30 maja 2026

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

 Zacznę od najtrudniejszego i najokropnejszego dnia minionego tygodnia, by już zostawić potem ten temat. Dla nas wszak życie toczy się dalej swoim torem... 

Tragiczny wypadek w sąsiedniej wsi

Ci, którzy mieszkają w Belgii już się pewnie dość na ten temat nasłuchali, naczytali i nadyskutowali, a i poza granicami pewnie było o tym w wiadomościach, bo widzieliśmy tutaj dziennikarzy z różnych stron świata. Mody nawet osobiście udzielił wywiadu po angielsku dla jakiejś hiszpańskiej gazety. W lokalnej też go cytowali, jako swego rodzaju świadka zdarzenia. Nie ukrywam jednak, że wolelibyśby zaistnieć w mediach z jakiegoś miłego, fajnego powodu a nie z powodu ludzkiej tragedii. 



Napiszę jednak o tym tragicznym wypadku, który w jakiś sposób był naszym udziałem. Na nasze szczęście tylko z perspektywy gapia.

Poniedziałek był wolny z okazji Pinkstermaandag, czyli Zielonych Świątek, który w BE jest dniem ustawowo wolnym. We wtorek Młody jak zawsze pojechał swoim rowerkiem, który jak zwykle miał zabrać do pociagu, by udać się w kierunku swojej szkoły. Jednak chwilę później zadzwonił, by podzielić się swoim zaniepokojeniem odnośnioe jego pociągu, który - jak relacjonował Młody - zatrzymał się sporo przed stacją i że policja na sygnałach tam podjechała. Gdybaliśmy razem, co też mogło się stać. Obstawialiśmy samobójstwo albo przechodzenie lub przejeżdżanie na czerwonym, bo to najpopularniejsze zdarzenia, bo do zwykłej awarii policja by nie jechała. Młody zastanawiał się głośno, co ma teraz robić: czy wracać do domu, czy czekać, bo może to nic ważnego i pociąg zaraz ruszy, bo mogło być tak, że pociąg ma awarię, a policja jest tam z innego powodu. Jednak, gdy tak sobie gadaliśmy, na miejsce zaczęły zjeżdżać inne radiowozy, wozy strażackie i karetki, a chwilę później pojawił się też helikopter. Wtedy już wiedzieliśmy, że to jakieś poważniejsze zdarzenie i że ten pociąg raczej szybko nie pojedzie. Powiedziałam Młodemu, by wracał do domu, bo szkoda tam stać po nic. A ten na to, że nie wie jak, bo przejazd jest zamknięty. Skoro pociąg nie minął stacji, to zapory się nie podniosą. Fakt! Zapytałam, czy zna drogę przez sąsiednią wieś, ale nie znał. Przeto zaoferowałam się, że podjadę tam rowerem i go poprowadzę. Miałam niby w planie iść do azylu, ale własne dziecko ważniejsze niż ptasie. Młody oczywiście poszedł tam bliżej zobaczyć, co się tam zdarzyło, bo przecież zanim ja przekręcę 5 kilometrów to chwilę potrwa. Jako że zdawał się być zaniepokojony nieoczedkiwaną i podejrzaną sytuacją to podpięłam słuchawki do telefonu i tak mogliśmy cały czas rozmawiać podczas mojej jazdy. Relacjonował mi zatem na bierząco, co tam zobaczył. Najpierw powiedział, że pociąg ma rozbite okno, więc musiał uderzyć w coś dużego i że leży tam kawałek przodu od jakiegoś auta.

 Dalej relacjonował, że jakiś pan przyjechał na rowerze jak szalony i krzyczy spanikowany, by go przepuścili, bo "tam był jego syn"...

Chwilę później Młody zawołał, że widzi dawnego klasowego kolegę, który wychodzi z pociągu wraz z innymi pasażerami i że już mu pomachał i że idzie z nim pogadać... Ja w tym czasie utknęłam razem z dwójką innych rowerzystów na ścieżce rowerowej, którą blokował wóz strażacki. Strażacy nieśli do auta jakieś metalowe skrzynki, które skądsić wydobyli w okolicach torów. Teraz myślę sobie, że to były może te kolejowe czarne skrzynki, z których potem odczytano, że pociąg w momencie zdarzenia jechał z prędkością 90km/h... Zagaiłam do rowerzysty obok, że tam ponoć jakiś wypadek się zdarzył koło stacji, a ten - już najwyraźniej dobrze poinformowany - odprał, że owszem i że to bus szkolny wjechał pod pociąg i że więcej ofiar jest. Nie! Ja pierdolę! Aż mnie ciarki przeszły i potem jeszcze długo mi się ręce trzęsły. Przekazałam Młodemu od razu, a on potwierdził, że pociąg faktycznie w jakiegoś busa uderzył - jak się dowiedział od kolegi - i że kierowcę wyciągnęło przez okno. To widzieli pasażerowie pociągu. W pociągu nikomu nic się nie stało, ale ktoś doznał szoku i zabrali go do szpitala na sygnałach. Karetki i inne wozy ciągle jeździły na sygnałach. 

Wróciliśmy z Młodym do domu. Napisaliśmy do szkoły mejle, że Młody nie przyjdzie i cały dzień śledziliśmy obydwoje wiadomości na kilku stronach. Chwieliśmy się dowiedzieć, co się tam do cholery stało. Najpierw podano, że to był bus wiozący dzieciaki do szkoły specjalnej, czyli niepełnosprawne i że kilka osób zginęło, a reszta w stanie ciężkim w szpitalu. Potem uściślili że jest 4 ofiary śmiertelne. Nie podali jednak szczegółów. Później się dowiedzieliśmy, że długo nie wiedziano, ile dzieci tego dnia jechało busem, bo to wiedziała tylko opiekunka, a ona zginęła na miejscu. Musieli zatem najpierw obdzwonić wszystkie rodziny i zapytać, czy ich dziecko pojechało do szkoły busem, czy zostało w domu chore albo pojechało rowerem, czy z kimś autem. Ten bus został wyrzucony uderzeniem pociągu i wyleciał w powietrze a potem spadł z łoskotem na bok. Młody słyszał ten huk stojąc na stacji, ale miał słuchawki  na uszach i słuchał metalu, więc był przekonany, że to jakiś dziwny element utworu.

Bus wjechał na tory na czerwonym przy opuszczonych rogatkach. Na razie nie znana jest przyczyna. Podają kilka możliwych powodów: może kierowcę oślepiło poranne słońce i nie widział ani rogatek ani świateł (jechał drogą biegnącą równolegle wzdłuż torów i skręcał w lewo na przejazd),  może źle się poczuł (zawał, omdlenie), defekt pojazdu, zwykły ludzki błąd, nieuwaga, zmęczenie. Na razie jednak trwa śledztwo i nie ma co spekulować. Wypadki niestety się zdarzają.

Kierowca (49), opiekunka (27) i dwóch nastolatków (12 i 15 lat) zginęło na miejscu. Pięcioro innych dzieci w stanie ciężkim odwieziono do szpitala. Ogromna tragedia dla ich bliskich, nauczycieli i całej wioski. 

Dla nas to też był lekki szok i niedowierzanie, mimo że nie znaliśmy raczej tych dzieciaków. Choć nie wykluczone, że przychodziły na świetlicę, w której miałam staż. Może mijałam je w sklepie albo na ulicy. Inaczej patrzy się na takie zdarzenia, gdy dzieją się daleko, a inaczej, gdy zdarza się to tuż pod twoim nosem, gdy uczestniczysz w tym wszystkim, gdy udzielają ci się emocje innych ludzi. Wypadki z udziałem dzieci są ciężkie do udźwignięcia nawet jak to nieznajome dzieci. Cały dzień nie mogłam nic innego robić, tylko o tym myślałam i oglądałam konferencje prasowe, czytałam dyskutowałam z rodziną. Nie mieściło mi się i nadal nie mieści to w głowie, że w dzieciaki giną w szkolnym busie w drodze do szkoły. Ot tak jedna sekunda i ktoś stracił swoje dziecko, które powierzył komuś pod opiekę. Koszmar.

https://www.vrt.be/

Ale życie toczy się dalej

Dla nas na szczęście życie toczy się dalej tym samym torem. Kolejnego dnia Młody już pojechał do szkoły, bo udało się zakończyć wszelakie czynności tego samego dnia, choć cały dzień ruch pociągów na tej trasie był odwołany. W weekend cbyba jeszcze coś będą tam robić, bo NMBS (belgijska kolej) informuje że nie będą kursowac pociągi na tej trasie tylko autobusy zastępcze. Dziś też niektóre nie jeździły, ale nie wiem, czy to z tego powodu, czy zwyczajnie przez upał. Utknęłam na chwilę w Mechelen, ale w koncu dotarłam razem z Młodym do domu. Tutaj w upał to zawsze są jaja na kolei. Wiele pociągów ma wielkie opóźnienie, a sporo nie pojawia się w ogóle. 

Poza tym nic ciekawego się w tym tygodnie nie działo. Byłam na spotkaniu z tą całą kołczką, co oczywiście nic w ciekawego w moje życie nie wniosło. Fajnie się jednak rowerowało po górkach. Trochę się obawialam tej trasy ze względu na upał i odzywajace się znowu kolańsko, ale nawet sprawnie poszło. Miałam jeszcze pół godziny do spotkania, przeto zajrzałam do parku na tyłach… Ciekawy 👀 
dawna stróżówka (chyba)


dom ogrodnika (chyba) 



opuszczona rudera





Po spotkaniu wstąpiłam do krinwinkel poszperać w starociach. Nabyłam dwie książki, czajniczek w koguty i ptaszki-durnostojkę dla Młodej oraz kilka szmat dla się: czerwoną jeansową spódnicę, jeansową kurtałkę oversize (no, idealna na te upały haha) i jakąś portko-spódniczkę dla mnie lub Młodej. Mamy obie mniej więcej takie same dupska, choć ona ładniejszą, to czasem się wymieniamy ciuchem. Grzebanie w starociach jest bardzo relaksujące i czasem dobrze jest wleźć do kringwinkel.


Przymierzyłam kapelutek, ale nie bardzo mój styl…



Odwiedziliśmy też ponownie dietetyczkę z Młodym i znowu coś tam zadała mu do próbowania, nagoniła go do przyłożenia się do jedzenia na godziny, bo w jego przypadku to bardzo ważne. Na koniec podyskutowałyśmy o polityce i ostatnich mniej lub batdzie porypanych pomysłach minister edukacji. Ona (dietetyczka, nie minister) pracuje też jako nauczyciel w szkole specjalnej, więc ją to bezpośrednio dotyczy.
ja czekająca na dworcu


No ale szczegół. Ja to z wszystkimi muszę se pogadać o jakiś głupotach nie związanych z tym po co jestem w danym miejscu. Okropna jestem. Ech. To tylko potwierdza, że potrzebny mi jednak ten vlog, by się wygadać. Na razie nagrałam próbne wideo takie trochę pierdololo o niczym, by zobaczyć, jak to działa. Działa dobrze, tylko jakość ciulowa, bo w darmowej wersji cap-cuta można tylko w ciulowej wersji eksportować. Nie zamierzam jednak płacić za nic  nie bedąc pewnym czy to w ogóle ma sens. 
Wiem już też co źle robiłam w trakcie nagrywania i że potrzebuję specjalnego lusterka do nagrywania oraz selfiesticka, bo statywik jest za krótki i za niewydgodny, by trzymać go cały czas przed sobą. Jak się komuś nudzi, niech se obejrzy z kawałek i mi napisze, co myśli. Można też zasubskrybować kanał :-P



 Pierwsze oficjalne wideo początkowe jest w budowie… Specjalnie po to dziś do stolicy pojechałam nawet.

W azylu w tym tygodniu nie byłam ani razu, bo codziennie jakies coś. Może przyszły tydzień będzie bardziej owocny i poukładany. 

Nasza Krystyna-Kurozaur zdaje się powoli wracać do zdrowia... 

A czekaj, bo nie pamiętam, czy w ogóle pisałam o tym, że byliśmy z Krystyną u weta, bo jej kloaka wypadła...? Najwyżej potwórzę. Kurom się czasem zdarza prolaps. Zwykle powodem jest, że kura zbyt dużo jaj niosła i/lub zbyt duże albo że się czegoś bardzo przestraszyła. Nasza adopcyjne dziewczyny są co prawda młode, ale niosły przecież bardzo intensywnie i ponad normę w tej fabryce jajek, więc wypadnięcie kloaki nas nie zdziwiło, ale bardzo zestresowało. Już myśleliśmy, że trzeba będzie Krystynę uśpić.  Zapytaliśmy doktora gugla. Na polskim necie - jak to często w takich sprawach - ludzie pisali po prostu, że "rzeba kurę zabić, bo tylko sie męczy, że z tym nic nie da się zrobić, ato przecież tylko kura... Wioskowi eksperci od siedmiu boleści, ja pierdziu. Na tutejszym i zagranicznym było trochę porad. Proste rzeczy postanowiłyśmy spróbować zanim pójdziemy do weta.

Najpierw  wymyłam jej kuper delikatnie i okazało się, że przez noc samo się naprawiło. Niestety kolejnego dnia podczas niesienia kolejnego jajka znowu się to samo zdarzyło... Udało się szybko umówić do weta znającego się na kurach, a on po obejrzeniu oznajmił, że nie jest najgorzej, ale trzeba działać i że będzie potrzebna cierpliwość... 
Dał jej lek antybakteryjny, który miała dostawać przez 5 dni. Kazał ją wykąpać w ciepłej wodzie z dodatkiem odkażającego płynu waginalnego... Tak, aptekarkę też to setnie ubawiło. Apteka co prawda prowadzi też sprzedaż leków dla zwierząt, ale jeszcze nikt najwyraźniej nie kupował u niej mydła waginalnego dla swoich kur albo nikt się nie przyznał, dla kogo kupuje. Wet zasugerował, bym powiedziała, na co potrzebuję, by dali mi właściwą rzecz. Młody potem się chichrał, że aptekarka teraz ma nową historię do opowiadania z cyklu "a raz przyszedł klient..."
Krystyna w kąpieli 🛁 


No i wsadziłyśmy Krystynę do wiadra z ciepłą wodą z mydełkiem ginekologicznym z isobetadyną i ją moczyłyśmy coś z godzinę, by wszystko ładnie sie umyło. Wyglądało na to, że jej się to podobało, bo poszła w kimę, jak ją tak trzymałam w tej wodzie i myłam jej kuper. Potem zawinęłyśmy ją w duży ręcznik i delikatnie osuszyłyśmy. Następnym krokiem było przykładanie lodu. To już jej się nie podobało za bardzo albo moze po prostu uznała, że już za dużo tego spa...
Potem wróciła na podwórko, ale do części Heńka, żeby jej koleżnaki nie dziobały i Chica nie seksował. 
Kolejnym zaleceniem było ograniczenie jej czasu przebywania na świetle dziennym, w celu zastopowania niesienia jajek. Mogła mieć światło tylko przez maks 8 godzin. Trochę trudne do zrobienia w letnim seoznie, gdy dzień długi, ale robiliśmy tak, że rano normalnie o szóstej wychodziła z wszystkimi, ale około południa wkładaliśmy ją do kurnika, by znowu na wieczór na chwilę ją wypuścić, by sobie połaziła, pojadła i już sama wracała ze stadem do kurnika na noc. Drugiego dnia znowu umyłam jej kuper w płynie dezynfekującym, a na trzeci dzień kloaka wróciła na swoje miejsce. Kuper był opuchnięty jeszcze parę dni i Krysta wyraźnie źle się czuła, bo mało jadła, ukrywała się gdzieś za krzakiem, chodziła z opuszczonymi barami. Karmiliśmy ją smakołykami, które chiała jeść: gotowane jajko, słonecznik, robaczki, owoce, ser... Z każdym dniem wyraźnie lepiej sie czuła, a kuper się poprawiał. Teraz zdaje się już normalnie zachowywać i całkiem dobrze wyglądać. czyli 70€ nie poszło na marne i zalecenia weta przyniosły pożądane rezultaty.

Biedna Balbinkę też chyba w koncu powinniśmy zawieść do weta, bo ciągle niesie jajka bez skorupki i wygląda jak kurzy menel - rozczocharne pióra, blady grzebyk... Tak jakoś schodzi z tym. Nie jesteśmy przykładnymi opiekunami naszych kur.
Wredna Wanda ma się wyśmienicie. Jest największą, najładniejszą i najbardziej bezczelną z adoptowanej trójki kurozuarów. Ona najprawdopodobniej  była kogutem, gdy przebywała w tej kurzej farmie z innymi kurami. Tak, niektóre silne charakterem kury przejmują rolę koguta, gdy w stadzie nie mają prawdziwego koguta albo ten jest chuderlak i słabiak. Takie kury zwykle mają wielki soczyście czerwony grzebień i ogólnie zwykle są duże i silne. Mogą też zacząć piać i przestać nieść jajka. Gdy w stadzie pojawi się prawdziwy kogut, zwykle wracają do swojej kurzej roli. Choć zależy od tego jak silny jest kogut. Koguty też czasem stają się trans-kurami i zaczynają sie zachowywać jak kury. Nawet do gniazda idą i udają, że niosą jajko, co oczywiście nie jest możliwe. Nasza Sunny też na początku zdawała się być kogutem. Nawet jak pojawił sie Heniek ona próbowała go zdominować i czasem mu stopę na grzbiecie stawiała. Bo on był pantofelek i mało koguci był. Teraz jednak jest jego kurą, bo już poważny z niegi kogut, to go szanuje. Wanda niesie jaja, ale zapędy kogucie jeszcze trochę ma. Lubi rządzić i chodzi własnymi drogami. Lubi uciekać człowiekowi, gdy uzna, że jeszcze nie pora wracać do ogrodu, i alpejskie kombinacje obmyśla, by nawiać. Chica nie jest dla nich autorytetem, ale już trochę (tak odrobinkę) już sie go słuchają i czasem nawet na znalezione przez niego jedzenie przybiegną (jak już 10 minut woła i nie mają nic lepszego na oku). Nie łatwo ma z nimi. Z Henkiem toczy boje przez siatkę. Bywa że jak wychodzą poza ogród, że i bez siatki jeden drugiego dopadnie i jest bitka na ostro, zanim człowiek ich nie rozdzieli. Riko bardzo polubiła się z kurozaurami. Czuje się z nimi najwyraźniej bezpiecznie i komfortowo, mimo że ani do połowy im nie sięga. One jej nie dokuczają, a chcą przebywać w jej poblizu, tylko ona nie lubi być zbyt blisko żadnej kury i się odsuwa. Balbinkę toleruje, bo ona jest spokojniejsza niż dwie pozostałe. Balbinka nawet czasem próbuje spóścić łomot Bożenie, gdy zobaczy, że ta dokucza Riko, a dokucza zawsze jeśli tylko stada się zejdą. Sunny lubi swoją córeczkę Riko i nigdy jej krzywdy nie robi. Heniek natomiast ją przegania, gdy zapóści się na jego dzielnię. Te kurze relacje są fascynujące. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się tak kurom, jak teraz. Niesamowite to ptaki. 

Jeszcze parę zdjęć z wizyty w Hasselt. O tym jest wideo, więc nie będę się powtarzać 
Vél’eau - impreza Red Bulla








mural


Restauracja Cafe Latino





kibel








🌮 tacos 
Muzeum mody w Hasselt







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...