26 lipca 2026

Ta jedna zwykła wakacyjna niedziela

 Zwykle publikuję i w dużej mierze też piszę te posty w piątek, ale tym razem coś nie poszło, no to w spróbuję napisać w niedzielę, bo pora se siąść na dupie na chwilę.

Dzisiaj bowiem jakoś tak wyjątkowo pracowicie zaczęłam dzień. Wstałam gdzieś przed siódmą, by kurczaki uwolnić i nakarmić. Na noc chowamy wszystko ziarno do domu, bo znowu szczury się pojawiły, a nie ma ich co utwierdzać w przekonaniu, że knajpa u Heńka otwarta jest  24/7. Wystarczy, że w dzień przyłażą i biorą ziarno jak ze swojego. Jeszcze ci to się do kury potrafi postawić z zębami... Małe wredne gnojki.

Potem od razu nastawiłam pierwsze pranie i zaczyniłam drożdżówki i usmażyłam do nich jabłka. Po śniadaniu poszłam posprzątać kurnik kurozaurów, bo uznałam, że już pora. Codziennie zbieram tylko łopatką kupy z trocin, ale raz na jakiś czas trzeba zrobić gruntowne porządki. Tym razem popsikałam trutką na kurze wszy, bo naturalniejsze metody coś nie zadziałały... Posypałam jednak jeszcze i diadomitem zanim nasypałam nowych trocin. Potem posprzątałam jeszcze u świnek, no i upiekłam te bułki. W międzyczasie zaczyniłam i wyrobiłam też już chleb na zakwasie, ale ten to może dopiero jutro będę piekła. Na razie se rośnie...

Prań jak dotąd (jest czternasta) zrobiłam trzy i wywiesiłam w ogródku, bo fajnie wieje, to elegancko wszystko powinno wyschnąć przed domniemanym deszczem... Bo tak, apka od prognozy pokazuje na dziś na ok piętnastej, szesnastej deszcz. Czekamy na to jak na zbawienie, bo już wiele tygodni porządnie nie popadało. W ogóle ani kropla nie spadła. Łączka za domem już wyschła na amen. Na środku jednego zielonego źdźbła nie uświadczysz. Świnki już z tydzień nie dostały świeżej trawy, bo nie ma gdzie urwać. Nie raz jak za domem nie było, to podkradaliśmy farmerom na łąkach i pastwiskach, ale teraz na łąkach trawa nie wyrosła. Tylko te twarde badyle z nasionami wyrosły i to nie bogato - zaledwie na kilka cm, a tutaj w okolicy to trawa zawsze była gęsta, bujna, soczysta. Kukurydza tu też zawsze bujna była, a teraz takie suche kurduple w niektórych miejscach, że szok... Świnkom czasem przynoszę liścia jednego ukradzionego tu czy tam przy drodze, ale w wielu miejscach i kukurydza zeschła w cholerę... 

Nie wróży to za dobrze, panie, taka pogoda na wsi ani w lesie... A ten epizod deszczowy zapowiadają tylko na dziś, a potem znowu gorąc i sucho. Nadają znów do 35 stopni. To już nawet dla mnie za ciepło jest...

W pozostałe dni tygodnia co robiłam, to nie mam pojęcia, ale zasadniczo to nic, czyli mniej więcej to samo, co dziś - gotowanie, pranie, sprzątanie, karmienie zwierząt, jakaś książka, jakiś instagram, jakieś rozmowy. Jednym słowem życie codzienne w sezonie wakacyjnym. 

Ostatnie centy wydałyśmy z Młodą na imprezowanie w Gandawie, a z tego co zostało tylko na codzienne żarcie starcza, więc trzeba czekać, aż następny zasiłek wpłynie, żeby skoczyć do jakiegoś muzeum, na basen czy na jakąś tam inną wakacyjną atrakcję. Tyle, że w tym miesiącu wypada kolejna opłata za ortodontę, a to kilkaset euro, więc raczej nie ma się co nastawiać na grubsze wakacyjne zabawy, żeby potem na szamę nie brakło hahaha. Z drugiej jednak strony chciałabym choć Młodego gdzieś zabrać, by choć trochę ufajnić mu wakacje, bo w tym roku nie chciał jechać do Polski, gdyż nie ma tam co robić, odkąd kuzyni dorośli i poszli w świat... Z drugiej strony to Młody nie bardzo ma chęć gdzieś dać się zabierać, bo to raczej typ domatora. Tam na boisko pójść czy w jakąś grę zagrać, tudzież film obejrzeć, jest git, ale jak już pociągiem trzeba gdzieś jechać, to nie jest za batdzo chętny, bo nie lubi siedzieć w pociągu ani autobusie... Może zatem na rowerach gdzieś pokręcimy, by coś pozwiedzać... Ale to też trzeba mieć hajsy, by choć na lody pójść czy jakąś pizzunię, bo muzea to ja mam w większosći gratis z moją kartą muzealną a i małolaty mają dosyć tanio...

Ostatnio był u kumpla klasowego, a ten ma ogromny basen przy domu to się wybawili i wychlapali. Pojechał do niego rowerem i pociągiem, ale wieczorem już mama kolegi go autem odwiozła razem z rowerem. Miło.

Przez dwa dni tłukł się też po lesie i po wsi z tutejszymi kolegami. Nawet na jakąś opuszczoną farmę tamtych zaciągnął. Nastolatki, ech... Czasem wsiada też na rower i sam jeździ wieczorami po okolicy. Z tego, co wymieniał miejscowości, to w promieniu kilkunastu kilometrrów od domu się rozbija tym swoim rowerkiem. Czasem trochę się denerwuję tymi jego wycieczkami, bo diaboł nie śpi, ale z drugiej strony ja z bratem też się włóczyliśmy samopas, gdzie oczy poniosły. Nie będziemy przecież trzymać nastolatka na łańcuchu przy budzie ani go za rączkę prowadzać. I tak dużo czasu z nami spędza, jak na nastolatka. Niech się uczy samodzielności. Od czasu do czasu wskakuje też w rolki i roluje po wsi jak szalony. Najwięcej to jednak czasu spędza oczywiście w sieci, bo tutaj na wsi to jednak nie bardzo jest co robić poza tym. 

Dziewczyny pojechały dziś gdzieś do polaka po zapas polskich produktów. Najpewniej do Sint-Niklaas, bo od nas wszędzie w sumie daleko do polskiego sklepu, ale czasem lepiej pojechać dalej z przesiadakmi niż kręcić 10 km rowerem, a tam jest duży polski sklep. Poprosiłam o kilka zupek serowych z knorra, bo czasem jak się nie chce gotować, to dobrze mieć coś takiego w szafie. W Belgii nie znalazłam ani jednej dobrej "chińskiej" zupki. Wszystkie są ohydne. Młody kupuje se jakieś nudle z Buldaka, ale mnie to nie podchodzi. 

A w minionym tygodniu naszą kuchnię sponosrowały kluski śląsie, żółte curry, zapiekanka z kalafiora i ziemniaków oraz leczo - wszystko wege. Leczo gotowała Młoda i muszę rzec, że wyśmienite jej wyszło. Młodemu robiłam raz wrapy z nie-kurczakiem. Jednego dnia jadł coś u kolegi, poza tym wpieprza nudle z pudełka, i gotowe frytki czy inne tam śmieciowe żarcie z airfryera, no i jajecznicę. Kury zdecydowanie za wolno robią jajka ostatnio... W sumie to teraz tylko Wanda niesie. Balbina też niesie, ale jaja bez skorupek, więc od razu to zjadają zarazy. Bożena i Sunny kwokały, więc nie niosły, ale Sunny już się odsiedziała, to może zacznie czasem kraftować jakieś jajko. Ona już ma coś z 5 lat, to nie niesie już tak jak za młodego, ale czasem jednak coś tam wyprodukuje pysznego. Jajka silek są o wiele smaczniejsze niż od kurozaurów, ale też nie ma co darowanemu jajku pod ogon zaglądać... Riko nie niesie w ogóle, bo to taka kura maskotka - chorowitka i słabinka. Koguty też ciągle nie niosą ;-P

Przeszedł właśnie zapowiadany deszcz. Padało z 5 minut  równo i nawet kałuże na drodze powstały, ale pod drzewami nawet nie zmokło, czyli dupy nie urywa, ale lepszy rydz niż nic. Teraz już słońce świeci... No cóż, jak nie ma urodzaju na deszcz, to nie ma...

Przez tę nagłą zmianę nagle zaczęła mnie wielka senność ogarniać i już nie wiem, czy jeszcze miałam coś napisać. Zrobilam sobie trzecią kawę, co jest dla mnie nienormnalne, bo do dwóch się zwykle ograniczam, ale nie widzę poprawy...

Wrzucę zatem już tylko fotki zrobione iphonem w ostatnie dni koło domu i poszukam se jakiego filmu na Netflixie, bo nie mam siły nawet na czytanie książki, choć właśnie zaczęłam kolejny kryminał po niderlandzku znaleziony w Kringwinkel i kupiony za jednego eurosa.

bułka na zakwasie

zdziwiona Wanda z wypchanym wolem, bo ona zawsze głodna i wszystkiego ciekawa

Balbina pijąca wodę wylaną przeze mnie z miski

Riko czilująca bombę pod paprotką

jakiś różowy kwiatek z jednego z krzaków przy domu

to samo co wyżej, tylko inne

jakieś kwiatki, które mi ex-sąsiadka kiedyś dała

diablica Bożenka

jeszcze raz Bożena, bo Bożena jest wszędzie

ściernisko pod lasem za domem

żarłoczne gąsienice pawiego oczka gustujące w pokrzywach

jakieś bzz-bzz

selfie z iphone16

jakiś chwast

zagubione słoneczniki przy polu kukurydzy

mucha widziana przez liść kukurydzy

autoportret starej baby idącej na spacer

jeszcze inna mucha widziana przez liść kukurydzy

biedronka azjatyska

biedronki i mszyce



jakieś bułki

kluski śląskie


Wgrałam też na Youtube wideo z naszego latania balonem nad Belgią, więc jak ktoś chce sobie obejrzeć, niech kliknie tu: https://youtu.be/WV1WjG8PKWo?si=Ev9c5MLdH6_QhYIP

Na razie próbuję publikować nowe nagrania w piątek o osiemnastej. Czy długo wytrwam w takim postanowieniu, czas pokaże, bo ja nie jestem kimś na kim można polegać haha.


4 komentarze:

  1. Bożenka jest niesamowita, a wypieki powodują ślinotok!
    Pięknych dni wakacyjnych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Również wszystkiego dobrego życzę :-) Bożenka też pozdrawia mówiąc ko-ko

      Usuń
  2. To różowo fioletowawe i to białawe pod nim to hibiskusy, inna nazwa to ketmia, a pod nimi to fuksja, inna nazwa to ułanka.
    Zgrabniutka kobitka z ciebie! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, no, jakie ładne masz odnóża. U nas też niby sucho, a sianokosów zrobić się nie da od miesiąca, bo jednakowoż zbyt często pada. Na tyle, by wkurzyć rolnika, bo mało tego deszczu... Ten klimat nie odpowiada mi.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...