Wakacje dobiegają końca. Pora na krótkie podsumowanie.
Był to bardzo dobry, ciekawie spędzony czas.
W pierwszej połowie jeszcze chodziłam do pracy, ale też zakończyłam też tę krótką, ale burzliwą przygodę ze świetlicami bogatsza w nowe doświadczenia, nowe umiejętności i ważną wiedzę na temat świetlic, szkół oraz na swój temat.
W wakacje odbrałam ostatnią kroplówkę Zomety zamykając w ten sposób kolejny rozdział w życiowej przygodzie pt Walka z rakiem.
Całkiem sporo pozwiedzaliśmy, nie mało przerowerowaliśmy i przemaszerowaliśmy. Minione wakacje dość były aktywne. Czasem szłam sama, czasem z którymś z dzieckiem, a czasem w większej grupie.
Oto moje wakacyjne wycieczki:
Park w Dendermonde. Rowerem 30km. Z Młodym.
Muzeum pociągów i przejażdżka ciuchcią Baasrode - Puurs.
Ogród Botaniczny w Meise. Rowerem 40km. z Mlodym
Marsz Wetteren-Schellebelle. 12km. Z Młodą
Plażing i pływanie w Ostendzie. Z Mlodą
Regaty Wannowe i Marsz w Dinant. Z Młodą
Rowerowanie po Mechelen. 15km. Z Młodym
Park Kalmhoutse Heide (wrzosowisko). 12 km. Z Trójcą.
Małżonek ponadto zabrał Młodego w PL do Muzeum wsi lubelskiej i Kopalni soli w Wieliczce no i Akademię Pożarniczą w stolicy mieli okazję pozwiedzać, bo kuzyn tam studiuje i ich oprowadził oraz kolegom przedstawił. Zaliczyli też kolejne koncerty: Iron Maiden w Warszawie i Machine Head w Katowicach.
![]() |
kanapki z domowego chleba, woda z cytryną i pandemiczny thriller |
Wróciłam też w końcu do czytania i powoli się rozkręcam. W wakacje przeczytałam 5 książek, co jest całkiem niezłym wynikiem po wielu prawie bezksiążkowych miesiącach. Aktualnie czytam znowu thriller po niderlandzku o pandemii grypy 😷. Fajnie czytać fikcyjną opowieść o pandemii, która została napisana przed słynną koroną i zauważać podobieństwa z rzeczywistością.
Zrobiłam też grubsze książkowe zakupy i zamierzam to przeczytać w miarę szybko, bo wszystkich książek jestem ciekawa.,Znaczy jedna z nich zamówił Małżonek, a tematyka finansowa nie jest w moich zainteresowaniach. Muminki są dla mnie, by sobie odświeżyć. Reszta, bo była tania i interesująco się zapowiadająca. No a książka o zespole Turnera z przyczyn wiadomych.
Ułożyłam 3 układanki po 1000 kawałków każda.
Najstarsza przez całe wakacje ciągle pracowała z wielką przyjemnością w "zieleni" choć zdrowie nie zawsze chce współpracować.
Jak wyglądał ogólnie mój wakacyjny tryb życia? Leniwie. Wstaję codziennie rano. Przeważnie trochę przed siódmą, czy kolo szóstej, ale zdarza mi się (szczególnie w weekendy) pognić w wyrku i do ósmej, a nawet czasem dłużej, ale to mi nie służy, bo wstawszy koło 9-tej potem cały dzień źle się czuję.
Idę jeszcze w piżamie wypuścić kury, jeśli jeszcze ktoś inny tego nie zrobił. Karmię świnie, jeśli nie zostały nakarmione przez kogoś innego. Potem myję twarz, kremuję ją i się przyodziewam. No chyba, że potrzebuję się rano wykąpac, to się kąpię, ale raczej rzadko się to zdarza. Zdarza mi się natomiast kąpać w dzień, gdy np poroweruję do sklepu w upał albo posprzątam kurnik...
Potem nastawiam wodę na herbatę i szykuję ze dwie kanapki. Jak nie pracuję, to i mało jem. Po śniadaniu robię kawę lub - jak ostatnimi czasy - matchę...
O tak, Matcha to moje wielkie odkrycie minionych wakacji. Najpierw parę razy zamówiłam ten nowy dla mnie napój w kramiku na dworcu w Mechelen i zasmakowałam. Jednocześnie przyjrzałam się jak oni to robią i dodatowo wyszperałam info w necie, po czym kupiłam najpierw małą paczuszkę ceremonialnej matchy w AH i skraftowałam se mleczną matchę w domu. Wyszła pyszna. Jak z kramiku, tyle że w domu to mam całą paczuszkę matchy za 7€ , z której co najmniej kilkanaście szklanek da się zrobić, a nie jedną szklankę jak w kramiku. Potem zamówiłam całą puszkę matchy za kilkanaście euro, bo i Młody oraz Najstarsza w niej się rozsmakowali. Z tym że Młody robi sobie truskawkową. Przestrzegłam go, że tego nie można pić litrami, bo - tak jak i kawa - może zaszkodzić, więc ogranicza się do dwóch dziennie. Mówią, że to zdrowe jest i że dłuższe picie matchy ma mieć pozytywny wpływ na zdrowie, co mi się nawet uśmiecha, ale nam to po prostu przede wszystkim smakuje, więc pijemy. Kawę robię sobie raz na parę dni, ale póki co korzystam z innych napoi, bo lato sprzyja wszelakim sokom, kolorowym miksturom no i piwko czy inny tam koktail alkoholowy od czasu do czasu też wskoczy.
Matchę robimy na zimno. Jedną łyżeczkę matchy wsypujemy do szklanki (najlepiej przez sitko) i zalewamy 40-60ml zimnej wody z kranu. Mieszamy mini rózgą lub spieniaczem do mleka (można też w szejkerze czy zwykłej flaszce), a potem dolewamy mleka lub niemleka (sojowe, kokosowe, owsiane etc) i gotowe. Młody dolewa syropu truskawkowego i cukruje, bo to nastolatek, musi mieć słodko. Na gorąco też czasem robię, ale póki jest gorąco, to jednak zimne napoje lepiej wchodzą.
Wracajac do mojego dnia, to z kubkiem matchy skroluję instagram lub czytam książkę. Potem już do wieczora robię tylko co trzeba danego dnia zrobić (co drugi dzień sprzątanie świniom, systematycznie pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy...) z długi przerwami na opierdaling z telefonem, książką, gazetą, puzzlami, pisaniem etc. Albo raczej odwrotnie, to obowiązki są wykonywane w przerwach w opierdalaniu się. Uznałam bowiem, że to właśnie jest mi teraz przez jakiś czas potrzebne, taki całkowity luz, totalna beztroska, zabawa, zajmowanie się głupotami, pierdołami, bzdurami, robienie głupich niepotrzebnych nieważnych rzeczy, takie bycie dzieckiem, takie prawdziwe długie wakacje, kiedy nic nie trzeba, a wszystko można.
W takim beztroskim trybie wakacyjnym, w zwolnionym tempie przeżyłam już miesiąc i widzę, że przynosi to bardzo pozytywne efekty. Czuję się na prawdę dobrze. Zarówno fizycznie, jak i duchowo, mentalnie. Z tyłu głowy co prawda ciągle mam myśl, że gdzieś jakoś tę pracę kiedyś trzeba będzie dla mnie znaleźć i to mnie ciągle tam gdzieś uwiera, ale udaje mi się na tyle od tego odciąć, że na co dzień praktycznie o tym nie myślę, tylko żyję chwilą, jestem tu i teraz całym ciałem i duchem. Gorzej jest nocą, gdy się obudzę, bo choć nie myślę o tym jakoś specjalnie intensywnie, to jednak odczuwam niepokój z tym związany i nie mogę spać. Znaczy nie wiem, jaki jest powód tego, że źle śpię, ŻE ŹLE ŚPIMY, bo i Małżonek też ma ten problem, a on ma póki co pracę i nawet zbytnio na nią nie narzeka. Nawet już mi przez myśl przeszło, że może za dużo śpię, no ale jak idę spać ok 22 a budzię się o 2 to raczej nie ma szans, że jestem już wyspana, bo zmęczenie wtedy odczuwam ogromne, a tylko sen nie chce przyjść dość długo czasem... Ufam jednak, że w końcu i to sie unormuje i poprawi, bo na prawdę na wielu frontach jest aktualnie o niebo lepiej niż było kilkanaście tygodni temu. Pogoda sprzyja, bo od wczesnej kalendarzowej wiosny non stop mamy gorące lato. Jest ciepło, słonecznie, przyjemnie, wakacyjnie, fantastycznie. (że susza jest ogromna, to już inne kwestia). Gdy w końcu jesienne słoty nadejdą, na pewno pojawi się i zjazd nastroju, ale bardzo się cieszę, że tak długo słonecznie było, bo to mi bardzo pomogło w leczeniu poharatanej psychiki i mentalnego zmęczenia.
Staram się ponadto dużo owoców i innych zdrowych rzeczy zajadać i pić. Nie żeby się do tego jakoś zmuszała, czy goniła jakieś tredny, bo ja po prostu zawsze lubiłam i lubię wszelakie owoce i warzywa. Korzystam tylko z tego, że dziś mnie stać na dwolny owoc, dowolną przyprawę, zioło w dowolnych ilościach i konfiguracjach, że dostęp jest do wszystkiego przez cłay rok, że posadam też najróżniejsze urządzenia i narzędzia do przerabiania tych darów natury na pyszne napoje, sałatki, wypieki. I że mam czas. Piekę uparcie swój chleb na zakwasie, co też mi trochę czasu zajmuje, bo z takim chlebem to jednak cały dzień certolenia jest. Ale daje to mi tez sporo frajdy. Nawet to, że mogłam sobie kupić wszystko, co do tej zabawy potrzebuję, a kupiłam sobie w tym roku właśnie garnek żeliwny, wielką szklaną michę, koszyki do wyrastania, różne skrobaczki, szpachelki, różne rodzaje mąki, najróżniejsze ziarna. Mogę się bawić na całego, eksperymentować, testować, smakować... Dla mnie to jak plac zabaw. A przy okazji rodzinka ma pyszny swojski chleb.
Nie znaczy to bynajmniej, że jakoś specjalnie unikam niezdrowych przekąsek i że ogólnie jakoś super zdrowo się odżywiam. Bez przesadyzmu! Po prostu jem, na co mam ochotę. Tylko tyle i aż tyle. Zakładam, że moje ciało samo wie najlepiej, czego mu potrzeba.
![]() |
piwerko też czasem wjedzie |
Nadal lubię słodkie i co ciekawe w tym roku pobiłam wszelakie swoje życiowe rekordy w konsumpcji lodów. Dawniej to było max 5 lodów na rok, a w tym roku to i 3 dziennie sie zdarzy. Nie wiem, czemu moje ciało ma taką jazdę na lody, bo np ciastka, cukierki czy czekoladki mogą dla mnie na tę chwilę nie istnieć. Wyjątkiem są mini ptysie (gotowe mrożone kupuję w marketach), których sama całe opakowanie jestem w stanie opędzlować, no i ciasta w kawiarniach, ale to już od wiekszego dzwonu. Swoje wypieki oczywiście również zajadam w dowolnych ilościach, ale też nie piekę jakoś często, bo mi się nie chce, a poza tym nikomu by nie smakowało, jakby było za dużo.
![]() |
napój bananowy |
![]() |
składniki poniższego napitku |
![]() |
napój z selera, szpinaku, soku pomarańczy i limonki z płatkami owsianymi |
Ruchu też się staram trochę zażywać, bo maszeruję trochę, trochę roweruję, trochę jakiejś gimnastyki zastosowuję, ale na tym polu nie jestem z siebie zadowolona. Nie jestem ostatnimi czasy w ogóle konsekwentna w swoich postanowieniach (a dawniej zawsze byłam), co zacznę jakiś "projekt" ruchowy to po kilku dniach czy tygodniach o nim zapominam. Zaczynam nowy i znowu odstawiam na boczny tor. Normalnie straszna Grażyna się ze mnie zrobiła, ino bym siedziała na dupie i skrolowała instagrama. Często mam takie dni, że nie potrafię z siebie żadnej chęci wykrzesać, żadnego sensu mojemu dniu nadać. Żyję tak na odpierdol czasemi, że głowa mała. Na razie jednak nie robie sobie większych wyrzutów z tego powodu. Dałam sobie czas na opierdaling do konca sierpnia. Od września będę próbować zapanować nad chaosem jaki sama tworzę i powoli coś zacząć działać w kierunku przyszłej pracy. Wyznaczyłam sobie równoległe dwa tory. Jeden to praca nad swoim stanem fizycznym, drugi tor to szukanie pracy.
Na razie poprzez łażenie i pedałowanie przypakowałam i wzmocniłam nogi. Dobrze by było ten stan utrzymac, bo jest świetny.
Udało mi się też dzięki spokojnym ćwiczeniom rozciągającycm znacznie poprawić elastyczność i ruchomość stawów, Myślę, że są już na poziomie sprzed raka, ale mam aspiracje na poziom licealny czyli poziom szpagatu.
Niedawno czekając na stacji na pociąg siedzieliśmy na podłodze, bo ławek nie było i zaczęliśmy z Młodymi różne akrobatyki uskuteczniać. Odkryłam po pierwsze, że Młodzi odziedziczyli po mnie elastyczne stawy. Bo to niby można wyćwiczyć, ale przede wszystkim trzeba się z tym urodzić. Większość ludzi, których na swojej drodze spotkałam, nie usiądzie w pozycji lotosu i nie zrobi huśtaweczki podnosząc się w tej pozycji na rękach, a Młody zrobił to bez problemu nigdy wcześniej tego nie ćwicząc. To jest fajne.
Młoda tak samo jak ja lubi się relaksować uklęknąwszy i położywszy się z tak wygiętymi nogami na plecach.
Ja ponadto odczuwam wielką satysfakcję, że potrafię ciągle te sztuczki (patrz zdj. poniżej) wykonać mając blisko pół wieku na karku.
![]() |
„huśtaweczka” ;-) lewitacja |
![]() |
najlepszy relaks )☺️ |
![]() |
chodzenie na kolanach w wersji pro ;-) |
Ostatnie dni gościliśmy Młodzież z PL. Przylecieli bowiem znowu w odwiedziny kumple Młodej. Kilka dni nocowali u nas, ale kilka nocy spędzili razem z Młodą w hotelach, bo mieszkajac na belgijskim zadupiu może sz zapomnieć o takich pomysłach jak wyjście na kręgle czy do baru z przyjaciółmi, gdyż tutaj sołtys zwija asfalt o 22.
Tak serio to w Belgii nie jeżdżą nocami żadne, podkreślmy ŻADNE środki komunikacji. Taryfa na zadupie kosztuje ponad 100€ za 20 km. Uberów brak, a jak są, to droższe niż taxi. Żenada do kwadratu. Dopóki Młoddzież nie dorosła to nawet tego nie dostrzegaliśmy, bo sami możemy się zabrać autem, a poza tym my nigdzie nie szwendamy się po nocach, bo jesteśmy za starzy na to i nie lubimy się szwendać po nocach.
Dzięki wizytom polskiej młodzieży przekonaliśmy się ponadto, że nie ma tu też żadnego ŻADNEGO! połączenia na lotnisko w Charleroi. Nie tylko od nas ze wsi, ale nie ma takowego też z Brukseli, mimo że owo lotnisko oficjalnie jest uznawane jako lotnisko BRUKSELA-Charleroi (kij, że 70 km od owej Bruskeli jest oddalone) czy z Antwerpii. Ostatnie pociągi z owych miast odjeżdżają przed północą, a pierwsze rano grubo po szóstej. Po północy nie wrócisz do domu z miasta ani nie pojedziesz na lotnisko. Z autobusami jest jeszcze gorzej. U nas pierwszy autobus w wakacje czy weekend przyjeżdża około 9 rano, a ostatni odjeżdża ok 21.
No i znowu przyjaciele Naszej Córki byli zmuszeni kiblować całą noc na lotnisku, bo lot mieli rano. Pierwszy plan przewidywał, że wstaną wszyscy o 4 i Małżonek zawiezie ich na lotnisko, a potem pojedzie sobie prosto do pracy na drugi koniec kraju. Jednak dzień przed odlotem przyszedł e-mail z lotniska, że z powodu braku personelu odprawa trwa bardzo długo i radzą przybyć co najmniej 3 godziny wcześniej. No to by o drugiej musieli wstać, a to nie ma sensu w ogóle się kłaść. Dla Małżonka było by to prawdopodobnie nie do przeżycia, bo i tak jest nieludzko zmęczony...
Młodzież zdecydowała, że chcą jechać wieczorem na lotnisko i tam sobie już poczekają spokojnie na odlot do rana. Zatem dostarczyliśmy ich już po 22. Gdyby pociagiem chcieli tam jechać, to musieli by wyjść z domu ok 17, tak jak w zeszłym roku. To jest jakies totalne nieporozumienie. Mówimy, że skoro nie mają ludzi do roboty, non stop tam strajkują, czyli warunki pracy pewnie też opiździałe, to niech wezmą i zamkną w cholerę to pseudo lotnisko. Albo niech puszczą jakieś pociągi w nocy z Brukseli do Charleroi. Stolica Europy! Chyba kurwa w żenadzie. Faktycznie loty są tam tanie, bo za niecałe 50€ oblecisz w obie strony na trasie PL - BE, a wiadomo, że dla polskiego studenta to i tak drogo, ale położenie tego lotniska jest bardziej niż beznadziejne.
Poza przelotami Młodzież jednak raczej dobrze się bawiła. Młoda ciągała ich znowu po całej Belgii. Byli i w parku rozrywki nad morzem, i na plażingu w upalny dzień, i na wspomnianych kręglach, i w barach w Antwerpii, i w pięknym zoo Pairi Daiza... No, w tej ostatniej przygodzie Młoda już im nie dała rady towarzyszyć, bo jakiegoś mikroba złapała i całkowicie ją rozłożyło, że ani ręką, ani nogą nie dała rady ruszyć, tylko leżała cały dzień jak z diabła skóra łykając na zmiany paracetamol i ibuprofen, by gorączkę pod kontrolą utrzymać.
Myślę, że najważniejsze jednak w tym wszystkim, że znowu mogli trochę czasu ze sobą w świecie rzeczywistym spędzić, pogadać twarzą w twarz, wypić drinka, zagrać w karty, czy poleżeć obok siebie na plaży, bo trzeba wam wiedzieć, że to jest znajomość internetowa, która już kilka dobrych lat temu przerodziła się w wielką przyjaźń. Gadają ze sobą wszyscy chyba każdego dnia, grają, dyskutują, zwierzają, zaśmiewają z opowiadanych żartów... Jedno z paczki aktualnie pracuje w Holandii i tym razem tylko na chwilę dołączyło do wspólnej zabawy, ale ten gagatek od czasu do czasu wpada do Belgii, a wtedy wydzwania Młodą i idą gdzieś razem na pizzę. Pozostali studiują w różnych miastach w PL, więc na co dzień też się nie spotykają w cztery oczy, ale mają internet i to jest dziś właśnie fantastyczne, że są możliwości, jakich dawniej nie mieliśmy. Przez co ja mieszkając na zadupiu i nie wstrzeliwując się w normy i nie mogłam złapać wspólnego języka ze zwyklakami i zawsze byłam totalnie samotna. Dopiero jako dorosła miałam internet i dopiero wtedy zaczęłam poznawać fajnych ludzi o podobnych zainteresowaniach, inteligencji, poczuciu humoru. Młodzi na szczęście urodzili się już w czasach internetu i mogą z tego faktu korzystać do bólu. I korzystają!
W tym tygodniu przyfrunęły drogą elektroniczną wiadomości ze szkoły i Akademii Muzycznej.
Pani od gitary napisała sms, że znalazła dla Młodego miejsce w środowe popołudnie, tak jak miał w tamtym roku. Pod koniec roku szkolnego napisała bowiem, że Młody będzie miał gitarę w piątek o 17, a raczej nie ma szans, by on do 17 wrócił ze szkoły do domu, a tu jeszcze gitarę trzeba wziąć i naginać do akademii. Środa zatem będzie gicio. Lekcje nut i grupowe muzykowanie ma innego dnia jedno za drugim późnym wieczorem. Już się cieszy, że będzie mógł nowych rzeczy się uczyć. Całe wakacje oczywiście brzdąkał na swojej gitarzem a czasem też na ukulele. W Polsce będąc piłował też gitarę elektryczną kuzyna. Nie dawno z kolei zgadał się na internetach z kolegą z podstawówki, który też gra na gitarze i nawet jakiś zespół ma. Młody być może będzie mógł czasem do nich dołączyć i razem poćwiczyć. Fajnie by było. Pytanie tylko czy znajdzie czas po lekcjach na dodatkowe wyjścia z domu.
Gdy pani od gitary przysłała esemesa, przypomniało mi się, że przecież podręcznik trzeba było kupić, a tu pierwsza lekcja za parę dni. Czym prędzej szukałam go w internetach i znalazłam w sklepie w Gandawie. Zamówiłam. Teoretycznie powinien dotrzeć przed pierwszą lekcją, ale nawet jeśli się opóźni, to nie jakaś tragedia.
Przypomniałam se też o abonamentach i szybko chciałam wczoraj kupić na stronie NMBS (tutejszy odpowiednik pkp), ale strona nie działała. Fck! Dziś na szczęście się udało. Nawet można było razem kupić na pociąg i autobus, więc kupiłam oba na 3 miesiące na początek, co i tak 160€ kosztowało. Teoretycznie do poniedziałku powinny się te bilety na karcie MOBIB aktywować, a przynajmniej w aplikacjach.
Okazuje się, że szkoła jednak w tym roku nie organizuje już spotkań domowych z coachami. Zrezygnowali z tego z jakiegoś powodu, o czym dowiedziałam się dopiero, jak tam zadzwoniła. . No i dobrze. Pani przepraszała, że nie zredagowała mejla przed wysłaniem, a pod koniec roku zmienili zasady.
Pierwszego września drugi i trzeci stopień, czyli od 3 do 6 klasy zaczynac będzie dzień dopiero po południu. We wtorek już normalnie na rano mają.
Pierwszego dnia niczego nie potrzeba zabierać do szkoły. Drugiego potrzebny będzie laptop i coś do pisania. Zamówiony laptop (czy tam tablet) dostarczono już w tym tygodniu do szkoły, o czym poinformowano nas w osobnym mejlu. Pierwszego dnia dostaną loginy i hasła oraz omówione zostanie co i jak należy używać.
Pierwszy tydzień wszyscy mają tzw gouden dagen, czyli złote dni, gdzie nie będzie jeszcze prawdziwej nauki tylko będzie to czas na poznawanie szkoły i siebie nawzajem.
Ależ jestem ciekawa tej szkoły i tego jak Młody się w niej odnajdzie. Z niepokojem myślę natomiast o dojazdach. Poruszanie się rowerem po Mechelen to jest hardcore. To miasto rowerów. Rano po ulicach porusza się jednocześnie we wszystkich kierunkach tysiące rowerów i hulajnóg. Tego się nawet nie da opisać. To trzeba zobaczyć. To jest chaos niekontrolowany. Ja to już parę razy widziałam. Oczopląsu można dostać i zawrotu głowy, gdy się na to patrzy...
Nic to. Już za parę dni się przekonamy, jak to będzie wyglądało w praktyce. Pierwszego i pewnie drugiego dnia pojadę z Młodym pod szkołę. Jeszcze nie wiem, czy rowerami, czy autobusem, ale dobrze pierwszego dnia uczniowi będzie towarzyszyć w drodze do nowej szkoły w obcym miejscu. Zawsze to mniejszy dla niego stres będzie. Pierwszego dnia to pewnie nawet na niego poczekam na mieście, bo i co mam do roboty…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...