26 marca 2017

Trochę wiosennych obrazków z sąsiedniej gminy

Czekaliśmy na wiosnę ze zniecierpliwieniem, żeby znowu wybrać się do parku w Opdorp i zobaczyć morze żonkili i wystawę. W tym roku nadano jej tytuł: "Kunstenparcours VRIJ LAND".

Dziś w parku odbywały się ponadto 15ste Międzynarodowe Targi Roślin (15te International Plantenmarkt), czyli oprócz morza kwiatów było też morze ludzi. Ale nic to, park duży, wszyscy się pomieścili.

Nie wiem jak to działa, ale z takiego wózka lody o wiele lepiej smakują niż gdzie indziej :-)
Wsuneliśmy po lodziczku... no Młody dwa - waniliowy i czekoladowy - oczywiście z posypką, o którą się sam dopomniał u lodziarza.

 i obejrzeliśmy rośliny oraz intrygującą wystawę...


19 marca 2017

Gdy Polak z Polakiem po obcemu gada

Swego czasu opisywałam moje pierwsze i dalsze próby w porozumiewaniu się z Belgami, gdy to próbowałam się dogadać mieszaniną angielskiego lub niderlandzkiego i migowego. Gdyby się kto z boku temu przyglądał, miałby pewnikiem niezły ubaw. Jednak na zagranicy jeszcze lepsze jajca są, gdy Polak z Polakiem próbuje się dogadać w jakimś obcym języku, którego nie zna za bardzo. Jeszcze lepiej gdy każdy próbuje używać innego języka obcego, którego ten drugi nie zna.

Niektórzy - głównie ci którzy radości zagranicznego życia nie doświadczyli jeszcze - w tym momencie pewnie się zastanawiają co to trzeba mieć we łbie, żeby do swojego po obcemu gadać, zamiast jak człowiek po polsku.

Niestety my Polacy nie mamy jakichś specjalnych cech wyróżniających nas z tłumu i jeśli akurat nie recytujemy pod nosem litanii do pań lekkich obyczajów i ich synów albo nie gadamy z drugim rodakiem tudzież nie paradujemy w koszulce "Radio Maryja" to jak niby zgadniesz czy ja to Polak czy inny tam białas?

Są zatem sytuacje że los krzyżuje naszą drogę z rodakiem a ty nie wiesz, że to rodak i on nie wie, że ty rodak, a jednak macie jakiś wspólny interes i musicie się dogadać. Gdy mieszka się w obcym kraju, nie gada się do obcych ludzi po polsku tylko w języku którym w danej okolicy jest szansa się dogadać...

Na początek taka historia. Przychodzę do pracy, a tam ekipa remontowa zasuwa. Normalna rzecz w tym kraju. W domach klientów spotykam różnych przypadkowych ludzi - kominiarzy, elektryków, ogrodników, weterynarzy i różnych innych, którzy tak samo ja ja akurat są w pracy i wykonują jakieś zlecenie dla tego samego klienta, co ja. Zwykle nie gadamy ze sobą, bo nie przyszliśy na pogawędkę tylko do roboty, ale przywitać zawsze się wypada...
Ja: Goedemorgen
Oni: Bonjour.
Po tym przywitaniu już wiem, że firma prawdopodobnie ze stolicy, skoro po francusku się witają. Idę do swojej roboty, a oni robią swoje. Staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Tu jak jest robota, to się nie stoi i nie gada tylko robi. Od pogaduszek jest przerwa. Jednak są momenty że ekipa potrzebuje czegoś a wiadomo ze sprzątaczka wie wszystko o domu w którym sprząta, więc może pomóc. I tak oto pytają w języku francuskomigowym, a ja odpowiadam w niderlandzkomigowym i jakoś się dogadujemy. Nagle przerwa, panowie wyjmują kanapki, termosy i zaczynają gadać... PO POLSKU.



W innej czasoprzestrzeni widywałam kilka razy pewnego speca, który pracował sobie samotnie w ogrodzie. On również czasem czegoś potrzebował, a wtedy zwracał się do mnie po angielsku, który to język rozumiem, ale odpowiadam zawsze po niderlandzku. Ważne, by się dogadać. Po jakimś czasie gdzieś tam przypadkiem (bo świat jest mały) zobaczyłam tego samego speca na jakiejś imprezie w polskim towarzystwie nawijającego jak złoto po naszemu.

Podobna heca miała miejsce na kursie niderlandzkiego. Pierwsza lekcja któregoś z wyższych poziomów, nowi ludzie, nikt nikogo nie zna. Robimy ćwiczenie ustne w grupach. Niektóre tematy ćwiczeń wywołują dłuższe dyskusje albo przeradzają się w luźne rozmowy pozwalające się bliżej poznać z klasowymi kolegami. Czasem jednak ciężko się dogadać po niderlandzku, a ktoś coś ciekawego mówi  i szuka się innego wspólnego języka. W tym wypadku było tak, że nie mogliśmy sobie czegoś ciekawego wyjaśnić w poznawanym właśnie języku więc padło pytanie:
- ...uit welke land kom je? (z jakiego kraju przyjechałeś?)
- uit Polen
- no to mów jak człowiek... 

Myślę, że podobnych zabawnych sytuacji doświadcza każdy Polak na emigracji.


Jednak zdarzają się też i inne, jakby odwrotne, gdy ojczysty usłyszymy tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewamy.

Taka okoliczność.

Jesteś w obcym kraju od paru dni, czy tam tygodni, nie znasz języka tubylców, jesteś sam lub z drugą podobną ci sierotą i nagle znajdujesz się w potrzebie. No cholera zgubiłeś się, chcesz zapytać o drogę albo nie wiesz jak i gdzie kupić bilet na pociąg, czy inne tego typu trudne momenty. Rozglądasz się wokół z nadzieją, nasłuchujesz, bo a nuż rodaka ujrzysz lub usłyszysz. Ale pech to pech - wokół sami czarnoskórzy, skośnoocy, kobitki w muzułmańskich strojach, znikąd nadziei. Przeklinasz pod nosem, mruczysz na głos inne słowa rozpaczy typu "no i co ja teraz zrobię" a wtedy wydaje ci się, że słyszysz:
- W czymś pomóc?
Rozglądasz się ponownie, by przekonać się, że jednak ci się zdawało, bo otoczenie wciąż to samo. Ale nagle widzisz że to...
tak ten czarnoskóry, skośnooki, Muzułmanka mówią twoim językiem.

Po wyjściu z szoku, uzyskaniu pomocy wdajesz się oczywiście w krótką pogawędkę (bo niezaspokojona ciekawość by się zeżarła przecież) i się dowiadujesz, że zwyczajnie ci ludzie wychowali się albo studiowali w Polsce, albo ta Muzułmanka to  Polka, która  postanowiła przejść na islam. Nie tylko my bowiem emigrujemy i uczymy się obcych języków, innym narodom też się zdarza. Ludzie ciągle się przemieszczają, mieszają, uczą nowych języków, obyczajów, zmieniają swoje przekonania i poglądy. 

Dzięki czemu potem człowiek na każdym kroku się dziwi, ma ubaw albo popełnia gafy.


12 marca 2017

I świat nabrał nowych barw, ale problemy wciąż te same

Wydawać by się mogło, że po zrezygnowaniu z wizyt w Mechelen powinnam zyskać kilka wolnych godzin w tygodniu, jednak czasoprzestrzeń jest niepojęta... Bardzo szybko każda dziura wypycha się innymi zajęciami. Tyle, że chodzimy wcześniej spać i to jest dobre. Jednakże ze zmęczeniem jeszcze walki nie wygrałam. Kładziemy się spać o 20 by wstać o 6 nadal bez sił do życia.  Przez ostatnie tygodnie pozwoliłam sobie zapomnieć o stałej porcji magnezu  i właśnie trzeci dzień tego żałuję, bo po przedwczorajszym skurczu mięśni jeszcze dziś nie mogę chodzić normalnie. Stan psychiczno-emocjonalny też nie za bogaty. Przesilenie wiosenne, wiek, niekończące się problemy rodzinno-zdrowotno-szkolno-organizacyjne i zwykły codzienny zapierdziel są w stanie rozwalić najlepsze zdrowie.
ścieżka rowerowa
Powiadają jednak, że ku wiośnie idzie, zatem pozostaje liczyć że większa dawka promieni słonecznych doda nam trochę sił i energii tak potrzebnych przy  codziennych zmaganiach  z przeciwnościami losu. Człowiek bowiem najwidoczniej ma gdzieś wbudowane baterie słoneczne, bo im więcej słońca tym lepiej funkcjonuje, im mniej - tym gorsze samopoczucie. 
wiosna
Tymczasem odptaszkowaliśmy kilkanaście punktów z niekończącej się listy zadań do wykonania.

W lutym doczekaliśmy się w końcu na wizyty u okulisty, na które towarzystwo zapisałam jeszcze  jesienią. M okularów nie potrzebuje na razie uff. Okulista bardzo sympatyczny gość, ale dziwił się, że córka zażyczyła sobie cyfry zamiast liter. Pytał, czy chodzi do szkoły. Kurde gość po medycynie to chyba powinien z grubsza jarzyć, że o wiele łatwiej jest w języku obcym opowiedzieć historię życia całymi zdaniami niż przeliterować wyraz. Niby te litery podobnie się wymawia w niderlandzkim i polskim a jednak każda litera brzmi inaczej - samogłoski są zmulone, bo Belgowie nie rozdziapiają gęby przy mówieniu jak my Polacy. Spółgłoski to już w ogóle masakra jakaś w czytaniu alfabetu, choć w wyrazach większość można czytać po polsku i zrozumieją o co ci chodzi. Nie dawno rejestrując się telefonicznie do jakiegoś medyka musiałam przeliterować swoje nazwisko (bo imię przeco mam "flamandzkie") i pani z rejestracji powtarzała każdą literę po flamandzku - wyraźnie podkreślając intonacją że ja wymawiam nieprawidłowo... A ten tam się pyta czy ona nie chodzi do szkoły, że liter nie zna i nie daje mu do myślenia, że on sam nawet mojego nazwiska nie jest w stanie powtórzyć prawidłowo, nie mówiąc o samodzielnym przeczytaniu. Oł je BRUD-PIETRZYK po flamandzku brzmi mniej więcej: bryyd pitr%&#%$.... pitrijk? Tja! W większości sklepów pytają o kartę klienta, gdy już się ma takową, wystarczy podać nazwisko. Już nawet się nie fatyguję, od razu podaję dowód. Gdy zaczynam grzebać w portfelu sprzedawca zwykle mówi, że dowód nie potrzebny, po spojrzeniu nań jednak zmienia zdanie "OMG". Co bardziej dociekliwi pytają jak się to wymawia i nawet próbują powtarzać. "Pietsik" to najlepszy rezultat. A jakby musieli powiedzieć "Pietrzyk ze Strzyżowa"?

No ale dobra, zostawmy problemy językowe, bo o ocznych być miało. W tym tygodniu byliśmy po okulary u optyka. Trochę mieliśmy cykora, bo ludzie straszyli nas, że ceny okularów są tu koszmarne. Jednak nie jest źle. Optyk zapytał czy "mooi en goedkoper?" (ładne i tanie) oprawki i takie dziecięciu znosił do przymierzania. Uprzednio za podpowiedzią koleżanki wyguglowaliśmy na stronie naszego ubezpieczyciela u jakich optyków możemy liczyć na zniżki, bo się okazuje że w Belgii nie jest wszystko jedno do jakiego optyka pójdziemy. Córa wybrała oprawki z Esprita za 120€, a szkła były jakieś ponoć lepsze w promocji po 50€, czyli zapłaciliśmy niewiele ponad 200€, z czego z połową zwrócą, czyli że tak powiem nie ma armagedonu :-) Na drugi dzień okulary były już do odebrania.

Najstarsza założyła okulary, wyszła od optyka, rozejrzała się i rzekła:
- No, i świat  nabrał teraz nowych barw, muszę się do tego przyzwyczaić.


 Teraz chyba moja kolej  zarejestrować się do okulisty, ale M ostatnio przyniósł niepokojącą informację od kolegów z pracy, że rzekomo po czterdziestce nie ma żadnych zniżek na bryle. Jeszcze tego nie weryfikowałam, ale jeśli to prawda to moje okulary mogą być droższe, bo do okulisty czeka się 3-4 miechy, czyli przed 40 urodzinami się nie wyrobimy niestety. No ale co tam się na zapas będziemy martwić.

W tym roku postanowiliśmy zapisać wreszcie dziewczyny na kamp, po naszemu "na kolonię". We Fladrii każde dziecko jeździ co roku na przynajmniej jeden kamp. Letnie wakacje obowiązkowo, poza tym wielu zapisuje też dzieci na kampy podczas innych ferii. W zeszłym roku dziewczyny jeszcze nie były psychicznie gotowe, bowiem pytaliśmy i kategorycznie powiedziały "NIE". Jednak w zeszłym roku byliśmy w Polsce, więc wakacje jak najbardziej udane i o wiele bardziej kosztowne niż taki kamp - do dziś spłacamy :-) Przestudiowałam z dziewczynami kilka stron instytucji, które zajmują się organizowaniem czasu wolnego dzieciom i młodzieży, zapoznałam się z zasadami zapisów, opłat, ubezpieczeń etc. Muszę rzec, że po zapoznaniu się z ofertą wakacyjną byłam wręcz zszokowana. Wiedziałam, że są kolonie tematyczne, bo koleżanki naszych dziewczyn jeździły na kampy kulinarne, taneczne, judo, tenisa, zagraniczne językowe, w sąsiedztwie mamy stajnie które organizują półkolonie z końmi. Jednak to co zobaczyłam spowodowało opad szczęki. Z ciekawszych:
Kolonia w zoo, gdzie dzieci opiekują się zwierzętami i nocują na terenie ogrodu zoologicznego.
Kolonia z delfinami. 
Graffiti kamp, na którym młodzież uczy się graffiti od profesjonalistów.
"Only Girl Power Deluxe" zajęcia dla dziewuch z profesjonalnym wizażystą, sesja fotograficzna, 7 godzin jazdy limuzyną.
Dronekamp - zabawy z dronami. Inne to np: fotograficzny, paintbal, surviwal, surfing, wspinaczkowy w górach, kajaki, kamp gier komputerowych i dziesiątki innych. Myśmy przeglądnęły tylko te dla nastolatek, ale na kolonie można tu wysyłać już czterolatki.  Z tym, że maluchy wyjeżdżają tylko na 3 dni, no i oczywiście są też półkolonie dla każdego wieku.

Ceny oczywiście są bardzo zróżnicowane, widziałam obozy i po 600€ za tydzień, w tym kulinarny za 530€ i się nawet zastanawiałam co oni tam gotują i z czego, gdyż obozy na plaży w Hiszpanii czy górski we Francji, nad którymi dumały chwile moje młode, były połowę tańsze. 

Dziewczyny chciały jechać we dwie na ten sam obóz, bo zawsze to raźniej, ale mają odmienne zainteresowania i nie mogły się dogadać. Najstarszej podobają się wysokości - park linowy, wspinaczka w górach, ale Młoda trzęsie portkami. Ona by chciała jakieś łódki, surfing. W końcu stanęło na parku wodnym a w zasadzie parkach w Belgii i Holandii. 5 dni moczenia kupra za 270€. Zapisaliśmy je od razu i zapłaciliśmy, bo nie orientuję się jak jest z popularnością tego obozu. Jednak zauważyłam że niektóre, co ciekawsze już miały niektóre terminy wakacyjne zajęte w styczniu. 

Może się  dziwne wydawać planowanie wakacji w lutym, jednak w tym kraju - taka moja osobista refleksja - czas płynie o wiele szybciej niż w Polsce i zanim się obejrzymy już będzie koniec czerwca. Cholera tam pracowałam na cały etat będąc samotną matką dwójki małych dzieci, mając jeszcze dodatkowe zajęcia wiejskie od czasu do czasu typu wykopki, żniwa, rąbanie drzewa na opał, a mimo to miałam jakoś więcej czasu i byłam tysiąckroć mniej zmęczona niż teraz. 


Mój osobisty plan na wakacje mieści się zatem w jednym słowie ODPOCZYNEK. Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwo w cieniu pić... Liczę, że w tym roku odpocznę, bo nie zamierzam nigdzie jechać. Nie licząc jednodniowych wypadów na plażę, czy inne tego typu miejsca, gdzie nie trzeba nic robić. Choć biorąc pod uwagę nasze pomysły na najbliższą przyszłość to z tymi wakacjami i naszym czasem też różnie jeszcze być może. Jednym z pomysłów jest np zrobienie dodatkowego pokoju na strychu o ile właściciel nie będzie miał nic przeciwko (a raczej nie powinien), co może być mało relaksacyjnym choć niewątpliwie fajnym i  przyjemnym zajęciem. Są też inne mniej lub bardziej szalone plany, ale o tym może innym razem a może nie.


Najważniejsze, że nasz najmłodszy skarb wreszcie się wyprowadził do swojego pokoju. Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do nowej sytuacji, jeszcze nie możemy w to uwierzyć nawet. Jesteśmy na etapie dostosowawczym. Ostatnie tygodnie przed urodzinami przygotowywaliśmy go do tego. Wyznaczyliśmy sobie i jemu konkretny moment, którym miały być jego piąte urodziny. Pięciolatek jest już bardzo dużym chłopcem i nie może spać z rodzicami, ani do nich przyłazić w środku nocy. Pięciolatek jest bardzo odważnym chłopcem i nie boi się być sam w swoim pokoju. Tylko małe dzidziusie chcą spać z rodzicami, a on nie jest chyba dzidziusiem... Obiecaliśmy wysokie łóżko z biurkiem pod spodem, ale póki co przynieśliśmy ze strychu stare metalowe łóżko dziewczyn, takie zwykłe, bo trzeba sprawdzić czy Młody nie spada z łóżek, tak jak jedna z jego siostrzyczek... Do dziś pamiętam jak budził mnie w nocy łomot a potem słyszałam "to tylko ja mamusiu, już wchodzę na łóżeczko z powrotem". 

Młody poczuł się dużym chłopcem, bo ma duże łóżko (choć nie wiem czy materac 2x2m można nazwać małym). Wypracowaliśmy też już specjalny rytuał: mama czyta jedną lub dwie książki, śpiewa kołysankę (typu Stary Donald farmę miał, Miała baba koguta albo jedziemy na wycieczkę bierzemy misia w teczkę - im głupsze tym lepsze), wyjaśnia niewyjaśnione, przytula chłopca i misia, mówi dobranoc wszystkim zwierzętom i innym zabawkom po kolei i może iść po tatę. Tata obowiązkowo musi pójść przytulić, bo jak nie pójdzie, to Młody przychodzi. Czasem przychodzi i tak i próbuje się wkręcić na nasze łóżko, ale odprowadzamy i dousypiamy. W nocy nie przychodzi o dziwo, jeśli zaśnie u siebie. Miejmy nadzieję, że nie zachoruje w najbliższym czasie zanim się nie zaadoptuje całkowicie do nowej sytuacji, bo to mogło by zakłócić system. Już były takie okresy, w których nasz synio zasypiał i budził się u siebie, ale potem przychodziła choroba, kiedy nie mógł spać, kaszlał, wymiotował, gorączkował a my robiliśmy ten błąd, że zamiast spać u niego, pozwalaliśmy mu spać u siebie, a małe gnojki szybko się przyzwyczajają do dobra. Młody zaś okropny pieszczoch się zrobił teraz. Pomyślałby kto, że jako niemowlak nie pozwalał się kołysać i przytulać nawet własnej matce. Teraz za to lubi tulenie, całusy, głaskanie i pieszczochanie. Chyba to jednak taki wiek, bo podczas urodzin zaobserwowałam, że jego rówieśnicy płci obojga mają podobnie. Jakby nie patrzeć jestem dla nich obcą osobą, ale ładowało mi się to po dwoje czy troje na kolana. Kolejne dwa stworzenia siedziało na kolanach u innej mamy. Słodziaki. Bardzo fajny wiek takie przedszkolaki.

Choć i nasze nastocórki też są w bardzo fajnym wieku. Uwielbiam ich humor, dowcipy, przekomarzania i oryginalne pomysły. Czasem się wkurzę i nadrę pyska, ale muszę też rzec, iż coraz rzadziej się to zdarza, bo nie dają mi ku temu zbyt wielu powodów.

Ostatnio zrozumiałam też w końcu, że głównym powodem, dla którego się wkurzam na własne dzieci jest szkoła, bo oczekiwaniem tego systemu jest by każda istota żyła według określonego szablonu, a jak ktoś nie pasuje do owego szablonu staje się dla systemu wrogiem.

Przypomniało mi się, że kiedyś byłam najlepszą uczennicą w klasie, co roku otrzymywałam świadecwto z tzw paskiem, ale ani razu moja mama nie wróciła z wywiadówki zadowolona z workiem pochwał dla swojej córki. Zawsze były tylko i wyłącznie problemy, bo ja się nie zgłaszam na lekcji (jak zapytają to wie, ale się nie zgłasza! - rodzice mnie od urodzenia uczyli że dzieci się nie odzywają niepytane, bo dzieci i ryby głosu nie mają, więc logiczne chyba do cholery że czekałam aż mnie zapytają!), bo ja czytam tylko książki o zwierzętach (ciul z tego że najwięcej z całej klasy, z całej szkoły jak tylko przyrodnicze - tragedia po prostu), że nie mówię "Dzień Dobry" ....wiedząc że jestem nieśmiała, ale uważając nieśmiałość za synonim chamstwa i bezczelności a nie problem psychologiczny. Dziś niby pod tym względem wiele się zmieniło, zauważa się problemy dzieci i młodzieży i próbuje się im pomóc. Jednak mając córkę z podobnymi jak ja "problemami" widzę, że niektóre proste rzeczy nadal do niektórych nie dotarły. Takie dziwactwa jak ADHD, dysortografia, dysleksja itp są powodem do obniżania trudności zadań, zawyżania ocen, przymykania oczu, ale zwykła nieśmiałość już jest kurewskim problemem dla systemu szkolnego, bo uczeń musi mieć całą armię zajebistych koleżanek i kolegów, bo uczeń musi podnosić rękę, otwarcie mówić o swoich problemach, zadawać miliony pytań, nawet jeśli temat kompletnie mu wisi i powiewa, musi udawać kogoś kim nie jest, żeby pasować do systemu. Nie wystarczy że z każdym miesiącem jest lepiej i lepiej, że rezultaty są zadowalające, bo to ciągle za mało. Flamandzkie szkoły poświęcają więcej czasu każdemu poszczególnemu uczniowi, każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie i dzieci oraz rodzice otrzymują tu wiele pomocy. Jednak system ciągle jest systemem i jeśli ktoś za bardzo się wyróżnia, trzeba go za wszelką cenę zreformować, bo dobro systemu jest najważniejsze. Jest to dla mnie bardzo zrozumiałe i oczywiste, co nie zmienia jednak faktu iż jednocześnie irytujące, bo jestem rodzicem istoty wielce oryginalnej i mało reformowalnej. Co więcej ową oryginalność mojej córki bardzo sobie cenię i uważam, że dzięki tej indywidualności może osiągnąć dużo więcej niż przeciętny szczur systemowy. Nie zamierzam zabijać jej indywidualności tylko dlatego żeby nauczycielom łatwiej się pracowało. Czy ktokolwiek mebluje swój dom z myślą o tym, by mi czy innej sprzątaczce lepiej się sprzątało? Nie, bo każdy myśli o swojej wygodzie, nie czyjej.

Moja córka nie krzywdzi ani nie obraża nikogo (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie niszczy szkolnego sprzętu ani otoczenia, nie drze ryja na lekcji, nie łazi po klasie bez pytania ani nie je na lekcji (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie przychodzi do szkoły w makijażu, z pomalowanymi pazurami czy w niestosownym stroju (jak jej niektóre koleżanki), ale to moja córka wymaga kontaktu z psychologiem a nie ta dzicz, która łamie co dnia połowę szkolnego regulaminu (nie dawno dostałam list z wieloma punktami łamanymi przez kolegów mojej Młodej , z której ona mogła się podpisać tylko pod spóźnianiem się). Muzułmanin, który chuj wie czego szuka w katolickiej szkole, może okazywać jawną pogardę koleżankom i nauczycielkom oraz na różne sposoby próbować ich upokorzyć a nawet pozbawić pracy,  ale to moja córka która jest zbyt cicha jest uczniem problematycznym Ha! Tak samo było w moich czasach - to ja byłam problemem bo nie pasowałam do systemu haha.

Jeszcze 2 lata temu martwiłam się o moje dziecię, bo nie mogłam z nią nawiązać kontaktu, była zagubiona i smutna, nie radziła sobie z rzeczywistością. Uporałyśmy się z tym wszystkim same Powolutku, krok po kroczku moja Najstarsza stała się wesołą, otwartą dziewczyną. W szkole jeszcze taka nie jest, ale do cholery nie od razu RZym zbudowano. W szkole też zrobiła ogromne postępy i robi każdego dnia, a że nie ma z wszystkich przedmiotów po 90% to co z tego? Ważne że z matmy  i plastyki ma najlepsze punkty z całej klasy, bardzo dobre z przyrody, z gotowania i z mody. Szyje ponoć jak stara krawcowa, robi fantastyczne projekty ubrań. Nie oczekuję że superowe wyniki będzie mieć z niderlandzkiego czy francuskiego - wystarczy że Młodsza zadziwia świat pod tym względem i czasem nauczyciele każą się wstydzić flamandzkim dzieciom, że tylko Polka potrafiła udzielić prawidłowej odpowiedzi. Każdy ma inny talent i inne predyspozycje, nie każdy też pasuje do systemu i temu będzie zawsze trudniej, ale też może odnieść większy sukces, gdy się uprze i postawi na swoim. Wiem, że z systemem nie wygram, ale będziemy próbować jakoś sobie radzić dalej wybierając złoty środek.

4 marca 2017

Kiedy królik zaczyna używać podpasek ;-)

3 miesiące temu
Jak wam zapewne wiadomo 3 miesiące temu nasza rodzina powiększyła się o jedną osobistość. Osobistość ma długie, kłapciate uszy, jest włochata, mięciutka, słodka i śliczna. Każdy kto to stworzenie zobaczy, od razu chciałby je brać na ręce. Niestety w przypadku królika można o tym  zapomnieć.

Króliki nie lubią noszenia. 

Większość oczywiście daje się przenosić, przeważnie jednak nie lubią przebywać na ludzkich rękach. Nam trafił się typ wyjątkowo nieprzenośny. Najstarsza przez pierwsze dni była bardzo rozczarowana tym faktem, że nie może Fluffy podnieść i przytulić. Wytłumaczyłam jej jednak, że to królik dzidziuś, którego zabrano od mamy do obcego miejsca, do obcych ludzi, gdzie czuje się na pewno przestraszony i samotny... W tym momencie rozczarowanie zmieniło się w troskę i czułość. Dziś nasz królik nie jest dzidziusiem, ale podnosić nadal się nie daje. Młoda znalazła w internecie instrukcje podnoszenia królików. Niestety okazało się, że sprawdzone i polecane metody nie działają na naszą Panią Królikową.

Fluffy jest wielką indywidualistką

Królik niepowtarzalny i oryginalny ze względu na charakter, zatem wręcz idealnie komponuje się z pozostałymi dwoma lokatorkami największego pokoju. Wszystkie trzy się Matce Naturze udały :-)

Niektóre króliki mają specjalne niedotykowe miejsca.

Większość królików (jeśli nie wszystkie) nie pozwala dotykać sobie okolic "króliczych brwi", czyli tych długich włosów, które pełnią rolę czuciową i są bardzo wrażliwe. Króliki nie lubią też dotykania ogonów i uszu - to podobno w króliczym rodzie zachęta do walki. Fluffy nie przepada za dotykaniem jej królewskich stóp a dotykanie królewskiego brzucha uważa za karygodne. No i niby jak można podnieść zwierzę bez dotykania brzucha? Próby wkładania ręki pod króliczy brzuch kończą się fochem wyrażanym krótkim ale znaczącym warknięciem, a próby ignorowania warknięcia kończą się zboksowaniem pazurzastymi łapami.

Nasz królik jest bokserem.

Gdy tylko próbuje się robić w jej pobliżu coś co jest nie po jej myśli, można zostać zboksowanym króliczymi przednimi łapkami. Nie jest to śmiertelne, ale czasem ślady po pazurkach zostają.

Jakich działań nie lubią króliki?

Nie lubią szybkich ruchów w okolicy swojej szlachetnej osoby ani podniesionego głosu. Nie lubią jak się im zabiera coś z ich rezydencji (klatki) bez pytania - nawet jeśli jest to pusta miska zabierana  w celu napełnienia, królik warczy i boksuje. 

Króliki potrzebują cierpliwości.
Najstarsza jest bardzo cierpliwa, ponadto natura obdarzyła ją ogromną empatią i rozumieniem języka zwierząt. Jest więc idealną króliczą mamą. Przemawia do swojej podopiecznej spokojnie, nie wykonuje nigdy gwałtownych ruchów, głaszcze ją czule i delikatnie. Młoda jest narwańcem z natury i mimo szczerych chęci i wielkiej sympatii dla kłapoucha, ciągle skarży się żartobliwie na podrapanie lub pogryzienie, narzeka też, że mimo wszelakich starań z jej strony, Flafunia nie robi tego, czego ona od niej oczekuje, podczas gdy siostra osiąga dany efekt zaledwie spojrzeniem w kierunku królika.

Króliki to bardzo ciekawskie stworzenia.

Flafunia na dzień dzisiejszy zna każdy kąt w Pokoju Dziewczyn. Przez pierwsze dni dziewczyny się śmiały, że tylko wietrzą klatkę, gdy otwierały drzwi, ale Fluffy nie wychodziła. Po jakimś czasie zaczęła wystawiać głowę z klatki, aż w końcu wyskoczyła i zrobiła pierwszą rundę w promieniu 1 metra wokół klatki. Potem z dnia na dzień zataczała coraz szersze kręgi, zaglądając w każdy kąt, stając na tylnych łapkach by sprawdzić co jest wyżej króliczych uszu i o wszystko zahaczając zębami.

Króliki nie bez kozery nazywa się GRYZONIAMI,

Zębami badają każdą napotkaną rzecz i gryzą. W zęby trzeba wziąć dywan, buta, drugiego i trzeciego też, trzeba skosztować jak smakuje plecak i sprawdzić jak się gryzie podręcznik szkolny. Podgryzanie skarpet na stopach i portek na nogach to wręcz królicze hobby, które bywa niekiedy dla ich posiadacza bolesne, gdy niechcący złapie się materiał razem ze skórą.  Fluffy uwielbia też słuchawki, a raczej kabelki od nich. Młoda straciła już kilka słuchawek w ten sposób. Co ciekawe inne kable jej aż tak nie rajcują - wystarczyło kilka razy powiedzieć NIE, gdy zbliżała się do gniazdka, w którym tkwiła wtyczka z kabelkiem i pomogło. Widok słuchawek jednak działa na nią wabiąco :-)
smakowanie dywanu

Kable trzeba trzymać z daleka od królika, bo ich przegryzanie może być śmiertelne.

Króliki lubią się przyglądać, co robimy i uczestniczyć aktywnie w naszej "zabawie".

Kiedyś przyniosłam ze strychu 3 torby ubrań orozmiarwiększych z darów od różnych ludzi (bo Młoda znowu urosła wzwyż i wszerz), wywaliłam to na stertę w pokoju, po czym nagoniłam Młodą do przymierzania oraz posegregowania co nadaje się do noszenia a co do kontenera. Flafunia oczywiście błyskawicznie wkicała na sam środek sterty i zaczęła zębami wyciągać do góry poszczególne ubrania. Okazało się że niektóre materiały wyjątkowo jej leżały w pyszczku, bo uparcie je tarmosiła i wywracała na drugą stronę. A my wszystkie miałyśmy ubaw przedni z tego modowego asystenta.
Króliczek od pierwszych dni dzielnie też asystuje przy odrabianiu lekcji. Młodej pomaga też obsługiwać laptopa, a czasem nawet czatuje z jej kolegami łażąc po klawiaturze :-)

Króliki chętnie wskakują na łóżko.

Gdy teren wokół klatki został zbadany, trzeba było sięgnąć wyżej. Pierwszy skok na łóżko wymagał wielu przysiadów. Podobnie było z zeskokiem, ale gdy już coś raz się uda, to potem już idzie gładko. 

Królik to psuj. 

Gdy już jest na łóżku, to za chwilę zaczyna "kopać dziury" w pościeli (jeśli ktoś by miał delikatną, to raczej nie pozostanie bez szwanku), chowa się pod kołdrą i włazi na góry poduszek. Oczywiście podgryza też od czasu do czasu i po którymś podejściu udaje jej się wydziurować pościel albo i poduszkę. 

każdą rzecz trzeba dokładnie zbadać

Zostawia też wszędzie bobki.

Młody królik - jak każdy żywe stworzenie - musi się dopiero nauczyć korzystać z toalety, czyli załatwiać swoje potrzeby w wyznaczonym miejscu (albo raczej wybranym - króliki nie zawsze dają się reformować).  Na początku bobczy zatem, gdzie popadnie - na dywanie, pod biurkiem, na łóżku. Na szczęście królicze bobki nie są jakoś przerażająco ohydne i spokojnie można je pozbierać, i wrzucić do kuwety. Cała Trójca radzi sobie z tym świetnie :-) Królik bobczy też, jak się przestraszy, więc 

lepiej nie drzeć ryja w pobliżu pupila i nie skakać jak opętaniec.

Królik jest idealnym pupilem dla ludzi nie uznających krzeseł.

Dziewczyny - podobnie jak ja kiedyś - uwielbiają odrabiać lekcje na podłodze. Dla królika to świetna sprawa, bo może im towarzyszyć. Lubi się wtedy położyć w pobliżu i drzemać. Od czasu do czasu się przebudzi, podkica, podwędzi jakąś kartkę albo gumkę do mazania i zwiewa. 


Króliki są pieszczochami i uwielbiają głaskanie.

Flafunia ma swoje miejsca niedotykowe, ale poza tym lubi pieszczochanie, głaskanie po króliczych plecach, drapanie za uszami i głaskanie króliczego nosa. Byle do pyska się nie zbliżać zbytnio z paluchami, bo hapsnie i zawarczy. 

przyłapana na podgryzaniu tornistra


Króliki są bardzo szybkie i szalone.

Najczęściej królik kica sobie spokojnie po całym pokoju, ale miewa też nagłe napady szaleństwa, gdy zaczyna gonić po pokoju z taką prędkością, iż widzimy tylko szarą smugę, z rozpędu wskakuje na łóżko i zeskakuje pędząc dalej. Od czasu do czasu bije łupce tylnymi nogami, co może człowieka przestraszyć, gdy jest cicho a tu nagle ŁUP!

Ma też swoje ulubione miejsca w pokoju. 

Gdy znudzi się harcami po pokoju, rozciąga się jaka długa na podłodze z nogami do tyłu i stopami do góry. Ulubione miejsca Fluffy to pod kaloryferem, koło szafy i pod biurkiem.


Królik może też narobić obciachu przy koleżankach.

Jako się rzekło Fluffy to królik ciekawski i wszędobylski. Zajrzy do każdego kąta i każdej dziury. Jak znajdzie coś fajnego, to biegnie z tym do klatki albo na środek dywanu koło klatki. Kiedyś próbowała nawiać z blokiem A4, który zlokalizowała pod stertą innych papierów na dolnej półce - akurat na wysokości pyska królika stojącego na dwóch łapach. Trochę za duży jednak okazał się eksponat i sztuka się nie udała. Wydarła blok z półki ale daleko z nim nie zaszła bo jej pysk na ziemię zwaliło. Czasem jednak zagląda Młodym do tornistra i stamtąd coś ukradnie. Nie dawno na przykład gwizdnęła podpaskę i zaniosła na środek "swojego" dywanu. 
- No weźcie tego królika, niech nie robi obciachu - mówi Młoda - przyjdą koleżanki a tu podpaski na środku pokoju. 


Królik nie jest stworzeniem dla domatorów.

W sklepach mamy duży wybór przysmaków dla królików, ale najlepsze królicze przysmaki dostaniemy za darmo. Tylko trzeba codziennie ruszyć zadek z domu i pójść nadrzeć trawy, mleczy, babki i innych chwastów których nie brakuje nawet w przydrożnych rowach (mówię o wsi, po zjedzeniu roślin zerwanych koło autostrady króliczysko gotowe wykitować), nie zaszkodzi też od czasu do czasu dobrać się do jakiejś dzikiej wierzby, leszczyny czy czyjegoś sadu. Teraz jest świetna pora, bo ludzie obcinają drzewa i świeżych gałęzi z wierzby pod dostatkiem wszędzie leży. Nie długo powinni zacząć przycinać sady, a wtedy będziemy nosić gałęzie jabłoni i gruszy.

Króliki lubią obgryzać bazie i pąki liściowe oraz zjadać świeże gałązki wierzby i drzew owocowych.

Ścierają przy tym zęby, które - jak zapewne wiecie - królikom rosną przez całe życie.
U nas cała rodzina znosi do domu żarcie dla królika. Dziewczyny wracając ze szkoły wypatrują mleczy przy ścieżce rowerowej, zrywają też gałązki wierzby. Ja też czasem zatrzymuję się wracając z pracy by narwać krwawnika czy babki lancetowatej, bo królik to lubi. Z lasu przynosimy leszczynę. We własnym ogródku ścinamy nożyczkami trawę. W czasie weekendu tata z synem też często wędrują w poszukiwaniu króliczych smakołyków na pastwiskach.

Królika kupiliśmy z myślą o Najstarszej. Mieliśmy już królicze doświadczenia z Polski i wiedzieliśmy, że królik jest bardzo przyjaznym i kochanym stworzeniem, więc spodziewaliśmy się, że powinien się spodobać całej Trójce. Jednak muszę przyznać, że efekt ostateczny przerósł znacznie nasze oczekiwania. Flafunię pokochała cała rodzina. Cała Trójca się o nią troszczy - karmią, donoszą wody, głaszczą, czeszą codziennie. Młody po przebudzeniu od razu biegnie do dziewczyn witać się z Flafunią, wieczorem przed spaniem też musi do niej zajrzeć i się pożegnać. Dziewczyny narzekają czasem że gryzie po stopach, psuje wszystko, bobczy za dużo, czasem hałasuje w nocy i straszy, ale ją uwielbiają. Młoda się śmieje, że Fluffy umie udawać aniołka, bo ona żali się koleżankom, że królik jest ogromnym nicponiem, a gdy koleżanki przychodzą w gości, to królik grzecznie leży cały czas ruszając tylko noskiem jak aniołeczek :-)

Królik to super pupil, choć zdecydowanie nie dla każdego.

Na królika nie powinien decydować się ten, kto:
- nie lubi zwierząt (znam takich debili - niech im dupa odpadnie - którzy jednak kupują zwierzę)
- ma obsesję na punkcie czystości (królik bardzo śmieci)
-  nie lubi siedzieć na podłodze (królik lubi jak ktoś się zniża do jego poziomu)
- nie ma cierpliwości (bez niej ani rusz)
- nie toleruje nieposłuszeństwa (królik to indywidualista)
- lubi się lansować ze zwierzakiem na mieście (z królikiem się nie chodzi spacery)
- nie lubi łazić po łąkach i lasach (świeżych gałęzi raczej w sklepie nie kupi)
- często musi wyjeżdżać na kilka dni (króliki nie lubią podróżować ani zmieniać otoczenia)

Dziś uważamy, że królik jest dla naszej zwariowanej rodzinki  zwierzątkiem idealnym.

Kot śmierdzi (sprzątam u ludzi, którzy mają koty w domu - z kuwety dorosłego  kocura zawsze wali jak z wylęgarni troli nawet jeśli się w niej sprząta kilka razy dziennie) i wszędzie te kocie kłaki mimo że kot jest czesany i więcej niż zadbany; poza tym nie przepadam za kotami (nie to że nie lubię, bo lubię wszystkie stworzenia, ale jakbym miała wybierać to już wolę węże czy legwany niż koty). 

Pies to za dużo obowiązków i za wielka odpowiedzialność jak dla mnie. To nic sobie dziś wziąć pieska, jakoś przeżylibyśmy początkowe siusianie i psucie wszystkiego, pewnie nawet było by nas stać na fryzjerów (nie wyobrażam sobie kąpania psa pod prysznicem), weta i psie żarcie. Jednak pies żyje kilkanaście lat, a ja nie zamierzam przez najbliższe 15 lat pracować na pół etatu, "bo mamy psa". Zaś w opcji gdy wszyscy są poza domem po 9-10 godzin kupowanie psa wydaje mi się zwykłym chamstwem wobec tej istoty, która musiała by ten czas spędzać sama w domu. Poza tym pies też śmierdzi, żeby nie wiem jaki był zadbany, wystarczy że pada deszcz, a stary pies śmierdzi jeszcze bardziej (nie jednego psa mieliśmy w swoim życiu więc wiem coś na ten temat), a przecież trzeba się nim opiekować aż do śmierci. No i te kłaki wszędzie - na zasłonach, na kanapie, na dywanie, w jedzeniu. Odkąd sprzątam u psiarzy zaczęło mnie to wyjątkowo irytować - odkłaczanie domu to syzyfowa praca i nigdy się w takie gówno nie dam wrobić we własnym domu, bo mam tu i bez tego roboty do bólu. 

Taki królik zakłacza tylko jedno pomieszczenie i to nawet - powiem wam - nie za bardzo, a przerobiliśmy już zmianę owłosienia. Kurzy za to bardzo, bo lubi przekopywać w misce i w kuwecie, ale przy trójce dzieci oraz średnio szczelnych oknach kurzu ci i tak u nas dostatek - pół centymetra w te czy wewte nie robi różnicy - ważne by pamiętać iż kurz rozłożony równomiernie nie rzuca się w oczy ;-) 


28 lutego 2017

Krokusy zakwitły - pora na ferie :-)

Młode siedzą od poniedziałku w domu, bo właśnie nadeszła pora na przerwę w nauce, czyli tzw ferie krokusowe (krokusvakantie). Starzy niestety ferii nie mają i muszą chodzić do roboty, przeto młodzież przez część dnia musi sobie radzić sama, a radzi sobie doskonale. 

nasze krokusy ciągle zamknięte, bo rosną w cieniu a do tego pada

Pamiętam te czasy, gdy zaczęłam pracować - ileż miałam obaw przed zostawianiem Trójcy samopas w domu, ile mnie to kosztowało nerwów każdego dnia i jak bardzo mnie wkurzały ferie. 
Ledwie zaczynałam pracę, dzieci już dzwoniły z problemami typu:  Młody spadł ze schodów, Młody ma 38 stopni gorączki, czy możemy ugotować budyń?  czy możemy upiec gofry? siostrę bardzo boli brzuch, Młody chce do mamy... 30 telefonów w ciągu 4 godzin. Dziś jest to zwykły dzień, nawet nie myślę, że są ferie. Wychodząc rano z domu, powiadamiam o tym fakcie dziewczyny i ani przez sekundę nie myślę w pracy o nich. Z wyjątkiem tych dni, gdy co najmniej jedno jest chore, ale to oczywiste. Dziś wiem, że w razie czego dzieci mogą pójść do sąsiada po pomoc, bo znają sąsiadów, wiedzą kto jest w domu cały czas, a kogo nie ma, mówią dobrze po niderlandzku, wiedzą gdzie jest lekarz, gdzie apteka, gdzie sklep, mają numery telefonów do różnych znajomych, do których można się zwrócić o pomoc, gdyby taka potrzeba zaistniała. Ta świadomość bezpieczeństwa pozwala mi iść do pracy w spokoju. Oczywiście nie bez znaczenia jest też fakt, że Młody ma dziś 5 lat a nie 3. Jest już dużym i samodzielnym chłopcem, który świetnie sobie radzi bez mamusi. Gdy wracam z pracy, wysłuchuję relacji z minionych godzin, o tym jak to siostry były niegrzeczne i nakrzyczały na niego, o tym jak jednak były fajne i zabrały go do lasu, ale głupia siostra powiedziała że jest ciepło i nie trzeba kurtki a on zmarzł. Chwali się że sam sobie zrobił kanapkę z szynką a siostry ugotowały budyń lub kisiel i się z nim podzieliły. Cieszę się, że mój syn nie jest już ciapciowatym maluszkiem, który wymaga opieki 24 godziny na dobę i beczy z byle powodu. Jestem szczęśliwa, że dziś ma już 5 lat i umie sam się ubrać, wykąpać, zrobić sobie jedzenie.
torcik brownie  -  urodziny w przedszkolu

W sobotę nasz syn świętował swoje piąte urodziny z najlepszymi kolegami i koleżankami. Już w zeszłym roku postanowiliśmy, że w tym roku urządzimy mu urodziny, na które będzie mógł zaprosić kolegów z klasy, bo takie domowe z rodzicami i ciociami nie bardzo go satysfakcjonowały. Bo niby dlaczego siostry mogą zapraszać na imprezy swoje koleżanki a on nie? Cóż, starsze rodzeństwo jest wszak wzorem do naśladowania, co nie zawsze podoba się nam rodzicom. 

Oczywiście poszliśmy na łatwiznę i przyjęcie urządziliśmy w krytym placu zabaw. Przyjemność kosztuje 11 € od osoby, więc liczbę gości ograniczyliśmy do 9 dzieci. Z jakiegoś dziwnego powodu nastawiłam się na to że Młody zaprosi chłopców, jednak on listę zaczął od dziewczynek. Ostatecznie zebrało się 5 dziewczyn i 5 chłopaków. 

Takie urodziny w "kulkach" to świetna sprawa. Niczym się człowiek nie martwi, nie myśli co zrobić do jedzenia, jak zorganizować te trzy godziny (belgijski standard urodzinowy) i co najważniejsze nie ma zdemolowanego domu. W cenie 11€ mamy wejście do sali zabaw (zjeżdżalnie, trampoliny, baseny z kulkami, sanki, mega klocki), dowolny napój (cola, fanta, woda, mleko czekoladowe etc etc), 2 naleśniki oraz miniprezencik dla każdego uczestnika.  Oczywiście dzieci gonią cały czas po tych wszystkich zjeżdżalniach i dla niektórych jeden napój to zdecydowanie za mało, dlatego trzeba było dobierać i donosić non stop jakieś pićka. Niektóre dzieciaki jeszcze okazały się mamusiowcami, więc ich mamy postanowiły na wszelki wypadek zostać, więc było nam starym raźniej i weselej. Wszak 3 godziny siedzenia i patrzenia na bawiącą się i niemożebnie hałasującą dziatwę nie jest zbyt fascynującym zajęciem. Młody zaprosił najfajniejsze dzieci i wszystkie okazały się słodziakami - ładowały się po dwoje na kolana i przytulały, robiąc słodkie oczy przychodziły prosić o monety do pojazdów na akumulator albo o kolejny napój. Pewien kłopot pojawił się tylko na samym początku imprezy - wszyscy chcieli siedzieć obok solenizanta, dziewczynki się popłakały nawet. Jednak w końcu jakoś się dogadali wszyscy i dalej już poszło łatwo. Od czasu do czasu trzeba było kogoś przytulić, zaprowadzić do toalety, obetrzeć nos lub pomóc odnaleźć resztę grupy. W tej sali było tego dnia kilka różnych przyjęć zatem dzieci było wielkie mrowie i czasem ten i ów gubił się w tłumie :-)

Przyjęcie uważamy za udane. Młody się wyszalał z przyjaciółmi i dostał mnóstwo prezentów. W przyszłym tygodniu kolejne urodziny. Tym razem u klasowego kolegi. Przed swoimi też już zaliczył jedną imprezę urodzinową - 2 dziewczynki zaprosiły go na przyjęcie, które odbyło się w szkolnej sali gimnastycznej. Tam było równie wesoło.

Zatem sezon przyjęć urodzinowych przedszkolaków uważam za rozpoczęty :-)

19 lutego 2017

Czy ja kiedyś zniknę? Obawy pięciolatka

Szkoła to czasem potrafi narobić problemów rodzicom i dzieciom.

W zeszłym tygodniu wymyślili se w przedszkolu temat "zwierzęta domowe". Można było się zgłosić w który dzień przyjdzie się do szkoły z pupilem. Młody oczywiście się pochwalił, że ma królika i nie mógł się pogodzić, że nie pokaże go kolegom. Udało mi się jednak go przekonać, że po pierwsze nie mamy klatki podróżnej dla Flafunii, po drugie na rowerze byśmy jej nie zawiźli przecież, bo zimno i mogłaby chorować. No a poza tym tam jest bardzo dużo dzieci, których Flafunia nie zna i ona bardzo by się przestraszyła, gdyby chciały jej dotykać. No, on nie chce by Flafunia się bała... To tylko zdjęcie wystarczy. Uff.

Tydzień minął, w szkole były pieski i kotki, i juf też tylko zdjęcie kota swojego przyniosła bo kotek nie mógł pójść do szkoły. No i było by okej, ale jak opowiadali o swoich zwierzętach, to jemu się przypomniała nasza słodka myszka, której już nie mamy i za którą on bardzo tęskni... Zaczął płakać wieczorem w łóżku i nie mógł się uspokoić. Ta myszka (a raczej chomik) nie żyje od dawna, no ale co trzeba było se o niej nagle przypomnieć. Zapytał dlaczego jej nie ma. Powiedziałam że po prostu umarła i poszła do myszkowego nieba. Ale on  tęskni za nią. On chce ją mieć i tulić. On nie chce by była w niebie, by zniknęła, chce by była zawsze. I dlaczego jej już nie ma? I tak w koło i zalewa się łzami. Udało się nam sprowadzić rozmowę na inny temat, ale tylko na chwilę. Nasz syn nie da łatwo za wygraną i za chwilę znowu zaczął płakać i drążyć temat. No i wtedy gdzieś mi się wymsknęło że wszystko kiedyś umiera...
- To ja też umrę?
No i tu się dopiero zaczęło. I trwa już ponad tydzień. Młody ciągle drąży temat, bo nie znalazłam jeszcze właściwej odpowiedzi na jego niekończące się pytania. Tego faceta byle kitem nie zbędziesz, bo jest za mądry i dociekliwy i śledztwo musi doprowadzić do końca. 

A niektórzy mówią, że to sprawy rozmnażania i różnicy płci niby są trudne do omówienia z dziećmi. Z tym nie miałam żadnych problemów, bo znam odpowiedzi i mówię jak jest, nie muszę bajek wymyślać i lać wody.

Co ja mu powiem na temat śmierci, jak same nic nie wiem na ten temat? 

Czy on też umrze? Powiesz zgodnie z prawdą że tak, to będzie płakał że nie chce umierać. Nie jest ważne że to kiedyś tam daleko daleko, ważne że jednak.
Powiesz że nie, to on przeanalizuje przyszłość, jak to będzie kiedyś tatą i będzie chodził do pracy, a potem będzie dziadkiem i będzie jeździł na motorze z małymi wnukami... Już ten temat przerobiliśmy milion razy, jest świetnie przygotowany. Ale co będzie potem jak już będzie bardziej stary, a potem? Czy potem jednak umrze?

AAAAAAAAAA!

A co to znaczy że umrze? Czy to znaczy że zniknie?  On nie chce zniknąć. Czy myszka zniknęła? A czy mama też zniknie? a tata?

I idzie nagle do bajek albo do zabawy i za godzinę przychodzi, włazi na kolana i ze łzami w oczach pyta czy zniknie.

Próbowałam bajkę o niebie, w którą sama jakoś nie wierzę, więc byłam chyba mało przekonywująca. Poza tym on nie chce iść do żadnego nieba, bo nie wiadomo co to jest i może być strasznie, czy coś.

Pojawił się temat reinkarnacji, ale on nie chce być biedronką ani tygrysem, tylko "ludziem ale nie dziewczynką, cały czas chce być chłopcem".

I tak oto tydzień z pupilem w przedszkolu może być przyczynkiem do poważnej zadumy nad tematem przemijania i obaw pięciolatka.


18 lutego 2017

Zrezygnowałam z kursu i co teraz?

Intensywny kurs niderlandzkiego to super sprawa. W zeszłym roku w ten sposób zrobiłam trzy i pół poziomu, dokładnie 2.1, 2.2 i 2.4 plus najważniejsze tematy oraz gramatykę z 2.3 (stąd to pół). Nasza nauczycielka była bardzo wymagająca a grupa nastawiona na naukę (są grupy w których ludzie nie do końca wiedzą, po co się chodzi do szkoły - chodzą np by pogadać sobie po francusku albo po polsku z koleżankami czy kolegami, chodzą by im dali papier przy czym oburzają się,  że ktoś od nich oczekuje wykonywania jakichś "głupich" ćwiczeń w klasie ("no myśli ja bedę gadać z jakiemiś Arabami, Chińczykami, Polakami, kobietami"), robienia zadań domowych ("no myśli, że ja mam czas w domu"), nie akceptują faktu, że rozmowy w innym języku niż niderlandzki nie są mile widziane i że nauczyciel tylko w takim języku mówi (głównie na poziomie 1.1 i 1.2, ale nie tylko) co jednak nie stanowi problemu w zrozumieniu tego co mówi, o ile ktoś raczy łaskawie słuchać a nie gadać z sąsiadem przez całe lekcje. W mojej pierwszej grupie był też typ, który rzadko bywał na lekcjach, a potem robił nauczycielce awanturę, że ona nie mówi po francusku, oczywiście mając w dupie fakt, że nie cała grupa w tym języku rozumie, ważne że on by rozumiał. Nic to. W mojej grupie w Mechelen byli akurat sami normalni ludzie, dzięki czemu przez tamten rok zrobiłam bardzo duże postępy jeśli chodzi o język niderlandzki. Mniej lub bardziej znajomi Belgowie, w tym nauczyciele niderlandzkiego (nie moi) chwalą, że mówię już bardzo dobrze, czasem oczywiście mnie poprawiają, jak robię jakieś podstawowe śmieszne błędy i to jest dobre, bo łatwiej się zapamiętuje się takie pojedyncze uwagi. Sama widzę swoje olbrzymie postępy. Po czym to stwierdzam? Zapytacie pewnie. Nie tylko po opiniach znajomych, bo "dobrze mówisz"  słyszałam już stopniu 1.2 hehe.
Swoje postępy oceniam np po wywiadówkach szkolnych :-) To bardzo miarodajny - moim zdaniem - test. 
Pierwszy raz "rozmawiałam" z flamandzkimi nauczycielami w 2013 roku w listopadzie. Nie rozumiałam ani jednego słowa :-) Na pierwszej wywiadówce byłam ze znajomą, która tłumaczyła. Nadal nie kumałam nic z tego co one mówiły.
W maju/czerwcu 2014 byłam się w stanie już jako tako porozumieć w podstawowych sprawach, prostymi słowami. Ciągle na poważniejsze rozmowy musiałam chodzić z tłumaczem.
Pierwsze wywiadówki w szkole średniej odbywały się z pomocą polskiej nauczycielki matematyki z tejże szkoły. Sporo rozumiałam sama, ale trudniejsze rzeczy musiała ona tłumaczyć i wyjaśniać.
Na ostatnich wywiadówkach w poprzednim roku szkolnym była nadal czasem obecna pani Edyta, ale w sumie to głównie rozmawiałyśmy wszyscy po niderlandzku. 
Byłam też na dwóch uroczystych rozpoczęciach roku (przywitaniach pierwszaków) w tej samej szkole (czytaj: dyrektor nawija zawsze o tym samym). Na pierwszym zrozumiałam piąte przez dziesiąte, na tegorocznym prawie wszystko. 
Oczywiście mam świadomość, że nauczyciele (i inni ludzie też) mówią do mnie prostszym językiem i zwykle wolniej niż do "swoich" i jeśli idzie o szybką wymianę zdań, dyskusję prowadzoną przez Belgów, czy choćby audycje radiowe to już wyższa szkoła jazdy i nie wszystko rozumiem. Ba, czasem prawie nic, jak nawijają za szybko lub z jakimś lokalnym akcentem czy tym bardziej dialektem, to nie ma szans.

Tak, ten problem załatwił by w dużej mierze poziom 3, który składa się z dwóch części. Jednak ostatnio powiedziałam sobie dość. Dlaczego? Bo mi się siła skończyła. Dlatego. Jak człowiek budzi się w nocy i przypomina sobie, że najprawdopodobniej zapomniał wytrzeć do sucha wanny u pani A albo odstawić na miejsce rzeczy w pracowni u pana B, albo nie jest pewien czy jutro pracuje u pani C czy też D a może u obydwu, albo w połowie pracy musi 3 razy siadać na schodach bo ma zawroty głowy, to znaczy że pora z czegoś zrezygnować i dać se na luz. No z pracy przeco nie zrezygnuję, najchętniej to bym więcej pracowała, bo potrzebujemy jeszcze dużo więcej pieniędzy by żyć swobodnie i nie martwić się, gdy nagle wypadną jakieś większe wydatki, a takich momentów nie brakuje.

Mój poziom językowy na dzień dzisiejszy jest wystarczający by normalnie funkcjonować w belgijskim społeczeństwie. Bez większych problemów jestem w stanie porozumieć się w szkołach, u lekarzy, w urzędach, w pracy, z sąsiadami i znajomymi. Mam też wystarczające kompetencje językowe do starania się o tutejsze obywatelstwo w przyszłości. W związku z czym po przemyśleniu stwierdziłam że spokojnie mogę zluzować ze szkolną nauką, która jest bezsprzecznie metodą najefektowniejszą, ale wszak nie jedyną na poprawę swoich umiejętności językowych.

Jakie są inne sposoby? Różne, każdy ma swoje. Ja opowiem o moich.

Mowę najlepiej szlifować podczas rozmów z innymi ludźmi. Robię to na  co dzień w robocie, w sklepie, w urzędach, w szkołach, u lekarzy etc.

Już wspominałam chyba, że wybierając się do jakiegoś specjalisty zawsze czytam wcześniej strony z poradami medycznymi na dany temat, wypisuję interesujące mnie słownictwo i zapamiętuję. Często dowiaduję się przy okazji, czego mogę się spodziewać na wizycie u danego znachorologa w Belgii i jakie są różnice pomiędzy Belgią a Polską, a czasem są duże zarówno w kwestii podejścia do człowieka, wyposażenia gabinetów jak i metod badań i usług, które są w "standardzie" (czyli bez dodatkowych niespodziewanych opłat i wizyt w innych placówkach). Ale o tym napiszę osobny post kiedyś. Podobnie zapoznaję się z nowymi słówkami szykując się do jakiejś rozmowy w urzędzie, która dotyczy konkretnego tematu.

Myślę o tym, by zacząć uczestniczyć w lokalnych cafe combine.
Co to jest? Ano miejsca, w których w określonym czasie spotykają się ludzie uczący się niderlandzkiego, którzy chcą sobie w tym języku pogadać i przy okazji nawiązać nowe znajomości. W spotkaniach tych uczestniczą również miejscowi wolontariusze, czyli rodowici Belgowie, tudzież inni dobrze władający tym językiem. W mojej okolicy (w promieniu 10 km) jest np dwa takie miejsca. Raz na miesiąc spotkania odbywają się w jednej z bibliotek publicznych, inne mieści się w kafejce. Czekam tylko żeby się ociepliło, bo - co tu dużo gadać - nie chce mi się na rowerze jeździć w zimno i to po ciemku jeśli nie muszę, a wiadomo że te spotkania to raczej wieczorami, jak ludzie mają czas.

Kolejny pomysł - na trochę dalszy czas (np lato z długimi wieczorami) to zapisać się na jakiś kurs dla dorosłych, ale nie językowy. Na przykład szycie, robienie na drutach, fotografia, gotowanie... w CVO jest tego od groma nawet u nas na wsi, a kosztuje zwykle do 200€ plus oczywiście ewentualne produkty czy inne gadżety. Podczas takich kursów też - podobnie jak wyżej - zawsze jest okazja do poznania ludzi i pogadania po niderlandzku, a przy okazji nauczyć się można czegoś pożytecznego.
http://www.cvodeverdieping.be/cursussen-en-opleidingen

Od jakiegoś czasu słucham też systematycznie radia z telefonu, zamiast - jak wcześniej - empetrójek. Moją ulubioną stacją jest Radio 2. Dużo gadają na różne tematy i przy okazji można się wiele rzeczy dowiedzieć. No i grają dużo Flamandzkiej muzyki, co jest dużym plusem. Nie jest tajemnicą,  iż najbardziej popularne stacje ogólnie działają mi na nerwy - wszędzie te same kawałki w języku angielskim po kilka razy każdego dnia (zarówno w polskim RMFie, Zetce, czy tutejszym MNM lub Qmusic) i to takie na jedną nutę z sensem zerowym (jedno zdanie wkoło) ot muzyka dla niedorozwojów. Dlatego właśnie Radio 2 mi odpowiada bo jest bardziej swojskie i urozmaicone (jak  i polskie lokalne - kiedyś słuchałam Radia Rzeszów). Tylko czasem się wkurzam, jak o czymś bardzo interesującym mówią, a nie wszystko mogę zrozumieć, ale to tym bardziej motywuje do słuchania, bo im więcej słucham, tym więcej rozumiem, z kontekstu uczę się też nowych słówek, no i osłuchuję się z wymową.

Kolejna rzecz, to to co tygrysy lubią najbardziej, czyli czytanie. W necie czytam od czasu do czasu artykuły http://www.nieuwsblad.be/. Nie jest to gazeta wysokich lotów, bardzo nastawiona na sensację (im więcej makabry i nieludzkich zachowań tym lepiej się sprzeda), ale artykuły są dla mnie zrozumiałe i czasem dobrze pierdół poczytać. Gdy jestem w jakimś dużym mieście na dworcu lub jadę gdzieś pociągiem, sięgam też po Metro. Dla niewtajemniczonych Metro jest belgijską gazetą codzienną wydawaną w języku francuskim i niderlandzkim (dwie różne gazety dostępne zależnie od regionu w adekwatnym języku), którą za darmo można sobie wziąć ze specjalnych stojaków na większych dworcach pociągowych. Przynajmniej rano, bo po południu zwykle już nie ma szans. Często leżą też w pociągach, bo ktoś przeczyta i zostawi na półce lub na siedzeniu i wtedy można skorzystać. Artykuły są krótkie, pisane w miarę prostym językiem. Polecam.

Od jakiegoś czasu czytam też książki. Zaczęłam w sumie już w pierwszym roku w Belgii... od tych dla przedszkolaków :-) Potem zaczęłam czytać książki dla młodzieży, których mamy trochę w domu, bo podostawaliśmy od różnych ludzi. Na początku jednak zbyt wiele nie rozumiałam i wkurzało mnie, że muszę co 5 minut zaglądać do słownika. To mnie zniechęciło, a gdy dostałam czytnik e-booków, a co za tym idzie nieograniczony dostęp do polskich książek, które mogłam sobie kupować przez internet (w takim np Virtualo przy promocji za 10 € można i 3 niezłe powieści kupić a zamówienie, zapłacenie  i pobranie książki nie trwa więcej niż wypicie kubka kawy), zapomniałam o czytaniu po niderlandzku. Nagle przyszedł taki dzień, że młoda zapomniała, że miała przeczytać książkę (miała na to 3 miesiace!) i ja też zapomniałam że ona ma czytać, no i nagle na "za tydzień" trzeba było się przygotować do odpowiedzi. Oni tu dostają schemat przygotowań do omówienia lektury, który to schemat trzeba wykonać punkt po punkcie - a tam są pytania typu: dlaczego tę książkę wybrałeś? o czym ona jest? gdyby kręcili film to kogo chciałbyś zagrać, a kogo nie i dlaczego? Wymyśl alternatywne zakończenie albo kontynuację? i temu podobne, czyli zupełnie inaczej niż w Polsce - większa swoboda wypowiedzi, pole do popisu i fantazji, bardziej kreatywne zadania. Jednak książkę przeczytać trzeba. W tym wypadku było nakazane przeczytać dowolną książkę Ronalda Dahla. W domu mieliśmy Matyldę. Nie jest to jakieś opasłe tomisko, ale jednak w obcym języku. Przeczytałam na poczekaniu w ciągu kilkunastu minut, częściowo na głos wybierając co ważniejsze rzeczy dla Młodej (polecam - ładna opowieść, po polsku też jest). Potem razem przeczytałyśmy wikipedię i inne podobne cudowne źródła i przygotowałyśmy się do odpowiedzi. Jednak przymusowa lektura tej bajki uświadomiła mi, że czytanie ze zrozumieniem po niderlandzku jest już możliwe. Postanowiłam spróbować więc trudniejszych rzeczy. Po przeczytaniu połowy Zmierzchu (więcej nie dałam rady ze względu na bardzo drobny druk - 40letnie oczy bardzo się męczą przy czytaniu przy lampce nocnej, a książka nie ma takiego fajnego podświetlania jak czytnik niestety) potwierdziłam poprzednią teorię. Rozumiem, co czytam. Nie muszę tłumaczyć każdego słowa, którego nie rozumiem, bo nie jest to konieczne do zrozumienia tekstu jako całości. Jednak od czasu do czasu sięgam po słownik albo translator googla w telefonie, by sprawdzić słowo które widzę po raz dziesiąty w tym samym rozdziale, a tylko się domyślam, co ono znaczy. Zapisuję te słowa wraz z tłumaczeniem. Notuję też wyrazy, których  pisowni nie mogę zapamiętać, a także zwroty które rozumiem, ale które uznaję za przydatne w mowie codziennej. Ta lista leży na podorędziu i sobie do niej zaglądam. Na razie mam jedną stronę A4 zapisaną wyrazami z przeczytanych powieści i bajek dla dzieci. Bo właśnie trzeba tu wspomnieć, że odkąd bywam raz w tygodniu w bibliotece, wypożyczam tam tygodniowy zapas bajek dla Młodego i czytamy je co wieczór. To też jest dla mnie doskonałe ćwiczenie, a ile nowych słówek żeśmy się nauczyli. Młody sam czasem pyta, co znaczy dany wyraz i oczywiście stara się go zapamiętać. Tylko nie jestem pewna, czy to jest tak całkiem dobre dla mojego syna, wszak moja wymowa i akcent pozostawia sobie baaaardzo wiele do życzenia.

Od czasu do czasu zaglądam też na https://www.nedbox.be/
Strona z filmikami i artykułami o zwyczajach i codziennym życiu Belgii uzupełnianymi na bieżąco, do których dołączone są ćwiczenia na różnym poziomie. Na początku bardzo dużo z niej korzystałam, teraz mi się już trochę znudziło no i ćwiczenia są dosyć łatwe, czyli trochę nudne.

Od czasu do czasu muszę też oczywiście coś napisać po niderlandzku. Napisałam kilka nowych postów, ale nie mogę się zabrać za ich poprawienie... nnnno zwyczajnie nie chce mi się i już (ale kiedyś je opublikuję) a i czasu nie mam zbyt wiele. Zdarza mi się pisać też mejle w sprawach różnych - najczęściej do szkoły, bo to - jak wiadomo - wylęgarnia problemów wszelakich. Wtedy bardzo przydaje się strona http://www.vandale.nl/ Słownik języka niderlandzkiego, w którym sprawdzimy odmianę przez czasy i dowiemy się czy rzeczownik jest het czy de. Znajdziemy tam też oczywiście znaczenie danego słowa i przykłady jego użycia (po niderlandzku rzecz jasna). 

To moje pomysły na ćwiczenie i doskonalenie języka obcego. Na tymczasem wystarczy. Gdybym miała więcej siły i czasu najchętniej jednak chodziła bym na lekcje. Niestety zdrowie mam tylko jedno, a ono ma 40 lat i już się trochę wyeksploatowało. Już nie dam razy robić tego, co bez problemu robiłam 20 czy choćby 10 lat temu. Nie dam rady np siedzieć po nocach. Praca zaś, którą wykonuję w połączeniu z dojazdami rowerem są zaś diabelnie męczące w związku z czym chodzę spać z kurami, czyli w godzinach 20-21, a bywa że i wcześniej. Tylko w ten sposób jestem w stanie wstać jakoś normalnie o 6.30 i ogarnąć poranny bajzel (czytaj: wyprawić troje dzieci do szkoły, wyprać i samemu zjeść śniadanie oraz wypić kawę) a potem dojechać do pracy, przepracować co jest do przepracowania, wrócić, ugotować, czasem posprzątać, ogarnąć problemy szkolne  i ewentualne medyczne całej Trójcy. Fajnie też znaleźć z godzinkę dla siebie i/lub męża, ale czasem z tym trudno. Często jest tak, że tworzę rano w głowie listę rzeczy, które mam zrobić tego dnia. Potem je odptaszkowuję po kolei. W końcu mam już tylko: ugotować, odebrać Młodego, wydać obiad rodzinie i o 17.30 będę wolna... Zrobione. Zrobione. Zjedzone. Usiadłam... I kurwa nie mam sił by wstać i pójść się wykąpać po całym dniu. Nie mam sił ani nawet minimalnej chęci, by włączyć laptop, odpisać na mejle, zagadać do znajomych,  czy otworzyć książkę. Nie mam sił  by pójść do kuchni po kakao, nawet by pogadać czy się uśmiechać. Mam nadzieję, że to tylko przesilenie wiosenne i że wraz z ciepłem i słońcem przybędzie mi energii i chęci. Pisać też mi się nie chce tak nawiasem mówiąc. Mam wiele rozpoczętych postów na tematy różne, ale nie wiem, czy kiedykolwiek zostaną opublikowane.


3 lutego 2017

40 spełnionych marzeń - mój własny raj na ziemi

W roku 2017 przypada zacna 40 rocznica mojego przyjścia na świat. Z tej okazji postanowiłam się zabawić tworząc listy 40 rzeczy, które...
mi się udały, 
które mnie w życiu ominęły, 
na które mam nadzieję, 
które mnie denerwują, 
które mnie bawią, 
które.... ROK JEST DŁUGI zobaczymy, jakie pomysły przyniesie ;-) 

Dziś przedstawiam Wam 

listę 40 rzeczy*, które mi się w życiu udały, które dały mi szczęście, radość lub satysfakcję

*rzeczy: wydarzeń, zjawisk, spełnionych marzeń, osiągnięć, sukcesów i spotkanych ludzi

Charakter i osobowość

Był czas i to dość długi, kiedy byłam wielce niezadowolona z tego, jaka jestem. Chciałam być kimś innym. Źle się czułam w swojej skórze. Po latach zrozumiałam, że  moje cechy wcale nie są takie złe tylko muszę przestać próbować być tym kim inni chcą żebym była, a być sobą.  Zaczęłam sobie wielce cenić swą oryginalność i być dumną z tego jaka jestem. Niepasujące mi cechy udało mi się trochę zmodyfikować, ale o tym będzie dalej.
Najbardziej cenię sobie w sobie ogromne poczucie humoru, cierpliwość, inteligencję, empatię, dziecięce spojrzenie na świat i to że z jakiegoś powodu ludzie mi ufają i mnie lubią...

Rodzina

40 lat temu
Bocian wyrzucił mnie w dobrym miejscu. Wychowałam się w fajnej rodzinie. Czasem miałam i mam nadal wiele zastrzeżeń co do cech i poczynań moich najbliższych, ale wątpię czy jest ktoś na świecie, kto takowych zastrzeżeń nie ma, bo jeszcze się taki nie narodził, żeby wszystkim dogodził. Rodzice czasem mnie wkurzali (tak jak ja zapewne wkurzam swoje Młode i wkurzałam swoich rodziców), rodzeństwo bywało upierdliwe, ale ogólnie byli do zniesienia :-) Rodzice dawali mi od małego wiele swobody, nauczyli mnie przy tym odpowiedzialności za siebie i innych. Z domu wyniosłam też zamiłowanie i szacunek do przyrody oraz  innych ludzi i ich pracy. Nauczyłam się pracować. W domu było też zwykle wesoło, a prawie każdej pracy towarzyszyła zabawa i wygłupy.

Szpagat 

Niby nic wielkiego taki szpagat, jednak rzadko chyba ktoś potrafi go zrobić ot tak. To było moje pierwsze poważne postanowienie, pierwszy konkretny cel, za którego realizację zabrałam się z pełną świadomością i osiągnęłam pełny sukces. Było to ponad 20 lat temu w szkole średniej. Nagle wymyśliłam, ŻE CHCĘ i zaczęłam ćwiczyć codziennie. Z każdym miesiącem widziałam postępy. Pełny szpagat zrobiłam po około 2 latach ćwiczeń. Niestety okazało się, że ćwiczenia uzależniają i codzienna gimnastyka już mi została jako skutek uboczny na długie lata.

Zdanie matury

Moja mama nie była zachwycona moją decyzją o pójściu do liceum, bo "zawodówka była by o wiele pożyteczniejsza". Nie miałam więc zbytniego wsparcia w kwestii mojej chęci zdobywania wiedzy. Do tego jako dziecko rolników miałam swoje obowiązki polowe. Nawet pomiędzy egzaminami maturalnymi z poszczególnych przedmiotów szłam w pole z motyką. Do tego  w domu mieliśmy dzidziusia - mam 16 lat młodszego braciszka, którego istnienie nie ułatwiało mi nauki, bo takie maluchy lubią być w centrum uwagi, a braciszek był słodziakiem oczywiście, ale upierdliwym jak to młodsi bracia (czy siostry) tylko potrafią. Nie miałam też zbytniej motywacji do nauki, bo wiedziałam, że na studia i tak jestem za biedna. Jednak jakimś cudem maturę zdałam i cieszę się z tego.

Praca w bibliotece. 

Już mając 4 lata, chciałam być bibliotekarką. Serio. Później pomagałam babci w bibliotece, czytałam mnóstwo książek i marzyłam, że kiedyś to ja będę rządzić tym królestwem książkowym. Babcia mi przychwalała podśmiechując się pod nosem z moich wielkich dziecinnych planów. Potem na jakiś czas zapomniałam o tym (babcia też) bo w liceum były inne ważne sprawy,  ale ostatecznie zaraz po maturze zaczęłam pracować w bibliotece. Spełniło się więc moje pierwsze  marzenie. 

Trening wschodnich sztuk walki.

Pamiętacie "Wejście smoka" z Brucem Lee? Po obejrzeniu tego filmu po raz pierwszy, zaczęłam marzyć, by robić coś podobnego. Oglądałam wszystkie filmy związane ze sztukami walki. Gdy mówiłam o tym, że chciałabym trenować kung fu lub karate, to się wszyscy ze mnie śmiali, bo "ja się do tego nie nadaję przecież". Dopóki chodziłam do szkoły, nie było mnie na to stać, ale jak tylko zaczęłam pracować, zapisałam się do klubu. Mama uważała, że to niepotrzebne wyrzucanie pieniędzy... Cóż, to były moje pieniądze i nie żałuję, że je "wyrzuciłam", bo mogłam spełnić swoje drugie wielkie marzenie.

Zaistnienie w mediach publicznych 

Coś o czym chyba każdy marzy po cichu i z czego większość ludzi się cieszy. Może nie jestem, ani też nigdy nie byłam, kimś specjalnie znanym, ale miałam swoje 5 minut, po których byłam rozpoznawana na ulicy w swojej okolicy. Dla takiej szarej myszki jak ja było to niewątpliwie przyjemne doświadczenie. Najpierw w gazetach lokalnych i telewizji pojawiło się kilka razy moje zdjęcie i nazwisko w związku z relacjami z turniejów sztuk walki, gdzie czasem byłam zawodnikiem czasem organizatorem. Był też artykuł mojego trenera w kolorowym  (już chyba nie wydawanym) miesięczniku "Sztuki Walki Karate Kung Fu"z naszym (moim i koleżanki) z zdjęciem i to (moja osobista satysfakcja ;-)) zaledwie stronę przed dużym zdjęciem mojego idola Bruce'a Lee. Ważniejszy był jednak program w RTLu gdzie wystąpiłam z trenerem w pokazie z drewnianymi mieczami. 
W późniejszym czasie jako członek Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców brałam udział w telewizyjnej debacie w lokalnej telewizji, po którym znajomi z osiedla stwierdzili, że mam niezłe gadane hehe :-)
Teraz mam własnego bloga, na którego od czasu do czasu nawet ktoś zagląda oraz stałą rubrykę w belgijskiej gazetce polonijnej "Antwerpia po Polsku", zaś ostatnio udzieliłam wywiadu po niderlandzku do lokalnej wiejskie gazetki :-)
Żadna z tych rzeczy nie jest kto wie jakim sukcesem, nie jestem osobą sławną, ani popularną, nie zmienia to faktu, że z każdej się cieszę, bo każda znaczy dla mnie osobiście bardzo wiele.

Udowodnienie światu, że NIE jestem NIKIM tylko KIMŚ - osobista przemiana wewnętrzna

Z natury byłam dzieckiem nieśmiałym, zamkniętym w sobie, bojącym się odzywać niepytanym, stroniącym od ludzi. W szkole więc bardzo szybko dostałam odpowiedni przydział... na marginesie życia szkolnego, bo z takim cichym, nijakim i nieśmiałym dzieckiem nikt nie chce się bawić ani kolegować. Przez całe dzieciństwo, czyli do egzaminu dojrzałości (a nawet dłużej) nic się nie zmieniało - byłam niby w jakiejś klasie, ale jakby poza nią.
Moja przemiana wewnętrzna zaczęła się dzięki sztukom walki, gdzie moje wysiłki zostały docenione, gdzie mogłam coś osiągnąć, gdzie byłam motywowana do walki ze swoimi słabościami, gdzie mogłam robić to o czym marzyłam i osiągać małe sukcesy, które dla mnie jednak były wielkimi, bo ktoś to doceniał i chwalił, a nie tylko krytykował...

Pracę w bibliotece zaczęłam z wyraźnie wyczuwalną opinią społeczną, że "nie jestem właściwą osobą na to stanowisko". Jednak to było moje marzenie z dzieciństwa, przeto musiałam im wszystkim (w tym sobie) udowodnić, że się mylą. Na początku każdy dzień był dla mnie walką ze samą sobą, ze swoimi słabościami, z brakiem wiary w siebie i swoje możliwości. Co dnia musiałam sobie (i innym przy okazji) udowadniać, że coś potrafię. Stawiałam przed sobą zadania i je realizowałam. No, nie tak zupełnie sama. Mój brat dał się w ciągnąć w moje pomysły i pomagał mi w organizacji pierwszych (i późniejszych też) imprez w bibliotece i w szkole. Gdy kilka razy usłyszałam od swoich dawnych nauczycieli, że mam talent pedagogiczny, że świetnie sobie radzę z dziećmi, że mam fantastyczne pomysły, bardzo mnie to podbudowało i dodało skrzydeł oraz zmotywowało do dalszej pracy nad sobą i realizacji kolejnych pomysłów.
Z czasem zaczęli do mnie przychodzić uczniowie po pomysły i pomoc w przygotowaniu szkolnych imprez, nauczyciele i Ośrodek Kultury zapraszali do współpracy. W końcu dyrektorzy szkół z sąsiednich gmin zaczęli mnie z bratem zapraszać na szkolne bale jako wodzirejów. To było coś, co dawało mi wiele frajdy, ale jednocześnie pozwalało mi dalej się rozwijać i umacniać wiarę w siebie i swoje możliwości. Dziś ciągle walczę ze swoimi słabościami zabierając się za różne niełatwe zadania, których wykonanie bynajmniej nie jest niezbędne, ale niewątpliwie ciekawe i dające satysfakcje. Jestem z siebie dumna, bo mam świadomość, że mogłam do dziś siedzieć cicho pod miotłą i robić tylko to, co mi karzą i iść tylko tam, gdzie mi pozwolą, mówić tylko to, czego ludzie oczekują, ale rozruszałam swoje skrzydła, rozłożyłam je i wyfrunęłam z klatki.
Postaram się nie dać zamknąć w niej drugi raz.

Posiadanie córeczki, którą można tulić, stroić i obdarowywać prezentami.


Jako dziewczyna żyjąca z metką "niedorajda życiowa" przyszytą przez znajomych i rodzinę, bardzo wątpiłam w spełnienie tego marzenia wpłynąwszy w tzw dorosłość. Jednak się udało i to podwójnie! 14 lat temu przyszła na świat moja pierwsza księżniczka, 2 lata później druga.

Posiadanie syna.

Gdy już dziewczynki były na  świecie, zaczęłam marzyć, by mieć też chłopca. Będąc samotną mamą raczej dość trudno o realizację takich rzeczy. Jednak marzyć wolno zawsze. Ja marzyłam. W końcu przyszedł taki dzień. Czuję się spełniona jako mama.

Książę z bajki.

Każda dziewczyna, kobieta ma jakiś ideał faceta, z którym chciała by być. Ja też miałam. Ten ideał czasem się zmieniał w szczegółach, ale pewne cechy mój ideał miał zawsze te same. Mój pierwszy facet  nie miał chyba żadnej z nich. Zresztą w związku z metką (patrz wyżej) nie dawałam sobie żadnej szansy na znalezienie faceta, który by choć małą częścią ów ideał przypominał... Po wielu niemiłych przygodach typu rozwód i niewłaściwe lokowanie uczuć jednak doczekałam się mojego księcia. Nie miał co prawda pałacu ani białego konia, nie był nawet obrzydliwie bogaty jak na księcia przystało, ale poza tym miał wszystko, czego oczekiwałam po prawdziwym facecie - kochał samochody ale też muzykę i książki, był silny i męski, ale też romantyczny, nie palił i nie pił,  i - uwaga - lubił sprzątać i ładnie się ubierać, do tego miał niesamowity głos. Książę ten teraz jest moim królem i im więcej go znam, tym bardziej doceniam jego istnienie. Nie tylko mnie polubił, ale przygarnął pod swój dach razem z moimi małymi dziewczynkami, które pokochał jak swoje. Dba o nas wszystkich, jak tylko może. Wiem, że za każde z dzieci oddałby życie. Mimo że co dnia ciężko pracuje, jeszcze pomaga mi ogarniać pranie, zakupy i sprzątanie. Udziela się też w kuchni jak może. Ostatnio nawet nauczył się smażyć naleśniki. Z moim księciem często dyskutuję o polityce, filmach i książkach, bo zainteresowania mamy takie same, a poglądy polityczno-religijne bardzo podobne. Ponadto mój książę lubi nie tylko ze mną zwiedzać stare zamki ale też chodzić na zakupy odzieżowe i kupować mi ładne rzeczy w tym bieliznę oraz kosmetyki

Zmiana miejsca zamieszkania.


Przez 35 lat mieszkałam w jednym i tym samym miejscu. Bardzo je lubiłam. Jest tam pięknie - lasy, góry, woda, czyli wszystko co lubię, ale gdzieś tam w głębi tkwiło marzenie o wyruszeniu w świat. Zazdrościłam książkowym i filmowym rówieśnikom, którzy przez całe życie się przeprowadzali z miejsca na miejsce poznając nowych ludzi i miejsca. Byłam jednak niemal pewna, że nigdy się nie wyprowadzę, bo byłam za biedna, a potem jak zaczęłam pracować w bibliotece,  całkiem straciłam nadzieję, bo przecież nie zostawię pracy, o którą w tym kraju tak ciężko. Jednak się udało. W ciągu 5 lat przeprowadziłam się 3 razy i dało mi to wiele radości.

Zobaczenie morza.

Wiecie, że moja mama nigdy nie była nad morzem? Nie było kasy albo możliwości, bo z krowami raczej ciężko wybrać się na wycieczkę a same se jedzenia nie wezmą ani się nie wydoją... W górach się bywało, bo blisko nich mieszkaliśmy. Jednak Bałtyk był cały dzień drogi od nas i dla wielu pozostawał w sferze marzeń. Pierwszy raz zobaczyłam Bałtyk z okazji obozu sztuk walki. Potem chciałam pokazać morze moim dzieciom, "póki jest okazja, bo nie wiadomo, co przyniesie przyszłość". Nie było mnie stać, ale się uparłam jednego roku, gdy dziewczynki miały odpowiednio 6 i 4 lata. Wzięłam kredyt na rok, do tego wypłata i wakacyjne, no i wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy zobaczy wielką wodę. Było fajnie, choć podróż męcząca dla samotnej matki z dwójką dzieci. Teraz nad morze możemy jeździć, kiedy nam się zachce, bo mamy blisko, ale zawsze liczy się pierwsze wrażenie :-)

Poznanie swojej okolicy

Gdy wychwalam uroki Belgii, rodacy czasem  rzucają mi w twarz przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" i biadolą, że Polska też jest ładna zaś ja jestem niemal pewna, że gdyby zapytać ich o skarby swojej gminy powiedzieli, by że u nich nic nie ma... A ja mam tę satysfakcję, że Polskę też zwiedziłam i poznałam, a swoją okolicę przeczesałam kamień po kamieniu, przeszłam dziesiątki kilometrów szlakiem, a rowerem zjeździłam wszerz i wzdłuż, wlazłam na każdą górkę, zbadałam dno rzeki, poznałam wszystkie legendy i odkryłam wszystkie zakamarki w swojej gminie i okolicach. Szwędałam się dniami i nocami w towarzystwie brata lub psa. To dawało mi wiele radości a dziś jestem szczęśliwa, że wyjeżdżając nie zostawiłam tam nic niezbadanego. 

Wycieczka za granicę.

Jak byłam mała, jeszcze mieliśmy kasę i zaliczyłam z mamą trochę wycieczek do różnych miast w Polsce. Potem razem z bratem i siostrą  zwiedzaliśmy z MOSIRem i naszym klubem karate inne miejsca. Jednak tylko w kraju. O zagranicy można było tylko pomarzyć i pooglądać w tv. Z pracy byłam na wycieczce na Słowacji, ale to było z Podkarpacia bliżej jak nad Bałtyk. Bardzo chciałam zobaczyć inne kraje. Udało się. Dziś mam możliwość zwiedzania bez większych problemów Belgii, Holandii, Niemiec, Francji, więc może i kiedyś spełnię swoje największe marzenia i dotrę do Japonii i/lub Australii.

Nauka języków.

W podstawówce nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę się uczyć języka rosyjskiego (w moich czasach tylko taki był dozwolony) i naukę rozpoczęłam z wielką radością. Wieloletnia korespondencja z rówieśniczkami ze Związku Radzieckiego była nie lada frajdą dla mnie. Trochę później zaczęłam do spółki z bratem uczyć się samodzielnie angielskiego z książek i kastet (no, było takie coś), które kupili nam rodzice. Samemu jednak ciężko, gdy nie ma kto kierować i poprawiać. Rodzice znali tylko rosyjski. Nauczyliśmy się jednak podstaw, które z czasem nam się przydały podczas emigracji. Moim marzeniem jednak była nauka wielu języków, szczególnie japońskiego. Dziś japońskiego co prawda się nie uczę, ale nauczyłam się za to trochę niderlandzkiego, rozumiem angielski, a mam możliwość uczyć się wielu innych języków i zapewne z tej możliwości będę korzystać w przyszłości.


Poznanie ludzi z innych krajów.

Pochłaniając dziesiątki książek, myślałam sobie, że fajnie by było spotkać kiedyś prawdziwego Chińczyka, Francuza, Anglika, Japończyka, Araba etc etc i porozmawiać z tymi ludźmi. Jednak było to dla mnie tak samo realne, jak lot na Marsa. Oczywiście w Polsce widywałam czasem obcokrajowców np w turystycznych miejscowościach, ale widzieć a znać to dwie różne sprawy.  Dziś spotykam w jednym miejscu ludzi z całego świata o wszystkich kolorach skóry. Jesteśmy kolegami, rozmawiamy ze sobą, siadamy obok siebie, rozmawiamy, pijemy wino, poznajemy wzajemnie swoje rodziny. To jest niesamowite doświadczenie - o czym mówiłam już z 500 razy w tym blogu.

Wychowanie dzieci na dobrych ludzi.


Gdy urodziła się moja Najstarsza pociecha, nie miałam pojęcia o zajmowaniu się dziećmi. Do tego na każdym kroku dawano mi do zrozumienia (patrz też pkt 3), że jestem beznadziejną matką, bo... kto to widział całować śpiące niemowlę, kto to widział by matka szła spać razem z dzieckiem o tak wczesnej porze, bo kto to widział by karmić cycem roczne dziecko, by wychodzić z dzieckiem w zimie, etc.  Byłam zdezorientowana, bo opinie najbliższych, wiedza książkową i własna intuicja mówiły każde co innego. Ostatecznie wybrałam jednak to ostatnie jako główny motor wychowywania mojej Trójcy. Po 14 latach jestem zadowolona z efektów. Jestem z siebie dumna. Przede mną jeszcze długa droga, która nie wiadomo jak się skończy, ale będę się uparcie trzymać własnych zasad i pomysłów na życie i wychowanie.

Lepsze od mojego życie dla własnych dzieci.


Moje dzieciństwo nie należało do najgorszych - było fajne. Jednak - jak chyba większość rodziców - chciałam, by moje potomstwo miało jeszcze lepiej, niż ja sama. Na dzień dzisiejszy mają lepiej, niż ja i mąż w podobnym wieku. Jak będzie dalej, czas pokaże, ale póki co, mam się z czego cieszyć.

Integracja z tubylcami i odnalezienie się na obcej ziemi.

Przed wyjazdem czytałam trochę na temat życia na emigracji. Z wielu opowieści rodaków wyłaniał się dosyć przygnębiający obraz: nas Polaków traktuje się źle, gorzej niż tubylców, Belg (Anglik,, Niemiec, etc) nigdy nie zaakceptuje Polaka, nigdy go nie będzie szanował, Polak nie zintegruje się z autochtonami, nigdy nie będzie u siebie. Polak zawsze będzie tęsknił za ojczyzną. Itede itepe. Ja jednak jechałam za granicę po nowe życie i jeszcze zanim wsiadłam w Nisku do naszego starego  Forda, postanowiłam, że ja zrobię wszystko, by się zintegrować. I ja Wam wsystkm pokażę, że Polak może się zintegrować JAK ZECHCE, a ja chcę! Od pierwszych dni szczerzę się do wszystkich od ucha do ucha, pozdrawiam i staram się nie poddawać, gdy ktoś nie odpowie tym samym. Odkąd znam kilka wyrazów po ichniemu, zagajam, a sama zagajona odpowiadam z chęcią. Powoli wkręcam się tutejszą społeczność. Kroczek po kroczku jestem coraz bliżej celu. A może już go nawet osiągnęłam... Tu mogę dodać jako osobne osiągnięcia, bo każde wydarzenie było ważne dla mojego dalszego życia i z każdego jestem zadowolona:


Pierwsze przyjęcie urodzinowe w Belgii.


Myślicie że to nic? 3 lata temu wydawało mi się to jedyną logiczną decyzją w danej okoliczności. Dziś nadal tak uważam, ale z perspektywy czasu widzę też, na co się porwałam. Po 2 miesiącach w obcym miejscu, nie potrafiąc wydukać jednego zdania w tutejszym języku, nie znając nikogo, bez pomocy jakiejkolwiek zaprosiłam do domu 20 belgijskich dzieci i korzystając ze swoich zdolności plastycznych urządziłam zabawę w poszukiwanie skarbu oraz wspólne gotowanie. Udało się! To był pierwszy ważny krok na drodze integracji. Pierwszy mój, nasz, sukcesik.


Zaprzyjaźnienie się z innymi rodzicami i sąsiadami.

"Zaprzyjaźnienie" to może zbyt wielkie słowo na tę okoliczność. Niemniej jednak dziś na liście znajomych mam rodziców belgijskich kolegów moich dzieci, z którymi rozmawiam od czasu do czasu, którzy zapraszają moje dzieci do siebie, którzy dzwonią i proponują podwózkę moich dzieci do szkoły w czasie deszczu, których mogę zapytać o lekarza specjalistę, o dobrą szkołę, o to gdzie kupują to czy tamto. Sąsiedzi zagajają o pogodzie, życzą wesołych świąt, przygarniają moje dzieci, pod swój dach, gdy te zapomną klucza do domu, dzielą się warzywami czy grilowaną rybą.

Praca 

W znalezieniu pracy pomogli mi szefowie męża. Jednak samo znalezienie pracy to nic. Ważniejsze by się w niej utrzymać, czyli zostać dobrym pracownikiem. Nigdy nie byłam miłośniczką sprzątania. Nie lubiłam sprzątać i nie umiałam robić tego efektownie i dobrze, a moja praca na tym właśnie polega. Mówiłam że będzie cud, jak po miesiącu mnie nie wykopią. Po 2 latach mogę rzec, że nie tylko nauczyłam się sprzątać, bo nawet polubiłam sprzątanie, a do tego większość klientów jest zadowolonych z mojej pracy, o czym mi co jakiś czas nie omieszkają powiedzieć. To cieszy i daje motywację do dalszych działań i  jeszcze większych starań.

Członkostwo w Radzie Rodziców we flamandzkiej szkole podstawowej.

Dla mnie ważne, że mi to zaproponowano, bo to świadczy o tym, że zauważono moje istnienie w tej społeczności. A że lubię się udzielać jest to tym bardziej fajne. 

Biblioteka po raz drugi

Od jakiegoś czasu pracuję jako wolontariusz w bibliotece publicznej we Flandrii, dzięki czemu mogę się bliżej zapoznawać z funkcjonowaniem tutejszych bibliotek i poszerzać swoje słownictwo z tej dziedziny. Poza tym czerpię z tego dużą satysfakcję, bo robię, co lubię. Zapewne ułatwi mi to też znalezienie płatnej pracy w tym zawodzie w najbliższym czasie.


Blog

Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu blogów, chciałam kiedyś mieć swojego bloga i pisać... Wtedy blogosfera dopiero raczkowała i nie było tego tyle, co dziś. Nadmienię, że swoją przygodę z komputerami zaczynałam od Atari, grania w River Raid i programowania w BASICu. W tych czasach internet dopiero był w budowie, a ja tej budowie się przyglądałam i marzyłam żeby kiedyś mieć peceta, a potem Internet i żeby zostać prawdziwym pogromcą komputerów (to akurat się nie udało, bo "szkoła informatyczna nie była dla dziewczyn" pff). Kiedyś dawno temu założyłam bloga, by sprawdzić jak to działa, ale nie miałam za bardzo pomysłu na temat przewodni, a poza tym internet  512Mb (teoretycznie - człowiek się cieszył, jak w ogóle chwilę był) nie sprzyjał twórczości. Dopiero 3 lata temu udało mi się pomysł zrealizować, a efekty przekroczyły nawet moje mimo wszystko skromne oczekiwania. Wreszcie też mam:

Własny laptop.

Przez większą część życia komputer (nawet Atari) zawsze musiałam z kimś dzielić. Nawet jak sobie za swoją kasę kupiłam swój komputer "OSOBISTY" to i tak cała rodzina przecież z niego korzystała i nie można było dysponować czasem spędzanym przy nim. Potem z kolei dzieci chciały oglądać bajki i grać. Dożyłam jednak takich czasów, że mam cały wspaniały lapek tylko dla siebie, bo każdy w domu ma swojego kompa i nikt nikomu się nie wtrynia.

Spotkanie wielu wspaniałych ludzi.

Przez większą część życia byłam typem samotnika i nie miałam swojego grona przyjaciół. Jednak nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości i wszędzie miałam znajomych. Wielu fantastycznych ludzi płci obojga poznałam korespondencyjnie. Jeszcze więcej poznałam podczas wycieczek, obozów i turniejów sportowych. Każda znajomość była cenna, każda zostawiła jakieś miłe wspomnienia, wiele z tych osób czegoś mnie nauczyło lub dało mi  cenne życiowe wskazówki. 

Eksperymenty na włosach

Przez sporą część życia nosiłam długie włosy. Był taki moment, że czasem sobie na nich siadałam, bo takie były długie. Jednak przetestowałam chyba każdą długość włosów, w tym kilka milimetrów. Sprawdziłam ponadto, jak wyglądam w każdym możliwym kolorze. Dzięki temu dziś nie muszę się zastanawiać, jakby mi było w danej fryzurze - ja  to po prostu już wiem :-)

Szczupła, wysportowana figura

Przez 40 lat nigdy nie musiałam się odchudzać. W większej mierze zawdzięczam to szalonej przemianie materii, jednak aktywny tryb życia na pewno nie jest bez znaczenia. Zawsze byłam w ruchu - rower, bieganie, codzienna gimnastyka, sztuki walki, praca fizyczna, niekończące się piesze wędrówki po lesie i górkach. Dziś przejeżdżam rowerem dziennie 10-30 km i nawet tego nie czuję, czemu z kolei zawdzięczam swoje zgrabne nogi :-) 

Zwierzaki

Jestem ogromnym miłośnikiem zwierząt i zawsze wokół mnie kręciły się jakieś stworzenia dając mi szczęście. Jako mała dziewczynka dostałam od rodziców parę papużek falistych. Hodowałam je przez 20 lat. Oczywiście wiele razy doczekałam się małych papużątek. Przez 13 lat miałam psią przyjaciółkę Gapę - najmądrzejszego na świecie owczarka niemieckiego. Poza tym przez dom przewineły się stada kotów, chomików, szczurów, rybek i królików. Jednego dnia spełniłam swoje małe marzenie, jakim jest owinięcie sobie boa na szyi, co było oczywiście nie do końca rozważne, ale kto powiedział, że kiedykolwiek byłam rozważna? ;-)

Przejechanie tysięcy kilometrów na rowerze

Odkąd dostałam swój pierwszy zielony rower, lubiłam jeździć. Wtedy jeździliśmy wkoło domu aż do znudzenia. Czasem nad rzekę i z powrotem, ale potem urosłam i zaczęliśmy z robić wyprawy gdzie oczy poniosą - nie ważne dzień czy noc. Na treningi karate też zasuwaliśmy na bike'ach po 12 km nawet jak lało, wiało, była mgła ograniczająca widoczność do metra albo śnieżyca, czy droga oblodzona. Po kolizji z autem trochę mnie przystopowało (do dziś mam trochę asfaltu na łokciu na pamiątkę), ale nie na długo. Teraz robię ponad 300km/miesięcznie. Czym było by życie bez roweru?

Nowoczesny ekspres do kawy

To było stosunkowo krótkometrażowe życzenie, bo zaczęło się, gdy spróbowałam pierwszej kawy z ekspresu ciśnieniowego, a która mi wyjątkowo posmakowała. Postanowiłam, że kiedyś sobie kupię taki ekspres. No i mąż spełnił moje marzenie kupując mi to cudo na urodziny. Uwielbiam! (i męża, i kawę)


Kupowanie nowych  ubrań i butów. 

Zakupy ubraniowe lubi chyba większość kobiet. Ja przez większą część życia nie lubiłam, bo nie było mnie na nie stać. Gdy byłam mała, mama mi szyła czasem ubrania lub robiła z włóczki i te były czadowe, ale na włóczkę i materiał też trzeba mieć kasę. Niestety głównie nosiło się ubrania i buty po kimś - najpierw po ciociach i kuzynkach, potem kupowane na szmateksie. Jak już na prawdę coś było potrzebne a nie udało się znaleźć w używkach, szło się do prawdziwego sklepu. No ale o tzw markowych to można było sobie pomarzyć. I ja marzyłam, że kiedyś pójdę i sobie kupię choć jedną rzecz. Dlatego dziś mało się nie posikam z radości, że mogę sobie pójść choćby raz czy dwa razy na rok nawet do takiego do C&A, czy H&M i wyjść z pełną torbą ubrań. (tutaj to jedne z tańszych sklepów, ale nowe to nowe)

Sypialnia z prawdziwego zdarzenia.

To ma być marzenie? Ba! Śpiąc na starej wersalce w zagraconym pokoju marzyłam, żeby mieć prawdziwą sypialnię z ogromnym drewnianym łożem. Dziś mam sypialnię z dawnych snów.

Długa lista przeczytanych książek

Od dziecka kocham książki. Przeczytałam ich w życiu tysiące. Czytam wszystko, co mi w ręce wpadnie - horrory, fantastykę, romanse, kryminały, książki podróżnicze, a także popularno-naukowe (głównie psychologia, religia, przyroda). Przyniosło mi to wiele radości i pozwoliło wzbogacić swoją wiedzę o świecie i ludziach, a także sobie samej. 

Jadanie w restauracjach

Też taka niby śmieszna sprawa... Kiedyś myślałam, że restauracje są tylko dla bogaczy, ale tak po cichu sobie marzyłam, że fajnie by było pójść sobie czasem do jakiejś fajnej knajpki  na obiad czy na kawkę. Zdarzyło mi sie w PL pójść do pizzerii lub McDonalda z 5 razy, ale to już było szaleństwo. Dziś do Donalda jedziemy, jak się w sobotę lub niedzielę nie chce gotować, bo tam tanio (za 35€ nażre się i napije (w tym kawy) cała piątka). Raz w miesiącu (raz na 2mce) pozwalamy sobie jednak wydać stówę w normalnej restauracji. Na początku nie wiedzieliśmy, jak się zachowywać, jak zamawiać, jak znaleźć coś w menu - no serio - prosta niby sprawa, ale człowiek głupio się czuje, jak nie wie o co kaman. Dziś w resto czujemy się swobodnie, dzieci umieją się zachowywać i zamawiać, co chcą i cieszymy się za każdym razem tymi wspólnie spędzonymi minutami i delektujemy zamówionymi posiłkami, kawą i rodzinnymi rozmowami.

Nietuzinkowi ludzie.

Spotkałam w swoim życiu wielu niesamowitych ludzi - zwykłych niezwykłych. (poświęcam im osobną listę, którą opublikuje lub nie), dzięki którym nie tylko miło spędziłam czas, ale czegoś nowego się dowiedziałam, nauczyłam. 

Miłość do świata i ludzi

Kocham życie (choć śmierć mnie również fascynuje), przez 40 lat podziwiam świat i nie mam dość.  Każdy krzaczek, każda kropla deszczu, każdy promień słońca, każda żywa istota ciągle budzą mój zachwyt. Przyglądam się przyrodzie, obserwuję ludzi i nigdy mnie to nie nudzi. Osiągnięcia ludzkości  i możliwości ludzkiego organizmu są niepojęte, sprawne działanie ekosystemów i nieskończoność wszechświata są niesamowite zaś odkrywanie coraz to nowych tajemnic, jakie  ten świat przed nami kryje, daje mi ogrom szczęścia i radości. 

 
Zachowanie optymizmu i pogody ducha pomimo wielu niefartownych wydarzeń i doświadczeń

Ostatni i najważniejszy punkt. Gdy słucham ludzi wiecznie niezadowolonych i narzekających na wszystko co się da, kłócących się i obrażających o byle gówno, uświadamiam sobie jakim jestem szczęściarzem, że mam w sobie tyle pogody ducha i optymizmu, których mi nie zabrakło nawet gdy wszystko szło źle i świat legł w gruzach.  Pijak w domu, rozwód, stres, samotne wychowywanie dzieci, niecukierkowa sytuacja w domu, nie wiele lepsza w pracy, brak pieniędzy i własnego kąta, przeprowadzka, szpital, długi,  komornicy i windykatorzy,  małe dziecko, nieprzespane noce, strach, samotność,  ciasnota, emigracja... a ludzie pytali, jak ty to do cholery robisz, że ciągle się śmiejesz pomimo tego wszystkiego? Jak jak? Normalnie pyskiem. Padłaś? To podnoś dupę z gleby, popraw biustonosz  i walcz dalej - niech ludzie widzą jaka jesteś zajebista! Zawsze tak robię i zawsze działa. 



Brak wam wiary w siebie, optymizmu? Zróbcie sobie taką listę własnych spełnionych marzeń i sukcesów, a zobaczycie, że tak na prawdę jesteście szczęśliwymi ludźmi.