Czuję się lepiej niż podczas pisania poprzedniego wpisu. Nie wiem, czy to jego napisanie mi pomogło, czy po prostu sięgnęłam dna i teraz znowu mogę iść POWOLI do przodu, dopóki nie wyjdę na najbliższy szczyt dobrego samopoczucia.... bo przecież jest ono jak gówno na kole - raz na górze, raz na dole.
Miniony tydzień rozpoczął się wizytą w Antwerpii, dokąd wybrałam się z Młodą na spotkanie z psychologiem. Znaczy to ona się spotykała, a ja tylko jej towarzyszyłam w razie jakby znowu się gdzieś wytarabaniła i jakąś kostkę czy inną tam część ciała se uszkodziła... We dwóch zawsze to raźniej i bezpieczniej. Po wizycie Dziecię zarządziło zwiedzanie sklepów, bo soldeny noworoczne, a ona se jakąś nową koszulę chciała kupić...
Najsampierw wdepnęłyśmy do sklepu vintage, zwanego potocznie szmateksem. W tym sklepie zawsze pełno oryginalnych ludzi się spotyka. Już sami sprzedawcy mają stylowe przyodziewki. Większość kupujących też wyróżnia się z tłumu i szukają nowych części garderoby w swoim stylu. Pełno superowych rzeczy było, ale niestety nic z tego, co mi się podobało nie było w moim ani Młodej rozmiarze, a te które były, nie koniecznie akurat potrzebowałam, choć parę ciuchów przymierzyłam, żeby zobaczyć, jak wyglądam, bo kto mi zabroni. Wzięłam flanelową niebieską koszulę w kratę, bo mi się podobała, ale zapłaciłam za to ponad 8€, bo dosyć ciężka, a to na wagę odzież...
Kolejny na naszej drodze był Primark, gdzie po raz kolejny naocznie się mogłam przekonać, że ludzie to jednak największe bydło wśród zwierząt. Mało kto odłoży ciucha na miejsce. Nie mówiąc o tym, by poskładał tak jak było i ogólnie zostawił miejsce takim, jakie zastał. Ba, krowy, bo to głównie one są, samice człowiecze w wieku każdym, jak dupą zwalą połowę wieszaka na podłogę, nie podniosą ani jednej rzeczy, tylko pójdą dalej odlazłszy jak krowa gówno. Moim zdaniem pracownicy sklepów odzieżowych, zamiast latać ciągle i wszystko podnosić, powinni zacząć śledzić nagrania z kamer i raz, drugi, trzeci wziąć taką damulcię za oszywę i nakazać jednej z drugą posprzątanie całego sklepu, a całą czynność nagrać i wrzucić na stronę sklepu ku przestrodze... Może by to choć odrobinę zmądrzało. Albo każdej kazać zapłacić za zniszczone ubrania, które zrzuciła na podłogę, z własnej kieszeni. Nie rozumiem dlaczego takie skurwysyństwo jest w dzisiejszych czasach tolerowane...
Ja w każdym razie nie mogę robić zakupów w takim sklepie, gdzie cała podłoga usłana jest nowiutką odzieżą, gdzie wszystko porozpierdalane, a ludzie po tym łażą w brudnych buciorach za nic mając czyjąś ciężką pracę zarówno tych, którzy te ubrania uszyli, jak i tych którzy je sprzedają. Podnoszę i składam, gdzie tylko przechodzę i gdzie zatrzymam się, by coś obejrzeć, bo nie mogę zdzierżyć, że wszystko się niszczy, że nic nie można znaleźć w takim rozpierdolu... Nerwa mnie bierze i w ogóle nie jestem w stanie się skupić na zakupach, nie mówiąc by czerpać z tego radość. Jeszcze te ludzie się wszędzie rozpychają, wszędzie ich pełno, śmierdzą... Jeszcze jak perfumem to pół biedy, ale ostatnio obserwuję, że małolaty to czasem tak cuchną, jakby tydzień się nie myły i nie wiedziały co to dezodorant. Co ciekawe to często właśnie dziewuchy są takie śmierdzielki zapyziałe. Obrzydlistwo!
Kupiłam sobie nowe szorty-kolarki do ćwieczeń za 10€, bo na tyle mnie było stać na ten moment i na tyle mi cierpliwości starczyło. Młoda nie znalazła koszuli, bo w primarku to przecież głównie tanie, kiepskiej jakości szmaty. Serio lepiej kupować w ciucholandzie niż w czymś takim.
Potem miałyśmy iść do H&M, ale jak Młoda zobaczyła z ulicy, ile ludzi jest w środku, powiedziała, że już nie ma ochoty na zakupy i tak poszłyśmy do KFC na wegetariańskie karton-żarcie. Stamtąd już 2 kroki do centralnego. Na dworcu dostałyśmy po puszce energetyka, bo akurat rozdawali jako reklamę. Tam się dosyć często zdarzają takie akcje reklamowe. Akurat się przydał mi jak na lekcji zamulałam rano haha.
We wtorek miałam rozmowę podsumowującą z niderlandzkiego, a w czwartek odbyła się nasza ostatnia lekcja. Nauczycielka urządziła na tę okazję quizy. Pracowaliśmy w grupach i jako pierwsze zadanie mieliśmy wybrać nazwę dla swojej grupy, która miała być czymś, co kojarzy się z Belgią. Koleżanka zaproponowała "Podatki". Nie widzę lepszej nazwy! Śmiechu było co niemiara. Na koniec nauczycielka podsumowując punkty oznajmiła, że ogólnie wszyscy świetnie się spisali, ale jednak Podatki wygrywają, bo inaczej być w Belgii nie może haha. Świetną miałam grupę i dobrą nauczycielkę. Jakoś tak mi się farci, że przeważnie na superowe, wesołe klasy trafiałam. Na razie robię przerwę. Będę sobie powtarzać trochę przerobiony materiał, by utrwalić. Na następny poziom może od września znowu się zapiszę, jak okoliczności będą sprzyjające i jak mi się będzie nudzić.
W czwartek trochę poogarniałam chatę. Nie tam, że jakieś wiosenne porządki czy coś. Ot po prostu pościel zmieniłam u Młodego i posprzątałam mu zdziebko dokładniej. Niby sam mógłby to zrobić w weekend, ale widzę, że coś kiepsko ciągle po tym extremalnym przebodźcowaniu, z którego nie może się wydobyć. W piątek znowu został w domu, a że udało mi się wizytę umówić u lekarza, to poszliśmy i dostał też wolne na poniedziałek. Lekarka powiedziała, że jakby nadal źle się czuł, może przyjść, ale z badań wynika, że im dłużej w domu posiedzisz, tym ciężej potem do szkoły czy pracy wrócić. Nasze obserwacje by się z tym jak najbardziej zgadzały. Młody też się z tym zdaje zgadzać i dobrze że lekarka o tym powiedziała, bo czasem lepiej jak człowiek coś dostanie czarno na białym, bo wtedy lepiej siebie zrozumieć i swoje poczynania dostosować. Cztery dni pauzy powinno faktycznie dużo mu dać i pozwolić wrócić na prostą, a a od wtorku zacząć już lepiej funkcjonować. Zaniedługo będzie tydzień ferii krokusowych to znowu chwila oddechu. No i może uda się w koncu wystartować z tą hybrydową nauką. Ostatnio coś wszystko tak nam po grudzie idzie, tak niestabilnie, nieprzywidywalnie się toczy...
W piątek byłam u tego całego koordynatora-powrotu-do-pracy z mojego funduszu zdrowia...
Dostać się tam to co dobrego. Biuro znajduje się na totalnym podbrukselskim zadupiu. Otoczenie jest okropne, brudne, częściowo opuszczone, drogi w budowie od lat (nie wiem o co kaman), ale że ruch tam wielkomiejski i że wjazd/zjazd z autostrady, to rowerem się przedostać jest ogromnie stresująco. Nic tam nie jest oznaczone nalezycie, w ogóle nic nie oznaczone jesli idzie o ruch pieszy i rowerowy. Droga co kawałek poblokowana, ścieżki rowerowe kończą się nagle płotkiem i zakazem wjazdu i trzeba pomiędzy autami się przedostawać na drugą stronę, gdzie obowiązuje dwustronny ruch rowerowo-pieszy na wąziutkim chodniku. W jednym miejscu jedzie się szeroką dwustronną ścieżka rowerową, która kończy się nagle przed ruchliwym rondem (zjadz z autostrady...? czy coś takiego) na którym nie ma ani osobnej ścieżki rowerowej, jak choćby u nas na wsi, ani w ogóle nie jest zaznaczone w żaden sposób, czy rower w ogóle może tam wjeżdżać i tak jedziesz sobie pomiędzy tirami w nerwach, że coś cie rozjedzie... Wszędzie syf - całe torby z jedzeniem, puszkami, łachami gniją na poboczach, ścieżkach, w krzakach... Trzeci świat... a nie czekaj, to panie stolica Europy!
![]() |
| widok na stolycę |
Część drogi pokonałam pociągiem, bo nie czułam się na siłach, by pedałować tego dnia 40 kilometrów. Pojechałam zatem na dworzec te 5 kilosów i wciągnęłam z biedą rower do pociągu.
Niestety w tym super-nowoczesnym i bardzo rowerowym kraju tylko nieliczne dworce mają już pobudowane wysokie perony, z których prawie po równym się wsiada do pociągu. W wielu miejscach musisz wciągnąć rower do ROWEROWEGO WAGONU po wysokich schodach. Już ze zwyklakiem to co dobrego, a ciężki elektryk to nie lada wyzwanie. W drodze powrotnej jakaś wysiadająca pani mi pomogła wedrzeć rower do pociągu. Miliardy idą na rowerowę autostrady, rowerowe tunele, na parkingu dla rowerów, na przebudowę dworców i torów, ale ciągle nie idzie wsiąść z rowerem do pociągu. Niby płacę za bilet dla roweru, ale za co ja płacę, skoro nie mogę normalnie do tego pociągu wsiąść? Gdybym przypadkowo nie była akurat silną, stosunkowo wysoką babą z długimi nogami, tylko małą słabiutką kobiecinką to nie byłabym w stanie nawet zwykłego roweru zabrać do pociągu. No ale dobra, pal licho rowery... Ciągle zastanawiamy się z Młodą, jak pociągami poruszają się ludzie na wózkach albo matki z dziećmi w wózkach. Nawet ja silna baba nie wyobrażam sobie, bym dała rady wsadzić wózek z dzieckiem do pociągu po tych schodach. Nie ma takiej zasranej możiwości! A samo wejście do pociągu i z niego wysiądnięcie to i tak pikuś z dostaniem się na poszczególne perony. Na tej wiejskiej stacji jest dwa tory. Na drugi peron przechodzi się tunelem pod torami. Na oko ze 20 schodów w dół, ze 20 do góry. Oczywiście, że nie ma windy ani podjazdu żadnego. Na boku schodów jest rynienka do prowadzenia roweru. Ja ledwo co daję rady upchać rower pod górę i utrzymać go podczas sprowadzania w dół, bo to taka górka z pieca na łeb... A miastach jeszcze gorzej, bo schodów od cholery więcej. Wtedy masz wysoki peron i łatwiej wsiąść do pociągu, ale jak się dostać na ów peron nie umiejąc przypadkiem latać to już nie wiadomo.
Zaobserwowaliśmy, że jak osoba na wózku jedzie pociągiem, to pociąg zawsze przyjeżdża na tor pierwszy. Pewnie zatem się taki przejazd zgłasza i robią przetasowanie przyjazdów i odjazdów. Mają na dworach też specjalne podesty (może to nawet z opcją windy jest?) , które kilka osób przyciaga, gdy osoba na wózku jedzie... No ale raczej nie dostosowują odjazdów do rodziców z wózkami.
Co ciekawe, Młoda zauważyła, że w Mechelen, gdzie od lat trwają pracę nad przebudową dworca i już kilka peronów zrobiono, na schodach na nowe perony nie ma rynienki do prowadzenie rowerów. Są tam windy, do których z rowerami wsiadać nie można (jest zakaz), są ruchome schody, po których w sumie z rowerem też nie powinno się poruszać. Jak zatem mają się ludzie z rowerami dostawać na te perony, pozostaje dla nas zagadką. A budowanie infrastruktury rowerowej wokół dworóww, specjalne wagony dla rowerów, suplementy rowerowe i szerokie reklamowanie rowerowania zdawało by się sugerować, że rowery są w pociągach mile widziane. Coś tu zatem nie pykło. Najprędzej panowie (i panie) projektanci nawet nie wiedzą z której strony na rower się wsiada, ani jak kupić bilet na pociąg, bo autem nawet do kibla jeżdżą...
A co koordynator na moją wizytę? Ano spytał(a), "czego ja od niej oczekuję?". Na dzień dobry czuje się pomoc i wsparcie HAHAHA! Odparłam lekko skonsternowana, że chciałabym jeszcze raz spróbować znaleźć jakąś dla siebie pracę, bo z poprzednią się mi nie powiodło, a a biurze pracy mi powiedzieli, że muszę mieć zgodę swojego funduszu zdrowia. Na to ona, że w takim razie zapyta lekarza orzecznika o zgodę i do tygodnia przyśle mi mejlem odpowiedź. I to cała filofia. Po to zmarnowałam pół dnia i za to pani koordynator-powrotu-do-pracy pobiera swoją pensję. By się zapytać, czego chcę i by moje chcenia przekazać jakiemuś panu doktórowi-od-chuj-wie-czego, a potem od doktóra do mnie. I w sumie ja se myślę, że to była by idealna robota dla mnie: se siedzisz całe dnie w ciepełku i pytasz sie naiwnych ludzi, czego chcą, a potem jeszcze się chwalisz znajmym że koordynujesz, czyli pomagasz ludziom po np raku wrócić na rynek pracy. To musi być wielce satysfakcjonujaca praca. Szczegół, że to samo można by załatwić dwoma kliknięciami przez internet (dzięki czemu takie "koordynatorki" mogły by np uzupełnić braki kadrowe w firmach sprzątających czy przy pilnowaniu dzieci). I tak na każdym kroku człowiek na własnej skórze przekonuje się, że w ostanim czasie potworzyło się tu tyle abstakcyjnych stanowisk, które utrudniają życie przeciętnemu śmiertelnikowi a są utrzymywane za pieniadze, które można by było przeznaczyć np na przyśpieszenie prac remontowych, naprawę dróg, czy utrzymanie szpitali albo szkół... A nie wróć, teraz to są wszystko rzeczy mało ważne. Teraz liczy się tylko zielone szaleńswto i zbrojenie (koniecznie nieswojego kraju).
W sobotę pokręciłam z Młodym do innego lasu, bo ten koło domu nam się znudził. Zimno trochę jeszcze na dłuższe rowerowania i pałętanie się po lesie z aparatami, ale wycieczka miła. Młody z daleka wypatrzył sarenki, ale nie wiem, czy zdażył na czas pstryknąć zdjęcie choć z oddali. Po drodze za to wypatrzył jastrzębia, a że ten siadł na płocie przy jakimś domu, to narobił mu zdjęć z daleka z zoomem. Potem jeszcze tropiliśmy bażanta, ale nam nawiał z hałasem. Któregoś dnia Młody upolował sarny pod lasem. Zdjęcia trochę słabe mu wyszły, ale sarny widać w każdym razie. Za jastrzębiami ipustułkami non stop łazi koło domu. Dopiero się uczy wszystkiego, ale ma frajdę z tego sporą, jak widać, co nas bardzo cieszy.
Od wizyty u dietetyczki zaczął więcej jeść. Myśli o tych porach jedzeniowych i non stop przychodzi szukać czegoś po kuchni. Wracając od lekarza wstąpiliśmy też do sklepu i nawybierał sobie rzeczy, które chce popróbować. Za wczasu by się z tego cieszyć, ale wyraźnie widać dobry początek i że porady dietetyczki coś mu dały. Ananasy z puszki mu podeszły i się zajadał. Nie parzyły mu ust jak świeży ananas. Będzie jedzone.
Dziś robiliśmy eksperymenty z czasem naświetlania, by zrozumiał, co to w zasadzie robi. Siostra mu już teorię wytłumaczyła uprzednio, gdy raz po ciemku światełka u sąsiadów fotografowali. Zadała mu też pierwsze zadania fotograficzne. Z wodą więcej pobawimy się jak się zdziebko ociepli, bo dziś to tak na granicy zera itrochę zimno się przed domem było chlapać hehe.
Na koniec wrzucę właśnie jego zdjęcia ptaków i nasze eksperymenty dzisiejsze. Zabawa była świetna i śmiechu sporo…
![]() |
| dzięcioł pstry |
![]() |
| czapla siwa (to akurat moje zdjęcie) |
![]() |
| stary koteł sąsiada |
![]() |
| kowalik |
![]() |
| mewa |
![]() |
| kawka |
![]() |
| kocica innego sąsiada |
![]() |
| koteł jeszcze innegosąsiada |
![]() |
| kokosy ;-) |
![]() |
| bambi |
![]() |
| ulubieńcy Młodego |
![]() |
| gniazdo szerszeni azjatyckich |
![]() |
| barany w ciapki |
![]() |
| biała czapla |
![]() |
| bażant |
![]() |
| wywijanie światełkami choinkowymi na baterie |
![]() |
| disco latarka 🪩 |
7









































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...