Ten tydzień zaczęłam od wizyty w dwóch szpitalach oddalonych od siebie o jakieś 50km. Młoda miała rano wizytę w Uniwersyteckim w Leuven, gdzie w końcu jej USG robili. Musiała mieć do tego badania pełny pęcherz, a oczywiście, że było opuźnienie i ciężko jej było wytrwać. Na szczęście lekarka od razu zauważyła, że Młoda krzywo siedzi i że pewnie jej bardzo się siku chce, więc zaczęła badanie... a potem poszła "szybko" po superwizora... i długo, długo, długo ich nie było, aż Młoda zaczęła się brechtać, że może już powinnam powoli się zbierać i skoczyć na miasto po jakieś suche portki i majtki haha. Ale dzielnie trzymała i wyszła o suchych portkach z gabinetu. Na szczęście wuceta tam mają w gabinecie, bo nie wiem, czy by doszła do korytarza hahaha. Powiedzieli, że poważną endometriozę mogą wykluczyć, innych niepokojących rzeczy też nie zobaczyli, ale lekkiej endometriozy tym tym badaniem nie są wstanie wykluczyć. Przepisali jej nowe tabsy z nadzieją, że to poprawi komfort jej życia... Taa, te kosztują bagatela 40€ na 3 miesiące.
Po wizycie Młoda poszła na miasto, a ja wsiadłam do pociągu i pojechałam do innego miasta, by odwiedzić swojego onkologa... Zgodnie z przewidywaniem, baba nie wykazała jakiegoś specjalnego zainteresowania moimi ostrymi, bardzo bolesnymi choć krótkotrwałymi bólami w lewej nodze. Po prostu stwierdziła, że terapia antyhormonalna ma rózne skutki uboczne i mogą mnie boleć nogi. Dodała, że mogę brać dafalgan, czyli paracetamol... Taa, dobre sobie... na ból, który pojawia się nagle w randomowych totalnie nieprzewidywalnych momentach (np w czasie zakupów w sklepie albo podczas robienia kawy, albo podczas siedzenie na kanapie i nicnierobienia) i równie nagle znika po kilku- maksimum kilkunastu SEKUNDACH, mam brać paracetamol. No chyba ją głowa boli.
Ja od początku zakładam, że to kolejny efekt braku hormonów w organizmie i doktor Gugiel też tak uważa haha, ale od lekarza onkologa to jednak bym oczekiwała jakegoś dokładniejszego wyjaśnienia a przynajmniej odrobiny uwagi. Doktor Gugiel to nawet sugeruje zrobienie usg dla pewności, ale muszę zakładać, że lekarz specjalista wie lepiej niż komputer... Inaczej, ja bardzo chcę w to wierzyć, że lekarz wie lepiej, bo w końcu jest lekarzem, ale chciałabym, by ten specjalista mnie niewiernej to jednak udowodnił i wyjaśnił dokładnie, dlaczego mam się nie przejmować jakimś bólem, który dosłownie zwala mnie z nóg i powoduje, że czasem aż krzyknę, gdy podstępnie i znienacka atakuje mnie z pełną mocą, że aż gwiazdki przed oczami widzę, a jak akurat stoję, to noga sama mi się składa i kiedyś pewnie wydzwonię się na glebę ku uciesze gawiedzi...
A ta ci powie, weź se paracetamol. Zanim ja znajdę paracetamol to już bólu dawno nie ma. Nie mówiąc o tym, by zaczął działać. Chyba, że chodziło jej o to, że mam brać paracetamol non stop na wszelki wypadek hahaha. Nie mam zdrowia do tej lekarki, ale póki co akceptuję to, że te natarczywe chamskie bóle są normalnym etapem terapii antyrakowej i że nie ma się czym martwić.
Jak będę u rodzinnego, to zapytam się jego o opinię, a pewnie muszę umówić wizytę już, bo chyba ta zakręcona baba tylko jeden decapeptyl mi przepisała, który właśnie wykupiłam, a przecież ja to co miesiąc muszę se kazać wstrzykiwać, tymczasem wizytę u niej mam dopiero w grudniu, ech.
Nie był to koniec wizyt u lekarzy, bo w tym tygodniu i Najstarsza miała spotkanie na ginekologii w Uniwersyteckim w związku z Zespołem Turnera. Nic ciekawego, ale dostała nowe piguły. Podobno mają być 10 euro tańsze. Dobre i cokolwiek.
Jako że Najstarsza miała wizytę dopiero na po 16stej zaplanowaną, to postanowiłyśmy pojechać we trzy przed południem i poszwendać się po mieście. Młoda zawlekła nas do kawiarni Bad Habits, gdzie wsiorbałyśmy matchę i wsunęłyśmy po wegańskim ciastku. Potem ja zapropponowałam zwiedzanie Kringwinkel-a, który był na tej samej ulicy.
Głupi pomysł, bo ponad godzinę nam to zwiedzanie zajęło, a co przy tym się rzeczy do koszyka nam po chamsku napchało, to głowa mała. Ja tylko rzuciłam okiem na książki i od razu wypatrzyłam tytuł, którego dwa dni wcześniej szukałam w necie. Możecie mnie nazywać farciarą.
Poza tym przygarnęłam miseczkę dla Riko-Kurki za 50 centów, kolejną kwadratową doniczkę dla nowego kaktusa Młodego też za 50 centów, do tego koszulkę ze Snoopym za bodajże 3€. Młoda nawykopywała trochę kolorowych sukienek letnich, bo wybiera się właśnie z paczką do Hiszpanii i liczy na ładną pogodę. Najstarsza nosząca rozmiar 34/36 to wszędzie znajduje fajne tanie ciuchy, bo wszyscy mają większe dupy, to i tym razem znalazła ładne i praktycznie nowe swetry, spodnie, dresy. Młoda jeszcze fajną miskę na wodę dla kurczaków znalazła to też zgarnęłyśmy. A potem łaziłyśmy z tą wypchaną szmatami torbą po szpitalu niczym baby z targu.
Innego dnia wybrałyśmy się z Młodą na długo wyczekiwany outlet ubrań sportowych, który systematycznie co kilka miesięcy odbywa się w pobliskim miasteczku. Kupiłam Młodemu nowy tornister za 40 euro, czarną bluzę O'neill za 23, zimowe rękawice narciarskie z jednym palcem za niecałe 40 (to na rower, bo przy jego bolesnej alergii na zimno, musi mieć porządne jednopalcowe rękawice już od jesieni, a te z zeszłego roku już umarły) i jeszcze jakieś czereśniackie jasne skechersy za 29 euro, bo tanie a na wf to mu nie potrzeba jakichś cudnych, byle się na wf nadawały. Sobie kupiłam czerwona czapkę z daszkiem za 2€ i 2 pary bokserek z Pumy za 10€. Zwykle kupowałm tam majtochy z o'neill, ale tym razem były tylko pumy, to będę testować na mojej szlachetnej dupencji.
Będąc u onkologa wstąpiłam z kolei do C&A i Epickiemu kupiłam kurtkę zimową, póki są i dwie pary baggy jenasów, bo z C&A zwykle są na niego dobre, a jego żeby zaciągnąć do sklepu to chyba lawetę by trza zamówić. Dobrze, że stara już ogarnia, jakie spodnie drań nosi, że mają być szerokie, by pasowały do rockowego stylu, że mają mieć gumkę regulowaną na guziki, bo inaczej z chudej dupy by spadały, że do przednich kieszeni musi się mieścić telefon, bo on tylko w przednich nosi. Portki pasują. Kurtka też. Jest git.
Młodemu muszę jeszcze kupić ze dwie pary butów do chodzenia codziennego do szkoły, ale to już jak rok szkolny się zacznie, podjadę do miasta w środę po lekcjach i podskoczymy do Sport Direct po sportowe i może do jakiegoś innego sklepu po jakieś bardziej odporne na deszcz obuwie.
Poza tym jeszcze tylko abonament na pociąg kupić, rower naoliwić i może zaczynać czwartą klasę. Już przysłano program pierwszego września i Złotych Dni. Pierwszego dnia najpierwsi zaczynają, jak zwykle pierwszoroczni, potem dołącza druga klasa. Następnie dochodzi drugi stopień (3 i 4 klasa), do której zalicza się Młody oraz trzeci stopień. Kończą dzień wszyscy normalnie, czyli o szesnastej. Złote dni natomiast to dni wprowadzające, kiedy nie realizuje się jeszcze programu, a są zajęcia wprowadzające. Nowicjusze uczą się zasad działania tej specyficznej szkoły, a starzy wyjadacze dostają nowe wskazówki nt przygotowywania challenge'ów, innych projektów i tym podobniej. Odbywa się też sporo zajęć integracyjnych, by nowicjusze poznali i zgrali się ze starszyzną, no i by poznali na spokojnie bez stresu nową szkołę. Zatem w tej szkole mają łagodny start w nowy rok szkolny, co bardzo sobie cenimy.
Podręczniki czekają na Młodego w szkole, co mi się bardzo podoba. Przybory i laptop ma z poprzedniego roku. Fakturę szkolną to jeszcze nie mam pojęcia czym zapłacę, bo to na pewno grubo ponad 800€ będzie, ale to będę się martwić, jak mi ją przyślą. Na pewno można na raty rozłożyć.
I tak jak gdyby nigdy nic minęło nam 2 miesiące wakacji. Młody spędził je w domu w dużej mierze przed kompem, bo nigdzie nie chciał jeździć. Czasem rowerował, czasem rolował, czasem graliśmy w kosza, ze dwa razy poszedł z kolegami tłuc się po lesie...
Z wypadu do parku rozrywki nic nie wyszło, bo było za gorąco, by godzinami stać w kolejkach do atrakcji - żadne z nas się na to nie pisało. Jak nas będzie stać, to na jesieni sobie wyskoczymy w sobotę.
Poza tym ja w tym tygodniu nawiedziłam swoją psycholog. Zabralam się bowiem za sprzątanie mózgowych szuflad z przeszłością. Uznałam bowiem, że najwyzsza pora sobie stary bałagan poukładać i wyprostować, by łatwiej mi było funkcjonować tu i teraz.
Miniony tydzień był dość ...ciekawy i zagmatwany, a kolejne pewnie będą jeszcze bardziej skomplikowane i intensywne, bo wielce prawdopodobnie szykuje się nam znowu dosyć znaczne przemeblowanie życia, ale pożyjemy, zobaczymy, co też nam los przyniesie i czego sobie sami nawarzymy, bo my - jak wiadomo - to czuby jesteśmy i lubimy komplikować sobie życie.
Dziś sprzątałyśmy z Najstarszą na strychu, bo w końcu się ochłodziło i da się pod dachem cokolwiek robić. Wydarłyśmy wszystko z kąta strychowego i sporą część z tego zniosłyśmy na dół, skąd Małżonek przenosił do szopy ewentualnie defragmentując to czy tamto, by łatwiej było potem wepchać do samochodu i wywieźć do parku recyklingu. Część rzeczy, które są w dobrym stanie, zostanie z kolei odtransportowana do Kringwinkel.
Następnie poodkurzałyśmy strych z mysich gówien i kurzu. Dalej umyłam podłogę i zabrałyśmy się z Najstarszą za poszukiwanie ewentualnych dziur na zewnątrz, którymi niechciani goście do nas wbijali w zeszłą zimę ganiając nie tylko po strychu i po łóżku Najstarszej, ale też harcując masowo gdzieś w środku w suficie i podłodze. Po zgaszeniu światła na strychu dosyć szybko udało się zlokalizować dziurę. Dziura jest takiej kategorii, że nawet cały obóz myszy wraz z plecakami i namiotami spokojnie może na raz wejść. Podejrzewamy zresztą, że nie tylko myszy, ale i grubszego zwierza. Do dziury nie ma bezpośredniego dostępu, bo belka ją zasłania, ale jak się wczołga pod dach (dlatego musiałyśmy najpierw umyć deski na podłodze) i telefon do ściany przystawi z włączoną kamerą, to przez dziursko widać nawet dach sąsiada... tak że ten. Poza tym tak stamtąd piździ, że pajęczynami buja jak żaglami podczas sztormu.
Nosz kurwa mać! A my płacimy worami euro za ogrzewanie.
Mam już dość tych niefarsobliwych właścicieli, ale też nie bardzo jestem w stanie coś z tym zrobić...
Od chyba pięciu albo i dalej jebanych lat domagamy się naprawy tego pierdolonego dachu i oni czasem dzwonią po "naszych" (Polaków znaczy), tzw "specy od dachu", którzy w niedzielę wieczorem przyjeżdząją, by za przysłowiową flaszkę wina zamienić 30 starych popękanych dachowek na 50 innych starych dachówek (bo łażąc po dachu łamią kolejne) wyjętych przez właściciela z pokrzyw za domem. No i co? Jest zrobione? Jest. Potem z jeden deszcz się nie leje z sufitu, a czasem nawet dwa. Potem znowu się leje i znowu się zgłasza i czasem znowu przychodzą "nasi" zobaczyć i tak wkoło Macieju.
Przed wakacjami - jak już pisałam - zaniosłam im dokument z przeglądu pieca, w którym stoi, że piec jest okej, ale nie ma dostatecznej wentylacji, a co za tym idzie, piec nie powinien być uzywany, i należało tę wentylację zrobić do końca lipca. Już mówiłam, ale dla porządku powtórzę, właściciela najbardziej interesowało, co to za firma dokument wystawiła i kto po nich zadzwonił, podczas gdy w tym kraju przegląd pieca robi się OBOWIĄKOWO co 2 lata i obowiązek ten spoczywa na tym, co mieszka w domu, czyli na nas, co stoi w umowie najmu jak wół. Zatem zaiste wielka zagadka, kto zawezwał fachowca do kontroli i czyszczenia pieca po raz kolejny z rzędu z takim samym skutkiem i z taką samą reakcją właściciela, czyli brakiem jakiejkolwiek reakcji. Mamy sierpień. Nikt nie przyszedł nawet okiem rzucić, o robieniu czegokolwiek nawet nie mówiąc... bo to by przecież trzeba zapłacić, a te skąpce tylko napychają skarpety i każdego centa liczą, bo przecież wiadomo, że to se do grobu, nad którym już jedną nogą i półdupkiem stoją, zabiorą...
Co miesiąc płacimy prawie 9 stów od 13 lat, ale każda zgłoszona usterka to wielkie utyskiwanie, biadolenie i jeszcze większa łaska. Po dziesiąciokroć trzeba się o jedną rzecz upominać.
Kurwa, tyle mamy na głowie, bo co chwilę jakiś nowy poważny i mniej poważny problem wyskoczy, że zwyczajnie nie ma się już sił, aby jeszcze z tym się użerać i non stop o tym myśleć, przypominać, dopominać się, ponawiać przypomnienia o rzeczy, które zdawać by się mogłby są zasranym obowiązkiem właściciela domu. Moim zdaniem to kwestie takie jak naprawa dachu, okien, czy izolacja własnego kurwa jebanego domu to powinna być dla właściciela oczywista oczywistość i sam z sibie powinien co chwila przyjść popatrzeć, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a nie wielka łaska, o którą my musimy prosić wielebnego ciula.
Zgłaszam usterkę to swoje zadanie, uważam, wykonałam w 100% i mogę o nim zapomnieć, bo dalsze działania ma podjąć właściel, ale to może w idealnym świecie, ale nie tutaj. Nie, tutaj trzeba przypominać, przypominać, przypominać i dalej chuj z tego, byle czynsz im ładnie wpływał na konto, a nam się od 5 lat na głowę leje.
Łudziłam się, że uda nam się wyprowadzić i po prostu uciec od tego gówna, ale na razie czarno to widzę. Zatem chyba pora przestać się łudzić i zacząć robić porządek ze wszystkim po kolei...
Porządek na strychu to dobry początek. Nie ukrywam jednak, że nie chce mi się do nich iść i tłumaczyć po raz setny jak krowie na rowie podstawowe i oczywiste rzeczy, bo moje zdrowie i cierpliwość ciągle są bardziej niż liche i boję się, że mi w końcu puszczą nerwy, a wtedy tylko dodatkowych kłopotów sobie narobię, a nasz status raczej jest tutaj dosyć niski i nie mamy ani forsy, ani nikogo, na czyje wsparcie czy pomoc moglibyśmy liczyć w razie W. Szczególnie teraz... No po prostu nie mam sił mentalnych na załatwianie takich spraw, ale z drugiej strony wiem, że im bardziej to odwlekam, tym gorzej.
Jednak muszę się zebrać w sobie i uczynić znowu ten krok w najbliższych dniach. Takie rozmowy są dla mnie cholernie trudne od zawsze, ale od czasów raka jeszcze trudniejsze. No i ponad rok już siedzę w domu i raczej sporadycznie używam języka niderlandzkiego, a dialektu to już prawie w ogóle, a co za tym idzie, trudno mi przychodzi znajdowanie właściwych słów i rozumienie, co kto godo, szczególnie jak godo, a na wsi wszyscy starsi ludzie właśnie godajo po flamandzku, czyli dialektem.
Nic to, życie się samo za mnie nie przeżyje. Uciekanie od życia i problemów, co ostatnio dosyć namiętnie czyniłam czy to pisząc tu te bzdury, czy nagrywając debilne jutuby, czy szwendając sie po muzeach, kawiarniach, lasach, czy choćby skrolując godzinami bezmyślnie instgarma, nie jest rozwiązaniem. Muszę się zebrać w sobie i zacząć mierzyć z problemami, zanim ich ilość stanie się niepokonalna.
Krok po kroku, deska po desce trzeba zacząć budować nową życiową łajbę, by wyruszyć nią na nieznane wody. Taki mam przynajmniej wstępny plan. Nie wiem, jak pójdzie mi z realizacją ani czy podołam.
Nie chce mi się logować do clouda od ajfona, więc nie dodam tym razem zdjęć. W poprzednim wpisie było ich co najmnej na trzy posty, to teraz może lecieć sam tekst haha.
Wysuszyło się właśnie ostatnie dzisiejsze pranie, więc wypakuję z suszarki i idę poczytać w łóżku książkę, bo nagle naszło mnie zgłębianie tematu Afryki, Afrykanów, kolonizacji i jej konsekwencji itd itp i już mam całą kupkę książek do przeczytania... Czytam "Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin. Bardzo ciekawa, ale kupienie sobie tego po niderlandzku to był niezbyt rozsądny pomysł, bo to nowa tematyka dla mnie i dużo słów nie rozumiem, więc muszę tłumaczyć coś co chwilę. Ma to swoje plusy, ale w tym wypadku bardziej zależy mi na zrozumieniu tematu niż poszerzaniu swojego słownictwa. Nic to, już pół przeczytałam to i resztę też ogarnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w siec i że ja tu ustalam zasady.