Czyszcząc ostatnio nasz ekspes do kawy zebrałam się za kawowe refleksje, które czym prędzej postanowiłam przestukać na bloga.
Kawa w moim życiu
Pierwszy raz mama zaproponowała mi kawę, gdy byłam gdzieś w ostanich klasach podstawówki. Nie wiem, czy to siódma czy ósma klasa była, ale pamiętam to satysfakcjonujące uczucie. Oto otwarły się kolejne drzwi do dorosłości. Mogłam napić się prawdziwej kawy. Matka uznała, że jestem wystarczająco dorosła, by dopóścić mnie do kawowego rytuału.
Wtedy piło się kawę w szklankach wetkniętych do aluminiowego uchwytu. O ile mnie pamięć nie myli, to kawę wtedy w ziarnach się kupowało i mieliło w domu. Znalazłam w necie zdjęcie młynka takiego jak nasz :-). Mieliliśmy też w nim cukier, by cukier puder zrobić... Gdy o tym piszę, przypomina mi się kupny cukier puder. Prawie zawsze był skamieniały i te bryły trzeba było młotkiem rozbijać, by dodać do ciasta, a ciasto ucierało się wtenczas w makutrze drewnianą pałką...
![]() |
| taki młynek mieliśmy (zdj. z internetu) |
Ale czekaj, wróć, zacząć by wypadało chyba od tego, że kupienie kawy w czasach mojego dzieciństwa graniczyło z cudem... Z cukrem nie lepiej. I wszystko było na kartki. Ależ to były dziwne czasy!
Zanim nadszedł ten dzień, w którym dostąpiłam pierwszy raz zaszczytu zaparzenia sobie kawy, zjadałam systematycznie fusy z kawy. Co prawie zawsze miało miejsce, gdy rodzice mieli gości. Zdarzało mi się też rozgryzać ziarna kawy. Mówili wtedy, że takie fusy są bardzo niezdrowe. Co z tego, gdy dobrze smakowały, a nie mieliśmy wtedy wszak za dużo rarytasów.
Jako dzieci piliśmy też sporo kawy Inki i kawy zborzowej Anatol. Do dziś obie lubię, ale nie aż tak bardzo, jak dawniej, gdy nawet takie kawy nie zawsze w domu były. Bo nic nie było.
Kawa zbożowa kojarzy mi się z domem babci i prababci. One parzyły zawsze cały garnek zbożówki rano, by była na cały dzień. W drugim rondlu zawsze stało przegotowane mleko. Gdy przychodziłam do nich w odwiedziny, mogłam czasem dostać kubek takiej kawy, a bywało że i korzuch z mleka mi się dostał, co było dla mnie nie lada przysmakiem.
Odkąd pierwszą kawę prawdziwą wypiłam, mogłam w każdy weekend raczyć się tym zacnym napojem, a z czasem zaczęłam kawę pić codziennie, a nawet i kilka razy dziennie, choć zbyt dużo nigdy nie piłam, bo miało to skutki uboczne - ręce mi się trzęsły. Nasza psorka od fizyki z liceum mówiła na tą okoliczność, że dostaje się "hercotłuku". Gdy napiłam się kawy późnym popołudniem, nie mogłam z kolei zasnąć.
Piło się kawę czystą czarną albo ze śmietaną czy mlekiem. Najczęściej jednak z gęstą tłustą świeżą śmietaną zebraną z mleka, bo tego ci u nas raczej za często nie brakowało. Mieliśmy wszak przynajmniej dwie krowy, a pamiętam czasy, że i cztery było...
Dalej pamiętam pojawienie się kawy, rozpuszczalnej i cappucino. To było chyba gdzieś w czasach mojego liceum, ale ręki bym se za to uciąć nie dała. Mój mózg nie jest bowiem dobry w ogarnianiu czasu. Ależ to był szał. Te capuczina smakowe z Mokate. Uwielbiałam je. Odkryłam, że najlepiej smakowały zalewane gotowanym mlekiem. Mmm.
Teraz Młoda kupuje czasem w polaku takie jednorazówki z mokate, ale to już nie to samo. Znaczy produkt pewnie smakuje podobnie, ale to już nie te czasy. Teraz mamy cuda niewidy, od czego w dupach nam się trochę przewraca, więc już byle czym naszych kubków smakowych nie uradujemy. Z drugiej strony, myślę też, że z wiekiem nasze smaki się bardzo zmieniają i to nie jest tylko kwestia posiadania lepszych rzeczy czy większego wyboru. Wszak obserwuję te zmiany nawet na krótkiej przestrzeni czasowej. W jednym miesiącu przykładowo zajadam się namiętnie żelkami, w drugi przerzucam się na czekoladę, a na żelki nie spojrzę, by po pół roku w ogóle czuć obrzydzenie na widok słodkich rzeczy, a wpierniczać tylko chipsy. Z napojami to samo - raz mam smak na to, innym razem na co innego.
A wracając do kawy, to na tej płaszczyźnie wielkiej zmiany dostarczyła nam emigracja. Jak dziś pamiętam, jak zaprosiliśmy raz Polkę, którą poznaliśmy zaraz na początku naszego tu pobytu przez dyrektorkę szkoły. Obie panie śpiewały w tutejszym chórze, stąd się znały. Pani Polka była w wieku naszych rodziców i mieszkała już wtedy - jak mówiła - w Belgii od jakichś 40 lat, więc była bardziej Belgijką niż Polką, a jej mąż jest rodowitym Belgiem. Zaproponowaliśmy wtedy naszej nowej znajomej kawę i ona powiedziała, że jeśli mamy rozpuszczalną, to się ewentualnie napije, bo takiej zalewajki, jaką się w Polsce pija i jaką zapewne też pijamy, to ona już by nie wypiła, bo za bardzo przyzwyczaiła się do kawy z maszyny...
Przyznaję bez bicia, iż pomyślałam wtedy, że bez przesady, jak można znielubić tak dobrą kawę...?
Dziś wiem jednak, o czym ona mówiła. Dziś sama nie wyobrażam sobie picia zalewajki. Pewnie, gdyby mi ktoś zaserwował, to bym wypiła, ale wiem, że by mi w ogóle nie smakowała. Gdy raz wypijesz dobrą kawę z ekspresu, raczej niechętnie wrócisz do zalewajki... Choć nie, wróć. Małżonek właśnie sobie kupił mieloną kawę i zaczął parzyć sobie zalewajkę po staremu. Dziwny to człek haha ;-)
Tutaj znanych nam z Polski zalewajek się nie pije, ale wiele starszych osób pija zalewajki tylko że filtrowane. Kupuje się papierowe filtry i specjalny lejek do którego się wkłada filter, a lejek ustawia się na kubeczku czy filiżance i nasypawszy doń mielonej kawy, przelewa się przez to wrzątek. Używaliśmy nawet tej metody przez jakąś chwilę, gdy podpatrzyłam to rozwiązanie u jednej z moich dawnych babciowatych klientek. Są nawet takie gotowe jednorazowe kawy we filtrach, że wystarczy odpakować i wlać wrzątek. Też u jakichs klientów pijałam.
Takie kawy smakują jednak podobnie jak polskie zalewajki. Szału nie ma.
Jakiś czas mieliśmy eksperes przelewowy, ale kawa nam z tego nie smakowała. Do dziś gdzieś tam na strychu chyba to ustrojstwo stoi. Potem kupiliśy wynalzek Senseo. Nasz pierwszy eksperes ciśnieniowy, który parzył kawę ze specjalych saszetek. To była batdzo dobra kawa i długo korzystaliśmy z tego wynalazku. Jednak jak któregoś dnia odmówił posłuszeństwa, kupiłam mini ekspresik z Dolce Gusto, który - jakże by naczej - również podpatrzyłam i przetestowałam u klientów. Aktualnie mamy już drugi z kolei, jeszcze mniejszy niż poprzedni, ale równie dobry. Marzy mi się tam gdzieś po cichu taki duży, wypasiony, który sam mieli ziarna kawy i który serwuje różne gatunki kawy, nawet z mlekiem. Jednakowoż po pierwsze nie mamy miejsca na duża maszynę, a po drugie jesteśmy zadowoleni z naszego maleństwa. Nie jesteśmy wszak jakimis tam wielkimi kawoszami. Lubię kawę, owszem. Pijam z krótkimi przerwami bezkawowymi każdego dnia: lungo, czasem z dodatkiem mleka, czy niemleka albo czarną, latte, czasem z dodatkiem jeszcze kokosowego mleka czy polskiej kapucziny smakowej. Najwięcej to my jednak pijamy herbat i herbatek.
O herbacie może jednak innym razem...
A z czym Tobie kawa się kojarzy i jakie wspomnienia budzi?
![]() |
| zdj. z internetu |
![]() |
| zdj. z internetu |
![]() |
| zdj. z internetu |




Pamiętam te szklanki, babcia jeszcze kolekcjonowała musztardówki, które nadawały się do picia herbaty.
OdpowiedzUsuńOdkąd poznałam smak kawy z ekspresu ciśnieniowego, inna kawa przegrywa, wole wypić dobrą herbatę.