18 stycznia 2026

Wymienię fiubziu na fiksum dyrdum

 Wymienię fiu-bziu na fiksum-dyrdum. 

Korby dostaję z tymi wszystkimi zajęciami codziennymi połączonymi z gonitwą myśli na każdy temat. 

U nas nawet jak nic się nie dzieje to i tak się dzieje o wiele za dużo. 

Mam dość 

myślenia o wszystkim

nieustannego szukania rozwiązań i nowych pomysłów

sprawdzania nowych dróg prowadzących donikąd lub na manowce

podpierania jednocześnie wszystkich stron walącej się konstrukcji

bycia w kilku miejscach jednocześnie

wysłuchiwania wszystkich

niekończącego się odpowiadania na  pytania co? kto? gdzie? kiedy? po co? dlaczego? jak?

ja nawet nie chcę tego wiedzieć

Jestem zmęczona byciem dla wszystkich

Marzę, by móc być przez chwilę tylko dla siebie.

Ale tak na prawdę dla siebie.

Bo to że ja jestem w domu na zwolnieniu lekarskim ciągle niczego nie zmienia. W domu nie jestem prawie nigdy sama. Nawet jak taki wyjątkowy moment się przytrafi to wtedy albo gotuję, albo myślę co ugotować, albo piekę chleb, albo sprzątam, piorę albo wymyślam jakies nowe rozwiązania, planuję poszczególne kroki...

A czasem jest jeszcze gorzej, bo czasem nie robię nic pożytecznego, ale za to robię wiele nieistotnych, bezsensownych rzeczy, nie po to by się zrelaksować, nie dla przyjemności, ale by zabić myślenie, by nie widzieć, by nie słyszeć, by zagłuszyć emocje i gonitwę myśli, by dołożyć trudne rzeczy, a których nie mam sił nawet myśleć, nie mówiąc o wykonaniu. Bywa, że pół dnia albo cały skroluję instagrama niczego nie widząc albo gram w pasjansa, by nie myśleć, nie widzieć, nie słyszeć, nie żyć...

Takie tygodnie jak ten i poprzednie przypominają mi, że jestem ciągle wrakiem dawnej mnie, że jestem słaba, wyczerpana i ledwie się trzymam kupy.

Z drugiej strony takie dni jak te choć trochę motywują mnie do działania, dodają mi skrzydeł, powodują że wygrzebuję skądś jakieś resztki energii, pomysłów, motywacji i choć przez chwilę mogę znowu czuć się prawie jak dawniej.  Mogę czuć się ważna, zdrowa, silna, coś znaczyć dla bliskich.... choć przez chwilę...

Tyle że jak nagle coś nie idzie zgodnie z planem, coś zawodzi lub po prostu jest zbyt trudne na daną chwilę albo jest za dużo na raz, to spadam od razu głęboko w dół. Dół bezsilności, demotywacji, osłabienia fizycznego... Z byle powodu mogę wpaść w panikę albo w blokadę decyzyjną, tudzież oba na raz.

Ale życie samo się nie przeżyje tak czy owak. Jak nic się nie dzieje, to spoko, ale jak się już zacznie, to trzeba próbować temu sprostać...

Jest coraz trudniej.

W poniedziałek była dobra pogoda, więc pokręciałam rowerem do szpitala na mammografię i echo oraz spotkanie z onkolog. Chyba wszystko dobrze wyszło, bo nic nie gadali. Nie chciało mi się pytać. Nie obchodziło mnie to. Następna wizyta za parę miesięcy...

Powiedziałam onko, że niepokoi mnie to, że często mam bardzo niskie ciśnienie i słaby puls, nieraz zaledwie 40 i że wtedy kiepsko się czuję. Ona odrzekła na to po prostu "przecież miałaś chemię...". 

No miałam, fakt. Nawet się domyślam, że to dlatego, że to stąd biorą się wszystkie moje dzisiejsze problemy zdrowotne. Ba, wydaje się to wręcz oczywiste. Niemniej jednak nie skończyłam medycyny, nawet nie zaczęłam, więc bym chciała, by ktoś mi te jebane 5 minut czasem na jakieś choćby krótkie wyjaśnienie poświęcił, bo ja bym chciała może wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, jak długo coś takiego będzie trwało, czy się będzie poleszać, czy pogarszać, co mogę ewentualnie z tym zrobić, by lepiej mi się funkcjonowało na co dzień, bo może ja bym chciała jakoś normalnie móc żyć, do pracy pójść i takie tam... 

Kurde sam fakt, że operacje i inne terapie usunęły raka z mojego ciała, że to przeżyłam i że żyję to jakby trochę za mało do szczęścia. Kuźwa ja nie mam jeszcze emerytury, by po prostu se powolutku móc żyć z dnia na dzień. Ba, do wieku emerytalnego brakuje mi prawie 20 lat!, a moje dzieci jeszcze nie są samodzielne. Młodemu do dorosłości brakuje jeszcze z 5 lat... A takie traktowanie ze strony lekarzy mówi mi, że powinnam się cieszyć że w ogóle żyję i być im wdzięczną, że mi to nędzne życie uratowali no i nie zadawać głupich pytań, bo oni mają ważniejsze sprawy na głowie... Złości mnie to, dołuje i demotywuje, że lekarze mają mnie w dupie, że bagatelizują albo totalnie olewają to jak się czuję i jakie problemy zgłaszam. 

W ogóle tego nie rozumiem... Z jednej strony każdy oczekuje, że wrócisz do pracy i normalnego życia, z drugiej słyszysz, że musisz dać sobie czas, że musisz odpoczywać, rewalidować się, a z trzeciej nikt przecież życia nie zatrzymał, rachunki same się nie płacą, dom się sam nie ogarnia, z czwartej moje zdrowie jest za słabe, by móc robic, to co robiłam przed rakiem... A ja stoję pośrodku tego wszystkiego i niechuja nie wiem, co począć, jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak znaleźć złoty środek, zrozumienie, akceptację, jak jednocześnie opiekować się sobą i pchać swój wyłądowany problemami wózek do przodu...?

Tak samo, a na pewno podobnie ma się sprawa z dziewczynami. Za bardzo niepełnosprawne by dostać pracę, za zdrowe by nie pracować... A idź pan w chuj!

Byłam z Najstarszą na tej długo (prawie pół roku) wyczekiwanej wizycie w VDAB (biurze pracy) i wróciłam do domu totalnie pusta, wyzuta z emocji, zdołowana. Do tego zmęczona w pierony, bo tym razem musiała się Najstarsza stawić w biurze pracy, pod które regionalnie należymy, a tam nie ma czym się dostać, bo nie ma żadnego połączenia, więc trzeba było kręcić rowerami te 12 km w jedną i 12 km w drugą stronę po cholernych górkach. Po powrocie nawet nie chciało mi się Małżonkowi opowiedzieć, a tylko łapą machnęłam na jego zainteresowanie, ani słowem się nie zająknąwszy. Miałam dość. Ciągle mam.

Parę lat temu w takiej sytuacji po prostu przewróciłabym oczami, powiedziałabym, że chuj im wszystkim na grób, niech spierdalają i zabrałabym się za samodzielne szukanie rozwiązania.

Teraz po prostu czuję się wyczerpana. Wiem, co mam robić, bo już to przerabiałam, ale nie potrafię znaleźć na to sił... Mam już dość tej walki z wiatrakami i kopania się z koniem w postaci skurwiałej biurokracji.

Wiecie po co Najstarsza musiała czekać na tę wizytę. PO NIC! Zmarnowaliśmy 5 miesięcy czasu, by się dowiedzieć, że oni jej wolontariatu nie załatwią, ale może sobie sama załatwić, jak chce (łał dzięki kurwa za pozwolenie) i że najlepiej jak się postara o uznanie niepełnosprawności, bo bez tego nie mogą jej też załatwić pracy w zakładzie pracy chronionej. Dobra, okej, takie są fakty. Ja z tym nie dyskutuję, tylko chciałabym wiedzieć po jaki chuj tamci poprzedni w innym biurze kazali nam czekać na tę wizytę i przekonali, że biuro zacznie nową procedurę, dzięki której Najstarsza będzie mogła dzięki wolontariatowi, który miał się odbywać pod opieką asystenta, czegoś nowego sie nauczyć. Po chuj wprowadzać człowieka w błąd i robić jakieś nadzieje na chujwieco?!

Zajebiście by było jakby w belgijskim systemie oni jakoś ze sobą współdziałali i tymi samymi zasadami i prawami się kierowali a nie że każdy chuj na swój strój...

No i wiecie, Najstarsza ciągle ma mnie, swoją matkę, która jej we wszystkim pomaga, wspiera, załatwia formalności, chodzi na rozmowy, szuka rozwiązań... Ma też Młodszą siostrę, która również ją wspiera w ogarnianiu całej administracji i temu podobnych. Ma też ojczyma, który na nią pracuje i zapewnia jej dach nad głową... Wyobraźcie sobie, że ktoś inny niepełnosoprawny może takich osób nie mieć z takiego czy innego powodu... O wszystko się trzeba dopominać, chodzić od Kajfasza do Annasza i z powrotem, błagać, żebrać, pytać, przekopywać internet...

Jako się rzekło, ja już też zaczynam mieć tego dość. Nie, już mam dość.  Nie mam sił mentalnych na to wszystko.

Teraz musimy złożyć papiery do FOD, co wymaga oblecenia wszystkich specjalistów, zebrania największej liczby dokumentów potwierdzających, że Najstarsza nie jest w stanie sama funkcjonować i sama na siebie zarobić i czekając znowu w nerwach miesiącami liczyć na uznanie jej niepełnosprawności. 

Mnie się nawet nie chce chcieć za to zabierać. Wiem, że muszę i to jak najszybciej, bo już jesteśmy dzięki uprzejmości głupich pomysłom urzędasów prawie pół roku w plecy. A przemielenie wniosku przez FOD trwa miesiącami, rok trzeba liczyć spokojnie.

Dalej będę jej też załatwiać wolontariat. Ciągle rozważam bibliotekę, bo przy oprawianiu książek na pewno świetnie by sobie radziła, ale jednak chyba poczekamy na wiosnę, by mogła pójść do azylu dla ptaków i dzikich zwierząt, bo tam o wiele przydatniejszych rzeczy może sie nauczyć. Nie dla przyszłej pracy, bo to akurat marne szansce, ale dla siebie samej.

Jedno przydatne, co na tej mało wnoszącej wizycie się dowiedziałyśmy, to że wolontariat trzeba zgłosić do RVA za pomocą specjalnego formularza, który można pobrać ze strony interenetowej. Bowiem taki wolontariat urząd mógłby uznac za pracę i zabrać jej zasiłek, no i w ogóle jakieś kłopoty z tym. Choć nie wiem, jaki niby w tym jest sens i logika, skoro pracy dla niej nie mają... No ale dobrze wiedzieć...

Baba powiedziała, że w każdej gminie raz na jakis czas są spotkania z ludźmi z FOD. Po czym sprawdziła i się okazało, że w naszej gminie akurat nie ma, bo jednak nie w każdej tylko w iektórych są takie spotkania. Najwcześniejsze jest w połowie lutego w pobliskim mieście... Za ten czas to pewnie już sama ogarnę co, jak i gdzie bez niczyjej łaski.

Najstarsza wróciła do domu z uczuciem, że chcieli jej się po prostu pozbyć, że z tego, co baba mówił, wybrzmiewało pomiędzy wierszami "nie mamy pracy dla takich jak ty, nie zawracaj nam więcej głowy". Podzielam jej odczucia. Może powodem był fakt, że mieli tam tego dnia urwanie głowy. Nigdy wcześniej nie widziałam tam tylu ludzi. Cyrk jakiś. To pewnie wszyscy ci, którym zabrali zasiłki od stycznia hahaha. Dobrze im tak! Bo ja nadal sobie nie wyobrażam, że ktoś kto uważa się za normalnego, pobiera zasiłek DLA SZUKAJĄCYCH PRACY przez 20 lat! No chyba że ludzie rozumieją to w ten sposób, że to trzeba tylko szukać pracy, a nie chodzi o to, by ją znaleźć. Nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go go go... W mediach mówią, że 1/3 tych, co im zabrali zasiłek teraz stoi w kolejce do pomocy społecznej... No kto by pomyślał, że tak się stanie... co za szok i wielkie odkrycie... Pojebany świat.

W epickim świecie też znowu zawirowania. Wszystko zaczęło się od śniegu, ale o tym było poprzednim razem. W sumie to niepokój kiełkował już jakiś czas, bo przebodźcowanie objawiało się już na różne sposoby, ale dopiero jak Młody poważniej się pochorował, zmotywowało mnie do szybkiego rzeczywistego działania. Zdążyliśmy dosłownie na osatnią chwilę. W czwartek Młody znowu został w domu z rozładowanymi bateriami, ale postanowiliśmy razem udać się na rozmowę z coachem w wirtualu (normalnie miała odbywać się w szkole, ale Młody został w domu, więc poprosił o rozmowę online).

Po wcześniejszej konsultacji z Młodym, zapytałam kołczki, czy może on wrócić do poziomu technikum (choć teraz już się tu to tak nie nazywa), tak jak zaczął. Dalej wyjaśniłam, że tamten poziom nie bez powodu wybraliśmy, a powodem był właśnie autyzm i jego skutki uboczne, czyli szybki stan przebodźcowania, a w dalszej konsekwencji zmęczenie, problemy z koncentracją etc, które utrudniają naukę. Dodałam też, że ja nie wątpię w to, że intelektualnie Młody spokojnie da sobie radę na poziomie liceum, ale po pierwsze jest to trudne ze wzgl na to co powyżej, po wtóre jemu nie chce się zbyt dużo uczyć i ja absolutnie na dzień dzisiejszy nie widzę go na studiach, a co ważniejsze absolutnie tego od niego nie oczekuję. Ważne jest dla mnie i Małżonka natomiast, by ukończył szkołę średnią z dyplomem. Czy będzie chciał pójść do pracy, czy studiować to już jego decyzja.

Coach jak najbardziej była za. Zapytała tylko na jakich poziomach z poszczególnych przedmiotów chce zostać Młody, bo w tej szkole fakt, że ktoś chodzi na niższy kierunek  nie oznacza, że nie może uczyc się na poziomie najwyższym z poszczególnych przedmiotów. Młody upierał sie przez chwilę o najwyższym poziomie "wetenschappen" (biologia, chemia, fizyka...), bo to lubi, ale najwyższy poziom wymaga uczestnictwa we wszytkich wykładach, a dla niego ważny jest ten dzień hybrydowy (nauka w domu), by więcej odpoczywać, ktory będzie możliwy tylko, jeśli obniży poziom wetenschappen choćby o jeden piorunek. Na poziomie technikum wymagany jest 1 piorunek, a Młody chciał 3. Zgodził się jednak w końcu na dwa. Angielski też pozostaje na dwóch, tylko dla francuskiego i matmy wybrał po jednym bo nie chce mu się z tego uczyć.

W tym tygodniu zatem już będzie się uczył na innym kierunku i na innym poziomie oraz będzie miał inny rozkład zajęć i innych niektórych ekspertów (nauczycieli) od poszczególnych przedmiotów. W normalnej szkole chodził by w takiej sytuacji do innej klasy, ale tutaj pozostaje w tej samej  grupie u tego samego coacha, bo grupy nie są podzielone wg kierunków, a utworzone z losowych uczniów jednego stopnia (jeden stopień to dwa roczniki, dwie klasy). Będzie jednak czasem chodził na inne wykłady do innych nauczycieli i inny program będzie realizował.

Czwartek był ostatnim dniem, kiedy dozwolona była zmiana klasy ot tak bez zwoływania rady nauczycielskiej, więc mieliśmy szczęście, że akurat się zdecydowaliśmy.

Fotografia Młodego wciągnęła. Gania z aparatem po ogródku i po lesie. Sporo ciekawych ptaków już udało mu się sfotografować, a zdjęcia wychodzą mu coraz lepsze. W sobotę dopadł też starego kota sąsiedzkiego i najpierw wygłaskał go porządnie, a potem obcykał aparatem. Któregoś dnia wróciwszy z lasu, relacjonował, że jakiś dziadek do niego zagaił i potem długo gadali o różnych zwierzętach... Wybranie fotografi jako tematu FOCUSA w tym roku szkolnym wydaje się bardziej niż trafiony, bo poza tym, że on się czegoś fajnego uczy, to aparat wyciąga go z domu, sprzed kompa na słońce. No, codziennie kręci rowerkiem te 20 km, ale dobrze też w weekend czasem wyleźć na świat. Sam obserwuje, że jak pójdzie do lasu to lepiej mu się potem myśli, sprawniej zapamietuje i rozwiązuje zadania no i lepiej je i pije.

Odwiedziliśmy dietetyczkę. Przyjęła nas w domu, gdzie panuje swojski chaos. Zaraz na początku pochwaliła się że jej dzieci mają autyzm, stąd specjalizacja w dietetyce autystyków. Sama też zapewne jest autystyczna. Nie powiedziała tego, ale to widać na pierwszy rzut oka: sposób mówienia, zadawania pytań, łatwego rozumienia się z znami, no i od razu zauważyła, że datę urodzin Młodego czyta się tak samo od przodu jak od tyłu. 

Pierwsze zadanie zlecony przez dietetyczkę: spróbować ananasa z puszki i startej marchewki. Oraz zaplanować 4 momenty na posiłki dziennie i skrupulatnie ich przestrzegać. Jeśli nie ma chęci na jedzenie, ma się choćby czegoś napić w danej godzinie...

Najważniejsze, że wytłumaczyła prosto, dlaczego on nie wie czasem, co jeść i dlaczego tak ostro reaguje (np demolowaniem pokoju, niszczeniem rzeczy, przeklinaniem, krzyczeniem), gdy nie może sie na nic zdecydować. To wszystko przez inny sposób reagowania i analizowania przez mózg bodźców. U niego, jak i u wielu innych autystyków, głód pojawia się nagle i od razu objawia pełną siłą, gdy u przeciętnego człowieka narasta on powoli stopniowo. Zwykły człowiek robi się coraz bardzej głodny, coraz bardziej i coraz bardziej. U Młodego natomiast są tylko dwa etapy: nie jestem głodny - jestem głodny w chuj. Tak samo szybko jak głód sie pojawia, tak samo szybko przechodzi. Każdemu innemu uczucie głodu też wcześniej czy później mija, gdy nie ma czasu zjeść i pojawi się dopiero w następnej normalnej porze spozywania posiłków. U Młodego głód wybucha pełną siłą, a po minucie czy dwóch znika. Dlatego on ma bardzo mało czasu, ba, praktycznie w ogóle nie ma czasu, na zdecydowanie, co by chciał zjeść w danej chwili. To jest stresujące. Gdy głód wybuchnie, powinien on natychmiast zaczynać jeść. Nie ma czasu, by myśleć nad tym co, nie ma czasu by gotować, nie ma czasu, by długo czekać na takeway, bo za minutę już nie będzie głodny.

Dlatego tak ważne są te konkretne godziny. Gdy będzie wiedział, o której dokładnie ma jeść, może się do tego momentu przygotować, a jedzenie przez jakis czas o tych samych godzinach, spowoduje, że mózg właśnie wtedy będzie wołał jeść, a nie w przypadkowych momentach. Kolejnym krokiem jest przygotowanie się na te momenty, czyli przyszykowanie sobie szamy. Gdyby nie było pod ręką jedzenia, na które ma się ochotę, należy zjeść cokolwiek, choćby ciastko, orzecha, czy choćby się czegoś napić, by zachować schemat i dać mózgowi złudzenie, że dostał szamę. Potem można sobie zjeść w dowolnej chwili lub przy następnej zaplanowanej porze coś konkretniejszego. Jeśli zjadło się coś pomiędzy zaplanowanymi godzinami i nie ma głodu, nadal należy o zaplanowanej godzinie coś zjeść lub się napić.

Wizyta kosztowała 75€. Kolejne będą tańsze. Nie przewiduje się więcej niż 3 wizyty.

Tego dnia znowu zażyłam rowerowania. Pojechałam tak samo jak Młody codziennie jeździ, czyli rowerem na stację, rower do pociągu i znowu rowerem do miejsca docelowego ze stacji. Byłam za wczasu, więc pokręciłam się prawie godzinę po okolicy, bo pogoda była dosyć miła... Fajnie, tylko że mnie to znowu zmęczyło fizycznie za bardzo, bo nałożyło się na te jazdy z poprzednich dni. Jak zauważył słusznie Małżonek, teraz moja regeneracja po większym zmęczeniu nie trwa jak dawniej jedną noc, tylko co najmniej tydzień, więc jak się w następne dni znowu coś męczącego porobi, to zmęczenie się nakłąda na siebie... Wczoraj nic nie robiłam, a dziś  poszłam z Małżonkiem na coniedzielny spacer. On zawsze mierzy kilometry i aż sie go zapytałam, ile żeśmy dziś przeszli i byłam zszokowana jego odpowiedzią, że tylko cztery z hakiem, czyli średni zwykły spacer. Intensywność zmęczenia sugerowała by jednak z 10 km co najmniej... 

To są dla mnie bardzo nieprzyjemne obserwacje i wnioski. Już miałam uczucie i nadzieję, że mi się poprawiło znacznie, jeśli idzie o kondycję, wytrzymałość itd. Ćwiczę już trochę czasu systematycznie i widzę oraz czuję rezultaty. Poprawiła mi się gibkość (do szpagatu brakuje coraz mniej, mostek robię coraz lepszy). Poprawiła się siła - już zrobię nawet 10 zwykłych (w sensie nie babskich, nie na kolanach) pompek, spokojnie robię 100 przeskoków na skakance i nawet mnie stawy po tym nie bolą ani nie czuję się zmęczona na drugi dzień. Często ćwiczę intensywnie dzień po dniu po pół godziny i nie czuję zmęczenia na kolejny dzień, a nawet wprost przeciwnie - czuję się lepiej. Kurde, jeździłam już na dalekie trasy rowerem wcześniej i było git, ale ostatnio miałam trochę przerwy w rowerowaniu, bo tylko tyle co do sklepu kręcę, gdy trzeba, gdyż zimą nie lubię rowerować w tych wszystkich łachach na sobie. Myślałam jednak, że skoro ćwiczę i maszeruję, to przejechanie tych kilkudziesięciu kilometrów w ciągu tygodnia nie bedzie problemem. Co lepsze, podczas rowerowania nie czuję za bardzo zmęczenia. Swobodnie bez wysiłku, zdawało by się, sobie roweruję na lekkim wspomaganiu. Myliłam się jednak i to bardzo: rowerowanie mnie wyczerpało okropnie, a w połączeniu ze złym stanem psychicznym to mieszanina trująca. 

Nie podoba mi się to, bo to mi mówi, że jednak nie dam rady wykonywać żadnej pracy na dłuższę metę, bo znowu skończy się tak samo. Nie wiem już co myśleć i co robić z tym wszystkim...

Na pewno będę więcej rowerować, skoro idzie ku wiośnie, by pracować nad kondycją jeszcze bardziej, Tylko muszę powoli ją budować, kilometr po kilometrze sobie dodawać, a nie od razu do Tour de France startować. To było głupie, ale też nieuniknione, bo tak wyszło z tymi różnymi wizytami, spotkaniami. Co zrobisz? Bok se wyrwiesz?

Niestety to jeszcze nie koniec rowerowania przymusowego na ten miesiąc, bo jeszcze parę wizyt tu i ówdzie stoi w kalendarzu zapisanych, a ja ciągle nie mam szofera z limuzyną...

Mój stan psychiczny jest raczej kiepski i raczej się nie poprawia, a tylko pogarsza z każdym tygodniem. Zasadniczo jest to huśtawka, ale jednak częściej jestem na dole niż na górze. Brak mi energii, nadziei, chęci do robienia czegokolwiek, nawet, a może zwłaszcza wykonywania codziennych obowiązków domowych. Umówienie głupiej wizyty czy wypełnienie jakichś dokumentów, a nawt zamówienie jakiegoś potzrebnego produktu w internecie (nie mówiąc, by po to do sklepu się fatygować) wydaje się często przerażającą barierą nie do pokonania. Odkładam wszystko na potem, na jutro, a potem na popojutrze, na bliżej nieokreślony czas. Najchętniej nie wstawałabym z kanapy całe dnie, nawet jak słońce świeci. Trudno mi się zabrać za cokolwiek, choć próbuję z tym walczyć i zmuszać moją leniwą ciężką dupę do jakiejś roboty. Budzę się w nocy po nic i nie mogę zasnąć z powrotem. Korba totalna.

Jeszcze się łudzę, że z wiosną będzie lepiej, ale to dosyć mglista i słaba ułuda.

Jedyne co mi się udaje na ten czas, to te półgodzinne ćwiczenia fizyczne. W tym widzę sens i satysfakcję, bo czuję efekty, bo to jest coś znanego, zaufanego, coś co robiłam przez większość życia systematycznie i w czym jestem dobra. 

Reszta jest o kant dupy. W pozostałych aspektach jestem obecnie do niczego albo moje działania i starania nie przynoszą żadnych zadowalających efektów. Doszłam do jakiejś ściany i utknęłam, nie mam żadnego ruchu. Tkwię w miejscu, w którym być nie chcę, ale nie mogę stąd uciec ani pójść w inne. 

Nie jestem na tyle silna, by pójść do pracy, ale potrzebuję pracy, by poczuć się lepiej. Potrzebuję pracy, by się przeprowadzic w inne miejsce. Nie wynajmiemy nowego domu nie mając stałej pracy. Potrzebuję się przeprowadzić, by mieć szansę na pracę. Potrzebuję nowego miejsca i nowej pracy, by poczuć sie lepiej i znowu zacząć żyć. No i jak niby mam z tego błędnego koła się wydostać? Myślę o tym non stop dzień i noc i chuja wymyśliłam. 

Potrzebowałam to wszystko opowiedzieć. Nie zrobię się od tego mniej zmęczona, mniej zdołowana ani nawet mniej zła, ale potrzebowałam se ponarzekać.

Zdjęć nie chce mi się dodawać, bo za dużo z tym certolenia. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...