Ten post powstawał kilka miesięcy po kawałku. Pisałam go bardziej do szuflady niż do publikacji, ale dziś go znalazłam i stwierdziłam, że jednak puszczę w świat. Niech idzie. Mam przeczucie, że większośc ludzi pewnie tego wpisu nie zrozumie, ale może trafi tu ktoś kto tkwi w podobnej sytuacji i będzie to dla niego ważne...
Kiedy 5 lat temu ginekolog stwierdziła, że mam jakiś guzek w piersi, "ale to pewnie cysta", nie zrobiło to na mnie większego wrazenia. Miałam bowiem pilniejsze sprawy na głowie niż jakieś niegroźne guzki w cycku. Potem, gdy okazało się, że jednak coś jest na rzeczy, już trochę poważniej to potraktowałam, ale zachowłam zimną krew, no bo czym tam się przejmować. Najwyżej umrę, a wtedy to już nie będę mieć żadnych problemów, prawda? Wystraczy, że Małżonek się przejmował za nas wszystkich...
Najpierw jednak trzeba się było dowiedzieć, jakie są szczegóły sytuacji i czy można z tym coś zrobić. Cel był jasny i nie musiałam się tu sama o nic martwić. Dzieci wszak miałam już duże i w miarę samodzielne. Należało mi się płatne chorobowe, więc nie było większych powodów do niepokoju.
Lekarze powiedzieli, że rak co prawda bardzo duży (>5cm) i bardzo złośliwy, ale można go leczyć i że duże szanse na wyleczenie są. No to zajebiście. Nie wiedziałam, co mnie czeka, ale ufałam, że lekarze pi razy drzwi wiedzą, co robią i że mnie będą prowadzić tą nową nieznaną drogą, która dla mnie jawiła się bardziej fascynująca i ciekawa niż straszna. Zwłaszcza, że mówili iż nie powinno mnie nic specjalnie boleć. Bólu bowiem nie lubię i to jest jednak z rzeczy, których na prawdę się boję. Reszta to przygoda.
Skutki leczenia były dosyć uciążliwe i męczące, ale ogólnie jakoś gorzej sobie to wyobrażałam po tym co słyszałam po ludziach i ogólnie po ludzkich reakcjach. Ogromne zmęczenie, jakiego wcześniej nie znałam, czasem mdłości, ból brzucha, odpadające paznokcie i wyłysienie nie należą może do przyjemności, ale też większe tragedie są na świecie... Operacje same w sobie też nie były ani bolesne, ani straszne. Ufałam lekarzom. Ważne że był cel i konkretny plan, co kiedy i jak będzie robione.
Przewidywalność to komfort i spokój umysłu. Wystarczy być cierpliwym i odhaczać poszczególne kroki jeden po drugim. Odliczałam miesiące, tygodnie i dni do końca całej procedury. Nie mogłam się doczekać, kiedy zamknę ten rozdział i wrócę do normalnego życia.
No i to jest coś na czym bardzo się przejechałam: ów powrót do normalności, do zwykłej szarej codzienności, którego tak wyczekiwałam, niestety nie nastąpił.
Operacje, chemioterapia, radioterapia faktycznie przeminęły i nawet już odeszły w zapomnienie, ale normalność niestety nie nadeszła. Ta normalność, którą opuściłam zaczynając leczenie, ta codzienna rutyna, ta znana stara nudna praca, codzienne proste domowe obowiązki, życie na pełnej petradzie, w pośpiechu, z byciem w kilku miejscach na raz. Ta zwykła ja sprzed raka.
Powrót do pracy zakończył się fiaskiem.
Mózg już nie ogarniał 20 rzeczy na raz, a nawet na jednej miał problem się skupić. Ciało było słabe, obolałe, szybko się męczyło. Nic nie było, takie jak przed chorobą. Wszystko było nowe, inne, zupełnie obce.
Ja nie byłam już to osobą sprzed choroby. I co gorsza, nadal nią nie jestem, a nie długo minie 5 lat od diagnozy. Nic nie jest takie, jak było wcześniej i to jest okropne dla mnie doświadczenie, a nie sama diagnoza i te wszystkie terapie. Najgorsza ta niepewność, kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek się poprawi na 100%, by móc dalej normalnie żyć.
Nie diagnoza, nie leczenie, nie operacje, nie wypadające włosy i łamiące się paznokcie, nie kroplówki po których boli brzuch i rzygać się chce, nie ropiejące rany po naświetlaniu, tylko to, co nadchodzi potem, jest najtrudniejsze.
Już człowiek nie musi gonić co chwilę do szpitala na kroplówkę ani na naświetlanie, ale jednocześnie nie może żyć po staremu, bo się nie da.
Nikt już tak nie kibicuje, nie wspiera, nie pyta, jak się czujesz, nie przynosi czekoladek i kwiatków. Skończyłeś leczenie, przeto każdy odetchnął z ulgą i wrócił do swoich obowiązków, bo już uznał cię za wyleczonego, czyli zdrowego. A człowiek wcale nie czuje się zdrowy ani wyleczony.
Adrenalina opadła, człowiek wreszcie ma czas i na tyle spokojną głowę, by zacząć oceniać straty. Okazuje się, że są ogromne.
Po tych kilku latach od zakończenia leczenia ja ciągle spisuję listę strat i ona rośnie, bo non stop potykam się o coś nowego. Co krok zauważam kolejne problemy.
Wydawało mi się, że rak to był ten kilkucentymetrowy guz w piersi, którego lekarze wycięli, a potem spryskali trucizną i wypalili cały teren, by nie mógł odrosnąć. Teraz raka już nie ma. Zabity jest na śmierć. Zatem wszystko powinno wrócić powoli do normy. Nawet jak jest inne, to można się przecież do tego nowego przyzwyczaić, co nie? Tak sobie myślałam, ale to wcale nie takie proste, bo na każdym kroku to nowe jest kłodą rzuconą pod nogi, przeszkodą nie do przebycia, dołem który nalezy jakoś obejśc, a czasem nawet drogą bez wyjścia.
Straciłam pracę, którą znałam i w miarę lubiłam.
Może sprzątanie to nie był szczyt moich marzeń, ale byłam w tym dobra, byłam ceniona i lubiana, przede wszystkim MIAŁAM PRACĘ, miałam co robić, miałam z kim pogadać, no i lubiłam to robić. Poznawałam nowych ludzi. Wychodziłam z domu. Żyłam. Czułam się potrzebna, mogłam zarobić na siebie. Tylko tyle i AŻ TYLE. Rak mi to odebrał. Teraz siedzę w domu, w zawieszeniu, w nicości i nie wiem co dalej.
Zmieniłam się fizycznie.
Byłam silną, wysportowaną pełną życia i radości czterdziestopięcioletnią kobietą. Czułam się młodo jak na swój wiek. Miałam świetną kondycję i sprawne smukłe ciało, gęste włosy, elastyczną skórę...
Rak mi to zniszczył.
Dziś mam suchą matową skórę, rzadkie włosy, łamiące się paznokcie, obolałe stawy, męczy mnie chodzenie po schodach, bolą mnie stawy, często czuję się słabo, mam niskie tętno i ciśnienie, a w innej chwili serce łomocze jak szalone a ja oblewam się potem. Skóra jest teraz tak delikatna, że obcierają mnie nawet miękkie bawełniane ubrania jak t-shirt, strój do gimnastyki czy kąpielowy, dlatego często noszę ubrania na lewą stronę, bo szwy najbardziej obcierają. Od przylepców robią mi się krwawiące rany, gdy nie zdejmę ich wystarczająco szybko. Czuję się fizycznie staro. Stawy mam sztywniejsze i bolą one po intensywniejszym ich uzywaniu.
To wszystko z każdym rokiem trochę się poprawia, więc jest jeszcze nadzieja, ale ile trzeba czekać i ci robić, jak żyć do tego czasu? Życia nie można zastopować. Rachunki trzeba płacić co miesiąc. Na emeryturę trzeba zarobić...etc
Nie mam jednej piersi.
Zamiast tego mam paskudną czerwoną bliznę przez pół klaty i drugą mniejszą, ale równie paskudną na obojczyku (po porcie). Lekarze zapowiadali, że blizny będą prawie niewidoczne, minimalne, ale to nie prawda - są widoczne, grube, czerwone, niemiłe w dotyku. Codziennie oglądam w lustrze ten wątpliwy suwenir, który codziennie przypomina mi, że już nie jestem tą Magdą sprzed raka, tylko kimś zupełnie innym, kim nigdy nie planowałam i nie chciałam być. Połowa mojej klaty i boku jest z wierzchu nieczuła na dotyk, co jest daje dosyć niemiłe niekomfortowe wrażenia, gdy coś lub ktoś dotyka mnie w tym miejscu. Często łapią mnie bolesne bardzo nieprzyjemne skórcze w tę stronę klaty. Nie mogą przez to przenosić duzych przedmiotów, nawet jak to tylko blat styropianu lekkiego jak piórko. Lekarz powiedział, że to przez radioterapię świeżo po operacji, co uniemożliwiło prawidłowe się wygojenie rany. Nie mogę np zbyt długo na rowerze jechać, bo zaczynają mnie łapać skurcze. Łapią też przy wykonywaniu codziennych czynności w określonych pozycjach ciała. Nie jest to tragedia, ale też i nie należy to do normalnych rzeczy.
Jakkolwiek człowiek nie byłby zdystansowany do swojego ciała to jednak widok blizny, widok braku jakiejś (i to dosyć istotnej) części własnego ciała nie jest człowiekowi obojętny. Sam widok w lustrze to jeszcze pal licho. Co innego w sytuacjach intymnych, czy chociażby pomyśleniu o owych. Czy człowiek chce czy nie, piersi są tu dosyć ważnym elementem i ciężko udawać, że brak jednej nie ma żadnego znaczenia. Bo ma. Zawsze lubiłam bieliznę erotyczną i miałam tego spory wybór na specjalne i mniej specjalne okazje. Niektóre za niemałe pieniądze. Wszystko wyrzuciłam ze złością do kosza, bo dziś na nic mi sie nie przyda. Wystawy sklepów bieliźnianych zadają się ze mnie szydzić tymi wszystkimi pięknymi kolorowymi seksowymi biustonoszami, gorsetami, koszulkami...
Rak zabił całkowicie moje libido i zainteresowanie seksem.
Ba, bardziej niż wcześniej... Jestem autystyczna i wysoko wrażliwa - kontakt fizyczny to trudny temat - nie lubię ogólnie za bardzo kontaktów fizycznych, nie tylko dotykania, ale też bliskiego przy mnie przebywania innych ludzi, ale nigdy nie było aż tak jak teraz. Dziś seks i temu podobne rzeczy mogą dla mnie w ogóle nie istnieć. Ba, lepiej by nie istniały, bo mnie zwyczajnie okropnie brzydzą, irytują, złoszczą. Sceny romantyczne w filmach wywołują u mnie obrzydzenie. Moje ciało w ogóle nie reaguje na tego typu bodźce, jak wcześniej, a do tego stosunki są praktycznie niemożliwe ze względu na ogólną suchość pochwy i słabą jakość skóry, a co za tym idzie ból wiadomo gdzie. Zresztą nie tylko stosunki, ale zwykła jazda rowerem (nawet na krótkiej trasie) to bolesne, czasem nawet krwawiące otarcia waginy. Nawet chodzenie dłużej w ciaśniejszych spodniach typu jeansy obciera mi waginę do krwi. Muszę bardzo rozważnie dobierać ubrania, by potem nie cierpieć katuszy.
Seks to bardzo ważny element życia także (a może nawet zwłaszcza) w tym wieku. Zdawało nam się, że jeszcze tyle przed nami, a tu nagle rak wszystko brutalnie zakończył, zabrał mi, nam obojgu całą (albo prawie całą) radość. Nie czuję potrzeby, nie czuję chęci, ale jednocześnie czuję, że własnie mnie coś omija, coś bardzo bardzo ważnego.
Mam wrażenie, jakoby jakieś drzwi przede mną zamknięto (i to nie jedne), a ja chciałam tam wejść, chciałam tam być, chciałam się bawić i korzystać z życia, bo przecież mam dopiero niecałe 50 lat. To jeszcze nie pora na zakończenie.
A i ogólnie nasz związek stoi pod wielkim znakiem zapytania. Choroba wystawiła nas na ciężką próbę. Chyba zbyt ciężką. Zbyt wiele się zdarzyło... (zresztą nie tylko choroba, bo w tym czasie działy się też inne niefajne rzeczy)
Ja już nie jestem tym kim byłam, a to ma swoje konsekwencje w relacjach z innymi ludźmi. Szczególnie z tymi, z którymi przebywa się na co dzień. W miarę pracowita, silna, troskliwa, cierpliwa, wesoła, w miarę zgrabna kobieta z dnia na dzień stała się starą, zramolałą, marudną, zrzędliwą i leniwą, bezrobotną babą bez cycka. Co komu po takiej babie...?
Nowa ja chce i potrzebuje czegoś innego, niż ta sprzed raka. Nowa ja jest prawie całkiem inną osobą. Nowa ja ma z każdym dniem więcej rzeczy w dupie. Nowa ja mniej troszczy się o innych, a więcej skupia na sobie. Nowej mnie przestało zależeć i nie chce mi się już starać. Czasem mam wręcz totalnie wyjebane...
Na Niego moja choroba też miała wpływ. Była chyba zbyt ciężka do udźwignięcia w bieżących okolicznościach. On też już nie jest tym kim był przed moim rakiem. Rak niszczy związki i nie wykluczone, że tym razem też mu się udało. Nie każdy jest w stanie udźwignąć takie zmiany. Nie każdy ma dość siły. Nie każdy chce....
Mój mózg nie funkcjonuje najlepiej.
Mam trudności z zapamiętywaniem nowych rzeczy i przypominaniem sobie starych. Wolno myślę i niezbyt szybko kojarzę fakty.
Mam problemy z mówieniem, z wymową, z trzymaniem się tematu, koncentracją, dłuższym skupieniem uwagi. Zapominam słów i to często podstawowych w obydwu językach.
Mam trudnościu w pisaniu (czy to z klawiatury czy długopisem): non stop zamieniam nieświadomie litery G z K, S z Z i C, V z W, S z Rz i Ż... Nie rzadko wpiszę inne słowo zamiast tego, co chciałam. Mylę też czasem słowa w mowie. Czuję się przez to czasem jak jakiś półanalfabeta. Czytam i nie zauważam popełnionych błędów - mózg widzi, co chce widzieć.
Zmieniła się moja wrażliwość na dźwięki, smaki, zapachy, dotyk. Zapachy odczuwam chyba mniej, bo nagle mogę używac perfum (co akurat można zapisać na plus). Zapachów wręcz pożądam - perfumy, kwiaty, pachnące pranie, nowe rzeczy pachnące nowością... Chodzę po świcie i wszystko wącham, jakbym odkrywała świat na nowo.
Wrażliwość na dźwięki już przed rakiem była powyzej średniej. Teraz jest to koszmar. Zwykłe rozmowy w pociągu czy autobusie doprowadzają mnie do szału. Noszę ze sobą zawsze zatyczki. Darcia i czyjejś długotrwałej rozmowy przez telefon chyba bym nie zniosła. Już raz się wściekłam w w strefie ciszy w pociągu i pierdyknelam ręką w stół, po czym uciszyłam gadających ludzi. Dźwięki powtarzajace się doprowadzają mnie do szału, szczególnie drażni mnie kichanie, mlaskanie, pociąganie nosem, chrząkanie i chrapanie. A jednocześnie filtrowanie dźwięków bardziej się osłabiło i jeszcze gorzej słyszę w szumie, gwarze niż przed rakiem, a już dawniej nie było dobrze. Jeśli ktoś do mnie mówi w tłumie, na gwarnej ulicy, nie rozumiem w ogóle słów. Ba, nawet w domu, gdzie cicho jest, mam czasem problem ze zrozumieniem, gdy tylko coś szumi albo szeleści i po siedem razy się dopytuję jak głucha babcia.
Mam problemy ze snem. Budzę się w nocy i nie mogę zasnąć czasem godzinami. A potem jestem zmęczona, ale w dzień nie mogą tez zasnąć. Nigdy tego nie potrafiłam.
Zmienił mi się charakter
Przed rakiem byłam oazą spokoju, miałam stalowe nerwy, anielską cierpliwość, byłam wyrozumiała, czuła... Rak to wszystko zabił. Dziś szybko tracę kontrolę nad sobą, nie mam cierpliwości, szybko się irytuję byle drobnostką, wpadam w totalną panikę z byle powodu, że aż się siebie boję i siebie się wstydzę, bo to jest okropne uczucie i upokarzające.
Ludzie mnie irytują na każdym kroku. Nie lubię ludzi bardziej niż wcześniej, a jednocześnie ciągle chciałabym być akceptowana, lubiana, być wśród ludzi. Irytują mnie na potęgę tzw głupie pytania "normalnych" ludzi, które nic nie wnoszę w niczyje życie, a zadawne są chujwiepoco, nie wiem, ot żeby zadać..? "co u ciebie?" "jak ci minął dzień?" "wszystko okej?"...A wygląda kurwa jakby było okej? Jak może ci minąć kurwa setny, czy dwieście trzydziesty szósty dzień spędzony w tych samych czterech ścianach bez zamienienia choćby dwóch pierdolonych słów z kimkolwiek, bez zobaczenia jednej ludzkiej twarzy? Rozmowy z dziećmi i Małżonkiem ograniczają się do niekończącego się opowiadania o kurach, świnkach, syfie robionym wokół domu przez właściciela, bo jak nie chodzisz do pracy, to nie wychodzisz z domu, nie spotykasz nikogo, nic się nie dzieje, nie masz o czym masz gadać. Wszystko mnie irytuje, łatwo się wkurzam o byleco. Często wrażenie, że chyba się już nie da ze mną normalnie rozmawiać, że coraz bardziej mi odwala aż sama siebie coraz bardziej nienawidzę.
Ludzie zwykle nie lubią mówić o takich rzeczach. Boją się. Wstydzą. Ale ja właśnie bardzo chętnie czytam i słucham, że ktoś ma podobne problemy, bo lepiej się wtedy sama ze sobą czuję. Dlatego też o tym piszę, bo może ktoś tu trafi, przeczyta i też lepiej się poczuje, poczuje, że nie jest sam z takimi problemami.
Wiele z tego, co napisałam powyżej pokrywa się z typowymi skutkami (ubocznymi) menopauzy, co nie zmienia jednak faktu, że są uciążliwe i że u mnie nadeszły wcześniej, nienaturalnie, za sprawą leków i objawiły się nagle, na raz pełną mocą, gdy ciało było jeszcze osłabione, całkiem słabe po raku i jego leczeniu, gdy psychika była rozregulowana. Specjaliści mówią, że ta sztuczna menopauza jest o wiele, wiele gorsza niz naturalna nadchodząca etapami i powolutku. Jej skutki fizyczne wywołąne nagłym brakiem żeńskich hormonów też są o wiele gorsze.
Martwię się o przyszłość, bo niestety nie jestem w wieku emerytalnym by móc żyć sobie powoli w spokoju aż do śmierci. W Belgii pracuje się do 67 roku życia, czyli przede mną jeszcze 18 lat do emerytury. Jednocześnie wiadomo, że po 50tce ciężko znaleźć pracę, szczególnie całkiem nową, o której nie ma się pojęcia ani doświadczenia, a tu ceny rosną w szalonym tempie, zasiłki są masowo ograniczane i odbierane, a moje dorosłe dzieci też są lekko niepełnosprawne i często wymagają pomocy z mojej strony. Boję się, że któregoś dnia zostanę bez zasiłku i pracy i że wylądujemy wszyscy na ulicy, co tutaj zdarza się coraz częściej. Nie mam własnego mieszkania ani żadnych oszczędności. Nie mogę na nikogo liczyć. Do tego z tyłu głowy wciąż brzęczy, że rak może wrócić, że przy tak złośliwym i dużym raku szansa na nawrót i przerzuty jest bardzo duża. Nie mogąc żyć normalnym życiem, nie mogąc chodzić do pracy i całe dnie będąc uwięzionym w cztrech ścianach ciężko o tym wszystkim nie myśleć, bo i człowiek ma mnóstwo czasu na myślenie, a gdy do tego na wszystkim coraz mniej człowiekowi zależy, to i robić czegokolwiek mu się nie chce. I tak wpada się w błędne koło czarnych myśli i bezsilności.
Odechciewa się żyć, nawet zwyczajne codzienne problemy ciążą stukroć bradziej niż w normalnych okolicznościach. Każda czynność staje się trudniejsza i mniejszą się ma chęć do jej wykonywania. Już kilka razy zdarzyło mi się wpaść w totalną panikę, tylko dlatego, że nop trzeba było nagle zadzwonić do jakiegoś fachowca czy coś w ten deseń. Rzeczy zdające się kiedyś w ogóle idiotyczne, nie do pomyślenia, wręcz śmieszne i głupie dziś są moją rzeczywistością i nie radzę sobie z tym w ogóle. Nie panuję nad sobą, ale jestem tych wszystkich wad, moich upierdliwości, słabości świadoma.
Gdy człowiek nie ma celu, marzy tylko by się położyć i nigdy więcej nie wstać. A sensowny cel coraz trudniej znaleść, gdy nie jesteś sobą, gdy nie wiesz na co cię stać, gdy jesteś za słaby na większość rzeczy, które sprawiały ci wcześniej radość i dawały siłę do działania, gdy nie masz nikogo, kto by cię choć trochę motywował.
To ja - chyba jak wiele bab - byłam w domu tą, co wszystkich motywuje, wysłuchuje, wspiera, rozśmiesza, zaraża optymizmem, szuka nowych pomysłów, rozwiązań, która się nigdy nie poddaje i walczy, ale rak odebrał mi i radość, i optymizm, większość pozytywnej energii, mój humor skwaśniał i stał się w dużej mierze po prostu wredną złośliwością, nie mam sił zatem, by być dla innych. I bardziej niż kiedykolwiek nie chcę być dla innych. Bardziej niż kiedykowliek irytują mnie problemy innych ludzi, a jeszcze bardziej mierzi mnie ludzka głupota i "problemy" z dupy wyjęte... szczególnie te kreowane w (socjal) mediach.
Po raku mój świat stał się całkowicie inną, dziwną i niezrozumiałą planetą, na której nie chcę mieszkać, ale z której nie mogę uciec. Próbuję się na niej odnaleźć, ale wszędzie napotykam przeszkody (choc czasem tkwią one po prostu w moim mózgu), wciąż potykam się o słabości i zderzam z murem niezrozumienia i non stop wpadam na ściany oczekiwań. Często nie mam sił do realizacji moich zamiarów, bo nie potrafię ocenić, ile tych sił mam ani ile potrzebuję. Często nie chce mi się w ogóle żyć lub czuję się życiem i nieustanną walką z wiatrakami ogromnie zmęczona. Czuję ogromną pustkę wewnętrzną i beznadzieję. Nie mam ani marzeń, ani oczekiwań. Żyję z dnia na dzień, od nocy, do nocy. Próbuję jakoś utrzymać się na powierzchni, by nie pójść całkiem na dno, bo dzieci mnie potrzebują. Gdyby nie one, nie zostałabym na tym świecie ani godziny dłużej. Robię jakies głupie dziwne bezsensowne rzeczy, jak wielogodzinne bezsensowne skrolowanie internetu alnbo nagrywania durnych video do internetów, których nikt nie obejrzy. Wszystko, by zabić czas, by zagłuszyć ponure myśli, by udawać przed sobą, że coś pożytecznego i sensownego robię, a potem siebie przeklinaći wszystkiego żałować, bo przecież to nie ma sensu, bo mnie na to nie stać...
Czasem miewam momenty, bo to są momenty, że odpali mi się chęć zrobiena czegoś szalonego typu wstanie o piątej, by pojeździć rowerem po wsi albo pojechanie do dalekiego miasta tylko po to, by napiś się kawy albo zobaczyć jedno nudne muzeum. Jaram się tymi momentami, a potem pustka robi się jeszcze puściejsza i cięższa...
Po raku trzeba zacząć życie całkowicie od nowa jako inna, obca sobie samej osoba. Jakby się człowiek nagle znalazł po drugiej stronie lustra, gdzie z pozoru wszystko jest takie samo jak dotychczas, ale jednak zupełnie inne. Rzeczy mają inne właściwości. Świat inaczej pachnie. Własne ciało jest zagadką. Wszystkiego zatem trzeba się od nowa nauczyć. Każdy element od nowa poznać i odkryć tajniki życia na nowo. To jest diabelnie trudne i wyczerpujące, zwłaszca że wszyscy pozostali, ludzie których znasz od lat, którzy z tobą mieszkają długie lata, zdają się w ogóle nie być żwiadomymi tego, że świat się całkiem zmienił i żyją sobie jakby nigdy nic. Nikt nie rozumie, jak się czujesz. Wszyscy mają zatem wciąż takie same wobec ciebie oczekiwania, a ty nie jesteś w stanie im sprostać. Czujesz się winny. Czujesz się zagubiony. Czujesz się nierozumiany. I widzisz, jak kolejne tygodnie, miesiące i lata przeciekają ci przez palce, jak życie dzieje się, świat pędzi, a ty stoisz i nie masz siły, a nawet nie wiesz jak złapać na powrót cugle swojego własnego życia i jak nad nim zapanować.
W raku nie operacje, nie chemioterapia, nie naświetlanie są najgorsze. Najgosze jest zakończenie leczenia i powrót do szarej rzeczywistości. Ten czas, w którym świat uznaje cię za wyleczonego i zostawi samego sobie, a ty wcale wyleczony się nie czujesz. Ten moment w którym odkrywasz, że wraz z rakiem wycięto ci twoją dawną osobowość, twoje mocne strony i talenty i że jesteś kimś innym niż byłeś, i że zostałeś w tyle zupełnie sam, bo świat nie czekał na ciebie, gdy byłeś chory.
Czy uda mi się kiedyś zacząć znowu normalnie żyć? I co to w ogóle znaczy w tych okolicznościach? Nie mam pojęcia, ale mam cichutką (i bardzo słabą) nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie... Jestem jednak niemal pewna, że już nigdy nie będzie, tak jak było, bo nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki. Tamta łajba już odpłynęła... Teraz trzeba zbudować nową i wypłynąć na nowe nieznane wody. Tę mądrą radę zapisuję dla siebie samej na grubo. Może kiedyś uda mi się ją wprowadzić też w życie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...