14 sierpnia 2026

Kolejna tragedia w mojej okolicy.

 Zacznę od obserwacji pociągowych...

Kiedyś jechałam z Młodą do miasta pociągiem i jako że obie miałyśmy ze sobą rowery, siedziałyśmy w wagonie rowerowym. Naprzeciw nas siedział jakiś młody tata z dwójka małych dzieci. Jedno miało pewnie około roku i siedziało w wózku-spacerówce, a drugie z rok, dwa starsze siedział koło taty. Koło nich leżał jeszcze duży plecak i wielka torba turystyczna. Przyglądałam się im i przysłuchiwałam mimowolnie, ale z ainteresowaniem, bo bardzo mi się spodobało podejście tego taty, gdyż bardzo podobne zdało się do moich własnych metod wychowawczych. Tata całą drogę gadał do dzieci. Tłumaczył im, szczególnie tej starszej dziewczynce, świat podróży pociągami i odpowiadał na jej pytania. Mówił, jakie będą po drodze stacje i że się będę przesiadać, ale też mówił coś o konduktorze, toalecie (bo w rowerowym jest kibel i ludzie chodzili non stop), ale też coś o widokach za oknem. W końcu dojechaliśmy do przedostatniej stacji i ja się zaczęłam zastanawiać, jak chłop się przesiądzie z tym całym majdanem i nawet pomyślałam sobie, że jakbyśmy nie miały rowerów, to bym zaoferowała pomoc, no ale wtedy usłyszałam jak tata pyta dziewczynki, jaka będzie następna stacja, a ona entuzjastycznie odpowiada "Mechelen". Nastawiłam zatem ucha i podsłuchiwałam dalej...

Wtedy pan zapytał córki , czy pamięta, jak jej tłumaczył, co ma robić, gdy będą wysiadać... Ona na to, że ma trzymać tatę za rękę. Tata na to, że to prawda, ale dopiero jak wysiądą. Natomiast podczas wysiadania musi ona po prostu trzymać się blisko, uważnie słuchać i robić, co tata powie, bo on jej bedzie wszystko po kolei tłumaczył, co ma robić, ale że nie może jej trzymać za rączkę, bo musi nieść torby i wózek z chłopcem... Dziewczynka kiwnęła główką i spokojnie czekała na polecenia taty. Zaczęła od schowania trzymanej pluszowej wiewiórki "by się nie zgubiła podczas wysiadania". 

Przyjemnie patrzy się na takich rodziców, którzy traktują dzieci jak małych rozumnych ludzi, a nie "tylko głupie dziecko" albo którzy, co gorsza, zdają się własnymi dziećmi w ogóle nie interesować i pozwalają im robić w pociągu, czy gdziekolwiek indziej w publice, co im się żywnie podoba.

wrzosy u nas w lesie


Jak już przy temacie dzieci jestem, to muszę zapisać, że u nas znowu doszło do tragedii z udziałem dziecka i to takiej najgorszej kategorii. W zeszłym tygodniu dowiedziałam się z wiadomości, że u nas w gminie, praktycznie w samym centrum w jednym mieszkaniu znaleziono martwego siedmiolatka... 

Na drugi dzień już w całej okolicy wrzało. Okazało się bowiem, że dziecko zostało "ukarane" przez wujka, brata matki, po tym jak policjanci  spotkali chłopca samego na ulicy i odwieźli go do domu... Wujek powiedział ponoć, że nie chciał zabić, a tylko ukarać, bo - jak pisano dalej w prasie - on sam był wychowywany twardą ręką i uważa, że lanie to nic złego. "Wujek" ma 24 lata. Jego siostra i matka chłopca 27 lat. Z nimi w mieszkaniu była jeszcze koleżanka mamy. Wszystko troje zostało aresztowanych. Patolog znalazł na ciele chłopca, jak podaje prasa, liczne obrażenia, także starsze... Śmierć nastąpiła w wyniku tych obrażeń. To podano od razu na drugi dzień.

W głowie się nie mieści. Co jest z tymi ludźmi nie tak, do kurwy nędzy?! 

pluszaki i świece przed wejściem do mieszkania w którym mieszkał chłopiec


A tymczasem ja praktycznie każdego dnia trafiam zupełnie przypadkiem w sieci na wiele komentarzy,  pochwalających i wręcz zachęcających do przemocy wobec dzieci i to często małych i bardzo małych dzieci. I nie mówię tu bynajmniej o rzuconym czasem w złości "chyba bym nogi z dupy powyrywał", gdy wiadomo, że dana osoba by mucby nie skrzywdziła, ale o wyraźnym pochwalaniu bicia kablem, pasem, zamykaniu w ciemnym pokoju, zakazywaniu jedzenia, zastraszaniu, czy klapsach. Choc i te durne powiedzenia nie wzięły nam się przecież z dupy. Wychowano nas wszystkich chyba wśród przemocy, nawet jeśli nie było jej w domu, to była po sąsiadach, znajomych, dalszej rodzinie, w szkole, wśród przodków...

Ludzie wyśmiewają dziś masowo bezstresowe wychowanie, bo większość z nich w ogóle nawet nie rozumie, co to tak na prawdę znaczy. Większość ludzi, w tym wielu rodziców myli bezstresowe wychowanie z anarchią, brakiem zasad i granic. Uważają, że jest tylko dwie opcje: lanie i pozwalanie na wszystko, gdy obie są taką samą patologią... 

Przykład bezstresowego wychowania podałam na początku. Taki prosty drobny przykład. Jasne zasady, wyraźne granice, tłumaczenie, słuchanie, odpowiadanie na pytania, troska i opieka....

No ale nie będę się tu już wymądrzać na temat wychowania, bo mam na szczęście już ten etap życia prawie za sobą. Przyznam tu jednak, że na samym początku tej drogi też uważałam, że klaps nikomu nie zaszkodzi, bo w takim nurcie byłam sama wychowana i nikt mi innej drogi nie pokazał. Na szczęście udało mi się zbuntować przeciwko zaleceniom poprzedniej generacji i posłuchałam się tego, co mi własny rozum podpowiada, ale też wiedza psychologiczna zdobyta z lektury książek i czasopism i znalazłam właściwą drogę. Bo tak, moja matka, babcia i inne baby i chłopy ze wsi zachęcały, a wręcz wymagały ode mnie, bym używała przemocy wobec własnych dzieci, co też - jeszcze raz przyznam z ręką na sercu - początkowo  faktycznie czasem stosowałam np krzycząc na córkę albo dając jej klapsa. Bo to nie jest bynajmniej łatwe, by uwolnić się z jarzma przekonań i zasad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Choć uważam, że dziś jest o niebo łatwiej, bo internet jednak pozwala nam zobaczyć świat z różnych perspektyw, poznać różnych ludzi i różne sposoby na życie, daje nam wiedzę, a często też wsparcie i motywację (choć oczywiście może tez zwodzić i prowadzić na manowce). Mnie też pomogło odejście, a wręcz odcięcie się od rodziny i od presji. Gdy mieszkasz pod jednym dachem z ludźmi mającymi określone poglądy, często się do nich dostosowujesz i to czasem nawet nieświadomie. Dopiero odszedłszy i nabrawszy dystansu możesz zobaczyć i zrozumieć, że postępowałeś niewłaściwie, nie tak jak chciałeś. Czasem jesteś świadomy, że źle postępujesz, chcesz coś zmienić, ale nie potrafisz się sprzeciwić albo się zwyczajnie boisz. Gdy jesteś sam, nie masz żadnej alternatywy, nie masz dokąd uciec często musisz tańczyć jak ci zagrają. Gdy żyjesz w trudnych warunkach, w ciągłym stresie, strachu też możesz robić rzeczy, których nigdy być nie zrobił, gdybyś mógł normalnie funkcjonować i był bezpieczny... To jest trudny temat.

Dziś mam dorosłe dzieci i wiem, że można wychować mądrych, wrażliwych, wspaniałych ludzi bez używania przemocy fizycznej i psychicznej. Wychować ich na mądrych, wrażliwych i odpowiedzialnych dorosłych. 

No i do cholery jasnej dziś, moim zdaniem, ludzie nie żyją już w zamkniętych zacofanych społecznościach, a nawet jeśli żyją, to każdy człowiek ma wystarczający dostęp do wiedzy na temat wychowania, na temat przemocy wobec dzieci i jej skutków, także tych dalszych, odczuwanych w życiu dorosłym. A mimo to tkwią w swoich przekonaniach i nie wahają się dać klapsa własnemu dziecku.

Zaraz tu pewnie kto wyskoczy z debilnym tekstem, że klaps a katowanie na śmierć to wielka różnica... JASNE! A gdzie w takim razie leży ta magiczna granica? Jak mocna można zbić dziecko, by jeszcze nie było to uznane za coś złego? Przemoc fizyczna to przemoc fizyczna. Kropka! Jeśli według ciebie "danie placka na dupę" dwulatkowi, czyli maleńkiemu dziecku, które dopiero uczy się świata, ale jeszcze go nie rozumie, jest okej, to ja uważam, że w takim razie każde, nawet najdrobniejsze złamanie prawa przez dorosłego, dojrzałego osobnika, świadomego wszelakich zasad i prawa powinno się karać przynajmniej chłostą albo np ucinaniem kończyn. 

Ludzie chcą lać małe dziecko, gdy płacze lub zbyt głośno się śmieje np w sklepie, ale dlaczego w takim razie nie chłostać batem dorosłych ludzi wracających po pijaku z imprezy po nocy albo przekraczających dozwoloną prędkość czy przejeżdżających na czerwonym świetle? 

Drące się dziecko po prostu wyraża swoje emocje, bo dopiero uczy się je kontrolować, natomiast pojeb zasuwający z pełną świadomością 100km/h pod szkołą to przecież potencjalny zabójca, ale dziecko należy skatować, a dorosłego pojeba i psychopatę tylko pouczyć wypisując śmieszny mandacik, tak?! 

Jeśli uważasz, że możesz uderzyć dziecko, by je czegoś nauczyć,  to pewnie zajebanie partnerce czy partnerowi, gdy np zapomni wynieść śmieci też jest dla ciebie normalne, bo jak inaczej niby ta osoba miała by zapamiętać, że wynoszenie śmieci jest ważne w życiu? Tak na logikę i babski rozum biorąc...

 Jeśli uważasz, że uderzenie dziecka jest okej to pomyśl o tym, ile razy jesteś większy od tego dziecka i o ile bardziej świadomy praw, zasad i obowiązków, które notorycznie przecie złamiesz czy to świadomie czy przez roztargnienie, a potem zrób obliczenia i się zastanów, z jaką siłą tobie powinno się dawać klapsa, gdy popełniasz błędy, czy tym bardziej łamiesz prawo. 

Wyobraź sobie, że dostajesz zwykłego, ale bardzo silnego klapsa albo ktos tobą solidnie potrząsa za każdym razem, gdy nie wyrobisz się z robotą na czas, zapomnisz odpowiedzieć na ważny mejl, zgubisz klucze do domu, czy choćby parasol, nie zapłacisz na czas za prąd,  przejdziesz na czerwonym, za późno zaprowadzisz dziecko do szkoły, nie poskładasz prania, zbyt długo czasu spędzisz w necie... 

Skoro ludzie nie mają problemu z choćby teoretycznym pisanym w necie uderzeniem dziecka, powinni być gotowi na odebrania podobnego uderzenia za każdy popełniony przez siebie błąd, także za podniesienie głosu, za każdą kłótnię, za każde "kurwa mać", za każdy wybuch złości ale i nadmierną radość okraszaną dzikim śmiechem. Jak nie potrafisz się kontrolować, to trzeba cię nauczyć laniem. Czego nie rozumiesz? Sam tego przecież oczekujesz wobec dzieci i nastolatków, to zacznij od siebie. Proste! 

Może to jest w ogóle pomysł na nowe czasy, by każdy mógł każdego lać legalnie...? Ale gdzie tam, dziś laski nie wolno nawet w dupę klepnąć na ulicy, bo od razu sąd i prokuratura. Dziś nie wolno wyżywać się nawet słownie na pracowniakach, bo to jest karalne. I chyba do cholery każdy się zgadza, że to wszystko jest okej, że do tego każdy dążył, by nikt nikikogo nie dotykał bez jego zgody by nie przekraczał granic, ale jeśli idzie o przemoc wobec dzieci ludzie jakoś nagle mają granice i nietykalność cielesną w dupie. Ba, wręcz odczłowieczają dzieci mówiąc "to tylko dziecko" co brzmi prawie jak "to tylko rzecz". Istota mniej warta, słaba i głupia, którą można, a nawet trzeba bić, bo "inaczej się nie nauczy". Pff.

A potem powiedzą, jak wujek małego Hamzy,  "chciałem go tylko ukarać" ...no ale niechcący go zabiłem. Zabił siostrzeńca. Zabił dziecko własnej siostry. Zabił człowieka. Jest mordercą. I będzie z tym żył. I co gorsze żadna, nawet najokrutniejsza kara nie zwróci życia temu chłopcu, ani nie odbierze mu cierpienia, jakie znosił cholera wie od jak dawna. 

Doskonale wiem, jak trudno jest panować nad emocjami, zwłaszcza gdy żyje się w trudnych, ciężkich warunkach, bo sama tego doświadczyłam. W niektórych sytuacjach życiowych człowiek się odczłowiecza, gubi samego siebie i czasem sam nie wie już, co dobre jest, a co złe. Sytuacja na pewno jeszcze jest cięższa i trudniejsza, gdy człowiek dorosły sam każdego dnia otoczony jest lub był długie lata przemocą, czy to słowną, czy to fizyczną. To ryje psychikę i niszczy kompas moralny. 

Nie znam sytuacji tej rodziny, ale matka z dzieckiem nie przeprowadza się zwykle do brata/wujka bez powodu. Tego typu historie zwykle nie są proste i łatwe. Nic jednak nie usprawiedliwa zbrodni i znęcania się nad dzieckiem. Zwłaszcza, że dziś tu w tym kraju jest od chuja instytucji, do których można pójść po pomoc, po wsparcie, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą dzieci. 

W czwartek odbył się w gminie cichy marsz przeciwko przemocy wobec dzieci. Mieszkańcy chcą w ten sposób zwrócić uwagę, by być uważnym, by nie odwracać oczu na krzywdę dzieci, by próbować pomóc, zgłaszać, ale przede wszystkim zauważać dzieci, które mają problemy. Hamza cierpiał, ale nikt mu nie pomógł, a dziś nie żyje. Śmierć i cierpienie, którego można było uniknąć, którym można było zapobiec. Tragdenia najgorszej kategorii, gdy osoby, które mają dziecko chronić, robią mu krzywdę, biją, poniżają, poniewierają, aż do śmierci... 

zdjęcie ze strony vrt

Dość już jednak o tym.

Jak wszystkim wiadomo, w tym tygodniu było znowu zaćmienie słońca, ale tym razem ludzi coś opętało. Ja pierdzielę, jak żyję te 50 lat, tak nie widziałam jeszcze chyba takiego zainteresowania zjawiskami na niebie. 

Pamiętam, że jakieś poprzednie zaćmienie moje dzieci oglądały w szkołach, ale wtedy nikt nawet o tym nie mówił. Teraz nagle ludzie wykupili wszędzie wszystkie okulary, a nawet szkla spawalnicze i nagle masowo wszyscy wylegli na ulice oglądać słońce. Bop nagle wszyscy stali się fanami zjawisk przyrodniczych. Nie ukrywam, że dla mnie to było wręcz szokujące zjawisko, niesamowite, łał... Mowa oczywiście o tych rekacjach ludzi, nie o samym zaćmieniu, bo akurat nie kupiłam okularów, gdy je widziałam w sklepie, a potem jak debilne media rozdmuchały to zjawisko, jakby nie wiem co to kurwa było, to już nigdzie nie szło nabyć tych durnych bryli albo ceny były z pizdy. Kuźwa, to przecież normalnie parę centów kosztuje, a nie po kilka czy kilkanaście euro. Biznes kurwa roku.

Do dziś kręcimy głowami z niedowierzania, jak ludzie są poddatni na każde gówno z (social)mediów, jak dają się ogłupić. No powiedzmy sobie szczerze, ale gdyby nie powiedzieli we wszystkich stacjach, na wszystkich profilach, że będzie zaćmienie, to większość ludzi, by nawet tego nie zauważyła. Może z parę osób by się zdziwiło, że ciemnawo się robi, ale i tak by ich to pewnie nie obeszło. Nikt poza fanami astronomii i innymi znawcami tematu nie kupił by okularów do oglądania zaćmienia. Szok. Galopujący szok. 

Z Młodym wspominaliśmy sobie ostatnie, też dosyć (ale nie aż tak) rozreklamowane zaćmienie Księżyca, które poszliśmy obydwoje oglądać z pobliskiej górki, gdzie - jak się wtedy okazało - spotkaliśmy innych ludzi, którzy poprzywozili i porozstawiali tam nawet krzesła, koce, chuje muje dzikie węże. Ale lornetki tylko my mieliśmy  i przez to ludzie do nas podchodzili, by zapytać o jakieś dziwne rzeczy... Najlepsze jednak było to, że wtedy wyszły chmury i jak nadeszła planowana godzina początku zjawiska, to większość tych geniuszy spakowała krzesełka i pojechali do domu buachachacha. Gdy już było co oglądać, na górce zostało już tylko parę osób, bo tacy to wszystko obserwatorzy nieba. I tak dobrze, że wiedzą, iż niebo to u góry jest. Jedni na tej górce to nawet próbowali się z nami kłócić co do kierunku, w który powinniśmy patrzeć i nawet tłumaczenie im kierunków świata nie bardzo pomagało im zrozumieć jaki to ma związek z tym, gdzie będzie widoczny Księżyc... 

Młody się wkurzył, że nie mamy okularów, bo chciał zobaczyć to zjawisko. Ale wieczorem, jak zrobiło się ciemno, poszliśmy w pola oglądać spadające gwiazdy i złość mu szybko wyparowała. 

Tylko chłop nas wkurzył, bo przyjechał pompować wodę z jakiegoś zbiornika, by podlać swoje uprawy, a wielką miał bekę i długo palił te światła w traktorze... Kurde, jakiego trzeba mieć farta, by na hekatry pol na wsi wybrać akurat to miejsce, do którego ktoś przyjedzie po nocy traktorem hahaha? Sie uśmieliśmy z nas samych. Postanlowiliśmy pojechać w inne miejsce, ale po drodze Młoda powiedziała, że ona idzie spać, Młody chciał wrócić po bluzę, a mi się chciało siku, więc wróciliśmy i stwierdziliśmy, że "jutro też jest noc" i poszliśmy spać. 

zdjęcie z telefonu


Drugiego wieczora poszliśmy znowu w pola, ale tym razem rozbiliśmy obóz jedną dróżkę dalej. Rolnik znowu podlewał uprawy, ale nie przejeżdżał koło nas, więc nam to nie przeszkadzało. Leżeliśmy sobie albo siedzieliśmjy na środku ciepłej  betonowej drogi polnej i patrzyliśmy w niebo. Wiele spadających gwiazd widzieliśmy, ale chyba jeszcze więcej samolotów. Dopiero tak w nocy na niebo uważnie patrząc człowiek sobie uświadamia, ile tego gówna lata dziennie po naszym niebie. W niektórych momentach dało się nawet kilkanaście na raz naliczyć i one latają cały czas, dzień i noc. Masakra jakaś. No i dawno nie było też w sumie takiej okazji, by popatrzeć tak długo na nocne niebo, bo to zawsze jak roje meteorytów to albo pochmurno albo pada, albo w ogóle się zapomni czy znowu się nie chce. Tym razem pogoda idealna, ale właśnie uświadomiłam sobie jak ogromne jest tutaj i teraz zanieczyszczenie światłem. Kurde, jak my za dzieciaka z ojcem żeśmy leżeli z lornetkami obserwując spadajce gwiazdy, to wokół nas była ciemna ciemniusieńka noc. Czarno było. Nic nie było widać poza tymi gwiazdami, chyba że ktoś światło w domu zapalił. Wtedy nie było u nas świateł ulicznych, ani żadnych solarów i innego świecącego gówna na podwórkach. Na wsi noc była nocą. A teraz wszędzie palą się światła. Z każdej strony na horyzoncie widzisz kolorową łunę. My i tak mamy farta, że możemy znaleźć koło domu jako takie miejsce, gdzie w ogóle da się zobaczyc gwiazdy. Cenię sobie to wielce. 

Koło nas cykały świerszcze, szeleciły kozy, czy barany (nie wiem, co tam siedziało w ciemnościach, bo było ciemno), a nad głowami latały nam zwariowane nietoperze. Huczała też w oddali jakaś sowa, chyba puchacz to był, bo inne to bardziej piskliwe głowy mają i irytujące.

Dziś miałam pojechać do Brukseli, bo dywan kwiatowy wczoraj wieczorem rozłożyli, a nawet dwa w tym roku, ale jak wyszłam na zewnątrz, a potem przeczytałam w wiadomociach, że to najgorętszy dzieńn roku, to dziękuję posiedzę w domu... W Brukseli w taki dzień to przecież musi być koszmar, a o jeździe autobusem nawet nie mówię... Brrr. 

Jutro jest plan na Dinant, jaskinie i regaty wannowe, ale zobaczy się, bo jakieś burze zapowiadają i takie tam... Jutro zdecydujemy, czy nam się chce chcieć.

Tymczasem susza i skwar trwa i w lesie zaczyna wyglądać jak w jesieni. Gazety piszą, że łamią się też wszędzie drzewa z suszy. Znawcy przyrody mówią, że w najbliższych latach wyginą w Ardenach świerki, bo nie są przystosowane do tego takiego klimatu i nie przetrwają. 


W tym tygodniu pierwszy raz robiłam tacosy wegetariańskie z przepisu znalezionego jak zwykle w necie. Tak mi posmakowały, że cztery opyliłam na raz. Wrzucę tu przepis, a nuż komuś się przyda:

mój taco


Taco z nadzieniem wegetariańskim chili sin carne

Składniki na chili:

muszle taco - w przepisie było 6, ale mi wyszła wielka porcja tego nadzienia, że na drugi dzień jeszcze do makaronu było, bo to można też z ryżem, makaronem zeżreć

wegetariańskie mielone nie-mięso 

3 ząbki czosnku (drobno posiekane)

szalotka (drobno posiekana)

1 długa papryka (pokrojona)

1 papryczka chili (drobno pokrojona)

3 marchewki (starte na tarce lub pokrojone drobno)

400 pokrojonych pomidorów z puszki 

600g czerwonej fasolki albo mix różnych fasolek 

300g kukurydzy

4 łyżeczki kuminu

4 łyżeczki papryki w proszku

2 łyżeczki cynamonu

kolendra 

tabasco

sól, pieprz

ewentualnie jako dodatki: awokado, pomidory, tarty ser żółty, ogórek...


Sos czosnkowy: 

100g creme fraische (kwaśna śmietanka)

1 ząbek czosnku zgnieciony

2 łyżki wody,

łyżka oliwy z oliwek

sól, pieprz do smaku


Przygotowanie:

W patelni do woku rozgrzać oliwę i zeszklić szalotkę i czosnek, a następnie dodać nie-mięso, przyprawy i smażyć przez chwilę. Potem dorzucić papryki i marchew i zmażyć ok 3 minut.

Na koniec dodać fasolkę, pomidory z puszki i kukurydzę. Całość dusi na średnim ogniu około 10 minut. Doprawić sosem tabasco wedle uznania, ewentualnie jeszcze dosolić czy dopieprzyć. 

Rozgrzać piekarnik i podgrzać muszle taco zgodnie z przepisem na opakowaniu. 

Nadziewać chilli, serem tartym, pomidorkami, ogórkami, awokado, czy co tam kto jeszcze lubi i polewać sosem czosnkowym. Młoda zaleca też polewać na koniec sokiem z limonki.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w siec i że ja tu ustalam zasady.