21 maja 2023

Majowo kolorowo

W maju zawsze dużo się dzieje, bo wiosna, bo ciepło, bo kolorowo... Wpis powstawał przez kilka dni, jak to się często mi zdarza i , jak zwykle, jest o wszystkim po trochu. Niekoniecznie chronologicznie i sensownie, jak to w pamiętniku...
selfiequeen w tęczowej stolycy ;-)


Dzień Matki

W zeszły weekend w Belgii obchodziliśmy Dzień Matki. Tutaj Dzień Matki oficjalnie obchodzony jest zawsze w drugą niedzielę maja. Tradycja przytargana, jak wiele innych,  ze Stanów Zjednoczonych. Wyjątkiem jest jednak Antwerpia. Oni Dzień Matki świętują 15 sierpnia i ta tradycja jest dużo starsza oraz związana ze świętem "Matki Boskiej Zielnej". Maryja jest, zdaje się, patronką Antwerpii. Aktualnie głównie starsze pokolenia trzymają się tej sierpniowej tradycji.

Tak czy owak, podobnie jak w Polsce, i tu dzieci w szkole tworzą prezenty dla swoich mam, ojców czy dziadków z okazji stosownych okoliczności. Szóstoroczni w tym roku tworzyli flakony z "ładnych butelek", które malowali, i bibuły. Młody wykorzystał do tego flaszkę po likierze antwerpskim. Bukiet jest przepiękny. Skarpety, w których akurat był w szkole i skórzana kurtka są równie kolorowe, a może nawet bardziej. Skarpety dlatego, że pan zarządził zdjęcie butów, by się nie pobrudziły, a że Młody nie lubi chodzić na boso, to biegał w skiepach. Teraz jest zachwycony swoimi skarpetami w oryginalne wzory i z dumą nosi je do szkoły, gdy tylko zostaną wyprane. Historia kurtki jest taka, że pan wybrał go do odniesienia farb, no a że Młody już założył kurtkę, no to się trochę upaprała. Też jest oryginalna, bo to oczywiście farba niezmywalna. 


Zmęczenie. Zgórki na górkę.

Już zaczęło mi się wydawać, że wyszłam na prostą i teraz po prostu wystarczy trochę cierpliwości i będą jeszcze ze mnie ludzie. Jednak samopoczucie minionego tygodnia znowu zasiało całe morze niepewności. Przez kilka dni czułam zmęczenie bez żadnego specjalnego powodu.

Do raka to wszystko było logiczne,  jasne i proste - gdy chciałam mieć lepszą kondycję, czy mocniejsze mięśnie wystarczyło zacząć systematycznie ćwiczyć, by kondycja się z każdym tygodniem poprawiała; kiedy czułam się zmęczona, wystarczyło odpocząć, wcześniej się położyć i dłużej pospać. Teraz ta zdobywana przez całe życie wiedza tajemna, logika i prawdy objawione zawodzą na całej linii. Nic nie jest takie, jak się wydaje. 

Taka niepewność uniemożliwia mi planowanie swojej przyszłości. I to nie jakiejść dalekiej tylko zwyczajnego tu i teraz, za chwilę albo jutro.

W tym tygodniu fizycznie się nie wysilałam jakoś specjalnie. Ot, zwyczajnie czasem izbę zamiotłam, strawy nawarzyłam, jakiegoś łacha do pralki wetknęłam. Raz byłam na ćwiczeniach u kinezystki, ze dwa razy poszłam na spacerek. Dałam za to trochę popalić mojemu mózgowi. Czy intensywny wysiłek umyslowy może prowadzić do zmęczenia? Może. Wiadomo. Ale, że aż tak? Nie wiem, tak tylko domniemywam, co też mogło być powodem mojego znowu niezdrowego zmęczenia...?

W tym tygodniu dużo interenetu przeczytałam i przekopałam w poszukiwaniu informacji w związku z potencjalnymi szkoleniami, pracą oraz w związku z lekcjami niderlandzkiego, bo odrabianie lekcji czasem wymaga zajrzenia do sieci, a jak się jest ciekawskim i nieskończenie nastawionym na zdobywanie nowej wiedzy i informacji, to można szybko się w tym zatracić, bo przecież w internecie jest tyle rzeczy, które człowiek chce wiedzieć... Niezaspokojenie swojej ciekawości może wykończyć psychicznie. 

O, choćby dziś. Pojechaliśmy do sklepu po zakupy i tam stojąc przy kasie zobaczyłam, że ktoś zostawił dziwne coś, które nie wiem, do czego służy. Młoda i Stary też nie wiedzieli. Obejrzenie tego z bliska nic wiele mi nie dało, choć metodą dedukcji doszliśmy do wniosków, że to pewnie jakiś wynalazek dla inwalidy na wózku. Zrobiłyśmy zdjęcie i Młoda już w drodze wyszukała to ustrojstwo w google za pomocą tego zdjęcia i się dowiedzieliśmy, że ustrojstwo może i kilka tysięcy kosztować i faktycznie jest to podczepiane do wózka i ciągnie tego niepełnosprawnego człowieka na wózku. Sprytne.  Czy bez tej wiedzy mogłabym żyć. Tak. Pod warunkiem, że dało by się odzobaczyć, co się raz zobaczyło. Gdybym się nie dowiedziała, co to jest, myślała bym o tym kilka dni i nocy, a pewnie i po 5 latach nagle bym sobie przypomniała, że widziałam kiedyś takie coś niewiadomoco w sklepie i nadal by mnie denerwowało, że nie wiem, co to było. Bo jestem normalna inaczej.

Jak zwykle odbiegłam od tematu, ale tak to właśnie wygląda u mnie każdego dnia. Otwieram przeglądarkę, by SZYBKO sprawdzić odjazdy pociągów, a 3 godziny później ciągle siedzę przy laptopie i zgłębiam jakiś temat, bo akurat niechcący mi się w oczy rzuciła jakaś informacja wcale z pociągami nie związana albo i związana... O!

W minionym tygodniu jednak nie czytałam za dużo ciekawostek, a głównie informacje potrzebne w tym momencie. Było tego jednak sporo, bo sporo nowych tematów muszę teraz zgłębić w związku z pracą i zdrowiem. Nie mam się wszak kogo zapytać poza urzędnikami. Sama se wszystko muszę znaleźć, by się czegokolswiek dowiedzieć i by potem tu napisać, żeby inni nie musieli szukać, bo ja dobrym człowiekiem jestem i odpowiadam na niezadane pytania. 

I uczę się na błędach.

Teraz też świetnie się spisałam, jeśli idzie o głupotę własną i jestem na siebie piekielnie zła. Na ten mój  otępiały zabałaganiony mózg. No powiedzmy sobie szczerze, zarąbałam jak dzik w sosnę! I teraz jojczę i biadolę nad swoim losem zgotowanym sobie samej przez swoją własną głupotę.

Chodzi o moje zwolnienie lekarskie.

 Gdy otrzymuje się zwolnienie lekarskie dłużej niż 2 tygodnie, trzeba oprócz zwolnienia dla pracodawcy poprosić lekarza o wypełnienie specjalnego formularza dla  swojego funduszu zdrowia, aby otrzymać przez 4 kolejne tygodnie z funduszu zdrowia dodatek do świadczenia gwarantowanego od pracodawcy, a przez kolejne tygodnie zasiłek chorobowy. I to WSZYSCY POWINNI WIEDZIEĆ. I JA TO wiedziałam. Czytałam w necie. Mam w regiulaminie, który też czytałam. Na kursie w Gent o tym było. Wszyscy to wiedzą. Ino zastosować nie ma komu. Niestety mój mózg ma czasem totalne zaćmienia, no taki mózgowy blue screen, że żaden komunikat mi się nie wyświetla wtedy, kiedy powinien się wyświetlać. A skoro mi żaden alert nie dzwoni ani się nie wyświetla, to nic nie robię, bo myślę, że wszystko jest w porządku. A nie jest. Teraz nie było. Dopiero jak dostajesz z gołej dupy w pysk, to nagle się wyświetla i dzwoni, ale już za późno i trzeba wtedy wszystko próbować odkręcać i naprawiać. Próbuję właśnie, ale mnie to irytuje...

Bo wiecie, w tym pięknym kraju chorobowe robotnicze (inne sektory mają inne zasady) wygląda tak, że przez pierwsze 14 dni otrzymuje się  wynagrodzenie od swojego pracodawcy (pierwszy tydzień 100%, drugi tydzień 85,88% wynagrodzenia). Po 2 tygodniach dostaje się świadczenia gwarantowane w wysokości 25% wynagrodzenia plus dodatek ze swojego funduszu zdrowia. Po miesiącu zwolnienia fundusz zdrowia przyznaje zasiłek chorobowy w wysokości 60% wynagrodzenia... 

POD WARUNKIEM, ŻE SIĘ DOPEŁNIŁO WSZYSTKICH FORMALNOŚCI! Czego w tym wypadku, panie, jakby zabrakło, bo sie alert nie wyświetlił... SZLAG!

Najpierw zdziwko mnie szarpnęło, jak dostałam te 25% wypłaty. WTF?! Chwilę potem otrzymałam telefon i mejla z funduszu zdrowia, że coś im się dane nie zgadzają te które ja przesłałam, z tymi od mojego pracodawcy...

DOPIERO WTEDY mając to na piśmie i widząc czarno na białym, zaczęłam coś jarzyć, coś tam zaczęło stykać na synapsach, zardzewiałe trybiki zaczęły się z mozołem kręcić i trybić...

Jednak najsampierw internet musiałam przeczytać, zapytać w biurze pracy, zadzwonić do pielęgniarki administracyjnej w szpitalu, by w końcu sobie przypomnieć te wszystkie powyższe informacje i dodać dwa do dwóch i walnąć się w łeb i na się się wkurzyć i na wszystkich innych, których potencjalnie można by posądzić o współudział, bo wtedy łatwiej by było udźwignąć swoją winę, jakby choć odrobinę odpowiedzialności na kogoś można było zwalić. 

Prawda jest taka, że to JA jestem odpowiedzialna za nieznajomość przepisów, czy ich zapomnienie. Ja jestem odpowiedzialna za nieupomnienie się o formularz dla funduszu zdrowia za poprzednie zwolnienie. Ja jestem sama sobie winna, że teraz nie mam pieniędzy i nie wiadomo kiedy będę je mieć i ile, bo za spóźnienie się z formularzami mogą zmniejszyć zasiłek np o 10%... 

Tak czy owak jestem wkurzona, bo potrzebuję forsy (bp kto jej nie potrzebuje), a jeszcze bardziej potrzebuję wiedzieć, czy i ewentualnie ile, będę mieć zasiłku chorobowego, by podjąć decycję o ewentualnym przedłużeniu chorobowego lub powrocie do pracy.

Zaczynam się  powoli nastawiać na to, że chcąc nie chcąc będę zmuszona wrócić do roboty w czerwcu bez względu na to, czy będę się czuć na siłach czy nie, bo przy aktualnych cenach wypłata Małżonka nie wystarczy na wszystko na dłuższą metę. 

Nienawidzę siebie za to, że tak zapieprzyłam z tym zwolnieniem! No co trza mieć we łbie?! Jak można patrzeć i nie widzieć?! 

No ale dobra, baba z funduszu napisała, że mam dostarczyć formularze za poprzednie okresy chorobowego od marca. Zadzwoniłam do szpitala i pielęgniarka obiecała załatwić z onkologiem. W środę pojechałam, a ta zobaczywszy mnie, mówi, że zapomniała na śmierć. Przeprosiła ze 20 razy. Wypełniła od razu i powiedziała, że w piątek (bo w czwartek było święto) poprosi doktorkę o podpisy i pieczątki oraz, że sama od razu wyśle do mojego ubezpieczyciela pocztą (bo zawsze trzeba pocztą), a do mnie kopię mejlem. Jak obiecała, tak zrobiła. W piątek zadzwoniła do mnie, by powiadomić, że załatwiła i po raz kolejny przeprosić. Aż mi głupio, bo to w końcu ja zawaliłam, że od razu nie poprosiłam o ten papier. Choć oni w szpitalu to faktycznie sami powinni wiedzieć i wypisać przy pierwszym dłuższym zwolnieniu. Myślę sobie, że konsultance z biura sprzątającego też by korona z głowy nie spadła, jakby przypominiała swoim ludziom o tych formularzach. Od czegoś w końcu są te konsultantki? Żyje toto z naszej ciężkiej pracy, to mogło by się choć czasem do czegoś przydać c'nie?

szpital i otaczający go park

Biura pracy 

W poniedziałek Młoda miała znowu rozmowę ze swoim coachem. Nic wiele na razie nie ruszyło, ale rozmowa była przydatna i ciekawa. Idzie w kierunku fotografia. Młoda pracuje nad portfolio, ale że była chora, a do tego po ostatnich  aktualizacjach Photoshopa i Lightrooma okazuje się, że teraz jej laptop zrobił się trochę za stary i za słaby, bo zaczął lagować przy pracy z takimi programami.

We wtorek znowu ja byłam u swojej kołczki. Pochwaliła, że wysłałam CV. Przeczytała uważnie zarówno to moje CV jak i list motywacyjny i oznajmiła, że są perfekcyjne i że nie ma błędów. No panie, ależ jestem z siebie dumna (i z Wujka Gugla, bo jednak pomógł trochę). 
Wklepała jeszcze zapytanie w wyszukiwarkę VDAB i pokazało jej nowe ogłoszenie. Biblioteka WIĘZIENNA w Mechelen szuka bibliotekarza na pół etatu. Rozważam to... Nie wiem, czy to aby dobre miejsce dla mnie, ale bez wątpienia interesujace... Jest tam numer telefonu, pod którym można spytać o szczegóły zanim się wyśle zgłoszenie i być może zadzwonię. Choćby po to, by się upewnić, że to faktycznie nie dla mnie. Ale nie skreślam tego pomysłu. Czas na solicytację mam do końca maja.

Mam też wysłać zgłoszenia do okolicznych bibliotek publicznych. Przyznała, że to świetny pomysł.

W kwestii tego rocznego kursu na opiekuna świetlicy dla szkolnych dzieci się dowiedziałam, że faktycznie szczepienie na żółtaczkę A i B jest potrzebne, ale prawdopodobnie można tylko pierwszą dawkę wybrać przed rozpoczęciem szkoły, a drugą w trakcie, czyli w razie co mogę.

Na razie spróbuję z tymi bibliotekami. Ale po tym tygodniu znowu zaczęłam mieć ogrom wątpliwości. Nawet teraz odczuwam to wielkie zmęczenie. Jest godzina 20ta. Dziś odpoczywaliśmy. Posprzątałam u świnek i w kurniku, co jest robotą lekką i - jak się nie śpieszy - dosyć przyjemną. Poza tym siedzieliśmy w ogródku z Małżonkiem i wygrzewaliśmy się do słońca. Jednym słowem RELAKS, ale czuję zmęczenie, jakbym wczoraj cały dzień do północy i dziś cały dzionek  przy żniwach zasuwała. Nie, wczoraj też nic nie robiłam. Rano wyrwałam trwawę z kamieni, które mamy wysypane pod ścianą. Czysta przyjemność w słoneczku posiedzieć i nieśpiesznie targać chwasty. No okej, nie całkiem czysta, bo odkryłam przy okazji, że już nie mogę kucać. Boli jak diabli w kolanach i skurcze w golenie i stopy łąpią. Siedziałam zatem dupskiem na chodniku albo klęczałam na trawie. To spostrzeżenie jednak rodzi obawy, że i sprzątać będzie trudno. No zdechlak jestem i tyle. Stara zniedołężniała dupa. 
Pomijając dni z lekcjami niderlandzkiego, chodzę spać wcześniej niż nasze kury i śpię stosunkowo długo, bo do siódmej, a dziś nawet dłużej. Wychodzę na świeże powietrze i trochę zażywam ruchu. Wczoraj specerowałm z Młodą po lesie. Nie przemęczam się, ale i nie lenię. O co więc tym razem chodzi? Dlaczego jestem zmęczona tak bardzo? Co jest do diabła?!

Mam tego dość! Nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem, jak nastawiać się na przyszłość. Jeden z drugim zaraz pewnie zakrzyknie, by nie martwić się na zapas, bo to świetnie się komuś takie rady daje, jak się ma zdrowie i pieniądze i nie stoi przed dylematem wyboru najlepszego pośród samych złych rozwiązań w trybie pilnym.

Chrabąszcz 


W tym tygodniu Młody pierwszy raz miał okazję obejrzeć z bliska chrabąszcza. Łał! Podobało mu się.
Zauważyłam go w ogródku w doniczce z wodą pływającego do góry nogami. Na pierwszy rzut oka się zmartwiłam, że stworzonko się utopiło, ale gdy go wyjęłamm zaczął powoli ruszać nóżkami. Zawołałam Młodego, by mu pokazać to piękne stworzenie.  W tym czasie żuczek doszedł do siebie i zaczął maszerować po mojej dłoni. Młody upewniwszy się, że to bezpieczne, pozwolił mu wędrować po ręce aż do ramienia, ale po chwili oznajmił, że to jest dla niego bolesne na dłuższą metę. Zabrałam go zatem i zaniosłam w krzaki, z dala od kurzych dziobów, gdzie schował się na  starej wierzbie pod korą.




Kilka obrazków i ciekawostek mniej lub bardziej przyrodniczych.


Młoda zaciągnęła mnie do placu zabaw dla psów. Sama tam nigdy nie byłam, bo chodzić na plac zabaw dla psów bez psac to trochę jak chodzić na plac zabaw dla dzieci bez dziecka... Ludzie podejrzanie patrzą. No ale poszłam z ciekawości i miło mnie to miejsce zaskoczyło. Widywałam wcześniej place zabaw dla psów, ale ten jest inniejszy, bo jest w lesie...
Wejścia (jest kilka) są zabezpieczone podwójnymi samozamykającymi się furtkami. Przy wejściu stoi słupek-kosz na worki z psimi kupami. Po przejściu furtek wchodzimy na specjalny psi las, gdzie można grzeczne pieseły puszczać samopas, by sobie poganiały i powęszyły pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami. Ten teren jest ogromny - z jednego końca drugiego próżno wypatrywać i pewnie za mniej grzecznym pieskiem to by się trza nabiegać i naszukać... Z psiego lasku wchodzi się przez kolejną furtkę na wielką polanę, gdzie psy też mogą bez smyczy ganiać z psimi kolegami. Człowieki mogą sobie na ławkach posiedzieć. Dobrze było to zobaczyć. Kto wie, może w końcu adoptujemy kiedyś jakiegoś miłego czworonoga.... 
kosz na worki z psiokupami

wejście na psi plas zabaw

przejście z psiego lasku na psią polanę

staruszkowie wyprowadzający pieska

poidełko dla piesków w poblizu psiego placu zabaw


Innego dnia poszłyśmy do lasu wieczorkiem. Ludzi już wtedy rzadko się spotyka, za to klimat lasu jest cudowny tuż przed zachodem słońca. Ptaki dają wieczorny koncert, woda ciurka w leśnych strumyczkach. Ambrozja dla uszu i duszy...





Spacerując z Młodą po lesie spotkałyśmy mnóstwo najróżniejszych gąsienic wcinających drzewa. Niektóre zwisały z drzew na cienkich nitkach, co było dosyć zabawne. To chyba (odradzam przyjmowanie za pewnik informacji z tego bloga) gąsienice sympatycznych motylków zorzynka rzeżuchowca (oranjetipje). Borze zielony,  kto wymyślał te nazwy?!

wisi se...


Czarne gąsienice ćmy zimiczki bukówki (wachtervlinder) żwawo przebiegały nam drogę, ale nie wiem, czy to na szczęście, czy na pecha tak czarna gąsienica... ?



Jeszcze inne tak pałaszowały liście, że z drzew się lało i kapało nam na głowy, co było średnio miłe. To chyba niejaki zimówek ogołotniak. Nazwa by pasowała. Poczytałam o tym stworzeniu i okazuje się, że dosyć dziwne jest. Samica praktycznie nie ma skrzydeł - takie zaledwie namiastki i zwykle nie opuszcza nigdy drzewa, na którym się wylągła i przepoczwarzyła. Po przepoczwarzeniu wspina się po pniu drzewa z nadzieją spotkania samca. A samce siadają na szczytach drzew i czekają aż jakaś laska podejdzie. Nie dziwne też, że te gąsienice tak wsuswają te liście, skoro jako dorosłe już się nie odżywiają, nawet pyska stosownego nie mają, a żyją tym, co się najadły za gąsienicy. Żyją zaledwie kilka dni, maksymalnie tydzień. Można je spotkać fruwające w okresie zimowym, gdy temperatura jest dodatnia. 



Śmiechu dostarczyła nam jedna z leśnych ławek. Pamiętałam, że ona tam jest i nawet miałam nadzieję, że sobie przysiądziemy na chwilę, a jednak po zobaczeniu ławki, się rozmyśliłam... Młoda powiedziała poza tym, że nie mogę tam siadać, bo pająki wygrzewają się tam ze swoimi kokonikami pełnymi pajęczych dzieci... Tak było zaiste. Pomijając pająki, pokrzywy też nie zachęcają. Aż tak mi się siedzieć nie chciało...


Świńskie aktualności 

Mamy urwanie głowy z tymi mini-czworonogami świńskimi. Przerobiliśmy trochę wybieg, bo kretynki zaczęły obgryzać plastik, co przecież może je zabić. Małżonek przytargał kawał płyty plastikowej z roboty oraz zmajstrował ramkę z desek, którą ułożyliśmy w ramce z drucianych siatek z cavia draad kubus na tej plastikowej płycie. Wysypaliśmy trocinami z nadzieją, że wytrwają tydzień, zanim zaczną cuchnąć.


Nie wytrwały. Podśmierdywać zaczęło już na czwarty dzień, ale dopiero w szósty posprzątałam zaraz z rana. Nie waliło strasznie, ale BYŁO CZUĆ. Jednak jest lepiej niż z dywanikami, które trzeba zmieniać co 2 dni, by nie cuchniało i by świnki miały komfort. Jest tylko problem z trocinami, bo będzie tego dużo. Możemy wywalać do zielonych worków. Zapytam jednak sąsiada, czy możemy wywalać na jego pole kompostowe. Na trociny trzeba będzie wydać ze 20€ na miesiąc, ale pranie dywaników przy 5 świnkach jest nie do wykonania, bo pralkę szlag trafi raz dwa, a dopiero, co kupiliśmy nową. Do tego najdroższe prodkuty do prania, bo świnki muszą mieć antyalergiczne, bezzapachowe, eco itd, gdyż ich nosy są kilka razy wrażliwsze niż ludzkie, więc każdy gówniany produkt wywołuje objawy astmy. Ciągle przeklinam tę kretynkę, która nas obdarowała świnkami. Ludzie bez wyobraźni.

Ale świniaki są kochane, choć uciążliwe. Polubiliśmy je i jakoś damy rady je utrzymywać. Choć nie ukrywam, że czasem taka mnie złość bierze na ludzką głupotę, że aż mnie trzęsie.
Sąsiadka już nas nie odwiedza (odpukać) po tym jak nie otworzyliśmy jej po chamsku drzwi, ale bynajmniej nie udawaliśmy, że nas nie ma, tylko w najlepsze sobie gadaliśmy i śmialiśmy się głośno. Bardziej zawoalowane sugestie ani nawet bezpośrednie wyrażenie opinii bowiem nie zdawły egzaminu.

🏳️‍🌈 Brukselska Parada Równości 🏳️‍🌈




Na koniec dołączę kilka fotek z parady równości, na którą się w końcu wybrałyśmy w tym roku. Dawno już chciałam to zobaczyć. Bo głównie ciekawość mnie tam zawiodła.  Chciałam zobaczyć na własne oczy taką paradę i poczuć jej atmosferę. Choć wpisuję się też jako sympatyzant akcji. 

Pojechałam z dziewczynami pociągiem. Młoda też chciała zrobić kilka zdjęć, popatrzeć i poczuć. Najstarsza zabrała się ot tak, ale od razu powiem, że jej się nie podobały te tłumy na mieście. Szczerze mówiąc i ja się nie spodziewałam, że AŻ TYLE ludu będzie wszędzie w całym mieście. No okej, w Brukseli zawsze jest pełno ludu wszędzie, no ale takie imprezy przyciągają mnóstwo osób. Przeto już samo przejście z punktu A do punktu B w centrum miata jest nie lada wyzwaniem. Sklepy, kawiarnie, bary szybkiej obsługi zapchane są po brzegi. I tak biedna zawiedziona Najstarsza przesiedziała gdzieś w samotności koło dworca, trochę połaziła, ale niczego ciekawego nie znalazła dla siebie, czyli dla niej totalny niewypał ta wycieczka.

Dla mnie i Młodej okej, choć w związku z powyższym i dla mnie było trudno, bo chciałam, by wszyscy mieli trochę zabawy, skoro już się z tego domu wybrałyśmy. Może następnym razem lepsze miejsce wybierzemy. 

Atmosfera ogólna w każdym razie przesympatyczna. Ludzie emanujący super pozytywną energią i humorem. Kolorowo, wesoło, radośnie. Tłumy niesamowite, ale nie było żadnych objawów wrogości, czy konfliktów, co potwierdza w prasie policja. Impreza przebiegła w spokoju. 
Gazety podają, że wg organizatorów udział wzięło około 150 tysięcy ludzi. 
Pierwszy raz w tym roku żołnierze mogli wystąpić w mundurach, gdyż dostali  zezwolenie Ministerstewa Obrony. 

Niestety nie udało nam się zobaczyć tęczowego pociągu, który w tym roku wypuściło na tory NMBS, by w ten sposób wesperzeć walkę z dyskryminacją. Pociąg ma jeździć normalnie w różne miejsca przez najbliższe tygodnie, więz może go jeszcze ujrzymy gdzieś.

foto ze strony NMBS na FB

A dalej kilka moich ujęć atmosfery miasta. Na pierwszym zdjęciu droga do Dworca Centralnego. Nie zazdroszczę tym, którzy akurat się spieszyli na pociąg. Przepchanie się przez ten tłum kosztowało sporo cierpliwości, ale nie było niemożliwe ;-)














okolice Rynku Głównego 







Dworzec Centralny Bruksela





12 maja 2023

"Lentefeest" alternatywa dla bierzmowania lub komunii.

Lentefeest

W zeszłą niedzielę Młody miał Lentefeest. "Lentefeest" to u nas uroczystości alternatywne do katolickiej "Pierwszej Komunii" i "Bierzmowania", ale bez udziału kościoła. 


pamiątkowe zdjęcie wiosenne matki z synem

Lentefeest znaczy mniej więcej tyle co "święto wiosenne". Obchodzą je głównie dzieci uczęszczające na lekcje etyki, choć nie koniecznie. Nikogo specjalnie nie zdziwi zorganizowanie lentefeest dla dziecka chodzącego do szkoły katolickiej i uczestniczącego w lekcjach religii. Wszak dziś chyba nikt nie zapisuje dziecka do szkoły katolickiej ze względu na przekonania religijne. W Belgii ani komunia, ani bierzmowanie, ani święto wiosenne nie są obowiązkowe.  Nikt nikogo do udziału w którymkolwiek w żaden sposób nie zmusza. Wszystkie są w każdym razie świętowaniem milowych kroków życiowych, rytuałem przejścia do nowego etapu życiowego. Najpierw początek podstawówki, czyli  przeskok z pełnego zabaw wieku przedszkolego do czasu nauki. Nastepnie koniec szkoły podstawowej i pierwszy krok w stronę dorosłości.

Pierwszego lentefeest Izydor nie świętował z powodu korony, gdyż wszystkie uroczystości i zabawy były wtedy przecież zakazane. Tym razem jednak się udało. Zapisy na współne grupowe świętowanie  pani od etyki ogłosiła zaraz na początku roku szkolnego. W uroczystości uczestniczyły dzieci z kilku szkół wraz ze swoimi nauczycielami etyki oraz rodzinami.

Na początek zaraz z rana dzieciarnia wsiadła do autokaru i pojechali do parku linowego w Wavre, gdzie bawili się przez cały dzień.

 Późnym popołudniem zaplanowana była krótka uroczystość na szkolnym podwórku.

pszczoła wypadła wyśmienicie


Impreza rozpoczęłą się z godzinnym poślizgiem, gdyż na autostradzie był jakiś wypadek i autobus z dzieciakami stał w korku. Siedzieliśmy zatem słuchając muzyki, popijając napoje (jak ktoś przezornie akurat zabrał gotówkę, czyli my nie) i gawędząc. Pogoda na szczęście była nie najgorsza. Przez dzień trochę paprał deszcz, ale po południu nawet było przyzwoicie, choć pod chmurką.

W końcu dojechali wybrykani i szczęśliwi. Od razu wskoczyli na scenę i zaczęło się wesołe przedstawienie prowadzone przez szalonego nauczyciela etyki, który przygrywał dzieciakom na gitarze.

Dzieciarnia prezentowała z dumą i humorem kolejno swoje talenty. Jeden chłopak zagrał na organkach, klasowy kolega Młodego na wiolonczeli, kilka dzieciaków zatańczyło jakieś tańce-połamańce. Każda klasa miała przygotowane jakieś zabawne scenki. Wszyscy razem zaśpiewali też kilka miłych dla ucha piosenek, a pszczoły samodzielnie zrobione, razem z moją bezskrzydłą na czele, fruwały radośnie w powietrzu.

Potem poczęstowano nas chipsami i lampką wina musującego oraz innymi napojami. A dzieci otrzymały na pamiątkę placaki i książki. Potem ganiały po podwórku szkolnym testując wszystkie dostępne tam zabawki, bo co innego w swojej szkole, a co innego w obcej się bawić.

Spedziliśmy ten czas w bardzo miłej atmosferze.

Wiele rodzin zapewne zorganizowało potem albo innego dnia jeszcze imprezę w domu dla rodziny. Dzieci dostają też oczywiście prezenty z tej okazji. Czasem robi się też specjalne fotografie, które rozdaje się rodzinie kolegom. 

My nie organizowaliśmy imprezy. Prezent jednak był. Młody z niecierpliwością czeka teraz na jego realizację. Młody otrzymał bowiem bilet na koncert Five Finger Death Punch, na który ma się wybrać  razem z tatą do Luksemburga. Jest bardzo podekscytowany. 








Szukanie pracy

Przez kilka dni zgłębiałam możliwości szkolenia się na opiekuna dzieci. W końcu stwierdziłam, że jestem gotowa, by rok się uczyć, o ile finansowo to się jakoś da ogarnąć. Gdy już mi ten temat uszami zaczął wychodzić, postanowiłam w końcu uzupełnić dane w profilu na stronie VDAB i stworzyć jakieś sensowne CV. Trochę czasu mi to zajęło, zanim przejrzałam wszystkie wytyczne i zebrałam stosowne słownictwo niederlandzkie. 

Skoro już miałam CV, postanowiłam sprawdzić, jakie są realne możliwości w kwestii pracy w bibliotece. Zgodnie z podejrzeniami, nie znalazłam zbyt dużo ofert. Na palcach spokojnie wszystkie można zliczyć. No ale lepsze coś niż nic. Większość ofert oczywiście z drugiego końca kraju albo dla ludzi z wyższym wykształceniem. 

Wtedy zobaczyłam ogłoszenie z okolicy i bez większego namysłu postanowiłam na nie zareagować, bo co mi szkodzi? Stało tam, że do zgłoszenia trzeba dołączyć CV, dyplom szkoły średniej i opcjonalnie  list motywacyjny. Taaa, dyplomy z liceum i kursu bibliotekarskiego mam tylko po polsku,  ale przypomniało mi się, że coach mówiła, iż w Belgii częstokroś doświadczenie jest ważniejsze niż dyplom, ale to zależy od pracodawcy. W tym wypadku pracodawcą jest urząd gminy... No ale stwierdziłam, że w najgorszym wypadku zgłoszenie bez stosownego  dyplomu zostanie wywalone do kosza. Czyli nic nie mam do stracenia. List motywacyjny był nieobowiązkowy, ale logika podpowiada, że skoro nie mam tego dyplomu, to choć jakąś sensowną autoreklamę trzeba wysmażyć.

Nigdy nie pisałam żadnego listu motywacyjnego, nawet po polsku, a co dopiero po niderlandzku, ale od czego są interenety i kopiuj-wklej? Znalazłam kilka przykładów, skopiowałam bardziej przydatne elementy, dostosowałam do własnych potrzeb i dopisałam własną historię doświadczeń w pracy i tak powstał - moim nader skromnym zdaniem - idealny list motywacyjny na całą stronę. No w końcu co jak co, ale z pisaniem to jeszcze sobie radzę. Nawet po niderlandzku, jak mam komputer, który jest mądrzejszy ode mnie. Dokumenty google mają świetną autokorektę. Dałam jeszcze Młodej do przeczytania w celu poszukiwania wielkich błędów, ale nie znalazła niczego specjalnego, no to wysłałam razem z CV. 

Zaraz potem pomyślałam, że mogę chociaż sprawdzić, ile kosztuje tłumaczenie tych piekielnych dyplomików. Znowu guglownica poratowała i wyrzuciła kilku tłumaczy przysięgłych. Zadzwoniłam do dwóch, którzy mieli przyzwoite strony internetowe, bo to jednak daje jakąś wiarygodność. Miła pani powiedziała, że na przyszły tydzień mi to tłumaczenie może zrobić, no to panie, jeszcze zdążę dołączyć do zgłoszenia. Dyplom przetłumaczony przez tłumacza przysięgłego i zalegalizowany może robić różnicę i zwiększyć szanse na to, że ktos przynajmniej na to zgłoszenie raz spojrzy, zanim wywali do kosza. Przy okazji się dowiedziałam, że teraz nawet nie trzeba już takich dokumentów mieć na papierze, bo wystraczą elektroniczne z elektronicznym podpisem. Choć, jak dodała tłumaczka, niektórzy ludzie starej daty mają problem z akceptacją eletronicznych dokumentów. 

Wszystko pięknie, tylko te ceny. Jeżu kolczasy - tłumaczenie dwóch papierków 120 euro?! Te ceny wszystkiego dzisiaj to jakieś nieporozmumienie w ogóle, a ja tu, panie, na chorobowym, a przemielenie przez fundusz zdrowia dokumetów może trwać i półtora miesiąca od dostarczenia wszystkiego, co chcieli, zanim zatwierdzą przyznanie zasiłku chorobowego, a potem kolejne dni, zanim ten zasiłek w końcu wypłącą. Szkoda tylko bardzo, że jak faktury człowiekowi wysyłają, to wtenczas nikt nie czeka, tylko zaraz po 2 tygodniach przysyłają upomnienia zwiększone o 10 czy 15 euro. Ja na chorobowym natomiast przez 2 miesiące muszę się obejść bez pieniędzy, tak? Urzędy są chyba wszędzie tak samo popieprzone.

Nie ukrywam, że cieszyłabym się wielce, gdyby mnie zaprosili na rozmowę kwalifikacyjną, choćby po to, by się dowiedzieć, jak to wygląda. Praca ta jest dla mnie wręcz idealna, bo zakres obowiązków i warunki  podobne do tych z PL, no i chodzi o pół etatu, czuli 19 godzin/tydzień w dwóch bibliotekach około 10km od domu. Pracują po południu od 14 do 20 plus soboty i niedziele. Dla mnie bomba. W ogłoszeniu stoi, że szukają kogoś na pół roku z możliwością przedłużenia. Ja tam z pół roku już bym się cieszyła. Jak to mówią,  pomarzyć dobra rzecz.

Tak serio to dla mnie najistotniejsze jest, że możliwości teoretyczne zatrudnienia jakieś tam są . Choć realne szanse są pewnie niezbyt wielkie. No ale SĄ i tego się trzymajmy. Postanowiłam, że wyślę list motywacyjny i CV  do wszystkich okolicznych  bibliotek, tylko najsampierw poproszę kołczkę, by rzuciła okiem na ten mój list i CV i by dokonała poprawek, bo jakoś nie bardzo wierzę, że to jest poprawnie napisane i że błędów nie ma. Po polsku nie była bym pewna, a co dopiero po tutejszemu...

Zapisy do szkoły średniej w Belgii to ciągle cyrk na kółkach

Młody dostał się do szkoły technicznej, którą przy internetowych zapisach ustawiliśmy na pierwszym miejscu. HURRA!

To jest na prawdę szał, łał, szok i niedowierzanie. Wielu jego klasowych kolegów tę szkołę podało jaką pierwszą, ale oprócz Młodego tylko jeden kolega dostał przydział. Co więcej niektórzy z jego kolegów i koleżanek nie dostali przydziału do żadnej z trzech wybranych szkół. Panie, to jest jakaś parodia!

System elektroniczego zapisu wprowadzono w tym roku po raz pierwszy. Nie wiem, jak potem te szkoły są przydzielane. Nie mam pojęcia, czy to według jakich kryteriów, czy wyborem kieruje totalny przypadek, ale stawiałabym raczej na to drugie... Po co było wybierać trzy szkoły, skoro dziecko do żadnej się ostatecznie nie może zapisać? Jeden z kolegów Młodego otrzymał informację, że jest na 10 miejscu na liście oczekujących do tej naszej szkoły i na 52 miejscu do innej. Ale póki co rodzice muszą spróbować w ogóle w jakiejkolwiek szkole mu miejsce znaleźć. Jaja jak berety! Ile to stresu dla rodziców i dzieci. To już kurde lepiej jednak było nocować przez 3 dni pod szkołami, jak dawniej bywało, by zapisać dziecko do wybranej szkoły. To przynajmniej miało sens.

Tak więc, uwierzcie, mieliśmy ogromnego farta! No albo zwyczajnie to ta słynna epicka epickość epickiego Izydora sprawiła, że dali mu miejsce tam, gdzie chciał najbardziej. 

Uzupełniłam już szybciutko dane przez interenet, zgodnie z instrukcją z mejla i wybrałam dla niego klasę inżynierów. Była jeszcze klasa techniczna, no i zawodówka techniczna. Rodzice kolegi też wybrali inżynierską. Rodzice innego kolegi podobno mają spróbować jakoś załatwić swojemu Młodemu przeniesienie po rozpoczęciu roku, gdyby się nie doczekał z listy oczekujących (może ktoś zrezygnować albo mieć za mało punktówm albo nie dopełnić formalności itd). Tata tego chłopaka był swego czasu dyrektorem jednej ze szkół średnich więc może wie, jak sprawić, by syna wcisnąć do danej szkoły.

No ale patrzcie, nie ma to tamto, dzieci byłych dyrektorów szkół też nie mogą iść, gdzie by chciały. Szkoda, że najlepsi kumple Młodego się nie dostali, bo jednak fajnie by było, gdyby całą ekipą poszli do nowej szkoły... Mamy nadzieję, że jeszcze do rozpoczęcia roku komuś uda się tam dostać... Tak czy siak, Młody się cieszy i my się cieszymy.

Po niedzieli jeszcze musimy pójść osobiście do szkoły, by dokończyć formalności dotyczące zapisu. Godzinę już zarezerwowłam.

Zdjęcie nie ma z tym nic współnego.


Dziwne zasady szkolne

We wtorek Młody wraz z kolegami dostał karę za to, że w czasie przerwy południowej skryli się w szkole. Cały dzień lało jak z cebra i dosyć zimno się zrobiło. Przy wilgotności powietrza 95-100% ma się zwykle wrażenie jakby człowiek wilgotne ubrania na się włożył i cały spowity był lepką mgłą. W domu od czasu do czasu właczamy nawet ogrzewanie na chwilę. Nie dla tego, że jest zimno, bo nie jest, ale z powodu koszmarnej wszechobecnej wilgoci. 

Tak właśnie było w miniony wtorek. Deszcz i zimno.

Taka psia pogoda nie przeszkadza  bynajmniej zmuszaniu dzieci do jedzenia swoich kanapek i spędzania reszty południowej przerwy na podwórku. Bo tak nakazuje regulamin flamandzkiej szkoły. I tak oto Młody wraz z kilkoma kolegami zarobili karę, bo postanowili skryć się w szkole, gdyż okropnie zmarzli.

We Flandrii tak nie wolno. Możesz przemoknąć, przemarznąć, nabawić się choroby, ale masz stać jak kołek na szkolnym podwórku, BO TAK, bo jakiś bubek tak wymyślił i żadne okoliczności nie mogą pozwolić na zrobienie wyjątku! Jak ogólnie flamandzka szkoła i system szkolny mi się podoba, tak niektóre sztywne, nie zawsze sensowne i mądre zasady czy schematy mnie zwyczajnie wkurzają. 

Tak właśnie jest z tym tkwieniem na podwórku nawet jak żabami ciska. Gdy wcześniej musiałam chodzić odebrać Młodego, nie raz próbowałam zrozumieć sens tak sztywnego trzymania się regulaminu.

Wyobraźcie sobie sytację, że leje jak z cebra, wiatr 80km/h, zimno jak diabli, a dzieci wraz z belframi stoją 10 minut na podwórku w szeregach, a rodzice stoją pod zamknietą bramą w tym deszczu i wietrze szczelając zębami i moknąc do majtek. Co prawda lekcje już dawno się skończyły, ale regulamin mówi, że bramy otwierane są po drugim dzwonku, no to trzeba czekać uparcie, aż zadzwoni ten cholerny dzwonek ogłaszający otwieranie bram. Bo nie może w takich wyjątkowych okolicznościach dyrektor ogłosić wyjątkowej sytuacji i wyjątkowo pozwolić na otworzenie bramy 5 minut wcześniej i wypuszczenie dzieciaków te 5 minut wcześniej do domu. 

Tak samo podczas południowej przerwy - wszyscy muszą jeść kanapki na podwórku, bo jedzenie kanapek na podwórku i popijanie ich lodowatą wodą jest najlepsze i najzdrowsze dla każdego dziecka. W naszej szkole jest jadalnia, ale na jadalni można jeść tylko zimą. Dlatego ja już dawno przestałam się dziwić dlaczego moje dzieci nie chciały w ogóle brać do szkoły kanapek. Ja bym też nie jadła kanapek na podwórku, bo by mi śmierdziały mokrym psem i mogła bym się porzygać. Lepiej w ogóle nic nie jeść cały dzień. Oczywiście wiem doskonale, że normalsi, zwyklaki, czyli ludzie obdarzeni zaledwie przeciętną wrażliwością tego za diabła nie zrozumieją, bo im pewnie nie jest ani ekstremalnie mokro, ani ekstremalnie zimno, ani żarcie im nie wali mokrym psem. 

O ile ogólnie spędzanie przerw na świeżym powietrzu uważam za świetny, godny naśladowania zwyczaj, tak brak możliwości dostosowania tych zasad do warunków pogodowych czy choćby zdrowia i samopoczucia dzieci uważam za nienormalny. No sorry.

Mówiąc o przerwach na podwórku warto dodać, że pandemia ludzi kompletnie niczego nie nauczyła i nic nie zmieniła w kwestii higieny w szkole (i poza szkołą). Jak nie myto tu rąk, tak nadal się nie myje. Gównażeria goni po podwórku, paprze się w błocie, obciera se nosy ze smarków rękami, wymienia uściski dłoni i przytulasy, a potem siada do jedzenia. Po wyjściu z kibla też mało kto łapy umyje. Zresztą ja w czasie korony zaliczyłam opad szczęki na asfalt, gdy raz przypomniałam Młademu, by zawsze - epidemia czy nie - mył graby mydłem po wyjściu z kibla, a ten na to, że u nich w żadnej łazience nie ma mydła. Kurtyna.

W ogóle z jedzeniem pod gołym niebem to tutaj ludzie coś mają nie ten teges. Ja nienawidzę jeść na zewnątrz, no chyba że lody czy jakieś inne przekąski, ale, panie,  nie obiad. Kanapkę czy frytki  tam od biedy jeszcze opędzluję na ławce pod chmurką, gdym bardzo głodna, ale obiad? FUJ! Nie po to człowiek zostawił jaskinie i zaczął budować domy, by żyć jak jaskiniowiec. Zlitujcie się! Natomiast Belgowie kochają jeść pod gołym niebem. Gdy latem zachodzimy do restauracji i pytamy, czy możemy zjeść w środku to wszyscy patrzą na nas, jak byśmy się z choinki urwali. Zazwyczaj jesteśmy jedynymi ludźmi siedzącymi w środku, choć na zewnątrz brakuje stolików, bo Belg lubi jak mu muchy po jedzeniu chodzą, liście do zupy wpadają, gołębie na buty srają i jedzenie śmierdzi mokrym psem... Ja nie lubię. 

Pomysły różne kwadratowe i podłużne

Lubię za to chodzić po lesie. Coraz lepie mi idzie z tymi spacerami. No dobra, nie codziennie uda mi się wygonić siebie na spacer, ale się staram. Ostatnio przeszłam blisko 7 kilometrów po naszym lesie i nic mnie nie bolało z tego powodu. Strasznie się tym jaram.

W miniony weekend odbył się kolejny maraton browarowy i ja patrząc na bramę pobliskiego browaru ozdobioną plakatem, powiedziałam do Małżonka, że na drugi rok w końcu wezmę w tym udział. Tam można biec, ale można też iść. Zabawa polega na tym, że łazi się od browaru do browaru i w każdym próbuje się piwa. Małżonek piwa nie pije, ale oświadczył, że też mógłby pójść. 


selfie queen ;-)

Dla hecy podesłałam też mojej nowej kumpeli link do strony Elftopii festiwalu fantasy, w którym też chciałabym raz w życiu wziąć udział, bo spotkanie z innymi dorosłymi czubami, którzy się nie wstydzą publicznie pokazać w odjechanym przebraniu i stosownie do przebrania się zachowywać, musi być bardzo relaksującym i fascynującym doświadczeniem. Jeszcze nie wiem, czy wezmę udział w tym roku, ale nie wykluczam tego typu zagrywek. Bo mogę. Czy ktoś z was był na tej imprezie albo podobnej? Idziecie z nami...?

Przedwczoraj uzgodniłyśmy też z Najstarszą, że bedziemy razem chodzić wieczorami ze 3 razy w tygodniu, bo ona chce ćwiczyć systematycznie, ale co się raz zabierze to zaraz przestaje, w kupie zawsze raźniej. Młoda też jest na tak. Czy się uda, zobaczymy, ale musimy na pewno jakieś zasady ustalić, bo inaczej znowu będzie o kant dupy. Bo plany planami a życie życiem.

Ramię boli mnie coraz mniej, ale jeszcze boli. Teraz robię ćwiczenia u kinezystki. Ta niesprawność łapy mnie trochę ogranicza i powstrzymuje, bo ręka jest potrzebna nie tylko do machania i sięgania, ale też do podpierania się i trzymania, gdy inne części ciała coś robią. 

Przemęczenie - wiekopomne odrycia oczywistych faktów

Zaczynam podejrzewać, że w przeczytanym przeze mnie niderlandzkojęzycznym artykule nt przemeczenia mogło być całkiem sporo prawdy, o którą zwykłego zmęczenia by człowiek z pierwa nie podejrzewał.

To że ma wpływ na myślenie i koncentrację to wiedziałam. 

Wiedziałam, że na przemęczenie spanie ani odpoczynek nie pomaga. 

Wiedziałam jeszcze wiele innych wymienionych tam rzeczy...

Odkryciem jednak było dla mnie np, że przemęczenie może powodować ból mięśni i stawów, bo organizm zużywa całą energię na walkę ze zmęczeniem, czyli regenerację i nie starzca mu paliwka dla wielu organów. Gdy to człowiek przecyzta czarno na białym, widzi w tym logikę i sens. Strzela sobie face palm i woła: NO FAKTYCZNIE!

Drugim zakoczeniem był objaw. Patologiczne myślenie o wakacjach i urlopie. O tak, tak właśnie miałam. Nawet z tego bloga to szło wywnioskować, gdy po chemii i naświetlaniach tak bardzo potrzebowałam wakacji, wyjazdu; to było dla mnie przez spory czas obsesją. Pamiętacie, jak potem byłam zawiedziona, że to nie spełniło zadania, że nic nie zmieniło. Ten artykuł naświetlił mi, dlaczego. Organizm jest zmęczony i woła o litość. Wakacje w naszej głowie = odpoczynek. No więc mózg wyciąga te wakacje na sam wierzch i podtawia nam pod nos, by dać do zrozumienia, że musimy odpocząć. Tym sposobem wprowadza nas poniekąd w błąd, bo człowiek źle to interpretuje... Zwykłe wakacje to za mało w przypadku przemęczenia, czy takiej choroby jak rak oraz  jego leczenie. 

Widzicie, siedzę na zwolnieniu lekarskim już kolejny miesiąc i jeszcze sie mój organizm nie zregenerował, a ja chciałam to w dwa dni załatwić... I to jest właśnie mój - i chyba nie tylko mój - największy problem. Ja nie mam i nie chcę mieć czasu na odpoczywanie, bo ja muszę szybko do przodu, dokądś, nawet nie wiem dokładnie gdzie ani za czym ,ale muszę.  Nie mam czasu na siedzenie, na leżenie, na odpoczynek, bo ciągle jest tyle do zrobienia, do zobaczenia, do odkrycia, do nauczenia, do załatwienia... 

Powiedzmy sobie szczerze, teraz ciągle tak mam. Nie chodzę do pracy, a każdy dzień wydaje mi się za krótki. Bywają dni, że mimo ładnej pogody nie udało mi się nawet na chwilę wyjść z domu, bo jeszcze to, jeszcze tamto. Każdego wieczoru ze smutkiem zauważam, że kolejny dzień minął, a ja tyle rzeczy jeszcze miałam zrobić... JAK MNIE TO WKURZA!

Nie umiem planować sensownie dnia. No dobra, może i umiem, ale nigdy tak na prawdę tego jeszcze nie próbowałam robić... Jadę na spontanie. Widzę, że coś jest do zrobienia, to robię. Często mylę się w oszacowaniu czasu, który jest potrzebny na wykonanie poszczególnych zadań. Dużo rzeczy dodatkowych wychodzi przy tym w trakcie wykonywania innych i ja idę za ciosem. 

Podam przykład. 

Zadanie: ugotować na obiad ziemniaki z mięsem. Planowany czas wykonania: godzina. Pi razy drzwi.

Wykonaie: Idę do kanciapy, by wyjąć mięso z lodówki. Zauważam tam pralkę z ukończonym praniem. Wyjmuję pranie i wynoszę na podwórko, by rozwiesić. Rozwieszając zauważam, że kury narobiły pod drzwiami, więc biorę miotłę by zamieść, ale się okazuje, że trzeba użyć wody. Rozwinąwszy wężą stwierdzam, że mogę przy okazji umyć rower. Skoro już założyłam gumiaki, to trawy przyniosę dla świnek. Myśl o świnkach i gumiaki przypominają mi, że trzeba im posprzątać (świnkom, nie gumiakom). Idę sprzątac świnkom i wynosząc dywaniki do wytrzepania przypominam sobie o obiedzie. Lecę po ziemniaki do szopy i po to mięso, po które poszłam ...o jeżu, już 2... 3... 4... godziny temu. 

A od przyniesienia produktów do ugotowania jeszcze pierdyliard pomysłów się nawinie. I tak wygląda u mnie każdy dzień i wykonywanie każdego zadania. Mów mi chaos.

Tak czy owak w tym tygodniu stwierdziłam i zauważyłam, że mój stan zdrowotny jest dużo lepszy niż w okresie październik - marzec. O niebo lepszy.

Mózg funkcjonuje już bardzo dobrze, co daje się zauważyć na lekcjach niderlandzkiego. Jestem zmęczona co prawda, ale tak samo jak pozostali. Gadamy czasem o tym i wielu ludzi jest wieczorem na lekcji bardzo zmęczonych po pracy i codziennych obowiązkach. Kontaktuje już całkiem dobrze i rozumiem oraz wiele zapamietuję nowych rzeczy. 

Nie bolą mnie stawy. Pomijając ten stan zapalny, nad którym pracuję, jest prawie że normalnie. Rano odczuwam sztywność niektórych stawów. Najbardziej dłoni, co tłumaczę siedzieniem przy kompie i stukaniem w klawisze przez sporą część dnia. Kolana czuję odrobinę przy schodzeniu po schdach, ale schodzę już prawie normalnie rano. W nocy gorzej, ale lepiej niż wcześniej.

Nie męczy mnie przemaszerowanie nawet 7 km. Nie powoduje to bólu kolan ani stóp. Różnica zatem ogromna.

Dysponuję swoim normalnym poziomem optymizmu i radości życia. Nie, że od razu sram tęczą, ale po prostu mam normalny mi poziom szczęścia i normalną dla mnie ilośc gorszych momentów.

Nie jestem jeszcze w pełnej formie. Zdecydowanie nie. Jest po prostu wielki postęp, który mnie raduje i zachęca do daleszej pracy nad sobą i swoim światem. 

Ciagle zastanawiam się nad ewentualnym powrotem do swojej pracy. Znaczy waham się, czy po zakończeniu chorobowego lepiej bedzie poprosić o przedłużenie, czy lepiej bedzie wrócić np z mniejszą ilością godzin. Pierwsza opcja wydaje się rozsądniejsza, ale się waham jeszcze. Jeszcze mam miesiąc czasu na zastanowienie wszystkich za i przeciw. 

Od czasu do czasu myślę też o zaplanowanych wakacjach, ale już przestało mnie to palić, co też świadczy o postępach w zdrowieniu i wychodzeniu z kupy. 

Inna sprawa, że ja się o tych wakacjach zwyczajnie boję myśleć za dużo, bo boję się zawodu, w sensie, że znowu coś się wysra na to. Przez ostatnie lata zbyt często wszystko szło nie tak i zbyt często nie udawało się zrealizować planów. Dlatego teraz zwyczajnie boję się cieszyć na cokolwiek i dlatego dużo rzeczy robię spontanicznie bez większego zastanowienia. 

Jednak bardzo chcę pojechać do tego Amsterdamu, przespać kilka nocy w tym burżujskim hotelu, który wybrałyśmy z Młodą i zobaczyć te wszystkie miejsca, które znalazłyśmy w internetach. No i ciastki z ziołem kupić oczywiście, bo to jesyt wszak główny powód wybrania Amsterdamu. Mówiąc szczerze to o wiele bardziej podoabją mi się te czasy niż te, w których dzieci chciały po prostu iść do zoo.

Książka

Ten tydzień sponsorowała książka Tima O'Briena pt: "Rzeczy które nieśli".
Mało ostatnio czytam. Nie idzie mi za bardzo, bo mam zbyt wiele alternatyw dla tej rozrywki. Dlatego książce pośiwęcam tylko chwilę w łóżku przed pójściem spać, a ta chwila jest krótka, bo sen ją przegania. Starość nie radość. Gdzie te czasy, kiedy czytało sie do białego rana?

O tej książce przecyztałam już nawet nie pamiętam gdzie i nagle mnie obsesja dopadła na jej punkcie. Im bardziej nie mogłam jej znaleść, tym bardziej zależało mi na jej przeczytaniu. Typowe dla mnie zagranie.
W końcu zakup mikroskopu doprowadził do zakupu tej książki. Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że moja nowa koleżnka pani doktór biofizyk zaleciła kupić dla Młodego stare repetytoria z biologii dla kandydatów na studia i ona mi te książki na słynnym Allegro znalazła. Nie korzystałam z tej strony odkąd jestem w BE, więc byłam niemal w szoku zobaczywszy, że teraz można tam kupować z Belgii i nawet ceny se w Euro można wybrać. No, panie, śliczota! Skoro już dopadłam jakiegoś antykwatriatu to przeszukałam go wzdłuż i wszerz. No i znalazłam te "Rzeczy...". Za 3 czy 4 dni kurier już stał pod drzwiami. 

Co jest takiego specjalnego w tej książce. Nic. Ktoś gdzieś napisał, że to "najlepsza książka o wojnie". Zaiste. Nie czytałam wszystkich książek o wojnie, ale ta jest dobra. Tak na prawdę mało mówi o wojnie, przez co mówi bardzo dużo. Autor opowiada bzdury, by pokazać prawdę, której sam tak na prawdę nie zna, bo już nie odróżnia jej od kłamstwa. Na prawdę bardzo dobra książka. I wcale nie tylko o wojnie, bo na wielu stronach widziałam własne uczucia z trudnych momentów życiowych.