20 sierpnia 2022

O tym jak wygląda radioterapia i jak dowożą na nią wolontariusze

Właśnie zaczęłam trzytygodniową radioterapię

Przeto muszę zaraz tu o tym opowiedzieć, bo niektórzy są pewnie ciekawi, jak to wygląda. 

Dziwne to jest jak na mnie, ale denerwowałam się tym dniem. Nie wyspałam się nawet porządnie, bo co chwilę się budziłam… Noooo, nocne wycieczki młodzieży mi w tym nie pomagały… No weźcie, wstałam o pierwszej na siku, idę na dół, a tu światła pozapalane i na schodach, i w salonie, a żywej duszy nie ma. Co za dranie roztargnione - pomyślałam. No ale wracając z kibla, zobaczyłam, że nia ma klucza w drzwiach wyjściowych i że zasuwka odsunięta… WTF?! Gdzie kto polazł po nocy? - pomyślałam i się zdenerwowałam lekko. Poszłam sprawdzić pokój Młodej i stwierdziłam brak Młodej i brak aparatu fotograficznego (zatyczka od obiektywu leżała na biurku, stąd wniosek, że coś koło domu knuje), co mnie uspokoiło i podreptałam z powrotem do wyrka. Wtedy usłyszałam kroki i rozmowę… Z kim ona tam łazi po nocy?! Wyglądam przez okno, a to nie jedno, a dwoje moich dzieci. CO ROBI MŁODY Z SIOSTRĄ W NOCY NA POLU?! Kopara mi opadła, ale i tak poszłam spać, postanowiwszy się ich o to na drugi dzień zapytać, co też uczyniłam, gdy już wstali w południe. A było to tak:

Młody usłyszał, że siostra idzie na dół, to poszedł za nią, bo chciało mu się siku, a trochę jeszcze boi się ciemności i bycia samemu na parterze. Wracając z wuceta zauważył za oknem dziwne, podejrzane żółte światło i zawołał siostrę. Siostra obadała sytuację, stwierdziła obecność pomarańczowego Księżyca na niebie i postanowiła zrobić mu zdjęcie. Młody skorzystał z okazji i poszedł z nią i nawet dźwigał dla niej statyw… Ot i cała zagadka. Jakby mi się siusiu nie zachciało, nawet bym nie wiedziała, że się gdzieś szwendali… Ech te dzieci ;-)

Tak czy owak i bez nocnych zagadek byłam zestresowana, bo jakoś tak mam ostatnio, że denerwuję się, gdy coś nowego mnie czeka, nawet gdy nie mam specjalnych powodów do stresu. Najwidoczniej się człek bardziej nerwowy z wiekiem robi. Drzewiej zawsze byłam oazą spokoju nawet w momentach, w których innych zżerała panika, jak egzaminy, czy tego typu rzeczy, dlatego stres dla mnie teraz taki niezwyczajny jest.

Tym razem było dwie nowe rzeczy na raz, bo poza radioterapią jeszcze dojazd do szpitala z wolontariuszami.Wiedziałam od dawna, że coś takiego jest, ale nie wiedziałam, jak to tak na prawdę funkcjonuje. Stąd nerwa.

Jak funkcjonuje taki transport pacjentów z wolontariatu we Flandrii? 

Na wstępnej wizycie w szpitalu pielęgniarka od spraw socjalnych zapytała, czy mam czym dojeżdżać, a gdy odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie bardzo (nie ma od nas połączenia publicznymi środkami transportu, prawa jazdy nie mam, a na skuter za daleko, by codziennie przez 15 dni dojeżdżać), zaproponowała mi skorzystanie z usług wolontariuszy z mojego funduszu zdrowia. Gdy wyraziłam zainteresowanie, powiedziała, że skontaktuje się z moim funduszem („mutualitetem”) i wszystko załatwi. Za parę dni powinni do mnie zadzwonić z informacją, co i jak.

Zadzwonili. Jednego dnia zadzwoniła pani z i-mens i poinformowała mnie, że znaleźli już dla mnie kierowcę na poniedziałek i wtorek, po czym podała jego imię, które zaraz zapomniałam, i dodała, że na piątek jeszcze nikogo nie mają, ale szukają. Nazajutrz zadzwoniła ponownie, by poinformować, że w piątek pojedzie ze mną niejaki Geert, czy Gert i że przyjedzie po mnie o tej a tej godzinie pod dom. Po czym upewniła się, czy mają właściwy adres (otrzymali wszystkie dane ze szpitala). 

Geert zjawił się nawet kilkanaście minut wcześniej i zawiózł mnie do szpitala, gdzie zaparkowawszy auto na parkingu, zaprowadził mnie na właściwą poczekalnię (szpital w Aalst to dosyć wielki szpital, istny labirynt korytarzy). Gdy załatwiłam, co miałam załatwić, czyli odebrałam swoją dawkę promieniowania, szofer już na mnie czekał w poczekalni, by zaprowadzić mnie na parking i odwieźć do domu. Jednym słowem, to lepsze niż taksówka.

Ledwie dotarłam do domu, znowu zadzwoniła miła pani z i-mens, czyli instytucji współpracującej z moim funduszem zdrowia, która koordynuje pracę tych wolontariuszy, ale też np pielęgniarek, z których usług korzystałam podczas chemioterapii. Pani dzwoniła, by poinformować, że mają kierowcę na kolejne dni i jest to Jean-Pierre. W tym momencie ja poinformowałam ją, że w szpitalu dostałam nową rozpiskę wizyt i że pozmieniali godziny w niektóre dni. Podałam pani nowe godziny i powiedziałam, że w związku ze zmianami mam problem z czwartkiem, kiedy mam też wizytę w klinice piersi w innym szpitalu. Zapytałam, czy kierowca mógłby mnie zabrać z tego szpitala i zawieść do drugiego, bo do pierwszego mogę autobusem pojechać rano…? Ona powiedziała, że okej, ale musiała od nowa obdzwonić wolontariuszy w sprawie tych zmian. No bo wiadomo, że wolontariuszom może nie być wszystko jedno, wszak na pewno robią to w wolnym czasie…  Chwilę później znowu miałam ją na linii. Wszystko załatwione. Dopóki szpital znowu czegoś nie zmieni… Szacun dla tych ludzi za cierpliwość i wyrozumiałość. 

Kto płaci za te przejazdy?

Wolontariusze może i jeżdżą dobrowolnie, ale wiadomo że ani paliwo za friko nie jest, ani utrzymanie samochodu i ktoś musi za to płacić. Wstępnie zapłacę za to ja - za jakiś czas otrzymam stosowne faktury. Pani za każdym razem podaje mi kwoty i pyta, czy się zgadzam.  Jeden dzień kosztuje mnie ok 25€, ten z cudowaniem około 30 €, bo więcej kilometrów wyjdzie. Po otrzymaniu i opłaceniu faktur z i-mens, wysłać je mam do funduszu zdrowia, skąd powinnam bodajże 60% zwrotu otrzymać, a potem podać kopię faktur i zwrotów do szpitala, który ma mi oddać resztę kosztów, co może potrwać oczywiście kilka miesięcy, ale tu na wiele rzeczy trzeba czekać, zanim system przemieli dokumenty i nie ma co srać żarem. 

A jak wygląda ta cała radioterapia?

Czekam w stosownej poczekalni aż ktoś wywoła moje nazwisko… No okej, dobra, jak ktoś BĘDZIE PRÓBOWAŁ wywołać moje nazwisko „pitzrssftrstt… i w końcu powie „Magdalena”, a potem zapyta, jak się to nazwisko cholera jasna wymawia i z jakiego ja jestem cholera jasna kraju?! ;-) Ubaw zawsze ten sam.

Po wywołaniu biorę z przyznanej mi szafki swój szlafrok i idę do przebieralni, gdzie rozbieram się do pasa i zakładam szlafrok, a potem wychodzę innymi drzwiami i czekam na krzesełku, aż znowu mnie ktoś zawoła do sali właściwej.

mój szpitalny szlafrok w przebieralni

Tam zdejmuję szlafrok i kładę się na leżance na plecach z rękami za głową i ugiętymi kolanami (jest specjalny podkolannik oraz uchwyty na dłonie, żeby było wygodnie), tak samo jak leżałam podczas wstępnego badania. W razie potrzeby załoga moją pozycję poprawia, bo wtedy zrobili zdjęcie i komputer im pokazuje, jak dokładnie mam leżeć. Potem wychodzą, a maszyna sprawdza, czy na pewno dobrze leżę. Wracają i zakładają do maszyny jakieś dodatkowe koromysła, w tym - jak zauważyłam, taki ołowiany odlew, który zrobili po poprzednim badaniu, kiedy to doktor ułożył mi na klacie ołowiany sznurek. Ta ołowiana płytka ma dziurę w takim samym kształcie jaki doktor zrobił ze sznurka. Przez tę dziurę padało jakieś kolorowe światło i na koniec załoga wykropkowała mi ten kształt markerem na klacie i jeszcze krzyżyk nabaźgrali na środku. I potem zalecili mi się przez kilka dni myć się pomiędzy tymi kropkami, żeby się nie zmyły. Bardzo śmieszne. Jak o tym w domu powiedziałam, to Najstarsza, która niedawno przemalowywała kilka swoich mebli, zaleciła mi zakleić te mazaje taśmą malarską  na czas mycia buachacha. 

Ani przygotowania, ani samo napromieniowywanie nie jest w żaden sposób odczuwalne, tak samo jak np prześwietlanie złamanych kości. Tylko to ustrojstwo się rusza i hałasuje. Każą przy tym leżeć spokojnie i ani dygnąć, bo w tym zabiegu każdy milimetr ma znaczenie. 

Potem przychodzą z powrotem, odsuwają maszynę i można się iść przyodziać i wracać do domu, szlafrok zostawiwszy w swojej szafce w specjalnej torbie ze swoim imieniem :-)

torba ze szlafrokiem

Dziś, zgodnie z obietnicą, otrzymałam specjalną oliwkę do mycia i krem do smarowania z Avene. Produkty tej marki robione są ponoć typowo pod rakowców i innych ludzików z problematyczną, wrażliwą skórą  i już wcześniej sporo próbek i produktów ze szpitala gratis dostałam. Nie wiem, czy szpital ma z tego jakieś profity, czy Avène ma z tego jakieś profity i w sumie mnie to nie obchodzi. Dają, to biorę i używam. 


Zrobiłam se pamiątkowe selfie z bazgrołami na klacie, gdy kombinowałam przed lustrem, jak niby mam mycia torsu bez uszkadzania tego wątpliwego dzieła sztuki, dokonać. Cycków bym tu raczej nie pokazała, ale łysą klatę z blizną i bazgrołami mogę. Voilà! 


Gdyby się ktoś poczuł zgorszony czy zniesmaczony tym zdjęciem, to niech wie, że ja też nie jestem zachwycona ani tym, że mam raka, ani tym że zamiast pięknej piersi mam paskudną bliznę. Tylko że czytelnik może zamknąć tę stronę w przeglądarce a nawet ją zablokować i zapomnieć, a ja, podobnie jak setki kobiet na całym świecie, widzę ten obrazek każdego dnia w lustrze i muszę z tym żyć. Przynajmniej dopóki nie umrę, a dzięki w/w chorobie może się to zdarzyć o wiele wcześniej niźli statystyki przewidują. Co więcej, rak piersi może dotyczyć każdego z was i dobrze, byście byli tego świadomi. Nikt się też zbytnio nie przejmuje, co czują kobiety po amputacji piersi obrzucane każdego dnia setkami reklam bielizny, pięknych strojów kąpielowych, kremów ujędrniających biust… Zresztą dziś wszędzie pełno obrazków cycatych i wydekoltowanych, czy prawie nagich albo i nagich lasek. W końcu mamy XXI wiek i zwyczajni ludzie nie mają, a przynajmniej nie powinni mieć problemów z odkrytym ciałem, czy z mówieniem, rozmawianiem  o nim, o jego niedoskonałościach, o chorobach, wadach, zabiegach. Problemy z tym tylko zwykle  różne sekty i inne zacofane organizacje religijne mają, ale to już nie mój problem. Niemniej jednak uważam, że blizna po operacji piersi nie jest gorsza niż widok narzędzia tortur, na którym wisi przybity do niego gwoździami prawie nagi i zakrwawiony facet, a który to obrazek katolicy umieszczają z premedytacją, gdzie się tylko da i nawet dzieciom każą to oglądać, a bywa że i na szyi to noszą i się do tego modlą, nic nie robiąc sobie z faktu, że dla niekatolików nie rzadko jest obrzydliwe i niesmaczne… ale to inna opowieść..



Pierwsza radioterapia nic mi nie zrobiła. W znaczeniu, że niczego nieprzyjemnego nie odczuwam na razie, ale podejrzewam, że to przyjdzie z czasem. Przede mną jeszcze 14 dawek rentgena. Ufam, że robi to natomiast coś potencjalnym komórkom rakowym i że to im się nie podoba, i że szlag je od tego trafi. 

A na koniec o tym, że pora zabrać się za siebie

Gdy byłam w liceum, pewnego dnia ubzdurałam sobie, że chcę zrobić szpagat. Mimo że byłam sprytna i dosyć wygimnastykowana, to jednak do szpagatu dużo mi brakowało. Ale jak ja czegoś bardzo, chcę to staram się do tego dążyć. Postanowiłam, że będę codziennie ćwiczyć i się rozciągać, aż zrobię szpagat. No i tak było. Ćwiczyłam uparcie jeśli nie codziennie, to co najmniej kilka razy w tygodniu. Po dwóch latach mogłam się już popisywać na wuefie szpagatem i się popisywałam przy każdej nadarzającej się okazji ^^

Najważniejsze w tej historyjce jednak jest to, że zwyczaj codziennych ćwiczeń przyjął się u mnie na dobre i pozostał. Potem przez kilka lat trenowałam wschodnie sztuki walki, co tylko ten zwyczaj umocniło i rozszerzyło mi repertuar i dodało finezji oraz nowych pomysłów. Potem miałam w życiu kilka przerw w tej codziennej gimnastyce. A to mi zakazali ruchu w ciąży, bo że zagrożona, mówili, a to miałam okresy niechcemisizmu i oklapnięcia, a to za małe mieszkanie… Wcześniej czy później jednak wracałam do tego.

Ostatnimi laty, przyznaję bez bicia, dosyć się obijałam pod tym względem. Albo miałam przerwę całkowitą, albo ćwiczyłam byle jak po 5 minut rano. No, ale nie robiłam sobie wyrzutów z tego powodu, wszak jak się przejeżdża rowerem kilkadziesiąt albo i kilkaset kilometrów miesięcznie, zapitala po 4 do 8 godzin na miotle, a potem jeszcze ogarnia dom to ruchu i gimnastyki raczej nie brakuje.

Tylko że nagle jakiś rak się przypałętał i trochę się potentegowało. W domu niby w miarę normalnie wszystko robię, ale nie chodzę do roboty i nie jeżdżę na rowerze ani nie ćwiczę. 

No dobra, po operacji, jak już się dało, to zaczęłam po troszku się gimnastykować, bo cosik mi popsowali i miałam za krótką rękę… W sensie ciągnęło okropnie i bolało, gdy sięgałam ręką  w górę. Gimnastyka pomagała… Tyle tylko, że potem przyszła chemia, a z nią kitowe samopoczucie i zmęczenie. Próbowałam trochę ćwiczyć, ale zupełnie nie szło. Źle i gównianie się czułam. Nie chciało mi się. Nie miałam sił. Ani chęci. No to olałam to całkiem.

I tak minęło prawie 8 miesięcy. Wydaje się nie dużo, ale to jednak jest dużo. Za dużo.

Chemia się skończyła wreszcie. Minęło kilkanaście dni i zmęczenie zaczęło mijać, a mi zaczęły wracać chęci do życia, radość i energia. Tylko ręka mnie bolała w przedramieniu okropnie, że nie mogłam prania wieszać. I uda mnie bolały przy każdej zmianie pozycji. Jeżdżenie rowerem było niezłym wyzwaniem, a i przekręcanie się z boku na bok w łóżku nie było łatwe.

Trudno orzec, ile w tym winy chemii, a ile braku ruchu. Pewnie pół na pół. Postanowiłam jednak spróbować się trochę rozruszać.

Zaczęłam od próby naprawienia ręki, bo to była masakra jakaś… Ogrzewałam ją gorącą poduszką z pestek wiśni. Potem masowałam rozgrzewającym olejkiem do ciała. I próbowałam rozciągać za pomocą ćwiczenia. Nie wiem, czy cokolwiek z tego pomogło, czy zwyczajnie czas zrobił swoje, ale już mnie nie boli i działa jak należy. 

Potem postanowiłam zacząć zwyczajne codzienne ćwiczenia od stóp do głów… i zderzyłam się ze ścianą! To był lekki szok dla mnie, gdy po wykonaniu próbie wykonania kilku prostych ulubionych ćwiczeń się okazało, że jestem starą, zniedołężniałą staruszką. 🤯🧓🏻

Ledwie zrobiłam 4 pompki (o wstydzie!) i to NA KOLANACH. Z wielkim bólem i trudem udało mi się wycisnąć 4 (słownie: CZTERY!!!) przysiady, a uda bolały potem z pół godziny… Może to chemia, a może zwykłe zasiedzenie. Trudno powiedzieć. Brzuszki na szczęście mogłam w miarę normalnie robić, jak na taką przerwę. Z czego wnioskuję, że jednak chemia miała duży udział w niedyspozycji nóg i rąk.

Kompletna porażką natomiast były ścięgna. Okazało się, że siedząc na podłodze płasko w rozkroku nie sięgnę nawet dłońmi do palców stóp, a gdzie tu „żaba”?, w której kiedyś byłam mistrzem. (siedząc w szerokim rozkroku i trzymając dłońmi stopy położyć (lub prawie położyć) głowę i klatę na podłodze. Gdzie zrobienie mostka? że o szpagacie nawet nie wspomnę…

Nie, spokojnie, tak serio to ja nie oczekuję w tym momencie od siebie, że w wieku 45 lat zrobię szpagat czy żabę (jest to teoretycznie możliwe, nie mam jednak takich aspiracji w tym momencie), ale mimo wszystko przed chemią miałam ciągle raczej giętkie ciało, a teraz skostnienie i skurczenie mojego ciała jest okropne. 

Zapuściłam się! Nie podoba mi się to.

Tak nie może być. Taka ja to nie ja. Muszę to naprawić! Choćby dla własnej satysfakcji. Ale też po to, by za kilka tygodni móc wreszcie wrócić w miarę normalnie do pracy, bo ileż można gnić w domu?

Kilkanaście dni temu zaczęłam systematycznie ćwiczyć co rano. Już przez ten krótki czas sporo się polepszyło. Teraz robię po 10 przysiadów, brzuszków i babskich pompek (na kolanach - bo nie ma co się, panie, przemęczać w tym wieku hehe) no i trochę innych ćwiczeń na różne części ciała. Mięśnie mnie już nie bolą. Rozciągniecie jeszcze się nie polepszyło, bo nad tym zwykle trzeba dłużej popracować. 

Teraz mam tylko nadzieję, że radioterapia nie popsuje mi planów, że da się ćwiczyć, bo lubię być zwinna, gibka i mieć świetną kondycję fizyczną. 

Póki co jest weekend i dobrze by było nie myśleć przez chwilę ani o raku, ani o depresji, ani o finansach, ani o przyszłości. No więc czary mary hokus pokus trele morele bęc niech się stanie radość i wytchnienie 🍀🦔🦄. Idę do ogrodu popatrzeć na cuda:

Tata Wróbel i Dzidzia wróbel

Heniek ujarany deszczem

Heniek

Bożenka (zmokła kura)

Chip

Sunny


Słodziak 

Słodziak nr 2







15 sierpnia 2022

Czy bez jednej piersi można pójść na plażę i inne nadmorskie refleksje

Dzięki Młodej, która non stop przypominała o istnieniu plaży w Ostendzie, w końcu wybrałyśmy się nad morze. Plażę trzeba wszak zaliczyć co najmniej raz w roku, a najlepiej dwa razy: raz latem, by popływać i powygrzewać kości, i raz zimą czy jesienią, by porobić zdjęcia i pozbierać muszelki. Byliśmy już w większości nadmorskich miejscowości, ale Ostenda przyjęła się ze względu na najprostszy dojazd pociągiem i bliskość plaży w stosunku do dworca. Tłumy są tam uciążliwe, ale już się przyzwyczaiłyśmy. Gdy jedziemy samochodem, wtedy wybieramy Knokke Heist, De Haan albo Nieuwpoort, bo tam mniej ludzi. Gdybyśmy chcieli być prawie sami na plaży, wybierzemy port w Zeebrugge, ale to zadupie i tam też nic nie ma koło plaży do robienia.

Ostenda jest okej.

Kolejnym problemem było w tym roku dla mnie pytanie:

Czy bez jednego cycka można pójść na plażę ;-) ? 

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, że nie mam jednej piersi. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że natura nie wykosztowała się zbytnio obdarowując mnie cyckami (ważne, że na mózg nie poskąpiła), ale to zawsze były jakieś tam cycki, które mimo wszystko trzeba było czymś na plaży zakrywać, bo takie są oczekiwania społeczne. No, nawiasem mówiąc, to nie bardzo rozumiem, czemu niby kobiety o takich skromnych cyckach jak moje, muszą zakrywać klatę, gdy chłopy, które mają cyce 2 rozmiary większe, nie muszą, no ale szczegół. 🙄😉

Nie ważne jednak, czy baba ma duże piersi, średnie, czy małe, na każde wszak znajdzie się stosowny rozmiar stroju kąpielowego, czy bikini. Sklepy odzieżowe, bieliźniane czy nawet zwykłe supermarkety i targi bogate są w biustonosze i stroje kąpielowe wszelakich krojów, kolorów, rozmiarów, stylów, materiałów. Dla każdego coś fajnego się znajdzie. Tak mi się przynajmniej wydawało przez 44 lata. 

Czy widzieliście gdzieś ostatnio biustonosz czy bikini na jeden cycek? No bo ja obeszłam wszystkie okoliczne oraz dalsze sklepy i wszędzie mówili, że nie mają. Skandal! Jawne lekceważenie i dyskryminacja! Jak ja niby mam iść na plażę bez biustonosza?! 

Nie, z gołą klatą też nie pójdę, bo zaraz ktoś poczuje się zgorszony i moralnie czy religijnie obrażony moją paskudną purpurową blizną. Albo tym ocalałym cyckiem. Ludzie so dziwne.

Rozważyłam nawet założenie burkini, czy kombinezonu do nurkowania ale po pierwsze nie mam takowych na stanie, a po wtóre lubię wystawiać swoją skórę na słońce i świecić dupą pomiędzy ludźmi. Jak pójdę na tę cholerną plażę, to po to, by się opalać i by popływać, a nie żeby się gotować we własnym sosie i potem śmierdzieć potem.

O ile w teorii bycie amazonką nie wydawało się mi jakieś specjalnie trudne, tak w praktyce co chwilę pojawiają jakieś zagadki do rozwiązania, bo jakby się nie odwracał, to cycki zawsze z przodu. Przynajmniej powinny tam być. Albo nie być. No bo właśnie zupełny brak piersi nie był by problematyczny w tym wypadku. Można by było iść na plażę z tą gołą klatą…

Ostatecznie zdecydowałam się na sportowy biustonosz, który Młoda miała w szafie. W miarę to wygodne (o ile w ogóle można mówić o wygodzie w kwestii czegoś takiego jak biustonosz) i całkiem dobrze wygląda, czyli nie podkreśla zanadto doła po cycku. 

Jednakowoż niezmiernie się cieszę, że natura żałowała na te moje cycki, bo jednak jedna pierś rozmiaru B, to nie jedna pierś rozmiaru E. Tym obdarzonym przez naturę laskom po mastektomii to mogę tylko współczuć, jeśli by były tak samo jak ja szurnięte, by nie chcieć nosić protez ani biustonosza na co dzień. 

selfie z pochyłym morzem w tle (mistrzyni fotografii)

Upał mnie trochę przerażał.

Lubię morze, ale w tym roku trochę się cykałam jechać w upał pociągiem, bo po chemioterapii niezbyt dobrze znoszę upały - zawroty głowy, osłabienie itp. Trzęsłam portkami, że nagle stracę przytomność w pociągu, czy na plaży, co co prawda jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło, ale teraz może się zdarzyć i co wtedy? Rozważaliśmy rodzinną wycieczkę samochodem, ale samochód to dopiero koszmar jak dla mnie. Nie dawno pojechałam z Małżonkiem do miasta, w którym pracuje - raptem 20 km do przejechania, a już w połowie drogi miałam dość. Czułam się fatalnie. Nie mogę podróżować autem w upał. I nie lubię. A nad morze jest około 100 km. Nie ma mowy. Odpada! 

Pociągi są super. Lubię podróżować pociągami. Na wszelki wypadek jednak wybrałam dzień, w którym Małżonek był w domu, żeby w razie wu mógł przyjechać. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne, bo nad morzem (na co liczyłam) powietrze jest inne i upał jest inny. Na plaży w ogóle nie odczuwa się tego upału. Jest przyjemnie i miło. Pociągi miały klimę albo otwarte okna. I było dość miejsca, by usiąść. Wyjechałyśmy bowiem odpowiednio wcześnie rano, by zdążyć przed godzinami szczytu przesiąść się w Gent.  

Nie wszystkie dzieci lubią plażę

Młody nie wyraził zainteresowania wycieczką nad morze. Dla pewności nawet kilkukrotnie ponawiałam pytanie. Oświadczył, że nie cierpi piasku. Nie znosi, jak przykleja mu się do skóry i wszędzie się wsypuje. To jest obrzydliwe i bardzo nieprzyjemne. Nie, on nie lubi morza. Morze nie jest fajne. Tak powiedział. Woli posiedzieć w domu, pogadać i pograć z kumplami z Rosji, Białorusi czy klasowymi kolegami i koleżankami, a wieczorem pójść z tatą na spacer. Co mu wolno. Ma 10 lat i sam najlepiej wie, co dla niego jest dobre.

 Dziewczyny obydwie za to pojechały z radością. I fajnie było.

Ja jak zwykle, zawsze i wszędzie oddawałam się ulubionemu zajęciu, czyli obserwowaniu świata, a szczególnie ludzi. 

O rodzicach bez mózgu.

Już na dzień dobry miałyśmy niezły pokaz ludzkiej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Kto był w Ostendzie, ten wie, że podobnie jak w wielu innych nadmorskich miejscowościach, jest tam wzdłuż plaży ogromny kawał placu wyłożonego kostką i że roi się tam od wypożyczonych najdziwniejszych pojazdów napędzanych na pedała. No i fajno. Zabawa przednia. Moim zdaniem jednak, wakacje nie oznaczają, że każdemu wszystko wolno i nikt za nic nie musi brać odpowiedzialności i że nie trzeba na wakacjach używać mózgu. 

Niektórzy jednak, zdaje się, tak właśnie uważają.

Usiadłyśmy na chwilę, pod czerwonym metalowym kamieniem (słynne ostendzkie dzieło sztuki) i obserwowałyśmy małych gówniarzy (na oko pierwsze klasy podstawówki)  zapitalających z górki autami na pedała pomiędzy ludźmi. 

metalowe skały 

Na deptaku przy wejściu na plażę dosłownie tłum ludzi w każdym wieku. Młodzież, rodzice z dziećmi za rączkę i we wózkach, ludzie z psami na smyczy, ludzie o kulach i na wózkach inwalidzkich, staruszkowie, a tu szczyle bez nadzoru zasuwają pomiędzy nimi, choć nieopodal z dala od zejść na piach jest  bardziej bezludny plac, gdzie bezpiecznie można się bawić tymi skądinąd fajnymi pojazdami.  Ledwie zdążyłam pomyśleć, że rodzice chyba mają nasrane we łbie, pozwalając na coś takiego swoim bachorom, jak gówniara wpierdzieliła się na pełnej piździe w tłum. Jedna babka ledwie zdążyła odskoczyć na bok potrącając przy tym niechcący kilkoro innych ludzi. Inni ludzie niestety nie mieli tyle refleksu, sprytu i szczęścia. Sekundę później jakiś chłopina z wielkim trudem podnosił się z gleby przy pomocy kilku innych ludzi, a z obdartych nóg spływała mu krew. Jego partnerka zaczęła opierdzielać bachora, a wtedy szybko znaleźli się wspaniali troskliwi rodzice i przyskoczyli z ryjem do poszkodowanych ludzi, no bo kto to widział podnosić głos na ich arcyświętego bachora.

Gówniarz tu faktycznie może i jest niewinny, ba, nawet może mieć po tym zdarzeniu traumę, bo na pewno się sam przestraszył. Może to zdarzenie nawet coś gówniarza nauczyło… 

Pytanie, gdzie kurwa byli wtedy rodzice?!! Ta gównażeria tłukła się tam długo pomiędzy ludźmi, a oni w żaden sposób nie zareagowali, nie zwrócili swoim dzieciom uwagi.  

To na rodzicach, na dorosłych spoczywa wszak odpowiedzialność za opiekę nad swoimi dziećmi, a przede wszystkim za wpojenie im podstawowych zasad bezpieczeństwa obowiązujących w zabawie i korzystaniu z chodnika czy plaży, nauczenie ich odpowiedzialności za siebie i za innych ludzi. 

Gówniarz, który jest w stanie prowadzić taki duży i stosunkowo ciężki pojazd powinien do cholery wiedzieć, że może kogoś zranić a nawet zabić, gdy w niego wjedzie. Strach pomyśleć, co by było gdyby to nie był dorosły facet tylko np dwulatek albo spacerówka z bobasem, albo kobieta w ciąży czy staruszek. Albo mała psinka, jakich tam było mnóstwo. A co, jakby sam bachor się wykopyrtnął z tym pojazdem i połamał kończyny albo rozwalił se łeb. Do kogo wtedy mieli by pretensje rodzice? No bo teraz, wiadomo, to wina ludzi, którzy bezczelnie ośmielili się schodzić na plażę wyznaczonym wejściem a nie przeskoczyli na ten przykład w innym miejscu przez ogrodzenie. 

Zero wyobraźni i zero odpowiedzialności! A skoro zjawili się obydwoje w sekundzie, znaczy, że doskonale oboje widzieli, co ich dzieci wyprawiają i patrzyli na to bezrefleksyjnie. Nie wykluczone, że nawet nagrywali to, by pochwalić się swoim skretynieniem w mediach społecznościowych. 

Ja rozumiem, że wypadki wszędzie się zdarzają, ale temu spokojnie można było zapobiec, gdyby tylko rodzice dorośli do swojej roli i wzięli odpowiedzialność za wychowanie i uświadomienie swoich dzieci.

Tak pięknie się różnimy

O wiele przyjemniejszą obserwację poczyniłam leżąc na brzuchu na plażowym ręczniku i lampiąc się przed siebie na przechodzących ludzi. 

Moim zdaniem ludzie powinni codziennie oglądać nagrania z takiej plaży, bo może coś by z tego wywnioskowali, coś by do nich dotarło i zmienili by swoje nastawienie i oczekiwania wobec innych i wobec siebie.

Belgijska, ostendzka plaża to fantastyczne miejsce. Opowiem wam, co widziałam.

Po prawej stronie od nas swoje ręczniki i parasol rozłożyła czarnoskóra rodzina. Gadali do siebie jakimś egzotycznym fajnie brzmiącym, ale kompletnie niezrozumiałym językiem. Gadali szybko, dużo i bardzo głośno. Po wieloletniej obserwacji mogę stwierdzić, że to typowe cechy wielu czarnoskórych ludzi. Do tego kolorowe, oryginalne, fantastyczne stroje, fikuśne nakrycia głowy. Ci tutaj mieli po prostu zwykłe stroje kąpielowe - panowie szorty, panie bikini. Wszyscy piękni i zgrabni. 

Niedaleko nich wypoczywała rodzina Muzułmańska. Panowie w szortach, dzieciaki też w strojach kąpielowych, a panie poubierane od stóp do głów w hidżaby, spodnie, leginsy itp. Tak, one się w tym kąpią, gdyby kogo takie pytanie nurtowało. Do morza wchodzą w pełnym ubraniu. Nie ukrywam, że z mojej perspektywy przychodzenie na plażę latem w czarnych portkach, koszulach i chustkach było, jest i chyba już zawsze będzie czymś dziwnym, niepojętym i bezsensu, no ale ludzie najwyraźniej widzą w tym jakiś sens i to ich w sumie sprawa, czy dupsko im się ugotuje, czy nie. Rodzina rozmawiała po arabsku.

Nie bardziej zrozumiałe wydały mi się młode i starsze dziewczyny o europejskiej urodzie w obcisłych długich jeansach,  których całkiem sporo przemaszerowało przed mym nosem. Tak, one w tych jeansach się opalały i właziły do wody, gdyby znowu kogo pytanie mierziło. Przynajmniej niektóre wchodziły do wody. Ale inne pewnie nie.

Przede mną była rodzinka rosyjskojęzyczna. Raczej niezbyt zamożna, wnioskując po starodawnym podniszczonym parasolu z frędzlami, który rozbawił moje dziewczyny, i starym poplamionym prześcieradle z gumką zamiast ręcznika plażowego. 

Z tyłu słyszałam francuski. Zebrała się tam cała grupa nastolatków różnych ras i płci. Puszczali głośną muzę, śmiali się jak szaleni, żarli chipsy i ganiali się po plaży.

Po drodze do wody mijałam ręcznik Chińskiej rodziny.

Na tej plaży w Ostendzie były setki ludzi. Ludzi w różnym wieku, płci, narodowości, kolorze skóry, mówiących najróżniejszymi językami. Przyglądałam się każdemu, kto maszerował koło mojego ręcznika. Przeszło koło mnie  masę nóg damskich, męskich i dziecinnych. Jedne były chude jak patyk, inne okropnie grube, jeszcze inne średnie. Były nogi młode i jędrne oraz nogi stare, zmęczone z wystającymi kościami i obwisłą skórą. Były nogi krótkie i długie do nieba. Były nogi czarne, nogi brązowe, nogi żółte i beżowe. Jedne były opalone, drugie blade jak dupa anioła. Były nogi włochate i gładkie jak pupa niemowlaka. Niektóre nogi były krzywe, inne miały jakieś znamiona, jeszcze inne blizny. Były nogi gołe i nogi ubrane. Niektóre miały pomalowane paznokcie, inne nosiły bransoletki na kostce, a jeszcze inne zmyślne tatuaże. 

Te wszystkie nogi nosiły jakieś pupy. A pupy też były różne. Koło chudego tyłeczka w stringach, kołysała się okrągła pupa w kwiecistych majtkach. Powabny szeroki zadek w  afrykańskiej sukience gonił zgrabny umięśniony zadek w męskich szortach. 

Każdy człowiek w innym stroju. Jedni, jako się rzekło, ubrani od stóp do głów, inni w stringach, jeszcze inni w bokserkach, kolejni w sukienkach lub w spodniach i koszulach. Kapelusze, czapki, parasolki, włosy krótkie i długie, torebki,plecaki, torby, kosze, reklamówki i walizy. 

Co jest w tym wszystkim najważniejsze? Ano to że wszyscy są ludźmi. Wszyscy przyszli na plażę w tym samym celu, czyli by spędzić miło czas. I robią to, nie zwracając zupełnie uwagi na innych ani nie porównując się z innymi. Nie ma znaczenia wiek, kolor skóry, zamożność, pochodzenie, wzrost, waga, czy język. Wszyscy dobrze się bawią i korzystają z pięknej pogody. 

I to jest fantastyczne, jak wszyscy pięknie się różnimy.

Dodam jeszcze na zakończenie drobny szczegół, bo z Polski dopływają do mnie czasem jakieś makabryczne plażowe opowieści, na temat zwyczajów tamtejszych plażowiczów… 

Tak, tutaj bez problemów mogłam czynić powyższe obserwacje leżąc na plaży. Ani w Ostendzie, ani na żadnej innej belgijskiej plaży ludzie nie używają parawanów! Tam czasem ktoś ma mały parawan chroniący przed wiatrem, czy plażowy namiocik dla dziecka. Wielu ma parasol. Ale ogólnie ludzie nie odgradzają się od drugiego. Ba, czasem kładą swój ręcznik zaraz koło twojego i jakoś nie widzę, by ktoś miał z tym problem. Każdy szczerzy zęby w uśmiechu, odrzuca drugiemu piłkę, pozdrawia nawet jak mówi w innym języku… Zastanawiam się czy to odgradzanie fizyczne nie jest przypadkiem też wynikiem mentalnego odgrodzenia od drugiego człowieka? Czy ludzie stawiający wokół siebie  płoty i zasieki potrafią jeszcze dostrzec człowieka w drugim człowieku, czy tylko wszędzie widzą wroga…? 

Morze robi psikusy

Ale jest jedna zabawna rzecz, o której prawie zapomniałam. Wielu ludzi chyba nie kuma, że morze jest w ciągłym ruchu, że są przypływy i odpływy, z czego takie czuby jak my, zawsze mają niezły ubaw.

Ja mogłabym godzinami przyglądać się zaśmiewając do rozpuku, jak woda zalewa nieogarom ręczniki, plecaki, telefony, jak ludzie w panice biegają po wodzie próbując odebrać jej swoje majtochy, klapki, zabawki. Nigdy nie przestanie mnie to bawić, a zawsze jest ta sama heca. 

Ostatnio nawet widziałam laskę, która SIEDZIAŁA (w sensie nie leżała, nie spała, była na miejscu) i PATRZYŁA sobie na morze. Tak to przynajmniej wyglądało. Obok niej trzy ręczniki zawalone ich rupieciami (była tam cała rodzina), pojemnikami z jedzeniem, zabawkami, do tego torby i parasol. Woda zbliża się, bo jest przypływ. Nieopodal żółtoczerwony parasol ratowników, który co chwilę przestawiają na koniec kurczącej się z każdą minutą plaży przy akompaniamencie tych swoich trąbek i nawoływań. A laska siedzi i się lampi i nic. My parkujemy dosyć daleko od wody, żeby nie musieć zbierać się szybko podczas przypływu, dlatego spokojnie mogę siedzieć i patrzeć na niefrasobliwych ludzi i zabierany im przez wodę dobytek… No i tak sobie tę laskę obserwuję, zastanawiają  się, o czym ona myśli i czy jest może niewidoma lub głucha… Dopiero, jak woda zaczęła jej moczyć stopy, się biedna zorientowała, że trzeba się zbierać. Tyle, że jak przypływ moczy ci stopy, to zwykle jest jakby trochę późnawo, by zdążyć zebrać  całą masę szpargałów z kilku ręczników. Nieźle się uwijała, a długi muzułmański strój plączący nogi raczej jej w tym nie pomagał. Beka z typiary 🤣.

Nie mniej zabawne były te wszystkie zalane torby i plecaki (każdy prawie ma ze sobą telefon i raczej pływać z nim nie idzie buachacha), te pływające laczki, piłki, łopatki, kapelusze. I te mądre, sprytne mewy polujące masowo na zatopione kanapki i ciastka. Ludzie są fascynujący i zabawni. 

A ja jestem wredna hehe.

Mewy to też ciekawa sprawa. No dobra, mewa jak mewa, teoretycznie każdy powinien wiedzieć, co to za ptak i znać jego sposób bycia, choćby z milionów filmików w necie. Ale nie, ludzie patrzą, ale nie myślą, nie analizują, nie wyciągają wniosków. 


Mewy są - moim zdaniem - fajne. I piękne. I mądre. I bezczelne - z ludzkiej perspektywy patrząc. No bo z mewiej perspektywy, to one po prostu walczą o swoje dobro, o przetrwanie, no i chcą się najeść, a że człowiek wszędzie łazi z jedzeniem, to ptaszyska z tego korzystają. Z tego i z ludzkiej naiwności i niefrasobliwości. 

Wszędzie stoją tabliczki „NIE KARMIĆ MEW!” Jest też stosowny obrazek, żeby i nieczytaci zrozumieli.

Ale człowiek wie lepiej. Ojtam ojtam jedna biedna mewka, rzucę jej kawałek ciastka, albo chipsa. Będzie zajebiste zdjątko na instagramy. Selfiaczek o tym jak Karen karmiła mewę. 

Rzuca chipsa, a sekundę później pisk, machanie łapami i spieprzanie w podskokach wrzeszcząc „a sio! a sio” i opędzając się od 30 mew.  Bo widziała tylko tę jedną przed nosem, ale tych fruwających nad głową i rozpierzchniętych po plaży już nie.  A nie wiem, czy wiecie, ale mewy mają skrzydła i są to duże silne skrzydła, dzięki którym bardzo szybko taka mewa może się przemieszczać. Mewy mają też dobry wzrok, są wielkie, silne i mają ostre pazury. Nie boją się ludzi. Są zatem potencjalnie niebezpieczne i trzeba mieć to na uwadze. Nie karmimy ich, żeby się do tego nie przyzwyczajały. Nie karmimy ich, bo to jest niebezpieczne. Szczególnie dla dzieci. 

Zwracamy uwagę na otoczenie, gdy zachce nam się jeść nad morzem na świeżym powietrzu, bo mewy nie mają oporów przed wyrwaniem wam kanapki, frytek, czy paczki chipsów z ręki. Mewy są sprytne, silne i mądre. Ale człowiek powinien być teoretycznie mądrzejszy i sprytniejszy. Nie zawsze tak jednak jest, jak wynika z obserwacji świata.

Na plaży w Ostendzie Karen też była. Nie uciekała co prawda, ale trochę ją jakby zszokowało nagłe pojawienie się całego stada mew, gdy cisnęła jednej chipsa do foci robionej przez koleżankę. 

Ja obserwowałam i nagrywałam, co pokazuję na fb i insta, jak jedna mewka próbowała dobrać się do torebki Najstarszej. Dziobała zawzięcie i targała z różnych stron torebkę. To stworzenie ma ostry dziób. Gdyby to była reklamówka, czy jakaś gówniana przezroczysta torebunia z gównianego plastiku, to nie wytrzymała by mewiego dzioba i została by wybebeszona do spodu. 



Uważajcie zatem na mewy, ale traktujcie je też z szacunkiem. One też chcą żyć, a nad morzem to one są u siebie a wy zwykle w gościach.

Drugiego człowieka też starajcie się traktować z szacunkiem i tolerancją mając na uwadze, że pięknie się od siebie wszyscy różnimy. I fajnie gdyby tak zostało i jeszcze fajniej, gdyby wszyscy potrafili tak samo się tym radować czy choćby to uszanować bez wpierdalania się drugiemu z buciorami w życie.

Oczywiście zrozumienie, szacunek, akceptacja i tolerancja ma swoje granice i działa w dwie strony. Ja tam nie widzę np najmniejszego powodu do tolerowania czy akceptowania plucia mi w twarz, obrażania, czy zwyczajnego działania mi na nerwy i pchania nosa w nieswoje sprawy. Na szacunek też sobie trzeba u mnie zasłużyć (choć w domyślnym jest on zawsze włączony, tak niewłaściwe ludzkie działania szybko mogą go wyłączyć a nawet zmienić status na pogardę). Ogólnie jednak cenię sobie różnorodność. 








12 sierpnia 2022

Korekta wniosków odnośnie wycieczki i inne wakacyjne przemyślenia

 Ostatnio biadoliłam trochę na moją wycieczkę do Gent, bo czułam się nią z jakiegoś powodu bardzo zawiedziona. Jednak dopiero komentarz Czytelniczki kazał mi się nad tym powodem głębiej zastanowić, bo faktycznie - tak jak napisała Ewa - wycieczka przecież ogólnie wydaje się być udana a ja wydaję się być świadoma mojej chwilowej niedyspozycji. Dlaczego zatem biadolę? Dlaczego jestem niezadowolona? To było dobre i potrzebne mi pytanie? Gdy już je sobie zadałam, dosyć szybko udało mi się na nie odpowiedzieć. Noooo…. najsampierw zaliczyłam mega doła, ale potem obgadałam wszystko korespondencyjnie z partnerem i doszłam sama ze sobą do ładu w tej i innych kwestiach. Teraz jeszcze zapiszę w skrócie moje rozkminy i  tutaj ku pamięci. Choć nie wiem, czy to kogokolwiek obchodzi. Ale to mój pamiętnik, a mnie obchodzi…

Tu nie chodziło wcale o samą wycieczkę, a tylko o moje chore, z dupy wzięte i bardzo wygórowane oczekiwania wobec losu połączone ze zmęczeniem wszystkimi problemami i niespełnionymi skumulowanymi marzeniami o wypoczynku i prawdziwych wakacjach, które - jak mi się ubzdurało - się mi powinny należeć. Cóż czasem zapominam, że los nie obdziela nigdy wszystkich jednakowo i że nikt nigdy nie powinien na to liczyć, a tylko korzystać z nadarzających się okazji, by nie przegapić tego, co akurat mu przed nos kładą bez patrzenia, że drugi otrzymał więcej i bez pretensji do losu. Tylko że czasem łatwiej powiedzieć niźli wykonać.
U mnie najwyraźniej zbyt dużo tego wszystkiego niezadowolenia  i pretensji nazbierało się ostatnimi laty  i zwyczajnie jestem tym już zmęczona. Aż zaczyna mi się lekko od tego pierniczyć. Na wszystko mam ochotę kląć i narzekać! Co też i niniejszym czynię, o! 🤬😜.

Bo tak, najsampierw, kilka lat temu pojawiła się depresja Młodej. Jak dotąd najgorsze i najkoszmarniejsze doświadczenie w moim życiu. Nic się z tą kurwą równać nie może. NIC! Taki mój rak własny to przy tym mały miki. Nie wiele może być chyba gorszego od chwil, w których twoje dziecko tak bardzo cierpi, że nie chce więcej żyć i ty wtedy 24/7 musisz być na czuwaniu. Gdy pracujesz całe dnie z telefonem w ręce, żeby nie przegapić żadnego dzwonka ani żadnego esemesa, bo za 5 minut może być za późno. Gdy śpisz na czuwaniu, tak by usłyszeć nie tylko dzwonek telefonu i esemesa, ale też kroki na schodach i otwieranie drzwi wejściowych czy do ogrodu. Gdy 24/7 obserwujesz dziecko, by nie przegapić najmniejszej oznaki gorszych momentów i by natychmiast reagować... Psychologowie, psychiatrzy, szpitale, badania, piguły i ich skutki uboczne, użeranie z systemem i szkołami... W ten sposób przeżyłam kilka lat i byłam na granicy wyczerpania fizycznego i psychicznego. W ogóle na granicy…

W końcu wszystko zaczęło wracać powoli do normy. Wtedy ogłoszono pandemię. Na początku była ona dla nas lekarstwem, fantastyczną sprawą, bo mogliśmy skupić się na sobie i nikt nas wreszcie nie zmuszał do wychodzenia z domu, do pracy, do szkoły. Mogliśmy w swojej jaskini powoli lizać rany na duszy i dochodzić do siebie. No ale po kilku miesiącach życia pełnego ograniczeń i przymusowego siedzenia w domu zaczęło to być dołujące. Moje zdrowie psychiczne ciągle stało pod wielkim znakiem zapytania… Marzyło mi się uciec na choć na chwilę, choć na moment gdzieś wyjechać, pobyć z dala od rodziny, odpocząć od nich wszystkich, nabrać dystansu, zapomnieć o problemach, przemyśleć wszystko i na nowo we łbie poukładać. A tu rząd zmuszał mnie do siedzenia miesiącami w domu…

Gdy w końcu odtrąbiono zakończenie cyrku pandemicznego, dowiedziałam się, że mam raka i zaczęłam leczenie. Przez ostatnie miesiące żyłam od operacji do operacji, od operacji do chemii, od chemii do chemii. Ciągle z tym bagażem przeżyć z lat poprzednich, do których tylko dokładałam bieżących doświadczeń, obaw i kanciastych ciężkich myśli. Tak mijały mi dni, tygodnie i miesiące. Żyłam sobie z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień nie myśląc o jutrze, nie planując niczego. Idąc po prostu przed siebie i tocząc swoją gnojową kulkę. Aż przyszedł ten moment, w którym mi powiedziano, że już prawie koniec chemioterapii. To był ważny punkt na mojej życiowej trasie. Podjarałam się tym strasznie. 
No i to był ten moment! Ten moment, w którym mnie coś opętało. W którym mi się we łbie totalnie potentegowało. Nagle ubzdurałam sobie, że chcę  odpocząć od tego wszystkiego. Że MUSZĘ COŚ ZROBIĆ! Teraz! Już! Natychmiast! Że potrzebuję takiej wyraźnej, znaczącej przerwy, głębszego oddechu…  Poczułam tę potrzebę ucieczki z domowego łańcucha tak bardzo intensywnie jak nigdy dotąd. Pech chciał, że nałożyło się to na moment, w którym Małżonek i Młody zaczęli coraz wyraźniej mówić o swoim corocznym wyjeździe, o planowanych wakacjach. To obudziło we mnie małego głupiego zazdrosnego bachora i najgorsze, najniższe emocje z tym związane. Bachor też chciał przeżyć jakieś zajebiste wakacje… A mój mózg był przez ostatnie pół roku intensywnie truty i nie działał normalnie i nie potrafił zbyt trzeźwo oceniać sytuacji i analizować nawet własnych pomysłów, dlatego doszedł do bardzo głupich wniosków i wszystko pomieszał… 

I oto jest odpowiedź. Mój mózg oczekiwał po dwudniowej wycieczce do pobliskiego miasteczka takich samych wrażeń, relaksu i uciechy, jakie ludzie mają po dwóch tygodniach wczasów w jakimś epickim turystycznie miejscu. Stąd ta frustracja po powrocie.

Po przeanalizowaniu przyznaję, że moja wycieczka była udana, a moje pochemiczne ciało nad wyraz dobrze się spisało. To była po prostu zwykła fajna wycieczka. Tylko tyle i aż tyle. 

Taita też słusznie sugeruje, że powinnam dać sobie czas zanim zacznę góry przenosić. I dzięki Ci za ten komentarz. Po tych wszystkich popieprzonych latach coraz trudniej czekać jest na lepsze czasy, w ogóle czekać, bo diabli wiedzą, jakie przygody przyniosą kolejne miesiące. Ale faktycznie, wyżej dupy nie podskoczę…



Niniejszym dziękuję wszystkim piszącym od czasu do czasu jakiś komentarz, dzielących się swą opinią, bo wiele z nich jest wielce przydatnych, inspirujących czy po prostu miłych. Jedne skłaniają do przemyślenia sprawy, inne dają motywację, jeszcze inne sprawiają po prostu przyjemność. Nooo, są też takie, które mnie wkurzają i działają mi na nerwy, ale i takie są czasem potrzebne… Chyba...? 🤔

 Przemyślałam też oczywiście kwestię prawdziwych dłuższych wakacji i doszłam do wniosku, że na razie taki pomysł zdecydowanie odpada w moim przypadku. Na razie przede wszystkim z powodu radioterapii, którą rozpocznę w przyszłym tygodniu, ale też z innych nie mniej, a może nawet bardziej istotnych powodów. Na dzień dzisiejszy raczej nie mam bowiem za bardzo ochoty zostawić domu na dłużej. Jeszcze nie jest bezpiecznie… Depresja nie odeszła zbyt daleko. Widuję jej czarny cień i czuję jej lodowaty powiew wystarczająco często. Ona jest jak Dementor. Tylko czeka, by dopaść Młodą i zabrać jej całe szczęscie i radość życia…
 
Podejrzewam, że dla Młodej mój rak jest tym czym dla mnie jej depresja. Czystym złem i źródłem ogromnego niepokoju i zwykłego ludzkiego strachu. Ten sam albo podobny strach i niepokój obserwuję też u Partnera. Ten mówi o tym zresztą otwarcie. Ta choroba zabrała wszak wielu jego bliskich…

Ja potrafię wepchać co trudniejsze fakty i myśli na samo dno mózgowej skrzyni i być ponad to. Potrafię długo żyć bieżącą chwilą, jakby problemy nie istniały. Ale ja nie mam też takich problemów zdrowotnych, jak ma Młoda. Alergia* na wodę, alergia na kurz, alergia na ciepło, na zimno, na słońce, na deszcz, na wiatr, na hałas, na ludzi, na zapachy, na światło… Życie z taką nadwrażliwością to nie bajka.  Młoda jest silna i bardzo waleczna, ale jak długo da rady? Czy wszystko pokona? Najgorsze są wszelakie tzw trudniejsze chwile. W tym momencie np egzaminy, niepewność co do wybranego kierunku, co do jej przyszłości na rynku pracy i w prywatnym życiu. Przez mojego raka i porażki zdrowotne z pracą ma opóźnienie w realizacji planów, a plany dla autystyka to świętość… Znowu często układa puzzle słuchając muzyki, bo to jej sprawdzona metoda uspokajająca, a dla mnie informacja, że się bardzo denerwuje lub martwi z jakiegoś powodu. Opowiada też o problemach. Rozmawiamy o tym, ale tylko ona sama może sobie z nimi poradzi. Rozmowa trochę pomaga. I bycie obok. Staram się być i zauważać wszystko, ale czasem utonę we własnych myślach i własnych zajęciach różnych. Młoda z każdym dniem też lepiej siebie, swój autyzm, swoją dyspraksję i swoją depresję poznaje, dzięki czemu ona (i reszta z Piątki) może sobie z tym radzić. 

Ale to wszystko jest cholernie trudne dla nas wszystkich. I nie ma kogo o radę poprosić. Nie ma z kim porozmawiać, bo ludzie, których znamy, nie mają tego typu problemów. Rozmowy z rodzicami nastolatków-normalsów tylko na nerwy działają. Normalsi mogą teoretycznie wszystko. Mogą teoretycznie wybrać dowolny kierunek szkoły, pójść do dowolnej pracy, relaksować się w dowolny sposób, robić teoretycznie wszystko na co mają ochotę i co lubią. Młoda nie może robić większości rzeczy i wykonywać większości zawodów. Kuźwa, wyjście z domu już czasem jest ponad siły. Gdy pada jest źle, bo woda sprawia ból. Mokra, wilgotna skóra piecze, jak poparzona. Tak samo działa pot. Tak samo albo nawet gorzej działa słońce czy wiatr. Gdy człowiek się spoci, przykurzy, pobrudzi, czy nawet jak mu gorąco, idzie się wykąpać. Dla Młodej kąpiel to koszmar, to ból, to choroba. Młoda nawet rąk nie myje ani twarzy za często. Używa wacików i nawilżanych chusteczek. Nie dawno weszła do naszego basenu razem z bratem i siostrą, co odchorowała niesamowicie - ogromne pieczenie całej skóry, ból głowy, mdłości za 5 minut przyjemności (zimna woda znieczula skórę, wiec przez chwilę jest fajnie). 

Chciałabym jej móc coś doradzić jako matka, jako stara baba, ale ja odczuwam świat prawie normalnie. Moja nadwrażliwość jest lekka, do zniesienia. Ja tylko lekko się muszę dostosowywać albo otoczenie do siebie dostosowywać i dobierać. 

Chciałabym móc jej powiedzieć, że wszystko się ułoży, unormuje, że będzie okej, że skończy szkołę, że znajdzie fajną pracę, fantastycznego partnera czy partnerkę, w których będzie mieć oparcie, ale tego przecież nie wiem. Nikt tego nie wie. Mogę, tak samo jak ona, tylko o tym marzyć i tego jej życzyć z całego serca, bo wszystko jest możliwe, tylko niestety nie gwarantowane. Staram się jej kibicować, wspierać, doradzać, rozmawiać, wysłuchiwać, po prostu być, ale czasem jest to trudne, gdy z innych stron też problemy napływają dziesiątkami. 

Jestem zmęczona tym wszystkim. No ile kurwa można? Jak nie urok to sraczka. Jeszcze człowiek się po jednej atrakcji dobrze nie pozbiera już kolejną mu los szykuje. I tak ciągle coś. 

Dobrze, że człowiek ma też choć trochę, a nawet całkiem sporo miłych rzeczy wokół. To trzyma mnie i pewnie nas wszystkich na powierzchni. 

Najstarsza właśnie otrzymała swoją pierwszą wypłatę i mogła spełnić swoje małe marzenie. Dokonała samodzielnie pierwszego większego zakupu przez internet. Kupiła sobie okulary VR by móc cieszyć się bardziej wirtualną rzeczywistością. A ja cieszę się ogromnie i jestem dumna z niej, że z radością chodzi do pracy, że z każdym dniem coraz lepiej radzi sobie z różnymi problemami, że coraz więcej rzeczy samodzielnie potrafi załatwić. Bardzo się o nią martwiliśmy jakiś czas temu, ale dziś widzimy, że będzie sobie radzić w życiu. Bez wątpienia będzie jej trudniej niż normalsom w jej wieku, potrzebuje na wszystko wiele czasu, by się oswoić, nauczyć, zrozumieć, ale potem już jej świetnie idzie. Podejrzewam, że w wielu kwestiach prześciga zwyklaków, jak to autystycy, bo autyzm ma złe i dobre strony. Najgorsze są zawsze nowe rzeczy i wszelakie zmiany. Ważny jest stały schemat, proste i krótkie wyjaśnienia, spokój, akceptacja jej charakteru i sposobu bycia, nigdy za dużo informacji na raz… W ostatnich tygodniach, miesiącach zrobiła ogromne postępy, nabrała pewności siebie i bardzo wydoroślała. Jest fajną zajebistą dwudziestolatką. 




Jest lato. Mieszkam na wsi. Wokół mnóstwo piękna w przyrodzie do obserwowania i cieszenia oczu. To całkiem niezła a do tego darmowa i ogólnodostępna terapia dla psychiki. Korzystam, ile mogę. Daleko nie łażę, bo pochemiczne ciało źle znosi wysokie temperatury i dalekie łażenie, ale koło domu jest co podziwiać i czym się zachwycać. 


28 lipca 2022

Średnio udana wycieczka do Gent

 Minął tydzień od mojego powrotu z Gent, 

czy, jak kto woli po polskiemu, Gandawy (ja wolę „Gent”). Pomyślałby kto, że trzydniowa wycieczka do pobliskiego miasta może być męcząca niczym jakaś wyprawa w Himalaje albo przebiegnięcie maratonu i to nie wiem, czy ta moja wycieczka nie była gorsza w odczuciu… 



Jednym słowem jestem trochę zawiedziona. Nie  miastem tylko swoim pochemicznym ciałem. Nic nie jest takie, jak być powinno i nie działa jak powinno. No dobra, z jednej strony to wiem. Jestem wszak świadoma, że chemioterapia to nie zabawa, że to robi okropne spustoszenie w organizmie, że trując komórki rakowe, truje też wszystko wokół. Tyle, że tego u mnie wcale za bardzo nie widać. Na pierwszy rzut oka wszystko jest wporząsiu. Tam nie widać, tego nawet nie czuć za bardzo. Nie czuję się w żaden sposób chora. Poza kilkoma bezpośrednimi dniami po odebraniu kroplówki nie czuję się nawet słaba ani nic z tych rzeczy i to jest właśnie najbardziej irytujące. Wstajesz rano, jak ci się wydaje, w pełni sił i energii. Zajadasz jak zwykle z apetytem  śniadanie, że aż ci się uszy trzęsą. Wypijasz ze smakiem ulubioną kawę. Jesteś sobą i czujesz się wyśmienicie. A potem przejdziesz raźno w swoim tempie kilometr do przystanku i nagle zaczynasz mieć 80 lat… 

Wiecie jak to wnerwia, że nie można robić tego samego, co zawsze?! Na dodatek nie wiadomo, ile z tego, co zawsze, można teraz robić. No bo to nie jest tak, że nic nie można robić, gdyż można całkiem sporo, tylko nie wiadomo ile i to jest trudne. Normalnie bowiem człowiek zna doskonale granice swoich możliwości. Ja np wiem, że normalnie przejeżdżam na rowerze spokojnie 30km na raz, a jak się uprę, to i 50 przejadę, choć wtedy będę bardzo zmęczona. Wiem, że nie przejadę 100km i patrzę z podziwem na tych, którzy spokojnie setkę dziennie przejeżdżają. Tak jest ze wszystkim - znam swoje granice i planując swoje działania biorę je pod uwagę. Tak było przynajmniej do grudnia zeszłego roku…

Teraz nie znam granic swoich możliwości i nie wiem, kiedy wyczerpie mi się energia i sił zabraknie. No wiecie, jak wiem że przejadę 30km na raz, to wiem że po 15km muszę nawrócić, żeby spokojnie dotrzeć do domu, a jak nie znam granicy, to nie wiem, kiedy zawracać, a potem jest problem…

Teraz mam tak, że oczami bym przeszła, przejechała, przebiegła, wspięła się, wykonała… bo mózgu tkwią wszystkie dawne dane, ale one są nieaktualne i kierowanie się nimi, pakuje mnie w kłopoty…

Dlatego czasem jestem zła na siebie i sobą zawiedziona. Piekielnie trudno jest żyć, nie wiedząc, na ile się można porwać i ile się da rady zrobić. Przekonałam się o tym aż nadto w Gent i teraz po tym doświadczeniu się zwyczajnie boję wychodzić z domu… No nie, spokojnie, do sklepu chodzę czasem… Chodzi o dalsze wyjazdy… a po ponad 2 latach pandemicznego uwięzienia zwyczajnie chciało by się teraz pokorzystać z lata c’nie? 

Zgodnie z planami do Gent miałam jechać rano we wtorek, ale że po południu wypadła mi wizyta u radiologa, to wyjazd przesunęłam na po wizycie. Z Dendermonde do Gent jest pół godziny pociągiem, a pociągi co chwilę odjeżdżają, więc nie ma problemu.

Radiolog opowiedział mi, jak działa i jak będzie wyglądać moja radioterapia.

 Trwać ma ta atrakcja 3 tygodnie, co daje łącznie 15 dawek rentgena. Ale ponoć nie będę po tym świecić… Powiedział też, że prawa strona jest bezpieczniejsza, bo promieniowanie pikawy nie uszkadza. No i że brak cycka też ma pozytywy, bo przypiekanie samej klaty jest mniej szkodliwe niż ten sam zabieg z udziałem cycka. Ogólnie nie powinno mi to jakoś specjalnie zaszkodzić, no ale się zobaczy, jak przyjdzie co do czego.

Po wizycie, zgodnie z postanowieniem, pojechałam do Gent. 

Wszystko spoko, tylko że moje plany nie brały pod uwagę temperatury 40 stopni, a tyle mniej więcej było. Niedobrze. O ile przed chemioterapią kochałam upały i świetnie się czułam przy takich temperaturach, tak teraz kicha. Zawroty głowy, osłabienie… a idź pan w chuj. Miałam ze sobą kilka flaszek wody i soków do picia oraz wodę w sprayu z Avene (bo dostałam kiedyś kilka puszek gratis w szpitalu, to postanowiłam ją do celu chłodniczego wykorzystać). 

Hotel miałam zaraz koło dworca, więc mogłam od razu wziąć zimny prysznic i zostawić rzeczy. Potem poszłam z trampka do centrum, ale ciężko było, mimo iż to zaledwie 3 km. Kopyta jak z cementu, ledwo co człek je przestawia i to z bólem przy każdym kroku. Jak się trochę rozchodzi, to ból mija, ale robią się jeszcze cięższe. No i jak tu, panie, niby zwiedzać miasto? Zrobiłam kilka zdjęć w centrum, zjadłam jakieś lody i wróciłam do hotelu tramwajem, po drodze wstępując po pizzę na wynos do pizzerii, bo taki był skwar, że na miejscu by nie zjadł. I to by było na tyle w kwestii turystyki na jeden dzień. Była 19-ta a ja musiałam iść spać.  Żenada.



dawny gmach sądu

uliczka graffiti



Na drugi dzień mi się na szczęście przypomniało, że mam kupioną nie dawno kartę blue-bike i wzięłam na dworcu niebieski rower. Dla niezorientowanych w temacie dodam, że wypożyczalnie rowerów Blue bike dostępne są praktycznie w całej Belgii. Zwykle znajdują się koło dworca. Aby je wypożyczyć, potrzebna jest karta, którą można zamówić online lub np w stacjonarnym biurze Ethias. Opłacamy roczną składkę członkowską w kwocie 12€ i możemy wypożyczać rowery za pomocą karty i automatu w dowolnym miejscu. Za używanie roweru płaci się 1,5€ do 3,5€ za dzień zależnie od miasta, co automatycznie pobierane jest co miesiąc z naszego konta bankowego. Dla mnie bomba! 

Z przodu Blue bike, a w tle Portus Ganda

 Nogi nadal były jak z cementu, ale cement łatwiej mimo wszystko wozić niż nosić. Tego dnia padało, zatem była to idealna pogoda na oglądanie słynnego cmentarza Campo Santo (kliknij by zobaczyć zdjęcia). Piękne miejsce. Kocham cmentarze. Tę śmiertelną powagę  i grobową ciszę. Szwendałam się tam ze dwie godziny. Przysiadłszy na grobie w cieniu drzew delektowałam się zabranymi na wycieczkę ciastkami i sokiem. 

Campo Santo

Potem pokręciłam na blue bike’u w stronę centrum. Ruiny opactwa Świętego Bawona, które chciałam obejrzeć, okazały się być otwarte tylko w piątki, zatem tylko z wierzchu je obfotografowałam. 

ruiny opactwa


W centrum bez zbytniego namysłu postanowiłam skorzystać z rzadkiej okazji, kiedy to raz do roku można wejść na wierzę Katedry Świętego Bawona, co było niezłym wyczynem w moim obecnym stanie, a co zrozumiałam będąc w połowie kręconych schodów…  O mamunciu, to było niezłe wyzwanie dla cementowych nóg, ale było warto! Widok z góry przecudny. Aż się nie chciało wracać na dół. W drodze na wieżę spotkałam faceta w moim wieku (z synem w wieku naszych dziewczyn), co dodało mi otuchy, bo gość też co kawałek przystawał albo przysiadał zaśmiewając się, że na dole kozaczył do młodego, że co to taka wieża, ojtamojtam, nie takie rzeczy stary robił w życiu, a tu się okazuje, że te schody jakieś trudniejsze niż się zdawało z dołu haha. 

schody we wieży: idziesz, idziesz i idziesz do góry

Katedra Św. Bawona - wysooooko!

słynny gandawski smok na ratuszu

widok na ratusz z wieży Katedry


pośrodku widać zamek Gravensteen


Potem się uparłam zobaczyć muzeum Dr Guislain - dawny szpital psychiatryczny - bo wydało mi się intrygujące. Teraz już wiem, że to strata sił, czasu i pieniędzy. Nie powiem, że nie warto tam się wybrać w ogóle, bo ogólnie okej, ale nie aż tak, by drzeć na to cholerne zadupie, podkreślam ZADUPIE, rowerem przy takim zdrowiu i jeszcze płacić 10€! Aż tak ciekawe to to nie jest! Budynek zacny i można trochę wyobraźnię uruchomić, ale poza tym szału nie ma.

szpital psychiatryczny - muzeum Dr Guislaina 


Wracając do bazy wstąpiłam w centrum do knajpy na obiad i pochłonęłam małże z frytkami. To było dobre!  Całą pandemię nie jadłam małży więc smakowały wyśmienicie..


 Potem trzeba było dać odpocząć kopytom i się wyspać. Wszystko mnie bolało i zmęczenie było przeogromne. To nie to samo, co zwiedzanie na zdrowego. Tu zaczęłam być zawiedziona tą wycieczką, bo mimo wszystko miałam nadzieję, że będę mieć więcej sił, że łatwiej i przyjemniej będzie. A tymczasem to co drzewiej byłoby przyjemnym relaksującym spacerkiem po mieście, dziś było sportem wyczynowym. Z drugiej strony jestem też z siebie dumna, że wyszłam na tę cholerną 90-metrową wieżę, że cały dzień jeździłam rowerem po mieście i że mimo bólu i ogromnych trudności uparcie parłam do przodu i trochę jednak obejrzałam. 



Trzeciego dnia miałam spore problemy z chodzeniem, ale Młoda dojechała przed południem, przeto wypożyczywszy dwa niebieskie rowery pojechałyśmy znowu do centrum. Z tą jazdą z mojej strony to było różnie, bo byle pagórek, czy wiadukt a musiałam złazić z roweru i iść kawałek na nogach, gdyż pedałowanie było ponad moje możliwości haha. Jaki cienias! Nawet Młoda proponowała, że może lepiej wracać do domu… Co kurwa?! Jak przyszłam zwiedzać Gent, to zwiedzam, nawet jak mi potem nogi odpadną. Ja nie dam rady?! Wolniej bo wolniej i z bólem bo z bólem, ale jeszcze trochę pociągnę, kurde. Dla Młodej z dyspraksją rowerowanie po kocich łbach pomiędzy torami tramwajowymi okazało się nawet trudniejsze niż dla staruszki po chemioterapii. Wyglebiła się jak długa razem z rowerem. Do dziś ma siniara na pół uda. Do tego jakiś felerny rower jej się trafił, który miał za długą śrubkę pod siodełkiem i udo jej otarło do krwi. Przygody, przygody, ech…



w oczekiwaniu na Młodą relaksowałam się w parku filując na czaple

…i gęsi kanadyjskie

i jakieś kuromysła…

Poszłyśmy do Gravensteen i to jest zajebiste miejsce. Opowieść do elektronicznego przewodnika nagrał tutejszy komik Wouter Deprez i chwilami idzie się nieźle uśmiać. Młoda wybrała wersję po angielsku a ja po niderlandzku. Zabawa przednia, a bilet dla dorosłego 12€. Młoda jeszcze się załapała na dziecinny (do 18 lat) za 2€. Polecam ten zamek, jak kto jeszcze nie był w środku. Zamki są fajne.

Poza zamkiem Młoda chciała skoczyć do polskiego sklepu, no to pokręciłyśmy po drodze podziwiając oczywiście różne obiekty. Potem zjadłyśmy obiad w tej samej restauracji, którą odwiedziłam poprzedniego dnia, bo mi się spodobała. Na koniec zatrzymałyśmy się przy budce z lodami i byłyśmy świadkiem mini pożaru w budce z frytkami. W Gent akurat były imprezy (Gentse Feesten) i wszędzie koncerty, atrakcje, żarcie i tłumy. Siwy dym z budki w mig przyciągnął policmajstrów a chwilę później dwa wozy strażackie… A my się temu przyglądałyśmy liżąc lody o smaku kiwi (młoda) i kawowym (ja). Ramptoeristen hehe 👀

Powrót do domu nie był łatwy. Pomijając fakt, że moje nogi zaczynały powoli odmawiać posłuszeństwa, to akurat tego dnia było święto i środki transportu publicznego jeździły jak w weekendy. Nie polecam. Pociąg pomiędzy miastami to jeszcze jak cię mogę, ale autobusy to do nas z miasta jeżdżą co dwie godziny. Zajebioza! Półtorej godziny czekania na przystanku, gdzie nic nie ma, to sama radość. Szczególnie gdy człowiek złachany i chciałby zalec na kanapie i wyciągnąć nogi. Potem jeszcze półtora kilometra z buta. Tu już szłam jak robot, ale doszłam do domu i to się liczy.

Wycieczkę oceniam 5/10. Do Gent jednak pojadę ponownie w celach turystycznych i to mam nadzieję jeszcze na tych wakacjach, by zobaczyć to czego nie zobaczyłam, a chciałam i by pokazać Młodemu zamek. 

Następne dni odchorowywałam wycieczkę. Takie życie. No ale też teraz mam trochę mniej roboty, bo nasze chłopy siedzą w Polszy u babci, a dziewczyny są całkowicie samoobsługowe. Rano wstaję wcześnie, bo koło 5tej, 6tej, by wypuścić kury i naciąć świeżej trawy dla świnek zanim sflaczeje na słońcu. Czasem robię też przy okazji zdjęcia wschodu słońca, bo to nigdy się nie nudzi.


Potem śniadam i mogę się oddawać nieróbstwu. Co dwa dni sprzątam u świnek i piorę najpierw w rękach, a potem w pralce ich dywaniki, co jest jednym z najcięższych aktualnych obowiązków, bo przednie łapy też mi się popsowały, co wykręcanie ciężkich dywaników czyni dosyć trudnym, a świnie bobczą i siurają gdzie popadnie przez cały dzień…

Maggie w zabobczonym łóżeczku


Młoda namawia, by wybrać się z aparatami nad morze i pewnie się wybierzemy, tylko trzeba wybrać miejsce, gdzie do morza ze stacji nie trzeba trzy dni iść i żeby było ładnie, ale bez tłumów…

We wtorek odwiedziłyśmy naszego weta z panem świnkiem Lulu. Niestety nasze podejrzenia okazały się słuszne. Lulu ma kataraktę i marne szanse, że się poprawi. Nie widzi biedak na jedno oko. Dostał jednak lekarstwo, bo pani doktor stwierdziła też  jakiś stan zapalny. Lulu zwany też Buśkiem albo Chuzzlem jest dobrym pacjentem. To bardzo spokojny i wyczilowany świnek. Przyjmuje syropek ze strzykawki grzecznie, choć bardzo nie lubi i zawsze płacze, gdy się go podnosi. W nagrodę dostaje zawsze jagódkę albo inny przysmak. Dobra świnka. Leczenie zwierząt jednak kosztuje więcej niż ludzi, bo nie mamy dla nich ubezpieczenia. Taka wizyta ze świnkiem, gdzie otrzymaliśmy od razu potrzebne leki to bagatela ponad 50€. 

Nie dawno Młoda odwiedziła innego weta - specjalistę od ptaków egzotycznych - ze swoją papugą, bo miała biegunkę. Tu razem z lekarstwem wyszło chyba nawet więcej… Papuna jednak nie chciała brać lekarstwa i tylko jeden syrop, którego małą dawkę dostawała, wybrała. Młoda wymieniła kilka mejli z wetem i powiedział, że jak nie idzie, żeby nie podawać. Wydaje się jednak, że winna mogła być inna karma, którą kupiliśmy, gdy Summer zaczęła nieść jajka… Wyrzuciliśmy tę karmę wracając do starej i wygląda na to, że wszystko wraca do normy. Choć nie wykluczone, że ten jeden lek pomógł. Badania w każdym razie nie wykazały niczego podejrzanego. Dobrze było w każdym razie poznać tę klinikę w Hamme i otrzymać bezpośredni e-mail do specjalisty od ptaków. Nigdy nie wiadomo, co może się przydać. Specjalistę od świnek mamy u siebie w gminie i ostatnio nawet Lula na skuterze woziłyśmy. Nie dawno dowiedziałam się też przypadkiem na FB, że dobry wet od kur jest w sąsiedniej gminie, co też dobrze wiedzieć, bo diabeł nie śpi. Ze zwierzątkami jak z dziećmi, a czasem nawet gorzej, bo pediatrę zwykle łatwiej znaleźć w okolicy… 

Papugi w ostateczności nie zostały jednak rodzicami. Nic się nie wylęgło, więc Młoda zabrała im gniazdo. Wróciły zatem do ulubionych działań destrukcyjnych na pokoju Młodej. Odkryły z entuzjazmem nową szafę z Ikei i zaczęły ją ochoczo obdziobywać od góry. Z nowej szafy mają też dobry widok na śpiącego Człowieka, bo stoi ona tuż przy łóżku, a do tego jest najwyższym meblem w pokoju. Nie licząc ich drabiny oraz żyrandola. 

Zwierzątka są super! Co byśmy bez nich robili…?

Zdjęcia :

inne zdjęcia z Gent tutaj (kliknij link)