Kolejny Decapeptyl zakończył kolejny miesiąc i rozpoczął kolejny tydzień, ten tydzień. Poznałam trzecią, czyli ostatnią pielęgniarkę w naszej przychodni. Każda ma inną metodę dawania zastrzyków. Ta np zleciła mi położyć nogę na fotelu i złapać się za oparcie. Dziwna procedura, ale skoro jej tak wygodniej, to mnie tam w sumie rybka, choć wolę normalnie stać... Byli też tacy, co kazali mi się kłaść do zastrzyku - to juz w ogóle wyższy poziom dziwności... Ogólnie ta pani bardzo fajna i sympatyczna, ale następnym razem postaram się umówić do mojej ulubionej pielęgniarki, o ile będą dostępne godziny, które mi odpowiadają, bo ja lubię mieć na rano najbardziej jak się tylko da. Najchętniej przed dziewiątą, by pójść odbębnić i mieć spokojną głowę. Zatrzyk w środku dnia to cały dzień zmarnowany, bo rano czekasz w stresie, by nie przegapić, a potem jesteś tak bardzo zmęczony i zestresowany tym czekaniem, że musisz odpoczywać do wieczora haha.
Innego dnia odwiedziłam biuro pracy, gdzie sympatyczna pani poinformowała mnie, że wg VDAB jestem zdecydowanie za mądra na pracę w zakładzie pracy chronionej, a potem przez resztę czasu przeznaczonego na wizytę dawała mi do zrozumienia, choć mówiąc tak, by tego nie powiedzieć, że najlepiej to bym dała sobie spokój z szukaniem pracy, BO NIE MUSZĘ. Żebym spokojnie w domu siedziała i się zastanowiła, czy aby na pewno chcę szukać pracy, bo przecież dobrowolnie zgłosiłam się do urzędu pracy, TO mogę zrezygnować i NIE MUSZĘ SZUKAĆ PRACY. Powiedziała, że wyśle mi mejlem opcje do przemyślenia, czyli kolejny trajekt z darmowymi stażami i coś tam jeszcze, ale ja NA PRAWDĘ NIE MUSZĘ SZUKAĆ PRACY, NIE MUSZĘ UMAWIAĆ KOLEJNYCH SPOTKAŃ, no i powiedzmy sobie szczerze, dla mnie nie ma pracy, bo żaden pracodawca nie zatrudni mnie na część etatu... A spadajcie wszyscy na drzewo liście pompować.
No ale ja chyba faktycznie w końcu czuję się przekonana do położenia lagi na temacie szukanie pracy, dopóki mi będą płacić zasiłek i dopóki inne okoliczności pozwolą mi żyć z zasiłku. Moje pomysły na ten moment się skończyły, a jeszcze bardziej skończyły się moje chęci. Będę kontynuować nicnierobienie, bo trzeba wam wiedzieć, że coraz lepiej mi to idzie i nie długo zostanę zapewne misztrzynią opierdalingu i tumizwisizmu.
Będąc w mieście, wstąpiłyśmy z Młodą do kawiarni na kawę i lunch. Dobre to było.
Na ostatniej wizycie w uniwersyteckim doktory kazały Najstarszej biegać, bo bieganie jest , jak orzekli, najlepsze na ubijanie i zagęszczanie dziurawiejących kości (czytaj: osteoporozę). Chyba ją przekonali, a ona przekonała mnie, że też powinnam spróbować biegania, wszak dziurawiejące kości to i moja przypadłość. Ortopeda co prawda mi to kiedyś odradzał ze względu na zesrane kolano, ale mimo wszystko postanowiłam spróbować. Jak kolano będzie bardzo jojczyć, to najwyżej zaprzestanę, ale jak moje towarzystwo sprawi, że córka zacznie biegać i bieganie polubi, to warte jest to nawet sztucznego kolana.
W środę zaczęłyśmy truchtając powolutku. Łącznie pokonałyśmy 3 km, ale do lasu i z lasu szłyśmy zwyczajnie, dopiero pod lasem zaczęłyśmy biec, a do lasu jest ok 500 metrów, to dwa kilosy można zaliczyć na poczet biegania. Jak na pierwszy dzień to, uważam, całkiem nieźle. Na drugi dzień byłam zmęczona, bardzo zmęczona, ale to raczej normalne... W MOIM WIEKU. Dziś czuję łydki, bo one dawno nie biegały i im się nie podobało, że ktoś im kazał coś robić. Nic to, dziś zrobiłyśmy drugą rundę, ale przebiegłyśmy już prawie całą trzykilometrową trasę. Na początku tylko kawałek szłyśmy, by rozruszać stawy.
Fajnie się nam biegało. Bardzo to przyjemne. Tam w lesie jak zwykle dużo osób też biegało i fajnie tak było należeć do tej grupy. To jest bardzo motywujące, gdy widzisz innych robiących to samo. Wspominałam Najstarszej, że w jej wieku będąc biegałam nawet po kilkanaście kilometrów... No ale wtedy byłam młoda i piękna, no i ćwiczyłam intensywnie karate i jujistu... Ale wtedy bieganie postrzegane było raczej jako wyższy poziom zidiocenia. Przynajmniej u nas na wsi. Ludzie się w głowę pukali...W ogóle sport to było coś dziwnego, no może z wyjątkiem piłki nożnej. Sport to się oglądało w telewizji, jak igrzyska byly, a nie żeby to samemu robić, no bez przesadyzmu.
Trenowanie sztuk walki przez dziewczynę to już w ogóle uważane było za patologię. Nawet lekarz rodzinny przewracał oczami i szydził, że musi mi wypisać zezwolenie na kopanie po głowie, czyli zaświadczenie na uprawianie sportów ekstremalnych potrzebne do udziału w turnieju. Jednak jak raz nasz klub w telewizji RTL pokazali, a tam m.in. mój z trenerem (ówczesnym wicemistrzem świata po turnieju sztuk walki w Tokio) pokaz technik z mieczem to szacun się trochę wytworzył i nawet na ulicy mnie ludzie zaczepiali, by powiedzieć, że widzieli mnie w telewizji. A i klasowi koledzy z zagranicy dzwonili do domu, by powiedzieć rodzinie, że Magdę w telewizji widzieli, bo oczom nie mogli uwierzyć, gdyż byłam raczej ostatnią osobą, którą spodziewali by się zobaczyć na ekranie...
Lubię sobie czasem wspominać tamte czasy. To był taki beztroski, wesoły i fajny czas. Spełniałam moje pierwsze wielkie marzenie, by uczyć się japońskich sztuk walki i nawet dobrze mi szło. Po raz pierwszy moje nazwisko pojawiło się w prasie i radiu, no i w telewizji, głównie lokalnej, ale ten RTL to już było szaleństwo. Miałam też kiedyś kolorowe czasopismo sztuk walki ze swoim zdjęciem z jakiegoś pokazu w parze z klubową koleżzanką, a na drugiej stronie był Bruce Lee, ale niestety zgubiłam ten numer podczas emigracji, a czasopismo już dziś nie istnieje... Wspominam też często z uśmiechem mój udział w Mistrzostwach Kata Przy Muzyce w Warszawie. (kata to "walka z cieniem", czyli układ różnych kopnięć, uderzeń, skoków, taka udawana walka z niewidzialnym przeciwnikiem - widowiskowa rzecz). Nikt poza mna nie reflektował na udział w tym zdarzeniu, bo chłopaki to oni po prostu chcieli tłuc się po macie, walczyć, a nie jakieś "tańce" do muzyki, a inne nieliczne koleżanki nie lubiły za bardzo kata. Też wolały sparingi. Zatem tylko ja pojechałam sama pierwszy raz do stolicy i nawet się nie zgubiłam haha. Wypadam raczej kiepsko, bo jeszcze wtedy cienka byłam jak sik pająka, a prezentowałam wtedy jakieś kata z poziomu mistrzowskiego, bo było bardziej widowiskowe, a w tym turnieju o to chodziło, by było zarówno technicznie porządnie jak i ciekawe... a i muzykę se jakąś kitową wybrałam wtedy... Satysfakcja mimo to jednak była wielka, że mogłam wystąpić w jednej sali z najlepszymi ludźmi z najróżniejszych klubów i stylów walki z całej Polski. Naoglądałam się też tych wszystkich czaderskich pokazów najróżniejszych sztuk walki z najbardziej wariacką bronią i bez broni. To był bardzo ciekawy i mega widowiskowy turniej. Wróciłam z Warszawy z chłopakami i trenerem z zaprzyjażnionego klubu kung fu, którzy odwieźli mnie autem pod sam dom zaśmiewając się że w upiornym miejscu mieszkam, gdzie psy dupami szczekają, bo na wsi były bagna, nad którymi wisiała wtedy gęsta mgła, a dodatkowo połowa asfaltu spłynęła w dół w te bagna, co zaiste dosyć mroczny klimat tworzyło...
Wróćmy jednak do rzeczywistości.
Młody rozpoczął kolejny rok szkolny. Kurde dopiero co miał dwa i pół roku i maszerował po raz pierszy z dumą i ogromnym entuzjazmem do przedszkola, a teraz ma 14 lat, jest niewiele mniejszy od matki i ojca i właśnie zaczął czwartą klasę liceum w swojej epickiej szkole, gdzie już jest starym wyjadaczem i na koty może już patrzeć z góry haha. Nie, Młody taki nie jest. Kota to on prędzej wesprze i pogłaszcze niż krzywym okiem na niego, nią spojrzy.
Wiecie, że remont szkoły ciągle nie został zakończony?! (tutaj znacząco przerwacam oczami i ciężko wzdycham)
Młody mówi, że przez wakacje w zasadzie nic wiele się nie zmieniło. Ciągle wszędzie deski zamiast ścian, windy nie ma, kible nie dokończone... Pewnie chujki przez wakacje nawet palcem nie kiwnęli, bo tzw robotnicy na A1 porozjeżdżali się do domów i tyle ich widzieli... bo to jest tutaj na porządku dziennym. Nasi też tam robili, bo Młody zeznaje, że dość często słyszał "kurwa".
Przypominam, że remont miał być zakończony w grudniu 2024, potem w grudniu 2025, a mamy kurwa wrzesień 2026. To już nawet nie jest śmieszne. To jest patologia wyższej rangi. W poniedziałek rano dyrka przysłała mejl, że szukają pilnie na gwałt ludzi do pomocy przy sprzątaniu, bo te oszołomy z firmy budowlanej właśnie zabralły się za malowanie głównych sal lekcyjnych i jest totalny rozpierdol i syf, choć na początek roku miało być wszystko skończone. Mam wrażenie, że w tym kraju już nikt nad niczym nie ma żadnej kontroli. Wszystko się sypie i wali. Nie rokuje to za dobrze na najbliższe lata, a o dalszych to lepiej nawet nie myśleć.
Wczoraj w mediach pisali, że na dworcu w Brukseli zatrzymali typa, który wysiadł z pociągu z naładowanym kałachem ukrytym w torbie. Kontrolerzy wyłapali go tylko dlatego, że podejrzanie się zachowywał. Bruksela, ech. Choć nie powiem, by jakoś specjalnie mnie to zdziwiło, czy zaskoczyło. Ba, uważam że tutaj to już dzień jak co dzień, normalna rzecz w tym kraju. Z tego, co mi wiadomo gangi narokotykowe werbują czasem przypadkowych małolatów, młodych dorosłych przez fb czy inne sm obiecując im szybką łatwą forsę i dają takim randomom broń i zlecenie zlikwidowania jakiegoś "celu". Nie twierdzę, że ten typo akurat był kims takim, ale teoretycznie mógł być kim tego typu. Na pewno nie jechał z kałachem w celach turystycznych co nie.
Bardziej niż tego typu akcje zadziwia mnie jednak podejście zwykłych ludzi. Czytałam w tym tygodniu komentarze pod artykułem nt gangsterskich porachunków w Holandii, gdzie kilkudzisięciu chłopaków z bronią, jak pokazuje nagranie kamer, przyjechało busami i szło z bronią najwyraźniej "zlikwidować" jakiegoś kolesia, pewnie dłużnika gangu, może nawet wraz z całą jego rodziną, czy coś w ten deseń. Te chłopaki to prawdopodobnie właśnie tacy internetowi werbownicy, czyli gównażeria chcąca szybko zarobić grubą kasę. Na nagraniu widać, że po pierwszych strzałach ochrony ziomka spitalają w większości aż się kurzy. Takie to gangstery z tiktoka. Obejrzałam dalej wywiad z mieszkańcami tej wioski, którzy mówili, że to nie pierwsza strzelanina w tej wsi i że chcieli by ktoś rozpierdolił całą tę farmę i zasiał tam trawę, by wreszcie zrobił się spokój i można było bez obaw wychodzić na ulicę, do sklepu, szkoły. Po stwierdzonej strzelaninie szkołę zamknięto, a ludziom zalecono nie wychodzić z domów i na ulicach zoroiło się od glin szukajcych tych rzezimieszków z gnatami.
Było tak jak w filmie... czytając kometarze doszłam do wniosku, że większość, ludzi tak właśnie uważa, że to jednak JEST film, że to się nie dzieje na prawdę albo że dzieje się gdzieś daleko, daleko stąd i ich to w ogóle nie dotyczy. Śmiali się tam z nagrania opublikowanego przez policję w związku ze sprawą, gdzie jacyś zamaskowani ludzie nawołują innego ludzia do oddania czegoś i straszą wybiciem mu całej rodziny. Plebs śmiał się jednak, że ci gangsterzy mają broń z Temu i że to bullshit. Broń faktycznie na nagraniu wygląda na fejkową, ale jakie to ma znaczenie w takiej sytuacji? Nie wiem, czy ludzie są aż tak głupi i ślepi czy tylko głupich udają...? Sądzę jednak, że to pierwsze.
Pamiętam, że kiedyś to groźby napisane ręcznie na świstku brudnego papieru i ciśnięte z cegłą przez okno były traktowane poważnie i podlegały paragrafom i były powodem śledztwa, a na pewno niepokoju. Tymczasem dziś ludzie jakoś wyjątkowo luzacko podchodzą do kwesti zagrożeń i własnego bezpieczeństwa, bo tu nie chodzi o jakieś randomowego gangstera, któremu inny gangster chce urwać łeb, ale o fakt, że ci gangsterzy latają z kałachami koło naszych domów. Nie w Ameryce, nie w Azji, nie w Afryce, ani tym bardziej nie w filmie, tylko tuż obok nas w Belgii, Holandii, Francji, Niemczech... w sąsiednich miastach i wiosjkach i jutro to może być moja wieś i moja ulica i jutro mi policja zapuka do drzwi i zrobi przeszukanie, bo pomyśli, że może jakiś obwieś z gnatem się mojej lodówce ukrywa, a po jutrze może zamkną szkołę mojego syna, bo dorośli z prawdziwą bronią będą się bawić koło ich szkoły w policjantów i złodziei. To dzieje się na prawdę, tuż obok, tu i teraz, A LUDZI TO BAWI.
A może tylko udają...? Może to wyparcie...? Choć raczej śmiem twierdzić, że wielu jest po prostu zwyczajnie głupich.
Z tydzień wcześniej oglądaliśmy z kolei nagranie dokonane przez przypadkowych kierowców na ulicy w Aalst (kilkanaśnie km od nas, radioterapię tam miałam w szpitalu), jak kilka samochodów policyjnych zajeżdża drogę jakiemuś innemu samochodowi, po czym gliniarze wyskakują z giwerami i wyciągają kierowcę-gangstera z samochodu. Młody powiedział, że dotąd takie rzeczy tylko w GTA widział i nie myślał, że to może zdarzyć się u nas na ulicy... A to wszystko działo się tutaj na ulicy w biały dzień, gdy ludzie spieszą do swoich zajęć, pracy, wiozą dzieci, jadą na zakupy... Wyobrażacie sobie taką przygodę, że jedziecie z dzieciakami do Lidla po bułki, a tu przed wami rozgrywa się scena z gangsterskiego filmu, tylko że gliniarze i przestępcy są prawdziwi i mają prawdziwą broń, która może prawdziwie zabić was lub wasze dziecko na śmierć, gdyby doszło do wymiany ognia.
Przed koroną jeszcze nie słyszało się o takich akcjach w okolicy. W każdym razie na pewno nie tak często jak teraz. Nie, że korona to zmieniła, używam pandemii jako odnośnika czasowego. W ciekawych czasach przyszło nam żyć, nie powiem...
Belgowie zdają się jednak w ogóle nie widzieć tego, co koło nich się dzieje. Taka jest moja subiektywna opinia powstala na bazie codziennych obserwacji tutejszego społeczeństwa... Trafiłam na kilku tubylców, którzy ze mną się zgadzają i którzy przyznają, że ich opinie należą raczej do niepopularnych i są zbywane machnięciem ręki lub przewracaniem oczami...
Belgowie w moim mniemaniu zdają się w ogóle nie rozumieć sytuacji w jakiej znajduje się tej kraj i jakie będą tego konsekwencje dla nich i ich dzieci w najbliższych latach. I jakie już są. Wszyscy żyją sobie jakby nigdy nic - każdy gada tylko o pracy, szkole, wakacjach, wyjazdach, festynach, każdy planuje dzieciom przyszłość, studia, jakby to wszytsko było oczywiste i pewne, jakby w ogóle nikt nie brał pod uwagę, że jutro świat może nagle się zmienić nie do poznania i że to zagrożenie jest realne bardziej niż kiedykolwiek za naszego życia było...
Porównujac to z tym co działo się w czasie covida, gdy ludzie bali się wychodzić z domów, srali pos siebie ze strachu, gdy owijali się foliami, żeby pójść do sklepu, gdy nie chodzili do pracy, zamykali szkoły, a nawet kablowali na sąsiadki gadające ze sobą na chodniku bez naryjca, "bo radio kazało", a z tego o wiele bardziej zdawałoby się realnego, bardziej namacalnego i widocznego zagrożenia robią sobie podśmiechujki, to szczęka opada na samą ziemię.
Ważne by targ odbył się na wsi co tydzień i by nie padało w czasie tygodniowego festynu, no i żeby na wakacje 3 razy do roku za granicę pojechać. A tam, że za rogiem była jakaś strzelanina, że klimat wariuje, że wszystko się wali i rozpada, bo nie ma komu robić, kogo to obchodzi. Przecież ich to nie dotyczy. Niech się rząd tym martwi i coś z tym zrobi. Oni poczekają na kolejne wytyczne i zarządzenia i je wykonają bez mrugnięcia okiem. Choć powoli chyba niektórzy już się budzą... Zbyt wielu jednak dosyć niefrasobliwie podchodzi do tego wszystkiego... Ludzie to dziwne so.
Oczywiście, że tym co się dzieje już raczej nie wiele da się zrobić, bo już dawno jest za późno (subiektywna opinia), ale dobrze by chyba było być świadomym okgromnych zmian, które zachodzą na naszych oczach i może nawet choć w jakiś minimalny sposób się do nich przygotować, choćby mentalnie. A na pewno nie bagatelizować i nie wyśmiewać.
Flamandowie to w moich oczach dosyć dobrzy, otwarci i przyjaźni ludzie (choć skurczysynów też nie brakuje, jak wszędzie) ale to też ludzie, którzy nie zaglądają drugiemu do domu, nie mieszają się, a przede wszystkim nie wychylają... co ma swoje pozytywe strony ale też wady. Belgię to, moim zdaniem, właśnie to zgubiło... Choć oczywiście to wielkie uproszczenie, bo na aktualną chujową sytuację złożyło się masę najróżnieszych czynników.
Nie zamierzam się tu jednak zaczynać bawić w politykowanie ani tym bardziej wróżenie z fusów. Nie poruszam tutaj zwykle tego typu tematów, bo nie chce mi się w gównie babrać. Mam dość swoich własnych problemów, z którymi muszę się zmagać, by jeszcze wielkimi sprawami się martwić. Pod tym względem jestem też czasem jak wspomniany przeze mnie statystyczny Flamand. Nie chce mi sie wychylać i czegokolwiek robić. Czuję się byt słaba na to. Mogę sobie co najwyżej czasem ponarzekać, co też niniejszym czynię. Poza tym ja wielu rzeczy zwyczajnie nie kumam, nie ogarniam rozumem. Mój autyzm jednak mnie dosyć ogranicza pod tym względem, bo pewne kwestie społeczne są dla mnie totalnie niezrozumiałe i mimo licznych przeczytanych książek nie jestem w stanie ich pojąć. Nie mówiąc o tym, by o tym mędrkować. Czasem tylko zapiszę sobie tutaj jakieś moje refleksje baby ze wsi i tyle. Nie traktujcie tego jednak jako wyrocznię czy w ogóle coś sensownego.
Tym razem przyczynkiem do poruszenia tego tematu były właśnie te zabawne heheszkujące komentarze pod wpisem o gangsterach biegających z bronią po belgijskich i holenderskich ulicach i strzelaninach, jakby się ludziom recenzja filmu z wiadomościami z kraju i regionu pomerdała. Zupełnie niestosowne, moim zdaniem zachowania. Bo to nie były jednostkowe komentazrez tyllo jakieś 99 procent z wielu. Ale to też nie pierwszy raz dochodzę do wniosku, że dziś ludzie coraz więcej trudności mają z odróznieniem fikcji od faktów i adekwatnym się do tego ustosunkowaniem.
Dodam jeszcze, że uważam, iż z wszystkiego się można poheheszkować, ale pod warunkiem, że najpierw się zrozumie sytuację i okoliczności, bo jest heheszkowanie i heheszkowanie... Problem w tym, że widać az nadto wyraźnie, że tu nie ma mowy o rozumieniu tego co widzą...
Mieszkam tutaj, tu jest dziś mój dom i to jest fakt, z którym nie zamierzam dyskutować, bo innej opcji nie mam na dziś dzień. Staram się, teraz jak i całe życie, jak najlepszy użytek zrobić z tego, co los mi rzuca pod nogi. Raz idzie mi lepiej raz gorzej, ale zawsze jakoś idzie i tego staram się trzymać.
Jako urodzona optymistka staram się widzieć szklankę zawsze do połowy pełną. Myśli i próby samobójcze córki a potem mój własny rak przyjebały mnie jednak mocno do ziemi i wrzuciły ryjem w gówno, a wtedy zaczęłam wszystko widzieć w gównianym kolorze, ale powoli się z tego shitu wydostaję, a co za tym idzie znowu widzę wiele kolorów wokół, a nie tylko gówniany i czarny. Także w tym kraju, w którym przyszło mi żyć, ciągle widzę sporo pozytywów i jasnych, kolorowych, radosnych stron. Nie znaczy, że o wszystkim będę pisać tutaj, bo ja nigdy nie piszę o wszystkim, a tylko o jakiejś niewielkiej części mojego świata. To nie jest obiektywny blog, tylko pamiętnik osobisty, przeto piszę, co akurat w danej mam chęć napisać, a nie co wypada albo co ktos inny by chciał przeczytać.
Czas zachwytów dawno już minął. Kurde, mieszkam tu przecież już kilkanaście lat. Wszystko jest dla mnie zwyczajne, czyli ani całkiem dobre, ani całkiem złe. Normalne. Życiowe. Powszednie. Także strzelaniny za rogiem już mi spowszedniały, co nie znaczy, że mnie ten stan nie martwi. A jednak to jest właśnie nasz świat, nasz kraj, nasz dom. Powtarzam to co jakiś czas, bo wielu zdaje się nie rozumieć, co to znaczy przemieszkać w jakimś miejscu kilknaście lat, zżyć się z nim, poczuć się członkiem danej społeczności...
Moje dzieci właśnie tu a nie gdzie indziej dorosły, nawiązały znajomości. Tu chodziły i chodzą do szkoły. Ja tu pracowałam, uczyłam się, poznałam mnóstwo ludzi, tu choruję, tu żyję pełnym życiem: robię zakupy, płacę podatki, dostaję zasiłki, socjalizuję sie z sąsiadami i innymi tubylcami, odwiedzam tutejsze szpitale i innych spacjalistów. Narzekam na tutejszą pogodę, bo ona mnie otacza. Zachwycam sie tutejszymi muzeami i przyrodą, bo mam je pod nosem. A czasem psioczę na politykę. Na sąsiadów, gdy mnie wkurzają. Czasem snuję obawy co do przyszłości, bo dużo złych zmian wokół dostrzegam, ale to jest właśnie nasza belgijska rzeczywistość, w której żyjemy tu i teraz. Tutaj jest nasz dom, nasze miejsce na ziemi. Innego na razie nie mamy. Nie każdy jednak się odnajdzie i zsocjalizuje dostatecznie, nie każdy pasuje do każdego miejsca, nie każdy wszędzie będzie czuł się jak w domu...
No i właśnie dochodzimy do takiego momentru, w którym Małżonek stwierdził, że on ma dość tego kraju, że on tu jednak nie pasuje, że mimo wieloletnich starań nie udało mu się poczuć tutaj tak na prawdę u siebie... Bo tak to właśnie jest. Nie każdy zostanie Belgusem. Nie każdy jest typem włóczęgi, który w każdym miejscu się odnajdzie...
Pora zatem w końcu oficjalnie pochwalić Małżonka, że postanowił podjąć wielkie ryzyko i spróbować wywalić swój, a przy okazji nasz (ale bardziej swój) świat do góry nogami. Tak, Małżonek zaczął właśnie rozglądać się za robotą w Polszy. Już wysłał pierwsze CV. Zaczął poważnie badać teren i robić rekonensans.
Jeszcze nie wiadomo, jak to się skończy i co z tego pomysłu ostatecznie wyniknie, ale wielce prawdopodobne, że to się może udać. Mamy nadzieję, że się uda. Choć uważamy, że to dosyć karkołomna decyzja, acz z drugiej strony w jego przypadku raczej nieunikniona i najlepsza z aktualnie dostępnych. Tutaj za dużo rzeczy już poszło nie tak. Pora zatem by ugryźć to z innej strony i spróbować czegoś zupełnie innego... szalonego, albo raczej właśnie czegoś starego, swojskiego, znanego, czyli odnalezienia się na nowo w polskiej rzeczywistości.
Ta myśl pojawiła się u niego już jakis czas temu, ale jako plan B a może nawet D na bliżej nieokreśloną przyszłość. W ostatnim czasie jednak nabrała kształtów i mocy, a teraz powoli drobnymi kroczkami zaczyna być właśnie wdrażana... To bardzo trudna decyzja i ogromne wyzwanie, ale jesteśmy dobrej myśli i mamy wiele nadziei.
Nie, nie, nie, JA póki co nigdzie się, Panie, nie wybieram. Dzieci też nie. My zostajemy na starych, belgijskich, już swojskich śmieciach. Ja tu jestem w domu bardziej niż gdziekolwiek kiedykolwiek byłam. Mnie tu mimo wszystko ciągle stosunkowo dobrze.
Nasze drogi się zatem na tym etapie prawdopodobnie rozejdą. Czy się kiedyś jeszcze zejdą, czas pokaże i nie ma po co teraz sobie tym głowy łamać. Póki co próbujemy ogarnąć to wszystko rozumem, by całą operację przeprowadzić najefektowniej i z najmniejszymi stratami. W sumie to głównie Małżonek ogarnia, bo to on ma najwięcej do ogarnięcia. Dla nas jednak to o wiele łatwiejsza sprawa, bo my zostajemy w swojej strefie komfortu. To on po raz kolejny postanowił zacząć wszystko od nowa. Sam, niczym samotny, odważny, dzielny wojownik wyruszający na podbój świata... My mu kibicujemy, bo wszyscy rozumiemy, że belgijskie możliwości się dla niego wyczerpały i że za dużo go złego spotkało w pracy.
Zbyt wiele się tu zmieniło odkąd przyjechaliśmy. Aktualny rynek pracy to jeden wielki absurd. W ciężkich zawodach fizycznych jest wręcz tragicznie. To jest dziś jedna wielka patologia. Pracownicy traktowani są jak niewolnicy, pracują w niegodnych, czasem wręcz nieludzki warunkach, poniżani, gnębieni, wyśmiewani. Zero szacunku dla starszych i doświadczonych pracowników, zero uznania dla ciężkiej pracy, bałagan, żeby nie powiedzieć burdel, chamstwo... długo by jeszcze wymieniać.
To nie jest ten kraj, do którego przyjechaliśmy. Pierwszy zakład pracy Małżonka był świetny. Serio nie było się do czego przyczepić. Pełen szacunek dla jego wiedzy, doświadczenia i kwalifikacji, bardzo dobre warunki pracy, nie zgorsze wynagrodzenie, super traktowanie, wręcz rodzinna atmosfera... Teraz już takich firm chyba nie ma. Wszystko zeszło na psy, a nawet na suki. Szkoda nawet klawiatury na to ścierać. Z rozmów z lekarzami, psychologami i innymi normalnymi ludźmi wynika, że to jest dużo szerszy problem, ale o tym ciszcho sza, o tym nie mówi się w mediach, no bo jakby to wyglądało, co by se świat pomyślał. Tego problemu poza tym nie widać z wysokich stołków i ciepłych posadek. No dobra, może i widać, ale ci którzy tam zasiadają są za głupi, by zrozumieć, co widzą... Jak zrozumieją, obudzą się już nawet nie tyle z ręką, co z ryjem w nocniku.
Nic to. Małżonek próbuje znaleźć coś w PL. Czy tam jest jeszcze w miarę normalnie w ciężkich fizycznych zawodach, tego nie wiemy. Ludzie mówią, że tak, ale ludzie czasem różne rzeczy mówią, ale nie zawsze jest to prawda. Dowiemy się, jak uda mu się znaleźć jakąś pracę albo przynajmniej odbyć kilka rozmów. Ważne, że tam Małżonek dogada się swobodnie w swoim języku i na pewno w zakładach pracy nie ma tak jak tu się w ostatnich latach zrobiło , że każdy pracownik mówi w innym języku, że każdy jest z innej strony świata i że jeden drugiego nie rozumie, a to jest ważne, by stworzyć prawdziwy team, by na przerwie pogadać, by poznac ludzi z którymi spędza się większość dnia...
Ja zostaję w domu z moją Epicką Ekipą to mnie nic nie straszne . Takich dwóch jak nas czworo to ani jednego nie ma. Nam żaden diabeł nie straszny. To raczej diabeł powinien się zacząć bać, bo ja w końcu wyzdrowieję i podniosę wtedy swoją koronę i swój miecz ...z Temu.
Tak serio to ja siebie samej w Polsce póki co nie wyobrażam. Nie, po prostu NIE. I jeszcze raz NIE. Choć niegdy nie powiem nigdy, bo nie wiadomo, co los nam przyniesie w darze za jakiś czas...
Gdy odchodziłam z domu rodzinnego Matka pożegnała mnie słowami "PAMIĘTAJ, POWROTU NIE MA" i te słowa wyryły się w moim mózgu wystarczająco głęboko i boleśnie. Te słowa oderwały mi korzenie, a poźniejsze słowa, czyny i zdarzenia spaliły też wszelakie mosty z Polską oraz roznieciły nienawiść, która z czasem przygasła i przerodziła się w obojętność.
Tak jak kiedyś powiedziałam w jednym z pierwszych nagrań na moim Youtubie, ja jestem już Belguską. Już nie Polką, ale też nie Belgijką. Belguską. Polska mnie kształtowała przez ponad 30 lat i tego nie da się wymazać. Taki jest fakt. Flandria kształtuje mnie od kilkunastu i tego też nie da się wymazać. Gdybym wróciła do Polski, nadal byłabym Belguską. Już nigdy nie będę po prostu Polką, bo uważam że nie da się być po prostu Polką po przeżyciu kilkunastu lat w innym kraju. No może jak ktoś stał w rozkroku, że jedna noga tu, jedna tam, ale bardziej tam niż tu, to może jeszcze inaczej, ale ja od 10 lat nawet nie byłam raz w Polsce. Jedyny kontakt z Polską mam przez internet, polską literaturę i tego oto bloga. Gdybym zmuszona była reemigrować do Polski, było by to dla mnie tak samo trudne albo i trudniejsze doświadczenie co sama emigracja do Belgii. Jadąc tu jechałam z nadzieją. Do Polski jechałabym chyba tylko z obawami i strachem. Nie wiem, czy udźwignęłabym to mentalnie. Nie wyobrażam sobie w ogóle nie byc tutaj, gdzie wszystko znam. Nawet jak to jest gówniane to jest to gówno znane i swojskie a nie obce.
No i ja wyjeżdżałam z Polski z myślą, że nigdy tam nie wrócę, bo nie chcę. Uciekałam z tego nieprzyjaznego dla mnie miejsca, bo za takie uważałam Polskę. Teraz nic nie uważam na temat tego kraju, bo już go nie znam, a wiele się tam ponoć zmieniło. Tak czy siak dla mnie to już obcy kraj. Tyle że język jeszcze jako tako ogarniam. Tylko to.
A ja dziś pozwoliłam moim myślom płynąć swobodnym nurtem. Moje palce za nimi podążały przerabiając emocje, wspomnienia i refleksje na słowa, porządkując tym samym burdel w mojej głowie i nadając jej lekkości.
Poza myślami uporządkowaliśmy też trochę naszą szopę, wywożąc wszystko, com zniosła ostatnio ze strychu i trochę innych śmieci do parku recyklingu, bo bezczelnie postanowiałam wykorzystać jeszcze Małżonka i jego auto, dopóki była taka możliwość. Za niedługo bowiem już może nie być takiej opcji w naszym życiu i trzeba będzie się bardziej wysilić, by przetransportować z miejsca na miejsce przedmioty cięższej kategorii. Rozważamy zakup bakfiets(a), czyli roweru towarowego. Używane dosyć łatwo jest znaleźć, bo ludzie kupują je często do przewozu dzieci, a jak te dorosną, sprzedają, ale to musi być ktoś z bliska, bo dużo takich rowerów znalazłam np w Mechelen, ale jakoś blado widzę siebie zapierdalającą ponad 30 km zwykłym (znaczy nie elektrycznym) bakfietsem, któym nigdy wcześniej nie miałam okazji manerwować, a nie wydaje mi sie to bynajmniej łatwe. To wielkie, ciężkie i długie rowery, czyli raczej dziwne do sterowania na początku, ale bez wątpienia taki właśnie by nam się przydał, gdy już nie będziemy mieć do dyspozycji szofera z limuzyną.
Póki co jednak pilnie musiałam kupić mikrofalówkę, bo ostatnio myjąc starą, nagle dokładniej jej się przyjrzałam i zobaczyłam, że lekko wybulona wcześniej farba na tylnej ściance stała się jedną wielką bulwą wystającą prawie że na drugą stronę. Z obawy przed potencjalnym pożarem i porażeniem prądem dołączyłam i to urządzenie do sterty pt wysypisko śmieci. A potem bedąc w Lidlu po zakupy, zauważyłam mikrofale po 50 € no to zmusiłam Małżonka, by jeszcze i tam podjechał. Jakbym się uparła, to to akurat dałabym rady przywieźć na rowerze - kwestia pogłówkowania jak to zamocować, by się nie wypieprzyło z bagażnika i potem rower po prostu przyprowadzić do domu. Już różne dziwne rzeczy woziłam rowerem, wiem zatem, że dużo się da tym przywieźć, jak sie ma dość fantazji i samozaparcia haha. Ale jak można se ułatwić życie, to się ułatwia, nawet czyimś kosztem. Zwłaszcza czyimś. Bo ja złą kobietą jestem.
Sunny-Kura nam choruje. Nie wiem na co, bo jeszcze nie złożyło się z wizytą u weta. Za dużo na głowie. Wykręca łepetynę w dziwne pozycje. To może być objawem kilku różnych schorzeń, ale to by weta trzeba zapytać. Póki co poję ją trohę strzykawką i trochę z małej miseczki i karmię przymusowo kukurydzą z puszki, gotowanym jajkiem i rozmoczony ziarnami i suszonymi robakami. Ona chodziła ciągle za Heńkiem i Bożką i coś tam czasem próbując zbierać z ziemi, ale wykręca ten łeb o 180 stopni, to trochę jej trudno zebrać cokolwiek no i z kurnika sama nie wyjdzie, ale sama wejdzie wieczorem i dziś chyba gorączkę miała, bo była bardzo ciepła jak ją trzymałam na rękach, ale może tylko mi się wydawało... Teraz zaintalowałam ją w pudełku w kuchni, by łatwiej ją było karmić i poić. Sunny ma około 5 lat, czyli jest już dosyć zaawansowaną wiekowo kurą, ale to dobre czarne kursko i szkoda by było, żeby odeszło... Jednak należy się z tym liczyć. Z kurami trudno jest, bo ludzie tych pięknych i mądrych swtorzeń nie szanują, rzadko o nie dobrze dbają i rzadko się nimi opiekują w chorobie. Trochę się to zmienia, ale za mało, by znaleźć przydatne imformacje w sieci inne niż porady rodem z średniowiecza typu "odmówiłem zaklęcie 5 minut przed zachodem słońca i to pomogło, polecam"
Nasza Riko ciagle dużo czasu spędza w kuchni. Jak tylko zauważamy, że Wanda lub Balbina czy Chica ją ścigają, zabieramy do domu i karmimy smakołykami. Ma też dywanik pod szafą, gdzie sobie śpiulkolotuje. To nasza mała laleczka.
A Balbina chyba nadała mi imię, bo wiecie, kury ponoć nadają imiona swoim koleżankom i mogą też nadać imię człowiekowi, jeśłi bardzo go lubią. Balbina używa specjalnego dźwięku, gdy mnie widzi, którego nie używa wobec innych człowieków ani w innych zaobserwowanych przez nas okolicznościach, więc Młoda uznała, że właśnie dostałam imię od mojej kury.
A wczoraj zaśmiewałyśmy się trochę z Wandy, którą lekko zrobiłyśmy z Młodą w konia... Gdy wyprowadzałam kury, zadzwoniła Młoda ze sklepu zapytać, się czy robimy Tacosy czy Curry, by kupić właściwe produkty, a gdy zrobiła jakiś głupi dźwięk, Wanda stojąca obok mnie zaczęła ciurczeć, jak to tylko kurozaury potrafią. Dałam zatam na głośnomówiący i zleciłam Młodej, by wołała Wandę. Biedne kursko zaczęło się rozglądać wkoło i szukać Tamtego Człowieka. Poszła nawet za kurnik sprawdzić, bo ten jej zasłaniał widok na resztę ogrodu. Nie mogła pojąć jak to człowieka słychać, a nie widać... Kiedyś tak Chica był skonfudowany, gdy zawołałam do kur ze strychu. Wanda od razu popatrzyła do góry, a ten rozglądał się niespokojnie i zaczął w końcu piszczeć tak jak robi w ramach ostrzegania o potencjalnym lekkim zagrożeniu... Biedny kogucina.
Kurozaury bardzo szybko też załapały, że Tamten Człowiek jak wychodzi z rowerem to wraca potem ze smakołykami dla kur, bo Młoda zawsze im coś kupuje - a to jagody, a to sałatę, a to arbuza, czy słonecznik i one teraz za nią biegną, gdy wraca z rowerem, niczym dzieci za mamą "co nam kupiiiłaaaś...?".
Ostatnimi czasy dosyć sporo popadało u nas, więc trawa się wreszcie zazieleniła koło domu. Kury zażerają, jak tylko je wypuszczamy za ogród. No i dla świnek wreszcie można nazbierać. Zażerają, tylko im się uszy trzęsą.
Od czasu do czasu ciągle piekę chleb. Raz na zakwasie, raz na drożdżach. W tym tygodniu wypadło na zakwasowy chleb. Pyszny on jest.
| nie ma to jak chleb domowy |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w siec i że ja tu ustalam zasady.