do którego wysłała mnie profilerka. Ona mówiła o jakimś stażu co to 5 razy na miesiąc się chodzi... Ale ta babka w owym zakładzie pracy chronionej (biologiczne gospodarstwo) po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu wszystkiego o tym gospodarstwie, zasugerowała mi jakiś AMA-staż, gdzie z kolei minimum 12 godzin na tydzień się pracuje za friko i o który to staż mogę się ubiegać w VDAB. Dodała, że ten staż mogę robić też w innych zakładach pracy wcale niekoniecznie chronionej, znaczy zwykłych. Podczas tego stażu są co jakis czas ewaluacje i po jakimś czasie oceniaja, czy delikwent nadaje się już na normalny rynek pracy, czy też tylko do pracy chronionej. Czyli to jakby droga do zakładu pracy chronionej.
No ale na wizycie w VDAB okazało się, że jest możliwa droga bezpośrednia, na skróty, dzięki oświadczeniom specjalistów i ich protokołom. Wiecie co? Ochujeć idzie od tego! Ja już w ogóle nie wiem, o co chodzi. Co do czego ani po co. Całkowicie mi się wsio poplątało. Gdyby dziś ktoś kazał mi to wszystko opisać, nie podołałabym. Ja już nic nie wiem.
W międzyczasie dzwonił też z biura pracy asystent Najstarszej no i ja mu powiedziałam (bo córka nie rozmawia z obcymi przez telefon), że znalazłyśmy fajne gospodrarstwo biologiczne, gdzie córka bardzo by chciała pracować haha. No nie chwaliłam się, że to mnie tam wysłano. Po co mu takie informacje. W gospodarstwie jednak powiedziałam, że córka też mogła by być zainteresowana...
To gospodarstwo wydało mi się badzo fajne i akuratne dla córki. No i on wypełnił (W KOŃCU!) formularz i wysłał. Chwilę później dzwonił do mnie, że odpowiedzieli i by zapytać, czy może podać im dane mojej córki. Babka ma zadzwonić do nas, by umówić się z córką na rozmowę wstępną i by pokazać jej to całe gospodarstwo. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy w ogóle cokolwiek.
Szczerze mówiąc to ja już mam serdecznie dość tego "szukania pracy" i żałuję, że w ogóle mi taki pomysł do głowy przyszedł. NO MAM DOŚĆ. Jestem tym zmęczona. Zaczynam to olewać wszystko, robić se podśmiechujki i patrzeć przez palce. No bo to sa jakieś jaja.
Zaczynam też coraz bardziej rozumieć tych ludzi co 10 czy 20 lat szukali pracy i nigdy nie znaleźli. I nie długo chyba będę musieć odszczekać to wszystko, co złego o nich powiedziałam.
Przecież to jest jakiś kurwa absurd jak oni "pomagają" tutaj w tym kraju znaleźć człowiekowi niepełnosprawnemu pracę. Kurde, jest tutaj na prawdę dużo możliwości, kupę fantastycznych rozwiązań, ale ta biurokracja to jest jakieś nieporozumienie. Za dużo ludzi zajmuje sie tu jednym i tym samym. Oni sobie ciągle wszyscy wzajemnie włażą w drogę i przeszkadzają. Przeganiają człowieka od urzędu do urzędu, od miasta do miasta. Umawiają spotkania, które nic nie wnoszą, gdzie sprawę można by załatwić na sms czy mejla bez fatygowania sie po 15km i marnowania własnego czasu i pieniędzy podatników. Ten system jest chory. Chory i strasznie męczący. Dlatego mam już dość. Nie robię sobie już żadnych nadziei i w ogóle olewam to cienkim sikiem. Kurde, ja się uważam za osobę w miarę rozgarnietrą, ale oni ze mnie już toralnego debila zrobili. Ja już zaczęłam wątpić totalnie w swój rozum i siebie samą. A gdzie w tym burdelu - bo to jest BURDEL - ma się niby odnaleźć osoba która słabiej sobie radzi, która ma problemy mentalne, takie czy inne ograniczenia czy słabości. Toż to trza mieć końskie zdrowie, nadludzką cierpliwość i ogólnie być bardzo zmotywowanym no i przede wszystkim bardzo zaradnym. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Od tej ich "pomocy" można wylądować u psychiatry z poważnymi problemami.
Dobrze, że upał choć zelżał i można normalnie żyć. Odsypiam teraz upalne noce, kiedy to oka nie szło zmrużyć, a nawet jak spałam to w ogóle nie odpoczywałam. Dwa dni z tego tygodnia spędziłam w łóżku. O ile zwykle nie mam zwyczaju spać w dzień, bo nie potrafię zasnąć, tak jednego dni mi się to udało. Drugiego po prostu leżałam i czilowałam bombę. Odpoczywałam, ale jeszcze nie odpoczęłam i nie odespałam. Jestem zmęczona, ale próbuję żyć. W środę wzięłam znowu Decapeptyl, co nie polepszyło sprawy. Wręcz przeciwnie.
We wtorek Młody po raz ostatni w tym roku szkolnym odwiedził szkołę i dostał jakiś odpowiednik raportu, tyle że bez punktów. Teraz juz ma wakacje. Ja nagrałam wideo o belgijskiej szkole, co możecie sobie zobaczyć, gdyby się wam chciało. Następne będzie podsumowaniem roku w epickiej szkole. Zapytałam bowiem Młodego, czy ma już to życie ustawione czy nie... On chętnie poodpowiada na moje pytania, ale nie przed kamerą, więc będę sama musieć złożyć to znowu w opowieść, ale sama jestem ciekawa jego opowieści... Dla tych, co nie czytali wpisów sprzed roku, powiem co co chodzi z tym ustawionym życiem.
Pod koniec zeszłego roku szkolnego zdecydowaliśmy, że szukamy nowej szkoły. Ja przypadkiem trafiłam w necie na TĘ SZKOŁĘ i Młody obejrzawszy wideo promocyjne, stwierdził, że chce chodzić do takiej szkoły i że mam go zgłosić na listę oczekujących, a potem dodał, że jak go przyjmą, to ma już ustawione życie. Przyjęli go. Właśnie zakończył pierwszy rok... Czy ma ustawione życie? O tym będzie na YT za tydzień. Albo dwa.
Póki co macie tu wideo o szkole belgijskiej jako takiej. Używałam nowej apki do tworzenia tego wideo, bo cap-cut mnie już wkurzył. Moja menagerka (czytaj: Młoda) pouczyła mnie, że cap-cutem to teraz sztuczna inteligencja dowodzi i że wszyscy na to narzekają i odchodzą. Znalazła dla mnie apkę VLLO, że ponoć ludzkość teraz tej właśnie często używa. To był test. Na razie jestem zadowolona. Kupiłam abonament na rok. Bo był tani. Ma też dużo funkcji i łatwo się obsługuje. Wideo nagrywam i składam w swoim Iphone16. Myślałam, że będzie trudniej i że bez kompa się nie da, ale ten telefon spokojnie daje rady. Gorzej jest z naszym belgijskim internetem To jest dopiero żenada. W niektóre dni jest kiepski, w inne nie ma wcale, a 7 dych co miesiąc się płaci. Czasem szlag bierze.
Niezłą mam zabawę z tym nagrywaniem. Zainteresowanie raczej marne, póki co, ale od AI już wiem, co robię źle i jak powinnam to robić, by było lepiej. Chleba z tego nie będzie, ale póki co się dobrze bawię. Mogę się wreszcie wygadać, powydurniać i porżnąć filozofa. Choć nie ukrywam, że mam dużo chwil zwątpienia, kiedy to się zastanawiam intensywnie, czy usunąć w cholerę ten kanał i zająć się czymś pożyteczniejszym, jak np gotowanie, sprzątanie czy choćby czytanie książek. Potem znowu dochodzę do wniosku, że cóż innego mi w tym życiu na tę chwilę pozostało? Nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam zdrowia, nie mam pracy, nie mam z kim pogadać, nie mam nic konstruktywnego do roboty, nie mam pieniędzy na podróże, ani na żadne inne drogie hobby to choć się powygłupiam przez chwilę, dopóki mi się nie znudzi...
| Krystyna |
Odwiedziłam pobliskie Grimbergen, gdzie odkryłam, że oni tam mają trzy działające młyny. Prezentacja młynów odbywa się w każdą pierwszą niedzielę w sezonie od kwietnia do września w godzinach 14-17, na którą to atrakcje zamierzamy się wybrać. Koło młyna wodnego Tommermolen, można zobaczyć też stary piec chlebowy, młyn konny oraz jakiś zmyślny przenośny dźwig. Obok jest też restauracja, gdzie można się posilić i napić piwka z lokalnego mini browaru Grimbergen. Ten z kolei znajduje się w starym opactwie i jego symbolem jest feniks.
| jakaś interesująca ruina w remoncie |
| działający młyn wodny Tommenmolen w Grimbergen |
| po lewej młyn, po prawej restaurcja, a z przodu młyn konny |
| stary dźwig |
| młyn konny Rosmolen w Grimbergen |
| druga strona młyna |
| jakieś resztki jakiegoś domu |
| działająca pompa wodna |
| zabudowa młyna Liermolen |
| Lirrmolen w Grimbergen |
| działający młyn Liermolen w Grimbergen |