27 stycznia 2021

Szkolne dylematy i troski matki nastolatków.

Mam dziś bardzo leniwy dzień. Nic, ale to nic mi się nie chce.Nie pierwszy to zresztą taki dzień w tym roku.

Niby byłam z rana w robocie i uczciwie przepracowałam te cztery godziny, a potem uczciwie odebrałam syna ze szkoły, ale na tym koniec. Usmażyłam frytki i obejrzeliśmy z Młodym 3 część Madagaskaru na Netflixie. I to by było na tyle. Teraz nastawiłam kaszę gryczaną na obiad. W lodówce mamy sos do vol a vent, ale nie mamy ciasta francuskiego ani gotowych "babeczek", a nawet jakbyśmy mieli to guzik z tego, bo w zeszłym tygodniu spalił się nam piekarnik, a jeszcze nowego nie otrzymaliśmy, więc nic nie możemy piec. Jednak sos z kaszą na pewno też da się to zjeść. Jak nie, jak tak. 

Znowu chce mi się spać. Znowu śpię po 8-10 godzin dziennie, a mimo to nie mogę wygrać z ciągłym zmęczeniem i sennością. Wody traczej piję wystarczająco. Znaczy wody samej mało, bo za zimno na zimną wodę. Pijam za to herbaty dużo różnej i gorącą czekoladę, i piwo czasem. Nerwy. Za dużo niepokoju, a za mało słońca. Stres to cholerny pochłaniacz energii. 

A ja ciągle nie mogę dojść do siebie po zajściach końcoworocznych, choć już styczeń się kończy. Może jakby nie ta durna pandemia, to było by łatwiej się z tym wszystkim uporać, a może jakby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem...

Pandemia sama w sobie nic wiele nie zmienia, ale z drugiej strony zmienia wszystko. Nie zmienia wiele tu i teraz, bo wszyscy jemy i wydalamy tak samo i tak samo śpimy, wszyscy chodzimy codziennie do naszych prac i szkół, jak chodziliśmy. Odwiedzamy lekarzy, gdy trzeba, a czasem trzeba. Żyjemy fizycznie w miarę zwyczajnie, ale psychicznie już zaczyna z lekka walić na dekiel...

Nie możemy pójść do fryzjera, nie możemy pójść do knajpy ani do zoo, ani do kina, nie możemy nigdzie pojechać... No dobra pojechać można, tylko po kij jechać gdziekolwiek, jak nawet na kawę nie możesz wejść do kawiarni i jeszcze  wszędzie te cholerne naryjce, które gunwo dają komukolwiek poza wkurzaniem ludzi. Jak mam się w takich okolicznościach zrelaksować i wrócić do normalności, gdy nie nic jest normalne. Siedzimy w tym domu, oglądamy tego Netflixa, czytamy te książki, wałkujemy te same tematy z małżonkiem i dziećmi aż do obrzygania, bo co można robić teraz? NIC! Całe wielkie GÓWNO! Czasem pójdziemy do lasu, czy na spacer z aparatem, ale to wszystko mało, by się porządnie zregenerować po tych wszystkich gównianych przeżyciach ostatnich czasów.

Zima zawsze mi się dłuży, bo nienawidze tej zimnej, ciemnej i mokrej pory roku, ale w tym roku ciągnie się doprawdy w nieskończoność. Czekamy na wiosnę, na ciepło, by pojechać gdzieś w naturę i połazić, porobić zdjęcia. Czekamy na słońce, bo może w słońcu świat okaże się choć trochę jaśniejszy.

Coraz mniej mam sił do walki i coraz trudniej mi znaleźć motywację.

Gdy potwierdzono to spektrum autyzmu u obydwu dziewczyn, pomyślałam że teraz będzie łatwiej, bo wreszcie wiemy, gdzie jest pies pogrzebany. Niestety po zastanowieniu stwierdzam, że to jest jedna strona medalu, a druga jest taka, że dotąd przynajmniej człowiek sie łudził, że one z tego wyrosną, że polepszy się z czasem, że to może dorastanie i te sprawy... Teraz już wiemy, że NIE WYROSNĄ ani z dyspraksji, ani z autyzmu, że to na ZAWSZE i że już zawsze będą mieć trudniej niż normalsi, że zawsze będą grać na levelu expert, a do tego większość pospólstwa nigdy ich nie zrozumie, ale większość będzie próbowała wykorzystać i dokuczyć, bo to ludzie potrafią doskonale...

Żeby było mało, to trafiliśmy na takie pojebane czasy, że nie możemy nawet przewidzieć, co będzie za kilka miesięcy, a jak tu niby mamy dziś doradzać dzieciom co do przyszłości. Ż e tez akurat przyszło być rodzicem dorastających dzieci w tak popierdolonym czasie. 

Ja jestem dziś całkiem głupia. Nie mam pojęcia, co ja mam dziś dzieciom doradzać, a co odradzać. 

Czy chodzenie do szkoły ma dziś jakikolwiek sens?

Normalsi zakrzykną pewnie jak jeden mąż, że tak a jak, co za głupie pytanie wogle.

Tyle, że moje dzieci nie są zwykłymi dziećmi. Dla nas dziś szkoła to droga przez mękę. 

Kiedyś uważałam, że szkoła jest  bardzo ważna, najważniejsza, że nauka jest potrzebna. Uważałam tak, dopóki nie okazało się, że szkoła może zniszczyć zdrowie dziecka a nawet poważnie zagrozić jego życiu. 

Jeszcze dopóki wierzyliśmy, że skończenie takiej czy innej szkoły może dziecku ułatwic życie, to chciało się przynajmniej walczyć z systemem, by ułatwiono dziecku skończenie szkoły mimo problemów zdrowotnych. Jednak dziś wiemy, że mało co ma jeszcze sens. Do tego podejrzewamy, że przyszłość naszych pociech może okazać się gorsza niż w najgorszych koszmarach nam się kiedykolwiek śniło. A bez wątpienia można rzec, że jest bardziej niż niepewna.

Wszystko znowu się wali kawałek po kawałku, a mi się już nie chce tego układać od nowa i nawet nie wiem, jak zacząć, bo nie wiem, co będzie jutro.

Próbuję żyć tu i teraz, ale tu i teraz niestety trzeba znowu podjąć konkretne decyzje. A żeby podjąć rozsądną  decyzję, dobrze by było znać choc trochę twardych faktów, a tych niestety nam poskąpiono.

Czy mam upierać się, by Najstarsza skończyła szkołę, choć wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że nic jej to nie da?

A może mam jej doradzić, by pizgnęła tornistrem już dziś, bo szkoda czasu i pieniędzy na łażenie do szkoły? 

Czy mam przekonywać belfrów, żeby nadal jej pomagali, czy raczej przekonać ich by se dali spokój i pozwolili jej dochodzić do końca roku, by se mogła swoje ubrania podokańczać, bo to jedyne, co robi z chęcią w tej szkole...

Czy szukać jej jakiejś pracy? Czy ona sobie poradzi? Znaczy, wiem że może sobie poradzić, ba, nawet może sobie lepiej poradzić niż wielu normalsów, jeśli TYLKO będzie chcieć, ale u autystyka niechcieć ma zupełnie inny wymiar niż u normalsa - u autystyka nie ma ustępst - nie to nie i koniec kropka. Więc musi po prostu chcieć to czy tamto robić. No i jeszcze musi trafić na właściwych ludzi, którzy zrozumieją jej problemy i docenią jej niebywałe talenty. Ona chce iść do pracy. Najlepiej na noce, bo noc jest jej porą roboczą. Tak, możemu szukać pracy i nawet wszystkich znajomych popytać, co znacznie zwiększy szanse, ale czy na pewno już teraz... Czy jednak lepiej, by chodziła jeszcze do tej szkoły... Jeszcze żeby okoliczności były normalne, a nie te naryjce, ograniczenia, otwarte okna... Gdybym wierzyła w niebo i piekło, to miała bym przynajmniej nadzieję, że ci którzy wymyślają te chore regulacje, będą się smażyć w piekle... Ale nie wierzę, więc mogę być tylko zła i kląć ile wlezie... Mnie przeklinanie pomaga, a jak komuś wadzi, niech se założy kaganiec i zachowa należyty dystans... 

Znalazłam specjalne urzędy, które pomagają w szukaniu pracy autystykom i wysyłają na kursy, ale jak tu w tej  pandemii się można umówić w urzędzie... Online? Dziękuję postoję. Co można online to można, ale pewne rzeczy są dla mnie kompletnie nie do przyjęcia. A ja bym chciała wiedzieć więcej, zanim podejmiemy jakąkolwiek decyzję... Chyba zaczne pisać masowo mejle do różnych instytucji, bo mejl jest dla mnie łatwiejszy niż rozmowa online z obcymi ludźmi, czy tym bardziej telefon (mam jakąs fobię telefoniczną - o ile cos takiego istnieje - nienawidzę rozmów przez telefon). Wolałabym jednak w cztery oczy, bo pisanie po niderlandzku zajmuje mi całe godziny, gdyż siedemset razy muszę poprawiać każde zdanie, żeby było idealne albo prawie idealne i w miarę bezbłędne. Tak to też wymaga konsultacji z psychiatrą...

Tak czy owak z Najstarszą i tak jest łatwiej, bo ona już jest pełnoletnia i niczego już nie musi w kwestii szkoły... Z Młodą jest gorzej, bo jeszcze ten rok i cały następny musi się uczyć obowiązkowo. Kolejny by już olał, bo 3 miesiące przed osiemnastką raczej do sądu nie podadzą... chociaż czy na tym świecie można być jeszcze czegoś pewnym...?

Ten rok to już dobije jakoś do końca, ale co dalej, to nie wiadomo... Mamy nadzieję, że w tym tygodniu w końcu odbędzie sie to spotkanie z dyrektorem, bo już serio szlag bierze. Ciagle czekać, czekać czekać, czekać na wszystko, bo jak nie urok to sraczka... A czas leci, dni i tygodnie mijają i człowiek nic nie może postanowić, bo czeka. Czeka i nie wie, co dalej. I żyje w niepewności. A nerwy zjadają.

Próbowaliśmy wymyśleć jakiś plan B, ale co wymyślisz w takich okolicznościach? Nie ma już żadnej alternatywy dla tej szkoły. No chyba że szkoła specjalna... Czy wyobrażacie sobie posłanie do szkoły specjalnej dziecka, które umysłowo jest sobie w stanie poradzić na fizyce i chemii? Które sprawnie posługuje się w mowie i piśmie 3 językami i czwartym komunikatywnie? Które ma wiedzę na temat świata, życia i kosmosu na poziomie jakieg nie powstydził by się nie jeden wysokowykształcony? Ja sobie nie wyobrażam. A poza tym do szkoły specjalnej też trzeba chodzić, a u nas to właśnie jest największym problemem - przebywanie wśród hałaśliwej młodzieży w śmierdzącej szkole i wykańczające zdrowie dojazdy. Tylko tyle i aż tyle. Nawet nie wiecie, jak wkurzające jest dla mnie jako matki to, że zdolne, utaletnowane dziecko nie może korzystać z tych talentów tylko dlatego, że jest zbyt wrażliwe na bodźce. To jest gorsze niż nie mieć hajsu na naukę, bo hajs można zarobić i pójść do szkoły później a tego skurwysyństwa się nie pozbędziesz. Mówią, że trzeba się z tym nauczyć żyć. Bardzo kurwa śmieszne. 

Myśleliśmy o tym, by może do szkoły u nas na wiosce poszła, dokąd miała by raptem kilometr i żeby najłatwiejszy poziom wybrać, czyli zawodówkę, by tylko dochodzić do osiemnastki metodą chodzenia raz na ruski rok, ale u nas jest tylko szkoła ogrodnicza. W zawodówce mamy kierunki: 1. rośliny, 2. zwierzęta. Akurat w sam raz dla osoby, która musi unikać wody, intensywnych zapachów, pyłu itd. Ha ha. W zawodóce większość zajęć praktycznych, a te w większości na zewnątrz, a dokładnie w polu, ogrodzie, stajence, w deszczu, wietrze, błocie... No zajebioza po prostu.

 Zatem nasza wiejska szkoła średnia zdecydowanie odpada. Do wszystkich pozostałych trzeba minimum 5 km dojeżdżać rowerem, a poza tym na wioskach nie ma żadnych sensownych kierunków, które bezboleśnie mogła by pokonać. Zatem najlepiej, jakby została, tam gdzie jest, bo kierunek jest dobry, a nawet bardzo dobry dla osoby z takimi problemami. Fotograf to dobry zawód dla autystyka z dysprakcją i nawet dla depresyjnych stanów przyjazny. Mamy tylko jeden mały problem, malutki, tyci tyciuteńki... Młoda zawaliła pierwszy trymestr, a zawalenie pierwszego trymestru we Flandrii to żegnaj Gienia do widzenia. Pierwszy trymestr to podstawa, bo to najwięcej punktów. Żeby osiągnąć na koniec roku te wymagane minimalne 50% procent z każdego przedmiotu, w pozostałych 2 trymestrach by trza uzyskiwać z wszystkich, ale to wszystkich testów, zadań, a potem egzaminów uzyskiwać 10/10, czyli po 100%, czyli osiągnąć nieosiągalne, bo inaczej żegnaj Gienia do widzenia, czyli powtarzamy rok albo spierdalamy do zawodówki, a i to bez odpowiedniej ilości punktów jest niemożliwe bez powtórzenia klasy. 

Ten rok jest zatem już teoretycznie dla Młodej spalony i jedynym ratunkiem zdaje się ten atest potwierdzający spektrum autyzmu. Tyle że dni mijają, już koniec stycznia, a my nie wiemy, co nam ten atest daje w tej sytuacji i czy cokolwiek w ogóle. Życie w takiej niepewności to wielki stres dla mnie i dla niej. Ona na razie robi, ile daje rady z wszystkich zadań. Ustaliliśmy, że ma się trzymać najważniejszych przedmiotów, czyli przede wszystkim fotografia, a srać na razie na takie rzeczy jak religia. Mam nadzieję, że zebranie dojdzie do skutku i wreszcie będziemy wiedzieć, na czym stoimy.

Druga niewiadoma to lekcje online. Póki co jest pewne, że wszystkie szkoły średnie będą się uczyć na odległość tydzień przed feriami krokusowymi, czyli 8-12 lutego (a potem tydzień ferii), ale popierdują coś, że może jednak wcześniej by przejść na online, a może by piątoklasistów i szóstoklsistów w naryjce ubrać, a może i cała podstawówka i przedszkole też tydzień online... Może w ogóle zlikwidujcie w chuj te szkoły i bedzie święty spokój. Czy tylko ja mam wrażenie,  że rządzą nami same niezdecydowane pizdy w chujogniotach, które nie potrafią żadnej decyzji raz sensownie podjąć? Ekspert eksperta ekspertem pogania, co jeden mądrzejszy od drugiego, a tymczasem ta śmieszna pandemia trwa już blisko rok,  a ci ciagle... a może by tak, a może jednak nie, a może jednak tak, a może jednak nie... a może jednak poprzednio było lepiej, a nie, raczej nie... KURWA! W tych pojebanych decyzjach nic sie kupy ani siku nie trzyma. Niektórzy mówią, że właśnie o to chodzi, a ja nie wiem, czy chcę, by mieli rację...

No ale kij im w oko. Wszystkim!

Jedyną pewną rzeczą jest, że Nasze Chłopaki mają urodziny niedługo, a ja zamierzam Młodemu z pomocą Młodej urządzić superowe, coolerskie, epickie przyjęcie urodzinowe. Scenariusz już jest gotowy. Zaproszenia już są prawie gotowe. Gadżety są już kupione. Nigdy mi nie brakowało pomysłów na zabawy dla dzieci, a pomysł na tegoroczne urodziny urodził się ponad rok temu i Młody czekał cały rok na jego realizaję, bo tak mu się ten pomysł spodobał. "Urodziny do góry nogami", gdzie wszystko robi się na opak, przodem do tyłu, górą do dołu, spodem do wierzchu... 

Tych urodzin w tym roku nie będzie, bo w tym roku jest pandemia, a pandemia jest idealną, jedyną i niepowtarzalną okazją do zorganizowania URODZIN ONLINE. Jakby nie pandemia, to nigdy bym na to nie wpadła, a to zajebisty pomysł jest. Robimy zatem urodziny online i Młody mówi, że mają być epickie. Będą na pewno, bo jak ja i Młoda robimy urodziny to zawsze są epickie, choc nie wszystcy muszę się tym zgadzać. Ważne, by się podobały nam i solenizantowi haha.

Na początku pomyślałam, że urodziny online nie mogą być fajne i że to nie to samo, co na żywo, ale potem zaczełam pisać scenariusz i szukać inspiracji w necie. Panie, ja mogę teraz ze 20 urodzin online zrobić i każde będą fajne i inne od drugich. Pomysłów w necie od groma - wystarczy poklikać i brać garściami. Monopoly na świezym powietrzu z instrukcjami przez telefon. Cluedo tak samo. Sama bym poszła na takie urodziny ha. Jednak nasze będą w domach, ale myślę, że dzieci nie będą się nudzić i że ubaw bedzie niezły. Obawiam sie tylko o stan domów gości po imprezie chłe chłe. No i byle tylko technika nie pokazała nam jakiegoś focha, bo online wszystko może pójść nie tak. O nas się nie martwię, bo mamy kilka laptów, komputer, iPady, iphone'y i kilka głów do kombinowania. Byle tylko dziecka miały przynajmniej tablety, bo np kalambury gorzej chodzą (choć chodzą) na telefonie, ale mamy też zabawy ruchowe, głosowe, zabawy z kartką i długopisem... No i żeby rodzice byli choć w połowie tak entuzjastycznie jak my nastawieni i chętni do współpracy, bo bez tego się nie uda. 

Mam nadzieję, że piekarnik jakiś dostaniemy od właścicieli domu przed urodzinami, bo już sobie torty dla chłopaków sprytnie zaplanowałam i lepiej, żebym nie musiała zamawiać u piekarza na wsi, bo co innego jak ci się nie chce robić tortu i sobie kupisz gotowy, a co innego jak chcesz samemu zrobić, bo właśnie masz najzajebistrzy z zajebistych pomysłów,  a nie możesz. Wrrr. Bowiem urodziny online z klasą urodzinami online z klasą, ale prywatnie trzeba je też we własnym gronie uczcić przeco z szampanem, tortem i prezentami. Prezenty dla Młodego już małe żółte rączki zapakowały i już jadą z Chin. Krzyczą teraz, żeby kupować lokalnie, ale ja tego nie kumam w ogóle, ja kupuję tam, gdzie mi się bardziej opłaca i gdzie mam ochotę akurat, bo niby w imię czego ja - prosty robol - mam wspierać lokalnych sprzedawców, gdy mi się to zupełnie nie opyla. Rząd próbuje uparcie wykończyć całą ekonomię, ale wy prostaczki ją ratujcie...

Dobra. Wystukanie tych wszystkich liter z klawiatury, zgodnie z moimi przewidywaniami, podziałało relaksująco. Teraz moge w spokoju iść wziąć prysznic i wrócić do lektury "Kociej Kołyski" Vonneguta, która wczoraj zaczęłam zaraz po skończeniu "Dżumy". Czasem dobrze se odświeżyć jakieś starocie dla odmiany. Dżumę się zupełnie inaczej czyta w dobie pandemii niż w normalnych czasach. Polecam ;-)











15 stycznia 2021

Każdy dzień nowa przygoda.

Mocno zakręcony tydzień dobiega końca. Dużo się działo. 


Zaczął się od 2 pierwszych zaległych egzaminów Młodej. Egzamin jak egzamin. Wpadasz do szkoły, siadasz w ławce i piszesz wszystko, co wiesz, a potem to, czego nie wiesz i oddajesz kartki. 

No chyba, że akurat jest pandemia i jacyś debile stwierdzają, że w szkołach trzeba pooszczędzać na ogrzewaniu oraz zadbać o planetę i nakazują otwierać wszystkie okna i drzwi przez całe dnie, no a uczniowi trafi się miejsce na przeciągu...

 Młoda miała tego farta....

 Po paru minutach było jej zimno. Po kilkunastu zaczęła szczękać zębami. Po pół godziny zmieniła kolor na niebieki. Gdy jej ręka zaczęła przymarzać do długopisu, stwierdziła, że sra na ten egzamin i poszła na dworzec, by wsiąć do pierwszego lepszego pociągu i się ogrzać. Po odtajaniu wysiadła na pierwszej stacji, a potem wsiadła do pociągu, którym mogła dojechać na swoją stację i wrócić do domu.

Drugim wartym zapisania zdarzeniem był e-mail, który dostałam od dyrektorki szkoły Młodej, a w którym dyrektorka zaprasza mnie na spotkanie w szkole w celu omówienia przyszłości Młodej w jej szkole w związku z nowo otrzymanym atestem potwierdzającym spektrum autyzmu. Spotkanie wyznaczyła na dziś, a ja dziś miałam myć klientom okna... Po szybkich acz skomplikowanych obliczeniach wyszło mi, że jak wezmę godzinę urlopu i zacznę pół godziny wczesniej to powinnam zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie do miasta. Obdzwoniłam wszystkich. Klient zgodził sie wstać wcześniej, konsultant w biurze  zezwolił mi na godzinę urlopu. Pomyślałam, że mogę złapać kapcia i niedojechac na stację. Pomyślałam, że pociąg może być spóźniony. Obmyśliłam, co wtedy zrobię, czyli plan B. Poszłam spokojnie spać.

A środę miałam niespodziewane wolne, bo klient zachorzał, więc zrobiłam sobie dzień towarzyski - mejle, telefony bla bla bla. Taka odskocznia była mi potrzebna.

W czwartek zaraz po wstaniu, jak każdego dnia, wyszłam do werandy po trawę dla Luśki (zimą trawę zbiera się po południu, by była na rano, bo rano jest ciemno. Tak, w Belgii w styczniu jest zwykle trawa zielona na łące.). Ciemno było, że oko wykol, ale słyszałam, że po dachu werandy ktoś rzucał piaskiem... A nie zaraz, jakim piaskiem. No nie mówcie, że pada śnieg! Nie. 

Padał. Jebany.

Ja muszę po południu jechać do drugiego klienta, a po robocie jeszcze Młodego ze świetlicy odebrać. Młoda musi do szkoły, bo ma kolejny egzamin. Dobrze by było też wrócić, a nie tylko pojechać do miasta. To 30km, z trampka nie przyjdzie. Może nie wiecie, ale jak w Belgii napada z 10 cm śniegu, to pociagi nie jeżdżą! Tak samo jak jest upał... Najstarsza też cały dzień w szkole. No a auto M-Jak-Męża ma letnie obuwie, a też kawał do roboty dojeżdża, więc nikogo z nas nie poratuje, jak utknie w korku. Kto widział, co robią Belgowie na drodze, jak pada śnieg, ten wie, co mam na myśli. W Belgii (poza Ardenami) śnieg to armagedon, katastrofa, koniec świata. Tu nikt ci zwykłej drogi nie odśnieży, nikt nie posypie piaskiem czy solą. A tu jeszcze to spotkanie w piątek. Śnieg nie był brany pod uwage w przygotowywaniu planu B.

Dlatego sie zestresowałam na maksa. W nerwach wychodziłam z Młodym do szkoły. No ale nic. Jedziemy. Pedałujemy pod górkę jojcząc, że śnieg wali nam w oczy i piecze jak szlag. Poganiam go, bo za późno żeśmy wyszli a ja zaraz mam być u klienta. Już ponad połowę drogi zrobiliśmy, gdy nagle popatrzyłam na mój kosz z przodu, gdzie powinien być mój plecak roboczy i Młodego tornister szkolny. Plecak był. Patrzę na plecy Młodego. Nie ma tornistra. Patrzę dla pewności na moje plecy. Nie ma tornistra. 

No jasna kurwa i sto milicjantów! 

Młody został, gdzie był, a ja dyla do chałupy po ten jebany tornister. Ten śnieg w oczy. Jacyś ludzie w autach pod prąd jadą i walą światłami po oczach jakby śnieg to za mało było. Otwieram drzwi. Zamykam drzwi. Kręce z powrotem. Dojechaliśmy do ostatniego skrzyżowania, gdzie oddałam Młodemu tornister i powiedziałam 'do zobaczenia wieczorem', a wtenczas w świetle latarni zobaczyłam, że bateria w rowerze jest prawie rozładowana, a ja po południu muszę jeszcze 10km przejechać. 

No ja cierpię dolę. 

Znowu do domu. Podłączam moją krowę (zwaną też rowerem elektrycznym) do elektryczności. Biorę plecak i maszeruję z trampka do sąsiadki. 20 minu spóźnienia to całkiem nieźle jak na takie przeboje. 

No i przyszedł ten wyczekiwany piątek, piateczek, piatunio. Już od rana sram miodem, co tam na tym spotkaniu dyrka powie. Czy będą mili i dadzą Młodej jakieś ułatwienia ze względu na autyzm, czy też może zasugerują, że w innej szkole było by jej wygodniej. No i w ogóle, myślę co trzeba powiedzieć, przedyskutować, uzgodnić, żeby o niczym ważnym nie zapomnieć i niczego nie przeoczyć... 

Obudziłam wszystkich, którzy obudzenia potrzebowali. Nakarmiłam Luśkę zieleniną. Zjadłam i zapakowałam śniadanie do tornistra Młodego. Posprzątałam u świnek, bo już zaczynało walić, jak z wylęgarni troli. Kupiłam sobie bilet do miasta, bo dawno apki pociągowej nie używałam i wolałam w domu sprawdzić czy działa, bo kupowanie w pociągu u konduktora drugie tyle drożej wychodzi na takiej trasie. Zaprowadziłam Młodego na świetlicę i pokręciłam do roboty. Uwijam się, żeby zrobić jak najwięcej w te trzy godziny. Klienci mi pomagają, żeby jeszcze więcej zrobione było. I nagle widzę na ajfonie numer szkoły. Oho! Cosik nie pykło.

- Dzień Dobry. Dzwonię w związku z dzisiejszym spotkaniem. Pani dyrektor zachorowała i spotkanie zostało odwołane. Skontaktujemy się z panią, gdy pani dyrektor wyzdrowieje, by ustalić nowy termin.

A spierdalajcie!

Dobrze, że już weekend. Będę się czilować. Na jutro obiecałam Młodemu, że z nim w Mortal Kombat steamie zagram. No to zagramy i się pośmiejemy, a co. Może też jakiś filmik nagramy.

Pitolą znowu coś o śniegu i Młody ma nadzieję, że napada, bo w niedzielę idzie do kumpla, to by się potłukli śnieżkami. Kumpel ma siostrę i jeszcze jedna klasowa koleżanka też ma być to już gromada. Tak czy owak na pewno znowu będzie się dobrze bawił i wróci do domu uniurany jak dzik, a my będziemy mieć chwilę spokoju. Bo nie powiem, że ciszy. Młoda jak się zejdzie z towarzystwem on- line, to się czasem zastanawiamy, czy oni by się nie słyszeli i bez komputerów, bo tak się drze do tego mikrofonu. 

Tak serio to u nas w domu zasadniczo jest bardzo cicho. Żadne z nas nie lubi hałasu, a każde lubi zajmować się swoimi sprawami w swoim kącie. Czytamy, klikamy. Nie mamy ani radia ani telewizji. Gdy oglądamy coś w necie z laptopów to też po cichu, bo przecież siedzimy tuż przed ekranami, a jak w pojedynkę to zwykle używamy słuchawek. Bardzo lubię nasz dom z tego powodu. Nie wyobrażam sobie nawet, że dziś musielibyśmy mieszkac w mieście, gdzie ciągle te piekielne samochody, karetki, ludzie wiecznie drący te swoje ryje... Brrr.

 Cisza i spokój zadupia to piękna sprawa. 





9 stycznia 2021

Moi fantastyczni sąsiedzi. Życie na belgijskiej wsi.

 Opowiem Wam, co nam się pięknego przytrafiło na dobry początek tego roku, bo takimi opowieściami trzeba się dzielić. To będzie opowieść o naszych sąsiadach i naszych sąsiedzkich relacjach.



Zacznę od naszej najbliższej sąsiadki, która nas bardzo pozytywnie zaskoczyła zaraz po Nowym Roku, a z którą ponad rok żeśmy się nie odzywali, bo wkurzył nas jej pies (o czym zdaje się kiedyś było na tym blogu), a my zaś  wkurzyliśmy ją tym, że jej pies nas wkurza, no i tym, że nie mamy psa i w ogóle.... Czyli jak zwykle - na początku było słowo, a przez nie wszystko się stało,  a bez niego nic się nie stało, co się stało i ciemność nas ogarnęła. Jakby człowiek czasem powstrzymał się z otwieraniem japy, to i świat mógłby być jaśniejszy, ale z drugiej strony czasem dobrze jest też tę japę otworzyć, by powiedzieć SORRY, ZIOM!

To dziwne jest - może nie uwierzycie nawet, ale cholibka gdzieś na początku grudnia pomyślałam sobie, noż kurwa tak się nie odzywamy z tą sąsiadką już tyle o takie gówno, może by tak kupić jakie polskie czekoladki, naleweczkę babuni i zapukać we święta do sasiądki, bo to bez sensu tak o nic się nie odzywać, a przecież babka spoko jest i na początku, jak się wprowadziła, to dobre relacje mieliśmy i w ogóle. I ona, i my jestesmy obcokrajowcami. Ostatnio zrozumieliśmy, że i u niej jakieś problemy poważne być muszą zdrowotne, a może i nie tylko zdrowotne, bo... no bo po prostu człowiek jak jest wwo, to widzi takie rzeczy wyraźnie c'nie? No ale pomiędzy POMYŚLEĆ a WYKONAĆ to z 10 stacji jest i ja wysiadłam tym razem na stacji Dziecko Ma Myśli Samobójcze, która znajdowała się zaraz za stacją Dziecko w Szpitalu. 

Po powrocie Młodej ze szpitala, mimo że wszystko ostatecznie okazało się w porządku, zaliczyłam mega doła, na którego złożyło się po troszę zmęczenie całoroczne, po trosze szpitalna przygoda i stres egzaminacyjny, po trosze przemyślenia własne. Samopoczucie to sinusoida i pod koniec 2020 roku akurat był dół. Tak wyszłoo...

A poza tym Sąsiadka na moje ostatnie Dzień Dobry, skierowane do wszystkich sąsiadów jakich zastałam na ulicy po powrocie z roboty (a było ich sporo, bo ładny dzień był i wyszli się posocjalizować i ponarzekać na pandemiczne czasy), odwróciła się i nie odpowiedziała. No to kij ci w oko c'nie.

W czasie urlopu nie myślałam ani o sąsiadach, ani o niczym innym sensownym. Oglądaliśmy Netflixa i leżeliśmy bezrefleksyjnie na kanapie (no, mówię za siebie, bo inni to może i refleksyjnie przeżywali swój urlop). 

I wtedy nadeszła ta wiekopomna chwila. 

Był dzień 2 stycznia wieczorem. Już się wykąpałam, bo szykowaliśmy się do oglądania "Kleru", który to film właśnie dostarczył nam był tego dnia kurier.  

- Kto, u diabła, dzwoni do drzwi o tej porze?!

No i tu się okazuje, że sąsiadka miała podobne przemyślenia, tyle że ona dała rady przejść od myśli do czynu. Więc trochę mi wstyd, ale nie zmienia to faktu, że cieszę się niezmiernie, że tak się stało i że ona zadzwoniła do tych drzwi tego wieczoru.

Przytachała flaszkę porto (laska jest z Portugalii) i powiedziała, że nowy rok jest, więc pora zapomnieć stare nieporozumienia i w ogóle ble ble ble...

BABA Z JAJAMI. 

NO SZACUN PO PROSTU. 

TAKICH LUDZI NAM POTRZEBA NA TYM  ŚWIECIE!

Nawet nie wiecie, jak się cieszymy wszyscy z tego niby drobnego zdarzenia. Mam nadzieję, że będzie okazja kiedyś z nią bliżej się poznać, pogadać i w ogóle.

Jakby nie ta posrana pandemia to mieliśmy w planach zaprosić wszystkich naszych sąsiadów na drobny poczęstunek z okazji naszej 10 rocznicy, no ale co? Jajco!!! A raczej COVID.


Tak czy owak sąsiadów mamy fantastycznych. Jedna nowa sąsiadka nie bardzo się w ten klimat wpisuje, ale jakoże po kilku miesiącach mieszkania tutaj, chyba z większoscią (jeśli nie wszystkimi) zdążyła się pokłócić, to chyba nie zanosi się, że my wbijemy do niej kiedyś z flaszką, czy że się zaprzyjaźnimy. Ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy...

Pozostali są spoko. Jedni z sąsiadów - emeryci - w pierwsze nasze świeta tutaj przynieśli dla nas prezenty, bo "nasze rodziny są tak daleko, to może choć trochę będzie nam milej, gdy od obcych upominek dostaniemy". Było jakieś wino, jakieś zabawki i słodycze - już nie pamietam dziś, ale to było też niesamowite i totalnie nieoczekiwane. 

Od wszystkich co roku dostajemy kartki na  święta albo Nowy Rok. My oczywiście też wrzucamy własne kartki do ich skrzynek. To jest przemiły zwyczaj. 

Każdy każdemu mówi "Dag!", zagaja się o pogodzie i tak dalej.

Inni sąsiedzi, których nie raz wspominam, bo są nie tylko sąsiadami, ale i właścicielami naszego domu, też co raz nas czyms obdarowują. W tym roku znowu otrzymaliśmy gratis żywą choinkę. Systematycznie dostajemy też od nich kwiaty, warzywa, wino. Wino i czekoladki dla dzieci, a także orzechy i jabłka podarowuje nam też systematycznie inna sąsiadka, która jest też od pewnego czasu moja klientką. W sensie izbę u niej zamiatam raz na jakis czas.

Mieszkamy pośród bardzo sympatycznych ludzi. Poza tym jest tu normalnie, jak na każdej innej porządnej wsi, czyli ludzie plotkują niemiłosiernie, a listonosz jest jednym z czołowych plotkarzy i najlepszym źródłem informacji z całej wsi :-) Są tacy, co całe życie żyją z socjalu, są tacy, którym wszystko przeszkadza i do wszystkiego sie przyczepią i tacy , którzy z nikim nie rozmawiają i których nikt nie zna. No i tacy, którzy nigdzie nie chodzą, a wszystko zawsze wiedzą. Jak to na wsi.

Po 7 latach już z grubsza wiemy, kto z kim się nie lubi i kto pod kim dołki kopie  i wiemy dlaczego. Wiemy, na kogo trzeba uważać, a z kim się trzymać. 

Ogólnie to bardzo dobre, pozytywne  i spokojne miejsce, ale nie każdy zostanie tu zaakceptowany i nie każdego polubią. W takiej specyficznej społeczności trzeba umieć się odnaleźć. Nam się to raczej udało, bo zasady życia są podobne, jak były w naszych polskich wioseczkach - albo jesteś z nimi albo przeciwko nim - a nam te zasady jak najbardziej pasują. Lubimy i poplotkować, i zwyczajnie zagaić o dupie Maryny. Dobrze się tu żyje.

1 stycznia 2021

Jaki był dla nas 2020 rok?

Kolejny kalendarz wylądował w koszu. Co ciekawego w nim zapisaliśmy? Ano całkiem sporo.

Kalendarz z 2020 zawierał kilka dla nas ważnych rocznic, a w ciągu roku odnotowaliśmy w nim kolejne ważne wydarzenia, momenty i zajścia.


Naszemu małżeńswtu pyknęło w tym roku równe 10 latek. Nie jeden powie zapewne, że to niewiele, bo co to jest 10 lat w dziejach Ziemi? Jednak to jest nasze 10 lat i MY przez te 10 lat przeżyliśmy pewnie więcej, niż niejeden Kowalski przeżyje przez całe życie. Takie w każdym razie odnosimy wrażenie, gdy nas zbierze na wspomnienia, a dziesiąta rocznica jest ku temu najlepszym momentem. Zaliczyliśmy wiele dołów i wiele razy dostaliśmy porządnie w dupę, a kilka razy myśleliśmy poważnie o zakończeniu wspólnej przygody i pójścia każdy we własną stronę, bo zdawało nam się, że tak będzie lepiej. Każda jednak wspólnie pokonana przeszkoda pozwalała nam spojrzeć na naszą rodzinę z innej perspektywy, lepiej się wzajemnie poznać i zrozumieć, a nasz związek z każdym dniem bardziej się utrwala. 


Najstarsza przekroczyła w tym roku jedną z najważniejszych granic - przeszła ze świata dzieci do świata dorosłych. Od tego roku jesteśmy rodzicami dorosłego dziecka. To wspaniałe uczucie uświadomić sobie, że jest się mamą już osiemnaście lat i że się dało to przeżyć, choć łatwa przygoda to to nie jest. Ale o tym już było.



W tym roku też Najstarsza oświadczyła oficjalnie, że ma dziewczynę. Pierwsza miłość bez wątpienia zasługuje na zapisanie w agendzie i to wielkim grubym drukiem. To dla nas rodziców wielka radość, gdy nasze pociechy poznają nowych ludzi, zaprzyjaźniają się, zakochują...



Druga córka skończyła  w minionym roku 16 lat. Od teraz może już legalnie napić się piwa, wina i zapalić fajkę oraz pójść legalnie do roboty, gdyby tylko chciała. Jeszcze tylko 2 lata i ta też będzie dorosła. Zrobiliśmy fajne urodziny.





Ja od początku tego roku pracuję tylko na pół etatu i po roku mogę rzec, iż była to świetna decyzja. Teraz mam czas dla Reszty z Piątki. Mam czas by sprostać wszystkim obowiązkom domowym, by ugotować każdego dnia albo przynajmniej kilka razy w tygodniu. Mam czas by spokojnie wysłuchac każdego i z każdym porozmawiać i o każdego się zatroszczyć, a ciągle mogę zarobić też parę centów i dołożyć sie do utrzymywania naszej wcale nie małej rodziny.

W tym roku nasz kochany Niko przeszedł przez tęczowy most, ale niedługo potem przygarnęliśmy dwa nowe malutkie śliczne stworzonka  - nasze świniaczki. Kupiliśmy dla nich też nowy wybieg i przenieśliśmy je z sypialni Młodego do salonu, dzięki czemu możemy się cieszyć wszyscy ich wesołą, puchatą obecnością.



W 2020 udało nam się też wszystkim wyjechac na wakacje, mimo że czas był to niepewny. Przeżyliśmy wiele miłych chwil i wypoczęliśmy należycie.

U Młodej w tym roku potwierdzono oficjalnie dysprakcję. Dyspraksja to żadna radość, ale jak już to masz, to dobrze o tym wiedzieć, i właśnie się dowiedzieliśmy w tym roku. To ważne.

U Najstarszej potwierdzono spektrum autyzmu. Tak samo, jak wyżej - lepiej by było tego problemu nie mieć, ale jak już się ma, to lepiej wiedzieć o tym, bo tylko wtedy można swój problem lepiej poznać i podjąć właściwe kroki, by sytuację jak najlepiej opanować. 

Nie można też zapomnieć o pojawieniu się nowego rodzaju wirusa grypy, który - mimo że jest cholernie małym kurduplem - potrafił  postawić cały świat na głowie.

Jednak dzięki pierwszemu lockdownowi zyskaliśmy dodatkowy czas na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego. To nam bardzo pomogło wszystkim.

Obie dziewczyny zaliczyły w tym roku krótkie pobyty w szpitalu. Jedna była operowana, a druga przeszła niemiłe badanie pod narkozą. Zabieg przebiegł pomyślnie, a badanie nie wykazało niczego niebezpiecznego.



W 2020 zaczęliśmy z Młodym prowadzić kanał na You Tube, który jest dla nas powodem do dumy, radości i dobrej zabawy. Dzięki Epic World of Izydor uczymy się też wielu nowych rzeczy - i ja i Młody. 

Zrobiłam w tym roku też coś szalonego. Pierwszy raz obcięłam włosy maszynką do zera. Jestem z siebie dumna. Nie każda się odważy.


Nasze życie wjechało na nowe tory, czyli dokonała się kolejna zmiana naszych poglądów.

Zmiana poglądów nie następuje nigdy z dnia na dzień, a dojrzewa długo i w zasadzie nie można powiedzieć, że oto tego dnia o tej godzinie to się stało. Jednak w tym roku wyraźnie sobie nasze zmiany wewnętrzne uświadamiamy i w tym roku głośno i wyraźnie o nich mówimy. Toteż zapisujemy je na ten mijający rok.

Temu tematowi trzeba by poświęcić osobny wpis, a może nawet kilka, bo to temat szeroki. Jednak wspomnę tu tylko najważniejsze rzeczy: rodzina, seksualność, religia. W ostatnich miesiącach zrozumieliśmy wiele spraw i wiele niejsaności sobie wyjaśniliśmy. Uwolniliśmy się z kilku więzów, z kilku niezdrowych relacji i paru zabobonów. 

Dziś nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, jakimi byliśmy rok temu, ani tym bardziej jakimi byliśmy 5, 10 czy 15 lat temu. Dzięki swoim doświadczeniom życiowym, niekończcym się rozmowom, obserwacjom świata i ludzi, lekturom i filmom, udało nam się spojrzeć na świat z innej perspektywy, udało nam się lepiej zrozumieć i poznać siebie samych, a potem wielu rzeczom i ludziom powiedzieć kategoryczne NIE, a innym z kolei TAK. 

Reasumując, po tym roku znowu staliśmy się mądrzejsi, znowu poszliśmy krok (a może i kilka) na przód, znowu wielu rzeczy się nauczyliśmy i nabyliśmy nowych doświadczeń. Dzięki temu w ten nowy 2021 rok wkraczamy silniejsi i odważniejsi. 

Teraz czekamy z niecierpliwością, by zobaczyć,  co przyniesie ten rok, który właśnie się zaczął, bo zapowiada się bardzo ciekawie. Jesteśmy przekonani, że przyniesie wiele kolejnych zmian i ciekawych zdarzeń. Historia nie zna takiego przypadku jak ta pandemia, więc zupełnie nie można przewidzieć,  co się zdarzy. To jest fascynujące z lekkim dreszczykiem grozy, bo rozum i fantazja podpowiada różne  scenariusze na najbliższe miesiące i kolejne lata. Bez wątpienia jeszcze wiele przyjdzie nam się w najbliższym i dalszym czasie nauczyć i doświadczyć. Bez wątpienia i za rok będzie, co zapisać w tym pamiętniku.






13 grudnia 2020

18 lat macierzyństwa. Refleksje właśne o życiu

 Właśnie mija osiemnasty rok mojego macierzyństwa. Niesamowite!

18 lat temu...

Gdy Dziewczynki były małe, co jakiś czas słyszałam, że mam się cieszyć, póki są małe, bo jak podrosną, to już takie fajne nie będą, a jak zaczną dorastać - wróżyli dalej - to wtedy dadzą mi popalić, będą dla mnie niemiłe, będą wredne, chamskie i bezczelne i będą mnie traktować jak śmiecia i tak dalej, i tak dalej. 

A gówno prawda!!!

Może te  duże dzieci i nastolatki są chamskie, niefajne i niemiłe wobec rodziców, opiekunów, gdy się je traktuje jak kogoś gorszej kategorii, jak kogoś głupszego, nierosądnego, nieodpowiedzialnego...?  Nie wiem. Tak tylko sobie gdybam. Moje dzieci w każdym razie nie są ani nigdy nie były wobec mnie niemiłe ani nigdy nie odczułam, że mają jakiś ze mną problem. 

Nie chodzi o to, że nie mamy problemów w związku z dziećmi, bo mamy od cholery, ale bynajmniej nie dlatego, że dzieci celowo je tworzą, tylko że nasze życie i życie naszych pociech jest piekielnie trudne, a to rodzi masę kłopotów i trudności. Nie zawsze też się we wszystkim dogadujemy i rozumiemy - różnie bywa, bo ludzie są różni, a dzieci nie są naszą kopią, choć wiele swoich cech możemy w nich zobaczyć.

Moje dzieci były całe swoje dotychczasowe życie fajne. W ogóle nie rozumiem tej przesadzonej fascynacji maluchami i bobaskami. Moim zdaniem, najfajniejsze dzieci to duże dzieci. Takie które myślą i które gadają. Maluszki są może słodkie i bezbronne, ale strasznie wkurzające. Swoje jeszcze jak cię mogę, ale obcych maluchów zwyczajnie nie trawię. Tam popatrzę do czyjejś kołyski, ale żeby się tym zachwycać? Co to to nie!

No, ale jak one są takie małe, to próbujemy sobie wyobrażać, jak to będzie dalej, za parę lat, kim będą kiedyś, jakie będą, czy będą chętnie chodzić do szkoły i chętnie sie uczyć, czy będą zdolne, czy będą dobre z matematyki, z języków, czy raczej będą woleć kopać w piłkę? Tak sobie dumałam kiedyś, zmieniając pampersa albo czuwając nocą przy łóżeczku, gdy kaszlało czy gorączkowało... 

Potem berbecie zaczynają raczkować, chodzić, mówić... A my rodzice widząc jak biega, już zaczynamy kombinować, że oto sportowiec nam rośnie. Gdy zaczyna tańczyć i śpiewać, myślimy o przyszłej karierze muzycznej, teatralnej, gdy namalują pierwszy obrazek, na którym to co widzimy, zgadaza się z tym, co mówią, że narysowały, zaczynamy widzieć przyszłego malarza, grafika, architekta. Potem znowu zaczynają rachować sprawnie do 1000 i już w naszych głowach zostają matematykami. Itede itepe. 

Tak przynajmniej ja, rodzina i znajomi wróżyliśmy moim dzieciom. Żyliśmy sobie marzeniami o przyszłości naszych dzieci. 

U Najstarszej od pierwszych lat było widać niesamowity talent artystyczny. Od zawsze była naszą przyszłą artystką. Oby tylko chciało jej się uczyć, a zrobimy wszystko, by pokończyła szkoły i została kimś... może znanym artystą, projektanem, architektem, grafikiem.... - dumaliśmy.

Druga od początku była zdolna, lubiła muzykę... O, ta będzie na pewno  tancerką - wróżyli znajomi. My myśleliśmy o studiach - może fizyka, informatyka, chemia, medycyna... kto wie?

W międzyczasie zaczęły się nasze ekscytujące przygody. A to się rozwiodłam, a to znowu wyszłam za mąż, a to się przeprowadzaliśmy tu, tam, jeszcze gdzie indziej, zostawiłam pracę, znalazłam nową, a dzieci od szkoły do szkoły.... chaos, zamieszanie, cyrk na kółkach, żeby nie powiedzieć totalna rozpierducha życiowa i burdel. A czas mijał, dzieci rosły, rosły, rosły... niepostrzeżenie. W końcu życiowa zawierucha minęła, opadł kurz, a my zaczęliśmy się przyglądać bliżej naszym dzieciom, a wtedy nasze marzenia i pomysły na przyszłość po kolei zaczęły się sypać i stawać pod wielkim znakiem zapytania...

W ostatnich latach dowiedzieliśmy się o naszych pociechach rzeczy, a których nie mieliśmy pojęcia, których się nie spodziewaliśmy i na które zupełnie nie byliśmy przygotowani żyjąc szalonym zabieganym życiem i marzeniami o leprzej przyszłości dla nas wszystkich, którą w pośpiechu budowaliśmy.... Rzeczy, które zupełnie zbiły nas z tropu i kazały całe nasze życie porozkładać na czynniki pierwsze, wziąć pod lupę i poskładać od nowa... W ostatnim czasie całkowicie  zmieniły się nasze priorytety, nasze wartości i życiowe poglądy.

Dziś już wiemy, że Nasza Osiemnastolatka ma spektrum autyzmu. Ma to coś od małego, a my tego nie wiedzieliśmy, nie zauważaliśmy i nie wiedzieliśmy nawet, co to tak w ogóle jest. Dziś wiemy. Wiemy też, co to dla naszego, dziś już dorosłego dziecka oznacza. A oznacza, że ma przejebane. 

Bo ludzie to skurwysyny...

Tak, Najstarsza ciągle może zostać kimś, ciągle może wiele osiągnąć, ale więcej niż pewne, że jej życie będzie trudne, trudniejsze niż normalsów,  że większośc ludzi nie będzie w stanie jej nigdy tak na prawdę zrozumieć, a ona też nie zrozumie wielu zachować ludzkich. 

Nasze marzenia co do jej przyszłości znacznie się zmieniły, bo wiemy, że możliwości ma o wiele bardziej ograniczone niż jej rówieśnicy. Choć wiemy też, że właśnie dzięki temu, że jest kim jest i jaka jest, może dostać od losu wyjątkową szansę, bo - jak to z wieloma autystykami bywa - ma ona swoje niesamowite i niepowtarzalne talenty i zdolności, jakich normalsi nie posiadają. Ona patrzy inaczej na świat i dostrzega inne rzeczy niż reszta i właśnie dzięki temu być może może zostać KIMŚ i COŚ osiągnąć. A może pomimo tego. Albert Einstein, Isaak Neuwton, Alfred Hitchcock, Amadeusz Mozart, Lionel Messi - im spektrum autyzmu nie przeszkodziło w karierze, a częstokroć właśnie pomogło, bo widzieli to, czego inni nie widzą, mieli to, czego inni nie mają...

Dopóki będziemy żyć, będziemy ją wspierać na każdym kroku i jej pomagać. Mamy nadzieję, że ułoży sobie życie, że znajdzie fajnego partnera, czy partnerkę, że spotka na swojej drodze dobrych ludzi, że znajdzie dobrą pracę i będzie mogła zarabiać na swoje życie i realizować swój własny życiowy plan. Dziś wiemy, że ona na wszystko potrzebuje więcej czasu niż jej zwyczajne rówieśniczki. Wiemy, że pod pewnymi względami wolniej się rozwija, ale pod niektórymi za to prześciga resztę. Jest wyjątkowa bez dwóch zdań. Przy tym jest ładna, ma figurę modelki, a  sprawność i wytrzymałość sportowca, mimo że bez ważniejszego powodu sprzed kompa się nie rusza. 

Kocham Moją Osiemnastolatkę z całego serca. Uwielbiam jej nietuzinkowe spostrzeżenia i uwagi na temat świata. Ona mówi stosunkowo mało, ale jak już coś powie, to zwykle coś wyjątkowego albo super śmiesznego. Formułuje wypowiedzi w dosyć wyjątkowy sposób - niby normalnie mówi, ale używa wyszukanego słownictwa i sposób wypowiedzi też jest dosyć oryginalny. Jej perfekcjonizm w ubiorze, w przygotowaniu posiłków, dekorowaniu pokoju jest niesamowity. Czasem sie heheszkujemy, jak układa te rzodkiewki i ogórki symetrycznie na kromce, ale nie jest to bynajmnej śmiech szyderstwa, tylko sympatii, bo wszyscy lubimy te jej "fanaberie". Zawsze była wyjątkowa, ale niestety nie zawsze ją rozumieliśmy. Teraz, gdy wiemy w czym rzecz, rozumiemy naszą pierworodną o wiele lepiej. 

Nasza Szesnastolatka też jest wyjątkowa od urodzenia, choć w tym wypadku tak samo się z pierwa wydawało, że wszystko jest takie samo jak u innych dzieci. Figa. Okazuje się, że ta ma DYSPRAKSJĘ, a spektrum autyzmu się póki co nie wyklucza, bo ciągle nie znamy wyniku testu na autyzm, co do którego jest wiele podejrzeń z przyczyn różnych. 

Gdy spodobał jej się balet, zaczęliśmy od razu marzyć, że zostanie wielką baleriną. Lubiła balet. Podobało jej się, ale nie szło jej dobrze i to ją bardzo dołowało. Jak jej miało iść dobrze, skoro jest dyspraktykiem? Wtedy nie wiedzieliśmy tego, ech. 

Zawsze była mądraliną - wyszczekana, inteligentna, zdolna, wesoła. Świetnie się zawsze uczyła i lubiła to robić. Chciała zostać chemikiem albo farmaceutą. Świetnie radziła sobie z chemia, fizyką, matematyką... No ale cóż. Przyszedł stres, dużo stresu i tamte marzenia trzeba było pizgnąc do kosza. Przynajmniej na razie. Później kto wie... Póki co jest na dobrej drodze do zostania fotografką. To dobry kierunek i dobry zawód, a jak nie zawód to przynajmniej fantastyczne hobby. Mimo wielu trudności i problemów zdrowotnych osiąga niesamowite wyniki w szkole. Jestem dumna z tej Mojej Córki (z pierwszej naturalnie też, a jakże) i też kocham ją z całego serca. 

Przeraża mnie trochę (a nawet bardziej niż trochę) jej superwrażliwość. Nadwrażliwość. Zarówno ta emocjonalna jak i fizyczna. Przez to jej życie codzienne jest pełne fizycznego bólu i dyskomfortu. Deszcz, pot, mycie rąk, kąpiel i każdy inny kontakt z wodą przynosi pieczenie, swędzenie, mdłości, bóle głowy. Wyobrażacie sobie życie z uczuleniem na wodę? Chłodne powietrze, wiatr, gorące powietrze - podobnie. Skóra robi się czerwona w białe plamy i piecze jak po poparzeniu pokrzywą. Hałas, w tym głośne rozmowy, muzyka, samochody, nawet śpiewjące ptaki dla niej to jak dla normalsa napierdalanie młotem pneumatycznym pod oknem przez cały dzień. Poza tym słyszy dźwięki, których normalsi nie słyszą. Zepsute urządzenie elektryczne częstokroć wydaje pisk, którego normalni ludzie nie słyszą (psy pewnie tak), a ona owszem i dla niej to zgrzyt żelaza po szkle. A tępy plebs jak nie słyszy to i nie wierzy jej, a to jest w tym gorsze niż sam pisk. Światło, szczególnie migające też powoduje mdłości i dyskomfort. Zapachy również, a także faktura materiałów i konsystencja potraw.

 Życie z taką wrażliwością to koszmar i dlatego między innymi ona tak często myśli o jego szybkim zakończeniu... Ja rozumiem ją doskonale, ale nie chcę, by odbierała sobie życie i ciągle mam nadzieję, że uda się coś z tym kurestwem zrobić, jakoś to złagodzić, jakoś pokonać albo nauczyć z tym żyć omijając bodźce powodujące ból i dyskomfort. I że nadmierne emocje i stres uda jej się też jakoś powoli ujarzmić. No ale cóż, stany depresyjne i myśli samobójcze  będą już zawsze pewnie jej towarzyszami życiowymi, a ja Matka mam tego pełną świadomość i cholernie mnie to boli.

 A jeszcze większy ból sprawia mi totalnie niezrozumienie problemu Mojego Dziecka wśród ludzi, nawet - a może szczególnie - tak zwanych  najbliższych, nauczycieli, a nawet wielu lekarzy... Nawet nie wiecie, jak często mam ochotę pozabijać albo przynajmniej porządnie pokiereszować tych wszystkich tępaków, którzy mówią mojemu dziecku, by się ogarnęło, by przestało zdziwiać... bo szkoła najważniejsza, bo kontakty socjalne ponad wszystko... Skurwiele bez uczuć i mózgu. Mogę im tylko życzyć, wszystkiego co najgorsze. I życzę. Bo jestem Matką.

Młody dopiero chodzi do 3 klasy, ale na ostatniej wywiadówce wychowawczyni powiedziała, że wszystkie jego wyniki są "do sufitu" i zapytała, czy może mu zadawać trudniejsze zadania. On musiał wyrazic na to zgodę. Aż skakał z radości, że wreszcie nie bedzie się nudził na lekcjach. Łebski gostek z naszego Najmłodszego. On chce zostać lekarzem zwierząt i póki co sobie marzymy, że jego marzenia się spełnią, ale dziś już wiemy, jak wiele spraw może pójść nie tak. Szczególnie w tak popitolonych czasach.

Dziś już wiemy, że chcieć to o wiele za mało. Wiemy, że nie trzeba za bardzo wybiegać z planami w przyszłość tylko żyć tu i teraz, cieszyć się chwilą teraźniejszą i tym co się ma w tym momencie, bo jutro nie wiadomo, jak będzie.

Spoglądam dziś w przeszłość, do tyłu, na te ostatnie osiemnaście lat i cieszę się, że na każdym etapie bycia mamą potrafiłam dostrzec w moich pociechach to co najpiękniejsze i najfajniesze w danym momencie, że radowałam się każdym ich osiągnięciem, każdym ich sukcesem, że uważnie obserwowałam jak rosną, rozwijają się, mądrzeją, zmieniają się. Dziś mam co wspominać.

Żałuję tych momentów, w których zbyt byłam pochłonięta swoimi własnymi problemami, by dostrzec w porę, że coś idzie nie tak, że moje dzieci mnie potrzebują. Dziś staram się to naprawić na tyle,na ile się da. Dziś staram się też nie tracić z oczu tego co najważniejsze ani na chwilę, bo czas zapitala jak głupi i to co było już nigdy nie wróci. 

Dzieci są fajne w każdym okresie swojego życia. Bobasy są pachnące (o ile nie obsrane), słodkie (o ile nie drą się całe noce) i bezbronne. Gdy zaczynają siadać, chodzić, mówić, odkrywać świat są najbardziej absorbujące (najbardziej męczące i upierdliwe), ale fajne. Przy pierwszym dziecku każdy postęp, każde nowe osiągnięcie jest łał. Przy kolejnych te łały porównuje się z poprzednimi i robi jeszcze większe łał, gdy szybciej, wyżej, więcej... Potem przychodzi okres przedszkolny, wczesnoszkolny, szkolny i cieszymy się kolejnymi postępami i nowymi osiągnięciami. Przyglądamy się, jak radzi sobie w grupie, jak się uczy. 

Potem znowu dorastanie. Dla mnie to piękny fascynujący okres. Ten czas, gdy ja matka któregoś dnia widzę obok siebie w lustrze młode piękne kobiety i nagle dochodzi do mnie, że to są moje maleństwa. 

Te momenty, w których idziemy we trzy czy we dwie razem do sklepu i narzekamy, że podpaski takie drogie, a te przemakają, a te znowu kleją się bardziej do dupy niż do majtek. Śmiejemy się, a ja myślę - kurde, to moje własne córki. Moje córki są kobietami.

Innym razem znowu idziemy do sklepów i wybieramy wzajemnie dla siebie ubrania, buty, komentujemy zapachy perfum czy mydeł. Albo kiedy indziej z kolei jesteśmy w naszej kuchni i pieczemy, gotujemy, gadamy, śmiejemy się, przepychamy, przedrzeźniamy, żartujemy, obrzucamy jedzeniem. To jest cudowne uczucie mieć takie duże dzieci. Dzieci z którymi możesz o wszystkim prawie pogadać, które pomogą ci ogarnać chatę, z którymi możesz zagrać w karty i pójść do kina na horror. 

Fajnie i wesoło jest też, jak idę z moimi nastocórkami przez miasto, a one na widok ładnych młodych kobiet czy mężczyzn wołaja nagle "mmm ładna dupeczka". Tak, jesteśmy biseksulane i lubimy  podziwiać ładne dupeczki zarówno chłopskie jak i babskie (z małżonkiem też - nawiasem mówiąc hihi). Świetnie jest też móc z własnymi dziećmi dyskutować na tematy poważniejsze, dorosłe, jak własnie seksulaność, płciowość, rasizm, seksizm, polityka, religia, ekologia etc. Dobrze jest poznawać młodą świeżą opinię na popularne i drażliwe tematy. Powiem więcej, pod wpływem opinii naszej osobistej młodzieży, wiele naszych poglądów ewulowało, a nawet całkiem się zmieniło. No, ale też my nie jesteśmy (w każdym razie nie czujemy się) starymi zgredami. My (ja i małżonek) mamy otwarte umysły i ciągle się uczymy, ciągle zmieniamy i doskonalimy. Nie uważamy też bynajmiej za mądrzejszych na każdym kroku od naszych pociech, bo nawet od naszego ośmiolatka wielu rzeczy możemy się nauczyć. Szanujemy opinie i poglądy naszych dzieci, nawet jak z niktórymi się nie zgadzamy. Lubimy z nimi dyskutować. To jest fascynujące. 

Młody jest sporo młodszy od dziewcząt, ale właśnie je zaczyna doganiać. No, co do wzrostu to jeszcze trochę chleba musi zjeść, ale główka i jęzor pracuje na pełnych obrotach i już zbytnio nie odstaje od siostrzyczek. Niby dopiero osiem lat, ale już czujemy, jakbyśmy kolejnego nastolatka mieli pod dachem. Rachuje już chyba szybciej niż duże (wystraczy zagrać z nim w Monopoly), wiedzę o świecie ma niezłą i ciężko go zagiąć. Dowcip też mu się wyrobił i nie odpada w dysputach i docinkach z siostrzyczkami. A jeszcze nie dawno myślał, że filozofia to obraźliwe słowo...

Jeszcze, co ja uwielbiam w moich dzieciach w każdym okresie życia odkąd nauczyły się mówić, to właśnie mówienie. Cała Nasza Trójca to inteligentne bestyje, a co za tym idzie ich poczucie humoru jest niebagatelne i to od małego. Teksty Młodych w różnym wieku nie raz i nie dwa rozbawiły mnie do łez, a nie rzadko powodują też opad kopary na glebę. Są mega super hiper cool!

Co jeszcze kocham w mojej Trójcy? Wrażliwość. Jest ona dla nich (i nas starych) czasem przekleństwem, ale o wiele częściej jest darem. Bo ja widzę i słyszę, jak moje dzieci troszczą się o innych, jak dbają o porządek i przestrzeganie zasad. Zawsze o wszystkich myślą i zauważają w mig, gdy komuś dzieje się krzywda. Co ważniejsze, reagują! Bronią słabszych (czy to ludzi czy zwierząt) i próbują pomóc, gdy tylko się da. Zawsze starają się być dla innych mili i pomocni. No, chyba że ktoś nie jest miły dla nich lub dla innych, to wtedy ...radziłabym czym prędzej spierdalać na drzewo.

Mam za sobą 18 wspaniałych lat. Bycie mamą jest fascynujące. Nie jest łatwo i cukierkowo. Jest trudno. To ciężka robota, ale człowiek czuje się taki szczęśliwy i spełniony. No i ja mam jeszcze M-jak-Męża do pomocy i do dzielenia radości i trosk wszelakich. Razem jest o niebo łatwiej być rodzicem. On jest rodzicem dopiero od 10 lat, więc ciut krócej niż ja, ale miał trudniej, bo na początek został rodzicem nie swoich, dużych już wtedy dzieci. To wszystko jest bardzo skomplikowane, to całe życie, to bycie mamą, tatą, żoną, mężem, synem, córką. Popełnia się wiele błędów i często zbacza z drogi. Czasem trzeba po raz kolejny od nowa zaczynać. Czasem trzeba coś całkiem zepsuć i rozwalić, by można było naprawić. Ale warto. Ważne, by te błędy, pomyłki, własne niedoskonałości dostrzegać i je naprawiać i by być razem w dobrych i złych momentach. A są takie momenty, że ma się ochotę wyjść z siebie i pójść w cholerę... 

Boimy się co przyniesie przyszłość naszym dzieciom, bo źle się dzieje na świecie i najgorszych rzeczy trzeba się spodziewać w najbliższych latach. Staramy się jednak póki co - jak zwykle - żyć chwilą, tu i teraz i cieszyć się tym, co mamy dziś, a jest tego całkiem sporo. 

Z okazji urodzin naszych dzieci zaglądamy też sobie do albumu i wyciagamy ładne wspomnienia. 



10lat temu przeprowadziłam się z moimi Córkami do M-jak-Męża. Dziewczynki zaczynały wtedy podstawówkę... 



8 lat temu urodził się Młody



Dziś Nasze Starsze Maleństwa noszą te same rozmiary ubrań, co my.
Umieją gotować, piec, znają po 3-4 języki i o wszystkim można z nimi podyskutować. 






22 listopada 2020

Minął kolejny listopadowy tydzień

Kolejna kartka w naszym życiorysie została zapisana.

Świat wokół nas jest nadal popsuty, żeby nie powiedzieć popitolony. Z każdym dniem chyba bardziej.  Nie podoba mi się to bardzo. Staram się o tym nie myśleć, żyć swoim życiem realizując swój plan dnia i tygodnia i za bardzo nie wyglądać w przyszłość, ale cholernie to ciężko przychodzi, gdy się ma dzieci wkraczające w dorosłość, z którymi od czasu do czasu o tej przyszłości trzeba porozmawiać. Z jednej strony chciała bym wiedzieć, co nas czeka za rok, dwa, pięć, a z drugiej chyba jednak wolę tego nie wiedzieć, bo raczej cukierkowo się nie zapowiada nasza najbliższa przyszłość, czyli ta w której moja dziatwa powinna skończyć szkołę, pójść do pracy i zacząć swoją dorosłość. 

Nie mamy w domu telewizora ani radia. Prenumeruję jedną belgijską e-gazetę, do której zaglądam tylko, jeśli iPad mi pokaże jakiś ciekawy tytuł na głównym ekranie. Czasem przymusowo słucham radia u jakiegos klienta. Małżonek jest na bierząco i jak coś ważnego, to mnie informuje.

Szkoła po feriach wystartowała i już weszliśmy w rytm. Młody chodzi normalnie, tak jak od września i jak zawsze. Nie noszą masek ani dzieci, ani nauczyciele (nauczyciel zakłada naryjec tylko , jak musi podejść do ucznia blisko). 

Najstarsza - 5 klasa zawodówki - chodzi normalnie, czyli codziennie w pełnym wymiarze. Jest zadowolona z tego faktu, bo lubi w sumie chodzić do szkoły. Dokładnie to nie tyle samo chodzenie, co chce sobie uszyć te wszystkie ubrania, które na ten rok zaplanowano, czyli m.in. dokończyć płaszcz zimowy z tamtego roku, uszyć zaległą przez pierwszy lockdown kurtkę letnią (bomber jacka). Teraz szyją jakieś spodnie, a które kupiła dwa różne materiały, bo nie mogła się zdecydować, który wybrać. Szkoła zawodowa w kierunku MODA jest dosyć kosztowna. Poza materiałami do szycia są też stałe faktury po 50-100€. Teraz nie ma obowiązkowych wycieczek zagranicznych, to tyle taniej. 

Technikum fotograficzne jednak o wiele drożej wychodzi. Faktury w ostatnich klasach to już wydatek do tysiąca € na rok, a do tego oczywiście sprzęt fotograficzny za kilka tysięcy euro i abonament za programy fotograficzne. Jednak warto, bo to świetna szkoła. My w każdym razie jestesmy bardzo zadowoleni. Oni teraz chodzą na niecodziennych zasadach - jak wspomniałam w poprzednim wpisie - jeden tydzień rano, a drugi po południu. Nie mają lekcji online, ale maja testy online czasem. Dla Młodej prywatnie oznacza to chodzenie na kilka godzin co 2 tygodnie. I świetnie. Im mniej szkoły dla niej tym lepiej. Byle do przodu. Niektóre inne szkoły mają tak, że dzieci chodzą do szkoły w ogóle co 2 tygodnie, a co 2 mają lekcje online. Każda szkoła znalazła własne rozwiązania w tej chorej sytuacji.

Najstarsza wreszcie dostała oficjalne potwierdzenie od psychiatry, że ma spektrum autyzmu. Ciągle czekamy na dokument, który mamy dostać pocztą. Cholera jasna, gdyby dostała ten durny papier wcześniej, zapewne mogła by dziś chodzić do 6 klasy a nie do 5. Jednak w tych chorych okolicznościach i przy tak niewiadomej i nieciekawie zapowiadającej się przyszłości to może i lepiej, że tak właśnie się złożyło. Dopóki chodzi do szkoły, to ma co robić i nie musi się martwić szukaniem pracy. Badania jednak się nie skończyły, bo jeszcze mamy kilka kwestii do wyjaśnienia.

Druga dowie się, czy też ma autyzm, dopiero w styczniu, bo na wtedy ma spotkanie ze swoim psychiatrą, a badanie stosowne miała zrobione jakiś czas temu. Poniekąd fajnie by było, jakby dostała potwierdzenie, bo taki papier ułatwia wiele rzeczy w szkole i na wiele więcej ustępst pozwala. 

Póki co ortodontka założyła jej drugą część aparatu. Znowu ryjec ją bolał okropnie. Teraz ciągle boli, ale pierwszy dzień jest zawsze najgorszy. Dół ma o wiele bardziej pokrzywiony, więc i nastawianie będzie pewnie bardziej bolesne niż góry, choć i ta daje jej się we znaki. Ortodontka chwali ją za każdym razem, że doskonale czyści zęby. No bo faktycznie Młoda szczotkuje dwoma różnymi szczotkami dwa razy dziennie długo i dokładniutko, do tego nitkuje i płucze płynem ortodontycznym. Perfekcjonistka w ackji.

Ja i Małżonek chodzimy przykładnie do roboty codziennie. U niego w firmie nawet już trochę głupota ludzi opuściła i zaczyna wszystko wracać do normy. Tyle tylko, że prognozy na nowy rok są póki co są takie średnio optymistyczne. Są obawy, że może nie być roboty, no ale to - jak mawiają Flamandowie - zorgen voor later (zmartwienia na później). 

Póki co próbujemy jakoś przygotować się do naszych uroczystości grudniowych, by było mimo wszystko miło, wesoło i zajebiście i byśmy się wszyscy w tych wyjątkowych chwilach dobrze bawili, bo to jest najważnejsze. A reszta niech się wali.


Nasza 10 rocznica ślubu nam się zacnie udała. Nie byliśmy w czerwcu w Paryżu i nie byliśmy na romantycznym weekendziku we dwoje w wypasionym hotelu, ale zamówiliśmy pyszne sushi, wypiliśmy z Trójcą kilka flaszek bezalkoholowego alkoholu i spędziliśmy superowy rodzinny wieczór przy świecach. Milusio było. Człowiek jest wiecznie taki zorany po całym tygodniu roboty zarobkowej i domowej, że szczerze mówiąc, to nawet nie chciało by mi się nigdzie jechać. Czyli znowu wszystko świetnie się złożyło z tym lockdownem. Może latem akurat nie będzie chwilowo żadnego lockownu, to się gdzie wyskoczy. 

No wiem, że niektórzy (w porywach do 90%) wierzą, że pandemia (a z nią wszystkie problemy) zniknie wraz z pojawieniem się pierwszego zaszczepionego, ale ja aż taka naiwna to nie jestem i dwa do dwóch jeszcze ciągle umiem dodać... Zreszą wreszcie i w gazetach zaczęli po cichutku przebąkiwać o tym, o czym każdy normalny wie od dawna, czyli np o tym, ile tak na prawdę będą trwać szczepienia i ile oczekiwanie na EWENTUALNE efekty, które to efekty mogą się okazać wcale nie efektowne... Dobrze, że zaczynają o tym głośno mówić, ale ja czekam ciągle na resztę prawdy o tej całej pandemii. Czekam też z niecierpliwościa na coroczny sezon grypy zwykłej, który przypada zawsze co roku o tej samej porze i w tym kraju jest to pora styczeń-luty. Bardzo jestem ciekawa, co sie wtenczas będzie działo...? Czy zwykła dobra stara grypa w tym sezonie się pojawi czy nie. Czy przesięwzięte środki zapobiegną skutecznie jej rozprzestrzenianiu się... Ciekawi mnie też wielce, czy w grudniu otworzą coś i jeśli tak, to co się będzię wtedy działo. Bo ja sobię potrafię doskonale wyobrazić takie np otwarcie sklepów tydzień przed świętami... Kabaret Mru Mru miał kiedyś taki skecz o otwieraniu hipermarketu... O knajpach te przychlasty mówią, że do wiosny mogą być zamknięte, czyli jednym słowem na zawsze i wieki wieków amen. Kurde jest tyle rzeczy, na które czekam... Jednak jedna rzecz ciekawi mnie wyjątkowo, bo kij tam knajpy, kij sklep z zabawkami, kij park rozrywki, ale niech mi ktoś powie, co z zoo? Kto teraz i ZA CO karmi zwierzaki i na ile im tego jedzienia, prądu starczy, skoro ogrody nie mają teraz żadnych dochodów a wydatki te same? Czy dla zwierzaków tyle dni bez ludzi to nie jest stres i czy jak ci ludzie znowu sie pojawią to stres nie będzie jeszcze większy? Tak się składa, że ja mam kilka zwierzaków w domu i wiem, jak szybko się przyzwyczajają do codziennych rytuałów i że są zestresowane a nawet chorują, jak się coś zmieni.  

Nic to. Ja póki co zrobiłam coś dobrego dla najbliżej mi osoby, czyli samej siebie i wreszcie poszłam na całość z maszynką. Wreszcie jestem całkiem łysa. Teraz przede mną tylko sezon odpowiadania na seksistowskie pytania, stwierdzenia i zarzuty, bo...

Baba ma mieć długie włosy, nosić wymyślne fryzury, siwe koniecznie musi mieć ofarbowane. Dlaczego? Dlaczego jak facet opitoli sie na łyso to jest super, a jak baba to samo zrobi, to wszyscy są w szoku, patrza jak na zjeba? Babki które wyłysiały po leczeniu raka, czy innego powodu, natychmiast kupują peruki, zakrywają głowy,  bo wstydzą się byś łyse. Dlaczego? Bo co? Niech mi ktos poda jedno pierdolone logiczne uzasadnienie tego stanu rzeczy. JEDNO! Nie ma takiego! Nic nie uzasadnia tego chorego zwyczaju. Ja nienawidzę swoich włosów od dziecka. Przez długą część życia miałam długie, bo długich nie trzeba było suszyć i układać. Można było umyć wieczorem i z mokrymi pójść spać a potem związać w kucyk czy zapleść, ale one przeszkadzały mi na każdym kroku. Latem było mi gorąco. Zimą przeszkadzały przy noszeniu czapki. Non stop właziły mi do pyska, zasłaniały oczy, platały się we wszystko. jak ja je non stop przeklinałam. Nienawidze też  mycia i czesania. Nienawidzę układania, farbowania i pielęgnowania. Od pewnego czasu nosiłam fryzurę obciętą samodzielnie maszynką na 13mm. Moje sąsiadki mają podobne. Dziś poszłam do łazienki pyknąc sobie znowu na 13, ale ostatecznie stwierdziłam, że pora pójść na całość, bo już od sporego czasu ku temu zmierzały moje myśli - zobaczyć, jak wyglądam bez włosów w ogóle. Jestem zadowolona z efektu, tylko niepokoję się głupimi komentarzami, bo zawsze trzeba jakoś zareagować i w miarę dyplomatycznie odpowiedzieć. Przynajmnej znajomym dyplomatycznie. Ale cieszę się, że coraz więcej kobiet widuje się na łyso. Sporo łysych lub prawie łysych modelek widuję robiąc zakupy odzieżowe online. Widuje też fajne łysolki na instagramie. Jest postęp, znaczy i tego się trzymajmy. Poza tym ktoś musi być inny, by reszta żyła w złudzeniu, że jest normalna ;-)

18 listopada 2020

Internet to świetne miejsce dla moich dzieci.

Nie dajcie dziecku noża. 
Powiedzcie dziecku, że nóż jest niebezpieczny, że jest zły i że nie jest dla dzieci. 
Schowajcie wszystkie noże.
Nie pokazujcie dziecku noża. 
Nigdy nie pokazujcie mu, jak się noża używa ani nie mówcie co to jest i do czego służy. 
Nie pozwalajacie mu też patrzeć, jak wy noża używacie ani jak inni go używają. 
Schowajcie przed dziekiem nóż, bo noże są niebezpieczne. 

Nie dajcie dziecku internetu. Powiedzcie dziecku, że internet  jest niebezpieczny, że jest zły...

 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾 👾

Spędzamy dużo czasu w Internecie. Bardzo dużo. Może nawet bardzo bardzo dużo. Mówię o sobie i mojej rodzinie, nie ogólnie, nie o was. Każde z naszej Piątki ma swój laptop albo komputer stacjonarny a oprócz tego smartfony, tablety. Ja uważam że to bardzo dobrze, że tak właśnie powinno być, że skoro już to ktoś wynalazł i wyprodukował, to trzeba korzystać.

Internet wykorzystujemy do wielu rzeczy - nauka, praca, zakupy, płatności, załatwianie najróżniejszych spraw urzędowych, szerokopojęta rozrywka. Ja i Reszta z Piątki uwielbiamy komputery i internety i nie wyobrażamy sobie bez nich życia.

Od czasu do czasu,  słyszę jednak, jak inni ludzie  straszą tymi wynalazkami i przestrzegają. Zalecają a wręcz nakazują, byśmy trzymali nasze dzieci od tego z dala albo przynajmniej konkretnie ograniczali, bo to jet złe i niebezpieczne.

I ja tak co jakiś czas się zatrzymuję na chwilę i zaczynam się zastanawiać, czy mogą mieć rację? Czy faktycznie jest komputer i latop tak strasznie niebezpieczny dla dzieci?

Hm... Jestem matką od 18 lat i przez cały ten czas miałam komputer z dostępem do internetu - gorszy, lepszy, ale zawsze był. Moje dzieci nigdy nie miały zakazu użytkowania tych wynalazków. Nigdy nie miały też jakichś specjalnych ograniczeń. No, tam 15 czy 10 lat temu to ograniczała ich zdecydowanie prędkość i jakość internetu i komputera, no i to, że ten komputer był jeden, a kilka ludzi chciało z niego korzystać... 

Teraz każde ma swój komputer, z którego może korzystać wedle własnego uznania z zachowaniem zasad ogólnych, które przyjęły się w naszym domu. Tylko tyle i aż tyle.

Kilkanaście lat to już jest jakiś okres czasu i chyba można wyciągnąć już pierwsze wnioski z mojego postępowania w temacie dziecko przed komputerem.

Przyglądam się Najmłodszemu Dziecku. Chłopak lat 8 i trochę. Dużo wolnego czasu spędza przed komputerem. Nie uważam, by to był czas spędzony niewłaściwie czy tym bardziej zmarnowany, bo efekty temu przeczą.



Młody dzięki internetowi może się uczyć wielu nowych rzeczy i odkrywać świat, a także poznawać ludzi z całego świata. Śmiejecie się?

Młody ma dziś internetowych kolegów w Belgii, w Polsce, w Niemczech, w Kanadzie i innych  miejscach na kuli ziemskiej. Przez spory czas kumplował się z rówieśnikiem z Rosji, zdając nam na bieżąco relacje, co tam u kolegi. Dowiedział się, że chodzą do tej samej klasy, że święta są u nich później niż u nas, wie jaka tam teraz pogoda i co kolega najbardziej lubi jeść, itd. Potem się pokłócili i nie grali ze sobą ani nie chatowali kilka miesięcy. Teraz znowu przez innego kolegę, czy tam koleżankę się umówili gdzieś w wirtualu i zaczęli ze sobą pisać. 

Młody w domu mówi po polsku, w szkole po niderlandzku. W obydwu językach mówi i czyta płynnie, w pisaniu nie popełnia zbyt wielu błędów (jak na ośmiolatka). Przy czym polskiego nigdy nie uczył sie w szkole. W ogóle się nie uczył w sensie żeby ktokolwiek, kiedykoliwiek organizował mu jakieś lekcje polskiego. Mówimy w tym języku - to wszystko. W internecie posługuje się trzema językami - poza polskim i niderlandzkim jeszcze (a raczej głównie) angielskim , którego tym bardziej nikt go nigdy nie uczył. W szkole nie ma na razie języków obcych. Nauczył się sam i to w ciągu ostatniego roku, bo wcześniej dopiero uczył się czytać i pisać w 2 podstawowych językach. Nie mam pojęcia, ile on dziś umie, ale skoro jest w stanie prowadzić rozmowy z kolegami w grach i osiągać przez to zamierzone cele oraz dowiadywać się mnóstwa rzeczy o życiu, to chyba już całkiem sporo umie jak na ośmioletniego samouka. Internet jest bardzo dobrym nauczycielem.

Internet nauczył też Młodego wielu piosenek po polsku, niderlandzku i angielsku. Młody uwielbia muzykę. Nauczył się też tańczyć - tak samo jak i jego koledzy w różnym wieku. Chłopaki dziś szaleją na dyskotece. Nikt nie podpiera ściany, bo nauczyli się jakichś tańców dyskotekowych w necie z gier i nie tylko. Można? Można! Wystarczy chcieć.

Młody ma też dzięki Internetowi dosyć rozbudowaną wiedzę na różne tematy, którą czasem ujawnia przy różnych okazjach. Zna sporo ciekawostek o zwierzętach, różnych sportach, życiu w różnych miejscach na Ziemi, kosmosie, minerałach i wielu innych rzeczach, które go interesują. Niektórzy mówią, że taka wiedza z internetu nie jest wartościowa, ale czy aby na pewno? Czy lepiej wiedzieć to i owo, a nawet dużo,  czy lepiej nie wiedzieć nic...? 

Ile ja wiedziałam o świecie w jego wieku? Gdzie mogłam taką wiedzę zdobyć? W domu mieliśmy encyklopedię 4-tomową i non stop żeśmy ją z bracholem wertowali, tylko że tam było mało na te tematy, które nas interesowały. Za mało dla mnie. W bibliotece też było mało dobrych książek, jak to na zadupiu. A moje dzieci mają Internet i korzystają z niego, by poznawać świat, by się uczyć nowych rzeczy i by nawiązywać interesujące znajomości. To jest fantastyczne i bez wątpienia wielce pozytywne.
Młody wie, jak zdobywać wiedzę w sieci. Wie (w przeciwieństwie do większości moich rówieśników!), że w necie można znaleść prawie wszystko i wie, jak się tego szuka. On jest w takim wieku, że potrzebuje wielu odpowiedzi na swoje niekończące się pytania. Pyta nas, pyta sióstr, pyta nauczycieli, ale robi też użytek z internetu oraz umiejętności pisania i czytania. Przy okazji te umiejętności doskonaląc.

Starsze dzieci, nastolatki też mają przyjaciół na całym świecie. Piszą z nimi, gadają, grają w różne gry, śmieją się z nimi i z nimi smucą. W internecie prowadzą bardzo bogate życie towarzyskie. Uwaga to jest prawdziwe życie towarzyskie, a nie debilne klikanie „lubię to” i wysyłanie debilnych obrazków czy "sensacyjnych" wiadomości oraz łańcuszków, bo niektórzy z mojego pokolenia (i nie tylko) właśnie do tego ograniczają używanie internetu nie mając bladego pojęcia, że internet to coś więcej niż Facebook, o wiele wiele więcej. I to oni właśnie mówią, że dziś to dzieci tylko siędzą w sieci, że nie potrzebują znajomych, że się nie bawią, że to ich dzieciństwo było świetne, doskonałe, dobre... Dorośli nie mają często bladego pojęcia, czym jest tak na prawdę prawdziwe życie w wirtualu i dlatego myślą, że jest gorsze... Nie jest gorsze. Jest po prostu inne.

W sieci można robić dużo pożytecznych i ciekawych oraz po prostu fajnych rzeczy.

Dziewczyny dziś często rozmawiają ze sobą po angielsku (bo wiedzą, że z tego języka matka najmniej kuma), a nauczyły się tego języka w sieci. W tym języku komunikują się z innymi ludźmi na całej kuli ziemskiej. Mają znajomych wszędzie. Znają ludzi z różnych krajów, kultur, religii, o różnych poglądach, upodobaniach i preferencjach seksualnych, borykających się z różnymi problemami. Dyskutują z tymi wszystkimi ludźmi o najróżniejszych sprawach - od spraw typowo młodzieżowych jak muzyka, film czy uroda poprzez ogólne zagadnienia przyrodnicze, technologiczne, medyczne do polityki, ekologii, rasizmu, aborcji, seksu,  głodu i tp. To jest, moim zdaniem, niesamowite. Dla moich nastocórek nie ma dziś tematów tabu, nie ma tematu, na który nie można podyskutować z ludźmi w różnym wieku. Nie ma też dla nich ograniczeń czasoprzestrzennych, bo mają internet.  Mogą kontaktwoać się z całym światem i poznawać cały świat nie wychodząc z własnego pokoju. To jest CZADOWE!

Zazdroszczę im tego odkrywania świata, tych nieograniczonych możliwości w zdobywaniu wiedzy i poznawaniu ciekawych ludzi. Ja już jestem za stara, za słabo znam angielski i mam za mało czasu, ale one mogą czerpać garściami. Cieszę się tym każdego dnia.

Nie potrafię zrozumieć dlaczego ludzie tak boją się Internetu. Dlaczego tak nim straszą i tak się przed nim wzbraniają?

No dobra. Wiem. Internet nie jest dla każdego dobry. Bo niewłaściwie użytkowany może wyrządzić krzywdę. Tak samo jak w/w nóż. Zaś rodzic nie mający nawet podstawowej wiedzy o sieci nie jest w stanie nauczyć dziecka bezpiecznego i sensownego z niej korzystania, więc najlepiej po prostu tego zakazać, udawać że nie istnieje i że do niczego nie jest potrzebne.

I potem nagle duże dziecko albo nawet dorosły dopada do internetu i nie potrafi się tam zachować. Nie potrafi się zachować, bo nikt go tego nie nauczył. Nikt mu nie pokazał od małego, jak działa Internet, jaki on jest i do czego można go wykorzystać. Nie umie się nim posługiwać, nie potrafi korzystać z przeglądarki. Nikt nie nauczył odróżniania dobrych zachowań netowych od złych zachowań netowych. No i ja co dnia obserwuję takich dorosłych w Interecie. Dorosłych, którzy myślą, że internet i  fejsbuk to synonimy. Dorosłych, którzy zamiast w wyszukiwarce otworzyć rozkład jazdy, czy stronę sklepu pytają się w grupach fejsbukowych, czy kto nie wie, o której odjeżdża autobus  albo do której apteka jest czynna... Dorośli, którzy szczycą się swoją anonimowością a co drugi dzień udostępniają na fejsie mapę z endomondo z dokładnym położeniem swojego domu. Tak, niektórzy faktycznie powinni się trzymać od netu jak najdalej z dala...

Dziecku tymczasem trzeba pokazać, że w Internecie można znaleźć ciekawe, pożyteczne rzeczy. 

Ja korzystam z internetu do szukania różnych rzeczy, a dzieci się temu przyglądały od urodzenia. Kolorowanka, zdjęcie nietoperza, przepis na ciastka, zakup danej zabawki, ulubiona piosenka, bajka, jak zrobić pukawkę z papieru, po co kot ma wąsy, co to za wysypka i o której przyjmuje lekarz, jak zrobić tort samochód,  czy świnka może jeść pomarańcze, o której jest autobus do Warszawy.... wszystko to i dużo więcej jest w Internecie. Matka i ojciec szukają, a dziecko patrzy i się uczy....



Potem zaczynały się proste gry, oglądanie filmów, a w każdej z tych rzeczy pojawiały się okazje, by opowiedzieć czego i dlaczego nie powinno się dodawać do Internetu, co mi się nie podoba, czego nie wolno robić, co jest dobre co złe. Jak z każdą inną rzeczą. Dajesz dziecku nóż, to tłumaczysz, że z nożem się nie skacze, że trzeba uważać, że jest ostry i pokazujesz, jak go używać i jaki nóż do czego służy. Ale możesz nie dawać dziecku noża, dopóki nie skończy 18 lat. Każdy wychowuje dzieci po swojemu....

Ja dawałam nóż i dawałam Internet wraz z potrzebnymi instrukcjami.
Dziś nie boję się, że odetną sobie palec ani że kogoś zabiją. Nie znaczy jednak, że tak się stać nie może.

Dumna jednak jestem z tego, że moje dzieci potrafią sobie same pokroić marchewkę oraz mądrze korzystać z sieci,  ale mam świadomość, że głupie rzeczy też tam robią, bo w końcu to dzieci i robienie głupot to ich prawo a wręcz obowiązek :-) Pewnych rzeczy można się nauczyć tylko i wyłącznie na błędach.

Ha, nie zapomnę jak dziewczyny uczyły się pisać i pokazałam im, że jak w Google wpiszą kotek to będą oglądać zdjęcia kotków.... Ooooo jaka była radocha.
Potem wpisały „pies” i znowu ochy i achy. Potem kwiatek, królik, żaba, domek.... aż w końcu słyszę, jak Młoda mówi cichcem do siostry  - Ciekawe co pokaże, jak napiszemy "pupa" hihi? I tu wystarczy powiedzieć to samo, co się mówi, gdy dziecko zaczyna powtarzać brzydkie wyrazy. Że nie wszystko wszystkim wolno, że są słowa ładne i nieładne... Czy co tam kto mówi w takiej sytuacji.

Potem im dzieci starsze, tym więcej spraw trzeba omówić. Tak samo jak w zwyczajnym życiu. Jak dyskutujemy o biciu się i przezywaniu z kolegami to wystarczy rozszerzyć to na cyberprzemoc, hejt.
Jak rozmawiamy o tym, by nie rozmawiać z nieznajomymi to dodajmy, by nie opowiadać o sobie za bardzo wsieci. Na podstawie gier bardzo łatwo wyjaśnić, dlaczego nie wolno podawać nikomu swoich haseł, loginów i innych danych. To zawsze się wiąże z uświadomieniem dziecka, że na świecie są ludzie dobrzy i skurwysyny ludzie źli.
Jak dyskutujemy o miłosci, seksie, płciowości to nie należy zapomnieć o tych  tematach związanych z netem, sextingiem. Itede itepe.

Internet jest dziś częścią życia. Nie można zatem traktować go inaczej. Nie można udawać, że nie istnieje i trzymać się od niego z dala. Dziecko - moim zdaniem - powinno poznawać internet od najmłodszych lat i uczyć się (także na błędach) z niego korzystać pod okiem rodziców. Tylko wtedy, jako dorosłe, nie będzie się zachowywać jak przygłup, gdy  dopadnie do sieci.

Nie należy oczywiście zapominać, że we wszystkim trzeba znać umiar. Jedzenie, picie, używki, sport, internet - wszystko jest dla ludzi, ale ze wszystkim można przedobrzyć.

Moje dzieci mieszkają w Belgii. W tym kraju dzieci nie cierpią raczej na nadmiar wolnego czasu, bo tu wszystkie dzieci od 2.5 roku do 18 lat siedzą w szkole  8.30 do 15.30 (ze świetlicą często od 7 do 18). Od 12 roku życia trzeba jeszze dojechać gdzieś do szkoły średniej, co też zajmuje sporo czasu. Potem trzeba odrobić lekcje, zjeść coś. Potem już wcale tak dużo tego czasu nie zostaje na internety.

Poza tym my lubimy robić też inne rzeczy. Lubimy gry planszowe, karciane. Kochamy książki. Lubimy rowery i rolki. Mamy nasze ukochane zwierzaki do opieki i zabawy. Lubimy też jeździć na wycieczki do miast, muzeów, lasów, na plaże (gdy jest to możliwe). Lubimy robić zdjęcia. Od czasu do czasu w normalnych okolicznościach zdarza się wyjście do restauracji albo na jakąś imprezę, czy do kina. Nie mamy dużo wolnego czasu, a trzeba go na wszystkie fajne rzeczy podzielić. W sezonie ponurym zimowym zawsze dużo czasu siedzimy przy swoich kompach, bo nic innego się nie chce. W sezonie letnim jednak ciągnie człowieka na słońce. Młody lubi kopać z tatą w piłkę, jeździć narolkach, hulajnodze, rowerze... 

No i to jest ciekawe. Dzieci nasze mają nieograniczony dostęp do komputerów, ale mimo wszystko same z siebie potrafią wybrać w wolnym czasie zupełnie inne niż internetowanie zajęcia. Łał!

Ja miałam przecież też komputer w wieku 10 lat. Internetów nie było, ale gier mieliśmy od groma i towarzystwa do grania nigdy nie brakowało, a rodzice nigdy nie ograniczali tego wynalazku (chyba że się tłukliśmy i darliśmy koty). A mimo to bez specjalnej zachęty ganialiśmy też po podwórku, włazili na drzewa, jeździli na rowerach, kąpali się w rzece i czytali książki.

Podobnie zresztą było z używkami. Rodzice nam nigdy nie zabraniali palić papierosów, pić alkoholu a tylko wyjaśniali skutki ich działania i pokazywali na przykładach. Żadnego z nas do tego za gówniarza nie ciągnęło, bo nam było wolno, to po co xD

Co jeszcze dla mnie istotne w kwestii Internetu i czego absolutnie sobie nie wyobrażam w moim domu to kontrolowanie tego, co starsze dziecko (bo pytasy to inksza inkszość), czy tym bardziej partner robiło w necie. Nazwa "KOMPUTER OSOBISTY" już powinna ludziom coś na ten temat mówić.

Dla mnie czyjść komputer ma taką samą wartość jak czyjść prywatny pamiętnik, czy korespondencja. No zwyczajnie nie godzi się tam zaglądać bez pozwolenia. 

Teraz podczas korony okazało się, jak przegwizdane mają dzieci, które nie mają komputera na własność czy tym bardziej internetu w domu oraz te, które nie radzą sobie z obługą tej - wcale nie nowej już - technologii, bo upierali się, że komputer to zło i że bez tego można się obejść...

Powyższy wpis to moja osobista subiektywna opinia, którą już jakiś czas temu miałam się podzielić, ale się jakoś nie złożyło i artykuł leżał i dojrzwał przez kilka miesięcy. W końcu przyszedł jego dzień.