1 listopada 2017

Ferie jesienne, pierwsze raporty i inne ciekawostki z życia szkolnego naszych dzieci

najmłodszy szkodnik 
Szkolniki (lub jak kto woli szkodniki) mają właśnie jesienne ferie, zwane po tutejszemu herfst vakantie. Oznacza to, że właśnie rozpoczynamy piąty rok życia we Flandrii. Podczas ferii w 2013 roku przewoziliśmy nasz bardziej skromny dobytek z Brukseli do flamandzkiej wsi. Chyba do końca życia będziemy wspominać jak to jechaliśmy pożyczonym z firmy busem kierując się tylko wyczuciem, bo nie mieliśmy ani nawigacji, ani mapy, a tylko mgliste pojęcie w którym kierunku może znajdować się ta wieś, do której się udajemy i ten dom w którym mamy zamieszkać. Jaja jak berety :-)

Nasz dobytek też wspominamy ze śmiechem. Bosssz co to było za bogactwo - jakieś stare śmierdzące rozpadające się graty zebrane z brukselskich ulic i trochę podobnych przywiezionych z Polski, bo co my tam mieliśmy w Polsce na tych 35 metrach kwadratowych? Niewiele, a połowa została, bo nie dało się zabrać wszystkiego.  A tu na tej przestrzeni (grubo ponad 100m2)  to wszystko przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. A ubrania gdy wspomnę, to płakać się chce. Mieliśmy po jednej parze wydeptanych butów, po kilka majtek, t-shirtów, portek ze szmateksu. Kasy z biedą starczało na bieżące opłaty i skromne jedzenie.. No ale przeżyliśmy ten czas i mam nadzieję, że więcej nic podobnego nie będzie nam dane, bo to nie było za fajne.

Dziś mamy ładnie, zgodnie z własnym gustem i potrzebami umeblowany dom (a tak, co roku będę o tym mówić, bo ciągle się nie mogę nacieszyć ;-p). Odkąd zaczęłam pracować stać nas na więcej. Możemy co jakiś czas pozwolić sobie na nowy sprzęt do domu - ekspres, odkurzacz, pralka, suszarka. Od czasu do czasu idę z dziewczynami (no z chłopakami też) do dużego sklepu odzieżowego i pozwalam im wybrać po kilka rzeczy. W naszych ulubionych sklepach rzeczy są średnio po 10-20€ (portasy, sweterki, t-shirty), więc jak zapłacę te 100-200€ to mamy całą torbę ubrań i jest w czym chodzić do szkoły (aczkolwiek nie gardzę też darowanymi rzeczami - wszystko się przydaje). I to jest właśnie normalne życie. Nie to że się przelewa, że jest na wszystko, co człowiek zamarzy, bo trzeba liczyć ile i na co się wydaje, by nie zabrakło, ba, czasem nawet brakuje i trzeba się posiłkować kartą kredytową w razie nagłych nieprzewidywanych wydatków. Nie ma jednak tak, że człowiek każe dzieciom chodzić do szkoły w starych, podartych i dwa numery za dużych butach czy ubraniach, bo innych nie ma. Nie ma tak, że nie pójdzie się do dentysty, czy innego specjalisty bo nie ma kasy. Popsuje się pralka, odkurzacz, rower to kupi się nowe na spokojnie bez większych wyrzeczeń, bez stresu. Nie brakuje na mleko ani na chleb, ani na rachunki, na stole zawsze pełny koszt najróżniejszych owoców i dobrych łakoci... Tylko tyle i AŻ TYLE. Nie potrzeba więcej. Tak moglibyśmy dożyć w spokoju do samej śmierci, ale wątpię czy będzie nam dane, bo życie takie nie jest. Życie to wredna franca - jak ci nie dokopie od czasu do czasu to nie wiesz, że żyjesz. Póki co cieszymy się i żyjemy tą chwilą, bo nie wiemy (i nie chcemy wiedzieć) co nas jeszcze czeka zanim wyzioniemy ducha.
ścieżka rowerowa jesienią
Starczy może tych wspomnień i zachwytów.  Jako się rzekło mamy pierwsze ferie w tym roku szkolnym, a za nami już pierwsze raporty i pierwsze wywiadówki w szkołach średnich. O wywiadówkach i raportach mogę powiedzieć tylko jedno: SUPER! Dziewczyny spisały się na medal przez te dwa miesiące. Jestem z nich dumna. 
Na pierwszych wywiadówkach można było wybierać, z kim chce się rozmawiać. Pewnie już wspominałam, jak to działa, ale przypomnę. Na wywiadówki umawiamy się przez internet. Gdy dostaniemy mejl, trzeba jak najszybciej otwierać stronę szkoły i bukować rozmowy z nauczycielami, z którymi chce się porozmawiać. Dlaczego jak najszybciej? Żeby sobie powybierać najlepsze dla siebie godziny. Na jedną rozmowę przewidują zwykle 10-15 minut. Jak człowiek chce z kilkoma nauczycielami pogadać, albo ma więcej niż jedno dziecko w danej szkole, to dobrze jest mieć te pogaduszki jedna za drugą, a nie w odstępach godzinnych. 

Ja wybrałam u Młodej panie od francuskiego i niderlandzkiego, bo uważam że dla nas język to podstawa, a do wychowawczyni (pani od matmy) już nie było miejsc w odpowiadającym mi czasie (bo za późno się zalogowałam). U Najstarszej wybrałam rozmowę z mentorką, bo ona uczy przedmiotu ogólnego, w którym zawiera się niderlandzki, matma, historia, geografia i wszystkie inne podstawy no i jako mentorka wie o podopiecznej też wszystko inne.

Pani od francuskiego powiedziała, że jest raz w górę raz w dół, ale jak gorzej nie będzie to będzie dobrze. Pani od niderlandzkiego powiedziała, że nie wie co powiedzieć, bo wszystko jest bardzo dobrze i żywcem się nie ma do czego przyczepić.

 Młoda ma problemy z występami przed klasą... Tu mają często zadania domowe, w których trzeba przygotować sobie jakiś temat do omówienia, czasem dodatkowo też prezentację w Power Poincie, czy jakiś tam kolaż i potem nawijać o tym do kolegów i nauczyciela. No i ona ma problem z samym występem, bo trema ją po prostu zżera. Nauczycielka powiedziała, że zupełnie niepotrzebnie, bo jest bardzo dobra, no ale to łatwo powiedzieć... Młoda twierdzi, że belgijscy uczniowie są pod tym względem gorsi od polskich (wnioskuje to po własnych obserwacjach i omówieniu tematu z koleżankami internetowymi) . W Polsce inni uczniowie mają wywalone na to, co gadasz i zwykle w ogóle nie zwracają na odpytywanego uwagi, zaś tutejsi gapią się w delikwenta jak sroka w gnat i słuchają uważnie, a czasem nawet komentują... Dla niej to stresująca sytuacja. Tak czy owak punkty są - moim zdaniem - świetne. Co jednak nie przeszkadza nauczycielom biadolić, że z dwóch przedmiotów ma trochę gorzej niż z innych i powinna nad tym popracować.... Wiecie co? Ona ma z wszystkich przedmiotów powyżej 70%, tylko z trzech poniżej 70%, w sensie 69,5% z francuskiego i z SEI oraz 67,6% z matmy. No serio z tego powodu zaraz krowy przestaną się doić a ptaki zapomną jak się lata...
tak wygląda moja wieś, gdy wychodzimy rano do szkoły
Za moich czasów mawiało się, że nauczyciele są jak nietoperze - niedowidzą a wszystkiego się  czepiają i widzę, że od tamtego czasu nic się nie zmieniło ;-) Kurde większość z nich (belgijskich belfrów) nie potrafi mojego nazwiska POWTÓRZYĆ poprawnie, że o samodzielnym przeczytaniu nawet nie wspomnę, przy 666 język mają zaplątany na supły a spluci są do kolan, ale to nie przeszkadza im oczekiwać, że dziecko ma się za rok nauczyć płynnie mówić, czytać i pisać w 2 językach i w jednym z nich przyswoić całą wiedzę, którą ichnie dzieci przyswajały przez 10 lat. Młoda to zrobiła. Dziś mówi, pisze i czyta doskonale w języku niderlandzkim, nie rzadko lepiej niż jej rówieśnicy flamandzcy. Mimo, że 4 lata temu przeskoczyła bezpośrednio z II klasy w Polsce do IV klasy w Belgii opuszczając jeden rok. Mimo, że zaczęła tę czwartą klasę 2 miesiące później i mimo, że nie znała wtedy ani jednego słowa w tutejszym języku, mimo że nauczyciele nie mogli się z nią porozumieć przez kilka tygodni, to DAŁA SOBIE RADY i NADROBIŁA WSZYSTKO, dorównała do reszty a wielu nawet przegoniła. Jest dobra z wszystkich przedmiotów, a z niektórych bardzo dobra, ale to dla nauczycieli ciągle mało. Ciągle słyszy, że stać ją na więcej, że powinna się bardziej starać... W zeszłym roku przez to ich głupie gadanie dziecko całkowicie się załamało (o czym pisałam), bo ileż można znieść?
Mam czasem ochotę zasadzić komuś takiego kopa w cztery litery, żeby leciał i leciał, i leciał, i wylądował gdzieś w Chinach i niechby sobie spróbował tam  pożyć, a może wtedy by jeden z drugim doznał jakiegoś oświecenia, bo ja już mam na prawdę dość. Próbuję tłumaczyć, przekonywać, ale szkoda mojego wysiłku. Nauczyciel zawsze ma rację. Nauczyciel zawsze wie lepiej. Nauczyciel nie słucha, to nauczyciela trzeba słuchać... Uwaga, pracuję u emerytowanego nauczyciela i jego żona mówi to samo :-) Ten typ tak ma hehe (pozdrawiam niniejszym wszystkich znajomych nauczycieli z nadzieją, że czytają to tylko ci z odpowiednim poczuciem humoru). Ale wiecie co? Ja nie należę do matek wzorowych i uczę swoje dzieci, że to co się w głowie nie mieści trzeba mieć w... nosie.

Dzieciom powtarzam to samo, co tu napisałam. Mianowicie, że są super, że osiągnęły w swoim młodym życiu już bardzo wiele (niejeden dorosły by się już w połowie poddał), że są dzielne i samodzielne, że mogą wiele osiągnąć, ale mówię też, że wcale nie muszą wszystkich słuchać. Mówię, że powinny innych ludzi szanować, ale nie muszą robić wszystkiego, czego ci ludzie od nich oczekują, nawet jak to są nauczyciele czy my rodzice. Bowiem uważam, że taka nastolatka już swój rozum ma i nie jest on dany na ozdobę tylko do używania. Mówię im, że muszą tego rozumu używać , by podejmować samodzielne decyzje, muszą same dokonywać wielu wyborów, bo to nie ja ani nie nauczyciel będziemy żyć ich życiem. Mówię im, że dobrze jest posłuchać rodziców, nauczycieli, babci, ciotki czy koleżanek, bo każdy coś tam o życiu wie, ale nie trzeba ślepo wykonywać tego co oni, co my wszyscy mówimy. Każdy idzie swoją własną drogą, każdy ma swoje moce i talenty, które powinien wykorzystywać, każdy ma swoje ideały i zasady, którymi powinien się kierować przede wszystkim, a inni mają swoje życie do przeżycia i swoje moce do wykorzystania. Moje dzieci sroce spod ogona nie wypadły - to mądre istoty i wierzę w nie. 

Najstarsza  wreszcie trafiła do szkoły, w której świetnie się czuje. Jest to już 6-sta szkoła w jej piętnastoletnim życiu, ale teraz widać że jest na prawdę szczęśliwa i zadowolona ze szkoły. Wychodzi rano z uśmiechem i wraca z uśmiechem wieczorem. Wreszcie robi, to co lubi. Jak wspominałam kiedyś - większość lekcji to zajęcia kreatywne, jak rysowanie, projektowanie (z użyciem zarówno ołówka i papieru jak i komputera) oraz szycie. Klasa jest malutka i w 100% damska - razem jest ich 7 dziewcząt, a co za tym idzie jest cicho i spokojnie, można się skupić i pracować w spokoju, bo nikt nie drze ryja ani nie przeszkadza. W tej szkole liczy się kreatywność a indywidualizm nie jest tak bardzo niemile widziany jak w poprzednich (takie odnoszę przynajmniej na dzień dzisiejszy wrażenie i tak mówił kiedyś nauczyciel, z którym rozmawialiśmy). Mentorka powiedziała na wywiadówce, że nie spodziewali się po naszej córce aż tak dobrych wyników... Chodzi tu o jej ciągle za słabą jak na średnią szkołę znajomość języka niderlandzkiego i ogromną nieśmiałość. Z przedmiotu wykładanego przez mentorkę (ten w/w ogólny) ma punkty poniżej normy, ale widać wyraźnie, że babka w nią wierzy, że wreszcie trafiła na kogoś, kto rozumie (kto chce, kto próbuje rozumieć) co to znaczy znaleźć się nagle w obcym kraju i musieć uczyć się wszystkiego w obcym języku, co to znaczy bać się pyska otworzyć, bu nie zostać źle (lub wcale) zrozumianym. Widzi też że dziecko się stara. No ja też widzę to wyraźnie, bo wcześniej to różnie z tym staraniem było. Jednak jak w szkole słyszysz tylko "mało i mało, możesz więcej, wiem na co cię stać" to czemu się dziwić... Mentorka uczy też angielskiego i tu też jest zaskoczona. Obie dziewczyny lubią angielski (w przeciwieństwie do francuskiego) i już widać to nastawienie w punktach. Kreatywność Najstarszej mentorka określiła jako ponadnormalną ...nie wiem, czy tak się mówi po polsku, ale po niderlandzku tak to jakoś brzmiało... no po prostu szczęka opada. W komentarzach z przedmiotów kreatywnych do punktacji (nota bene 80-100%) też uwagi typu "jesteś cichutka ale JAKA KREATYWNA!" "brawo", "świetnie" itp. W końcu trafiła do szkoły, gdzie jej talent i pomysłowość się liczy, gdzie jest doceniana mimo, że poza tym stara nie rzucać się w oczy, że siedzi jak mysz pod miotłą. Wreszcie chyba zrozumiano, że trzeba jej pomóc z językiem, a nie doszukiwać się nieistniejących problemów czy chorób psychicznych, jak taka jedna wszystkowiedząca z poradni CLB...  

Czasem ktoś tak bardzo chce ci pomóc, że nawet jak nie masz problemów to on stanie na uszach, przeprowadzi milion testów, wyśle do szpitala na badania,  aż ci te problemy w końcu znajdzie i będzie pomagał się z nim uporać... Znacie takie typy? Nie wiem, co ludzie przez to chcą osiągnąć, ale potrafi takie napsuć krwi.

Przez ostatnie lata powtarzałam w szkole aż do znudzenia, że moje dziecko potrzebuje przede wszystkim wsparcia i pomocy z językiem, ale przecież oni wiedzą lepiej, co ono potrzebuje, bo już kurde 5 razy je widzieli to przecież wiadomo znają je jak własną kieszeń i w ogóle... Oczywiście z nieśmiałością czy innymi tego typu problemami to fajnie jakby jakiś specjalista pomógł, bo śmiałemu żyje się łatwiej, no ale to inksza inkszość.

Najstarszej przydzielono jakąś panią, która ma jej pomagać na lekcjach. Nie wiem jeszcze, jak ta pomoc będzie wyglądała, bo dopiero po feriach mamy w szkole zebranie w tej sprawie. Tak czy owak już wiemy, że Najstarsza wybrała dobrą szkołę dla siebie. To jest to. Obawiam się tylko, że to nie jest tania szkoła. Znaczy szkoła jako taka jest finansowo normalna - faktury standardowe przewiduję na około 50€ na trymestr, ale wydatki dodatkowe to już inna para kaloszy.

etui
Oni - ku wielkiej irytacji młodszej siostry - non stop gdzieś jeżdżą. A to teatr, a to targi czy wystawy materiałów krawieckich, a to jakiś dzień sportu w dużym ośrodku itd. Czwarta klasa  (czyli rok wyżej od Najstarszej) w tym roku jedzie na pokaz mody do Londynu, szósta z kolei do Paryża. Jednak przede wszystkim wydatki wiążą się z szyciem. Przed 2 miesiące uszyły już kilka etui (2 zwykłe piórniki - jeden z pomocą nauczyciela, drugi samodzielnie, etui na linijki i ekierki), organizer naścienny (taka szmata z kieszeniami do zawieszania na ścianie i przechowywania różnoś
ci - obrazowo mówiąc) i dwie dziecinne spódniczki (dla około rocznej dziewuszki). Na każdą uszytkę - jak wiadomo - trzeba kupić materiały, a to już kosztuje trochę. Na szczęście mamy w sąsiedniej wsi ogromniasty (no chyba z hektar powierzchni ma) sklep z materiałami i akcesoriami krawieckimi. Byłam tam z Najstarszą wybierać materiały na organizer. Oj tam oj tam powiecie organizer. Wiecie ile jej zajęło wybranie ODPOWIEDNIEJ bawełny i guzików do ozdoby? Ponad GODZINĘ! Dobrze, że w sklepie jest zjeżdżalnia i inne zabawki dla maluchów to Młody się nie zanudził. Dobrze, że nauczycielka jasno określiła, że bazowy materiał ma być czarny lub jeans, a ona TYLKO na kieszenie miała wybrać :-) Weź tu wybierz z setki różnych wzorów i kolorów i jeszcze żeby było dwa różne wzory i żeby one do siebie pasowały... Najstarsza ma hopla na punkcie detali... Młoda nie chce z nią nigdzie chodzić, bo mówi, że zanim Zuzanna dobierze kolczyki do bluzki, torebkę do kolczyków i szalik do torebki to noc nastanie albo weekend się skończy... Za to jak już skończy to efekt faktycznie jest niesamowity. Jak robi kanapki to masło musi być dokładnie do samych brzegów rozsmarowane i wszystko ładnie na nich ułożone, a kanapki idealnie ułożone w pudełku kanapkowym. Podobnie jest z każdą pracą plastyczną - nie ma czegoś takiego, że odwali siach-mach. Nie, zawsze dopracowuje każdy szczegół. W szkole jest to czasem problematyczne, bo klasa zabiera się już za 3 zadanie a ta nadal przy pierwszym pracuje nad szczegółami. Oczywiście tylko w kwestiach artystycznych, tam matematyka czy francuski albo takie sprzątanie pokoju to już można zrobić na odwal się :-) Taka to jest ta nasza artystka.

Młody nie miał jeszcze wywiadówki w tym sezonie, ale z nim póki co problemów szkolnych się nie przewiduje żadnych. W szkole jest wzorowym przedszkolakiem z tego co mi wiadomo. W klasie poznali już kilka literek, a Młody dokształcił się w domu co do pozostałych. Aktualnie prowadzi śledztwo w kwestii których liter nie ma w niderlandzkim alfabecie, a które są w polskim i jakie są różnice w nazywaniu (wymowie) poszczególnych liter. Wymyślił też nową zabawę tablicową. Pisze jakąś literę na tablicy, po czym jeden z graczy musi narysować coś na tę literę, a reszta musi odgadnąć co to jest i tu wam zdradzę tajemnicę - o wiele łatwiej jest odgadnąć co narysował Młody niż co narysował tata. Ten drugi to jakąś sztukę nowoczesną uprawia i odgadnąć co dzieło przedstawiać może, jest nie lada wyzwaniem ;-)


22 października 2017

Jak emigracja zmienia ludzi!? Wpis bardziej niż osobisty.

Właśnie mija czwarty rok, jak osiedliliśmy się we Flandrii. Potem zaczęłam pisać tego bloga, bo nagle poczułam taką potrzebę spisywania pierwszych chwil z naszego życia na obczyźnie.

Zaczęłam publikować ten mój pamiętnik z myślą o rodzinie i znajomych. Pisali bowiem do mnie i dzwonili wszyscy po kolei, bo chcieli wiedzieć co słychać, jak nam się układa itd, a że wkurzające jest powtarzanie tego samego po pierdyliard razy, gdy już człowiek nie wie, co komu mówił i jednemu po setny raz obowiada jak debil to samo, a drugi w tym momencie się żali, że czegoś nie wie.
Pomyślałam, że będę pisać i opowiadać o tym, co robimy, jak sobie radzimy, w jakie kłopoty się wpakowaliśmy, co odkryliśmy, jakie są tu zwyczaje, jacy ludzie i w ogóle wszystko o tym jak żyje się w Belgii, bowiem spora część moich znajomych nigdy tu nie była.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Spodobało się. Dostałam wiele mejli i wiadomości na FB od znajomych (także tych, z którymi od lat nie miałam kontaktu), że to fajne,  żebym pisała dalej, niektórzy podpowiedzieli, co powinnam zmienić i dlaczego... To było miłe. 

Z czasem jednak zauważyłam  iż te osoby, dawni znajomi, rodzina przestają rozumieć, o czym ja tu mówię i wielu zapewne już tu nie zagląda. Zaczęły się za to mejle i komentarze od obcych osób, które albo mieszkają w tym kraju albo zamierzają tu przyjechać. Ci pierwsi w moich tekstach zobaczyli swoje pierwsze doświadczenia na emigracji,  drudzy odkryli kilka wskazówek i ciekawostek na temat swojego przyszłego domu. Powoli zaczęłam pisać bardziej w kierunku tych drugich, bo pomyślałam, że jak opiszę tu problemy z jakimi się spotykamy i w jakie się pakujemy nie wiedząc czegoś o tym kraju, to może komuś pozwolimy ich uniknąć, bo już będą mądrzejsi o moje informacje.

Od znajomych słyszę coraz częściej, że zagranica mnie zmieniła, że wielka już ze mnie belguska...

Zagranica zmienia ludzi. Dlaczego?

Człowiek zmienia się całe życie,  rozwija się fizycznie,  emocjonalnie, duchowo, dorasta, uczy się, doświadcza. Poznając świat i doświadczając różnych przeżyć, wrażeń, emocji zmienia się. Przeważnie owe zmiany są minimalne, nawet ich nie zauważymy ani u siebie ani u innych. Bardziej zauważamy je, gdy kogoś nie widujemy na co dzień.  Każda mama wie,  że czyje dzieci rosną szybciej, bo własnym tylko ubrania się kurczą...

Jednak są w życiu wydarzenia, które mogą zmienić człowieka całkowicie i to w bardzo krótkim czasie.
Śmierć, choroba, wypadek, pożar czy inna tragedia może spowodować że człowiek osiwieje w ciągu jednej nocy, że pogodna wesoła, szczęśliwa istota stanie się w ciągu kilku zaledwie chwil wrakiem człowieka.

Człowieka zmieniają też takie zwyczajne rzeczy jak ślub, rozwód, narodziny dziecka, rozpoczęcie pracy lub jej strata, przejście na emeryturę, wygrana w totolotka lub nagła strata majątku.
Weźmy tu powszechną rzecz i wesołą jak narodziny dziecka. Czy to nie zmienia ludzi? Każdy rodzic niech sobie sam na to pytanie odpowie wyliczając wszystkie rzeczy, z których zrezygnował dla dziecka, które jest w stanie dla dziecka zrobić a które wcześniej by mu nawet do głowy nie przyszły... 
Czy matka (normalna - patologii nie biorę pod uwagę) lata po dyskotekach i wraca nad ranem? Czy matka idzie spać kiedy chce i robi co chce, gdzie chce i z kim chce? Czy matka spotyka się chętnie z niedzieciatymi niemężatymi Czy z kolei nie-matka była by skłonna obwąchiwać pupę jakiegoś dziecka czy tym bardziej ją całowała? A fu! A czy dla matki to normalna rzecz? Ba.

Bardzo łatwo przychodzi nam oceniać ludzkie postępowania, gdy chcemy ich mierzyć swoją miarą nie doświadczywszy tego samego co oni.

Czy zatem mnie zagranica zmieniła? 

Nie, no niby czemu by miała? Przecież żyję sobie dalej jak żyłam przez te 35 lat w Polsce. Mieszkam wśród Polaków, gadam po polsku z wszystkimi wszędzie, płacę złotówkami i to  gotówką, na oczy nie widziałam Araba, Chińczyka, Portugalczyka, Belga i całej reszty świata, nie słyszałam też żadnego innego języka, w sąsiednim mieście nie było żadnego zamachu, a jedynym zagrożeniem jest zamknięcie Biedronki w okolicy, w sklepach kupuję polskie produkty, by gotować polskie jedzenie, spotykam się z rodziną na każde święta i pomiędzy nimi, w urzędzie pracy proponują mi pracę budowlańca która jest jedyną ofertą w mojej okolicy, jak pracuję to zarabiam 1500 zetów (300€), za które nie stać mnie kupić nawet podpasek, bo wszystko wydam na opłaty i kredyty za lodówkę, czy coś w tym stylu.

Nie! Od 4 lat żyję w zupełnie innym świecie, w innych warunkach,
- gdzie musiałam zmienić każdą część mojego życia, 
- gdzie musiałam zweryfikować wiele poglądów na temat świata i życia, jeśli nie większość, 
- gdzie mogę liczyć tylko na siebie, mojego męża i dzieci oraz obcych ludzi, z którymi nawet czasem dogadać się nie mogę, 
- gdzie moje dzieci do 'obcych' kobiet mówią ciociu, a mnie 'obce' dzieci nazywają ciocią a wszystkie inne mówią po imieniu, 
- gdzie rzadko spotykam ludzi mówiących po polsku,
- gdzie strach jechać do dużego miasta, bo można zostać wysadzonym w powietrze albo przejechanym przez tira, ale trzeba jeździć
- gdzie każdy od małego do starego żyje według tego samego schematu i z kalendarzem w ręku, 
- gdzie nie ma czasu na głupoty, bo trzeba sie dużo uczyć albo dużo pracować, albo i to i to
- gdzie każdy może pracować, jak tylko chce i zarobić na utrzymanie rodziny, 
- gdzie w każdej szkole spotyka się dzieci z całego świata, mówiące 2 lub więcej językami już do przedszkola, 
- gdzie ludzie inaczej się ubierają,
- gdzie są inne zwyczaje, inne święta, inne prawa,
- gdzie nawet klimat i pogoda są inne niż w Polsce
Tych wszystkich innych rzeczy - tak pozytywnych jak negatywnych - jest jeszcze dużo.

Ale co to ma w ogóle za znaczenie? Przecież tego typu rzeczy zupełnie nie mają wpływu na człowieka. Dlaczego miałby się niby zmienić? (SARKAZM)

Opowiadałam o tym wszystkim ze szczegółami na tym  blogu od 4 lat, z nadzieją że przybliżę i wyjaśnię mojej rodzinie, moim dawnym znajomym oraz wielu innym, którzy na obczyźnie nie byli ale może kogoś tam mają albo i sami się wybierają, że pokażę ten mój nowy  świat, problemy z jakimi się borykamy i radości jakich doznajemy. Mam jednak wrażenie, że częstokroć zdaje się to psu na buty.

Ludzie i tak zobaczą tylko to, co chcą widzieć i przeczytają tylko to, co chcą przeczytać, i będą człowieka mierzyć swoją miarą. (wiem i cieszę się, że nie wszyscy)

Łatwo jest oceniać i krytykować albo szydzić z innych jak się samemu żyje od urodzenia w tym samym miejscu i nie wyściubiło sie nosa choćby raz poza granicę Polski, jak się ma do tego pod ręką armię braci, rodziców, teściów, wujków, kuzynów, sąsiadów, szkolnych kolegów do których zawsze można zagaić, z którymi można wyjść na piwo, na zakupy, których można poprosić o pomoc, którym można podrzucicć dzieci w razie wu. Jak się nie musi po całym dniu roboty gonić na kurs językowy, by wrócić o północy a rano znowu wstać do roboty. Jak się nie trzeba martwić jak się tu dogadać z doktorem czy pracodawcą.

Tak wiem, teraz usłyszę (jak zwykle) "no to po kiego wyjeżdżałaś?" albo "wróć do Polski jak Ci tam źle", bo z jakiegoś dziwnego powodu większość nie zrozumie, że ja nie mówię o tym, że jest mi tu źle, bo NIE JEST, ale jest w cholerę inaczej. A jak jest inaczej to nie może być tak samo. Jak nie jest tak samo, to ja nie mogę być taka sama. Na Antarktydzie nie da się chodzić w samych majtkach a na równiku nie da się chodzić w futrze, czyli jak gostek spod bieguna przyjedzie do ciepłych krajów to musi zmienić swoje przyzwyczajenia i zacząć chodzić w samych majtkach. Prościej się już chyba nie da tego wytłumaczyć.

Choć podejrzewam, że ktoś kto emigracji nie doświadczył nigdy nie zrozumie też tego, jak się tu tak na prawdę żyje i jakich wyborów trzeba dokonać.

Wkurza mnie też bardzo często, że ludzie popadają w skrajności. Nie no sorry czy to jest normalne?
Powiesz że w Belgii jest fajnie, podoba ci się to, tamto, owamto to momentalnie usłyszysz z Polski (albo od innych Polaków na emigracji) "o proszę jaka wielka belguska, zapomniała już skąd pochodzi" i takie tam sratytaty. Tja bo jak mi się podoba rynek w Leuven to na 100% znaczy że nienawidzę rynku w Krakowie i sram nma swoją wieś. Logiczne bardzo :-) Tak samo jak to, że każdy kto lubi Bożenarodzenie nienawidzi Wielkanocy.
Napomkniesz o swoich problemach, czy skrytykujesz jakiś element Belgii, natychmiast słyszysz z Polski szyderstwa i docinki "to po co wyjechałaś, jak Ci tam źle?", "wróć do Polski, debilko".

Dokonałam wyboru sama dobrowolnie bez przymusu. Wyjechałam i jest mi tu dobrze. Nie znaczy to jednak, że Polska przestała dla mnie istnieć. Widzę wiele rzeczy, które tutaj są o niebo lepsze - jak choćby zarobki czy w ogóle możliwość znalezienia pracy - i będę  o tych rzeczach mówić, bo cholera jasna zwyczajnie się cieszę, że są mi dane, że możemy dzięki nim normalnie, dobrze żyć. Czy ja mam prawo się cieszyć? Bo może jak zostawiłam ojczyznę to już mam się tylko umartwiać?

Widzę też wiele rzeczy które są tu okropne, denerwujące, czy dziwne i o nich też czasem mówię, choć jako urodzona optymistka zawsze jednak widzę tę szklankę do połowy pełną.

Myślę czasem o Polsce, o rodzinie. Nie ukrywam jednak, że nie za często, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie siedzę na bezrobociu i nie pierdzę w stołek przed telewizorem tylko mam sporo zajęć - robota, dzieci, mąż, zwierzaki, chałupa, sprawy urzędowe, zdrowotne, no jest na prawdę co robić przez cały boży dzień (piszę o tym, więc każdy wie). Potrzebuje też chwil dla siebie - spanko, jedzonko, jakaś książka, jakiś film - jak każdy.

Chcemy tu żyć. Więc żadne z nas nie może sobie pozwolić na bezrobocie i inne obijanie, bo musimy zapracować na nasze emerytury i to w krótkim czasie bo już swoje lata mamy. Musimy zasuwać ile się da, a jednocześnie mieć na uwadze, że musi nam zdrowia i sił starczyć na kolejne 20 lat do emerytury. Musimy mieć na uwadze, że zanim nasz najmłodszy synio stanie się pełnoletni, my będziemy po 50tce i zdało by sie dożyć w jakotakim zdrowiu do tego czasu. W sumie to powinniśmy wpłacać sobie na dodatkową  emeryturę, powinniśmy też oszczędzać, ale nie po uciekliśmy z tej podkarpacko-lubelskiej biedy, by teraz znowu jeść chleb z musztardą, jeździć starym gruchotem i mieszkać w jakiejś klitce. Postanowiliśmy choć trochę pocieszyć się życiem, poużywać, pobawić się, pozwiedzać, bo cholera wie, czy dożyjemy tej emerytury, czy dożyjemy choćby następnego roku, kto wie, czy za rok nie zacznie się wojna czy inna tam katastrofa nie wyniknie (żyjemy w ciekawych czasach i wszystko może się zdarzyć), kto wie, czy zdrowie nam nie padnie całkiem (nie młodniejemy)?

Zamieszkując tutaj, trzeba dokonać wielu wyborów i z czegoś zrezygnować na koszt czegoś innego. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.
Za granicą jest różnie - tak samo jak i w ojczyźnie - wszystko zależy od naszego szczęścia, umiejętności odnajdowania się w różnych sytuacjach  i sposobu postrzegania świata.

Najważniejsze jest jednak to, czego tak na prawdę człowiek musi doświadczyć na własnej skórze, co musi przeżyć - ile go to kosztuje strachu, obaw, nerwów, nieprzespanych nocy, łez, zmęczenia,  bólu, tęsknoty,  wstydu, upokorzeń, cierpienia.

Zacznijmy jednak od tego, że są różne rodzaje emigracji. Każdy wyjeżdża z innym nastawieniem. Na przykład są ludzie, którzy zostawiają wszystko: dom, małżonka, dzieci i wyjeżdżają na jakiś określony czas. W niektórych przypadkach jest to tylko kilka miesięcy, w innych kilka długich lat z przerwami dłuższymi lub krótszymi. Ja doświadczyłam tylko kilku miesięcy rozłąki i pamiętam, że tęsknota była ogromna z obydwu stron. Pozytyw taki, że jedna strona może sobie cały czas żyć po staremu i niczego nie musi zmieniać. No nie, przepraszam, musi przejąć obowiązki tego co wyjechał, ale to ciągle pikuś w porównaniu z własną emigracją.

Inna grupa emigrantów to tacy, którzy wyjeżdżają razem, ale na określony czas, czyli z zamiarem powrotu. Ci mają zwykle ten komfort, że zostawiają sobie otwarte drzwi. Uda się to okej, nie uda się to potraktujemy to jak przygodę i wrócimy.

W końcu są tacy jak my, którzy wyjeżdżają na zawsze, którzy przekraczając granicę palą za sobą mosty, którzy nie zostawiają w kraju nic, bo zwyczajnie niczego nie mają, którzy nie mają dokąd wrócić w razie niepowodzenia.

W emigrowaniu z kraju niezmiernie ważne jest też, czy po tej drugiej stronie ktoś na nas czeka. Są bowiem ludzie, którzy jadą do kogoś - rodzeństwa, rodziców, przyjaciół, emigranci którzy wiedzą że tam na obczyźnie będą mogli liczyć na pomocną dłoń i jakieś wsparcie. Są też tacy, którzy przekraczając granicę wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie i łut szczęścia. Na nas nie czekał nikt.

Emigracja to ogromne przeżycie dla każdego.

Na blogu opowiadam o naszym życiu codziennym, a mniejszych i większych problemach, przy czym staram się to życie przedstawić z jak najlepszej strony, a problemy przedstawiam w formie zabawnych anegdotek lub przygód. Staram się nie narzekać na nic ani na nikogo, bo nie lubię jak inni narzekają na wszystko. Staram się nikogo ani niczego nie krytykować, bo nie lubię jak ludzie krytykują moje postępowanie czy pomysły. Staram się być obiektywna, ale od czasu do czasu pozwalam sobie na bardzo osobiste potraktowanie danego tematu i od czasu do czasu sobie też pobiadolę albo coś skrytykuję, bo mi wolno :-)

Belgię i życie nasze w tym kraju przedstawiam w bardzo jasnym świetle, bo tak je widzę, tak je chcę widzieć i - powiedzmy sobie szczerze - tak je MUSZĘ widzieć, bo to jest teraz mój dom i moje życie, innego nie mam i mieć nie będą raczej, więc każdego dnia, w każdej sytuacji, w każdych okolicznościach doszukuję się pozytywów. Nie robię tego dla was, nie robię tego dla popisu, robię to dla siebie samej. Jeśli w najgorszym bagnie uda mi się znaleźć suche miejsce - jestem uratowana, jeśli w największych kłopotach znajdę pozytywną stronę - już wygrałam.

Nigdy jednak nie opowiadam tu wszystkiego, nigdy nie zdradzam najgłębszych i najtrudniejszych uczuć, nigdy nie opowiadam o najtrudniejszych problemach, bo są rzeczy o których nie chce się lub nie powinno mówić publicznie.

Mam jednak za sobą wiele nieprzespanych nocy, wiele dni zwątpienia w siebie i w powodzenie tej życiowej misji, wiele dni, w których umierałam ze strachu o nasze zdrowie fizyczne jak i psychiczne, wiele dni, gdy chciałam zawołać: PIERDOLĘ* TO WSZYSTKO, nie idę dalej!!!  Ale nie ma nikogo, kto by moje życie za mnie przeżył i kto byłby mamą dla moich dzieci.

Jesteśmy tu sami w pięcioro. Na początku nie mieliśmy tu nikogo, na czyją pomoc moglibyśmy liczyć. Nie znaliśmy ani jednego słowa w tutejszych językach a wszystko musieliśmy sami załatwić. Żeby coś załatwić to najpierw trzeba wiedzieć co i gdzie, a my nie mieliśmy nikogo, kto by nam podpowiedział, nie mieliśmy też dostępu do internetu, żeby sobie to wyguglować czy przetłumaczyć. Ludzie się obiadolą jeśli przyjdzie im w swoim kraju coś załatwić, bo ciężko się dowiedzieć gdzie i co a urzędnicy odsyłają gdzie indziej. Ale w swoim kraju masz znajomych, rodzinę a i każda przypadkowa osoba może ci podpowiedzieć to i owo. Za granicą nie masz nikogo i do tego nie umiesz mówić.

Czy myślicie, że taka sytuacja  nie ma żadnego wpływu na człowieka, na jego psychikę? To spróbuj sobie wyobrazić, że nagle budzisz się rano i okazuje się, że mówisz po chińsku, że nie rozumiesz ani słowa po polsku. Jak wyglądał by twój dzień? Czy udało by ci się załatwić w swoim banku kredyt? Czy wytłumaczyłbyś lekarzowi co dolega dziecku? Jak poradziłbyś sobie na wywiadówce swojej pociechy? Jak szybko trafiłbyś byś do psychiatry i jak byś się z nim dogadał? ;-)

Gdy możesz liczyć tylko na siebie w końcu przestajesz w ogóle myśleć o innych. 

Gdy w swojej emigracyjnej samotności stajesz przed jakimś problemem, nie myślisz kto mógłby ci pomóc, kto miał już taki problem, kto mógłby coś wiedzieć na ten temat, bo nikogo takiego nie ma. Jesteś sam. Nikt ci nie pomoże, sam sobie musisz poradzić. Nie możesz tego z nikim przedyskutować, bo jesteś sam. Trzeba się nauczyć z tym żyć, a jak się człowiek nauczy to raczej nie oduczy się tak szybko. Rodzina i znajomi pomyślą pewnie, że nagle się z ciebie straszny snob i mruk zrobił, bo nagle nie rozmawiasz z nimi o swoich problemach, nie prosisz o poradę, opinię jak zwykłeś to czynić wcześniej.

Tymczasem realia życia tu i tam są całkiem inne. Nie tylko zarobki, standard życia, ale prawo, oczekiwania społeczne, zwyczaje, system szkolny, a nawet przepisy kulinarne, czy klimat.

Nagle przestajesz rozumieć o czym mówią twoi dawni znajomi, a oni przestają rozumieć twoje problemy.

W tym kontekście wielkie znaczenie ma na jakich zasadach wyjeżdżamy i jak często bywamy w Polsce. Jeśli ktoś zamierza wracać po jakimś czasie, chce być cały czas na bieżąco, nie może sobie pozwolić na utratę kontaktu z ojczyzną, przy każdej nadarzającej się okazji jedzie do Polski, troszczy się by dzieci chodziły do polskiej szkoły, mniej znaczenia zaś przywiązuje do integracji i poznawania obczyzny, bo myśli o powrocie. Tymczasem ludzie, którzy postanowili związać życie z obczyzną więcej uwagi muszą poświęcić nowemu miejscu. Dlatego ja każdą wolną chwilę poświęcam na integracją, naukę języka, poznawanie Belgii, tutejszych tradycji, zwyczajów, prawa, uczestniczę w  życiu wsi, szukam nowych znajomości wśród autochtonów, zależy mi by dzieci mówiły i pisały bardzo dobrze po niderlandzku, bo to jest nasza i ich przyszłość.  Staramy się jak najwięcej pracować, bo musimy dorobić się jakiejś emerytury. Żyjemy na pełnych obrotach, z kalendarzem w ręku, pochłonięci codziennymi problemami i integracją  mamy coraz mniej czasu by dzwonić do Polski. Wyjazdy są z kolei dla nas zbyt kosztowne  i męczące. Im mniej mamy kontaktu z ojczyzną, tym mniej o niej wiemy, tym bardziej jesteśmy do tyłu. Im mniej wiemy, tym trudniej zrozumieć problemy rodziny, a rodzinie trudno zrozumieć nasze.

Rodzina zarzuca ci że zapomniałeś, gdzie się wychowałeś.

Doprawdy uważacie za normalne, że jak komuś nagle życie zacznie się lepiej układać, będzie każdego dnia wspominał z tęsknotą te momenty, gdy nie miał co do gara włożyć, za co butów czy antybiotyku dzieciom kupić, że będzie z czułością rozpatrywał jak to samotnie kładł się do łóżka przez kilka lat? Było oczywiście w moim życiu masę cudownych, pięknych i miłych chwil, które wspominam co jakiś czas oglądając albumy ze zdjęciami. Jednak musicie wiedzieć, że gdy przekracza się granicę z wilczym biletem w ręku, to lepiej nie oglądać się do tyłu. Gdy nie można wrócić, bardzo trudno wraca się w myślach do chwil minionych.

Czasem dla własnego dobra lepiej jest myśleć o tym co złego nas w kraju spotkało niż o dobrych chwilach. Wtedy łatwiej jest pokochać nowe miejsce i zbudować nowy dom wśród obcych ludzi. Czasem lepiej zapomnieć. 
Łatwo się wytyka komuś coraz rzadsze kontakty z rodzinnym gniazdem, gdy mieszka się tuż obok brata, siostry, ciotek, babć, wujków, dziadków, kolegów z którymi się kopało piłkę za gówniarza, dawnych nauczycieli, sąsiadów których zna się od dziecka, gdy widuje się znajome pyski każdego dnia w domu, sklepie, szkole, kościele, pociągu, gdy wystarczy przejść dwa kroki lub wyjrzeć przez okno by z nimi pogadać.

Bardzo trudno jest czasem rozmawiać przez telefon czy skype z bliskimi, których nie masz szans zobaczyć w najbliższym czasie.

Z jednej strony jest miło usłyszeć znajomy głos, powspominać stare dzieje, posłuchać nowin, popatrzeć jak dzieci rosną, z drugiej strony, gdy człowiek sobie uświadamia, że oni tam wszyscy są razem, gadają ze sobą każdego dnia, świętują razem urodziny, zasiadają do wigilijnej kolacji, kłócą, obrażają na siebie  i godzą, odwiedzają się, pomagają sobie w remontach, odwiedzają w chorobie, robią sobie psikusy, a my tu całkiem osobno już nigdy z nimi nie będziemy dzielić tych chwil wesołych i smutnych to robi się trochę ciężko na sercu. Do tego dochodzi wspomniane wcześniej coraz częstsze niezrozumienie wzajemne.

Do tego dochodzi bolesny temat odwiedzin.

Jakoś tak się przyjęło, że to na emigrancie spoczywa obowiązek odwiedzania rodziny w Polsce. Niestety nie rozumiem dlaczego? Bo co? Z zagranicy do Polski bliżej? Emigrant ma podróż za darmo? Emigrant ma więcej czasu? Pewnie że zarabiam więcej niż w Polsce i łatwiej mi uzbierać na wakacje, ale niestety pracuję na ten luksus ciężko, nie dostaję tu nic za darmo a koszty życia są dużo większe niż w ojczyźnie, a czasu wolnego dużo mniej. To nie jest tak że dla emigranta wyjazd do Polski to jak skoczyć po bułki do biedry. Dla mnie na dzień dzisiejszy jest to praktycznie niemożliwe. Samolotem nie polecę - dowód mam nieważny i najpierw muszę postarać się o obywatelstwo a to może potrwać (lub wyrobić paszporty a to spory koszt i potrzeba czasu, którego nie mam). Auto odpada ze względów zdrowotnych - od leżenie i pierdzenia w stołek mam problemy z wysiedzeniem w aucie już przez 100km, po czym wyczołguję się z bolącymi plecami i ścierpniętymi rękami jojcząc i przeklinając mój wiek. Autobus - j/w plus choroba lokomocyjna. Pociąg był jedyną sensowną możliwością dopóki nie zlikwidowali większości połączeń - 30 godzin w podróży z 5 przesiadkami za kilkaset ojro od osoby to nie dla mnie już niestety.
Marzyło mi się (marzenie są zawsze za darmo i wolno mi marzyć o wszystkim), że chodź raz mnie ktoś z Polski odwiedzi, jak czynią to znajomi moich znajomych, ale najwidoczniej nie jestem tego warta. Rozumiem to doskonale - zawsze byłam anormalna i aspołeczna to nie powinnam się dziwić teraz. A jednak... nie zawsze rozumiem.

Proste sprawy mogą być powodem wzajemnego niezrozumienia.

Opowiadam na blogu o tym, jak żyje się tutaj, jakie są zwyczaje i oczekiwania, by przybliżyć najbliższym, trochę dalszym i zupełnie obcym nasz świat. Niestety wielu rzeczy nie da się opowiedzieć i pokazać, jeszcze więcej nie da się zrozumieć, jeśli się ich nie doświadczy. Dlatego już dziś coraz trudniej mi się rozmawia z tymi co zostali, bo to co dla nas tu jest rzeczą normalną, zwyczajną i oczywistą, w Polsce może być przejawem niezdrowej fanaberii. I odwrotnie - co w Polsce jest normą, tutaj może być już dziwactwem. To są różne światy. Przy tym o ile na początku ja wiedziałam jak jest z tym czy tamtym w Polsce i mogłam się do tego ustosunkować tak dziś już nie bardzo ogarniam polskie realia. Przez 4 lata zmieniło się bardzo dużo, ale skąd ja to mam wiedzieć?

Nie jesteśmy w stanie być na bieżąco z polskimi realiami żyjąc w belgijskich  i nie bywając w ojczyźnie.

Mieszkam w Belgii czwarty rok. To mimo wszystko kupa czasu. Żyję według tutejszych wytycznych, przestrzegam tutejszego prawa i tutejszych zwyczajów,  poruszam się po belgijskich drogach, przebywam głównie wśród Belgów, mój mąż pracuje z Belgami w belgijskiej firmie, dzieci mają tylko belgijskich znajomych coraz więcej gotuję według belgijskich przepisów, czytam belgijskie gazety o wydarzeniach w Belgii, zarabiam w euro i wydaję w euro, leczę się u belgijskich doktorów i czeszę u belgijskich fryzjerów i tak długo mogłabym jeszcze wymieniać, bo każdy aspekt życia związany jest teraz z Belgią, gdyż tu właśnie mieszkam, a do tego nie mam zbyt wiele kontaktu z rodakami. Dlatego coraz mniej wiem, jak coś wygląda w Polsce i nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że z każdym dniem wszystko się zmienia, a im więcej dni mija,  tym z zmienia się bardziej.

Nie mam tu zbyt wielu polskich znajomych, a ci których mam też żyją tutejszym życiem. Gdy ze sobą rozmawiamy, to tematami wiodącymi są nasze bieżące problemy. Gadamy o naszych dzieciach, o szkole, wymieniamy się wrażeniami z ostatniej wizyty u ginekologa, przepisami na szybki obiad, narzekamy na mężów, sąsiadów i pomysły nauczycieli. Tak samo jak w Polsce z tym tylko, że w naszych rozmowach można usłyszeć dziwne wyrazy i pokręcone zdania.

Nasze polskie dzieci używają w domu spolszczonych wyrazów z języka którym posługują się w szkole, a my rodzice bardzo szybko od nich to przejmujemy i tym pomieszanym językiem rozmawiamy w domu i z polskimi znajomymi. Dzieje się tak dlatego, że niektóre wyrazy są łatwiejsze do powiedzenia po obcemu niż po naszemu albo zwyczajniej fajniej brzmią. Niektórych słów często używa się w szkole a rzadko w domu i zwyczajnie zawsze siedzą na wierzchu i same się na język pchają. U nas np na stałe przyjęły się "boekentas" (tornister), "wiskunde" (matma), "godsdiens" (religia), "knoflook" (czosnek), "pompoen" (dynia) i wiele innych. Nigdy nie pytam o wynik testu z matematyki - zawsze z wiskunde, a mąż zawsze kupuje knofloka, bo nazwa przez 4 lata nie przestała nas bawić. Młoda wspominała nawet, że będąc w Polsce kazała ciotce włożyć coś "do bukentasa" i ciotka z jakiegoś dziwnego powodu niezrozumiała hahaha. Ten mieszany język to też chyba coś w rodzaju emigranckiego slangu, który łączy nas emigracyjnych rodziców :-)

Kto zastanowił się choć przez pięć minut nad tym,  co czuje ten który wyjechał za granicę? Mieszkałam długie lata w Polsce i patrzyłam na tych co wyjeżdżali, przyjeżdżali i - nie będę tu cyganić - nigdy się nie zastanawiałam nadmiernie jak oni się tam czują, jak tak na prawdę żyje się za granicą. 

Wystarczyło mi to co widziałam. Co widziałam ja? Że mają więcej kasy. Że inaczej się ubierają. Że przyjeżdżają i budują sobie domy. Że jadą na narty. Że mają nowy samochód i inne wizualne rzeczy. Że trochę inaczej zaczęli mówi i się zachowywać. Wydawało mi się, że popisują się, że chcą zaszpanować, zabłysnąć, pokazać swoją inność. No niektórzy na pewno robią szoł i się popisują, ale to zwykle tacy, co mają troszkę mało rozumku, a co byli za granicą raptem cały tydzień na zbiorach pomidorów z innymi rodakami i nawet  tej zagranicy tak na prawdę nie widzieli...

Przez 35 lat mieszkałam w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, borykałam się z podobnymi problemami, nie wiedziałam nic o innym świecie, bo skąd miałabym wiedzieć. Jak oglądałam czy czytałam o życiu w innym miejscu czy innym czasie to było to owszem ciekawe, ale nadal tak na prawdę nic nie wiedziałam. Czy jak wam opiszę, jak smakują małże z frytkami i majonezem oraz prześlę wam zdjęcie to poczujecie ich smak? 

Ludzie nie opowiadają o tym co przeżyli i co czuli, czego doświadczyli, bo się wstydzą albo boją obgadywania. Tacy, co jak ja opowiadają o tym co czują, co myślą, którzy o zgrozo przyznają się do własnych błędów  i wpadek są wyzywani od czubków. W Polsce bowiem każdy chce uchodzić za twardziela i superbohatera (nie tylko pewnie w Polsce), bo inaczej zrównają go z błotem. W Polsce nie wolno przyznać się że jest ci źle, że masz jakiekolwiek problemy, bo będą z ciebie szydzili i pokazywali palcami. W Polsce nie możesz się też przyznać, że nie masz pieniędzy, bo to znaczy że jesteś nieudacznikiem i tępym Johnem, albo skąpcem, cyganem i krętaczem. Gdy ktoś pyta, jak ci tam za granicą to mówisz "dobrze" i to jest koniec tematu. Nikt się nie dopytuje, a ty nie wyjaśniasz, bo po co mają ci dupę obrabiać i snuć chore domysły, jak tylko się odwrócisz. Zresztą widzą, że jest dobrze, bo jak ma nie być dobrze, skoro nową bryką prosto z salonu zajechałeś, skoro ty i twoje dzieci w markowych ciuchach się lansujecie.... bo każdy widzi tylko to co chce widzieć. Kogo obchodzi, że w twoim kraju utrzymanie starego auta jest droższe niż zakup nowego. Kto pomyśli, że te markowe ciuchy to de facto najtańsze ubrania dostępne w twojej okolicy i to kupione za równowartość paczki chipsów na letniej czy świątecznej wyprzedaży. Każdy widzi, to co chce widzieć.

Opowiadam na moim blogu jak nam się żyje, bo chcę to życie trochę przybliżyć i pozwolić zrozumieć tym co zostali tych co wyjechali. 

Emigracja to trudne doświadczenie życiowe, które zmienia nas i to bezpowrotnie. 

Piszę czasem, że tu w Belgii jest np łatwiej coś kupić, nawet auto, nawet dom są w zasięgu przeciętnego człowieka. Opowiadam, że są różnice w cenach poszczególnych rzeczy, że np te markowe ciuchy które w Polsce są tylko dla zamożnych tutaj są zwyczajnie najtańsze, a dla zamożnych są takie, których w PL nawet nie ma pewnie. Co to jednak oznacza dla Polaka, który postanawia zamieszkać w Belgii? Większość powie no SUPEROWA SPRAWA a może nawet pozazdrości, a przyjdzie komuś do głowy, że z tym faktem trzeba się nauczyć żyć? Tak, to wcale nie jest proste ogarnięcie całkowicie innych warunków ekonomicznych. Kupię se markową bluzkę za 3 euro ale za fryzjera zapłacę 100€. To jest duży szok. Zrozumienie i poznanie całego rynku trwa miesiącami, latami. Zanim człowiek to ogarnie choć w minimalnym stopniu, czuje się zwyczajnie zagubiony i skołowany. Zwyczajnie nie wie się na początku na co cię tak na prawdę stać. Wszystko stoi na głowie. Ale ludzie widzą przecież tylko, że masz nową bluzkę albo nową fryzurę...

Ale co tam ekonomia, jak całe życie toczy się tutaj trochę inaczej. Sam język. Kto zastanowi się, co to znaczy uczyć się mówić od nowa w wieku 10, 20, 40 lat? Tak to łatwo powiedzieć "mieszka za granicą już rok". Przez rok wiele się dzieje w życiu każdego człowieka. Temu się dziecko urodzi, temu się auto zepsuje 10 razy, tamten pójdzie na studia, jeszcze inny dostanie pracę lub ją straci. Dla większości jednak pewne rzeczy są ciągle stałe - mieszka w tym samym domu, je z tej samej miski, ma tych samych sąsiadów, mówi tym samym językiem, ogląda te same programy w telewizji, robi zakupy w tych samych sklepach, zna ceny, smaki, głosy, zapachy. Jednak jak się zepsuje auto albo urodzi dziecko to wiele to zmienia, prawda? A spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest gdy zmieni się wszystko, każdy najdrobniejszy detal w twoim życiu. Nagle nie znasz sąsiadów, śpisz w innym domu, jesz z innej miski, nie rozumiesz, co sąsiedzi do ciebie mówią, chleb ma inny smak, w telewizji nie ma twoich seriali, w radiu twoich audycji, w sklepach twoich ulubionych produktów, nawet głupi termometr nie działa jak w Polsce, a ty nie masz nikogo w promieniu 100 km, z kim można by pogadać, kogo można by poprosić o najdrobniejszą poradę, szklankę cukru, czy jakąkolwiek pomoc. Wiesz, że gdyby nagle dziecko spadło ze szafy to nie masz po kogo zadzwonić czy polecieć po pomoc a w pogotowiu cię nie zrozumieją. Wiesz że jesteś skazany tylko i wyłącznie na siebie i wszystkiego musisz się nauczyć sam, jak małe dziecko krok po kroku, słówko po słówku, z tym, że dziecko ma mamę, która go prowadzi za rączkę, a imigrant często nie ma nikogo. Oswajanie rzeczywistości może trwać latami, ale kto o tym myśli żyjąc sobie ciągle w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, walcząc ze swoimi problemami? Ja nie myślałam na przykład kiedyś.

No ale w końcu po roku, dwóch, dziesięciu coraz bardziej ogarniasz te obce realia, oswajasz je, uczysz się w nich żyć i jedziesz do Polski i nie pojmujesz dlaczego ludzie  mówią "o wielka Belgijka przyjechała", "zapomniała gdzie się urodziła", nie wiesz o co im się rozchodzi, nie zdajesz sobie sprawy, że nauczyłeś się żyć w innych realiach, że już nie zawsze rozumiesz polskie. Czy to znaczy że zapomniałam, gdzie się wychowałam, w jakich realiach? Nie, to znaczy tylko że nie jestem na bieżąco i już nigdy nie będę, bo żyję tu nie tam, a realia się różnią bardzo a do tego ciągle zmieniają, zaś ja nie mam przełącznika w mózgu: cyk - Polska, cyk Belgia, cyk Korea Południowa. Czy to znaczy że się zmieniłam? A jak niby miałabym żyć w obcym kraju, gdybym się nie dostosowała, nie zmieniła swoich przyzwyczajeń, podejścia do życia?

Wiem jak - tak jak żyją ci Polacy w tzw polskich gettach, w polskich dzielnicach, którzy po 5, 10, 20 latach mówią nadal tylko i wyłącznie po polsku, trzymają się tylko z Polakami, pracują u innych Polaków lub z innymi Polakami u tubylca, czeszą się tylko i wyłącznie u polskich fryzjerów a auta naprawiają u polskich mechaników, kupują tylko w polskich sklepach, bo do tutejszych  wstydzą się pójść, bo nie potrafią się tu odnaleźć. Którzy po 10 latach na obczyźnie na fb mają tylko polskich znajomych, którzy mają tylko polską telewizję i żyją tylko tym co w Polsce. Którzy mają tylko nikłe  (tyle co drugi Polak powiedział) lub zerowe pojęcie na temat tutejszego życia, zwyczajów, prawa, tradycji, szkolnictwa czy turystyki. Każdy dokonuje wyborów i żyje po swojemu i każdy ma do tego prawo...

Gdy wybierzesz (lub tak ci się losowo ułoży) opcję z dala od innych rodaków to będziesz sam. My byliśmy w piątkę i było nam raźniej, ale też z drugiej strony trudniej, bo musieliśmy się martwić o nasze dzieci i siebie nawzajem. Co innego pojechać jednemu dorosłemu na jakiś określony czas, wiedząc że dzieci i partner siedzą sobie bezpiecznie w domu pośród znajomych ludzi - uda się czy nie uda, to wiesz, że masz gdzie wrócić, że masz dom, że ktoś na ciebie czeka. Niektórzy tak robią długie lata. Co innego postawić wszystko na jedną kartę, wóz albo przewóz, bilet w jedną stronę, nie ma powrotu, nie ma pewności, że się uda, bez pieniędzy, znajomości, pomocy, licząc na łut szczęścia i dobrych ludzi. Ale kto się nad tym zastanawia, kto pomyśli, co przeżyły nasze dzieci, co przeżyliśmy my dorośli? Ile to nas wszystkich kosztowało (i kosztuje nadal) nerwów, strachu, nieprzespanych nocy? Czy takie doświadczenie  może  zmienić człowieka? Czy może wpłynąć na jego psychikę i charakter? Na to pytanie niech se każdy sam odpowie wedle własnych kryteriów postrzegania świata. Mnie zmieniło na pewno i to bezpowrotnie. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Mnie nie zabiło... jeszcze.

Emigracja zmienia ludzi.
Może dzięki temu wpisowi choć jedna osoba zrozumie dlaczego, a może i nie...
Może dzięki temu wpisowi, jedna osoba zrezygnuje z emigracji i oszczędzi swoim znajomym i sobie przykrych doświadczeń, a może to właśnie kogoś do emigracji zachęci...
Może ktoś doczytał do końca, a może po pierwszym akapicie stwierdził, że to beznadziejny teskt i odlubił bloga...
Może rodzina i znajomi się na mnie po tym tekście całkiem wypną... a może nie.

Jedno jest pewne - Polska nadal jest w moim sercu. Uwielbiam oglądać stare zdjęcia (a mam ich setki jak na córkę fotografa i miłośniczkę pstrykania przystało), wspominać wszystkie miejsca które odwiedziłam i wszystkich ludzi których spotkałam na swojej drodze. Pamiętam dobre i złe chwile, poważne i śmieszne... Opowiadam o nich swoim dzieciom. Opowiadam Belgom i innym obcokrajowcom o mojej ojczyźnie, o moim życiu, rodzinie, znajomych. Mówię im o rzeczach dobrych i złych, tak jak na tym blogu wam Polakom opowiadam o Belgii.

Mój rodzinny dom to była zawsze  szalona zbieranina ludziów, kotełów, piesełów i wszelakiego innego żywego stworzenia. Co jedno to większy oryginał (myślicie, że po kim mam swoją nienormalność?)





...ale też miejscem, gdzie w spokoju można było wypić kawę, podumać albo pogadać o wszystkim i o niczym



Moja praca była fantastycznym, pasjonującym i ciekawym doświadczeniem życiowym

Poznałam w Polsce wielu świetnych ludzi. Czas spędzony z drużyną to niepowtarzalne chwile.



Polskie zimy ech :-)

Cieszę się, że dane mi było zwiedzić tyle pięknych miejsc w ojczyźnie zanim wyjechałam







 


Polska to piękny kraj, który mam i pewnie na zawsze już w pamięci i sercu mieć będę, ale
JUŻ NIE MÓJ. To nie żale, nie biadolenia - nie doszukujcie się , proszę, w moich wpisach tego czego tam nie ma - to są fakty. Tęsknię czasem do chwil minionych, wspominam je czule (albo i ze złością na siebie lub kogoś, bo takie jest życie), ale nie żałuję niczego. Jestem zadowolona z moich życiowych wyborów. Jestem szczęśliwa jako żona, jako matka i jako emigrantka. Nie znaczy to, że nie mam prawa sobie czasem ponarzekać, powkurzać (na męża, dzieci, zagranicę czy Polskę), że nie mam prawa się martwić, denerwować, że nie wolno mi marzyć i tęsknić, bo niczym się od was wszystkich pod tym względem nie różnię - ciągle jestem tylko (a może aż) człowiekiem i to bardzo wrażliwym, empatycznym i emocjonalnym, tylko może czasem z cięższym o pewne doświadczenia bagażem. Fajnie by było spotykać się z rodziną od czasu do czasu, fajnie by było dzielić się  co roku opłatkiem i jajkiem, próbować wszystkich urodzinowych tortów, fajnie by było pogadać o bieżących problemach i poradzić, fajnie by było być na bieżąco, ale cóż ...dzień ma tylko 24 godziny, 1500km to w ciul daleko, hajs nie rośnie na krzaku, a robota się sama nie zrobi. Już nigdy nie będzie, tak jak było - ciężko się czasem z tym pogodzić, ale nie ma wyjścia. Takie jest życie.





*) tak to wulgaryzm, użyty świadomie z premedytacją, bo wiecie ja zwyczajny robol jestem i jak mi spadnie cegła na stopę to nie mam zwyczaju mówić wtedy tonem pani od polskiego "o motyla noga", tylko zaryczę to co zaryczy każdy normalny, gdy mu spadnie cegła na stopę...

8 października 2017

Jak się jeździ rowerem elektrycznym i inne ciekawostki rowerowe.

Rowerowy dzwoneczek Młodego
W czerwcu zmieniłam biuro zabierając ze sobą wszystkich klientów. Dziś mogę rzec, że to była dobra zmiana. Wypłaty dostaję regularnie - pod koniec przepracowanego miesiąca otrzymuję na konto zaliczkę, na początku następnego miesiąca wpływa reszta wypłaty. Tak to można żyć i wydatki jakoś sensownie zaplanować, a nie jak z poprzednim biurem, gdzie wypłaty były co tydzień, co dwa z czego raz było to 100€, drugim razem 500, a trzecim razem 50 lub nic. Tym razem po 3 miesiącach dostałam umowę na czas nieokreślony, podczas gdy w poprzednim biurze przez 2 lata dostawałam umowy na miesiąc, bo zawsze coś było nie tak, no ale tak to jest jak człowiek nowy w systemie (w kraju w ogóle), a do tego nie zna języka i nie ma pojęcia niebieskiego  jak to wszystko działa ani tym bardziej jak powinno działać. Uczymy się powoli na błędach, uczymy...

To biuro pewnie też ma jakieś wady, jak wszytko na tej planecie, ale póki co jestem zadowolona. Poza regularnymi wypłatami a może nawet bardziej niż wypłatami zadowolona jestem z roweru firmowego, który odebrałam z biura po tygodniu od podpisania pierwszej umowy. Wcześniej nigdy nie miałam przyjemności przewieźć się rowerem elektrycznym, ba w Polsce nawet nie wiedziałam, że takie cuś w ogóle istnieje i że tylu ludzi na tym jeździ. W Belgii jeśli idzie o rowery to ludzie mają hopla (w Holandii ponoć jeszcze większego), a na ulicach można spotkać najdziwniejsze wynalazki. Na początku wielce fascynowały mnie głównie rowery z ogromnymi skrzyniami na zakupy albo do przewozu dzieci. No czad po prostu. Takim to i lodówkę można przywieźć ze sklepu a nie tylko zakupy jedzeniowe. Widziałam, jak ktoś wiózł w Mechelen.

rower do przewozu dzieci
rower do przewozu zakupów lub dzieci

inny rower towarowy
składak
Inny gatunek roweru, który bardzo mi się podoba, to składak. Pamietacie rower Wigry3, który składał się na pół? To coś w tym stylu, tylko składa się to w minutę, po czym można to nieść w jednej ręce bo jest wielkości i ciężaru pierwszej lepszej torby na zakupy. Składak można wziąć do pociągu czy autobusu bez specjalnego biletu czy kłopotu, co więcej można na nim siedzieć tam, bo tak jest skonstruowany, że po złożeniu staje się stołeczkiem.

Nie głupie są też te wszystkie torby i koszyki rowerowe. Takie wynalazki w Polsce też były od dawna, ale nie aż taki wybór jak tu w tym raju rowerowym. Torbę na rower ma tu chyba większość rowerzystów co najmniej jedną. Taka torba jest wielkości sporego plecaka i całkiem sporo się w niej mieści. W dwóch mieści się jeszcze więcej. Ja mam aktualnie dwie torby i spory kosz wiklinowy na kierownicy. Gdy wezmę plecak i skrzynkę, mogę załadować pełny wózek zakupów na rower. Wystarczy sensownie układać produkty i pamiętać, że pomidory czy chipsy nie mogą być na spodzie :-) Na ścieżkach widuję jednak ludzi, którzy mają jeszcze torby na przednim kole. Nie mam takich i nie wiem, jak sie je mocuje. One są raczej dla rowerowych turystów. Dla zwykłych ludzi wystarczają te zwykłe na bagażnik. Poza zakupami bardzo przydają się do przewożenia akcesoriów szkolnych typu strój na gimnastykę, jakieś materiały na technikę czy inne cuda, które trzeba akurat do szkoły przynieść a które do tornistra już nie wlezą. W torbach wozi się też akcesoria przeciwdeszczowe, które w tym deszczowym kraju są niezbędnym wyposażeniem każdego rowerzysty od przedszkolaka do emeryta. Tych akcesoriów też jest tu wybór taki, że głowa mała. Nie tylko parasole, kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Są też kapelusze i chustki, ochraniacze na buty, na plecaki i oczywiście na torby rowerowe (te akurat ja mam wbudowane w dno torby). Te gadżety są we wszystkich kolorach tęczy i z najróżniejszych materiałów jak folia pvc, tkaniny wodoodporne, gumy. Jednorazówek tu raczej nikt nie kupuje, zresztą nawet nie widuję takowych za często, bo zwyczajnie się to nie opłaca skoro co dnia może padać nawet jak o poranku niebo jest błękitne bez choćby jednej chmurki i często tak własnie jest. 

rowerowe taxi
Poza wynalazkami praktycznymi w sklepach znajdziemy tu mnóstwo innych bajerów. Jednym z bardziej popularnych, a w Polsce raczej nie spotykanych, są kwiatki na kierownicę. Takie szmaciaki sztuczne na druciku które zakręca się wokół kierownicy. My też sobie takie kupiłyśmy - rower od razu babsko wygląda i łatwiej go znaleźć na parkowiskach dla rowerów :-) 

parkowisko dla rowerów w Brugii na rynku
Chodnik w centrum Antwerpii - rowery są wszędzie
Nietutejsi nie wiedzą, co to znaczy parkowisko dla roweróww Belgii, a to znaczy że w jednym miejscu stoi np kilkaset czy kilka tysięcy rowerów w oczekiwaniu na swoich właścicieli. Tak, na parkingach rowerowych przy dużych dworcach kolejowych trzeba liczyć raczej w tysiącach. Przy szkołach w setkach. Roweradła (tak my nazywamy metalowe stojaki na rowery) są wszędzie i nigdy nie stoją tam na darmo. Poza szkołami i dworcami są przy wszystkich urzędach, sklepach, zakładach fryzjerskich, przy każdym prawie przystanku. Na stacjach kolejowych oprócz stojaków są też wieszaki na rowery, gdzie rower za koło się wiesza na haku.
roweradło pod szkołą podstawową (200 uczniów - 100 rowerów)

rodzice odbierają dzieci ze szkoły, po lewej wózek rowerowy
Z ciekawszych wynalazków rowerowych nie można zapomnieć o specjalnych wózkach dla dzieci i PSÓW! Wózek czy tez fotelik rowerowy dla dzieci pewnie każdy z was choć raz widział albo nawet ma własny, ale dla psów to w Polsce chyba nie są zbyt popularne,  tu i owszem. Całkiem sporo ludzi wozi pupile na rowerze w specjalnym koszyku albo we wózku (są też takie normalne wózki spacerówki dla piesełów ale o tym innym razem). 

I tu dochodzimy do rowerów elektrycznych. Przyznam że na początku pobytu w Belgii poczułam się lekko skonsternowana, gdy tak sobie zasuwałam moim starym rowerem ścieżką rowerową pod górkę i przeciwny wiatr i pot płynął mi ciurkiem po plecach, a kopyta odmawiały posłuszeństwa i tu nagle usłyszawszy  jakiś szum  z tyłu spoglądam i szczęka opada mi na asfalt, bo oto widzę, jak falanga staruszek na rowerach mnie wyprzedza bez większego wysiłku. Ki czort tym babciom dal tyle powera? Ano okazało się, że powera im dała bateryjka zamocowana sprytnie na rowerku i zupełnie nie rzucająca się w oczy. Kurde, pomyślałam, że taki rower to ja bym chciała mieć, by wozić zakupy, no i na dojeżdżanie do roboty, która okazała się bardziej energiożerna niż mi się z pierwa wydawało. Wyguglowałam sobie i wyszło że taki tańszy elektryczny rower to bagatela tysiąc ojro. Może kiedyś - powiedziałam sobie i dopisałam elektryka do listy życzeń do spełnienia.

tu mój rower jeszcze nowiutki


Życzenie spełniło się jednak zupełnie przypadkiem, gdy postanowiłam zmienić biuro. Okazało się, że w tym biurze pomoce domowe mają do wyboru czeki żywnościowe lub pakiet zdrowotny, czyli ubezpieczenie szpitalne, dentystyczne oraz rower elektryczny z 2-letnim darmowym serwisem i ubezpieczeniem od pecha (kapeć, pęknięty łańcuch itp). Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć na początku, że tak zupełnie gratis dają pracownicy rower, no ale jak się okazuje dają i gratisowe serwisowanie z dojazdem do klienta również. Trzeba było wyregulować hamulce - wysłałam mejla i już za dwa dni przyjechał pan i zrobił co trzeba. Gdybym złapała kapcia w drodze, to przyjadą natychmiast i zrobią albo - w poważniejszych kłopotach z rowerem - zabiorą rower do naprawy a mnie odwiozą do domu. Gicio. (nota bene takie ubezpieczenie w Belgii (obejmuje kraje Beneluxu) kosztuje 60-100€ na rok od rodziny i jak ktoś dużo roweruje to polecam to się tu nazywa FIETSBIJSTAND, można wyguglować: 

Jeżdżę na moim elektryku 4 miesiąc, przejechałam już prawie 1000 km (bez kilku kilometrów jak na dzień dzisiejszy). Zatem mogę już coś na temat tej jazdy powiedzieć. Do każdego nowego roweru trzeba się przyzwyczaić i z każdym trzeba się zgrać, ale z elektrycznym jest to trudniejsze niż ze zwykłym. On jest szalony. Trzeba się nauczyć, że startuje się z niskiego biegu, bo jak człowiek zapomni na czym siedzi to może zostać zrzuconym przez tego rumaka. No, może nie zrzuconym, ale startowanie z kopyta to nie jest zdecydowanie najlepszy pomysł. To samo przed skrzyżowaniem czy innym miejscem, gdzie trzeba zwolnić lub się zatrzymać - trzeba pamiętać o zmianie biegu jak w samochodzie, bo kto normalny stratuje z trójki? Cholibka, takim rowerem się trzeba nauczyć jeździć. Nauczyłam się już, ale chwilę to trwało. 

Wiem już też, że używanie największego, w tym wypadku 5 biegu piorunem zużywa baterię, gdy jednak jeżdżę na 3 to spokojnie mogę jeździć cały tydzień. No chyba że piździ... Tak, okazuje się że jazda pod wiatr jest też bateriożerna, co niby logiczne, ale kto by się nad tym zastanawiał, gdy jedzie z wiatrem. Baterię można ładować na rowerze albo można ją wymontować (łatwo i szybko) i ładować w domu. Jak się rozładuje w drodze to trudno, trzeba jechać bez wspomagania. Idzie ciężej niż na zwykłym rowerze, ale da się jechać w razie co i to najważniejsze.

Tyle biorę spokojnie na mój rower, gdy nie mam skrzynki na bagażnik ani plecaka :-)
Tak czy owak na takim rowerze jeździ się fantastycznie. Niby trzeba pedałować cały czas, żeby jechało, ale to jest tak jakby człowiek z górki jechał ciągle, nawet jak de facto pod górę zasuwa albo na ten przykład pod wiatr. Jazda zatem jest niemęcząca, ale to ciągle rower - ciągle człowiek jest w ruchu słysząc wiatru świst w uchu i oddychając świeżym powietrzem, a ja to właśnie lubię, nawet jak pada (co nie znaczy że czasem pogoda mnie nie wkurza, bo co innego 2 dni deszczu a co innego 2 miesiące non stop).

Oczywiście, jak ktoś wsiada na rower po to by spalić kalorie, zażyć relaksu przejeżdżając przy niedzieli 10 km raz na miesiąc i to w ładną pogodę,  czy po to by się wyżyć to zdecydowanie kupowanie takiego roweru mija się z celem. Jednak jak ktoś lubi rowery jak ja, ale poza tym zapieprza fizycznie jak dziki osioł albo zwyczajnie musi codziennie daleko dojeżdżać przewożąc przy tym różne ciężkie rzeczy, czy też np ma już bardzo dużo lat albo problemy zdrowotne, ale lubi być w ruchu, to ten rower jest akuratnym wynalazkiem.

Oto Młoda ze swoim rowerkiem i tornistrem
Właśnie rozważamy zakup takiego roweru dla Młodej na dojazdy do szkoły. Bo wiecie, fajnie się jedzie na rowerku w krótkich porteczkach przy słonecznej niedzieli. Można nawet 30 kilosów przepedałować i ani się nie zauważy - relaksik, przyjemność, radość. Inna jednak sprawa, gdy bez względu na aurę i porę roku człowiek musi wsiadać na rower i kręcić 7-20 kilometrów. Wiecie jak wygląda jazda rowerem do szkoły/roboty w zimie? Termometr wskazuje dajmy na to minus 5 czy 0 stopni, leje jak z cebra, wieje jak by się kto powiesił - jednym słowem plucha. Dla pewności człowiek wychyla łeb przez drzwi i sprawdza, czy aby z bliska to inaczej nie wygląda. Brrrrr. Na normalne ubranie zakłada grubą bluzę i kurtkę, na to jeszcze portki i kurtkę przeciwdeszczową, jeśli zwykła kurtka może przemoknąć. Do tego rękawiczki, czapka i co tam się jeszcze znajdzie. Przywiązuje swój 10kilowy tornisterek, czy torbe roboczą  do kosza na bagażniku i wyrusza. Przez pierwszy kilometr zimno jak diabli, potem zaczyna się rozbić coraz cieplej od pedałowania - im bardziej pod wiatr i pod górę tym szybciej się ociepla. Po 4 kilometrach rozpina się kurtkę, po 7 zsiada się z roweru z kurtką na kierownicy, czyli mokrym zarówno od deszczu jak i własnego potu. Ani w szkole, ani w mojej robocie nie ma możliwości kąpieli, czyli cały dzień człowiek musi sie kisić we własnym pocie i być może czasem lekko podśmierdywać. Niefajnie c'nie? Poza tym - jako się rzekło - rowerownie to czynność wyczerpująca fizycznie, a tu lekcje się się same nie wysłuchają ani nie nauczą, robota się sama nie zrobi, a jeszcze do domu trzeba wrócić wieczorem i tam dalej się uczyć lub pracować, a bywa że to i to. Najlepiej jednak jak pogoda jest taka jak np teraz - rano 10 stopni, deszcz i wiatr a po południu 20 i słonecznie. Wieź pół szafy ubrań na bike'u razem z plecakiem i zakupami. No jak wielbłąd.

Czekamy na wyprzedaże końcoworoczne, bo może i elektryki będą w jakiejś dobrej cenie i może się uda jakoś z kasą wyrobić, by ułatwić dziecku życie, kto wie.

A jak tam u was z rowerowaniem?