8 sierpnia 2023

Eutanazja, dobrze że jest...

Dawno nie było na moim blogu niczego poza moim pamiętnikiem. Dawno nie poruszałam żadnego ważnego tematu, a jakiś miesiąc temu napisałam ten tekst.... Pora, by ujrzał światło dzienne. 

EUTANAZJA


Eutanazja w Belgii, jak to wygląda.

W naszym kraju eutanazja jest legalna. Belgia była zaraz po Holandii drugim krajem na świecie, które takie prawo wprowadziła. I tak od września 2002 roku pacjenci mogą w niektórych okolicznościach poprosić lekarza o zgodę na zakończenie ich życia. Od 2014 o eutanazję mogą też ubiegać się dzieci. 

https://www.health.belgium.be/nl/gezondheid/zorg-voor-jezelf/levensbegin-en-einde/euthanasie

Czym jest eutanajza? To pozbawienie drugiej osoby życia na jej własne życzenie. Wykonawcą zawsze jest lekarz i eutanzja nie jest absolutnym prawem pacjenta, a tylko możliwością - można o nią poprosić, ale nie można się jej domagać. Każdy lekarz może odmówić zezwolenia na eutanazję, nawet jeśli wszystkie warunki do jej wykonania są spełnione. 

Eutanazja jest dozwolona tylko wtedy, gdy pacjent znajduje się w stanie beznadziejnym (z medycznego punktu widzenia) stanie fizycznego lub psychicznego cierpienia, któremu nie można zaradzić i jest wynikiem cięzkiej nieuleczalnej choroby lub wypadku. W przypadku dzieci nie jest dozwolona eutanzja z przyczyn psychicznego cierpienia i muszą na nią wyrazić też zgodę prawni opiekunowie dziecka.

Prośba o eutanazję musi być całkowiecie samodzielna, dobrowolna (bez sugestii osób trzecich), świadoma i wielokrornie ponawiana. Osoby trzecie (np rodzina) nie mogą prosić o eutanzjaę dla nikogo (np osoby w śpiączce).

Eutanazja wykonywana jest przez lekarza prowadzącego przeważnie w obecności pielęgniarki. Pacjentowi podawany jest szybko działający środek nasenny i zwiotczający mięśnie, po czym następuje zatrzymanie oddechu i serca, co trwa kilka minut. Przy zabiegu mogą być obecni bliscy krewni, gdy pacjent wyrazi takie życzenie

Wyrażenie woli wykonania eutanazji w razie nieodwracalnej śpiączki

Prawo belgijskie umożliwia ponadto każdemu złożenie prośby o eutanazję w razie  nieodwracalnej śpiączki. Takie oświadczenia dokonuje się w swoim urzędzie gminy w obezności dwóch dorosłych świadków, z których co najmniej jeden nie będzie miał żadnych korzyści ze śmierci składającego owo oświadczenia (jak spadek itp). Można przy tym wskazać jedną lub więcej osób, które w razie śpiączki powiadomią lekarzy o tej prośbie. Wszyscy oczywiście podpisują stosowne orzeczenia. 

Tutaj znajdziecie stoswny formularz: prośba o eutanazję w razie śpiączki.


Podcast dziennikarki i artystki na temat eutanazji

Media opowiedziały nam jakiś czas temu o niejakiej Elien Vervaet, która nagrała podcast na temat eutanazji, by w ten sposób przełamać tabu. Wysłuchałam tego podcastu i postanowiłam ten temat poruszyć też na moim skromnym blogu, bo uważam że jest bardzo ważny, a faktycznie bardzo mało się o tym mówi. Jak już się mówi, to na zasadzie wyzywania się wzajemnego tych co są za i tych co przeciw (ale figę o tym wiedzą), pomijając kompletnie zdanie, tych których to na prawdę dotyczy....

Elien wyraziła swoje zdanie jako osoba, której to dotyczy. Co więcej pozwoliła wypowiedzieć się innym, których to dotyczy.

Kim jest, a raczej była, Elien? Piękną młodą 24-letnią kobietą, dziennikarką radiową, fotografką i aktorką, która po kilka latach walki z ciężką depresją w końcu otrzymała zgodę na eutanazję. Tutaj jest jej strona, gdzie możecie sobie m. in. obejrzeć jej zdjęcia, czy wysłuchać rzeczonego podcastu (jeśli władacie w miarę sprawnie niderlandzkim oczywiście). https://elienvervaet.com/

Elien porównuje siebie do pięknego motyla, który mimo tego że jest tak piękny, radosny i sympatyczny, bardzo krótko na tym świecie żyje. 

Mówi, że ciągle cierpi okropnie. Mówi, że próbowała wszystkiego, co dało się zrobić, testowała różne leki, prosiła wiele osób i różne instytucje o pomoc i walczyła kilka lat dzielnie ze swoją depresją, ale nie udało jej się nic wiele wskórać. Straciła nadzieję. Nie chce już żyć. W końcu poprosiła o eutanazję i po długim czasie otrzymała na nią zgodę. Wtedy postanowiła nagrać ten swój podcast. 

Chciała przed swoją śmiercią nakłonić ludzi do częstrzego poruszania tematu eutanazji i cierpienia przede wszystkim młodych ludzi, by ludzie nie wstydzili i nie bali się o tym mówić głośno, by nie musieli zmagać się ze swoim cierpieniem i wątpliwościami w samotności. Nie chodzi jej bynajmiej o nakłanianie kogokolwiek czy w ogóle jakiekolwiek promowanie eutanazji. Nie, ona pokazuje eutanazję taką jaka jest. 

W swoim podcaście daje głos ludziom ze swojego otoczenia - specjalistom, przyjaciołom, rodzicom, cioci, przypadkowym ludziom zaczepionym na ulicy. Każdy z nich mówi, co czuje i jak odbiera jej decyzję i eutanazję w ogóle. Bliscy mówią o bólu, cierpieniu, śmierci, o trudnych emocjach, ale ze spokojem, pogodzeni i przygotowani najlepiej jak się da na taką okoliczność, jaką jest świadome odejście bliskiej znajomej osoby. Wszyscy ją wspierają i starają się zrozumieć, choć zrozumienie drugiej osoby, gdy nie jest się nią i nie czuje się tego, co ona czuje, jest czasem zupełnie niemożliwe, a zawsze bardzo trudne. Najbliższe Eliene osoby mówią o tym, że patrzyły przez ostatnie lata na jej cierpienie i na jej walkę z chorobą. Mówią o swoim wsparciu i miłości do Eliene. Szanują jej decyzję, choć jest ona dla nich bardzo ciężka i bolesna. Podziwiają jej odwagę i siłę bo wiedzą, że dla niej ta decyzja też jest strasznie trudna.

Warto było usłyszeć taki głos w tej ważnej sprawie, a w zasadzie głosy. Głosy różnych ludzi, których eutanazja mniej lub bardziej bezpośrednio dotyczy. Dało mi to sporo do myślenia i do czucia.

Elien odeszła 9 lipca, po 6 latach walki z ciężką depresją, kiedy to odwiedzała różne szpitale, testowała najróżniejsze terapie, które zlecali jej terapeuci. Nic nie pomagało.

O eutanazję ubiegają się rzadko osby młode, zatem Elien była raczej wyjątkiem pod tym względem. 

W 2022 z eutanacji w Belgii skorzystało  ok 3000 osób, z czego tylko około 1,2% byli to ludzie poniżej 40.

Co ja myślę na temat eutanazji?

Od dawna powtarzam, że cieszę się, iż mieszkam w kraju, w którym jest to legalne i dozwolone w określonych warunkach. Szczególnie teraz, odkąd usłyszałam swoją diagnozę "rak". Słysząc słowo rak w kontekście swojej własnej osoby człowiek bowiem zaczyna rozważać różne okoliczności związane z cierpieniem i śmiercią, które przez taką diagnozę nagle bardziej interesujące się wydają i bliższe. Nawet jak ci dadzą do zrozumienia, tak jak mnie, że mam 70% na przeżycie najbliższych pięciu lat, to jednak cień Kostuchy i, co gorsza, potencjalnego cierpienia czuje się na od czasu do czasu systematycznie na pysku i duszy...

Śmierci jako takiej się nie boję, ale cierpienia już tak. Boję się też cierpienia istot, które są mi bardzo bliskie.

Był taki czas, że intensywnie myślałam o zakończeniu swojego żywota. Jak ktoś dysponuje choć odrobiną empatii i inteligencji, zapewne domyśli się, że to nie był czas dla mnie cukierkowy. Był to czas, a w zasadzie czasy, bo nie był to jednorazowy pomysł, piekielnie trudny, straszny i bolesny. I wiecie co? Dziś z perspektywy patrząc, czasem żałuję, że się nie złożyło... Dziś by o mnie już pewnie nawet nikt nie pamiętał, świat beze mnie kręcił by się tak samo jak kręci się ze mną, tylko moja czasoprzestrzeń w inny sposób by się wypełniła. Tylko ja nie musiałabym się dziś już z niczym użerać, niczym przejmować, nikt  by nie miał ze mną problemu, nikomu bym nie wadziła, nikt by nie musiał mi w niczym pomagać ani mnie słuchać,  bo bym po prostu nie istniała. No ale dobra, aktualnie żyję i mam się w miarę dobrze. Opowiadam o tym tylko dlatego, by odnieść się do samej kwestii istnienia jako takiego, które jest jednym z wielu aspektów eutanazji.

Jestem osobą niewierzącą i dla mnie życie zaczyna się i kończy na planecie Ziemia. Nie wierzę ani w reinkarnację, ani życie pozagrobowe, ani w żadne inne czary-mary, a już na pewno nie w psychopatyczne złośliwe bóstwa, które wymyślają dla mnie głupie makabryczne challenge, a potem siedząc na chmurce śledzą każdy mój krok i czytają me myśli, by przyznawać mi punkty i mnie rozliczać z wszystkiego, co zrobiłam nie po ich myśli, choć nigdy mnie o zasadach swojej głupiej gry nawet nie raczyli ponformować. 

A w kwestii eutanazji, jak wiadomo,  wiara w mniej lub bardziej psychopatyczne bóstwa ma ogromne znaczenie. Nie mam nic do wierzących, dopóki trzymają swoją wiarę z dala od mojego życia, mojego ciała i moich przekonań. Wierzcie sobie w co tam chcecie, ale nie mierzcie mnie swoją miarą i pozwólcie mnie i każdemu innemu wierzyć w co chce i decydować o swoim życiu wedle swojej własnej wiedzy i potrzeb. 

Dla mnie prawo do eutanazji jest bardzo wporządku, jest bardzo potrzebne i ważne. Oczywiście, o ile nie jest nadużywane, a znane są przypadki sugerowania np cierpiącym osobom starszym prośby o eutanazję... No ale nie mówimy tu o łamaniu prawa i nadużyciach. Mówimy o samej możliwości.

Gdyby nadszedł taki moment w moim życiu, że już będzie bardzo źle, że będę cierpieć ból nie do wytrzymania, a lekarz powie, że już nic nie da się zrobić, że mogę tylko czekać na śmierć w koszmarnym cierpieniu, to ja chcę mieć wtedy możliwość skrócenia tej drogi. Chcę móc poprosić o śmierć.

Jeśli ktoś lubi i z jakiegoś powodu chce cierpieć, niech sobie cierpi. Jego wola. Jeśli ktoś uznaje, że byłby dumny z tego, że np  przez kilka miesięcy, lub jeszcze lepiej lat ,leżał by przykuty do łóżka, cierpiąc niemiłosiernie i do tego wymagając poświęcenia wielu innych osób, które będą go myć, podcierać, wynosić jego kupy, karmić i które w mnejszym lub większym stopniu będą ze swojego życia dla niego zrezygnować i jeszcze patrząc na jego cierpienie samemu ogromnie cierpieć no to gratuluję.... Ja nie czuję w sobie ani tyle odwagi, ani sił, ani tym bardziej bezduszności. 

Uważam, że każdy człowiek powinien mieć możliwość godnego bezbolesnego odejścia z tego świata. To czy z tej możliwości skorzysta powinno od niego samego zależeć.

Niektórzy uważają, że eutanazja to zalegalizowanie samobójstwa. No można i tak na to spojrzeć... Tyle tylko, że najsampierw dobrze jest się dokładnie przyjżeć warunkom eutanazji: nieuleczalna choroba, cierpienie nie do zniesienia, kilkukrotne ponawianie prośby... Elien czekała trzy lata, zanim otrzymała swoje zezwolenie.

To nie jest tak, że eutanazja serwowana jest wszystkim znudzonym życiem na prawo i lewo. Eutanazję przeprowadza się w jasno określonych, wyjątkowych  okolicznościach.

No ale dobra, pociągnijmy temat samobójstwa...

Przyznajcie się teraz tak z ręką na sercu, czy w ogóle kiedykolwiek tak na prawdę zastanawialiście się nad samobójstwem? Nie, że wy sami, tylko ogólnie, jak to jest popełnić samobójstwo.

Z tego co czasem czytam gdzieś tam w komentarzach i co słyszę przy okazji samobójstw, to niektórym się wydaje, że ludzie ot tak nagle pod wpływem chwili wręcz dla fanaberii albo z nudów odbierają sobie życie, bo, jak dalej twierdzą wszystko wiedzący, przecież nie mieli żadnego powodu. No wiadomo, inni najlepiej zawsze wszystko wiedzą na czyjść temat niż sam zainteresowany...

Zastanówcie się teraz tak czysto teoretycznie, zupełnie bezpodstawnie, że chcielibyście zakończyć swój żywot albo komuś innemu doradzić.... a nie czekaj, czekaj... Z połowę czytających te słowa pewnie nie raz już komuś radziło "pierdolnięcie sobie w łeb" czy tam podobne takie rozwiązania.

A pomyśleliście wtedy, co by było, gdyby ten ktoś serio sobie strzelił w głowę? Potraficie sobie wyobrazić taką sytuację, że oto wchodzicie do pokoju swojego czy kogoś znajomego, a tam czyjś mózg na ścianie, na wszystkim i ten ktoś, wasz znajomy ma dziurę w głowie, nie żyje, bo zgodnie z czyimś zaleceniem strzelił sobie w łeb...?

Albo wisi u sufitu w waszej łazience. Celowo piszę "waszej", bo ludzie mają to do siebie, że wyobrażają sobie zawsze i święcie są o tym przekonani, że TAKIE RZECZY IM SIĘ NIGDY NIE PRZYTRAFIĄ, bo oni tacy nie są i ich znajomi ani rodzina tacy nie są. A żebyście się nie zdziwili...

Orientujecie się choć z grubsza, jakie są objawy śmierci przez powieszenie i jak wygląda wisielec? Nie? Ja mam dziwne zainteresowana i sobie poczytałam... Wrażnie ponoć niezapomniane.

A jakby tak ktoś skacząc z mostu akurat przed wasze auto spadł i byście na niego najechali...? 

Albo z wieżowca, w którym akurat zakupy w galerii robiliście...? I krew jego oraz mózg ochalapały by wam laczki...?

Albo przed pociąg, którym jechaliście na wakacje, a wasz sąsiad kolejarz akurat by siedział w lokomotywie i widział to i nic nie mógł zrobić...?

Nadal uważacie, że eutanazja to to samo co samobójstwo?

Połknięcie tabletek wydaje się być najmniej okrutne dla innych, ale też mniej skuteczne. Każdy kto ma dość życia, orientuje się w zaletach i wadach poszczególnych metod. Ja piszę o nich, by pokazać różnicę, ale też po to, by poruszyć temat odbierania sobie życia z takich czy innych powodów, by skłonić do myślenia i do przestania udawania, że temat nie istnieje i że was na pewno nie dotyczy. Bo istnieje i dotyczy każdego. No chyba że twierdzicie, iż nie znacie i znaliście nigdy nikogo, kto myślał o odebraniu sobie zycia, próbował odebrać sobie życie albo sobie życie odebrał. W co nie uwierzę, no sorry.

Nieudane próby odebrania sobie życia nie rzadko kończą się niepełnosprawnością fizyczną lub umysłową, co tylko pogarsza sytuację.

Udane jak i nieudane proby samobójcze są szokiem i traumatycznym przeżyciem dla bliskich.

Pewne jest jedno. Każdy kto myśli o zakończeniu życia, musi mieć ku temu powód. Każdy potrzebuje wtedy najbardziej pomocy, zrozumienia, wysłuchania, wsparcia. Nie każdy je otrzyma i nie każdemu to pomoże i nie każdemu wystarczy, ale fajnie gdyby ludzie częściej chcieli innych słuchać, innych zauważać i zawsze drugiego próbowali zrozumieć, a nie tylko oceniać wszystkich według siebie.

Nieuleczalnie chore i nieludzko przy tym cierpiące osoby to bardzo wyjątkowa grupa. 

Większość ludzi, moim zdaniem,  chce żyć, chce pracować, spotykać się z przyjaciółmi, cieszyć się dziećmi, wnukami, rodzeństwem, partnerem, chcą podróżować, czytać, oglądać filmy, słuchac muzyki, bawić się, odkrywać świat... 

Większość ludzi w każdym wieku chce żyć. Po prostu żyć, istnieć, zmagać się z problemami, podejmować wyzwania. Większosć ludzi nie chce umierać, nie chce odchodzić, nie chce zostawiać nikogo i niczego. Bo taka jest nasza natura. 

Tak samo jak wszystkie pozostałe zwierzęta, my ludzie zawsze walczymy o życie, o życie swoje i najbliższych. Jesteśmy gotowi wiele wycierpieć, wiele znieść, by móc żyć.

Ludzie nie proszą o śmierć z byle powodu.

 Ludzie nie narażają bliskich na cierpienie z byle powodu. 

Ludzie nie zostawiają wszystkiego, co kochają z byle powodu.

 Ludzie nie proszą o eutanazję z byle powodu. 

Uważam, że brak legalnej eutanazji nie powstrzyma ludzi cierpiących przed zakończeniem swojego życia, gdy tylko znajdą sposób i dość odwagi. Tyle że zrobią to korzystając np z którejś z wyżej wymienionych makabrycznych metod, niespodziewanie, nagle, narażając najbliższych na traumatyczne przeżycia i szok.

Przykład Elien mówi nam, że dzięki eutanazji można odejść z godnością, można siebie i najbliższych na ten moment przygotować. Oczekiwanie na eutanazję jest poza tym dosyć długie i człowiek jest pod opieką specjalistów, więc jest też czas, by się rozmyślić, by zmienić zdanie.

Uważam, że dobrze by było, gdyby ludzie o tym wszystkim częściej rozmawiali, zarówno o eutanazji, jak o myślach samobójczych, o śmierci ogólnie, o depresji, o problemach ogólnie. Byśmy się wzajemnie wszyscy próbowali zrozumieć, poznać różne punkty widzenia i siedzienia, byśmy otwarcie mogli opowiedzieć o swoich problemach i nie zostać wyśmianym, wyszydzonym, odizolowanym, a byśmy dostali pomoc, wsparcie czy przynajmniej cierpliwe ucho, które nas wysłucha.


5 sierpnia 2023

Zęby, szkolenia, książki i wakacyjne mejle

Zezwolenie na odbycie szkolenia na opiekuna świetlicy. 

 Pięć dni byłam na wakacjach i to już mi najwyraźniej zaszkodziło. Z czego wniosek, że nie powinnam jednak nigdzie wyjeżdżać... 

Żarty żartami, ale to były trudne do przeżycia dwa tygodnie i serio mam takie odczucie, że ten tydzień, w którym mnie nie było w domu, spowodował spiętrzenie wszystkiego, które to wszystko musiałam po powrocie z tych pseudo wakacji nadrobić, co w rezultacie skończyło się blisko tygodniowym bólem głowy i ogólnym fatalnym samopoczuciem. 

Pomyliłam się co do kursu. W tym znaczeniu, że ja sobie pomyślałam, że skoro się zapisałam na ten kurs, który zacznie się gdzieś w połowie września, to ja mam teraz wakacje i mogę sobie co najwyżej niderlandzki powtarzać, ale poza tym do rozpoczęcia roku szkolnego w ogóle o tym nie myśleć. Kiedy zatem okazało się, że się myliłam w obliczeniach i że na usiadnięcie w ławce to se trzeba, proszę państwa, zapracować i zasłużyć, to mój świat jakby się odrobinę zawalił był. Żeby nie powiedzieć jebnął! No bo ja nie lubię tego typu niespodzianek i bezsensownej dodatkowej roboty, na którą nie mam czasu.

Najpierw ta rozmowa na temat talentów. No dobra, pogadałam se, dostałam pochwałę i myślałam, że teraz ktoś przybije pieczątkę na tych moich dokumentach i powie - dobra, widać serio chcesz pracować w świetlicy, lubisz dzieci, nadajesz się, jest szansa, że zapełnisz potem choć ten jeden z licznych wakatów, przestaniesz żyć z żebraniny zasiłkowej no więc zapłacimy ci ten kurs z przyjemnością....

Taaaa, pomarzyć dobra rzecz. Ale to Belgia jest! Tu najpierw musisz przedrzeć się przez tę całą papierologię, odbyć dziesiątki rozmów i spotkań, napisać setki testów i ankiet, przedłożyć pierdyliard zaświadczeń, zezwoleń, atestów, certyfikatów, by ktoś w końcu mógł ci ewentualnie oficjalnie zezwolić na udział w szkoleniu na pracownika świetlicy. Jakby to jakie niewiadomo co było za niewiadomo jakie pieniądze... No a ja się zastanawiałam i utyskiwałam na tym, dlaczego ludzie siedzą latami na zasiłkach i nie wezmą się za robotę ani nie pójdą na żaden kurs. No kurwa, skoro to tak wygląda, że to jest droga przez mękę, to już coraz mniej zaczynam się temu dziwić. No bo faktycznie w takiej sytuacji to może lepiej siedzieć se w domu, pierdzieć w stołek, oglądać seriale,  zbierać koty z ulicy, udawać chorego i latać do opieki z wyciągniętą ręką pięć razy na tydzień. Podejrzewam, że nie każdy jest tak uparty i napalony na pójście za wszelką cenę do roboty jak ja i nie każdemu bedzie się chciało przez tę biurokrację dla jakiegoś głupiego kursu przedzierać.

O co tyle hałasu? Po tej rozmowie dostałam e-mail, że czeka na mnie zadanie w VDAB. Zalogowałam się i zobaczylam, że mam się zapisać na tzw inleefmoment  uprzednio poczytawszy sobie, co to jest. Nie wiem, jak to przetłumaczyć, ale może "moment wczucia się"? Każdy, kto myśli o pracy w świetlicy albo innej opiece, może z takiej opcji skorzystać. To jest całkowicie darmowe. Wystarczy wypełnić formularz na stronie https://ikgaervoor.be/inleefmomenten , wybrać tam miejsce i czas, i poczekać aż ktoś się skontaktuje, by umówić się na konkretny termin i potem pójść sobie na jeden dzień do roboty i przekonać się organoleptycznie, czy nadajemy się do tego, czy też nie. Niezłe!

Pomysł sam w sobie całkiem zacny i z chęcią z takiej możliwości skorzystam, no ale - powiedzmy sobie szczerze - w moim przypadku to jakby bez sensu w tym momencie, bo ja już się przecież zdecydowałam na ten kurs, ja wiem, że chcę pracować w świetlicy, mam wystarczająco doświadczenia by samodzielnie stwierdzić, że do tej pracy się nadaję i co najważniejsze, ja już się na ten kurs zapisałam.

No ale dobra. Wybrałam jakąś świetlicę dla dzieci w Wetteren, bo tam był dla mnie najlepszy dojazd, gdyż mam bezpośreni pociąg z pobliskiej stacji i czekam na odpowiedź. Póki co się nie zdarzyło. Jak do dwóch tygodni się nie odezwią, mam do nich napisać czy zadzwonić... Co oczywiście mnie stresuje, jak kązde czekanie i muszę cały czas o tym pamiętać i sprawdzać te mejle i tę datę.... 

Czas na wykonanie tego zadania mam do konca sierpnia. A potem zobaczymy, co będzie dalej... Bo ja tego teraz nie wiem. 

Ale to nie wszystko. Mamy jeszcze bowiem Fundusz Zdrowia, który muszę poprosić o zezwolenie na uczęszczanie na kurs w trakcie zwolnienia lekarskiego. Wypełniłam formularz na stronie funduszu i otrzymałam termin spotkania z koordynatotem na połowę sierpnia...

To wszystko trwa, trzeba czekać, umawiać się, iść na spotkanie, znowu czekać, znowu się umawiać, zbierać dokumenty, atesty... A ja tylko chcę iść na pieprzony kurs na opiekun aświetlicy a nie zostać prezydentem. Chcę iść na kurs, by w konsekwencji móc wrócić na rynek pracy, a nie siedzieć na zasiłku i marnować państwowe pieniądze, swoje talenty, chęci, entuzjazm i w ogóle życie patrząc się w ścianę.

Mimo że rozumiem sens tego typu kontroli, bo wiem, że ludzie są różni i takie sytuacje nieuczciwym, leniwym i głupim ludziom, którzy se w chujki lubią pograć, zawdzięczamy zwykle, ale nie zmienia to faktu, że przez to wszystko czuję się traktowana jak jakiś debil. Ponadto dla mnie to wszystko ogromny stres i obciążenie no i tak właśnie próbując sprostać tym wszystkim oczekiwaniom, latając po lekarzach za atestami, odpisując na mejle, wypełniając formulafrze i wywiązując się jednocześnie z moich zwykłych domowo-matczyno-małżeńskich obowiązków przeciążyłam znowu mój łeb i nabawiłam się ogromnego bólu głowy, bezsenności i ogólnego złego samopoczucia. Dziękuję wam urzędasy!

Miałam taki moment, że przeszło mi przez myśl, by napisać do wszystkich i każdego z osobna "a pierdolcie się!" i jakby mnie było na to stać, to serio jak bum cyk cyk bym tak zrobiła, bo naprawdę mi to strasznie działa na nerwy i rujnuje i tak już pokiereszowaną psychikę. Jakbym miała dość pieniedzy to srałabym na ten zasiłek chorobowy  i na tę refundację szkolenia. Poszłabym se na kurs ot tak bez niczyjej łaski i pójdę, gdy tę łaskę będą nadal mi robić, ale nie przewala nam się z forsą, więc o wiele łatwiej by było przeżyć ten kolejny rok pobierając jednak ten zasiłek chorobowy i ucząc się za darmo (6 stów jednak piechotą nie chodzi). Dlatego chylę na razie kark i uśmiecham się fałszywie do urzędasów, ale ogólnie to chuj im na grób!

Nauka niderlandzkiego

Powtarzam ponadto uczciwie niderlandzką gramatykę w tych miejscach, w których kuleje najbardziej, ale też w łatwiejszych, by się dowartościować. Słucham też codziennie po chwili radia, jak zalecił mi nauczyciel, czytam gazety i książki po niderlandzku, rozwiązuję nawet krzyżówki z użyciem słownika krzyżówek online, bo to całkiem fajna nowo odkryta zabawa, dzięki której mam zamiar wzbogacić swoje słownictwo o dziwne wyrazy (kto rozwiązuje krzyżówki, ten wie, że tam są dziwne słowa czasem, których w codziennym życiu nikt normalny nie używa). No i oczywiście nie wytrzymałam i zapisałam się na kolejnu poziom kursu wieczorowego online, czyli poziom 3.1 (B2), bo mogę! Skoro miałabym za rok szukać pracy w świetlicy (czy jakiejkolwiek innej NORMALNEJ ) to muszę ostro popracować nad niderlandzkim dla siebie samej, by nie wychodzić co raz to na głupka, a już szczególnie przed dziećmi, które przeciez oczekują, że dorosły jest od nich mądrzejszy, że może poradzić, pomóc w zadaniu domowym, wytłumaczyć itd. Poza tym co mam do stracenia poza tym 120€...? Zrezygnować natomiast można przecież w każdym momencie.



Heca z gazetami, książkami i moją ulubioną sąsiadką

Jakiś czas temu znalazłam w naszej skrzynce reklamę pt pełny miesięczny abonament gazety codziennej plus książka za 4 euro. Pomyślałam, że skorzystam, bo fajnie czasem papierową gazetę poczytać dla odmiany, poza tym gazety czasem się przydają też jako podkład dla papug potem. Na codzień czytamy z małżonkiem wiadomości w VRT, bo to jest całkowicie za darmo. Zajrzałam na stronę gazety i potwierdziłam, że faktycznie jest taka promocja, że za 4 euro otrzymam przez 4 tygodnie papierową gazetę codziennie do domu, a do tego mogę korzystać oczywiscie z gazety online oraz wszlekich innych atrakcji dostępnych w aplikacji. Wypełniłam formularz i wysłałam. Otrzymawszy mejlowe potwierdzenie mogłam się zalogować w aplikacji i zacząć czytać online. Ja czekałam jednak na tę papierową wersję, ale się nie doczekałam... Otrzymałam jednak wybraną książkę, więc uznałam, że jak za 4 euro to i tak się opłaciło, ale zgłosiłam to oczywiscie za pomocą specjalnego formularza. W koncu otrzymałam przeprosiny i informację, że nie tylko oddadzą mi te 4 €, ale otrzymam darmowy abonament na kolejny miesiąc. Brzmi dobrze, ale pożyjemy, zobaczymy. Póki co mam podejrzenia, że moją gazetę otrzymywała przez cały ten czas sąsiadka, bo tak mi kiedyś coś mignęło, że wyjęła ze swojej skrzynki razem z listami gazetę o takim tytule, ale przecież się nie będę darła - Ej ty, oddawaj moją gazetę! - Teoretycznie mogła też zamówić, ale ona raczej nieczytata. 

A nawet na pewno. W zeszłym tygodniu zrobiła mi znowu prezent. Odrobinę lepszy niż świnie, ale tylko odrobinę. A było tak. Smażę sobie coś na kuchni, a tu ktoś dzwoni do drzwi. Lecę więc z łyżką w ręcę otworzyć. To ona. Dawno jej nie było, no ale dobra... Pyta, czy chcę książki, bo w opiece jej spytali czy chce, to odpowiedziała, że ona nie czyta, ale dla sąsiadki (znaczy mnie) mogła by wziąć i jej dali...

Jako że co jak co, ale książki to ja z chęcią przygarniam, przeto odpowiadam, że tak, chcę. Nawet pomyślałam, że to miłe i w ogóle, i że co za fart, bo nawet myślałam, by do kring winkel wybrać się po jakąś starą nową książkę... No ale mnie się tam żarcie pali na kuchence, więc mówię, że muszę lecieć do kuchni, a ona idzie do samochodu po te książki dla mnie...

Ja mieszam, mieszam w tym swoim garnku a ona nie przychodzi i nie przychodzi do tej kuchni. No bo myślałam, że jak przyniesie te książki, to przyjdzie na kawę... Skończyłam gotowanie, idę zobaczyć do salonu i mało nie padam trupem. Gdy mówiłam, że chcę książki, to nie przyszło mi do głowy, że ona ma cały antykwariat na myśli. Gdy ja sobie niefrasobliwie mieszałam w garnku, ona mi zniosła do salonu setki książek. Boże, spuść bombę i zabij tę trąbę! Zaniemówiłam, a ona poszła do domu zadowolona zostawiając mnie z tym bajzlem.


Co ja mam niby zrobić z kilkoma setkami książek? Zaczęłam oglądać i powiem wam, że to były całkiem przyzwoite książki. Wszystko wydane po 2000 r., sporo pięknych książek kucharskich i sporo czytadeł. Niektóre trochę śmierdziały stęchlizną, no ale wybrałam ostatecznie około 40, czyli jedną małą część z tego co przyniosła. Chwilę dumałam, co z tym fantem zrobić? Salon zastawiony tak, że nie szło wyjsc z domu. Przecież nie będę żyć w ten sposób, tylko szybko coś muszę wymyślić. Najpierw pomyślałam, że jak mąż wróci z Polski, wywieziemy do kring winkel i zaniosłam pudełko po pudełku do szopy, co okazało się niezbyt mądre, bo 2 pudła były cholernie ciężkie i po przetaszczenkiu jednego zaczął mnie ramień i kręgosłup nawalać i co gorsza nawala do dziś.... Człoswiek w nerwach jednak nie używa za wiele mózgu niestety...

 Drugie duże już nosiłam w częściach. Padający deszcz nie ułatwiał sprawy, ale w końcu się z tym uporałam. Wtedy skonstatowałam, że teraz nie mogę wyjąć z szopy roweru ani dostać się do szafy. Poleciało troche jasnych i poszłam sprawdzić w kalendarzu, kiedy biorą makulaturę. Okazało się że mam farta, bo akurat na drugi dzień. Pomieszałam te książki z papierami zwykłymi i wyniosłam do drogi rano, co mi dobrą chwilę zajęło i kosztowało ponownie trochę wysiłku i nadwyrężania kości. Panowie z parku recyklingu trochę się zdziwili. Akurat zauważyłam, jak przyjechali i tak tego dużo było, że kierowca nagle z przyzwyczajenia podjechał dalej a dwóch nakłaadaczy zostało z pudełkami w rękach... Cisnęli te pudła i zaczęli machać, no i kierowca wycofał, by mogli dokończyć załadunek naszej kolekcji makulatury haha.

Kiedy ja to przeczytam...? 

Powiecie może, że szkoda pięknych książek, że to okropne, skandaliczne i w ogóle, bo może by ktoś skorzystał... ja też tak myślałam. Jednak życie mnie nauczyło, że jak coś mi się w głowie nie mieści, powinnam mieć to w dupie. Amen. 

Niemniej jednak zastanawiam się nad tą jej chorobą, że rzekomo nic nie może robić i bólu stawów wytrzymać... Ale zapieprzać jak mały samochodzik z tymi wszystkimi ciężkimi pudłami, które dla mnie okazały się nie lada wyzwaniem to ona nie miała żadnego problemu... Hm... Te ludzie to so!

Kolejna dawka Zomety

W zeszłym tygodniu byłam w szpitalu po kolejną dawkę Zomety. Okazało się, że mojej onkolog nie było, tylko inna, co mnie lekko wnerwiło, bo miała mi przedłużyć niezdolność do pracy i wypisać ewentualne inne atesty... Pielęgniarka powiedziała, że mam poprosić o to swoją lekarkę rodzinną, co też oczywiście zrobiłam, bo i tak przecież musiałam do niej iść po comiesięczny zastrzyk Decapeptylu. Poprosiłam ją o te różne dokumenty, ale cholera jasna zapomniałam poprosić o zezwolenie na odbycie kursu, choć o tym rozmawiałyśmy, gdy mieszała mój zastrzyk, bo ona jak najbardziej jest za tym, bym poszła na ten kurs i do tej pracy, bo uważa że trzeba próbować, jak się ma ochotę... A ten zastrzyk to jest dziwny, tak mówi, bo trzeba go długo mieszać, a potem natychmiast podawać, bo inaczej mogą się już kryształki porobić co może spowodować poważne problemy... Dlatego ona mi najpier odkaża miejsce wbicia zastrzyku i wszystko przygotowuje a potem to miesza.... Wtedy sobie gadamy o życiu ;-) Babka jest przefajna i strasznie się cieszę, że się do niej zapisaliśmy. W porównaniu z tym mrukiem, którego dostasliśmy na zastępstwo po odejściu naszego lekarza to niebo a Ziemia. Nawet poprzedni lekarz, który wydawał się dobry, przy niej blednie. 




Usuwanie zębów mądrości było fajne

Denerowaliśmy się usuwaniem 4 zębów mądrości Młodej zupełnie niepotrzebnie. Zabieg przebiegł sprawnie, szybko i bez komplikacji. Młoda stwierdziła, że było nawet fajnie. Całość - od zawołania Młodej z poczekalni do zawołania mnie do innej poczekalni po zabiegu - trwała niecałą godzinę. Młoda oznajmiła, że lekarze i reszta personelu byli przemili. Co chwilę tam ktoś przechodzi - opowiadała - i woła z uśmiechem do pacjentów "hej hej", "hallo", "dag".

Sedacja faktycznie ją wyczilowała i nic za bardzo nie bolało. Chwilę po zabiegu posiedziała, ale gdy lekarz uznał, że nic jej się nie dzieje, zezwolił spadać do domu. Znajoma po nas przyjechała, więc nie musiałyśmy się tłuc pociągami i autobusami do domu. Co zapewne było by dla Młodej niezbyt komfortowe i jeszcze ludzie by się lampili, bo głowę miała obwiązaną skarpetką z lodem.

Szpital Sint Niklaas, o czym poprzednim razem chyba nie wspominałam, okazał się być trudny do znalezienia zarówno dla nas jak maszerujących z dworca na piechotę, jak i dla znajomej jadącej autem. Żeby było śmieszniej, to ogromny budynek, a w zasadzie kompleks budynków połączonych m.in. korytarzem ponad drogą. Problem jednak taki, że jakiś geniusz postanowił nie nazywać szpitala szpitalem, tylko nadał mu jakąś głupią nazwę VITAZ, która mnie przynajmniej nic nie mówi. No i idziesz tam, gdzie prowadzi cię nawigacja i widzisz tablicę z jakąś durną nazwą, która nie wiesz czym jest i zaczynasz się zastanawiać, gdzie do diabła jest w takim razie ten cholerny szpital?!! 

W szpitalu zauważyłyśmy, że i tam mają automat z chlebem, co kilka tygodni wcześniej wielce nas ubawiło w szpitalu w Dendermonde. Nie żeby to ogólnie jakoś śmieszne było, ale jak Młoda zoczyła automat z chlebem, którego tam wcześniej nie było i zaczęła dorabiać do tego filozofię, jak to źle pacjentów karmią, że muszą se chleb kupować, i td, to zaczęło być śmieszne i dla mnie. I teraz już zawwsze będzie pewnie.



Wczoraj była już wyciągać szwy i lekarz powiedział, że ładnie się goi. Zlecił płukać dziury słoną wodą za pomocą specjalnej strzykawki.

W Sint Niklaas jest pełno figur gołych bab. Ten koło szpitala jest wyjątkowo okazały.


Z dworca do szpitala i z powrotem szłyśmy przez park. W deszczową pogodę jest on jeszcze fajniejszy niż  w słoneczną, gdyż ludzi prawie nie ma. Popatrzyłyśmy zatem na czaplę, na gęsi nilowe, które się całym stadem pasły na trawie pod bacznym okiem jednego gęsia stojącego na baczność i spozierającego w naszym kierunku z podejrzeniem…

Natychmiast podeszło do nas też stado dzikich kaczek z pytaniem, czy nie mamy czegoś dobrego. Nie mieliśmy, więc odeszły z głośnym kwakaniem wymieniając się zapewne niepochlebnymi uwagami pod naszym adresem. Kaczkę celebrytkę też ponownie spotkałyśmy. To kaczka parkowa odróżniająca się od innych kaczek tym, że chodzi wyprostowana z głową wysoko uniesioną i podchodzi bardzo blisko do ludzi głośno kwacząc.

W drodze powrotnej z kolei śledziłyśmy zielone papugi fruwające nam nad głowami z typowo papuzim wrzaskiem. Dotąd byłyśmy przekonane, że tylko w Brukseli można je spotkać, ale widziałyśmy je też w Amsterdamie, no i tutaj w Sint-Niklaas też lata ich zatrzęsienie. Zarówno papugi jak i wspomniane gęsi nilowe to emigranci, których ludzie nierozważnie z innych części świata przywieźli. Takich zwierzaków jest tu całkiem sporo i urozmaicają tutejszy ekosystem, często całkiem go zmieniając. Ja bym jednak nie jojczała, że to zawsze jest złe, nawet jak coś tam wyginie, bo cóż takie jeste życie - ktoś umiera, by ktoś inny mógł żyć... 

papugi na drzewie w parku (zdjęcie jak z telefonu)



czapla przez zamkiem

Czło-wiek! Czło-wiek! Masz sza-mę-dla-ka-czek-ka-czek-czek-czek-czek..?!!

Pogoda ostatnich dwóch tygodni była beznadziejna. Lało, lało, lało i lało. Któregoś dnia idąc na spacer i rozglądając się wokół, stwierdziłam, że lato już minęło. Kwiaty już poprzekwitały, zboże w dużej mierze wykoszone, a resztą stoi na polach zczerniała od deszczu, ptaki zbierają się w grupy i drą dzioby ponuro, no i zimno jak na lato.

Ponura pogoda, jak powszechnie wiadomo, nie sprzyja dobremu samopoczuciu więc i to zapewne nie pozostało bez wpływu na moje zdrowie. Ostatnie dni do moich problemów dołączył ból dolnych części nóg. Nie dość, że bolały okropnie utrudniając chodzenie, to jeszcze puchły jak beczki, a to jest cos nowego w zestawie dolegliwości. Nic to, jak się nie poprawi na dniach, zajrzę znowu do lekarki.








Małżonek z Młodym ostatnie 2 tygodnie spędzili w Polsce. Właśnie są w drodze do domu i wczoraj po przejechaniu całej Polski wszerz, zawinęli w koncu do ulubionego hotelu na postój, by dziś rano wyruszyć w drugi etap tej uciążliwej podróży. Młody pisał, że już się nie może doczekać... A tu radio zawiadamia, że w całej Europie duży ruch i korki, korki, korki... 

Zgodnie z naszą fantastyczną tradycją tego roku też pisaliśmy z Małżonkiem do siebie codziennie e-maile. To jest niesamowita sprawa! Obydwoje lubimy bowiem zarónwo pisać jak i czytać, zatem taka wymiana korespondencji dostarcza nam zawsze wiele frajdy. Pozwala nam to też poruszyć wiele osobistych tematów i omówić na spokojnie wiele spraw, na które w dniu powszednim brakuje nam czasu i dystansu. Pisanie do partnera pozwala też samemu wiele problemów sobie w głowie poukładać i nabrać świeżego spojrzenia na wszystko, w szczególności na na nasze życie osobiste. No i świetnie się przy tym zawsze bawimy. 

Dla przypomnienia powiem, że poznaliśmy się z Małżonkiem kilkanaście lat temu na portalu randkowym i zanim pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, czy choćby do siebie zadzwoniliśmy, przez kilka miesięcy pisaliśmy do siebie długie elektroniczne listy opowiadając sobie całe swoje życie, dyskutując o literaturze, muzyce, filmie, polityce i wszystkim, co nam tylko fantazja podsunęła. Dziś na codzień potrafimy nadal godzinami dyskutować o wszyskim i nigdy nam się to nie nudzi. Niestety trudne momenty życiowe czasem nas bardzo przygaszają i tak bardzo przygnębiają, że nie potrafimy się wznieść ponad te problemy i o niczym innym jak tylko te problemy gadać. Wtedy przychodzą wakacje i możemy dzięki takiej intensywnej korespondencji wszystko sobie poukładać i na nowo odkryć nasze wspólne zainteresowania oraz w konsekwencji odświeżyć i umocnić nasz związek. 

Tygrys czy osa

Zauważyłam, że rozpoczął się  już sezon pająków. Uwielbiam je podglądać. Fotografując namiętnie tygrzyki znowu zwróciłam uwagę na nazwy. Po polsku nazwa mojego ulubionego pająka kojarzy się z tygrysem tygrzyk paskowany; natomiast po niderlandzku to oso-pająk wespspin. (wesp- osa, spin - pająk)

tygrzyk

tygrzyk od spodu



Czasem uda się zrobić sympatyczne fotki naszym świństwom i trzeba je tu zamieścić na pamiątkę.

Migotka

Maggie

Bobek 🥰


30 lipca 2023

Amsterdam dla normalnych inaczej cz 2

Popatrzyłam na zdjęcia i stwierdziłam, że jeszcze kilka rzeczy MUSZĘ wam pokazać, bo jeszcze nie wszystko opowiedziała,. Zatem do dzieła...

Cafe In 't Aepjen.


Zacznę dziś od historii knajpki, którą wygrzebała w internetach Młoda i którą się ze mną podzieliła, bym mogła przekazać dalej. Niestety nie mam ładnych zdjęć i nie udało mi się tam też zajść na browara, bo czasu zbraknęło. Zajrzałam tylko do środka w drodze na dworzec: stare stołki, wypchane małpy, jakieś obrazki na  scianach i w ogóle cała utrzymana w starym stylu. Ciekawe miejsce. Następnym razem najpierw tam pójdę... Jak kiedyś pojadę do Amsterdamu jeszcze.

Knajpka mieści się w  jednym z najstarszych drewnianych istniejących do dziś budynków w Amsterdamie. Amsterdam dawniej bowiem cały był z drewna, ale po pożarze w 1452 domy odbudowywano już z kamienia. Jednym z nieliczny budynkówk, które ocalały z pożaru była ponoć karczma na rogu, gdzie to dziś znajduje się ta knajpka.  
Ten drewniany budynek oficjalnie datowany jest na początek XVI wieku i był wielokrotnie odrestaurowywany i poprawinay, ale i tak jest moc!

Wg oficjalnych danych nazwa przybytku "U Małpy" wywodzi się od nazwiska pierwszego właściciela budynku. Ludzie powiadają jednak, że nazwa pochodzi z czasów, gdy tam znajdowała się właśnie ta marna brudna i zapchlona karczma, w której marynarze po przepiciu całej forsy płacili za trunki i nocleg zapchlonymi małpami przywiezionymi z zagranicy. Dalsza część legendy mówi, że właściciel tyle tych małp nagromadził, że w końcu wykupiono specjalne miejsce na ich przechowywanie i to był przyczynek do założenia później w mieście zoo... Nie musi się wierzyć każdej plotce czy legendzie, ale słucha się ich z przyjemnością...
Knajpka znajduje się rzut beretem od Dworca. Adres znajdziecie w necie.




Dalej pokażę trochę różnych bzdur, które rzuciły nam się w oczy, zaciekawiły albo rozśmieszyły. Głównie rozśmieszyły.

Napis na ruchomych schodach do metra. "Links gaan. Rechts staan" po lewej iść, po prawej stać. Brechtłam z tego, choć przyznaję, że to mądre zalecenie.


Napisy na chodnikach znajdujące się wszędzie w Amsterdamie: "Plaats hier uw huisvuil" Tutaj postaw swoje śmieci. Na poniższym zdjęciu jeszcze jest dodane że w środę i sobotę od 6 godziny. Równie praktyczne rozwiązanie, choć zauważyłyśmy, że nie każdy właściwie to interpretuje. W niektórych miejscach leżały na tych płytkach śmieci rozwalone bez worków czy jakiejkolwiek innej ogłady i to nie jakieś tam drobiazgi, a całe komputery, telewizory i tym podobne, których nie można nazwać śmieciami.


Młodej spodobał się pan grający na pianinie na placu. Grał tak, że niektórzy się popłakali ze wzruszenia, jak zauważyła Młoda. Ja bym jednak zioła obstawiała, ale grał faktycznie pięknie.


W Amsterdamie ściany mają uszy, co rozbawiło Najstarszą. Tak serio, dosłownie mają uszy. Przynajmniej jedna ze ścian. Kaplica Olafa była jednym z najstarszych kościołów w Amsterdamie. Znajduje się po drugiej stronie ulicy naprzeciw małpiej knajpy. Swoje religijne przeznaczenie utraciła w 1917 roku. Potem był tam m. in. targ serów,a poźniej wybuchł w niej pożar i stała długopusta. W 1991 roku ruinę kupiła Fundacja Odnowy Zabytków za symboliczna kwotę i odbudowali kaplicę ponoć bardzo wiarygodnie, ale nie była używana w celach religijnych. Teraz mieści się tam jakieś centrum konferencyjnem czy coś. Na ścianie jednak ma ucho... A nad drzwiami szkielety...



Na murach amsterdamskich kamieniczek pełno różnych obrazków. Myślę, że one mają coś wspólnego z dawnymi przeznaczeniami budnków czy też dawnymi ich mieszkańcami, to znaczy, że są symboliczne. Niektóre mają coś wspólnego z aktualnym przeznaczeniem budynków.... Lubię szukać takich drobiazgów z miastach, a Wy?

Koszyczek


Swaanen, łabędzie


Het kalf - cielaczek







Goły chłop na gejowskiej knajpie nie wymaga komentarza...


Ta laska stoi na szczycie jednego z budynków. Bez zooma w aparacie cięzko by było zauważyć w ogóle co to jest.



Poniższy napis to na większości domów by był adekwatny: "Het leven is een circus". Życie to cyrk. 


Nazwy ulic zapisane krzaczkami? Czemu nie.





bocian






Nazwa czy też reklama przychodni na rowerze? "Specjaliści od gardła, nosa i uszu". W Amsterdamie to wszystko jest możliwe jeśli chodzi o rowery.






Park z metalowym drzewem. Młoda mnie tam zaprowadziła. Macałam to drzewo i stukałam w nie, bo za cholerę nie mogłam uwierzyć, że serio ono jest z metalu. Takie detale... Tak, jest z metalu! To pomnik dla jakiegoś gościa, ale nie znałam chłopa, to co mnie obchodzi. Macie tam tabliczkę, to se zobaczycie. Drzewo jednak ciekawe.



fontanna koło drzewo-pomnika

był ciurek, ale ktoś popsuł





Rzeczy, które sprzedaje  się w Amsterdamie. No, pierwsze co ludzie wymienią to pewnie maryśka i Maryśka w dzielnicy zzerwonych latarni albo tulipany oraz sery. Wiadomo.

Poza tym są klompy, czyli holenderskie drewniaki. Tyle że w dzisiejszych czasach drewniaki robią tam ze szmaty. Te papucie są całkiem sympatyczne, ale raczej mało praktyczne. 



Kult gumowej kaczuszki. Sklep z gumowymi kaczuszkami jest atrakcją dla małych i dużych. Fajnie jest je zobaczyć wszystkie obok siebie. Kaczuszka lekarz, kaczuszka malarz, kaczuszka ze słuchawkami, kaczuszka diabełek... 




Amsterdamskie sklepy z cukierkami to kolejna wielka atrakcja dla dzieci w każdym wieku. Tony słodyczy w najróżniejszych kształtach, smakach i kolorach. Wyobrażacie sobie wybranie czegokolwiek w sklepie dwupiętrowym, w którym są tylko cukierki, lizaki, gumy balonowe, żelki, cukierki, cukierki, cukierki...? Chyba z godzine czekałam, zanim Młoda wybrała, a ona ma 18 lat...






Belgijskie frytki to jest coś, co wielce nas ubawiło. No serio ludzie jadą do Amsterdamu, by spróbować BELGIJSKICH FRYTEK? Można by pomyśleć, że zwyczajnie byli głodni i poszli na frytki, bo akurat były po drodze, ale długość kolejki mnie do tej teorii nie przekonuje... Nawet późnym wieczorem tam stali w ogonku do tych frytek. 


No dobra, następny post już będzie normalny.