10 września 2023

Wymiana okien na początku roku szkolnego? Nie polecam!

Panie, co za popieprzony tydzień! Wszystko na raz się działo i nawet nie wiem, jakim cudem udało nam się to wszystko ogarnąć.

Parę tygodni temu właściciele poinformowali nas, że ekipa do wymiany okien zjawi się na początku września. Zapytałam, czy musimy jakoś się na to przygotować. Odrzeknięto, że CHYBA nie... No to dobra, zajęlismy się bierzącymi sprawami, których u nas ciągle o wiele za dużo w stosunku do posiadanego czasu i możliwości logistycznych. Dzień przed przybyciem ekipy trochę poprzesuwaliśmy to i owo, by nic w drodze do okien nie stało i by był plac na potencjalne manewry okołookienne. Założyliśmy (nie wiem, co nami kierowało), że ekipa wszystko zabezpieczy, gdy uznają że jest taka potrzeba i to było bardziej niż błędne założenie. Zaczęli od poddasza, a gdy skończyli wyjmowanie okna i wstawili nowe, poszłam na zwiady. Okazało się, że nawet się za bardzo nie nakurzyło, więc wróciłam do swoich zajęć, a ekipa zabrała się za prace w pokoju Młodego. Tłukli się tam cały dzień, pukali, stukali, borowali. Biegali z góry na dół i z dołu do góry przenosząc różne obiekty. Od czasu do czasu cisnęli czymś z góry przez okno robiąc hałas. Gdy o 15 się zabrali, poszłam zobaczyć i to co zobaczyłam, mnie lekko zszokowało. Dobrze, że nowy komputer Młodego rano na szybko przyrzuciłam kocem. 

KA-TA-STRO-FA. Wyglądało tam, jakby gdzieś w pobliżu właśnie wulkan wybuchł i wszystko pokrył pyłem. Biurko, łóżko, biblioteczka, nowe podręczniki i przybory w pudełkach, Playstation, telewizor, wszystkie sto-pluszaków-Izydora pokryte było grubą warstwą pyłu, kawałków styropianu, cegły, pustaków i diabli wiedzą czego jeszcze. Nie wiedziałam od czego zacząć. Zaprzągłam odkurzacz do roboty, pościel wrzuciłam do pralki, pluszaki spakowałam do kilku worków na śmieci, by czekały w kolejce na pralkową karuzelę, przejechałm mopem (chwała temu, kto wynalazł mop z wirówką). Wieczorem i porankiem mądrzejsi o jedną głupotę ofoliowaliśmy z Małżonkiem pokój Młodego i naszą sypialnię, a Młoda ofoliowała swój pokój. Uznaliśmy, że skoro przez jeden dzień ekipa ogarnęła tylko po części dwa pokoje, czyli 4 okna, to kolejnego dnia więcej nie zrobią, czyli nie ma szans by dotarli na parter. W ten sposób popełniliśmy drugi katastrofalny błąd, bo na dole zabezpieczyliśmy tylko biblioteczkę... Dobre i to!





Rano we wtorek tylko świt wsiadłam w pociąg i pojechałam na mój dzień próbny. Zadzwoniła właścicielka domu, by powiedzieć, że ekipa  nie przyjdzie, bo coś im wypadło. Aaaaaaaaaaaa! To po cholere, to wszystko w pośpiechu foliowaliśmy wieczorem?! FCK! 


Na dniu próby było fajnie i miło. Dzieciaki już mnie trochę znały i się mnie nie bały.  Tego dnia mogłam obserwować dzieciaki przy obiedzie. Byłam zdziwiona, ile taki dziecek potrafi zjeść, bo żadne z Naszej Trójcy nigdy tyle na raz nie zjadło mając 2 latka. Kurde, ja nawet chyba bym tyle nie zjadła, co te małe smrole. Kolejna rzecz, która mnie tu już nawet nie tyle dziwi, a wręcz szokuje to siadanie do jedzenia z brudnymi rękami. No szlag mnie trafia na sam widok i raczej nigdy przenigdy się do tego nie przyzwyczaję.

Pyrtasy goniły od rana po podwórku, gdzie łaziły na czworakach po płytkach, przekopywały piach i trociny zasuwały na rowerkach, no bawiły się pełną parą, jak to dwulatki. Przed południem opiekunowie wynieśli stół na podwórko i zwołali berbecie na obiad. Podchodziły po kolei i wdrapywały się na ławeczki. Niektóre szkraby usadziliśmy w siedziskach z pasami i pan opiekun zaczął je zabawiać, by spokojnie czekały na dostarczenie posiłku. Wszystko fajnie tylko te brudne łapy - ośpikane, oglutane, opiaszczone, lepkie od wszystkiego, czego tylko dzieci się dotykały. Dla mnie OBRZYDLIWOŚĆ jeść takimi usyfionymi rękami. Nawet pomijajać potencjalne bakterie to zwyczajnie nimiło trzymać łyżkę w łapce grubo obklejonej piaskiem. Co ciekawe PO JEDZENIU pan przyniósł dla każdego dziecka myjkę namoczoną w wodzie i wytarł wszystkie łapki. Czy nie można bu tego samego i przed jedzeniem robić...? Nie wiem jak was, ale dla mnie to jakby trochę dziwne. I obrzydliwe. 

Belgowie nie myją rąk przed jedzeniem. 

Zaobserwowałm to z wielkim zgorszeniem już w pierwszym roku naszego tutaj pobytu. Dlatego też tak mnie wkurzało w czasie pandemi to belgijskie uczenie o higienie, wszędzie rozwieszane instrukcje mycia rąk, pieprzenie o tym 50 razy dziennie w radiu i telewizji. Dlatego taka nerwa nas brała, gdy przypominano nam wszedzie, byśmy myli ręce po wyjściu z kibla, przyjściu do domu, jakby to kuźwa nie było oczywiste!  No bo dla nas jest to oczywiste. Nas uczono tego od urodzenia, wałkowano w szkołach. Babcia i rodzice nie dali nam siąść do stołu, jak nie zaliczyliśmy mycia rąk, a ile razy wracaliśmy pod kran, bo niedokladnie żeśmy łapy wypucowali. Myliśmy te łapy nie tylko po wywożeniu gnoju w pole, czy sianiu zaprawianego trutką zboża, ale za każdym razem po przyjściu do domu czy to po pracy, czy po zabawie, czy po zakupach. O, powrót ze sklepu czy tym bardziej z miasta to już szczególnie był pilnowany, bo " tam dotykaliśmy rzeczy, których nie wiadomo, kto (i na co chory) wcześniej dotykał". W zerówce podstawą było przyniesienie do szkoły ręczniczka, bo przecież przerwa śniadaniowa zawsze zaczynała się robieniem pociągu i jechaniem ciuch-ciuch-ciuch do łazienki w celu umycia rąk. 

Tutaj mycie rąk i podstawowa higiena to pojęcia dosyć abstrakcyjne. Wolą wszystko polewać chlorem i psikać jakim tylko syfem dezynfekującym, ale zwykłej wody z mydłem się zasadniczo boją.

Do kolekcji dziwnych rzeczy dorzucę wam "moje ulubione" tutejsze klasy w puszkach i publiczną pompkę do roweru. 

Młode w jednej ze swoich szkół też mieli klasy w takich kontenerach. Te na poniższym zdjęciu znajdują się w Wetteren.

klasy szkolne

pompka koło parkingu rowerowego przy stacji kolejowej



Po południu, gdy wróciłam do domu z Wetteren, ogarnęliśmy szamę, odfoliowaliśmy łóżka i poszliśmy spać.

poranno-jesienny widok z naszej sypialni


Rano zafoliowaliśmy łóżka nową folią, bo stara się już nie nadawała. Dobrze, że Małżonek nakupił tej folii i taśmy.


zafoliowana sypialnia

Małżonek poszedł do pracy, ja z Młodym popyrkałam do psychiatry, Dziewczyny z papugami ukryły się w kuchni. 

Dla autystyków hałas, kurz i niecodzienna sytuacja we własnym normalnie bezpiecznym i cichym domu to spory problem i ogromny stres, a ekipa robiła wszędzie na raz i nigdzie nie było bezpiecznie i spokojnie. Przez salon biegali na zewnątrz z każdą głupotą, bo przez salon się wchodzi u nas do domu z ulicy. Do tego jedną z pierwszych rzeczy, jaką przynieśli, było radio, które grało codziennie na cały regulator... 

My nie mamy telewizji ani radia w domu, bo dla nas to cholernie męcząca rzecz na dłuższą metę. Ja czasem włączam sobie radio z telefonu przez głośniczki blutooth na chwilę, gdy ćwiczę albo coś robię fizycznie, ale to na CHWILĘ, CZASAMI a nie cały tydzień. Reszta z Piątki często słucha muzyki, ale przez słuchawki, tak by inni nie musieli też słuchać. Czasem oglądamy filmy z laptopa czy Playstation, ale to film. Nie przeszkadzało nam to radio aż tak, żeby prosić o jego wyłączenie, ale ociążało mózgi. No wiem, straszne z nas zrzędy, ale czekajcie, ja się dopiero rozkręcam ;-)

Gdy czekaliśmy u psychiatry, Młoda napisała, że panowie, których tego dnia przybyło dużo więcej, zaczynają demolkę w salonie. JPRDL! A my tam tylko biblioteczkę zafoliowaliśmy i stary komputer oraz moje przybory nakryłam, a tablety i laptopy wrzuciłam do szafy. Więcej nie zdążyliśmy, bo nie było czasu nawet po dupie się poskrobać ostatnimi dniami.

Jak wróciliśmy z Młodym, prawie na zawał zeszłam. Tu też się zajebiście kurzyło! Cieszę się, że mamy stare kanapy, to najwyzej się je wyrzuci, jak się nie da doczyścić z kurzu. No, jakbyśmy mieli nowe, to pewnie byśmy je mimo wszystko ofoliowali na wszelki wypadek...Drukarka też stara i póki co drukuje ciągle. Dywany skazałam świadomie na zagładę i tylko jeden wyniosłam na podwórko dzień wcześniej. (Będzie powód by wreszcie nowe kupić hihi). 

A ci się jeszcze pytają, czy w kuchni też mogą tego dnia zacząć... No chyba was, chłopaki, powaliło! Jasne, że nie możecie w kuchni dziś zaczynać. Mamy nową kuchenkę, nową lodówkę, nową mikrofalówkę, maszynę do kawy, czajnik... jedzenie stoi na wierzchu... a ten się pyta, czy mogą tam robić zadymę i syf...

Tak czy owak trzeba było  znowu ten armagedon ogarnac przed nocą odrobinę, bo nie szło nawet oddychać od kurzu. Zapierdzielaliśmy znowu z Małżonkeim i dziatwą do późnych godzin wieczornych. Młoda nie może bawić się kurzem, bo ją to bardzo boli. Młody ma oficjalnie alergię na kurz, ale póki co (odpukać) na razie tylko odrobinę mu dokucza. Pochowaliśmy sprzęty po szafach. Nakazaliśmy wszystkim się kąpać na wyścigi, bo lodówkę musieliśmy wepchać do łazienki obok prysznica, kuchenkę ofoliowaliśmy.

I wiecie co? W kuchni się nie kurzyło prawie wcale. Co za szajs!

No i tutaj jeszcze najważniejsze, w tym całym burdelu Młody i ja zaczynamy rok szkolny! 



Pierwszy tydzień w nowej szkole jest najważniejszy i chciało by się dziecku zapewnić jak najmilsze i najfajniejsze warunki, dać wsparcie, wysłuchać i w ogóle ogólnie jak najspokojniejszy start mu zapewnić, a tu dupa blada dzika maskarada. Pech chciał, że z oknami w pokoju Młodego był jakiś problem i ekipa certoliła się z nimi cały tydzień kląc pod nosem i nie tylko pod nosem.... a cały pokój przez cały tydzień był pokryty folią i tonami kurzu oraz wszelakiego innego syfu.

Nie szło znaleźć ani ubrań, ani podręczników czy przyborów, ani spokojnie odpocząć czy pogadać z kumplami. Co rano foliowanie łóżka i komputera, a co wieczór odfoliowywanie najpotrzebniejszych rzeczy, odkurzanie, mycie i wkurzanie się na wszystko. A tu wszystko nowe - nowe zasady szkolne, nowi koledzy nowe zwyczaje, nowi nauczyciele... 

I jeszcze, jak to w każdej szkole, różne mniej lub bardziej niedorzeczne pomysły. Weźmy choćby głupią kłódkę do szafki szkolnej. Napisali, by przynieść kłódki. Poszliśmy do sklepu, Młody wybrał kłódkę na szyfr. Poszedł do szkoły i okazało się, że kłódka się zepsuła zanim udało mu się zamknąc szafkę. Bo taki szjas tera produkują. 10€ w plecy. Tata kupił nową na klucz. Młody się ucieszył. Okazało się, że nie może być na klucz. Musi być na szyfr. Bo tak! Tata znowu wstąpił do sklepu i kupił na szyfr. Uf. Szafka zamknieta. Łał. Potem mówią, że jeszcze druga jest potrzebna. JEZU!

Najlepszy mejl ze szkoły. Informują, że dzieci pozamykały nie swoje szafki. HAHAHA. Dalej przypominają, że każdy otrzymał numer szafki na początku roku i proszą uczniów o dokładne sprawdzenie i doprowadzenie tej sytuacji do porządku do czwartku, grożąc, że potem kłódki zostaną usuniętę siłą. Dziatwa pewnie myślała, że se można szafkę wybrać. 

W takich sytuacjach często się zastanawiamy, jak to jest, że tacy my kilka lat temu nie znający prawie albo wcale niderlandzkiego zwykle nie mieliśmy problemów ze zrozumieniem zaleczeń, zasad, wytycznych obowiązujących w danym miejscu i do nich się dostosowaniem, natomiast  tubylcy mają z tym ciągle duże problemy...?

Któregoś dnia Młody nie wiedział, że trzeba było wziąć ubrania na warsztat i ścierki (bo dzień wcześniej byliśmy u psychiatry i nie był w szkole). Mama kolegi go podwiozła na szybciora do domu i w pośpiechu szukaliśmy w tym naszym burdelu jakichś ściereczek, jakiegoś ręczniczka i próbowaliśmy sobie przypomnieć, gdzie też mogliśmy wsadzić te cholerne ubrania szkolne. A tu czas leci i zaraz dzwonek zadzwoni, a do szkoły kilka kilometrów...  Pani Mama odwiozłą go tylko z powrotem pod swój dom (bo czym by potem wrócił), a dalej kręcił te 5km rowerem. Zdążył. Mistrz!

Był też pierwszy basen i dużo stresu, bo przecież "ciągle nie umie dobrze pływać". Rano o szóstej napisałam mejl do wychowawcy, którym jest akurat pan od wuefu. Odpisał przed lekcjami, że pracują w grupach wedle umiejętności i że słabiaki pływają blisko brzegu. Odetchnęłam z ulgą. Napisał też, że omówi wszystko z Izydorem na spokojnie. Młody wrócił ucieszony. Okazało się, że pan mu tylko jakiejś jednej porady udzielił i UMIAŁ PŁYWAĆ i NIE MUSIAŁ WCALE BYĆ PRZY BRZEGU! PŁYWAŁ! BYŁO SUPER NA BASENIE!

Cieszę się, że mu pomogłam się nauczyć pływać i że warto było poświęcieć te kilka godzin i jeździć kilka razy w tygodniu na basen. Jestem dumna i z Młodego i siebie (bo mi się chciało).

poranny widok na las z łączki za domem

W tym tygodniu udało mu się już rozwalić szkolny laptop. Możecie się ustawić w kolejce po autograf.

Tak na prawdę nic nie zrobił. Przyjechał do szkoły, na lekcji kazali wyjąć laptopy, Wyjął, otwiera, a tam czarna sznita na cały ekran. Popłapkał się. Od razu powiedział, że nic nie zrobił. Bo nic nie zrobił. Nie wie, co się stało. Obstawiam, że albo za ciasno w tornistrze albo za gorąco, albo i to i to. Wkurza nas to noszenie laptopów w te i wewtę. Nie rozumiemy tego, po jaką cholerę?! Każdy ma chyba komputer w domu. Jak nie ma, top niech się nie wybiera do szkoły technicznej. Dla mnie logiczne i oczywiste. No dobra, niech będą te laptopy dla ludzi, którzy nie mają w domu komputera, ale ci co mają, nie powinni nosić tego do domu... Właśnie zamierzam napisać list do wychowawcy z pytaniem, czy Młody nie mógł by tego lapka szkolebgo tylko w szkole używać... Lapki szkolne są ubezpieczone, więc nic nie płacimy za szkodę, ale szkoda stresu Młldego no i laptopa. Mogli by się też zdecydować na jedno - albo komputery, albo książki, a nie że i to i tamto trzeba dźwigać do szkoły. 

Ale tak nawiasem mówiąc, to kwestia komputerów w domu to też mnie zadziwia. To jest podstawowe pytanie w każdej szkole, w biurze pracy i innych instytucjach: czy masz w domu komputer lub tablet z dostepem do internetu. Ja mam komputer od lat osiemdziesiątych, a mamy rok 2023 i dla mnie komputer to jedna z podstawowszych rzeczy, które trzeba mieć w domu. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. W mojej dawnej wiosce w Polsce chyba nawet najbiedniejsi od dawna mają komputery i internety. Może się myle, ale wydaje mi się, że w Polsce chyba każdy przeciętny człowiek (przynajmniej młody) w Polsce ma jakiś choćby słaby i stary, ale działający komputer i internet w domu. No ale może się mylę...??

Tutaj jednak, wydaje mi się, ważniejsze jest dla ludzi posiadanie w domu zmywarki, suszarki, wyjazd na zagraniczne wakacje, wysyłanie dzieci na kolonie i do 5 klubów sportowych niż zakup kompa. 

Psychiatra okazała się być bardzo miłą babeczką.

Najpierw zapytała skąd pomysł, że Młody może mieć autyzm. Potem zapytała, co nami kieruje, by go diagnozować. Zmaczy, po co nam diagnoza. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jest dwa powody: po pierwsze by wiedzieć i lepiej siebie poznać, po drugie "papier" ułatwia życie i rozwiązuje wiele problemów, szczególnie w szkole.

Okazało się jednak, że  koniecznie potrzebujemy skierowania od rodzinnego, bo inaczej nie otrzymamy zwrotu z funduszu zdrowia, a taka wizyta to bagatela 235€, a wizyt będzie 4, czyli blisko tysiąc ojro, a nasza doktorka jeszcze jeden tydzień na wakacjach. Rozmawiałam z sekretarką i niestety musimy czekać, aż doktorka wróci. Nie wiem, czy będzie mogła wystawić to skierowanie z tyle wcześniejszą datą, ale z drugiej strony to przecież jej wina, bo ja prosiłam o zwolnienie, tylko ona uznała, że niepotrzebne, gdy mam dokument od psychologa... O i tak cały czas coś...

Pogoda nam sytuacji nie ułatwia. Mamy teraz upalne lato. Temparatury w dzień utrzymują się w okolicach 30 stopni. Wilgotność wysoka. Dla mnie bomba, ale dla większości ludzi taka temperatura jest o wiele za wysoka. Małżonek pracuje jako lakiernik i w taką pogodę praca to tragedia. Według prawa to praktycznie nie powinni pracować, bo jest to zwyczajnie bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Małżonek czuje się fatalnie. Ból głowy nie do wytrzymania. Zmęczenie koszmarne. Zawroty głowy. Ale potrzeba pieniędzy, więc trza zapierdalać, nie ma wyjścia.

Żeby było mało atrakcji to w tym tygodniu otrzymałam też wiadomość, że mamy się w czwartek stawić na dzień informacyjny w związku z moim kursem i że to będzie traktowane jako normalny dzień nauki, czyli obecność obowiązkowa. Siedziałam tam od 10 do 14, z czego półtorej godziny czekaliśmy na babę z VDAB, bo była umówiona na 13 a pierwszy etap skończył się dużo przed czasem.

selfiak przed szkołą 

Nasz plan zajęć jednak trochę inaczej wygląda, niż mi się przódziej wydawało. Dwa dni mamy lekcje w szkole - przeważnie całe dnie, ale niektóre dni tylko do południa. Do tego praktyka w pozostałe dni dowolnie już do ustalenia z wybraną świetlicą czy szkołą. Plus zadania domowe oczywiście. 

Do tego dochodzi mój niderlandzki oczywiście i inne zwyczajne zajęcia. Jednak skoro udało mi się przeżyć ten  porąbany tydzień, to  ja już wszystkiemu dam rady haha. No bo kto jak nie ja. 

Niderlandzki zaczynam w poniedziałek. Czekam z niecierpliwością, by zobaczyć, jak będzie ta nauka wszystkiego wyglądała i czy będzie mi wchodziło cokolwiek do łba.

W grupie mam fajnych ludzi. Jedna koleżanka jest po 50-tce, wiele po 30, ale jest też paru młodzików. Niektóre babeczki pracują z dziećmi już dobrych kilka lat (jedna bodajże 15!), ale ze względu na ostatnie postanowienia rządu, teraz muszą przymusowo pójść na kurs. Od przyszłego roku każdy pracownik świetlicy, żłobka bedzie musiał posiadać dyplom, co z jednej strony jest dobre, bo w końcu ludzie pracują z dziećmi i są odpowiedzialni za ich zdrowie i życie, ale z drugiej żeby ludzi po wielu latach pracy w zawodzie wysyłac teraz na kurs...? 

Dziewczyny mówiły też coś, że one przysły na ten kurs, by pracować w przedszkolu.... bo że ten kurs ponoć to umożliwia... No to, panie, ja muszę teraz ten temat zgłębić...

W sobotę dałam sobie wciry. W piątek ogarnęliśmy wspólnie poddasze i pierwsze piętro na błysk. Na sobotę został cały parter.

wstałam ino świt...

wystrojona w Małżonka laczki wynoszę osikane trociny świń

Umyślałam, że skoro w kuchni już i tak jest rozpierdol, to machniemy i malowanko. Małżonek wstąpił zatem w piątek do sklepu i kupił przybory oraz farbę. W sobotę On wstał o 4tej i poszedł do roboty, a ja pobyczyłam się do 6.30 i zabrałam się za robotę.


nie ma to jak malarzom, nic nie robią, tylko łążą...

Zaczęłam od nastawienia pierwszej pralki. Potem zjadłam śniadanko. Potem posprzątałm u świń i wyniosłam osiurane trociny na pole kompostowe sąsiada (bo mogę). Potem wypchałam kuchenkę na środek, ile kabel pozwolił i obkleiłam taśmą malarską całą kuchnię. Potem pomalowałam wszystkie ściany raz. Co jakiś czas robiłam sobie przerwy na nastawianie i wieszanie w ogrodzie kolejnych prań. No i na picie wody. Dobrze, że mamy pralkę na 9kg, ale i tak kręciła całe dnie non stop. Samych pluszaków Izydora było z 5  tur albo i więcej, bo np Pan Wielki Miś to sam całą pralke zajął. Prały się też kołdry, zasłony, koce i ręczniki. Pogoda na pranie idealna. Wszystko pięknie schło.

W południe wrócił Małżonek i drugą wartstwę farby nakładaliśmy już razem. Potem było wspólne sprzątanie. Skończyliśmy gdzieś koło dwudziestej. Wtedy chłopaki pojechali po frytki do budki, by coś zjeść. Ja w tym czasie razem z Najstarszą wypucowałyśmy nasze odkurzacze. Wymyłyśmy im kubełki i wypłukałyśmy filtry, bo już prawie nic nie ciągnęły, tak je zapchało pyłem. Bezworkowe odkurzacze to wygoda i oszczędność na workach, ale często filtry trzeba kąpać.

Na koniec pokaże wam ładne miejsce. Provinciale Domein De Schorre. 

W zeszłą sobotę Młody zaproponował, byśmy pojechali skuterem do jakiegoś parku czy coś. 

Pojechaliśmy zatem do Boom, miejsca znanego z Tommorowland, ale poza tym jest tam superowy park rekreacyjny, gdzie można np popływać rowerkiem, powspinać się, poopalać, pospacerować, pojeździć rowerem zwykłym czy góralem. Można też poszukać troli. Mieszka ich tam siedem, ale my tylko 4 odwiedziliśmy, zanim się zmęczyliśmy. Młody zobaczywszy ludzi wspinających się na budynek i zjeżdżjących na linach zarządził, że też chce. Zasięgnęliśmy języka i się okazuje, że każdy może się powspinać, tylko trzeba się wcześniej zapisać na konkretny dzień. Zajęcia organozowane są w Boom i Hoboken. Gdyby kogo interesowało, to niech zajrzy na stronkę. Jednorazowa zabawa kosztuje 25€ od osoby. Kiedyś się wybierzemy. Najstarsza tam była kiedyś z klasą i bardzo jej się podobało.

https://intense.be/

wieża wspinaczkowa z której się zjeżdża w krzaki na linie




Boom

Boom

Boom


"Las Troli"






Trol i wieża widokowa
ja pod wieżą


Na każdej deseczce poniższego pomostu wypisano jakieś pozytywne hasła. 



To wiadukt. Kiedyś tędy pociągi jeździły. Dziś to dekoracja pomaloswana w pracujące mrówki...










Jest tam ścieżka bosych stóp, ale nie byliśmy przygotowani. Spory kawałek był przez błoto, a nie mieliśmy ręcznika ani większedj ilości wody ze sobą, więc tylko kawałek przezliśmy w butach, by zobaczyć, jak wygląda. Następnym razem na pewno polecimy na bosaczka. Lubię takie bose ścieżki. Kawałek jest taki pomost, kawałek wysypane słomą, spora część normalnie po ziemi, patykach i trawie, kawałek po pieńkach, po błocie, kamieniach... Fajny masaż dla stóp.






"bosa ścieżka" i Młody na zjeżdżalni





2 września 2023

Tadam! Epicki Jedenastolatek rozpoczął szkołę średnią!

Ten tydzień kręcił się w dużej mierze wokół szkoły.

Młody jak zwykle okropnie się niecierpliwił. Tak samo było 9 lat temu, kiedy miał iść po raz pierwszy do przedszkola. Wtedy też nie mógł się doczekać. Pamiętam, jak na dzień zapoznawczy pod koniec sierpnia chciał iść z plecaczkiem, a potem chciał iść już w niedzielę do tej szkoły i nie potrafił pojąć, dlaczego niby nie może. Wtedy miał 2 i pół roku. Teraz ma 11 i jest to samo. 3 czy nawet 4 razy był pod szkołą na rowerze zanim rozpoczęto rok szkolny. Jednego dnia pojechaliśmy razem, ale po drodze spotkaliśmy jego kolegę, który też testował drogę do szkoły. Na drugi dzień pojechali jeszcze raz razem i za moją podpowiedzią wstąpili po drodze po trzeciego kolegę, który też z radością pojechał. Kolejnego dnia towarzyszyła im jeszcze młodsza siostra jednego z chłopaków. To jest niesamowite i super fajne, że oni tak się cieszą z tej szkoły, no bo widać, że na prawdę bardzo pozytywnie i optymistycznie patrzą na ten nowy etap życia a dreszczyk emocji z powodu wkraczania na nieznaną ścieżkę tylko to koloruje. Cieszę się razem z nimi i też jestem pełna nadziei, że szkoła się im wszystkim spodoba i utrafi w ich gusta i potrzeby.



We wtorek wieczorem odbył się dzień informacyjny, czyli pierwsze oficjalne spotkanie pirszorocznych i ich rodziców, co zrobiło na nas bardzo dobre, superpozytywne wrażenie. Okazuje się, że w tym roku utworzono dwie pierwsze klasy inżynierów (poza inżynierami jest jeszcze klasa techniczna technikum i klasa techniczna zawodowa. Już w tym tygodniu przed rozpoczęciem roku przekonaliśmy się, że Młody ma farta co do wyboru kumpli. Tata jednego z chłopaków był kiedyś dyrektorem jednej ze szkół średnich (oraz nauczycielem matmy) i zna kogo trzeba oraz wie, z czym co się je. Rodzice drugiego też pracują w edukacji. I tak już na dzień dobry,  kiedy się okazało, że ekipa z naszej wioski została rozdzielona do dwóch klas, tata kolegi w mig załatwił szybkie przetasowanie uczniów i dziś chłopacy pojechali do szkoły już jako koledzy z jednej klasy. I to mi się podoba :-)

Pan Tata Kolegi zwierzył się nam, że dla niego to bardzo ważne, by syn rozpoczął nową przygodę z dobrymi kumplami, gdyż on jako dziecko został przez swoich rodziców wysłany do szkoły w mieście zupełnie sam i to nie było fajne doświaczenie. 

Rozpoczęcie roku świetnie przygotowano. Ten pierwszy wieczór zapoznawczy był ekspresowy (jak na szkołę średnią - mam porównanie z 4 innymi) i sprytnie obmyślany. Przy bramie dzieci dostawały breloczki przygotowane przez szkołę z laserowo wypalonym imieniem i obrazkiem, będącym symbolem ich klasy i potem mieli znaleźć na podwórku ten sam symbol i tam czekać. Po czym zostali odebrani przez swoich nowych nauczycieli i zaprowadzeni do klas, gdzie dostali pierwsze wytyczne dotyczące szkoły, a potem mieli krótką wycieczkę po szkole. 

My rodzice z kolei zagonieni zostaliśmy do refteru, gdzie dyrektorka w ekspresowym tempie przedstawiła ogólne sprawy. Potem parę słów powiedzieli jeszcze szkolni pedagodzy i mogliśmy iść się czegoś napić i posocjalizować się z innymi rodzicami, kiedy dzieci socjalizowały się ze sobą ganiając po wszystkich podwórkach. Tak, w tej szkole (jak i wielu innych) każda grupa wiekowa ma swoje podwórko. Zatem koty są oddzielone od starszyzny na przerwach, co bez wątpienia ogranicza głupie zachowania i umożliwia młodym bezpieczniejszy, spokojniejsz start. I tak my wypiliśy sobie po coli, piwku, winku musującym, a dziatwa w tym czasie raczyła się lodami. 

Szanuję flamandzkie rozpoczęcia roku!

W całej szkole jest łącznie niewiele ponad 300 uczniów, z czego większość chłopaków (dziewuszek jest ponoć tylko 18) jak to często bywa w szkołach technicznych. Tak, to bardzo mała elitarna szkoła średnia. Pan Tata Znawca Szkół potwierdził naszą opinię, że to najlepsza szkoła w naszej okolicy. Mam też takie nieskromne podejrzenia, iż nagłe powstanie 2 klas inzynierów zamiast jednej mogło mieć z Panem Tatą coś wspólnego, bo z tego co widziałam na FB, wyraźnie było widać, że - delikatnie mówiąc - nie podoba mu się pomysł ministra edukacji, przez który dzieci nie znajdują miejsc w wybranych szkołach, a że sprawa dotyczyła jego syna, to awantura więcej niż pewna, a on wygląda na kogoś, kto mógłby dokonać zmian w gminie i wymusić to i owo. No i dobrze! Takich ludzi nam trzeba. I takich ludzi dobrze mieć po swojej stronie, bo na pewno nie po przeciwnej. Jednym słowem, Młody umie się ustawić i wie z kim się kolegować ;-) Tak serio to ja się bardzo cieszę, bo ci koledzy też są mądrzy i spokojni raczej, a do tego mieszczą się w kategorii dzieci wyjątkowych. Jeden gra na wiolonczeli, drugi zapuszcza włosy, by oddawać dla chorych na raka (zaczął zapuszcać, gdy się dowiedział, że ja (czyli mama kolegi) ma raka; przed wakacjami obciął właśnie a miał bardzo długie). 

Chłopcy mieli jechać rowerami, ale że leje jak z cebra, to rano Pani Mama napisała na Messengerze, że chłopacy mają na dziś podwózkę - jedna mama ich zawiezie, druga odbierze. No i gra gitara! 

W ten pierwszy dzień byli w szkole tylko od 8.15 do 11.45. Młody dotrał do domu gdzieś w południe, ale nawet 5 minut w nim nie zabawił. Cisnął tornister i poleciał rowerować z kolegą. Dowiedziałam się tylko, że było fajnie... i już go nie było. Chwilę później wrócił po telefon i poinformował, że stoją wszyscy pod starą szkołą. Wszyscy to znaczy cała gromada dzieciaków ze starej klasy. Spotkali się by powymieniać się pierwszymi doświadczeniami z nowych szkół. Super. 

podręczniki Młodego


Bezpieczeństwo dzieci na drodze w Belgii

W ostatnim czasie, jak to zwykle pod koniec wakacji, w prasie zaroiło się od artykułów na temat edukacji. Jeden z nich dotyczył bezpieczeństwa uczniów na drogach. Nie powiem, by jego lektura mnie uspokoiła, ale przytoczyłam fragmenty Młodemu, ku przestrodze, co chyba do niego dotarło, bo liczby i statystyki to na nim akurat mogą zrobić wrażenie. Podają, że w Belgii połowa dzieciaków w wieku 12-14 lat przemieszcza się samopas do szkoły i z powrotem (na piechotę 31%, rowerem 18% lub autobusem/pociągiem 19%).  Do tego ponad 40% dziatwy zdeklarowało w ankiecie, że czyta sms jadąc rowem, ponad połowa słucha muzyki, a tylko 1 na 5 osób nosi kask dojeżdżając rowerem.

Dalej piszą jednak, że sytuacja bezpieczeństwa w drodze do szkoły się w ostatnich latach poprawiła. W 1992 w drodze do/ze szkoły zginęło 90 dzieci, a roku 2022 już "tylko" 8 straciło życie. Statystycznie (ta liczba bardzo do Młodego przemówiła)  w zeszłym roku 14 dzieci DZIENNIE zostawało rannych w drodze do i ze szkoły.

Co jakiś czas rozmawiamy o bezpieczeństwie z Młodym. Rowerując razem, zawsze zwracamy uwagę na pewne zachowania, znaki, mówimy o zasadach, o możliwych błędach własnych i czyichś oraz ich możliwych konsekwecjach oraz o ograniczonym zaufaniu do innych uczestników ruchu. Ten proces rozpoczął się, gdy Młody zaczął jeździć na rowerze do szkoły, czyli gdzieś w przedszkolu. Powolutku oswajaliśmy go z drogą i zasadami. W szkole też od czasu do czasu była o tym mowa, bo policja przychodzi do szkoły co roku, by sprawdzać rowery, by tłumaczyć, by uczyć zasad i by dzieciom towarzyszyć podczas klasowych wycieczek rowerowych, których tu w starszych klasach podstawówki jest całkiem sporo (rower jest tu obowiązkowycm wyposażeniem ucznia, nawet jak codziennie nim nie dojeżdża). Były też rowerowe parcoury i wyścigi z różnych okazji.
 Jednak jadąc ostatnio za Młodym i jego kolegą doszłam do wniosku, że jednak najwięcej robi praktyka i codzienne uczulanie dziecka na pewne sprawy. Jechałam za nimi w pewnym oddaleniu i patrzyłam, jak jadą. No i zaobserwowałam, że Młody o wiele pewniej się porusza po drodze i, co ważniejsze, wydaje się, że rozważniej. Tamten kilka razy zjechał z chodnika bez oglądania się, co Młody też kiedyś robił systematycznie, ale za każdym razem dostawał reprymendę, aż się nauczył oglądać. Tamtemu nie przeszkadzało też jechanie chodnikiem pod prąd i w ogóle zdawał się nie zauważać różnicy pomiędzy chodnikiem a chodniko-ścieżką rowerową...
Tutaj wychodzi kolejny wielki pozytyw nieposiadania przez matkę samochodu i gonienie dziecka każdego dnia rowerkiem do szkoły bez wzgledu na pogodę i samopoczucie, gdy inni sobie wszędzie auteczkiem popylali. Dziś i w przyszłości to na pewno zaprocentuje większą świadomością na drodze, a co za tym idzie bezpieczeństwem. Nie zmienia to jednak faktu, że droga jest niebezpieczna dla dziecka, że każdy popełnia błędy i robi głupoty, a już dzieci szczególnie mają do tego prawo i że my rodzice będziemy się zawsze o swoje pociechy martwić wysyłając je w świat samopas, bo to że ja czy ty będziemy jechać uważnie i prawidłowo nie znaczy, że wszyscy też mają na tyle oleju w głowie. Psychopatów i potencjalnych morderców drogowych niestety coraz więcej. Jeździ toto za szybko, korzysta z telefonu podczas jazdy, nie używa myślenia i ma zbyt wysokie o sobie mniemanie. 

Dzień próbny

Byłam na tym dniu próbnym. Okazało się, że wysłali mnie do grupy małych fąfli, znaczy do dwulatków, a ja chciałam do dzieci szkolnych, no ale w sumie to nawet dobrze wyszło, bo się przekonałam, że z takimi 2-latkami to ja jak najbardziej mogłabym pracować. Fajne są. Tylko, że oczy trzeba mieć dookoła głowy i być w pięciu miejscach na raz, co jest jakby deczko męczące zarówno psychicznie jak i fizycznie. 

We wtorek pójdę jeszczde raz. Teraz byłam po południu do 18-tej, następnym razem popatrzę sobie na dzieci do południa. 

Mieszkam w tym kraju 10 lat, ale nadal pewne rzeczy są dla mnie dosyć niezwyczajne...

Gdy przyszłam do sali, trochę szkrabów spało sobie w osobnym pomieszczeniu. Inne dopiero były zanoszone na drzemkę. Wszystkie się mnie na początku bały i wstydziły. A tu pan na raz wpadł na pomysł, bym nakarmiła jakąś owocową papką dopiero co obudzonego bąbelka. Nie ma mowy - zaczął płakać biedny i próbował stać sie niewidzialny. Później karmiłam innego bąbelka, któremu wcale nie przeszkadzało, że mnie nie zna. Wcinał tylko mu się uszy trzęsły... 

Po sali dziatwa zasuwa na bosaczka. Nie długo po moim przyjściu, wypuszczono dzieci na zewnątrz. Opiekunka założyła im buciki i rozpieszchły się po całym placyku wyłożonym w dużej części kostką, po bokach wysypanym korą, a cały teren otoczony wysokim murem. Było tam też kilka jakichś mizernych krzaczków, domek plastikowy, kupa rowerków i innych pojazdów do pchania oraz stół z przewijakiem oraz ławka ogrodowa dla dzieci, a także kojec wyłożony piankową matą dla niechodzących samodzielnie na dwóch łapkach. Zarówno sale, jak i podwóreczka połączone są z innymi, by dzieci mogły się czasem razem bawić. Zasadniczo pracują razem po 2 sale - gdy dzieci jest mało (bo się dopiero schodzą lub już rozchodzą, czy też śpią), opiekunowie otwierają drzwi pomiędzy salami czy podwórkami i z dwóch tworzą jedną grupę. Gdy dzieci robi się dużo, znowu zamykają podwoje.

W kojcu na podwórku na początku siedział tylko jeden czarnoskóry szkrab i w pewnym momencie zaczął płakać i wyciągać łapki do innych dzieci baiących się radośnie wokół. Pani powiedziała, że mogę go wysadzić, tylko trzeba pilnować, żby niczego nie zeżarł i nie, on nie potrzebuje bucików. Dzieci mogą ganiać na bosaczka albo pełzać po brudnych płytkach. A mały faktycznie pierwsze co zrobił, to próba wepchania znalezionego kamienia do paszczy, a potem drewienka, ale w końcu zajął się jakimś pojazdem. Sporo tych małych pierdzioszków zasuwało tam na bosaka po zapiaszconych i zasypanych korą płytkach, niektóre tylko w podkoszulkach, choć z temperaturą się nie przewalało (niektórzy opiekunowie mieli na ten przykład założone swetry, a niektóre mamy przychodziły po dzieci w kurtkach). Była też tam dziewuszka o za małym ciałku i za wielkiej główce, która leżała w kojcu w przykrótkiej koszulince na ramiączkach, takiej że brzusio jej wystawał i w spodenusiach ledwie zakrywających pampersa. Mnie się od tego zimno robiło. Ja miałam długie jeansy i koszulkę z dość długim rękawem, a nie było mi za gorąco. Co innego też ganiać, a co innego leżeć prawie nieruchomo gołą skórą na łysej plastikowatej macie. Zadziwia mnie ciągle to belgijskie podejście do ubioru. Moje dzieci za gówniaka też latały na bosaka po trawie, błocie, a nawet po śniegu się zdażało, nie wciskałam im czapek, gdy nie chciały i w ogóle w polskim mniemaniu byłam wyrodną matką i miałam nasrane we łbie pod tym względem, ale i tak tutaj się nie mogę napatrzeć na kontrasty. Popularny obrazek zimowy przed szkołą to matka czy ojciec w zimowej kurcicy, czapce i kozakach prowadząca dziecko w spódniczce bez rajtuz czy spodenkach i trampkach oraz koszulce z krótkim rękawem albo wioząca na wózku dzidziusia z gołymi stopami czy maksymalnie w skarpetuniach. W ogóle sami dorośli: 5 stopni ciepła, nie pada - ja w kurtce zimowej, czapce, rękawiczkach, a Belgijka w spodenkach i t-shircie. Inny dzień 5 stopni i pada śnieg - ja w tym samym co poprzednio, a Belgijka w kozakach, grubej kurcicy, rękawicach, szaliku, czapce-uszatce. Zawsze mnie to bawi niezmiernie, że oni tu, w przeciwieństwie do mnie, nie czują zimna, tylko je widzą! 

Prawie wszystkim berbeciom non stop wisiał śpik. Człowiek nawet nie nadąży tych osmarknych nosów wycierać, ale tu się tym jakoś specjalnie nikt nie przejmuje - dziecka brudne i osmarkane, to dziecka szczęśliwe.

Niektórzy z tych gałganów w piątek mieli pierwszy raz do szkoły iść, inni pewnie pójdą w kolejnych turach, czyli np na bożenarodzenie, czy wielkanoc, bo większość dzieci idzie do przedszkola w wieku 2 i pół roku. 

Podobało mi się na tym dniu próbnym, ale wróciłam do domu diabelnie zmęczona. Trudno jednak orzec, ile owo zmęczenie ma wspólnego z tym doświadczeniem, a ile to inne czynniki. 

No bo po pierwsze właśnie dokryłam, że te moje zastrzyki Decapeptylu jednak mają skutki uboczne i to jest właśnie zmęczenie. Wcześniej, gdy byłam zmęczona bezustannie, nie mogłam tego zauważyć. Dopiero w poprzednim miesiącu taka teoria zaczęła mi kiełkować w mózgownicy, a teraz się właśnie potwierdziła. Zmęczenie i senność pojawia się już w dniu zastrzyku po kilku godzinach i trzyma kilka dni. Zastrzyk wzięłam we wtorek i już w szkole u Młodego zaczęło się aktywować. Po powrocie padłam na wyrko i natychmiast zasnęłam i przespałam około 9 godzinm by obudzić się zmęczoną.

Po drugie w noc przed dniem próby psychopatka z sąsiedzwta znowu próbowała się zabić (znowu nieskutecznie) i nas obudziło pogotowie. 

To było niezłe... nasza sypialnia w nocy jest ciemna, że oko wykol, bo mamy żaluzje a do tego grube zasłony (nawet w słoneczny dzień jest niemal noc w pokoju). No i proszę ja was, się budzę w tej ciemnej sypialni  w środku nocy i widzę dziwne błyski przed oczami. Mrugam oczami wielokrotnie i nic, ciągle te błyski. Co jest?! Mój mózg na pół śpiący nie może tego zrozumieć... co jest z moimi oczami? Jeszcze nigdy tak nie miałam... Nagle gdzieś tam powoli zaczynaja do tego ospałego mózgu docierać też inne bodźce i powoli zaczynam też słyszeć głosy... powoli konstatuję, że to nie są głosy w głowie, tylko za oknem. Tak samo jak te błyski dobywające się zza kotary na granicy okna. Idę tam zobaczyć i widzę pogotowie na światłach. Uf! Z moimi oczami wszystko wporządku. Idę na siku i zobaczam przez okno w salonie drugą karetkę, mniejszą. U sąsiadów na przeciwko pogaszone, więc sikając dochodzę do wniosku, że to pewnie znowu ta kretynka coś odwaliła. Wracam do sypialni, gdzie słyszę wkurzonego Małżonka opisującego naszych zajebistych sąsiadów wszystkimi możliwymi wulgaryzmami. Zgadzam się z nim. 

Spoglądamy w dół przez okno i znowu widzimy naszą ulubienicę przytoczoną pasami do szpitalengo wozidła. Co gorsza nie pojechali od razu, tylko coś tam kombinowali w tej karetce czyniąc hałas i wkurzając ludzi próbujących się wyspać przed kolejnym trudniem dniem. Szlag by ich najjaśniejszy raz... Nie wyspaliśmy się oczywiście. 

No i w końcu po trzecie i czwarte, taka nowa sytuacja to zawsze stresik. Może niewielki, ale zawsze lekkie zdenerowanie jest. Pojechałam godzinę wcześniej, żeby się nie spóźnić. Pociągem mam godzinę jazdy, a jakby tak nie jechał...? My zawsze staramy się być wszędzie dużo wcześniej. Na wszelki wypadek. Pociąg był na czas, więc poszłam zwiedzać okolicę. Podobało mi się, no ale to ma taki minus, że chodzenie kosztuje trochę energii i psuje mi stawy oraz stopy. A jak wszystko poskładać do kupy to wychodzi całkiem męcząca mieszanina. A tu przecież jeszcze początek roku szkolnego i przeżywanie razem z Młodym nowej drogi życiowej... Ziarnko do ziarnka i człowiek pada na pysk.

Dziś nadal jestem bardzo zmęczona, ale dziś nie muszę nic robić. Ugotowałam tylko spaghetti i przyniosłam trawy dla naszych myszy, jak nazywa świnie Najstarsza. Jutro i pojutrze też zamierzam wypoczywać. Kurde, ale potem znowu jest normalny poniedziałek i znowu trzeba się będzie jakoś przestawić na tor szkolny: budzić Młodego (choć to może Tata będzie robił), pilnować zadań, pomagać się wdrożyć Młodemu w życie szkoły średniej, wspierać, przeganiać od kompa, no i w końcu samemu się zabrać za naukę. Łatwo pewnie nie będzie.

Fajnie jest jednak móc w wieku 46 lat zapisać się na lekcje i jeszcze czegoś nowego w życiu nauczyć. Cieszy mnie to niezmiernie. Podobnie jak Młody, też zawsze lubiłam się uczyć nowych rzeczy i chodzić do szkoły. I nic się pod tym względem nie zmieniło. Tylko głowa już nie ta i zdrowie już nie to, ale czy to odbierze mi frajdę? Wątpię.

Mam nadzieję, że uda mi się zarówno z niderlandzkim jak i z opiekunem dzieci, że mój otępiały mózg będzie wystarczająco sprawnie funkcjonował i sprosta trudom szkoły dla dorosłych. Mam nadzieję, że ciało będzie wystarczająco sprawne i silne, by podołać siedzeniu po 8 godzin w szkole, dojazdom do niej i nauce domowej. Mam nadzieję, że uda mi się przy tym i nad resztą życia z grubsza nadal panować i żę uda mi się znaleźć rownowagę pomiędzy aktywnością i wypoczynkiem, pomiędzy obowiązkiem i relaksem.


Uroki Wetteren 

Na koniec pokażę wam kilka obrazków z Wettern, które odwiedziłam z okazji oglądania pracy opiekuna.

Świetlica znajduje się z parku koło zameczku nad Skaldą. 


ścieżka rowerowa wzdłuż rzeki

Skalda



zameczek Vilain XIIII

Świetlica dla dzieci mieści się koło tego ładnego zameczku.
A ten wypasiony zameczek wraz z wycudowanym ogrodem kazał se gdzieś około 1820 roku wybudować jakis hrabia czy inny tam ważny i bogaty bubek. Gdy zmarł, mieszkała w nim jeszcze do końca swoich dni jego druga małżonka, a po jej śmierci zameczek kupiła w 1901 roku przełożona klasztoru Sióstr Apostolinek, który przylegał do tego zamku. Większość posiadłości hrabiowskich była w posiadaniu  zakonu Sióstr Najświętszego Serca z Francji.
Nieopodal znajduje się cmentarzyk siostrzyczek.



Czuwaj, bo nie znasz dnia ani godziny




widok z cmentarzyka klasztornego na Pensjonat Świetego Józefa

W tym "Pensjonacie" Siostry zapewniały schronienie i edukację biednym i bezdobnym dzieciom. Potem od 1928 roku był pensjonat domem dla starszych pań, a w końcu w latach '70 zrobiono w nim klasy szkoły podstawowej i średniej Instytutu Świętego Józefa.
Pensjonat, a w tle świetlica i dalej zameczek

kapliczka w parku koło zameczku


Vergeet-mij-nietje, znaczy niezapominajka. Ładna nazwa i ładny mural.





Często zastanawiam się, jak to jest mieszkać w domu w kolorowymi szybami, które tu często widuję, ale nigdy nie byłam w takim w środku, żeby zobaczyć. 
zielone szyby w oknach

Urząd Gminy








sklep u Buraka


Szkoła Świętego Józefa wydała mi się strasznie brzydka, uboga i obskórna. Nie podobała mi się i nie chciałabym, aby moje dziecko do czegoś takiego musiało chodzić... Ruina.
szkoła św Józefa



zajrzałam na szkolne podwórko... bo było otwarte

...bo było otwarte


A komuś się dzieck urodziło i się chwalił przed domem, że ma na imię Nora. Niezmiernie podoba mi się ten zwyczaj.

stacja kolejowa w Wetteren





wieża ciśnień w Wetteren

A tym czasem u nas na wsi w Actionie już Mikołajki i Merry Christmas się rozpoczyna, jak to we wrześniu. Ho ho ho! ;-) Idę szukać choinki...