Piątek się pojawił w kalendarzu, poraz zatem wystukać cotygodniowe sprawozdanie z minionych dni. To był dobry tydzień. Do gorąca już się chyba przyzwyczaiłam i nawet o tym za często nie myślę.
Susza trwająca od 2 miesięcy jednak coraz bardziej i bardziej niepokoi zwłaszca przy tych utrzymujących sie nieprzerwanie wysokich temperaturach i wietrze. Patrząc na okoliczne uprawy, stwierdzam, że kiepsko to wygląda. Nie dawno czytałam, że rolnicy spodziewają się nawet 40% mniejszych plonów ziemniaków. Zbiory zielonego groszku były tu i ówdzie nawet 80% mniejsze, niż przeciętne. Poza tym kiepsko jest też z kukurydzą. Ale też kapusta, por, kalafior, buraki nie rokują najlepiej. Nie dość, że susza , to rząd wprowadził zakaz pompowania wody z rzek i kanałów, co jest oczywiście konsekwencją utrzymującej się suszy, ale dla rolników to podwójny cios. Żeby było ciekawiej, to coraz trudniej dostać w Belgii zezwolenie na korzystanie z wód gruntowych, czyli wykopanie studni, a z tego co sąsiedzi mówili, to już wcześniej nie było łatwo. Jest coraz drożej i coraz bardziej skomplikowana procedura. Rolnicy mówią, że najpierw trzeba wykazać, że wszystkie inne alternatywne źródła pobierania wody już zostały sprawdzone i akurat taka woda jest potrzebna. Jako alternatywę (szczególnie dla szklarni) radzi się tu rolnikom korzystanie z wody recyklingu, czyli np oczyszczanej wody z przemysłu spożywczego oraz z deszczówki.
kukurydza
buraki
Sama nie jestem rolnikiem, ale na farmie się wychowałam, no i było nie było na wsi mieszkam, to i zwracam uwagę na to, co się na polach wokół mnie dzieje i wiem, co to oznacza, gdy zbiory szlag trafi, co to oznacza jak nie krowom dać żreć. Wiem też, co to oznaczać może w dalszej konsekwencji dla mnie i pozostałych ludzi, a że susza i upały dotykają większej ilości krajów Europy, to należy się spodziewać, że za jakiś czas nasze portfele też to poczują...
Poza tym zwyczajnie wkurza mnie ta susza, bo nie mamy już od dawna świeżej trawy dla świnek, a trawa to po pierwsze dla nich smakołyk, a po drugie darmowe żarcie. Jak nie mają trawy, wpieprzają więcej siana i suchej karmy, a w ostatnich latach to też piekielnie podrożało i ani jedno, ani drugie dziś do tanich rzeczy nie należy. Kury też nie mają już za bardzo co podziobać, a one też bardzo lubią trawę. Podlewam dla nich czasem trawę za płotem, więc jakieś ogryzki zielone jeszcze tam znajdują, ale Panie, w normalnych okolicznościach, to w tym kraju trawę kosiło się co 2 tygodnie, nawet na tej naszej drodze, bo rosła w oczach, a w tym roku jeszcze ani razu nie było koszone, bo nie ma co. Raz wycięłam nożyczkami pędy kwiatowe, by kurom było lepiej dziobać, ale ona nic a nic nie rośnie. W większej po prostu wyschła na wiór i została goła ziemia. Robaka też ciężko znaleźć, bo albo pochowały się głęboko, albo zdechły...
Dzikie zwierzęta też mają ciężko i częściej umierają z pragnienia, gorąca i głodu. U knajpie u kur stołuje się rodzinka wróbli, ale tylko jedno wróblątko z nimi przylatuje. Ostatnio też dwa piękne gołębie grzywacze przylatują na pszenicę i na wodę.
Zastanawia mnie jednak znowu stan umysłu co niektórych ludzi... Bo ja się przyglądam światu i ludzkim poczynaniom i moj mózg zwyczajnie tego nie ogarnia...
Jest susza, trawa nie rośnie, a tymczasem w wielu ogrodach jeżdżą non stop roboty-kosiarki, te takie roomby ogrodowe, mordercy jeży i innego żywego stworzenia. Inni znowu co jakiś czas koszą normalnymi kosiarkami... Co trzeba mieć we łbie, by wiedząc, że nadchodzą (albo co lepiej TRWAJĄ) upały, że nadchodzi (albo co lepiej TRWA) susza, wyjąć kosiarkę i wypierdolić własny trawnik przed własnym domem i za domem na kilka milimetrów. Zwłaszcza jeśli na nim już trawy praktycznie nie ma, bo uschła. To nie jest już pierwszy rok z takim gorącem. Już od lat telewizory i radia kłapią, że się klimat zmienia, że lepiej nie kosić trawy, żeby wręcz siać kwiaty dla owadów i sadzić krzaki dla jeży i innych małych stworzonek, by sadzić drzewa dla cienia itd itp, ale do pustych łbów nie dociara nic, bo jak ojciec kosili co 2 tygodnie, 7 lat temu kosiło się co 2 tygodnie, 5 lat temu kosiło się co dwa tygodnie, to dziś, bez względu na to, czy jest trawa, czy jej nie ma, trzeba kosić co 2 tygodnie, trzeba kupić robota, bo sąsiad ma robota, a jak sąsiad kosi, to też trzeba kosić, jak sąsiad przyciął żywopłot, trza tego samego dnia przycinać żywopłot, jak siąsiad wyjebał wszystkie dzrzewa koło domu, trza też wyjebać wszystkie drzewa koło domu i wygolić ziemię do łysa, a potem postawić na tym pustym polu jakiś wielki głaz. Można też plastikową trawę i dopiero na tym głaz. Teraz jak przejdziesz po flamandzkich wsiach to widzisz wszędzie tylko żółte łyse podwórka. Oczywiście, że przy takiej suszy i takim upale to czy kosisz, czy nie kosisz teraz już masz żółto, ale trawa wyższa przetrwa o wiele dłużej zielona, niż wygolona, a nawet jak jest sucha, to tworzy warstwę ochronną, pod którą kryją się owady. Jak masz krzaki, to pod nimi też toczy się życie i ukrywa się chłód. Jak masz wysokie drzewa, masz cień. Jak są to drzewa owocowe, to przy okazji coś ci na nich wyrośnie... Ale nie, my tu rodzinnie poczyniliśmy takie obserwacje, że Belgowie to oni nie uznają owoców z własnych drzew i krzewów. Widujemy u wielu jeszcze ludzi stare jabłonie, grusze, orzechy, które to drzewa rodzą czasem mnóstwo owoców. Te owoce spadają i gniją i nikt się po to nie schyli, a właściciel drzew jedzie do sklepu i kupuje te same owoce, tylko 24 razy do roku pryskane jakim tylko syfem, bo woli zapłacić, niż podnieść z ziemi i umyć. Moim dzieciom w głowie się nie może pomieścic, że ludzie mają ogromne ogrody i nie mają w nich ani malin, ani porzeczek, ani agrestu, ani ładnych krzewów, nie mówiąc o jabłoni czy wiśni. Nam się ciągle marzy dom z hektarowym ogrodem, by właśnie mieć swoje warzywa i owoce oraz więcej kur no i dużo kwiatów, dużo drzew, dużo krzewów...
Pomarzyć dobra rzecz. Szczególnie w wakacje :-)
W zeszły weekend wybrałam się z córkami do Antwerpii, gdzie obejrzałyśmy w końcu wystawę nt sztuk walki w Muzeum MAS. Potem poszłyśmy na lody miętowe i lawendowe na rynek, a następnie na kolorową matchę. O tej wycieczce jest wideo na YT, więc tylko wrzucę parę fotek na pamiątkę.
muzeum MAS
rynek
rynek
lody
matcha
W tym tygodniu trochę porowerowałam i trochę pomaszerowałam. Jednego bardzo gorącego dnia, bo było jakieś 35 stopni, przeszłam około 10 km. Spora część trasy wiodła przez lasek, ale zaliczyłam też niezły kawał na patelni, znaczy drogą asfaltową bez jednego chociażby drzewa po drodze, bo po co by kto sadził drzewa przy drodze... ech.
jakaś kapliczka przydrożna
pomnik zimorodka
leśna ścieżka
kalina koralowa
jakaś zapomniana kapliczka
ta sama kapliczka tylko z bliższa
część dawnego zamku, w którym bodajże jakaś baba Rubensa kiedyś mieszkała
"patelnia" i zeschłe pastwiska
pastwiska w czasie suszy
plebania :-)
widok z lasu na opactwo
czapla spotkana na wycieczce
Zrobię z tego marszu prawdopodbnie video na YT, bo nagrywałam po kawałku tu i ówdzie, to se zobaczycie, jak będziecie chcieli... Więcej zdjęć będzie na końcu wpisu. Chwilę siedziałam w cieniu nad kanałem, ale wtedy wypiłam resztę wody i drogę powrotną musiałam odbyć o suchym pysku. Miałam ze sobą pół litry wody i 300ml soku pomarańczowego, ale to było o wiele za mało. Liczyłam, że po drodze będzie jaka fryciarnia, czy knajpa, ale się przeliczyłam. Znaczy być to były, ino zamknięte, bo w Belgii to jest taki problem, że tego typu przybytki otwierają się przeważnie dopiero koło 17 godziny. Po drodze zjadałam trochę jeżyn i czarnych porzeczek (ale były słodkie i soczyste mniam) i w tym momenccie to nawet byłam wdzięczna, że Belgowie tego nie zbierają.
most Verbrande Brug
kanał Bruksela-Skalda
W końcu doszłam do knajpy w młynie, koło której zaczynałam marsz, a tam jest otwarte cały dzien i se zamówiłam pół litry wody, a do tego piwerko owocowe i naleśniki z lodami i roztopioną czekoladą, bo uznałam, że zasłużyłam na nagrodę ze przejście tylu kilosów w taki skwar haha. Jak tam siedziałam, zadzwoniła Najstarsza, by się zapytać coś na temat autobusu, a ja jej na to, że ja ciągle też jestem na tej wsi, no to po paru minutach dołączyła do mnie i też ze zamówiła naleśniki, tyle że z jabłkami i lodami oraz piwerko jasne. To był bowiem pierwszy dzień jej stażu, przeto i ona zasłużyła na naleśniki z lodami i browara. Dlatego też akurat ten dzień wybrałam na marsz. Po prostu pojechałam z nią tego pierwszego dnia autobusem, żeby jej było raźniej. Wszak nie mam nic lepszego do roboty, to mogę sobie na to pozwolić, a przy okazji postanowaiłam spróbować przejść tę trasę, którą sobie wsześniej zaplanowałam palcem po mapie... No i przeszłam. Było super mimo gorąca. Nie spieszyłam się, przysiadałam, gdzie się tylko dało, popiajałam wodę, dopóki mi się nie skończyła. Napawałam się tym co widziałam po drodze, a było to bardzo ładne miejsce.
Pierwsze wrażenia ze stażu zdają się być bardzo pozytywne. Córa mówi, że bardzo fajni ludzie tam pracują, a zajęcia dostawała różne. Pierwszy dzień oczywiście trochę się stresowała, jak to w pierwsze dni, ale potem już było wporząsiu. Po trzech 4-godzinnych dniach pracy jest zadowolona i każdego dnia wracała z uśmiechem. Przeto i ja się cieszę. Dobrze i cztery tygdonie coś porobić, a nie tylko zbijać bąki w domu.
Tymczasem ja wróciwszy do domu z marszu w taki skwar, pomyślałam sobie znowu, że nawet łatwo mi to poszło i że świetnie się czuję, więc może mi się już poprawiło, może ja wcale nie czuję się tak źle, jak tutaj i tam opowiadam, może mnie się tylko wydaje, że nie dałabym rady pracować, skoro 4 godziny łaziłam w taki skwar i nic mi nie jest... Znowu zaczęłam robić sobie wyrzuty, że zwyczajnie się rozleniwiłam po prostu... I tak jest cały czas przez ostatnie lata. Ciągle mam wątpliwości, ciągle nie wiem, czy wystarczy żebym się zabrała za siebie i wzięła do roboty, a by się w końcu udało, czy jednak mogę co prawda raz na jakiś czas coś zrobić, ale na dłuższą metę ten motor nie pojedzie...
No i tak, zmęczenie aktywowało się dopiero po nocy i czułam je przez cały dzień, a potem jeszcze przez kolejny. Rano z wielkim bólem kolan i kostek schodziłam po schodach i przez cały dzień mnie coś pobolewało w nogach tu i tam. Łapały mnie też skurcze w klatę, w miejsce po cycku, co już w ogóle zdaje się nie mieć sensu, bo co mają żebra do chodzenia...? No dobra, z patykiem chodziłam, ale nadal dziwne... No i daje do myślenia, że to wszystko nie jest takie proste. To nie jest świat zero-jedynkowy, tylko cholernie skomlikowany i wkurzający.
W czwartek z kolei naszło mnie pojechać do Appels koło Dendermonde, bo w necie znalazłam tam interesującą trasę marszową z moimi ulubionymi vlonderpadami, czyli drewnianymi pomostami tworzonymi często na trasach po terenach podmokłych, a ja mam jakąś niezdrową obsesję na punkcie tych drewnianych ścieżek. No uwielbiam je! A tam oprócz tego, jeszcze tratwa na sznurek jest, co już w ogóle szaleństwo dla małej dziewczynki, jaką ciągle gdzieś tam w środku jestem. Trasa sama w sobie ma mniej niż 3km, ale jakoś trzeba się do niej dostać. Ja wybrałam rower, bo to tylko około 20 km. W jedną stronę, ale potem jeszcze trzeba było wrócić do domu... Wróciłam bez większego problemu, choć pod koniec na ostatnich kilometrach już nogi nie chciały nogować. Fajnie było. Dużą satysfakcję miałam z tej wycieczki. Takie akcje mają bardzo, ale to bardzo pozytywny wpływ na moje samopoczucie, choć fizycznie są męczące. Jednak, w czym mnie to przeszkadza? Ja nic w tym momencie przecież nie muszę. Mogę sobie zatem spokojne pozwalać na takie wycieńczające zabawy, a potem przez kolejne dni zwyczajnie odpoczywać w domu.
kapliczka
"vlonderpad"
prom przez Skaldę
święta Teresa w przydrożnej kapliczce w Appels
mieszkanie ze starego wiatraka
Dendermonde
W końcu przestałam czekać i liczyć na innych, że ze mną gdzieś pójdą. Zawsze proponuję wspólną zabawę ale już się nie przejmuję, gdy nikt na nią nie reflekruje, tylko idę sama. Wiele czasu zmarnowałam oglądając się na innych. Tyle miejsc mogłam zobaczyć, tyle tras przemaszerować, tyle miejsc odwiedzić, ale ciągle jak ta głupia czekałam, że ktoś ze mną pójdzie, pojedzie, bo jakoś tak mi się uwidziało, że jako żona i matka nie mogę sama iść się bawić w swoje zabawy, tylko zawsze muszę zabierać dzieci i ogólnie, że skoro jesteśmy rodziną, to wszystko powinniśmy robić razem. Nie wiem, skąd mi się takie chore przekonanie wzięło, ale towarzyszyło mi zbyt dlugo i jeszcze czasem gdzies tak z tyłu głowy mi to siedzi i blokuje... W końcu dotarłam jednak do tego etapu, że przestałam probować uszczęśliwiać innych na siłę. Żeby nie powiedzieć, zaczęłam ich mieć w dupie...
Potrzebowałam lat, by zrozumieć, że wcale nie muszę wciąż zapewniać dzieciom rozrywki i na każdym kroku dostosowywać się do potrzeb i zainteresowań innych, a że mogę czasem zrobić coś zwyczajnie tylko i wyłącznie sama dla siebie i swojej przyjemności. Chciałam jeszcze napisać, że zaakceptowałam też fakt, że dzieci nie podzielają moich wszystkich zainteresowań i chęci, ale nie, bo to jest mi bardzo ciężko zaakceptować... Teoretycznie jest to oczywiste i rozumiane samo przez się, ale w praktyce tak emocjonalnie takie rzeczy trudno jest mi ogarnąć.
Bo jak to może być, że moje własne dziecko, krew z mojej krwi tak bardzo ode mnie się różni, choć z drugiej strony tak bardzo jest do mnie podobne...?
Ja zawsze lubiłam włóczyć się po polach, lasach, lubiłam też wszelakiej maści wycieczki. Za moich młodych lat pojechanie na jakąś, jakąkolwiek - czy to bliską, czy daleką wycieczkę to było marzenie. Często nieosiągalne. Nie było nas stać, to po pierwsze. Po drugie rodzice mieli te durne krowy, kury, świnie, którymi trzeba było się zajmować w piątek świątek i niedzielę bez przerwy. Nigdy nie mieliśmy wakacji, jak teraz ludzie mają. No, ale jak już okazja się nadarzała, to ja zawsze byłam chętna. Kurde, dla mnie nawet wyjazd traktorem do młyna, by zmielić ziarno na mąkę, czy po węgiel albo nawozy to już była atrakcja nie lada. No i ile ja się sama i z bratem nałaziłam po lesie, ile się oszwendaliśmy po polach i nad rzeką... Ile żeśmy rowerem się natłukli po okolicy. W wieku nastoletnim będąc nie raz umyśleliśmy se wieczorem, że jedziemy do ruin zamku 15 km od domu i dup, jechaliśmy i wracaliśmy po 22 po ciemku. Jako młodzi dorośli od czasu do czasu łapaliśmy się też na wycieczkę organizowaną przez MOSiR w pobliskim mieście, gdzie całe dnie łaziło się z plecakiem po Bieszczadach czy innych tam ładnych górkach i dolinach.
Dość rzec, że mnie się zawsze chciało chcieć. Nie było czegoś takiego, że nie chce mi się iść na rower albo połazić po lesie, czy popływać w rzece, jeśli tylko woda była w miarę ciepła i w miarę czysta albo na sanki pójść zimą w największą piździawicę. No i te treningi sztuk walki, na które zaiwanialiśmy po 10 km rowerem w każdą pogodę 2 razy w tygodniu i po 2 godzinach intensywnego trenigu wracaliśmy tymi rowerami z uśmiechem na pyskach do domu. Wspominam też nasze klubowe tygodniowe obozy sztuk walki - 3 treningi dziennie, łącznie 5 godzin codziennie bez względu na pogodę, plus jeden trening niespodzianka w środku nocy. Mało jedzenia dużo ruchu i się chciało.
Pierwszy taki obóz miałam w Bieszczadach i mieliśmy wtedy z bratem bardzo mało pieniędzy, więc ostatnie dni nie mieliśmy nawet na chleb, przeto zjedliśmy zabrane z domu ciastka amoniaczki z pasztetem. Żeby było śmieszniej, miałam wtedy skręconą kostkę i to - taki niefart - na ostatnim treningu przed obozem. Na drugi dzień zrobiła się fioletowa i nie mogłam na niej stanąć, więc chodziłam cały dzień, by to trochę rozchodzić. Bolało jak szlag i tylko na palcach mogłam stanąć, ale przecież taka drobnostka mnie nie powstrzyma... Matka mnie komarkiem na dworzec zawiozła, bo bym chyba nie doszła 3 km, ale potem źle se wysiedliśmy i tak musieliśmy ze 3 kilosy przejść z tymi plecakami i ciężkim wojskowym namiotem... Brat i ja z tą skręconą kostką... Na poranny trening biegaliśmy też po ok 3 km na bosaka po asfalcie. Ja trochę biegałam kuśtykiem a trochę szłam, ale ani jednego treningu nie opuściłam, choc mogłam się trochę opitalać i nie musiałam oczywiście robić wszystkiego...
Tylko w góry wtedy nie poszłam, bo to już było niewykonalne, ale kurde jakoś się człowiekowi wtedy chciało. Młoda ma to coś, tylko że jej zdrowie bardzo utrudnia życie. Jej własne ciało częstokroć sabotuje jej plany i chęci. Dawniej walczyła z tym i bardzo źle się to skończyło. Nauczyła się respektować potrzeby swojego ciała i ja to też bardzo szanuję i popieram.
No i kurde, mnie nadal się chce łazić rowerować, zwiedzać, mimo że nie zawsze zdrowie mi sprzyja... nie muszę jechać nigdzie daleko, bo blisko też jest masę nieodktrytych miejsc do zobaczenia... Gdyby mnie było stać, jeździłabym też oczywiście i dalej, i jeszcze dalej, bo ja bym chętnie cały świat obejrzała, ale odkrywanie okolicy jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące. Nie mam jakiegoś pracia, że muszę gdzieś daleko jechać, skoro tu w pobliżu jeszcze tyle nieodkrytych terenów mam.
No ale to ja.
Małżonkowi też się chce, ale tylko łazić i to tylko koło domu. Chodzi codziennie po 7 do kilkunastu kilometrów - koło domu i sam, słuchając swojej ulubionej muzyki. Zdarzało mi się z nim pójść, ale ja nie lubię chodzić koło domu wciąż tymi samymi drogami, bo mnie to irytuje, a on z kolei nie lubi nigdzie jeździć. Tak samo jak Młody. No więc dupa blada. Nie dogadamy się. On jakoś nigdy nie lubił dalszych a już na pewno dłuższych wyjazdów, z wyjątkiem tych do Polski do rodziny, ale to właśnie do rodziny, do domu, czyli zupenie co innego...
No i czasem są takie dni, że nie mogę tego pojąć i ciężko mi to zaakceptować, że nie wszyscy są tacy jak ja i nie wszyscy chcą poznawać nowe ścieżki.
Pamiętam też, że wielu... chyba większość moich rówieśników ze wsi też nie miało nigdy chęci ani potrzeby chodzenia, rowerowania, robienia wszystkiemu zdjęć, zwiedzania... Nie, tamci to ino dyskoteka, festyn modne ciuchy, alkohol, fajki, płeć przeciwna... Czego ja z kolei nigdy nie rozumiałam i do dziś nie rozumiem... Moja Młodzież jest do mnie bardzo podobna, a jednak inna, no i to jest młodzież, moje dzieci...
Moja Najstarsza lubi maszerować i ona czasem ze mną maszeruje. Tylko chęciowo i zdrowotnie nie zawsze się idzie zgrać... Młoda nie ma zdrowia do maszerowania po nierównym terenie, a i pogoda bywa dla niej uciążliwa, no i zdrowie jej płata figle bardziej niż mnie - musi dostosowywać swoje chcenia do możliwości organizmu i pogody... ale lubimy wszystkie trzy łazić czasem po mieście, muzeach, kawiarniach, barach, parkach i to jest superowe, satysfakcjonujące, fantastyczne. Nie zawsze nas stać, ale jak uznamy że nas stać, to gdzieś jedziemy.
Młody nie lubi wychodzić z domu ani tym bardziej nigdzie jeździć daleko, ale lubi pójść sam w pojedynkę na rolki, rower, z aparatem po lesie się poszwendać przy domu. Czasem oglądamy razem film albo idziemy na boisko, a od czasu do czasu uda się go gdzieś wyciągnąć na dalszą wyprawę i zawsze jest super zabawa.
ja grająca z synem w kosza
Wszyscy czworo lubimy posiedzieć w internecie. Jako gówniara też dużo grałam w gry, mimo że internetu wtedy nie było. Młodzi dużo grają z różnymi ludźmi z całego świata i dużo gadają z nimi. Niektóre gry są naprawdę zajebiste, z tego co opowiadają i sama bym pograła, gdybym miała swój komputer. No ale i tak sporo czasu spędzam w sieci, czy to tutaj pisząc, czy te wszystkie social media.
Uważam, iż super jest, że każde z nas spędza czas tak jak lubi, że każdy robi to, na co ma ochotę w danym momencie i że są takie możliwości. Bardzo to doceniam i szanuję wolność wyboru każdego z nas, tylko strasznie dziwne dla mnie jest, że Młodemu nie chce się nigdzie jeździć, że nie chce chodzic do tych wszystkich fascynujących muzeów, zwiedzać tych wszystkich pięknych miejsc, które są dziś dla nas łatwo dostępne, a o których ja mogłam w jego wieku co najwyżej pomarzyć, ba, nawet nigdy nie słyszałam. Dziś wystarczy pójść na dworzec i wsiąść do pociągu i można jechać nad morze, w góry, czy nawet do Amsterdamu, Maastricht, Paryża, a wieczorem wrócić do domu... Tymczasem on wybiera siedzenie w domu i czasem nawet biadoli, że się nudzi i nie ma co robić... Jednak jego nie interesują za bardzo wycieczki. Nie lubi pociągów i autobusów ani tym bardziej siedzenia na dworcach.
Szanuję jego i dziewczyn wybory i do niczego ich nie zmuszam. To jest ich życie, oni sami najlepej wiedzą, czego potrzebują w tym momencie i na co mają ochotę, siły i z czym czują się dobrze. Wakacje są po to, by odpoczywać od szkoły, czy pracy. Każdy odpoczywa na swój sposób i to jest najlepsze. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie zwyczajnie po ludzku brakuje takiej bratniej duszy, z którą mogłabym spędzać czas wolny, tak jak ja lubię. Czasem dobrze jest pobyć samemu sam na sam ze samym sobą, ale gdy jest sie samemu ze sobą całymi godzinami dzień po dniu, zaczyna się dostawać korby...
No i też czasem zwiedzając nowe miejsca, zachwycając się przyrodą, zabytkami, muzeami i ogólnie światem człowiek chciałby tę radość móc z kimś dzielić...
No ale cóż, takie dziwne i niedostosowane istoty jak ja są skazane na samotne wędrówki, które same w sobie nie są złe, tylko czasem czuje się taką wielką pustkę. Przez większą część roku mnie ten stan samotności odpowiada, a nawet cieszy, ale bywają momenty, szczególnie właśnie takie letnie, wakacyjne, wesołe albo znowu trudniejsze i problematyczne, że czuję pewnien dyskomfort z tego tytułu.
Pisanie i nagrywanie tych wszystkich głupot to właśnie taka alternatywa i namiastka kontaków socjalnych, które mimo wszystko zdają sie dla mnie być jednak za trudne i zbyt skomplikowane. Z jednej strony ciągnie mnie do ludzi, chciałabym gdzieś przynależeć do jakiejś grupy społecznej, być akceptowaną, czuć się potrzebną i komuś bliską, z drugiej ludzie mnie irytują, chcę być sama i samej o swoim dniu i losie decydować, nie lubię, jak ludzie mi mówią, co mam robić i jak żyć, nie lubię sie do innych dostosowywać. Tak było zawsze, odkąd pamiętam, tak jest teraz i pewnie już zawsze będzie. Dziś przynajmniej wiem, że jestem autystyczna i że to jest normalny stan dla wielu normalych inaczej i że na świecie jest wiećej ludzu, którzy tak właśnie czują.
Tutaj zrobiłam se przerwę w pisaniu, a teraz jest niedziela rano i próbuję dokończyć ten wpis, skoro nie zdążyłam wtedy opublikować.
Wczoraj wybrałam się z Młodą do Mechelen. To był jej pomysł. Zapytała, czy wybiorę się z nią do parku Vrijbroekpark połazić i potem do księgarni i na lody do centrum. Postanowiłam się wybrać, ale zapytałam, czy na pewno chce łazić w taki gorąc po parku, bo ja to bym chciała się wybrać w końco do tego słynnego browaru w kościele, by skosztować tych ich piwerek i lemoniad... To niby te same okolice i jedno miejsce od drugiego tylko zed 3 km dzieli, jednak jak tak se na mapie wytyczyłam trasę od dworca, do praku, do browaru, poprzez centrum i spowrotem do dworca, to i komputer powiedział, że to 10 km. Dodać do tego łażenie po wielkim parku to wychodzi jakiś maraton, a ja jeszczde się po poprzdnich nie zregenerowałam.
Stanęło na tym, że weźmiemy rowery elektryczne i najsampier pojedziemy zobaczyć ten kościół, a potem pójdziemy na trasę w tamtej okolicy, bo i tam mają jakieś ładne - jak wynika z internetu - trasy marszowe nad wodą, a potem pokręcimy do centrum, a jak sił i czasu zostanie, możemy skoczyć do parku.
Przyjechałyśmy do kościoła, pozachwycałyśmy się surrealistycznym wnętrzem, a potem Młoda powiedziała, że zamawia zestaw testowy trzech piwerek po 100ml. No to ja powiedziałam, że w takim razie ja zamówię trzy inne "próbki". Do tego wzięłyśmy na spółkę nachosy... Po chwili kelner przyniósł 6 sklanek i ustawił je od najjaśniejszego do najciemniejszego piwa i zalecił, by właśnie w takiej kolejności je pić aby poczuć najlepsze smaki i aromaty. Tak właśnie zrobiłyśmy pijąc po pół szklanki z każdego. Najsłabsze miało mniej niż 1% alko, bodajże 0.4, ale najmocniejsze powyżej 11%.
Powiem tak, nie jestem żadnym super piwoszem ani w ogóle znawcą tematu browarniczego, a po prostu lubię piwo i nie jedno już miałam okazę testować w tym kraju piwem stojącym, choć nie piję jakos dużo tego piwa, to kilka razy na rok coś tam nowego testuję.
Jednak te w Batteliek na prawdę wydały mi się wyjątkowo smaczne i oryginalne. Każde pachniało i smakowało zupełnie inaczej, a żadne nie przypominało smaku ani zapachu przeciętnego popularnego piwa. Tych piw nie dostaniecie nigdzie indziej poza tym kościołem i dobrze, bo wtedy nie było by sensu tam iść. Każde było inne, ale większość pachniało ciekawie ziołowo, owocowo i też nuty smakowe miało takie delikatne owocowe i ziołowe. Ogólnie nie jestem w ogóle fanką piw jasnych, bo zwykle trafiałam na jakieś ohydne smaki i tutaj też podeszłyśmy z Młodą z wielką rezerwą do tych szklanek, ale nas zaskoczyli, bo te lekkie jaśniutkie piwka były bardzo smaczne i bardzo przyjemnie pachniały. Te które mnie najmiej smakowały, Młoda uznała za bardzo pyszne i na odwrót. Jednak ogólnie wszystkie były git, a tylko jednego smaku nie skosztowałyśmy, bo wszystkich jest siedem. Testowałyśmy też dwie lemoniady: malinowo-miętową i chmielowo-grejpfrutową (o ile czegoś nie pokręciłam). Też bardzo smaczne. Większości ich lemoniad Młoda nie może pić, bo granat, imbir i grejpfrut są dla niej niebezpieczne. Na niektóre owoce i zioła ma po prostu alergię (powtałę jednak prawdopodobnie przez leki), ale inne w połączeniu z jej lekami stają się po prostu trucizną i mogły by ją zabić. Dlatego w restauracjach zawsze dopytuje o składy napojów i potraw.
przez wieki się tu ludzie modlili, a teraz siedzą przy piwku
nachosy i piwerka oraz lemoniadki
boskie trunki ;-)
gin
kościołowe witraże i dziwne malunki ścienne
dawniej kościół Świętego Józefa, dziś browar i knajpa
Po spożyciu piwa już nam się nie chciało iść na spacer, więć wsiadłyśmy na nasze elektryki i popedałowałyśmy ścieżką wzdłuż rzeki do centrum Mechelen, gdzie po odwiedzeniu kociej kawiarni, księgarni itp postanowiłyśmy wdrapać się na wieżę katedry, bo nigdy dotąd nam się nie chciało, mimo że bywamy w Mechelen nawet kilka razy w miesiącu. Widoki przezacne: zobaczyć stamtąd można zarówno Atomium w Brukseli jak i reaktory w Doel koło Antwerpii a nawet muzeum MAS.
schody na wieżę
jeden z licznych dzwonów
katedra w środku
sowa k. katedry
katedra świętego Rumolda z Mechelen i wieża
kolorowe kamieniczki w centrum Mechelen
widok z wieży - reaktory w Vilvoorde
widok z wieży - Antwerpia i muzeum MAS
widok z wieży - reaktor w Doel
widok z wiezy - kościół w wiosce Sint-Katelijne-Waver
wido z wieży - Bruksela i Atomium
kamieniczki na rynku Mechelen
Na Youtube nasz krótki spacer po Antwerpii i tajemnica pochodzenia nazwy Antwerpia ;-)