16 stycznia 2022

Tydzień szczepień i innych medycznych przygód

 Pomyślałby kto, że jak człek na chorobowym siedzi, to wreszcie całe dnie może bąki zbijać. No, ja tak sobie to w każdym razie wyobrażałam, jak mi powiedzieli, że z powodu raka będę pewnie kilka miesięcy na zwolnieniu…


Mam co prawda o wiele więcej wolnego czasu, ale o całkowitym nicnierobieniu to, babo, zapomnij! Życie takie nie jest. Mogło by być. Wystarczy oddać zwierzęta i dzieci do adopcji (tudzież pożenić), ubrania i sprzęty rozdać ubogim, wyprowadzić się z 200metrowego domu z ogrodem do jakiejś klity, poprosić o sprzątaczkę z pomocy społecznej i zamówić obiady do domu. O i już.

Wtedy spokojnie można już ligać i zdychać. 

Tyle że w sumie mnie tam w tym momencie jeszcze nie spieszno do krainy wiecznych łowów ani do ligania. Przeto nie oddam wam ani dziecków, ani świń, ani Bozi, ani nawet Heńka Koguta. Małżonka też nie oddam, a i (nie)nasz duży dom sobie wielce cenię i kocham tu mieszkać. 

W końcu najważniejsze, co zrozumiałam w sobotę, gdy mi się dupy z łóżka rano nie chciało ruszyć o siódmej…Mianowicie, że jakbym tak NIE MUSIAŁA wstawać, NIE MUSIAŁA niczego robić, NIE MIAŁA tych wszystkich obowiązków, to faktycznie bym nie robiła nic całe dnie dając sobie mojego raka jako excuus*, by całe dnie leżeć plackiem i gapić się w sufit. Co w konsekwencji skutki mogło by mieć opłakane. Albowiem nicnierobienie (szczególnie w okolicznościach choroby czy innych problemów) prowadzi do nadmiernego rozmyślania oraz użalania się nad sobą, czego pokłosiem może być apatia, zniechęcenie, strach, panika,  stany depresyjne czy w ogóle depresja, myśli samobójczych nie wykluczając.

Cieszę się zatem, że nie mam za dużo czasu na nicnierobienie.

 Mam go jednak w sam raz.

Staram się mieć, bo prawda jest taka, że jak masz dwupiętrowy dom, partnera, troje dzieci, królika, dwie papugi, cztery świnki, trzy kury i koguta to roboty ci starczy nie tylko na całe dnie, ale i noce, gdybyś chciał wszystko rzetelnie, idealnie i perfekcyjnie wykonać oraz o wszystkich doskonale zadbać. No i ja czasem, mimo że nie jestem zdecydowanie perfekcjonistką, staram się wszystko jak najlepiej zrobić i o wszystkich jak najlepiej się zatroszczyć. Co nawet przy najlepszym zdrowiu i największych chęciach bywa trudne, a teraz jest praktycznie niewykonalne, a do tego niebezpieczne dla mnie samej. Nie sztuka bowiem przedobrzyć, przeforsować, zaszkodzić sobie swoją nadgorliwością. 

Często o tym z sąsiadką gadamy, bo ona też nie mogła na dupie usiedzieć po operacjach i teraz przychodzi albo dzwoni i mówi, żebym zluzowała majty, żebym korzystała z okazji i trochę się opierniczała. Staram się, ale ciągle muszę sobie od nowa przypominać o tym, że jestem chora, że nie dawno byłam operowana i że mam prawo do odpoczynku i nicnierobienia. To wcale nie jest łatwe! Bo paluchy świerzbią, bo w dupie bryzga, bo oczy widzą, że coś jest do zrobienia, bo poczucie obowiązku i winy daje o sobie znać. Co z tego, że mam solidny excuus i logika mówi mi że nie wcale nie muszę, bo świat się nie zawali, a wszyscy w domu szanują mój stan i deklarują swoją pomoc, a wręcz pchają się do „mojej” roboty. Jednak ja lubię być użyteczna i nie czuję się komfortowo, gdy nie zrobię czegoś, co MOGĘ zrobić. 

Kiedyś nawet rzekłam do małżonka, który pomagając mi zmienić opatrunek, zastanawiał się głośno, kiedy pozwolą mi wyrzucić tę ciasną „kamizelkę” i zdejmą opatrunki, że w sumie to dobrze, że je mam te utrudnienia, bo to jest cholernie niewygodne, ciśnie, uwiera, obciera przy każdym ruchu, co mnie skutecznie powstrzymuje przed nadmierną aktywnością. Inaczej rzuciłabym się zaraz jakieś meble przestawiać, ogródek przekopywać czy wiadra pełne wody tachać… Bo jak się raz do roboty przyzwyczaisz, nie odzwyczaisz się o tak, tylko dlatego, że ci cycka odetną i powiedzą, że masz raka. Podejrzewam, że i odwrotnie - gdyś do roboty nienauczon, to i nie prędko się do niej rwał będziesz, a każda wymówka będzie dobra, by nie brać się za nic, co inni za ciebie mogą zrobić. 

Odkryłam, że to przez tę „kamizelkę” tak piekielnie nawalają mnie plecy. Zobaczyłam to w lustrze. Ta szmata uwiera mnie pod pachami, no więc mój mózg każe ciału tego dyskomfortu unikać i pcha ramię do góry. Opatrunek i rana ciągnie to ramię z kolei do przodu, co wywołuje bardzo niezdrową postawę ciała. Jakbym miała takie lustrzane pokoje jak w Wejściu Smoka, mogłabym moją postawę kontrolować cały dzień, ale nie mam. Przeto ustawiam ramiona dobrze w łazience, a po chwili znowu wracają do złej pozycji i to mi szkodzi na kręgosłup. Ech! Staram się o tym myśleć i poprawiać ramiona, ale multitasking nie zawsze działa.

Ale już bliżej jak dalej. W miniony wtorek pielęgniarka wyjęła kolejną porcję zszywek z rany i dren. W najbliższy poniedziałek ma wyjąc resztę zszywek. Pokazała mi też różne protezy. Na początku można nosić  poduszeczki w specjalnym biustonoszu, podobne do tych ze zwykłych push upów. Później silikonowe też do  biustonosza wtykane i w końcu silikonowe przyklejane. Obejrzałam, pomacałam, podziękowałam. Nope! Nie zamierzam nosić biustonosza tylko dlatego, że nie mam cycka! Pielęgniarka proponowała mi nawet za friko wybrać se biustonosz z Amoeny (normalnie kosztują około 80€), bo miała tam różne jako pokazowe, ale też podziękowałam. Jak raz się uwolnisz z tego koszmarnego chomąta, to nie dasz się ponownie do niego wcisnąć dobrowolnie. Poza tym dotykanie tego silikonu było bardzo niemiłym doświadczeniem. Heloł, ja  jestem wysoko wrażliwa - niektóre faktury, konsystencje, materiały są dla mnie nie do zaakceptowania. Te gluciaste fejkowe cycki należą właśnie do tej kategorii. O fu! Nie wyobrażam sobie też.. znaczy prrrr wróć, właśnie że sobie wyobrażam i to jest problem. Widzę oczami wyobraźni siebie z tym fejkowym cyckiem pod ubraniem stojącą przed lustrem, co stwarza pozory, że wszystko jest na swoim miejscu, mam dwa zgrabne cycuszki… A potem się rozbieram i widzę, że to wszystko była fatamorgana, fejk, gówno, pic na wodę fotomontaż… Kurwa, weź! To by było straszne. Do tego mam podejrzenia, że małżonek, a nawet dzieci mogły by to podobnie odbierać, czyli za każdym razem każdego dnia przeżywać stratę i na nowo odkrywać moją niedoskonałość. Czy ja wyglądam na jakiegoś Prometeusza? Dla nas normalnych inaczej i autystycznych fałsz jest czymś bardzo niepożądanym i złym. Trzymajmy się prawdy, a prawda jest taka, że nie mam jednej piersi. Dla mnie nie stanowi to problemu. Ja akceptuję ten fakt bez zastrzeżeń. Moi najbliżsi również. Nie znaczy, że jesteśmy tym zachwyceni, że nam się podoba, ale zwyczajnie takie są fakty.  Zatem nie widzę najgłupszego powodu, dla którego miałabym udawać, że jest inaczej i wkładać se pod sweter fejkowe cycki. Jeśli komuś się to nie podoba, niech się nie patrzy. Jeśli ktoś będzie miał z tym problem, to zapewniam, że szybciej niż ustawa przewiduje, będzie musiał wybrać się po fejkowe zęby. 

Wizyta u pielęgniarki w klinice piersi nie była jedynym zdarzeniem medycznym tego tygodnia. Tego samego dnia odwiedziłam bowiem też kardiologa, który wykonał echo serca i orzekł, że jest w porządku i że można je katować chemią, a jakby w trakcie chemioterapii coś niepokojącego w związku z pikawą odczuwałam, mam natychmiast to zgłaszać, by mogli szybko zareagować. 

W poniedziałek odebrałam trzecią dawkę samiwiecieczego. Ręka mi trochę spuchła i kilka dni była lekko obolała. Młody otrzymał zaproszenie na pierwszą dawkę, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy, co zrobimy. Wolelibyśmy nie szczepić go, bo on, tak samo jak Najstarsza, jest typem niechorującym na nic, ale teraz już wiem, że w tej kwestii trza popatrzeć, co inni będą robić… bo już dane nam było się przekonać, jakie są społeczne konsekwencje nieszczepienia, szczególnie w połączeniu z rasizmem obecnym bardzo intensywnie w niektórych miejscach (temu tematowi poświęcę osobny wpis). Pozostaje też kwestia mojego osobistego bezpieczeństwa, choć moim zdaniem szpital, gdzie ostatnio bywam i będę bywać często oraz autobusy którymi często się przemieszczam są o wiele większym potencjalnym źródłem zakażenia czymkolwiek niż syn, który poza domem przebywa tylko i wyłącznie w szkole i to małej wiejskiej, gdzie tylko wiejskie dzieci spotyka. Skoro wszystkie największe boidupy koronne nie boją się latać samolotami, masowo wyjeżdżać do obcych krajów ani gnieść się w knajpach z randomowymi ludźmi,to chyba ja nie mam się co bać mojego własnego niespoufalającego się z nikim syna c’nie? Tak by wynikało z logicznego, zdroworozsądkowego myślenia, ale jestem świadoma, że tego dziś w społeczeństwie to raczej ze świecą szukać… dlatego trzeba patrzeć, co inni robią i dopiero potem zdecydować co jest dla nas lepsze. Obawiam się bowiem, że brak zaszczepienia może być o wiele gorzej potraktowany w szkole niż noszenie dziewczyńskich ubrań przez Młodego a nawet niż sam wirus. Gówniarze potrafią być prawdziwymi skurwysynami wobec drugiego jeśli tylko rodzice przekonają ich, że ich prawda jest mojsza. Depresja jest pierdyliard razy gorsza niż ten śmieszny srowid, a Młoda jest doskonałym przykładem, do jakiego stanu mogą doprowadzić skurwysyny ze szkolnej ławki…

Póki co Młody odebrał w piątek szczepionkę przeciwko odrze, śwince, różyczce i na razie mu wystarczy.

Ja odwiedziłam jeszcze onkologa w czwartek, z którym wspólnie wybrałam termin pierwszej chemii. Fajnie, że można było wybrać zarówno dzień jak i godzinę. Dokładnie to do wyboru było rano lub po południu. Wybrałam rano, bo wtedy mąż podrzuci mnie pod szpital w drodze do roboty. Na popołudnie do odebrania poproszę sąsiadkę, w razie jakbym nie mogła wrócić autobusem. Doktorka mówi bowiem, że pierwszy raz w razie wu lepiej kogoś mieć, gdybym nie czuła się na siłach drałować na przystanek, bo każdy inaczej reaguje. Pierwszy raz mam mieć łóżko plus oczywiście telewizor, radio… czyli normalne tutejsze standardy.  

W piątek zrobiłam test jazdy skuterem zawożąc Młodego pod szkołę. Poszło jak z płatka, nic mi to nie robiło złego. Przeto w sobotę pojechałyśmy z Młodą do najbliższego Kringwinkel(a) się zrelaksować, bo od siedzenia w domu i latania po doktorach człowiekowi zaczyna palma odbijać, a grzebanie w rzeczach używanych to takie poszukiwanie skarbów dla dorosłych, czyli niezła frajda i fajny relaksik. Znalazłam 4 tanie książki (coraz trudniej znaleźć dobre używane czytadło za nie więcej niż 2€, bo nawet starocie ogromnie podrożały) i 2 koce praktycznie nowe oraz 2 miseczki na wodę dla naszych świnek. Młoda jeszcze ocieplane gumiaki mi do kosza dorzuciła. Wyrobiłam się w 20€. 

A jeszcze hece maskowe. 

W szpitalu, jak nakazane, używam masek jednorazowych. W autobusach preferuję szmaciane, bo w nich nie czuję smrodu autobusowego, ludzkich perfum czy cholernych produktów do prania, od którego czasem chce mi się rzygać (zajebiście jest być nadwrażliwym na zapachy). No i w czwartek opuściwszy szpital cisłam maskę do kosza i poszłam na przystanek, gdzie ulokowałam się w dosyć dużej od niego odległości, bo znowu jacyś skurwiele kurzyli tam papierosy, od czego jeszcze bardziej chce mi się rzygać niż od perfum. (nawiasem mówiąc moim nader skromnym zdaniem palenie w publice powinno być zakazane i karane chłostą albo i śmiercią). No ale dobra. Se stoję koło tego przystanku z głową wypełnioną rozkminami o chemioterapii i myślami morderczymi wobec palaczy, czyli na full.  Podjeżdża  mój autobus. Wsiadam. Siadam. Wyjmuję telefon, by aktywować bilet i zaczynam się dziwować, co tak nie jedziemy… Podnoszę łeb i widzę przez folię z przodu autobusu kierowcę usiłującego wyraźnie coś komuś z daleka wytłumaczyć na migi. Wygląda jakby na mnie patrzył i do mnie machał, ale dla pewności rozglądam się wokół i widzę jak wszyscy udają, że na mnie się nie lampili. Co? Mam pietruszkę w zębach? Przecież… No taaaak! Zaiskrzyło na synapsach, gdy kierowiec przytknął se łapę do pyska. Zapomniałam założyć maski. Buachacha! 

Kiedyś podobną sytuację obserwowałam z boku stojąc w kolejce do kasy w sklepie. Tłum ludzi. Trzy kasy na pełnych obrotach. Nagle kasjer woła do jednej babci: „Proszę Pani, proszę założyć maskę!” Babunia maca się po twarzy i konstatuje, że faktycznie nie ma naryjca. Dawaj grzebać po kieszeniach, torbie… W końcu bierze paczkę masek z półki przy kasie i częstuje się jedną, resztę wrzucając do wózka. Wszyscy uśmiechają się dobrotliwie ze zrozumieniem i dyskutują o tym zjawisku wymieniając się podobnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami.

Lepszą bekę jednak miałyśmy kiedyś z Młodą podczas innej wizyty w szpitalu. Przy wejściu do szpitala Młoda mówi, żebym ją poczęstowała maską, bo nie chce jej się swojego plecaka zdejmować. Częstuję, bo zawsze staramy się mieć przy sobie całe paczki jednorazówek. Obeszłyśmy szpital, załatwiłyśmy, co było do załatwienia. Wychodzimy, a Młoda oddychając z ulgą mówi - no wreszcie, bo coś mam w masce, jakiś śmieć i czułam to cały czas na ryju. - Zgadujemy, że to pewnie siano świnek, ziarno papug albo nawet Luśki bobek albo pióro Heńka, bo to jest standardem jeśli chodzi o rzeczy uwierające nas w ubraniach. Młoda patrzy na zdjętą maskę i wykrzykuje - Kurwajapierdolę! Ślimak! No kurwa jebany ślimak!

Myślałam, że se jaja robi, ale patrzę a to serio ślimak! A raczej ślimaczek. Malutki bezdomny czarny ślimaczek. Żywy! W masce, która była w oryginalnym worku w moim plecaku. Co prawda nosiłam to tam może i kilka tygodni, no ale co do diabła robi ślimak w moim plecaku i skąd się tam wziął? No jaja jak berety! Brechtania na tydzień nam starczyło, no bo weź ŚLIMAK! Ona go miała z godzinę na twarzy. Ha ha ha! 

Świnki morskie też chorują, ale Luśka Królik czuje się lepiej.

Świnki teraz potrzebują więcej akcesoriów, bo Tornado i Love siedzą w osobnych klatkach ze względu na chorobę, a Maggie (zwana też Magią) i Luc Majtoszek w osobnej. Więcej dywaników lub kocyków, więcej misek, więcej troski. Mam nadzieję, że wyzdrowieją, choć leczenie chorób skóry może trwać tygodniami i jest bardzo stresujące dla zwierzątek. Tornado i Love teoretycznie mogły by siedzieć w jednej klatce, bo od zawsze były razem, ale pierwsza próba pokazała, że ten numer nie przejdzie. Od razu zaczęły głośno zgrzytać na siebie zębami, ganiać jedna drugą i się gryźć. Powodem może być dokuczliwa choroba (swędzi, swędzi, swędzi) albo mały metraż dodatkowej klatki, co u świnek ma duże znaczenie.

Luśka ostatnio czuje się znacznie lepiej, a nawet całkiem dobrze, choć nie jest już tym zającem, co była wcześniej. Trudno powiedzieć, czy to choroba ją zmieniła, czy zwyczajnie króliczysko się postarzało. Nie gania już z prędkością światła jak dawniej po całym pokoju wieczorami. W ogóle trzyma się jednego kąta z małym oknem, ale nie wskakuje już na parapet, by popatrzeć na świat z góry. Kupczy przy jedzeniu i siusia często obok kuwety, choć do kuwety systematycznie wskakuje. Tyle że je dużo, a nawet bardzo dużo i już trochę przytyła. Ziołowe siano okazało się wybawieniem, bo to bardzo wybredny królik i byle jakiego siana nie weźmie do pyska, a najróżniejsze testowaliśmy. Ziołowe z miętą i rumiankiem jej podchodzi. Zajada aż miło. Warzywa też wsuwa i suchą karmę. Głaskańsko i pieszczochanie nadal lubi, ale jakby rzadziej. No, nigdy nie można było jej bylekiedy pieszczochać, a tylko jak sobie tego życzyła - ona łapie wtedy za nogi i wystawia nos do głaskania. Próby głaskania w niestosownym momencie mogą się skończyć naburczeniem i podrapaniem lub pogryzieniem. I nie każdy może ją głaskać. Najstarsza, jej najlepsza kumpela i współlokatorka, może prawie zawsze. Ja mogę często. Mąż czasem. Młoda rzadko, bo Królowa z jakiegoś powodu średnio ją lubi. Tak, to królowa wśród królików. Najwspanialsza z najwspanialszych. Niepowtarzalna i oryginalna. 

Jaka rodzina, takie zwierzęta ;-)

Luc Majtoszek, Tornado, Magia (zawsze głodna)


Młody z Majtoszkiem

Królowa 👑jest tylko jedna

Czasem ktoś nocą robi demolkę i syf

Love ❤️

jakaś świnia zwaliła paśnik ze ściany 

Majtoszek pieszczoszek


*exuus - nl. usprawiedliwienie. W domu, podobnie jak chyba większość dzieciatych rodzin na obczyźnie, mówimy mieszanymi językami wplatając w język ojczysty sporo słów (czasem spolszczonych czasem nie) z języka niderlandzkiego i angielskiego, którymi to językami posługujemy się poza domem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pisz śmiało…