13 maja 2022

Nastolatki łażące po knajpach, śpiewające w chórze, szukające pracy - to wszystko moje dzieci

 I znowu tydzień na pełnej petardzie.

W niedzielę Młody miał swój pierwszy występ z chórem dziecięcym i orkiestrą podczas festynu (kermisu). Występ był na parkingu pod szkołą na scenie. Przed sceną były stoliki i krzesła i można było zamówić napoje. Całkiem fajnie to wszystko wyszło. Dzieci śpiewały różne piosenki po niderlandzku i angielsku. Na początku same przy akompaniamencie saksofonowym lub syntezatorowym swojej nauczycielki oraz samodzielnie grając na rurkach (zapomniałam nazwy). Potem wystąpiły razem z orkiestrą, w której - jak się okazało - gra na flecie też dawna klasowa koleżanka naszej Młodej. Gra tam też jedna nauczycielka ze szkoły Młodego. Bardzo nam się podobało to wszystko. Młody też jest z siebie i występu zadowolony. 

Po występie oczywiście w nagrodę mógł pójść na kermisowe atrakcje - szybka kolejka, trampoliny, wata cukrowa, explosion. Szybko trafił na kolegów i koleżanki, z którymi bawić jest się wesoło. Tylko szkoda, że to drogo kosztuje. Tu 5€ tam 5€ i w mig pół stówy nie ma. Ale kermis jest raz w roku, a tyle czasu nic się nie działo, że głupio by było teraz nie nacieszyć się zabawą i dobrą majową pogodą. Kto wie, czy za rok będzie nas jeszcze na cokolwiek stać i czy żyć będziemy.



We wtorek miałam wizytę u swojego dentysty. Dokończył tę robotę, którą zaczął zębolog w szpitalu. Tamten porobił od środka. Ten dokończył od zewnątrz, która to przyjemność kosztowała mnie 90€.  Najstarsza tego samego dnia była u innego dentysty na plombowanie i zabuliła 95€. Sama radość w domu Gucia. No ale bez zębów nie ma życia. Teraz przynajmniej możemy zębami pozgrzytać ze złości.

Młoda czekała na ten wtorek od pewnego czasu z wielką ekscytacją, bo oto wreszcie nadarzała się okazja spotkać w realu z kumplami poznanymi kilka lat temu online. Przez internet są nierozłączni. Gadają i piszą ze sobą praktycznie każdego dnia. Wysyłają sobie prezenty na urodziny, pozdrawiają wzajemnie swoich rodziców, a my rodzice pozdrawiamy ich. Ja wiem o nich bardzo dużo, bo Młoda mnóstwo o nich opowiada. No i w końcu niektórzy mieli przyjechać na wycieczkę do Brukseli. Cieszyliśmy się razem z Młodą, bo wiemy z własnego doświadczenia, że spotkać się na żywo po długiej i intensywnej znajomości internetowej to wielka sprawa. Młodzież wszystko sobie świetnie zaplanowała. Podzwonili i popytali też w hotelu, czy Młoda może na waleta przenocować, a miła pani im powiedziała, że normalnie legalnie wołają po 15€ za nockę dodatkowo, ale że nikt tego nie kontroluje tak że ten… jak się chce, to można. 

Gorzej jak los komuś lubi płatać figle i kłody pod nogi, wiatr w oczy… Najpierw jebana korona dwa tygodnie temu. Stres, no ale zaczęło przechodzić. Powoli. W coś innego. W poniedziałek czuła się źle. Głowa, gardło, zapchany nochal, ogólne gównosamopoczucie. We wtorek zeżarła ibuprofen i popołudniu pojechałyśmy do stolicy. We dwie raźniej no i Stara chciała tych kumpli zobaczyć na własne patrzały. Gdy tylko jednak się młodzież przywitała, Matka odmaszerowała w kierunku dworca, bo przeco nie będę tam przy nich tkwić jak kula u nogi. Poszli do hotelu z uśmiechami od ucha do ucha.

O północy zadzwoniła, by po nią przyjechać do hotelu. I że może nawet od razu na pogotowie zawieźć. Matczyna intuicja i znajomość konstrukcji potomstwa (lekki hipochondryk) podpowiadały, że pewnie nie taki diaboł straszny, jak go maluje, ale pojechaliśmy. Matka jest też bowiem świadoma swojej wielkiej mocy uzdrowicielskiej i lubi tą się ze swoimi najbliższymi dzielić. Jak dotarliśmy pod hotel, Młoda praktycznie nie mówiła i wyglądała jak nieprzymierzając gówno. Wróciliśmy dodom. Matka przeanalizowała głośno objawy wskazujące na zapalenie gardła, w najgorszym wypadku anginę, obiecała zadzwonienie z rańca do lekarza i zaproponowała swoje macierzyński-uspokajająco-lecznicze towarzystwo w łóżku. Plus  gorąca herbata, tabletki na gardło, krople do nosa... Zgodnie z przewidywaniami pomogło. Dziecko przespało spokojnie. Rano było mentalnie o niebo lepiej, choć objawy nic a nic się nie poprawiły. Tak niewiele i tak wiele zarazem. Rano doktor nakazał przez telefon, by pójść do apteki zrobić szybki test na koronę. Wyszedł zgodnie z przewidywaniami negatywny (koronę mieliśmy przeco 2 tygodnie temu hé). Po południu doktor stwierdził - co za niespodzianka - zapalenie gardła i powiedział, że samo przejdzie, tylko trza oszczędzać gardło i nie  gadać za dużo. Zalecił ibuprofen 3 razy dziennie na zmniejszenie zapalenia i bólu. Młoda wybiegła z gabinetu 10 kilo lżejsza na duszy. Serio nic poważnego. Można wracać do Brukseli! Tak też zrobiła. Zawiozłam ją na wieczorny pociąg, bo drogę już przecież zna. 

Jesteśmy z Małżonkiem z niej  dumni. Że się nie poddaje. Że walczy. Że uparcie realizuje swoje pomysły mimo ciągłych przeciwności losu. Nasza Młoda jest wielka. Cieszymy się też, że możemy  ją wspierać w tych jej różnych przedsięwzięciach. Nawet takich jak to zwykłych towarzyskich, wariackich, po prostu młodzieńczych. Bo fajnie jest być rodzicem nastolatki, choć nie zawsze łatwo. 

W czwartek wróciła rano do domu autobusem, bo tamci już wracali do Polski. Opowiedziała część tej przygody. Resztę dokończy na pewno w kolejne dni, bo miałam zabiegany dzień i nie mogłam wszystkiego wysłuchać, a potem ona poszła odsypiać nocną balangę. Połazili po fajnych oryginalnych brukselskich barach. Popróbowali różnych alkoholi.  Cieszę się razem z nią, że mimo wszystko spotkanie się udało, że przeżyła fajną przygodę i to blisko domu. Po tym wszystkim, co przeszła w ostatnich latach należy jej się jak psu buda. Cudownie, że znowu jest zwykłą wesołą szaloną nastolatką. Że wróciła do żywych. 

Jak znam ludzi, to niektórzy rodzice nastolatków (a tym bardziej młodszych dzieci) czytali pewnie powyższy akapit z szeroko otwartymi oczami i ogromnym niedowierzaniem. No bo że co proszę?! Matka pozwala niepełnoletniej gówniarze na samotne wędrówki po knajpach w TAKIM mieście z obcymi ludźmi?!  I tak dobrze, że zapomniałam wspomnieć, że wśród nich byli różni reprezentanci słynnego skrótu LGBT+, bo dopiero by było. UPS! 🙊

Na szczęście my jesteśmy normalni inaczej i nasze poglądy, metody wychowawcze i podejście do życia oraz kontakt z naszą nastoletnią Trójcą Nieświętą są normalne inaczej. Lepsze i fajniejsze (subiektywna i egocentryczna opinia). 

Cieszymy się niesamowitym wzajemnym zaufaniem, otwartością, tolerancją i zrozumieniem. Do tego Trójca jest inteligentna, odpowiedzialna i ma autyzm (przynajmniej dwójka),  który m.in. charakteryzuje się prawdomównością i niezwyczajną uczciwością. Dzięki temu nasze nastodzieci mogą się cieszyć stosunkowo dużą wolnością i swobodą. Wiemy bowiem, że świadomie niczego nikomu ani niczemu złego nie uczynią i guza szukać nie będą. Głupot narobić oczywiście mogą. Kto jednak sam jest bez winy, niech podniesie rękę. Ototo właśnie, już widzę ten las rąk spuszczonych głów. Każdy czasem coś odpierdoli bez względu na wiek, poziom wykształcenia czy pozycję społeczną. Sporo rodziców jednak ten talent lubi przypisywać wyłącznie dzieciom. Szczególnie nastoletnim. Bo w lustro czasem ciężko spojrzeć uczciwie.

Spytacie też może, czy nie boimy się zwyczajnie o bezpieczeństwo własnego dziecka. Takie miasto jak Bruksela wszak nawet za dnia nie jest bezpieczne, a co dopiero wieczorami. No cóż, powiem wam zatem, że tego nie boimy się bardziej niż tej korony, przez którą tak wielu ludzi srało przez ponad dwa lata w gacie ze strachu (dopóki Ukraińcy i Rosjanie nie popsuli całej zabawy swoją głupią wojną zabierając koronie cały fejm  ;-) ). Poszukajcie se moich wpisów o koronie, w których wyliczam te różne metody na zakończenie żywota i inne wypadki losowe, które mogą przytrafić się każdemu o każdej porze i w każdym miejscu swojego domu nie wyłączając, bo nie chce mi się już tego od nowa klepać. 

Centra Brukseli, Warszawy, Berlina, Nowego Yorku,* (wstaw dowolne duże miasto) są potencjalnie o wiele bardziej niebezpieczne niż mała wioska czy własny dom, ale ludzie tam też przecież normalnie żyją latami, wychowują dzieci, spacerują, spotykają się z kumplami. I o dziwo żyją! Przy czym mała wioska ani własny dom nie dostarcza tylu wrażeń i atrakcji, co duże miasto. No risk no fun! Wyścigi samochodowe, wspinaczka górska, boks, palenie papierosów, seks bez zabezpieczeń i pierdyliard innych rzeczy też są  niebezpieczne, niektórzy tracą przy tym życie lub zostają kalekami a ludzie i tak to ciągle uparcie robią.

Gdy tracę moje dzieci z oczu zawsze się mniej lub bardziej niepokoję, bo przecież kurde jestem ich matką. Nie ważne, czy to one dom opuszczają, czy ja je w tym domu samopas zostawiam. Wypadki wszędzie się zdarzają, a my mamy już za sobą kurewsko dłuuuuuugą ich listę. 

Mogłam zachorować na straszną koronę, ale kurwa zachorowałam na śmiesznego raka. Koronę też zaliczyłam, żebym miała lepsze porównanie... No ale dobra, dość już podśmiechujek, bo hipochondrykom nie jest wszak łatwo w życiu… Całe życie umierać ze strachu o swoje zdrowie, ech.

Pytanie tylko, czy ciągle umierać ze strachu o zdrowie i życie swoich dzieci jest lepsze? Zwłaszcza gdy ku temu nawet specjalnych powodów nie ma. Borze, poznałam rodziców, którzy nie pozwalają dzieciom biegać, bo się pobrudzą albo spocą i to im zaszkodzi (nie wiem jak, ich spytajcie). Poznałam takich, którzy się boją, że wiatr, deszcz, słońce, śnieg, mróz zabije im dzieci.  Jeszcze więcej takich którzy śmiercionośnego  potwora widzą w telewizji, komputerze, muzyce, internecie i chuj wie czym jeszcze. Wielu starych zamknęło by własne dzieci najchętniej w złotej klatce i dla pewności postawiło by pod nią ze sześciu goryli i 7 dobermanów a wszystko okopało fosą wypełnioną wodą z aligatorami. Dzieci strachliwych rodziców mają, moim nader skromnym zdaniem, przechlapane i tyle. Życie w strachu, pod ciągłym nadzorem, kontrolą, brak wzajemnego zaufania, brak wiary w możliwości i w odpowiedzialność własnego dziecka. Wszystko wyliczone, ograniczone, wydzielane jak niewolnikowi na kalorie, minuty, kilometry, głośność, intensywność. Jedno ciastko po obiedzie, pół godziny przy komputerze, nie pójdziesz sam do sklepu, bo nie widać go z okna, za głośno ta muzyka, za cicho mówisz, nie biegaj tak szybko… 

I nagle dziecko skończy 18 lat i nagle PULT! po prostu nagle stanie się dorosłym. 

Dorosłym, który nie będzie umiał samodzielnie i bez strachu normalnie żyć, samodzielnie na luzie pokonywać życiowej drogi  korzystając z własnego rozsądku, doświadczenia i wyczucia. Będzie szukał ciągle kogoś lub czegoś, co będzie mu mówiło jak ma żyć, co myśleć, kiedy się bać i kogo lubić, a kogo nienawidzić. Obserwuję takich dorosłych każdego dnia. Jakby nie mieli telewizora, by nie wiedzieli, że muszą jeść, srać i oddychać. Boją się nawet swojego odbicia w lustrze, drżą przed opinią innych, nie poradzą sobie z prostymi problemami bez asysty siedmiuset doradców, pomocników i ekspertów. Żyją ciągle według wytycznych innych, pozwalają nawet by przygłupawi celebryci wytyczali im granice myślenia i postępowania i nie odważą się tych granic przekroczyć za żadne skarby, bo przecież mama ich nauczyła, że wszystko musi być wydzielone, wytyczone, nakazane lub zakazane, bo tak najłatwiej a samodzielne myślenie i decydowanie o sobie boli i kosztuje sporo czasu i energii. Tylko co będzie, jak mama umrze a telewizor ktoś zabierze…? 

Nam nie podoba się taka wizja dorosłości Naszej Trójcy. Ubzduraliśmy sobie, że fajnie by się stało, gdyby wyrośli na samodzielnie myślących i samodzielnie działających ludzi, którzy samodzielnie potrafią rozpoznawać i ocenić potencjalne zagrożenia oraz samodzielnie radzić sobie z różnymi wyzwaniami czy kłopotami, włącznie z tymi, w które sami się wplątali, ale też by zawsze mogli na nas liczyć i wołać na pomoc bez wahania i obawy, że zostaną zlekceważeni, wyśmiani czy skrytykowani. By potrafili planować i przewidywać konsekwencje swoich poczynań. I byśmy sobie wzajemnie wszyscy pięcioro ufali i dobrze się wzajemnie znali i rozumieli. By nie było w naszym domu żadnych bezsensownych zakazów i nakazów a tylko sensowne wspólnie ustalone zasady, których wszyscy przestrzegamy zwyczajnie tak po prostu z empatii i  z szacunku dla drugiego. Tylko tyle i aż tyle. 

Czwartek to był dopiero młyn. 

Ja szłam na chemię. Wstałam, jak zwykle w czwartki o 5:15, by obudzić Najstarszą. Postanowiłam skuterem pojechać do szpitala, bo pogoda pięknie majowa i ciepło. Po drodze miałam podrzucić Najstarszą na staż. Wyjechać miałyśmy przed siódmą. No ale czasem tak jest, że jeden klocek się omsknie i całe domino się rozwali…

 Jak mam chemię, Młody chodzi sam do szkoły. Żaden szał. On ma 10 lat. Tyle tylko, że zwykle jedna duża siostra zostaje w domu i nie musi się kłopotać zamykaniem drzwi, gaszeniem świateł i tp. Tym razem duża siostra miała wakacje i musiał sam ogarnąć, a ja mu rano musiałam przypomnieć. Pechowym klockiem okazał się zamek drzwi ogrodowych, który nie chciał współpracować przy próbnym zamykaniu. Nerwa się pojawiła, bo czas naglił, a Najstarsza zabawiła zbyt długo z myciem zębów i zakładaniem butów. Gdy znalazłam rozwiązanie, zgubiłam klucze do skutera. Potem kamizelkę odblaskową. Wracałam się też po plecak. I zrobił się kwadrans po siódmej. Późno. Stres. Nerwa. Panika. Sranie żarem… Młody po południu stwierdził jednak, że jakby jemu tak się przytrafiło, to on by się o wiele bardziej wkurzył niż ja i nawet może by coś zdemolował i że szacun dla matki w ogóle. Kocham go za te słowa. Jak na te 10 lat to on mądry jest i wie co mówi.

Zdążyłam na tę cholerną chemię i wszystko dobrze się skończyło, ale nie lubię doświadczać efektu domina stresowego. A po południu miałam zebranie w sprawie Najstarszej w miejscu jej stażu, ale o tym może osobny tekst skrobnę. Przed zebraniem zdążyłam wysłuchać pierwszej relacji Młodej, która w tym czasie była powróciła do domu. Po zebraniu poczyniłam wstępne przygotowania do obiadu i pojechałam po Młodego. Zrobiłam postępy w sprawie obiadu i pojechałam po Najstarszą. Obgadawszy na szybko zebranie zaczęłam dokończać gotowanie. Uprzednio smażąc Młodemu frytki, bo już nie dał rady czekać na obiad. Na koniec zrelacjonowałam wszystko Małżonkowi i blogowi, żeby uporządkować i ujarzmić gonitwę myśli i w ten sposób oczyścić umysł zanim pójdę do łóżka, bo inaczej nie zasnę za cholerę. 

Całkiem nieźle jak na kogoś, kto właśnie co wybrał chemię. Jest grubo po północy, a piątej powinnam wstać. Czarno to raczej widzę, ale Małżonek już śpi dawno, to on najwyżej obudzi Najstarszą, a ja się pobyczę do siódmej. Pisanie jednak pomaga. Wątpię, czy ktokolwiek to przeczyta wszystko, ale czasem wcale nie chodzi o to, by złapać króliczka, tylko by gonić go. Dla mnie ważne, by pisać i by pozbyć się bałaganu z głowy, a przy okazji powymądrzać bez względu na to, ilu i czy w ogóle jakichś odbiorców się znajdzie. Wystarczy złudzenie, że mówi się coś ważnego i zostaje się wysłuchanym, bo 

…fantazja, fantazja jest od tego, żeby bawić się, bawić się na całego…








 


5 komentarzy:

  1. Ja przeczytalam. Jak zwykle barwnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I nawet sie opublikowalo!
    No to sxybko pozdrawiam.
    ElaBru

    OdpowiedzUsuń
  3. pozdrawiam z Polski

    OdpowiedzUsuń
  4. Taki mały, a taki mądry (to o Twoim synu).

    Jesteś świetną matką - nigdy nie daj sobie inaczej wmówić! (choć Tobie to akurat nie grozi, bo nie jesteś jedną z tych, którym trzeba mówić, co mają myśleć).

    OdpowiedzUsuń

Pisz śmiało…