27 stycznia 2026

Dlaczego dzieci siedzą przed ekranem?

 Ludzie jojczą czasem często, że dzieci tylko przed ekranami siedzą. No bo siedzą! Nie tylko dzieci, tak nawiasem mówiąc...

Powiedzmy sobie jednak tak szczerze z ręką na sercu, co innego one mogą tak na prawdę robić i gdzie?

Ja się wychowałam na wsi, gdzie miałam ze 3 ha pola koło domu, czyli dużo placu, dużo drzew, poza tym mogłam pójść w dowolne miejsce na wsi, by się tam bawić, czy choćby spacerować z psem albo samemu.

Miałam ze 2 km do rzeki, gdzie można się było bawić dowolnie z dowolną ilością osób. Tyle samo do lasu. Latem można było się chlapać w wodzie, zimą zjeżdżało się z górek. Koło domu też mieliśmy małe górki, gdzie na worku ze sianem czy na nartach można było pozjeżdżać. Można było zbudować igloo, gdy było więcej śniegu, zrobić se ślizgawkę polewając jakić kawałek terenu codziennie wodą, gdy był mróz. Można też było łazić po zamarzniętych strumykach, stawach i kałużach, ślizgając się, tłukac lód itp. Można było zorganizować kulig albo wojnę na śnieżki, czy ulepić bałwana. Można było łaizć w śnieżycę po prostu dla samego łażenia, robić aniołki na śniegu i wymyślać pierdylirad innych zabaw. Latem to samo: piłka, rower, kije, drzewa, kamienie, piasek, deski, ziemia, stodoła, pole, las, rzeka... Ograniczała nas tylko wyobraźnia. Każdy na wsi miał jakiś rower, jakąś hulajnogę, ktoś miał piłkę, inny szczudła czy skakankę. Wystarczyło pójść do sąsiada i zapytać, czy dzieci są w domu i czy można się u nich pobawić. Każdy miał podwórko, gdzie można zwykle było ganiac do woli, bawiąc się w berka, chowanego, puchę, kopać w piłkę, bawić się w policjantów i złodziei, w dom, szkołę i co tam komu do łba strzeliło. Gdy pogoda nie sprzyjała, zwykle można było się bawić u kolegi czy koleżnaki w domu lalkami, klockami, ale też grało się w gumę, w państwa-miasta, wisielca czy inne gry na papierze. Każdy też miał karty do gry i każdy znał wiele gier z nimi. Ten i ów miał szachy czy inne planszówki. A i bez gotowych gier coś tam sobie można było wydumać albo zywczajnie posiedzieć i pogadać o życiu.

My mieliśmy komputer (kliknij, by przejść do wpisu o moich komputerach)   jako pierwsi w okolicy, więc cała wioska się do nas schodziła, by pograć i graliśmy sporo. Jednak nie mniej tłukliśmy się po podwórku.

Gdy dziewczyny były małe, już rzadziej można było do sąsiada pójść, ale wciąż się zdarzało. Gdy zamieszkaliśmy w miasteczku, dziewczyny praktycznie codziennie szły pod blok się bawić. Latem biegała tam cała zgraja dzieci i zawsze było co robić. Jak nie pod naszym blokiem, to pod następnym albo pod jeszcze następnym. Dziatwa ganiała raz tu, raz tam. Zimą mniej było ludzi, bo sporo rodziców traktowało dzieci, jakby z cukru były i mogły się na deszczu czy śniegu roztopić. Najważniejsze, że można było gdzieś wyjść i choćby samemu się pobawić. Ale też bardzo często można było jakiegoś innego ludzia spotkać. Poza tym był tam jakiś park z placem zabaw, gdzie też można było się bawić... No i w Polsce dawniej dzieci w wieku naszego Młodego przebywały w szkole stosunkowo krótko. Lekcje często wszak już w południe sie kończyły, czy choćby o 14.

Nie mam pojęcia, jak tam teraz jest w Polsce (chętnie się dowiem). Wiem, jak jest u nas. U nas nie ma co robić poza domem. W sensie tak za darmo, spontanicznie.

 Jest tu od cholery różnych zorganizowanych aktywności jak piłka, karate, judo, gimnastyka, taniec, muzyka, skauty i inne dzicięce oraz młodzieżowe organizacje. Jest tego ogromna ilość, ale do każdej trzeba się uprzednio zapisać, zapłacić i uczęszczać systematycznie, a tego już nie można nazwać zabawą w czasie wolnym, bo jak gdzieś chodzisz obowiązkowo raz czy dwa razy w tygodniu to jest to obowiązek, a nie wolna spontaniczna zabawa. 

Gdy nie należysz do żadnego klubu, stowarzyszenia, organizacji, akademii,  to nie masz dokąd pójść. U nas na wsi to choć kawałek lasku jest, gdzie można na upartego pójść czasem, ale taki las to w Belgii rzadkie zjawisko. No i w lesie też nie wszystko można robić. Rowerem tam nie pojeździsz jak głupi, nie pościgasz się z kolegami, bo tam non stop od rana do wieczora dziesiątki ludzi spaceruje z psami, dziećmi, emeryci, pary, koniarze... Chwili spokoju nie ma. Z tego powodu nie pobawisz się też swobodnie, bo ciągle ci ktoś na ręce patrzy... No ale lepszy las, niż brak lasu. Las to zawsze coś...

Poza lasem to już w ogóle tragedia.

Jest jeden taki paseudo plac zabaw, gdzie jest ławka do siedzenia, bramka do piłki (ale bez boiska), jakaś huśtawka i zjeżdżalnia. Dobre  i cokolwiek, ale idź tam spróbuj się powygłupiać, pośmiać głośniej, czy  w piłkę pokopać, a zaraz wylezą burżujskie dziady w chujogniotach z domów i będą sapać, że za głośno, żeby nie kopać piłką, bo może ona wpaść do ich ogrodu albo na ich drogi samochód, a jak tak się zdarzy, to już drama na całą dzielnię i darcie ryja, straszenie policją... Wcześniej było tam wysokie ogrodzenie, ale tym starym prykom z kolei widok z domu zasłaniało. Bo wiecie, jeden z drugim niedojebek przeprowdził się z miasta i kupił se dom koło placu zabaw chyba tylko właśnie po to, by mieć na co sapać i do czego się przypierdalać. To taki stan umysłu. No ale mniejsza o to. Dość, że takie zachowanie mocno ogranicza możliwość korzystania z owego placu zabaw dla dzieci, gdzie lepiej żeby dzieci nie przychodziły jednak, bo one przeszkadzają dorosłym w gapieniu sie w telewizor...

W Polsce można sobie było na wsi po polach łazić praktycznie nieograniczenie. Nie w sensie, że uprawy komuś deptać, bo to by zaraz ktoś z kijem poleciał, ale miedzami, ścieżkami, dróżkami można było się plątać dowoli i iść dokąd oczy poniosą kilometrami. Nikogo to nie obchodziło, jeśli tylko nie właziłeś w uprawy.

Tutaj każde pole jest albo ogrodzone ogrodzeniem elektrycznym czy drutem kolczastym albo na ścieżkach i dróżkach stoi wielki znak "teren prywatny" "Zakaz wstępu" i jakbyś tak go zlekceważył, zaraz idiota jeden z drugi dzwoni po policję albo z ryjem wyskakuje. To samo dotyczy się lasów. We Flandrii większość lasów jest prywatna, a nawet jak część należy do gminy to zawsze jakiś kawałek jest prywatny i też ogrodzony wysoko drutem koczastym i znakami zakaz wjazdu. Nie wiem, czy ludzie się boją, że im szyszki albo ziemię na butach wyniesiesz czy co? Bo co innego możesz komuś zrobić na pustym polu czy kawałku lasu? Nasrać? Tragedia doprawdy by to była takie gówno w lesie.

Wszystkie drogi polne są tu wyłożone cementowymi płytami i nimi jeżdżą samochody masowo, bo ludzie mają tu wyjątkowo nasrane we łbie, jeśli idzie o jeżdżenie polnymi drogami, nawet jak z obu stron krzaki trą ci po aucie, nawate jak nie idzie się minąć, bo drogi polne są wąskie. Spacerowanie takimi drogami, czy tym bardziej rowerowanie, to droga przez mękę. Non stop jedzie jakieś auto i musisz schodzic w pole. Ledwie wyjdziesz na drogę, już następny jedzie, więc znowu złazisz w pole. W błoto. Jak nie zejdziesz, to możesz zostać potrącony. Jeszcze parę lat temu takie akcje były nie do pomyślenia, ale teraz ludziem odjebuje totalnie, szczególnie dotyczy to starych dziadów w mercedesach i gówniarzy płci obojga, co dopiero prawko odebrali... Choć częściej mam wrażenie, że raczej znaleźli w paczce chipsów, bo ani to jeździć nie potrafi, ani tym bardziej nie zna podstawowych zasad ruchu drogowego, o kulturze i rozsądku nawet nie wspominając. Widząc wieczorem pieszego, te pojeby włączają długie światła tak by pieszy nic kompletnie nie widział i oślepiony mógł wpaść albo do rowu albo pod auto. Za dnia nie lepiej - mało który zwolni. Droga betonowa polna, na której dwa auta się nie minie, a psychol jeden z drugim jedzie na pęłnej piździe i ani nie zwolni, ani nawet na kraj nie zjedzie, gdy wymija, wyprzedza rowerzystę lub pieszego. Już kilka razy się zdarzyło, że dosłownie poczułam lusterko na ramieniu. Dlatego idąc zawsze schodzę w błoto czy trawę, bo z psychopatami żartów nie ma.

Moim zdaniem na wszystkich takich polnych drogach powinna być tzw śluza dla traktorów. Ograniczyło by to patologię w samochodach. Nauczyli by się jak normalni ludzie jeździć drogami przeznaczonymi dla ruchu samochodów, a drogi polne były by bezpieczne zarówno dla traktorów, rowerzystów jak i pieszych. 

Weź puść dziś dziecko czy nastolatka na taką drogę. Nie ważne, czy pieszo, czy rowerem - to jest śmiertelne zagrożenie, bo dzisiejsi kierowcy samochodów są posrani i stanowią śmiertelne zagrożenie dla wszystkich innych uczestników ruchu.

Nie ma tu jednej bezpiecznej ścieżki poza typowymi rowerowymi, gdzie można spokojnie, bezpiecznie pojechać sobie rowerem, czy pójść na spacer. Nie mówiąc o tym by się było gdzie pobawić, pojeździć na deskorolce, rowerze, pościgać... Zresztą na ściezkach rowerowych w ostatnich latach też bardzo niebezpoecznie się zrobiło, gdyż pojawiły sie na nich masowo rowery elektryczne, fatbike'y, hulajnogi elektryczne i speepedelece (do 50km/h), stanowiący śmiertelne zagrożenie dla pozostałych uczestników ruchu na ścieżkach rowerowych. 

Nie ma tu takich miejsc w okolicy poza wspomnanym już lasem, w którym ostatnio z kolei gangi zasranych koniarzy się panoszą. To kolejny gatunek człowiekowatych, któremu brak rozsądku i samoświadomości o respekcie do innych nawet nie mówiąc.

Dotąd nie miałam tez z koniarzami problemu, bo jakoś mniej tego było. W zeszłym roku zanotowaliśmy, że też coś się niedobrego z tymi ludźmi porobiło. Głównymi drogami już przez las ciężko przejść, bo stanowią one jedno wielkie końskie gówno. Kurde właściciele psów mają obowiązek sprzątać po swoich pupilach i robią to przykładnie. Psiarzy u nas jest od groma i ciut ciut, ale stosunkowo rzadko trafia się na psie kupy. Trafia się, owszem, ale większość psiarzy zbiera kupy do woreczków. Koniarzy natomiast z jakiegoś głupiego powodu taki obowiązek zdaje się nie dotyczyć, a psie gówno w porówaniuu z końskim to jednak mały miki. Leśne drogi zesrane są przez konie, że aż się rzygać chce. I weź idź się tam bawić. A tfu!

Skoro nie ma miejsca, gdzie młodzi mogli by się swobodnie bawić, to i nie ma po co z domu wychodzić.

 Tam takie smarki z przedszkola, czy wczesnych klas podstawówki to jeszcze z rodzicami chętnie wychodzą i dużo, bo mały smark ma co robić. Starsi jednak z mamą i tatą to za bardzo nie chcą chodzić, co chyba dla każdego normalnego jest oczywiste. Okej, czasem i nastolatki chodzą z rodzicami na spacer albo z kolegami czy koleżankami. Powiedzmy se jednak szczerze, czy ktokolwiek wspomniawszy swoje młode lata jest dziś w stanie uznać, że spokojny spacer to jest serio to, czego nastolatek oczekuje od życia i co go usatysfakcjonuje? Tak, bez wątpienia...

Młody kilka lat temu miał tutaj kilku kolegów, z którymi wychodził na rower. Jechali albo do lasu i tam włazili na drzewa, budowali szałasy, darli się,  że do domu było słychać, albo znowu na ten plac zabaw szli z piłką i tam sobie kopali chwilę, drugą chwilę siedzieli i gadali, wygłupiali się... Ale wiecie co? Już o tym wspominałam kiedyś, ale powtórzę tu raz jeszcze, W tej grupie byli głównie obcokrajowcy. Belgowie nie mogli bawić się z nimi, bo albo byli wtedy na lekcji pianina, albo na basenie z mamusią, albo w skautach, albo na piłce, albo na karate, albo - co najbardziej prawdopodobne - po prostu się musieli uczyć, bo belgijskie dzieci obowiązkowo muszą spędzać ileś czasu przy zadaniu i nauce, bo nawet jak wszystkie lekcje odrobili i wszystkiego, co trzeba się nauczyli, muszą jeszcze raz i drugi i osiemnasty powtórzyć. Na wszelki wypadek.... Ludzie tu mają totalnego fioła na punkcie nauki. 

W domach na spontanie też odwiedzać się tu nie można. Jeśli idziesz do kogoś, to tylko na zaproszenie i zwykle tylko ze specjalnej okazji, jak urodziny, czy koniec roku szkolnego. Nie ma tak, że po prostu umówisz się z kolegą i wbijesz do niego na chatę, jak za naszych czasów było. Nie ma szans! Wyjątkiem mogą być wspólne grupowe projekty, kiedy trzeba coś razem przygotowac do szkoły, no ale wtedy to nie jest wizyta towarzyska, bardziej spotkanie biznesowe.

No i jak niby mają młodzi się bawić na świeżym powietrzu i jak ze sobą socjalizować, skoro ani nie ma gdzie, ani jak, ani kiedy, bo młodzi zawaleni są nauką. Tak, wszakże wszystkie dzieci od przedszkola do dorosłości w szkole spędzają codziennie co najmniej po 7 godzin, do tego dochodzi następny czas spędzony na świetlicy lub w drodze do i ze szkoły, a poza tym jeszcze te wszystkie kluby, akademie, skauty, czy inne aktywności zorganizowane. I wy serio myślicie, że jak dziecko, bez względu na to w jakim ono jest wieku, otłucze się tak po świecie, osiedzi pomiędzy rozwrzeszczaną, nie zawsze przyjacielsko i serdecznie nastawioną  hałastrą, to im się jeszcze chce wyłazić z domu w tym krótkim pozostałym czasie wolnym? Nie wiem. Mnie by się raczej nie chciało... 

Nie raz i nie dwa też martwiliśmy się z Małżonkiem, że Młody zbyt dużo czasu spędza przed ekranem, ale potem próbujemy wymyśleć, jakieś alterantywy dla niego, no ale nie bardzo nam się to udaje. Za każdym razem wracamy do tego, co powyżej napisałam, że co on niby ma robić innego? Nie mamy tu rodziny żadnej, nie mamy żadnych bliższych znajomych w okolicy, do których można by pójść w odwiedziny. Zresztą ludzie się tutaj nie za bardzo odwiedzają, bo też nie mają czasu. Jak już to w knajpie sie spotykają albo właśnie w jakimś klubie, stowarzyszeniu, organizacji... Młody też nie ma teraz żadnych kolegów w okolicy, bo z dawnego towarzystwa każdy poszedł do innej szkoły i znajomości się już rozluźniły...

Czasem robimy coś razem - idziemy do lasu, do muzeum, gramy w państwa-miasta, czy pogadamy chwilę o byle czym, ale też nie zawsze my mamy chęć i czas coś razem robić, nie zawsze on ma chęć na wychodzenie z domu, czy siedzenie ze starymi... Poza tym to on i tego czasu wolnego to znowu nie ma tak wiele. Wstaje o szóstej i idzie do szkoły. Do domu wraca po siedemnastej zmęczony, głodny i przebodźcowany, a tu jeszcze sporo zadania domowego czeka... 

Hm, a jak dzisiaj robi się zadanie domowe?

 Oczywiście na komputerze, online. Mają też kilka podręczników, ale i tak większa część zadań wymaga użycia komputera. Poza tym po przejechaniu blisko 20 kilometrów na rowerze i 60 km w pociągu ani Młodemu w głowie opuszczanie swojego ciepłego przytulnego pokoju. Po powrocie ze szkoły lubi sobie poleżeć w łóżku i posłuchać swojej ulubionej muzyki. Potem coś wrzuci na ruszt, odrobi lekcje i trzeba się zbierać pod prysznic i szykować do spania. Spać chodzi ok 22 w dniu roboczym i niewiele później w weekendy. Tylko w ferie pozwala sobie na siedzenie po nocach, bo wtedy może nawet w południe wstawać. Nie dziwni mnie też zbytnio, że w czasie ferii nie chce on za bardzo nigdzie jechać ani wychodzić. Ma bowiem dość codziennego jeżdżenia do szkoły. Było nie było on ma dopiero nie całe 14 lat, a już tak daleko do szkoły dojeżdża i tak dużo czasu spędza poza domem. Gdy ma w koncu czas wolny i nie musi iść do szkoły, chce po prostu siedzieć we własnym domu, we własnym pokoju i nic ważnego nie robić, niczym się nie stresować, z niczym nie spieszyć.

 A co można robić w domu? Oczywiście że przede wszystkim grać na kompie i gadać z ludźmi z całego świata, poza tym szukać nowych informacji do poczytania na interesujące go tematy, szukać nowej ciekawej muzyki i słuchać jej, uczyć się włoskiego, rysować... Młody ma różne zainteresowania, ale prawie wszystkie związane są z używaniem komputera lub telefonu. Jezyka uczy się z aplikacji, rysuje na laptopie  rysikiem, rozmawia i pisze ze znajomymi (oraz tych znajomych poznaje) przez telefon lub komputer, muzyki słucha ze Spotify, czyta teksty z internetu... Dawniej języka uczyło się albo z nauczycielem albo w domu z kaset i książek (bez ekranu), muzyki słuchało się z gramofonu, radia, czy magnetofonu (bez ekranu), ludzi poznawało się i kontakty utrzymywało tylko na imprezach (trzeba było do tego wyjść z domu) albo korespondencyjnie pisząc listy piórem na papierze. (nie było internetu), rysowało się na kartce, w zeszycie czy bloku (nie można było na ekranie). W telewizji dawniej było 2 programy, które z rzadka nadawały cokolwiek ciekawego, a dziś filmy, koncerty, programy przyrodnicze, informacyjne etc mamy 24/7 w interecie. Wszystko  to, co kiedyś wymagało różnych urządzeń, przedmiotów i przebywania w róznych miejscach dziś mamy w jednym miejscu bez wychodzenia z domu. Nie ma zatem co się dziwić, że ludzie całe dnie gapią się w ekrany. Rzekłabym, że inne możliwość wręcz są bardzo ograniczone albo nawet ich brak.

Dobrze, że teraz Młody jara się fotografią i aparat wyciąga go na poszukiwania ptaków i saren, to i weekendy  poleci na świeże powietrze z chęcią. 

A jak tam u was z miejscami i atrakcjami dla dzieci i młodzieży? Jest gdzie pójść? Jest z kim? Można bawić się byle gdzie?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...