7 stycznia 2017

Gdy pies ci pomaga dokopać się do asfaltu, czyli za co nie lubię zimy





"Zima lubi dzieci najbardziej na świecie.

Dorośli mi mówią - Nie wierzę.

Dzieci roześmiane stawiają bałwana,

a dorośli stawiają kołnierze."


Ile prawdy kryje się w słowach tej piosenki dla dzieci, która kiedyś w moich dziecięcych czasach śpiewała Majka Jeżowska. 

Młode w drodze do przedszkola kilka lat temu w PL
Jako mały i trochę większy smrol uwielbiałam zimę. Pierwszy śnieg, nawet jeśli była to zaledwie z lekka przypudrowana trawa, wzbudzał wręcz euforię. Od razu trzeba było gnać na pole, by zobaczyć ten cud natury z bliska. (tak, u nas na Podkarpaciu godo się: "na pole" i wcale nie chodzi o to że idziemy do żniw czy orki :P)
Jak nawaliło tyle śniegu, że nie dało się przez tydzień do wsi wjechać ani z niej wyjechać, dla nas dzieci to była frajda niesamowita. 
Madzia na drzewie

Madzia na giga zaspie śniegu

Wyciągaliśmy narty, sanki, napychaliśmy worki po nawozach sianem i ciągnęliśmy to wszystko na najbliższą albo i dalszą górkę. Czasem i 2-3 km szliśmy z tym majdanem po zaspach by sobie pozjeżdżać. Testowaliśmy też jazdę na byle czym, czyli np plastikowych i metalowych miskach. Plastikowe zwykle się rozwalały po pierwszym skoku przez kretówkę. Metalowe za to sunęły jak szalone, ale lubiły wpadać w korkociąg i nie dawało się nimi sterować. 

Babcia kiedyś podrzuciła nam pomysł z nieckami - takie drewniane korytko, w którym drzewiej zarabiało się ciasto albo kąpało dzidziusie, no a nasza babcia zjeżdżała w nich z górki. Znaleźliśmy takie cuś w starym domu i dawaj na górkę. Sunęło nieźle i zabawa była przednia... przynajmniej do czasu, gdy niecka pękła na pół. Nieźle zjeżdżało się też na starej ceracie - ze stromej górki szła jak przeciąg... tylko zadek się okropnie obijał na nierównościach.

Wspominam, że największa radocha była ganiać po polu w śnieżycę, gdy padał gęsty śnieg, wiał silny wiatr i nie było widać dalej niż na metr. Po powrocie do domu policzki miały kolor dojrzałego czerwonego jabłka.


Poza zjeżdżaniem z górki świetne było też budowanie domków ze śniegu. Koło domu mieliśmy zwykle ogromne zaspy - wyższe niż my sami. 
Wtedy byłam już dorosła (moja siostra prawie), ale zaspy były nawet nawet :-)

Gdy w nich wykopaliśmy łopatami z boku dziury - czasem tata nam pomagał - mieliśmy domek na co najmniej kilka dni, dopóki nie zasypało od nowa lub nie zaczęło topnieć i się zapadać. Potrafiliśmy oboje z bratem pół dnia w tym śniegu przesiedzieć i się bawić. Nie przeszkadzało, że rękawiczki i kombinezon przemokły, że dłoni i twarzy się prawie nie czuło. Leżeliśmy w śniegu, turlaliśmy się, czasem oczywiście jedliśmy śnieg (doświadczenia z roztapianiem śniegu w szklance by zobaczyć jaka brudną wodę się otrzyma wcale a wcale nas przed tym nie powstrzymywały)

Niezłą zabawą było też zwalanie sopli z dachów. Niektóre miały i pół metra długości a grubsze były niż nasze ręce. Ale fajnie się tłukły przy spadaniu na zmrożoną ziemię.

No i jeszcze wojny na śnieżki i lepienie bałwanów. Gdy chodziliśmy już do średniej szkoły, za punkt honoru uznawaliśmy ulepienie chociaż jednego bałwana w ciągu zimy, ale nie bodaj jakiego, tylko takiego, którego resztki doczekają do pierwszych wiosennych kwiatów. 

Jak się robi takiego bałwana? 

Proste! Musi być mokry śnieg, nie żaden puch. Pierwszą kulę toczy się dotąd, dokąd 2 nastolatków będzie ją w stanie toczyć. Czyli powinna sięgać mniej więcej do pasa albo co najmniej do uda. Drugiej nie powinno dać się podnieść we dwóch (czy dwoje).  Na pierwszą kulę wtacza się drugą po desce. Trzecia musi być mniejsza, jak na bałwanią głowę przystało. Wkłada się ją na górę z jakiegoś podestu - skrzynia, pień itp. Kapeluszem u nas była zwykle wielka metalowa balia - wiaderko by na naszym bałwanie wyglądało jak kubeczek na naszej głowie, czyli bezsensu. Nasz bałwanek miał też zwykle wadę wzroku i brat wyspawał mu okulary z grubego drutu.... 
A ludzie mówili "że też wam się chciało..." Pewnie, że nam się chciało, wszak to świetna zabawa. Choć rozumiem, że wielu nastolatków wolało poświęcić swój cenny czas na oglądanie 150 odcinka serialu Pokolenia albo na próbowanie fajek w jakimś śmierdzącym przystanku autobusowym. Każdy robi to co lubi :-) My lubiliśmy się wygłupiać. Oj tam LUBILIŚMY... Ja lubię do dziś i jakby było dostatecznie dużo śniegu poszłabym robić bałwana razem z dziećmi albo i bez nich. Nie pogardziłabym też jazdą na worku po nawozach albo na sankach plastikach. Ostatnio jeździłam jak dziewczyny były małe, bo na białe szaleństwo nigdy nie jest za późno. Najlepsza pora na jazdę na sankach i workach oczywiście jest noc i wcale nie dlatego, żeby ludzie nie widzieli jak stara łupa się bawi, ale po ciemku jest większa radocha, bo nie widać, gdzie się jedzie.

A kuligi za traktorem? To był czad. Tata odpalał traktor, wydzieraliśmy stare konne sanie i przypinaliśmy je do traktora, a za nimi małe zwykłe sanki. Potem jechaliśmy po ciotkę i kuzynów, po drodze zabieraliśmy sąsiadów. Po drodze jeszcze czasem kilka przypadkowych osób się doczepiało. Śmiechu, wrażeń  i zabawy było co niemiara. A to się ktoś wywrócił, a to komuś się sznurek urwał i połowa kuligu została z tyłu, po czym pędzili na złamanie karku by się na nowo doczepić, a to ktoś spadł ze sanek. 

Teraz na Podkarpaciu modne są kuligi konne. Też fajne, ale to dla bardziej poukładanych ludzi. Prawdziwy świr na takim kuligu się nudzi jak mops. 
Kulig klasowy Najstarszej - kiedyś w PL 

No i jeszcze jest jeszcze jedna atrakcja zimowa, która wyjątkowo rzadko się zdarzała. Gdy zimą zaczynało padać, nam się marzyło, żeby to zamarzło, bo wtedy było by porządne lodowisko. Najlepiej żeby potem nie padał śnieg, bo zamiatanie lodowiska jest męczące.
Ostatni idealny rok, jaki pamiętam, był grudniu 2002. Wtedy urodziła się Najstarsza. Przez 2 tygodnie było po 20 stopni mrozu i zero śniegu. Lodowisko jak marzenie, ale niestety baba po cesarce nie mogła pójść na łyżwy i to nie było wcale fajne :-P 
W Belgii w każdym większym mieście mamy lodowisko i można iść bez problemu, ale my o takich atrakcjach mogliśmy tylko pomarzyć

Naturalne lodowisko na naszej łące koło domu - i moje rodzeństwo w akcji :-) 

Tak właśnie widzą zimę dzieci, młodzież, narciarze i inni miłośnicy śniegu, którzy MOGĄ ale NIE MUSZĄ.

Trochę... CAŁKIEM inaczej patrzy się na zimę, gdy się MUSI

musi zapalić w piecu, żeby było w domu ciepło
musi narąbać drzewa, że by było czym zapalić
musi kupić, węgiel lub zapłacić (dużo!) za prąd, gaz potrzebne do ogrzewania 
musi marznąć, bo nie ma pieniędzy na ogrzewanie
musi pójść po zakupy w zawieruchę lub w ślizgawicę
musi ogarnąć gospodarstwo
musi pójść do pracy lub szkoły
musi czekać na pociągi  lub (przeważnie spóźnione) autobusy
musi skrobać co rano szybę w samochodzie
musi odśnieżać drogę
musi iść przez zaspy kilka kilometrów
musi jechać rowerem po lodzie lub zaspach, czy w śnieżycę
musi zmieniać opony na zimowe
musi kupić buty, czapki, rękawiczki, buty, kurtki zimowe dla siebie i dzieci
musi myśleć o uszczelnianiu okien, drzwi
musi marznąć w pracy, bo nie każdy pracuje w dobrze ogrzewanym miejscu
...
gdy pies ci pomaga dokopać się do asfaltu


gdy mimo pomocy psa, nie dokopiesz się do asfaltu

W takich warunkach Madzia chodziła do szkoły i pracy (i tak, tu jest droga asfaltowa)

pług wirnikowy - jeden na całe Podparpacie

Powyższe problemy raczej rzadko zaprzątają głowę dzieci czy młodzieży, zaś dorosłych i owszem. I pewnie dlatego my dorośli zwykle nie przepadamy za zimą.

Nie zaprzeczam, że bardzo chętnie poszłabym dziś na sanki, na łyżwy, ulepiła bałwana, mimo że mam czterdziechę na karku, bo na dobrą zabawę człowiek nigdy nie jest za stary. 

Jednak wolę się obejść bez tych atrakcji, jeśli muszę przy tym akceptować takie rzeczy, jak marznięcie (zmarzluch jestem i dopiero 23 stopnie w domu mnie zadowala - choć w tym momencie mimo owych 23 na termometrze siedzę w polarze, wełnianych skarpetach i pod kocem), ubieranie tych wszystkich warstw ubrań przed wyjściem z domu i rozbierania się po przejechaniu 5 km, jazda po oblodzonej drodze, kiedy każde hamowanie kończy się obrotem o 180stopni, a często też zaliczeniem gleby, czyli rozbiciem dupska i podarciem portek oraz kurtki (o łokciach i kolanach nawet nie wspominam), marznięciem w oczekiwaniu na pociąg czy autobus, piekącymi dłońmi, którym mróz i wiatr szkodzi o wiele bardziej niż te wszystkie środki chemiczne w których paćkam się na co dzień

za tą zaspą po lewej stoi dom, w którym mieszkałam 35 lat


jak się jest młodym to i na bosaka po śniegu można biegać :-)

Belgia - ku mojej wielkiej radości, której dzieci zdecydowanie nie podzielają) jest krajem, gdzie zima, jaką poznałam w Polsce, się nie zdarza. Skutek jest taki, że jak przychodzi kilka dni zimopodobnych, ludzie mają wiele problemów.

Teraz właśnie tak troszkę zimą powiało i TRAGEDIA!!!

Z powodu braku prawdziwych zim, rzadko kto się fatyguje zakładaniem opon zimowych. Więc jak troszkę podmrozi lub podśnieży na drogach zaczyna się hard core.
Większość ludzi jeździ powolutku, wielu zostawia samochód pod domem i przesiada się na transport publiczny, a ci co mają trochę mniej wyobraźni jeżdżą potem poobijanymi samochodami :-)

Belgowie nie mogą uwierzyć, że ktoś może przeżyć temperaturę minus 25 stopni, bo tu minus 10 to już niezły mróz. Jednak trzeba w tym miejscu wspomnieć, że przy takiej wilgotności powietrza faktycznie mogło by to być śmiertelne. Wczoraj na ten przykład było tylko minus 4 stopnie rano, ale mnie się wydawało że jest z 10 mrozu. Ale cóż przy wilgotności powietrza 85% wydaje się o wiele zimniej.

My też jesteśmy do zimy nie przygotowani kompletnie. Dziś troszkę poprószyło śniegiem i Młody rano chciał pędzić pomacać śnieg. Dopiero wtedy skonstatowaliśmy, że nie ma mu co dać do ubrania na tę okoliczność:
- Nie ma butów zimowych. Bo po co mu buty zimowe? w szkole są raczej niezbyt praktyczne, bo przecież w Belgii nie zmienia się obuwia, a siedzenie 8 godzin w ocieplanych butach nie jest zbyt dobre dla zdrowia. Ma tylko adidasy i kalosze.
- Nie ma kombinezonu. Bo po co kombinezon, jak tu nie ma śniegu?
- Nie ma grubych rękawic. Bo po co grube rękawice, skoro nie ma zimy?
namiastka zimy w Belgii :-) 

Myślałam nawet o wyprawie na sanki w Ardeny, ale:
- nie mamy opon zimowych (znaczy mamy z poprzedniego sezonu i to funkiel nówka, ale na Zafirkę nie pasują)
- nie mamy kombinezonów ani butów zimowych (na obcasach raczej na sanki się nie nadadzą)
- nie mamy grubych rękawic
- nie mamy sanek, nart  ani niczego innego na czym można zjeżdżać z górki

Postanowiliśmy się, że w lecie skompletujemy wszystkie gadżety z oponami zimowymi włącznie. Póki co pozostaje nam basen i ewentualnie lodowisko :-)


Choć lodowiska to mam dość po minionym tygodniu. We wtorek na drodze mieliśmy tak zwaną szklaneczkę, czyli istne lodowisko. Miałam do przejechania 10 km w jedną stronę, więc wyszłam 10 minut wcześniej niż zwykle, biorąc poprawkę na wolną jazdę i ewentualne wywrotki. Dojechałam bez szwanku, ale w jednym miejscu było cieplutko, aż mi całe plecy  ścierpły. Sunęłam jak szalona jakieś 7 km/h, czyli ślimaki mnie wyprzedzały, ale jak zobaczyłam na skrzyżowaniu z prawej auto (a tam NIGDY nic nie jeździ!) to miałam przez dobre kilka nanosekund zagwozdkę, co zrobić z tym fantem. Każdy kto jeździł kiedykolwiek rowerem po lodzie, wie że dopóki się jedzie, to można i 30 na godzinę popylać, ale użycie hamulca w 99% kończy się glebą. Jedyna słuszne hamowanie to butami, a ja jeżdżę ostatnio męskim rowerem z ramą, bo tylko taki mi się ostał. Droga hamowania butami przy prędkości pieszego to jakieś 50m - gdyby kogo interesowało. Udało mi się wyhamować przed dołami w asfalcie i przed skrzyżowaniem, co prawda około 100 stopni w stosunku do pierwotnego kierunku jazdy, ale wciąż na nogach a nie na dupie. Cieplutko jednak się zrobiło, a tu jeszcze 7 kilometrów było do celu. Na szczęście po 2 następnych się okazało, że tam już solniczki rano przejechały i lód był tylko w niektórych miejscach. Spóźniłam się tylko 5 minut. Uff!
Za to po robocie oddałyśmy się z koleżanką wielkiemu nicnierobieniu. Znaczy robiłyśmy ...kawy, herbaty, żarłyśmy ciasteczka i przedyskutowałyśmy trochę ważnych dla ludzkości spraw typu: Dlaczego zawodowa sprzątaczka musi mieć bałagan w domu? Dlaczego nieistniejącego mejla nie da się wysłać smsem? Co facet wie o dziurach? I wiele wiele innych aspektów życia codziennego, o których we dwie mogłybyśmy niezłe epopeje napisać i pewnie kiedyś się za to zabierzemy :-)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz