14 maja 2015

co dnia nas tu więcej i więcej

"Witam w klubie uciekających z tonącego okrętu" tak chyba zacznę tytułować listy do czytelników tego bloga, którzy od czasu do czasu do mnie piszą, informując, że właśnie się pakują i zmierzają w stronę BE... Średnio raz w miesiącu dostaję list od jakiejś kobietki, która - podobnie jak ja zaledwie 2 lata temu - postanawia zostawić wszystko, co zna, co oswojone, swoich przyjaciół, rodzinę, swoje cztery kąty, swoje miasto/wieś i wyruszyć w nieznane. Nie jest to bynajmniej wynikiem chęci przeżycia przygody, poznania nowego kraju, a tylko zwykła konieczność... Piszą do mnie szukając potwierdzenia, że tu mają szansę się odnaleźć, zacząć nowe życie, że tu jest jakaś nadzieja na przyszłość... a czasem po prostu, by nawiązać znajomość z kimś kto już tu siedzi - zawsze to raźniej...

 Pakując walizki 2 lata temu byłam święcie przekonana, że to MY po prostu mamy pecha, tak jakoś nam wyjątkowo los nie sprzyja albo nie mamy wystarczających predyspozycji, by być w stanie żyć normalnie w Polsce. Jednak odkąd zaczęłam otrzymywać listy od ludzi w różnym wieku, z różnych części kraju, z różnym wykształceniem i doświadczeniem zawodowym, którzy zamierzają dalsze życie związać z Belgią, mimo, że częstokroć mają o tym kraju nikłe pojęcie, nie znają języka, nie mają tu 'ustawionych' wieloletnim pobytem znajomych, to zaczynam dochodzić do wniosku, że to jednak nie my byliśmy nierozgarnięci, że to nie chodzi o pecha, tylko zwyczajnie, po prostu z Polską jest coś nie teges...

No chyba każdy się ze mną zgodzi, że ten oto blog do najpopularniejszych nie należy. Każdy wie też, że Belgia jest malutkim kraikiem, a oprócz niej są jeszcze w Europie, Niemcy, Anglia, Francja, Włochy i sporo innych krajów, do których Polacy mogą wyjeżdżać bez komplikacji większych. Jednak ja - autorka stosunkowo rzadko czytanego bloga - dostaję średnio raz w miesiącu e-mail od kogoś, kto szykuje się do emigracji... Dlatego nasuwa się pytanie: ilu jest ludzi stojących przed podjęciem podobnej decyzji, którzy nie trafili na mojego bloga albo trafili, ale nie uznają za stosowne (bo i czemu by mieli :) poinformować mnie o tym. Ilu kieruje swoje kroki do innych, większych krajów w takim układzie? No i w końcu ilu takich, którzy by chcieli ale się boją, albo nie ma im kto pomóc a jeszcze jako taką przędą...

urocze wspomnienia z Polski ;-)
 Tak, to jest zadaje się w tym wszystkim najważniejsze - dopóki dajemy radę, jakoś wiążemy koniec z końcem, to mamy nadzieję, że jakoś to będzie. Trzymamy się tej Polski rękami i nogami, bo tam jest wszystko, co znamy, co kochamy, tam jest nasz dom, miejsce gdzie żyli nasi dziadkowie, nasi rodzice, gdzie się urodziliśmy i gdzie na świat przyszły nasze pociechy, gdzie chcemy żeby dorastały i kiedyś dochowały się własnych potomków a naszych wnucząt. Chcemy by nasze dzieci mówiły, czytały po polsku, by śpiewały polskie piosenki i chodziły do polskiej szkoły i poznawały polską historię, legendy, bajki... Jednak jeszcze bardziej chcemy, by nasze dzieci miały co jeść, mogły się uczyć, studiować, mogły kiedyś pójść do pracy i zarobić na własne życie, własne dzieci, samochód, mieszkanie. Niestety ideałami i patriotyzmem dzieci ani nie nakarmimy, ani nie wykształcimy, ideałami nie zapłacimy za leki, za buty, za ubranie i podręczniki. Dlatego gdy widzimy, że mimo wielomiesięcznych, wieloletnich starań ciągle nie jesteśmy w stanie zapewnić naszym dzieciom ani nam samym warunków do normalnego godnego życia, a częstokroć widzimy tylko, że z dnia  na dzień jest gorzej i gorzej, i co gorsza nie widać najsłabszego światełka w tunelu, nie ma żadnej nadziei na poprawę, postanawiamy w końcu coś z tym zrobić, znaleźć jakieś rozwiązanie.

W pewnym momencie postanawiamy schować nasze ideały, patriotyzm i dumę w kieszeń albo i w ciemniejsze jeszcze miejsce i po prostu najzwyczajniej w świecie uciec z tego tonącego okrętu, jakim dziś - moim zdaniem - jest Polska.

Pewnie zaraz znajdzie się wielu, którzy tu będą krzyczeć, że Polska jest super, tylko my (ja i ci inni którzy spieprzyli stamtąd tylko się kurzyło albo spieprzyć zamierzają) jesteśmy nierozgarniętymi sierotami, które nie potrafią sobie poradzić w życiu. Ale wiecie co? Teraz to mi to w paski, co ludzie mówią. Ja swoje wiem. Mieszkałam tam wiele lat, a teraz mieszkam tu i widzę dużą różnicę w możliwościach, jakie dają zwykłemu człowiekowi te kraje. Znaczy, wróć, zwykłemu człowiekowi możliwości daje ten kraj, w którym tkwię uparcie od lat dwóch, tamten daje możliwości tylko ludziom, którzy mają znajomości, bogatych dziadków albo rodziców, są wyjątkowo zdolni i utalentowani, są kombinatorami żyjącymi czyimś kosztem albo najzwyczajniej w świecie wygrali w życiowego totolotka. Przeciętny, normalny, niczym nie wyróżniający się człowiek ma tam raczej marne szanse na normalne, spokojne życie. Dlatego ludzie uciekają z pl każdego dnia...

Za każdym razem, gdy widzę w swojej skrzynce list od nowego nadawcy, robi mi się trochę smutno, wraca żal do kraju, choć przecie kraj jako taki - nota ben piękny - sam w sobie niczemu nie winien. Ale czy winni są czemukolwiek zwykli zjadacze chleba? Też nie. No chyba tylko tego, że nie wezmą pługa i nie zaorzą wszystkiego od Bałtyku aż do Tatr i nie ułożą wszystkiego od nowa kamień po kamieniu. Moim zdaniem na dzień dzisiejszy to jedyne wyjście - taki tam bajzel teraz... Ci wszyscy politycy, gwiazdeczki, media.... No ale co mnie to dziś obchodzi. Powiedziałam Polsce NIE, bo już miałam dość tego życia w strachu o dzień jutrzejszy - za co kupić? czym zapłacić? gdzie szukać innej pracy lub pracy w ogóle? jak nie zwariować?


A raz po raz przekonuję się, że nie jestem w tym odosobniona. Większość osób, która do mnie napisała, jest w podobnej sytuacji. Chcą pracować, ale nie ma dla nich pracy. Pracują, ale zarobki nie wystarczają im na podstawowe rzeczy. Nigdy nie planowali wyjeżdżać z kraju w celach innych jak turystyczne, ale dziś nie widzą innej szansy jak wyjazd na stałe. Mają w kraju rodziny - rodziców, dziadków, rodzeństwo, niektórzy dorosłe dzieci, przyjaciół, ich dzieci mają przyjaciół, ale postanawiają ich opuścić, bo albo nie chcą być dla nich dodatkowym ciężarem albo chcą im pomóc, albo jedno i drugie jednocześnie. Częstokroć najpierw wyjeżdża jedno, by zbadać teren, często z nadzieją, że tylko chwilę popracuje zagranicą, a gdy odbiją się od dna, to będą dalej radzić sobie w kraju, bo jednak co własny kraj to nie obcy...

Jednak się okazuje, że miłość na odległość jest bardzo bolesna i dokuczliwa. Nie można bowiem długo żyć bez widywania własnych dzieci, żony/męża - to boleśnie kaleczy duszę i rani serce każdego uczuciowego człowieka. Dlatego często po zaledwie kilku miesiącach partner pakuje dobytek, zabiera dzieci i psa, i przyjeżdża tutaj, by razem stawić czoło przeciwnościom losu i powolutku oswajać obczyznę.

Z drugiej strony te wszystkie listy działają na mnie pozytywnie, bo dzięki nim wiem, że nie jestem jakimś ewenementem w przyrodzie i społeczeństwie, że są inni ludzie, którzy mają podobne problemy, że decydują się na emigrację mimo braku znajomości odpowiednich języków, mimo  nieznajomości przepisów i zasad obowiązujących w danym kraju, mimo braku dobrych znajomych w tym kraju, czyli licząc tylko i wyłącznie na samych siebie i na łut szczęścia.

Miło mi też, gdy ten i ów napisze coś podobnego w swoim liście, co ja powyżej. To znaczy, że czytając mojego bloga zobaczył, że nie jest odosobniony w swoich problemach z prawidłowym funkcjonowaniem w naszym ojczystym kraju i w swojej ryzykownej zagrywce jaką jest emigracja. Ten post jest właśnie głównie dla tych, którzy planują wyjazd za granicę z rodziną, by wiedzieli, że jest nas więcej takich ryzykantów, szaleńców, wariatów, dzielnych, odważnych (wszystko w jednym) ludzi.

Co jeszcze Wam powiem? Że tu nie jest łatwo, jest ciężko. Pieniądze ani robota nie leżą na ulicy - tak zdaje się niektórym wydaje... (głównie tym, którzy tkwią w kraju i zazdroszczą) Gdy nie znamy języka bardzo nieprzyjemnie się żyje, bo nie może się człowiek dogadać ani z sąsiadami, ani w urzędach, ani w szkole z nauczycielami, ani z lekarzem. Nie zdają się też przeważnie na nic nasze dyplomy i doświadczenie zawodowe, gdy kulejemy z językiem. Nauka języka zaś to proces długotrwały - ja uczę się kilkanaście miesięcy a, rzekłabym, nadal zaledwie raczkuję. Nie znając dobrze  tutejszego prawa i przepisów jesteśmy skazani na ciągłe proszenie o pomoc innych, na wychodzenie co raz na głupka, na wielokrotne łażenie w jednej sprawie do urzędu jednego lub kilku i wychodzeniu o niczym.
 Zostawienie rodziny i znajomych w Polsce wiąże się z rozluźnieniem z nimi zażyłości lub całkowitym ich zanikiem, nie tylko z powodu odległości i braku częstego kontaktu ale także niejednokrotnie nieuzasadnionej zazdrości i zawiści.
 Dzieciom jest w szkole bardzo trudno, bo tu nie tylko muszą od nowa się zaprzyjaźniać, ale dodatkowo nie potrafią się dogadać z rówieśnikami ani pedagogami. Zapewniam Was, że to co śmią twierdzić niektórzy w Wielkim Internecie (a co mnie śmieszy i irytuje - delikatnie mówiąc), jakoby dzieci uczyły się języka w ciągu pół roku (6 miesięcy) jest nieprawdą. Jakby to było możliwe, to - jak mniemam - co bardziej utalentowani w wieku 20 lat mówili by i czytali płynnie w kilkunastu językach. Po pół roku nauki każdy powinien mieć wystarczający zasób słów, zwrotów do porozumiewania się z otoczeniem w kwestiach podstawowych, czyli na przykład przywitanie się i inne uprzejmości, zrozumienie prostych poleceń i wypowiedzenie takowych, zapytanie o drogę, godzinę etc etc i zrozumienie odpowiedzi, po pół roku powinien delikwent rozumieć pewnie proste teksty pisane i mówione. Nie uwierzę jednak (sorry taki Tomasz Niewierny ze mnie), że ktoś jest w stanie po pół roku nauki - żeby nie wiem jak intensywnej - napisać np wypracowanie na temat pożyteczności owadów lub skutków nadużywania alkoholu. Obawiam się wręcz, że streszczenia bajki o Czerwonym Kapturku po 6 miesiącach nikt nie napisze bez błędów ortograficznych i gramatycznych. Jak więc można mówić w takim układzie o nauczeniu się języka? No można, mówić wszystko można, inksza inkszość, czy to to prawda czy pobożne życzenie... No a jaszcze inkszejsza inkszość, że dla niektórych "Kali jeść, Kali pić, Kali robić siku" jest wystarczającym poziomem jeśli chodzi o języki obce, choc nie sądzę, by nauczyciele byli tego samego zdania... Jeśli jednak ktos faktycznie po pół roku pisze, czyta, mówi płynnie i bezbłędnie w nowym języku to moje gratulacje, nie każdy jednak ma genialne potomstwo, większość jest przeciętnych...
Jest jeszcze wiele paskudnych rzeczy, an które skazujemy się wyjeżdżając do obcego kraju. Sama różnych nieprzyjemności i niedogodności na własnej skórze doświadczam od pierwszego dnia pobytu tutaj, co nie zmienia faktu, że ciągle, uparcie ze swojej strony mówię:
w ciągu tych dwóch lat (za miesiąc będzie dwa) 
ANI PRZEZ SEKUNDĘ NIE ŻAŁOWAŁAM, ŻE WYJECHAŁAM
 z tego chorego kraju, jakim jest dziś PL. 

Poznałam też innych Polaków, którzy podobne odczucia mają.

Może jest trudno, może ciężko, może czasem się płakać chce, może pojawiają się chwile zwątpienia we własne siły, może brakuje kogoś bliskiego do pogadania,  jednak tutaj przynajmniej da się żyć normalnie.
Słyszę czasem, że ludzie mówią - "a wcale tu nie ma kokosów żadnych, pracuję tu tyle lat i wcale nie opływam w bogactwa..." No, ale ja nie oczekuję pełnego sejfu ani willi z basenem ani wakacji na Księżycu. Ja chcę tylko po prostu żyć normalnie, a ten kraj mi to zapewnia. Dzisiaj stać mnie na nowe buty i ubrania (choć używanymi też nie gardzę - jak większość ludzi tutaj, gdzie mieszkam), stać mnie na słodycze, na owoce egzotyczne, na zabieranie dzieci do zoo, muzeów i inne wycieczki... O, jeśli idzie o wycieczki to tu jest raj po prostu w porównaniu z Polską. Za jedną dniówkę w pracy tankujemy pełny bak w aucie, a na baku robimy prawie 1000km - dlatego tyle zwiedzamy. A w PL się zawsze martwiliśmy skąd wziąć kasę, by odwiedzić mamę na święta, bo do mojej było 100km, a do mężowej 50km, bo tam na pełny bak trzeba było wydać połowę miesięcznej pensji. No cóż tu paliwo kosztuje tyle samo co tam, a w wakacje nawet zauważyliśmy, że u nas było tańsze niż w Polsce, a zarobki zdecydowanie się różnią... Mimo, że tutaj leczenie jest płatne, nie umieram ze strachu gdy sezon przeziębień, angin itp się zaczyna, bo wiem, że w razie potrzeby będzie czym zapłacic za wizytę u lekarza i za leki w aptece. A w Polsce często musiałam się zapożyczać po ludziach, by wykupić leki dla dziecka, wpierw licząc, że samo przejdzie... o różnicach w podejściu do pacjenta lekarzy w BE i w PL juz nawet nie wspominam... niebo a ziemia. Gdy pada nam w domu jakiś sprzęt - idziemy i kupujemy nowy, czasem na kartę kredytową, którą jednak spłacamy po pierwszej wypłacie. A nie jak w Polsce - zepsuła się pralka to pieluchy prałam w łapach, bo nie było na nową... Tylko tyle i aż tyle...

Dodam na koniec, że jeśli kogoś nachodzi nieodparta chęć, by napisać do mnie e-mail, niech śmiało pisze. Zawsze odpowiadam (mówię o sensownych listach nie jakichś śmieciach), choć nie koniecznie od razu, bo z czasem różnie. Bardzo chętnie nawiązuję znajomości, a tych nigdy za wiele. Proszę jednak nie liczyć na wielką pomoc z mojej strony, wszak - jak nie trudno wywnioskować z niniejszego bloga - sama uczę się ciągle (przeważnie na błędach)  życia na emigracji, sama poznaję dopiero ten kraj, jego prawo, kulturę, obyczaje, tradycje i historię. Na własnych dzieciach testuję system szkolny tego kraju. Na własnej i mężowskiej skórze zasady pracy i regulamin pracownika. Czasem wydaje mi się, że coś już wiem, a po paru dniach okazuje się że faktycznie - wydaje mi się... Jednakowoż tym co wiem, z chęcią się dzielę z innymi, bo wiem jak trudno samemu do wszystkiego dojść i jak ciężko niestety znaleźć wśród Naszych rodaków choćby jedną dobrą istotę, która nie patrzyła by na nas wrogo albo nie próbowała wykiwać czy choćby wyśmiać... Ot, życie.

Wdzięczna jestem i będę za wszelakie komentarze pod tym, jak i przyszłymi postami. Komuś może wydawać się to śmieszne, ale komentarze - nawet najbardziej zdawkowe - mówią mi o tym, co potencjalnemu czytelnikowi najbardziej się podoba i o czym warto pisać, mówią, co jest do dupy i co powinnam zmienić czy to w sposobie pisania, czy to w czytelności tekstu, czy to w ilości zdjęć. No i przede wszystkim dają mi znać, czy moje pisanie ma dla kogoś poza moją jakże_wspaniałą_osobą jakiekolwiek znaczenie. Co bardziej znajomi piszą do mnie na fejsie, co się Im chwali (pozdrawiam niniejszym wszystkich czytających znajomków z Ja-wej St-owa, N-ka, Koz-ka, Niemiec, Anglii, Ameryki i całej reszty świata, gdzie Was podarło niewiadomopoco ;-).
Czasem to aż się dziwię - post 100, czy 300 wyświetleń, to chyba z 50, 20 osób przeczytało i co, nikt na prawdę nie chciał powiedzieć, co myśli na dany temat? Na nikim nie zrobiło wrażenia miejsce, czy sytuacja którą opisywałam, nikogo nigdy nic na tym blogu nie wnerwiło, nie rozśmieszyło, nie zasmuciło...?
Człowieki, dajcie czasem znać, że czytacie, że oglądacie zdjęcia. Fajnie by było od czasu do czasu podyskutować na jakiś temat, wymienić poglądy - miejcie to na uwadze. Nie wstydźcie się wyrażać publicznie swoich opinii na temat postu. No chyba, że macie ten blog wraz z jego jakże-wspaniałą-autorką tam gdzie słońce nie dochodzi, to ok rozumiem, nie ma problemu :-)

Miejcie też na uwadze, to że ten post skończyłam o 2:13 (w nocy) w związku z czym mogłam gadać od rzeczy jak to bywa w takich godzinach...







18 komentarzy:

  1. Jestem młodym mężczyznom. Nie wstydzę się kochać cię i wyrażać swoje zdanie. Zapodaj lepsze foty a nie kaczki i krzaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przykro mi niezmiernie, jednak tematyka bloga jest w tytule dość jasno określona, do oglądania "lepszych" fot są adekwatne portale oznaczone przeważnie +18 :P

      Usuń
  2. hehehe..... siostra tylko te kaczki i krzaczki hehehhee... no coś innego prosimy hhehehheh..

    OdpowiedzUsuń
  3. Bylam, czytalam i pozdrawiam ... :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam ten blog od sześciu miesięcy.W roku 2012 odwiedziłem turystycznie Belgię i pogranicze z Francją,stąd moje zainteresowanie. Ten blog bardzo lubię i regularnie odwiedzam.Czekam na każdy kolejny post.Piozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłem tu, Piotr

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też czytam i czytam... Szczególnie o tym, jak dzieciarnia radzi sobie w szkole, bo prawdopodobnie to samo czeka mnie w przyszłym roku... Świetny blog! Poza tym - chyba jesteśmy z tego samego miasta. Pozdrawiam więc z zimnej jak cholera S.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z zainteresowaniem czytam dziś tego bloga po raz pierwszy, myślę że daje Pani świetne wskazówki w postaci opisanych własnych doświadczeń. Dzięki nim można się dowiedzieć, czego możemy się spodziewać żyjąc w BE.
    Pozdrawiam Justyna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy zaczęłam spisywać swoje doświadczenia, przyświecały mi dwie myśli - primo, że spiszę wszystko ku pamięci, by mieć co wspominać za kilka lat, secundo, że będę pisać publicznie o swoich przygodach, bo może ktoś przeczyta o naszych hecach i oszczędzi sobie choć niektórych błędów czy wpadek... dziś cieszę się, że komuś się przydaje ten mój pamiętnik :-)

      Usuń
  8. Witam, wpadłam na twojego bloga bo szukałam informacji o szkołach podstawowych w Belgii. Mam 6 letnia córke która od wrzesnia posyłamy do szkoły w Belgii. Mój maż wyjechał w styczniu a my do niego dałaczamy w lipcu. Czytajac twojego bloga przeskakiwałam z posta na kolejny post czytaja z coraz wiekszym usmiechem na twarzy:D mam nadzieje ze wyszystko sie powiedzie:) pozdrowionka Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę powodzenia. O szkołach wiem już sporo, choć na pewno jeszcze nie wszystko, bo co jakiś czas coś mnie zadziwia :-) Jak coś, to zapraszam na priv bmaguda@gmail.com

      Usuń
  9. Dzisiaj pierwszy raz znalazłam się na Pani blogu. I to zupełnie przez przypadek szukając informacji w necie gdzie kupię w Belgii ziele angielskie. Zaczytałam się na inne tematy, ziela nie znalazłam, ale inne rzecz tak. Mieszkam w Mons od sierpnia i już wiem, że częściej będę tu zaglądać. Pozdrawiam. Zapraszam w nasze strony. Nie wiem czy już byliście w Dinant, Namur, Strepy-Thieu, Pairi-Daiza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Pairi-Daiza była Młoda na wycieczce szkolnej i bardzo jej się podobało. Natomiast Dinant i Namur ciągle windnieje na naszej liście miejsc do zobaczenia jako niezobaczone :-)Tylko że tam chyba lepiej w cieplejszym okresie się wybrać no i jak dzień dłuższy, bo teraz to o 16stej już się ciemno i zimno robi. Ziela angielskiego Belgowie chyba nie używają albo rzadko, bo nie natknęłam się jeszcze, a zwykle studiuję dokładnie półki z przyprawami, ale w sumie ja sama też rzadko używam, a jak mi jest potrzebne to mówię mamie by mi kupiła i wysłała w kopercie, częściej jest to jednak "przyprawa do ziemniaków", której moja Młoda zużywa tonami jako posypkę do frytek :-)

      Usuń

Pisz śmiało. Podpisz się jednak, gdy komentujesz z anonima