10 stycznia 2026

Zima w Belgii jest piekielnie męcząca

    Kurza twarz, parę dni śniegu i ja wysiadam. Weźcie idźcie z tym gównem. Ciągle powtarzam, że nie lubię śniegu, ale powiem to jeszcze raz: NIE LUBIĘ ŚNIEGU! I  będę to powtarzać co roku, jak tylko śnieg tu spadnie, bo...

 nie lubię śniegu :-)

    Nie chodzi tu o śnieg sam w sobie, bo jak widzę, że za oknem robi się biało, czym prędzej lecę tam z aparatem albo przynajmniej z telefonem, by robic zdjęcia, gdyż zimowy krajobraz ma niezaprzeczalnie magiczny urok. Lubię też bałwana ulepić. Jakbym miała koło domu kawałek górki nie zawahałabym się ani sekundy, tylko czym prędzej napchałabym worek sianem albo wytrzasnęła skądsiś sanki i poszłabym wozić dupsko. Nic by mnie nie powstrzymało, bo śnieg ma swoje plusy...

Tyle tylko, że śnieg zwykle nie pada w weekend, kiedy ludzie leżą całe dnie do góry wentylkami i z radością mogą się radować zimowym momentem, a nawet jeśli, to leży potem jeszcze po weekendzie, a przedostawanie się gdziekolwiek po śniegu, lodzie czy błocie pośniegowym to jest już smutna tragedia, szczególnie w takim kraju jak Belgia, który to kraj nie ma dobrego zaplecza do przeciwdziałania urokom zimy.  Spora część ludzi, jeśli nie większość (w tym Małżonek) jeździ tu na letnich oponach, do tego niektórzy nie umieją po śliskim i po śniegu jeździć. Rowerzyści w ciulowe zimowe dni przesiadają sie też na samochody i potem mamy 800km korków (tak było w któryś dzień tego tygodnia, jeśli wierzyć mediom). Autobusy i pociągi przyjeżdżają bardziej opóźnione niż zwykle albo bardziej niż zwykle w ogóle nie przyjeżdżają. 





W poniedziałek Małżonek był w domu, bo jeszcze miał chorobowe, to zawiózł Młodego wraz z rowerem na dworzec. We wtorek Młody pojechał sam rowerem i, jak napisał potem, dojechał do stacji cały upocony, bo warunki były nienajlepsze na ścieżce. Z powrotem było jeszcze gorzej. Pod lasem było oblodzone i wykręciło go z rowerem tak, że znalazł się na ulicy tuż przed nadjeżdżającym, na szczęście dosyć wolno, samochodem. Chodniko-ścieżka biegnie wszak wzdłuż głównej ruchliwej drogi koło samego asfaltu i jest wąziusieńka, a przez śnieg jeszcze bardziej zwężona. Przestraszył się tym, bo niewiele brakło... Cały zdygany do domu przyjechał.

Na drugi dzień wyszliśmy rano przed dom i okazało się, że ładnie posypali solo-piaskiem (czy czym oni tam posypują), asfalt w miarę czysty, więc popedałował raźno na swoim minirowerku. Chwilę później zadzwonił, że wzdłuż głównej drogi nie da się jechać, bo na ścieżce jest jeden lód i to taki zbybrany, nierówny, a tu wiatr 50-60km/h i na prawdę strach takim małym rowerkiem elektrcznym jechać 4 kilosy, zwłaszca po doświadczeniach poprzedniego dnia, gdy prawie zostało się przejechanym...

Poleciał jeszcze z rowerem na przystanek, bo ten rower da się do autobusu od biedy wziąć, ale nie zdążył dobiec, zanim bus odjechał. Nawet jakby zdążył to i tak nie wiadomoo, czy dojechał by na czas by złapać połączenie z pociągiem, bo to jest 5 minut tylko, gdy autobus na czas przyjedzie, a żeby było śmieszniej przystanek jest z drugiej strony torów niż wsiada się do pociągu... Wrócił do domu i upisaliśmy mejl do sekretariatu i coacha, że nie dotrze do szkoły i żeby mu napisali, co ma robić w domu, bo miał tego dnia kilka wykładów (choć też trochę samodzielnej pracy, a to sam sobie planuje i sam realizuje to sam wie). 

Do południa pracował zatem grzecznie przy kompie nad lekcjami. W południe przyszedł, ubrał się i popędził na pole pobyć sobie dzieckiem i podziczeć w śniegu. Takiej zimy nie było tu jak mieszkamy w Belgii te kilkanaście lat. Chwilę później zawołał, że lepi bałwana, więc poszłam mu pomóc i wielkoluda żeśmy stworzyli. Młody orzekł, że to Polnareff z mangi.

dwa bałwany xd





W czwartek miał ważne lekcje i miał zaplanowaną prezentację challenge'u o muzyce nad którym pracował kilka miesięcy, zatem musiał być w szkole i bardzo chciał. Zaproponowałam, by wyszedł z domu o siódmej, wziął autobus na dworzec, z którego jak nie zdąży na pierwszy pociąg, to jeszcze od biedy może pojechać za pół godziny następnym, którym normalnie jeździ. Wtedy co prawda pół godziny się spóźni, jeśli nie bedzie miał ze sobą roweru, bo z dworca do szkoły też potem trzeba jechać autobusem, jak nie ma sie ze sobą roweru, gdyż to kolejne 4 km. 

Wyższa ekwilibrystyka.

Rano zaproponowałam, że zawiozę go swoim rowerem elektrycznym na przystanek autobsowy. Są zalety bycia małym - można jeździć u mamy na bagażniku haha. 

Ślisko trochę było i dla mnie to niezła gimnastyka, by się nie wybombić na asfalt razem z nim i jego ciężkim tornistrem. Daliśmy jednak rady. Autobus miał 2 minuty spóźnienia, więc czas na przesiadkę na pociąg skurczył się do 3 minut. Spoks. 

Zadzwniłam potem do niego i oznajmił, że zdążył na styk przebiec przez tory przed zamknięciem zapór. Uf. W domu wyszukaliśmy autobus, którym można pojechać do szkoły z dworca. Gdy dojechał do miasta, zadzwonił do mnie, że nie ma tam wcale 20 peronu autobusowego, bo jest tylko do 18...

WTF?! Jak może nie być, skoro w apce pokazuje, że autobus z dwudziestego odjeżdża...?! 

Zosatwiając gary na ogniu (bo gotowałam) otwarłam googla i wystukałam nazwę miasta "ME-CHE-LEN" i peron nr 20. Pokazało mi mapę. No faktycznie perony 19 - 21 są w innym miejscu niż większość. 1-3 są jeszcze w innym (tak nawiasem mówiąc). Zadzwoniłam i wytłumaczyłam, gdzie ma szukać tego cholernego peronu dwudziestego...

Znalazł! 

Chwilę później napisał z heheszkami, że pół szkoły tym autobusem jedzie...UF! 

W takich sytuacjach myślę sobie, że trzynastolatki we Flandrii to jednak bardzo dużo odpowiedzialności muszą na siebie brać, czasem może nawet za dużo...? 

A potem myślę sobie, że mam całkiem dzielnego i odważnego syna. Mimo trudów nie poddaje się, tylko walczy z przeciwnościami losu. Matka czy Ojciec czasem trochę pomagają, Duże Siostry tez podają od czasu do czasu pomocną dłoń, ale ogólnie to ten trzynastoletni Epicki Chłopak całkiem nieźle sobie radzi i bardzo samodzielny jest. Dziewczyny też świetnie sobie radziły w tym wieku, mimo że problemy waliły im się co raz całymi wiadrami na głowę. Jestem dumna z moich dzieci. Tak, wiem że to już pisałam 100 razy, ale będę pisać kolejny i kolejny raz, bo moje dzieci zasługują na to, by je chwalić.

Gdy Młody pełen stresu bujał sie pomiędzy autobusami, pociągami i pisaniem do Matki po poradę, Matka próbowała ugotować czym prędzej bigos i wyrobić się z tym przed lekcją niderlandzkiego zaczynającą się o 8.45. A tu jeszcze śniadanie spożyć, pomyć gary, kury wypuścić z dwóch kurników i zanieść wszystkim świeżej wody oraz ziarna, oraz nastawić pranie. Przygotować sobie też laptop, słuchawki i ładowarkę oraz coś do pisania, bo ja to zawsze porozwlekam po całym salonie, że znaleźć nie mogę potem. Normalnie na wszystko mam czas i stały plan, ale w takich okolicznociacg, gdy wszytsko się komplikuje, jest niezły cyrk. 

Udało mi się nastawić bigos, który se pyrkał na małym ogniu całą pierwszą lekcje (choć latałam raz zobaczyć, czy się nic nie jara). Udało mi się zalogować 5 minut przed czasem z kawą w ręku. Byłam z siebie dumna, choć przez pierwsze pół lekcji nie bardzo mój mózg był w stanie skupić sie  na lekcji bo miałam we łbie totalny rozpiździec haha. Po przerwie jednak już poszło gładko...

Niemnej jednak jestem już zmęczona tymi lekcjami niderlandzkiego. Jesienią zapisałam się na dodatkowy kurs z gramatyki, ale po jednej lekcji więcej nań nie poszłam. Jak skończę ten kurs,  BYĆ MOŻE poczytam sobie i pooglądam materiały oraz porobię ćwiczenia, bo wszystko jest na portalu dostępne po zakończeniu kursu jeszcze spory czas. Było nie było 10 ojro za ten kurs zapłaciłam to co będzie się dycha marnować haha. 

Miałam się zapisywać teraz na ostatni poziom, ale na razie muszę sobie znowu przerwę z robić, bo już mi się nie chce uczyć. Starość nie radość. Może po wakacjach będę kontynuować znowu naukę. To już nie to samo, jak człek młody był i wszystko mu z łatwością i wielką chęcią przychodziło. Teraz to tylko metoda małych kroczków i częstego odpoczywania jako tako się sprawdza. 

Wracając do Młodego, bez roweru nie zdążył z powrotem na pociąg, którym zawsze wraca, bo autobusem się nań nie zdąża. Trzeba jechać następnym, co oznacza, że na tutejszym dworcu byłby przed 18, a potem jeszcze musiałby brać autobus do domu albo maszerować 4 czy 5 km na nogach. Tak czy siak do domu dotarłby dopiero koło 19. Tata pojechał po niego na dworzec, więc dotarł parę minut po 18, co i tak było późno, bo potem oczywiscie jeszcze lekcje trzeba odrobić, pouczyć się... 

Nie, bez roweru nie dało by się do tej szkoły jeździć na dłuższą metę. Nie ma na to najmniejszych szans. Dobrze zatem że zima tu rzadko się zdarza, ale i tak nie da się jej lubić za bardzo.

Poza dojazdem miał też inne emocjonujące atrakcje w szkole. 

Jedno zdarzenie było wielce pozytywne, acz bez dwóch zdań emocjonujace bardzo. Opowiadał od razu po powrocie ze śmiechem, że ciało pedagogiczne zarządziło na ten dzień oficjalną bitwę na śnieżki dla wszystkich chętnych. Kto nie chciał uczestniczyć, został w szkole. Reszta poszła na łąkę koło boiska, gdzie urządzili regularną wojnę śniegową, w której nauczyciele oczywiście też brali aktywny udział. O tym zresztą Młody z uznaniem opowiadał już dzień wcześniej, że to pierwsza znana mu szkoła, gdzie nauczyciele nie tylko nie zabraniają bitwy na śnieżki, ale sami w niej aktywnie uczestniczą, bo oczywiście, że przed lekcjami, na przerwie i po lekcjach też się tłukli śnieżkami zaraz jak tylko śnieg spadł. Pomysł z oficjalną zorganizowaną bitwą jawi mi się jednak najlepszy, wszak nie każdy lubi tę zabawę i nie każdy chce w tym uczestniczyć, a w ten sposób tylko chętni mogli się tłuc. Młody brał aktywny udział, bo ma teraz zarąbiste rękawiczki. Kupiłam mu je na Temu za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale okazało się, że nie dość, że są super ciepłe, przyjemne w dotyku (większości dostępnych w sklepach rękawic Młody nie toleruje) to jeszcze nieprzemakalne. Gagatek przyznał, że testował je wkładając ręce do  kałuży i nie przemokły. Jakbym to zobaczyła, to chyba bym mu do majtek nakopała! Ale skoro przetestował i nie przemakają to w sumie mogę rzec, że to niezły pomysł był haha.

Po południu robił prezentację swojego challenge'u o muzyce, nad którym pracował kilka miesięcy. Oznajmił, że poszło mu ogólnie dobrze, ale mogło pójśc lepiej, gdyby się tak bardzo nie denerwował i tak szybko nie mówił. Występy przed grupą są dla niego bardzo stresujące. Choć przed dobrze znaną i lubianą grupą, jak było na szczęście w tym wypadku, są o wiele mniej stresując niż przed randomowymi osobami czy zwykła całą klasą, jak było w poprzedniej szkole. Zbyt szybkie, zbyt ciche/głośne mówienie to nasz rodzinny problem. Ja słyszałam to przez całe życie i do dziś systematycznie słyszę, że za szybko mówię, że powinnam mówić wolniej, bo nie da się mnie zrozumieć. Młody ma to samo... Ech!

Ludziom najwyraźniej się wydaje, że my to celowo z rozmysłem robimy, a już na pewno, że to można kontrolować i że wystarczy chcieć, by zacząć mówić wolniej, głośniej/ciszej. 

Kurwa, tymczasem ja całe życie próbowałam to zmienić, próbowałam nauczyć się to kontrolować i przez blisko pół wieku mi się to nie udało. Czy serio wam się wydaje, że ja na złość moim nauczycielom mówiłam cicho, a potem (do dziś) na złość wszystkim znajomym, kolegom w pracy i  wszystkim ludziom wokół mówię zabyt głośno i zbyt szybko?! No tak, ja tak bardzo nienawidzę ludzi, że ja to specjalnie robię! Młody i Młoda tak samo! No! Tak, tak bardzo nie chcemy być przez innych rozumiani i akceptowani, że specjalnie napierdalamy słowami jak karabin maszynowy, by nikt nas nie rozumiał. 

Ale może to wy za wolno słuchacie? Spróbujcie raz zrobić nam tę przyjemność i postarajcie się słuchać szybciej. Przecież to wystraczy chcieć c'nie...? Chcijcie!

Przez całą szkołę słyszałam od nauczycieli, od rodziców, ciotek, sąsiadów, że mam mówić głośniej i wyraźniej. Zawsze się starałam, by sprostać ich oczekiwaniom. Ćwiczyłam w domu non stop, ciągle mówiłam do siebie na głos. Przed każdą wypowiedzią myślałam tylko o tym, by mówić głośno i wyraźnie. Tak bardzo się na tym skupiałam, że często zapominałam o czym w ogóle mam mówić... Bo to właśnie tak działa, że albo będę przdstawiać co wiem bez myślenia o kontrolowaniu głosu, albo będę kontrolować swój głos i prędkość wypowiadania słów, ale nie będę wstanie myśleć o tym, co mam do powiedzenia. 

Młody ma tak samo. 

Mnie udało się w końcu nauczyć mówić głośniej... 

Odtąd słyszę, że mówię za głośno albo że po co się tak drę, przeciez to samo można ciszej powiedzieć. 

No i tak to jest z oczekiwaniami ludzi, którym nie chce się nawet spróbować drugiego zrozumieć zanim na każdym kroku zaczną go poprawiać i zmuszać do dostosowania się do ich poziomu. 

Ja w końcu, po poczytaniu trochę na temat spektrum autyzmu i temu podobnych problemów, doszłam wraz z Młodą do wniosku, że my nie potrafimy po prostu kontrolować głośności swojego głosu. Młoda ma oficjalnie stwierdzoną dysprakcję, której jednym z objawów jest właśnie brak kontroli nad własnym głosem, a może nie tyle kontroli (choć też)  co świadomości tego jak głośno brzmi dla innych nasz głos. Ludzie mówili, że mówię zbyt cicho, więc w koncu po latach ćwiczenia i zmuszania się do głośniejszego mówienia, udało mi się zacząć mówić głośniej, ale wtedy okazało się znowu, że to jest zbyt głośno. Ja nie mam dyspraksji, ale ten problem może być ogólnym problemem typowym dla autyzmu, co nie znaczy że w całym spektrum wystąpi (wprost przeciwnie, wszkak to SPEKTRUM obajwów). No i Młody ma też ten problem... 

Znalazłam już przychodnię dla autystyków w okolicach szkoły Młodego. Zapisałam go na razie do dietetyczki od autyzmu, która - jak się okazało - przyjmuje też w domu, a mieszka niedaleko szkoły, więc Młody pójdzie tam, a nie do przychodni. Logopeda jest następny w kolejce, może akurat coś by pomógł lub choć jakieś sensowne wyjaśnienie dał, czy wskazówki. 

W piątek rano Epicki wstał, przyodział się i ...zaległ na kanapie oznajmiając, że jest strasznie zmęczony, co zresztą było widać gołym okiem: blady jak dupa anioła, oczy błyszczące i zaczerwienione, no ogólnie takie lelum-polelum i dętka do kwadratu. Poprosił bym mu zrobiła herbaty i podgrzała burgera z poprzedniego dnia. Zwykle pierwsze co on robi po powstaniu to przyszykowanie sobie matchy z mlekiem. Zwykle też razczej nic nie je. Tego dnia najwyraźniej nie miał siły na nic. Zrobiłam mu tej herbatki. Wypił, ugryzł dwa razy burgera i zapytał, czy nie może zostać w domu, bo nie da rady chyba iść do szkoły...

Wysłaliśmy zatem mejla do sekretariatu, że jest chory. Młody powiedział, że w takim razie wraca do łóżka. Poszedł i tyle go widzieli...

 Nawet myślałam, że gra czy coś, ale jak poszłam do niego po 16-tej zobaczyć, to on ciągle był w łóżku.

 Przespał dosłownie cały dzień!

Takie oto właśnie są rezultaty przebodźcowania i nadmiaru emocji u takich ludzików jak Młody. Wieczorem jeszcze był słaby, ale czuł się już lepiej. 

Dziś już wrócił do żywych. Nawet zdążył się wreszcie umówić z dawnym klasowym kumplem... a raczej z jego mamą (tylko przez kumpla się z nią umawiał) na odwiedziny u dzidziusia. Przerabiają bowiem na biologii rozwój dziecka i mają na zadanie zorganizować jakąś aktywność dla bejbika, dzięki której będą stymulować oraz obserwować, a potem opisywać jakiś element rozwoju niemowlaka. Każdy dostał czas na ewentualne znalezienie dzidziusia w swoim otoczeniu i przygotowanie jakiejś zabawy. W razie jakby ktoś nie miał małego smerfa w swoim otoczeniu, zaproszono też dzidziusie do szkoły. Młody jednak woli nie przeprowadzać zajęć przed całą grupą. Na szczęście przypomiało mu się, że nie dawno koledze chyba mały braciszek albo siostrzyczka się urodziła, więc napisał do niego i się zapytał, a gdy tamten potwierdził, poprosił go o zapytanie mamy, czy mógłby przyjść się z nim pobawić. Mama się zgodziła... Młody będzie puszczał bańki mydlane. Ciekawa jestem rezultatu tego eksperymentu. Młody lubi małe dzieci więc cieszy się na tę zabawę i też jest ciekawy reakcji. Poza tym na pewno z radością pogada z kolegą.

Ja w końcu otrzymałam zaproszenie, czy raczej wezwanie (bo wstawiennictwo jest obowiazkowe) do koordynatora-powrotu-do-pracy, o które nie-pamiętam-już-kiedy poprosiłam swój fundusz zdrowia. Spoko, tylko znowu będę musieć jakoś się dostać na to brukselskie zadupie, gdzie psy dupami szczekają. Ostatnio jeździłam tam skuterem, bo to było najłatwiejsze rozwiązanie, ale skutera nie mam teraz, znowu trzeba się tłuc tam pociągami i autobusami, co wymaga pół dnia... Nic to. Sama tego chciałam, to nie ma teraz co jojczyć. Tyle, że ja juz nie pamiętam, o co ja się chciałam zapytać tak w ogóle... 

Najpierw jednak muszę pójść na mammografię i echo klaty, co jest  teraz trochę stresujące. 

Kiedyś zrobiliśmy z Młodym ciekawy eksperyment. Tyle, że trochę późno sobie o nim przypomnieliśðmy i już ciemno było, co utrudniło obserwację. Obserwowaliśmy czy bańki mydlane zamarzną. Zamarzały i robiły się na nich wzorki mrozowe, a potem pękały i zostawały przez chwilę z cudacznych kształty.

zamrożone 🫧 bańki







zawierucha








kowalik














Chica












Wanda


Balbina


4 komentarze:

  1. Zima nie tylko w Belgii dala sie we znaki.Bylam w Polsce,dzis powrot do Brukseli,z samego rana pociag do Bialegostoku,nic specjalnego,ot troche sporo sniegu,wPolsce to normalka,ale ten pociag zepsul sie w szczerym polu,ile kombinacji bylo trzeba wykonac,by dotrzec do Warszawy n'a samolot,ktory oczywiscie byl opozniony bo snieg i mroz,to tylko ja wiem.Zima.Biore to z usmiechem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja biorę to z uśmiechem jeśli to tylko o mnie chodzi, ale jak dziecko mi mówi, że nieomal je samochód przejechał to już do śmiechu mi nie jest za bardzo. Jak mimo wielkich chęci i starań dziecko nie może dotrzeć do szkoły przez co nie zalicza kolejnych celów to też mnie nie śmieszy tylko zwyczajnie wkurwiwia... Nam się raz pociąg zepsuł w środku lata w drodze do holenderskiego Zwolle, ale że też w szczerym polu to też pół dnia opóźnienia mieliśmy do punktu docelowego i nasz "wakacyjny" pobyt z dwóch dni do jednego się skurczył. No ale mieszkając na zadupiu to tego typu rzeczy i kombinacje lpejskie są naszą codziennością... Dlatego idąc na wizytę do lekarza, czy inne umówione spotkanie wyjeżdżamy zawsze co najmniej godzinę wcześniej... Dlatego też Młoda raz po koncercie w Antwerpii przyszła ponad 13 km spod Brukseli na nogach i dlatego ja dokąd się da, wolę jechać rowerem - do 20 km jest zwykle szybciej niż autobusem.

      Usuń
  2. To jednak jest różnica jak dziecko musi codziennie pokonywać skomplikowaną i niebezpieczną drogę do szkoły. Bardzo współczuję. Ja panikuje jak spadnie śnieg a mam samochód z odpowiednimi oponami. No ale u nas jest górzysto
    Hanna z Kolorado

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas płasko na szczęście. W PL mieszkałam na Podkarpackich górkach to tam też bez zimówek by z domu nikt nie wyjechał za daleko. Choć i tak przy większej zimie nasza wieś była odcięta od świata. Chleb i inne dobra dowożono saniami ciągniętymi przez konie. Pracownicy pogotowia drałowali kilometrami z noszami po dupach w zaspach gdy komuś coś się stało. Ja do roboty w bibliotece jeździłam czasem na nartach, bo po śniegu po kolana ciężko się chodziło po kilka kilosów. I nie mówię tu o średniowieczu, bo aż tyle to ja nie żyję ;-)

      Usuń

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...