14 grudnia 2023

10 lat blogowania. Chwila samouwielbienia ;-)

Wiecie, że w tym roku mija 10 lat, odkąd zaczęłam wystukiwać tego bloga?

Co jakiś czas przychodzi taki moment, że chce się napisać na blogu o swoim blogowaniu. Nic taki tekst w ludzkie życie co prawda nie wnosi, ale blogerowi z jakiegoś powodu do szczęścia bywa potrzebne. 

Pisałam już o tym, jak zostałam prawdziwym blogerem ;-) i czym jest mój blog (kliknij by przejść do wpisu) 

Pora napisać, czym ten blog nie jest, bo ludzie miewają niekiedy błędne pojęcia na temat blogów. W ogóle na temat internetu, ale skupmy się na blogu. Tym jednym konkretnym. Moim. 

Podkreślę po raz nie wiem który, że to miejsce jest od początku, czyli od 10 lat, ciągle tylko i wyłącznie prywatnym blogiem, czyli zwykłym pamiętnikiem. 

Prowadzi go jedna osoba - baba, aktualnie po czterdziestce, urodzona na podkarpackim zadupiu, gdzie psy dupami szczekają, czyli po prostu baba ze wsi, która kilka lat temu postawiła wszystko na jedną kartę i przyjechała do Belgii razem z małżonkiem i trójką dzieci, by zacząć wszystko od nowa, od zera ucząc się na błędach i która mieszka na belgijskim zadupiu pod Brukselą.

Dodatkiem do tego bloga jest profil na Instagramie: @belgia_nasz_dom


oraz połączona z instagramem strona na fb https://www.facebook.com/belgianasznowydom/


To kim nie jestem, jest ważne.

Nie jestem bogata, znana ani wpływowa.

Nie jestem wykształcona - choć w miarę inteligentna i dosyć oczytana.

Nie jestem wierząca i nie lubię żadnych religijnych organizacji ani ideologii.

Nie jestem patriotką, nie bywam w Polsce i nie bardzo mnie los tego kraju obchodzi.

Nie jestem też Belgijką, choć los Belgii bardziej mnie obchodzi, bo tu mieszkam.

Nie jestem zbyt poważna ani zbyt odpowiedzialna.

Nie jestem nawet normalna - nie wpasowuję się w wiele popularnych norm biologicznych i społecznych, a wiele pozostałych mam w dupie. 

Nikogo ani niczego poza sobą samą (i resztą z Piątki) na tym blogu nie reprezentuję.

Nikt mi za pisanie nie płaci. Ani ja nikomu nie płacę.

Nikt mnie nie zmusza do pisania czegokolwiek. Wszystko, co tu się pojawia, jest wynikiem moich fanaberii.

Nikt nie ma wpływu na to, co piszę, choć wielu mnie inspiruje.

Nikt mi nie pomaga w prowadzeniu tego bloga, ale dziesiątki mnie wspierają i kibicują.

Nie mam aspiracji, by zadowalać czymkolwiek kogokolwiek poza sobą samą i kilkoma bliskimi.

I doprawdy nie wiem, skąd czasem ludziom biorą się pomysły, że jest inaczej. Może niektórzy ludzie nie rozumieją, czym jest blog osobisty, może nie potrafią odróżnić oficjalnych stron urzędów państwowych czy innej tam administracji od zwykłego pamiętnika? 

U mnie, czy wielu innych blogerów można znaleść tylko i wyłącznie prywatne, subiektywne opinie na najróżniejsze życiowe tematy, ewentualnie „porady dobrej cioci”, do których należy podchodzić z dystansem uwzględniając mój wiek, pochodzenie, poziom wykształcenia,  dosyć specyficzne poczucie humoru  i zamiłowanie do sarkazmu czy innych takich. 

Tymczasem ludzie wysyłają do mnie niekiedy w komentarzach lub wiadomościach pytania na temat kredytów, budownictwa, podatków, własnej działalności, prośby o pomoc w znalezieniu pracy, noclegu itp, a niektórzy to jeszcze pretensje mieli, że za mało jest na taki czy taki temat informacji albo że są one niedokładne czy też nieaktualne. Krzyczeli, że bzdury piszę, bo oni inne doświadczenia mają. Biadolili, że blog bezwartościowy, bo nie znaleźli tego, czego szukali i że niczego się nie nauczyli z tego bloga. Jeszcze inni miauczą, że nie piszę obiektywnie albo że za mało empatycznie, kolejnym przeszkadzają wulgaryzmy a nastepnym ilość zdjęć czy długość tekstu... 

Czasem mi się wydaje, że każdy by chciał, bym prowadziła bloga uniwersalnego zrozumiałego i akceptowalnego przez wszystkich, a najlepiej to w ogóle było by pisać pod każdego czytelnika osobno, biorąc pod uwagę poziom czytelniczy poszczególnych ludzi, ich zainteresowania, wierzenia, poczucie humoru, intelignecję, poglądy polityczne...

Nawet jakbym bardzo chciała, to i tak wszystkich bym nie zadowoliła, bo jeszcze się taki nie narodził...




Co to znaczy, że blog jest pamiętnikiem?

 To znaczy, że to

MÓJ OSOBISTY PAMIĘTNIK

Piszę w nim, kiedy mam na to ochotę

opowiadając, co mam w danej chwili do opowiedzenia

kierując się WŁASNYM doświadczeniem,  

zgodnie ze SWOIMI przekonaniami i poglądami

pod wpływem różnych MOICH emocji i MOICH wrażeń

używając WŁASNEGO oryginalnego języka i WŁASNEJ fantazji

okraszając teksty WŁASNYMI ZDJĘCIAMI albo przez siebie wybranymi


Znaczy to też, że nie wszystkim będzie się podobać, co i jak piszę. 

Nie wszyscy zrozumieją.

Nie wszyscy znajdą tu to, czego szukali.

Nie wszyscy mnie polubią.

Nie wszystkich ja polubię.

Nie wszyscy bedą podzielać moje poglądy.

I ja z wszystkimi zgadzać się nie będę 

ani do kogokolwiek dostosowywać.


Jak chcecie czytać blog idealny dla was i spełniający wszystkie wasze zachcianki i fanaberie, to se go sami napiszcie!

Czego oczekuję od czytelniów tego bloga? 

NICZEGO!

Nikt nie musi tego bloga czytać.

Nikt nie musi komentować.

Nikt nie musi obserwować moich profili w socjalmediach ani dawać serduszek na Insta czy lajków na Fejsie.

Każdy może.

Miło mi jest, jak widzę, że ktoś tu przychodzi, jak ktoś coś napisze, jak polubi moje zdjęcie czy odpowie na historię na instagramie, ale ja spokojnie mogę się i bez tego obchodzić, bo ja jestem normalna inaczej. 

Nie mam fioletowego pojęcia, ilu mam  czytelników. 

Statystyki mówią, że blog jest wyświetlany kilka tysięcy razy na miesiąc, ale to mi nic nie mówi przeciez o faktycznych czytelnikach. Jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy na temat czytelników są ich bezpośrednie reakcje docierające do mnie w postaci komentarzy, czy wiadomości. Komentarze te z kolei czasem odsyłają mnie do stron prowadzonych przez tych czytelników, a wtedy mogę ich poznać lepiej. Z wymiany mejli czasem dowiaduję się jeszcze więcej. Od czasu do czasu nawet się zdarza spotkać się z niektórymi  ludźmi w cztery oczy. 

Dość rzec, że 

blog jest od 10 lat systematycznie czytany zawsze przez co najmniej kilka osób.

Najwierniejszym czytelnikiem jest oczywiśnie mój Małżonek. Wiem, że i mój Ojciec czyta przynajmniej niektóre wpisy (pozdrawiamy Jaśka). Kilku dawnych znajomych z poprzedniego życia też tu pewnie wciąż od czasu do czasu zagląda (Znajomi z Kozłówka, Wiśniowej, Strzyżowa, Frysztaka, i reszty świata, czujcie się niniejszym pozdrowieni)

Sąsiedzi zza blogowej miedzy (określenie zapożyczone bez pytania od xpila)

Systematycznie wpadają do mnie inni blogujący. Nie jakoś masowo, bo ja sama niezbyt wiele i niezbyt często innych odwiedzam. Nie mam na to czasu.
Przez 10 lat jednak sporo blogerów przez tę stronę przepłynęło. Wielu z nich już dziś nic nie publikuje. Zniknęli z blogowej grzędy. Pojawili się na ich miejsce kolejni. Niektórzy też już nie piszą. 

Na dole bloga znajdziecie listę blogów, na które ja sama czasem zaglądam. Niektórzy z tej listy też i do mnie czasem wpadają, paru nawet mnie u siebie poleca, co też jest bardzo miłe z ich strony.

Tutaj pozwolę sobie złożyć podziękiowania następującym blogerom:

Ignormatyk za dzielenie się śmiesznymi obrazkami i ciekawostkami z Irlandii...

Ewa - za osobiste opowieści

Kalina za pisanie w 3 osobie i soczyste małe kawałki tesktu

Jotka  za życiowe pozytywne teksty

Igorodzina za pokazywania Holandii z różnych perspektyw

Maria - za dużo zdjęć i ciekawe teksty

Alis za obrazki na Instagramie

Hubedi za podobne podejście do blogowania i życiowe opowieści

Taita - za magiczne opowieści i obrazki z Irlandii

Lustro - za inne spojrzenie na ten sam świat

Anna za ciekawe reflekcje na temat życia

Artur za psychologię dla zaawansowanych

... oraz wszystkim innym, których nie wymieniłam.


Teksty blogowe w druku.

Ludzie non stop namawiają mnie do napisania książki. Jednym z nich jest mój Małżonek. I ja kiedyś się wezmę… Jak będę mieć czas. Póki co niektóre teksty pojawiły się w druku dzięki „Flandrii Po Polsku”, co wielce mnie satysfakcjonuje. 

https://antwerpia.be/

Lubię mojego bloga. Lubię pisać. Lubię bawić się słowami. Pisanie samo w sobie jest wielce relaksującym zajęciem i sprawia mi wiele radości. Opowiadanie o sobie i o moich problelach pozwala mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i spokojnie się nad wszystkim zastanowić oraz lepiej siebie zrozumieć. Pisanie to dla mnie autoterapia i wietrzenie głowy. 

Spisywanie przemyśleń na różne dziwne tematy pozwalmi się powymądrzać i daje mi poczucie, że mam coś w moim mniemamu mądrego i ważnego do powiedzenia.

Opowiadanie jak co w Belgii wygląda czy działa dawało mi satysfakcję z bycia przydatnym i pomocnym. 

Przez 10 lat testowałam różne pomysły na tym blogu, zmieniałam, poprawiałam, cudowałam aż dotarłam do takiego momentu, w którym stwierdziłam że jest dobrze tak jak jest i tego się trzymam. 

Czuję się na swoim blogu swobodnie i bardzo u siebie. Gdy mi się ktoś nie podoba, za dużo marudzi lub zadaje irytujące mnie pytania, wskazuję mu bez wahania drzwi. Bo tutaj rządzę ja. Tutaj obowiązują moje zasady i regulaminy. Nie jest to blog dla każdego. Nie każdy będzie się u mnie dobrze czuł  i nie każdy jest tu mile widziany. To jest miejsce, w którym ja miło chcę spędzać czas, w którym ja czuję się dobrze, swobodnie i bezpiecznie. Lubię gościć innych u siebie, ale tylko pod warunkiem, że ci inni na podobnych falach nadają i w podobnym kierunku zmierzają ich myśli i przekonania. O dziwo (tak, niezmiernie się tym dziwuję) okazuje się, że normalnych inaczej jest na tym świecie o wiele więcej, niż się spodziewałam. I oni tu z wszystkich świata stron trafiają... Są też tacy całkiem normalnie normalni, ale umiejący inaczej na świat patrzeć i potrafiący normalnych inaczej choć częściowo zrozumieć... 

Pozdrawiam Was Wszystkich.


Na koniec różne fajne i miłe komentarze mniej lub bardziej przypadkowych czytelników i obserwatorów:






















9 grudnia 2023

Chyba jednak zostanę projektantem mody ;-)

W niedzielę nawiedzili nas znajomi z pieskiem Abigail

Małym Epickim Pieskiem, z którego wizyty bardzo się Młody radował. Piesek tym razem czuł się bardzo pewnie i na dzień dobry sprawdził, czy dom nadaje się na wizytę obiegając wszystkie kąty, po czym merdanien ogonem oznajmił człowiekom, że jest wporzo. Pogawędziliśmy trochę (z Człowiekami, pieska tylko pogłaskaliśmy), co całkiem dobrze zadziałało na nasze samopoczucie. 



Na poniedziałek 

Małżonek wziął wolne i razem pojechaliśmy z Najstarszą do urzędu HVW (hulpkas) w Leuven. Wszystko po to, by się dowiedzieć, że nic nie załatwimy, bo JEST ZA WCZEŚNIE! Nie, że rano, tylko, że ten zasiłek, o który dla Najstarszej się staramy należy się od 21 roku życia, a Najstarsza dwudzieste pierwsze urodziny dopiero pod koniec roku ma. Najlepsze jest jednak, że ja po przeczytaniu kawałka belgijskiego internetu tak to właśnie zrozumiałam i tak myślałam, dopóki nie pojechałyśmy do urzędu w Aalst, gdzie pan w okienku nam powiedział, że jesteśmy "O WIELE ZA PÓŹNO, a urząd bardzo jest czuły na terminy, w związku z czym może Najstarsza nie otrzymać tego zasiłku..." i jakieś debilne usprawiedliwienia musiałyśmy podawać i on to zapisał w naszych dokumentach... po to, by pan w Leuven to podarł i wyrzucił do kosza... Pff.

Znowu to samo: to ja prosty człowiek, obcokrajowiec, do tego zagoniony mam wszystko wiedzieć najlepiej, na wszystkim się znać, z wszystkich terminów się wywiązywać i wszystkich przepisów przestrzegać (nawet tych, o których nigdy nie słyszałam), sama se mam wszystko znaleźć, zrozumieć, podczas gdy ci, którzy zawodowo poszczególnymi dziedzinami się zajmują i którzy powinni nam prostaczkom pomagać, mogą sobie systematycznie lecieć w chujki na małe bramki i non stop wprowadzać nas zwykłych ludzi w błąd bez żadnych ale to żadnych konsekwencji. Szlag może trafić! Co jest z tymi ludźmi i z tymi urzędami nie tak? Pff! 

Leuven


Dawno nie chorowaliśmy

Małżonek nie czuł się najlepiej już od weekendu, ale z pierwa kładliśmy to na karb zmęczenia. We wtorek się jednak okazało, że jest gorzej niż się mu rankiem zdawało, kiedy to postanowił pojechać do pracy mimo kiepskiego samopoczucia, bo "może się rozchodzi..." Przed południem już jednak był z powrotem w domu i od razu poszedł w kojo... Lekarka stwierdziła jakąś wirusową infekcję, jakich ci w ostatnim czasie wszędy do wyboru i do koloru. 

Ja kitowo zaczęłam się czuć w środę. Znaczy tego dnia w sumie to nic nie wskazywało jeszcze na chorobę. Czułam się tylko nieludzko zmęczona i senna. Znaczy bardziej niż zwykle, czyli bardzo. Dziatwa testowała nowe zabawki w świetlicy, które Sinterklaas (Mikołaj) przyniósł, a ja próbowałam z całych sił wykazywać zainteresowanie ich odkryciami, podzielać ich radość i entuzjazm, ale, powiem wam szczerze, słabo mi szło. Marzyłam tylko o tym, by pójść do domu i położyć się spać. Nie mogłam nijak rozgonić tej mgły, która ogarniała mój mózg. Nie wiedziałam też, skąd znowu taka ogromna (większa niż zwykle) senność i zmęczenie, bo nic przecież specjalnego się nie wydarzyło... Odpowiedź pojawiła sie dopiero w nocy...

Wcześniej po skończeniu dyżuru pojechałam jeszcze do biblioteki pochwalić się moim kursem i projektem, czyli zapytać, czy nie wysłali by kogoś do świetlicy, kto by dzieciom książkę przeczytał w ramach współpracy, bym mogła mój projekt "współpraca" odfajkować. Tak w uproszczeniu mówiąc. Drugim pytaniem była kwestia możliwości wypożyczania książek dla świetlicy i wymieniania ich co jakiś czas. 

Okazało się, że pani dyżurująca przy ladzie, którą zagaiłam, pamiętała iż kiedyś (jeżu, kiedy to było!!!) w ramach wolontariatu oprawiałam im książki... Mniejsza jednak o to. Albo i nie...

Pani odrzekła, że z tym pierwszym to raczej bedzie problem, bo raczej nie wysyłają ludzi ot tak do czytania na czyjeś życzenie i że parę dni temu jakiś inny kursant (nie podała z jakiej szkoły) o to samo pytał i że nic z tego nie wyszło. Odrzekłam, że nie ma problemu (pomyślałam, że trochę kicha, bo teraz muszę coś innego wymyśleć). Z wypożyczaniem pakietów książek dla świetlicy nie ma jednak problemu. Tak czy owak pani zaleciła wysłanie mejla z oficjalnym zapytaniem do głównej bibliotekarki. Podziękowałam i poszłam poszukac sobie jakichs książeczek na temat różnic, tolerancji itd by w nich szukać inspiracji do potencjalnych zajęć z fotoksiążką rodzinną. Gdy podeszłam ponownie do lady z książeczkami, pani oznajmiła, że przedyskutowały w międzyczasie sprawę z koleżanką i myślą, że może jednak by się znalazł jakiś wolontariusz, który by przyszedł mi te książke poczytać.... Nie gwarantują mi tego, bo ona nie wie, czy ktoś będzie chętny i czy szefowa się z nimi zgodzi...  Ponowiła zalecenie co do napisania mejla. 

Napisałam e-mail i dostałam w odpowiedzi, że podają kontakt do mnie wolonatriuszom i że mam czekać, aż ktoś do mnie zadzwoni lub napisze i mamy się umówić co do szczegółów... Czekam zatem. Póki co nic się nie zdarzyło w tej kwestii, ale mam jeszcze trochę czasu... Ale zastanawiam się, czy ta nagła zmiana zdania ma coś wspólnego z moim wolontariatem w rzeczonej bibliotece... Nie, żeby mi to spędzało sen z powiek, ...ale tak sobie myślę, że być może dobrze było być czasem dobrym człowiekiem i dać się ludziom poznać od tej lepszej strony. W ogóle poznać.

Po weekendzie muszę pogadać z mentorką nt książek dla świetlicy, bo może jakby mieli już te ładne bajeczki dla dzieci,  zaczęli by czytać łaskawie dzieciom w świetlicy. Albo choć czasem poglądać z dziećmi jakąś książeczkę. A może by starszaki jakiś komiks czasem przejrzeli czy jakąś popularnonaukową książeczkę... Kto wie. 

Póki co to jeśli dobrze interpretuję, co widzę i słyszę, to oni tam w świetlicy MAJĄ po prostu kącik czytelniczy. Kropka. W sensie jest specjalne miejsce, a nawet dwa, a w jednym to nawet jakieś książki są: taka skrzynia długa na podłodze, w której leży sterta książek. Jakby widłami je ładowano. Nawet mnie to nie zachęciło do podejścia. W domku w drugiej sali znalazłam przy sprzątaniu dwie zmaltretowane i wybebeszone książki z serii disney wciśniete w kąt, bo "dzieci rzucają książkami, targają, nie umieją się obchodzić...". 

Mam podejrzenie, że niektórzy nie jarzą za bardzo, jak działa książka i że to nie zupełnie to samo co np takie klocki czy piłka, że małe dziecko nie bardzo samo da rady się tym bawić i że w sumie to nawet nie powinno, bo książka wymaga obecności i udziału dorosłego... Zarówno mentorka jak i koleżanki miały obiekcje co do wypozyczania książek z biblioteki, bo "dzieci je zniszczą", bo "jak im dawali książki to one nimi rzucały, kopały, rozrywały...". Nosz jasna ciasna! Idąc za tym tokiem rozumowania to do biblioteki też nie powinno się dzieci wpuszczać ani książek wypożyczać do domów, w których są jakieś dzieci. Czy ja to jestem z jakiejś innej planety...?! Czasem mam takie wrażenie. W sumie ostatnio to nawet dosyć często. szczególnie tam.

Dla mnie sprawa jest prosta: półka czy nawet ta durna skrzynia z książkami na widoku, ale dostęp tylko za zgodą i pod nadzorem opiekuna.  Gdy duże dziecko chce czytać, przychodzi, pyta, zabiera książkę i siada gdzieś do czytania, a potem oddaje książkę opiekunowi. Gdy małe dziecko chce książkę, przychodzi, pyta i opiekun idzie czytać jednemu lub kilku maluchom, gdy ma czas lub w innym momencie. Albo dużych wysyła do czytania lub nadzorowania pierdzioszków. Wielka mi fizjologia! Zasadniczo to ja bym jednak oczekiwała od opiekunów dzieci, że to oni wychodzić będą z książką do dzieci, że będą czytać dzieciom, że będą do czytania zachęcać i uczyć dzieci szanować książkę i z nia sie obchodzić, a nie że będą dzieciom książki dawać do zabawy i oczekiwać, że ona same z siebie zaczną czytać nawet liter nie znając. 😳🙎

Jestem zawiedziona tą świetlicą, 

którą sobie wybrałam na miejsce stażu. Jakby jednak ktoś chciał zobaczyć  jak świetlica NIE powinna funkcjonować, to polecam. Na każdym kroku coś mnie drażni w podejściu. Gdyby nie fakt, że to co na lekcjach słyszę w 200% pokrywa się w moimi poglądami, z moim podejściem i moją wizją, gotowam pomyśleć, że coś ze mną jest nie ten teges... Ale wiecie, co jest najgorsze? To, że im dłużej tam jestem, tym większą mam chęć, by tam właśnie kiedyś po skończeniu kursu pójść pracować i ZAPROWADZIĆ TAM KURDE PORZĄDEK! 😈😜😎

Najspampierw jednak to trzeba ten kurs skończyć, a droga jeszcze daleeeeeka.

Fotoksiążkę rodzinną prawie ogarnęłam. Najpierw wzięłam kilka czarnych grubych kartek i przykleiłam na nich drzewa z kolorowego papieru - jedno drzewo na jedną rodzinę, a na drzewach przykleiłam portreciki dzieci, rodzeństwa i rodziców. Na innych kartkach przykleiłam inne zdjęcia rodzin. Na jeszcze innych zrobiłam na tablecie serduszka wypełnione obrazkami przedstawiającymi zainteresowania i ulubione zajęcia dzieci, o których wiem od rodziców... Wszystkie kartki przepuściłam przez laminator i zrobiłam w nich dziurki dziurkaczem. Okładkę zrobiłam z grubej tektury i obkleiłam kolorowym filcem. Fajnie, że dzisiaj człowiek może mieć te wszystkie najróżniejsze gadżety i akcesoria w domu i że tyle pięknych fantastycznych materiałów artystycznych można kupić za parę centów i się bawić na całego... A nie jak dawniej, że trzeba było papierki po cukierkach zbierać albo "złotka" po czekoladzie, by coś ładnego zrobić... 

Nie mam jeszcze sensownego pomysłu na zajęcia dla dzieci z użyciem tej książki, czyli na temat podobieństw i różnic pomiedzy dziećmi i rodzinami, ale coś sie tam może jeszczde wykluje...

W tym tygodniu zabrałam ze świetlicy jedną lalkę do domu i namówiłam Najstarszą na współną zabawę w kreatora lalkowej mody. No bo oni tam mają coś ze 6 lalek-bobasów, ale żadnych ubrań dla nich. No dobra jest dwa kombinezoniki, które zdecydowanie lepsze czasy pamiętają i jeden pampers oraz jedna kołderka i brudna poduszka. Postanowiłam coś z tym zrobić, bo mnie wkurzyło, jak dziewczynka poprosiła mnie o ubranie lalki w za mały kombinezonik i nie potrafiłam temu sprostać. Nie udało mi się też zapiąć pampersa, bo brakowało ze 2 cm od rzepa do rzepa. Poza tym nie wiem jak wy, ale ja bym się tam gołymi lalkami bawić nie chciała. Najstarsza ma w swoim pokoju całą skrzynię najróżniejszych ścinków materiałów. Było nie było chodziła dobrych kilka lat do klasy mody. Znalazłam w necie parę darmowych szablonów na ubranka dla lalek typu bobas i urządziłyśmy z Najstarszą burzę mózgów nad skrzynią z materiałami. Pomysłów obie mamy na kopy, ale czasu i sił już trochę mniej. Niemniej jednak parę ciuszków już mamy. Ona szyje jak profesjonalistka: wybiera, co będzie szyć, wycina szablony, wybiera materiały z rozmysłem, wycina, szyje dokładnie, perfekcyjnie. Ja natomiast preferuję spontan i styl na łapu-capu. Przecież to kurde tylko lalka - łaszki nie muszą być wygodne. Biorę różne ścinki materiału do ręki i myślę, czy by coś z tego prostego nie stworzył. Olewam szablony. Wezmę jakiś kawałek, coś wytnę, coś rozetnę, tu złożę, tam zwinę, tu zeszyję, tam podszyję i zobaczę, co z tego wyjdzie. I tak metodą na głupa zrobiłam kubraczek, portki, papucie i kapelutek. Krawcowa ze mnie jak z koziej dupy trąba - nie umiem szyć, nigdy nie udaj emi się niczego zeszyć prosto, działam nerwowo w pośpiechu, nie mam cierpliwości jak Najstarsza, robię na odpierdol, ale efekt wcale nie jest najgorszy. Jak na garderobę dla głupiej laklki. I to nie naszej. No i zabawa przy tym wyśmienita. Bardzo mnie to zajęcie zrelaksowało. Pół dnia bawiłam się maszyną do szycia w jeden z chorych dni. Nic innego wtedy nie byłam w stanie robić. O nauce nie było mowy, bo mózg mi nie działał i byłam zbyt zmęczona. Żadne sprzątanie czy inne takie też nie wchodziły w grę, bo ledwiem stała na nogach. Natomiast siedzenie za biurkiem przed maszyną i zajmowanie się pierdołami było wykonalne, więc korzystałam z okazji. 

kubraczek, portki, papucie i kapelutek 


Po co to robię? - zapytacie pewnie. A tak, dla własnej satysfakcji i, mam nadzieję, ku radości dzieci. Nic mnie to wiele przecież nie kosztuje, mamy możliwości, potrzebne materiały, skille i fantazję. I ponieważ lubię czasem zrobić coś miłego i dobrego dla innych.

W nocy z wtorku na środę, jako się rzekło, objawiła się przyczyna mojego zmęczenia... Rano mierzyła 38 i pięć kresek i znowu mną dygotało i nie mogłam się ruszać, takie mi było zimno nieludzkie. Napisałam do szkoły, że nie będzie im dane tego tygodnia mojego szlachetnego oblicza oglądać i zadzwoniłam do doktora... Przed południem na dół zeszła Młoda, by pochwalić się swoimi objawami. I tak sobie chorowaliśmy rodzinnie cały dzień. Ze szkoły wieczorem przyleciał mejl zaczynający się do słów: "do wszystkich chorych" z czego należy zapewne wnioskować, że nie jestem jedyną osobą, która sobie wolne zafundowała. W mejlu stało, że mamy materiał z lekcji na naszej szkolnej platformie i zadania do zrobienia online, które obecni zapewne w klasie robili. Zrobiłam je dziś. 

W piątek Małżonek poszedł już do roboty, bo tylko do czwartku miał wolne. A ja sobie nadal chorowałam. Te dwa dni czułam się dość ciulowo: słabizna, zimnica, ból głowy, mięśni, gardła, kaszel, zapchany nos... po prostu pełny zestaw, jak orzekła doktorka. 

świateczne dekoracje mijane po drodze


Co za fatum jakieś! 

Mieliśmy dziś iść do restauracji świętować urodziny, ale dupa. Młoda, która od jakiegoś czasu jest wegetarianką, nawet już uroczyście oświadczyła, że na urodziny daje sobie dyspensę, bo zamierza zgodnie z tradycją opędzlować żeberka. No ale po pierwsze na zdechalaka to nie ma co iść do knajpy, bo przecie kubki smakowe nie działają. No a po drugie to jakby nie mamy piniondzów... Ale pójdziemy. Jeszcze nie wiem kiedy, może za tydzień, może po Nowym Roku, ale to do cholery nasza tradycja. Zawsze na Młodej urodziny chodziliśmy do tej samej restauracji na to samo jedzenie. Potem pandemia wszystko popientroliła, a potem był rak... 

Moje urodziny też się nie odbyły w tym roku z powodu choroby (a w poprzednim przez głupich Januszów). W ogóle choroby wszystkie święta rodzinne nam sabotują ostatnio.

Młoda za zalecenim mojej kołczki, które jej przekazałam, upisała list do JAC, instytucji udzielającej wszelakiego wsparcia zarówno fizycznego jak i mentalnego młodym do 25 roku życia. Odpowiedzieli jej i pytają, czy może pofatygować się do jednej z najbliższych siedzib. Na spotkanie trzeba poczekać kilka tygodni, ale może ktoś jej wreszcie pomoże w taki czy innyc sposób albo załatwić jakiś zasiłek albo jakąś kurde pracę. W FOD dokumenty chyba zaginęły w akcji. Dawno dawno temu poinformowano ją pisemnie, że dokumentację gdzieś tam komuś przekazano, a potem słuch o niej zaginął... Dla przypomnienia powiem, że chodziło o uznanie niepełnosprawności i w dalszej konsekwencji przyznanie Młodej zasiłku. No ale póki co nawet jeszcze do lekarza orzecznika ją nie wezwano ani w ogóle nic. 

Czasem mam wrażenie jakbysmy się przez nieprzebytą dżunglę próbowali przedzierać ze scyzorykiem w ręku i bez mapy. A prowiant się kończył... 

Na prawdę jestem już tym wszystkim zmęczona. 

Wszyscy jesteśmy. 

Tyle dobrze, że ja ciągle dysponuję moim niekończącym się optymizmem i wciąż sporo radosnej energii i entuzjazmu posiadam. Nawet jak one czasem słabną i przygasają albo sie gubią na chwilę, to ja je ciągle gdzieś tam mam i one trzymają trochę najgorsze potwory na dystans.  Reszta z Piątki ma trudniej. Im trzeba często jasniejsze strony strony wskazywać albo samemu je stwarzać i to jest chyba w sumie moje główne zadanie w tej rodzinie - nieść pochodnię i pilnować by światło nie zgasło oraz przekonywać innych, że to światełko w tunelu to droga do wyjścia a nie rozpędzony pociąg...

I siebie samą też muszę pilnować, by nie pozwolić się nikomu ściągnąć na dno, bo jak moja pochodnia zgaśnie, to może nie być nikogo, kto by ją zapalił... 

A parę razy było już blisko...

Teraz jest szczególnie trudno, bo wszystko po kolei się knoci, a najgorzej jak zdrowie siada. O, jak teraz... Taka prosta sprawa, jak te urodziny i ja prawie dałam ciała. Mieliśmy iść do restauracji i to sobie zapisałm w głowie jako załatwione i nie myślałam o tym wcale. Tyle tego wszystkiego jest na głowie i ten czas tak szybko ucieka, że ja prawie o urodzinach mojego dziecka na śmierć zapomniałam. Nic, kompletnie nic nie przyszykowałam. Kupiłam prezent dawno podczas black friday, ale niezapakowany leżał w schowanku na prezenty całkiem zapomniany. Nagle w tej chorobie na kanapie leżąc zdechła sobie uświadomiłam, że to już. A tu nie ma ani tortu, ani dekoracji, ani prezentu, ani kwiatów, a ja nie mam nawet grama siły, by cokolwiek w tej kwestii zmienić. Nie miałam nawet siły, by się na siebie wnerwić. Było mi wszystko jedno. Powiedziałam tylko "wszystkiego najlepszego z okazji urodzin". Dopiero na następny dzień, jak mi się poprawiło, poczułam się gównianie, bo zawiodłam, bo Dziecku na pewno było przykro, że nikt nie pamiętał o urodzinach. Nic nie przyszykował. A To Dziecko ZAWSZE PAMIĘTA o urodzinach wszystkich. Jest jedyną osobą, która nigdy nie zapomina o moich urodzinach. Byłam złą matką tego dnia! Bardzo złą! Ale naprawiam to, jak mogę. Zapakowałam prezent, robię skromny tort z tego, co jest w domu, jutro pójdę po kwiaty do sklepu, nawet jak bedzie lało jak z cebra i wyrychtuję jakieś znośne dekoracje. Będziemy świętować kilka dni później. Lepiej późno niż wcale. Nie wolno zapominać o takich rzeczach. To tylko z pozoru są drobiazgi, ale to takie drobiazgi właśnie oświetlają nasze życie i dodają nam otuchy. 



2 grudnia 2023

Nie chcę takiego mentora...


Nie dawno nabyłam za kilka euro kilka swetrów w Kringwinkel. Pochwalę się jednym, bo jest gruby, szeroki, super ciepły i nie posiada śladów użytkowania, a do tego nie „gryzie”, jak większość swetrów. No i bardzo mi się podoba. 

W zeszłą niedzielę wreszcie było trochę ładniejszej pogody. Wzięłam przeto mój aparat na jesienny spacer rowerowy. W jakieś dwie godziny objechałam około 10 kilometrów. Nie oddalałam się zbytnio od miejsca zamieszkania, ażeby w miarę bezpiecznie móc dodom powrócić i by obeszło się bez wzywania śmigłowca i znajomych z psami tropiącymi. Z moim samopoczuciem i siłami teraz bowiem to nic nie wiadomo. 

Wycieczkę uważam za udaną. Nawet udało mi się białą czaple wytropić, ale skubana nie dała się podejść z bliska. Gęsi mnie zobaczyły i podkablowały głośno drąc dzioby całym stadem. Ale nadejdzie taki dzień, w którym ją zdybię. Na fotce widać jednak, że to czapla. Na drugiej też widać…. jak ulatuje zaraza w nieznane. Gęsi też poleciały…



była sobie czapla biała, ale właśnie odleciała…


gęsi nilowe


Muchomorów i innych grzybów też parę zdybałam w drodze powrotnej. Rozproszyło to trochę czarne depresyjne chmury i orzeźwiło umysł. 

Zdjęcia z tej przejażdżki powtykam w tekst tu i ówdzie. Jak zwykle.





W poniedziałek pogoda już nie było urodzaju na słońce. Lało jak z cebra przez cały dzień i ja w tym deszczu musiałam pomykać skuterkiem kilkanaście kilometrów do mojego już prawie byłego biura, by się wyspowiadać z planów co do ewentualnego mojego powrotu do latania na miotle. Pani była bardzo miła i nie przejawiała żadnych złych emocji w związku z informacją, że raczej się na to nie zanosi... Więcej, zaproponowała, bym w styczniu przyszła do niej ponownie, to powie mi, jak mam załatwiać ewentualne zwolnienie z przyczyn zdrowotnych, ale też podkreślała, że nie muszę tego robić.




W tym tygodniu otrzymałam też e-mail od pani z funduszu zdrowia, która chce ze mną porozmawiać, by dowiedzieć się, jak tam mi idzie przekwalifikowywanie. Jeszcze nie zdążyłam jej odpisać. Na  żaden mejl nie zdążyłam jeszcze odpisać, bo nie mam czasu...



We wtorek rano zadzwoniłam do VDAB (biura pracy), by poprosić o dokument dla Najstarszej, który jest potrzebny do hulpkas w kwestii potencjalnego zasiłku. Pani powiedziałą, że córka musi być przy tym obecna, bo musi odpowiedzieć na kilka pytań. Rozmowa była nagrywana, więc pewnie to jest rodzaj dokumentacji... Najstarsza akurat spała, o czy poinformowałam panią, na co ta się uśmiała i powiedziała, by zazdwonić, jak sie obudzi haha. Wtedy jednak już nie dało się tam dodzwonić, więc dzwoniłyśmy ponownie dzień później. Kto inny odebrał, ale się okazuje, że tam jest coś nie tak w tym dossier, że będą sprawdzać... Zapytali, czy mogą do córki bezpośrednio dzwonić i pisać, czy lepiej przeze mnie. Odrzekłam, by dzwonić nawet nie próbowali, bo ona nie odbiera telefonów. Pisać mogą próbować, a ja będę próbować przypominac jej o czytaniu e-maili... Zobaczymy, co z tego wyniknie... 



W środę Młoda i Młody pojechali do ortodonty. Młody najsampierw obskoczył na rowerze szkołę w te i wewte, bo mógł być tylko na niderlandzkim. Wrócił do domu i dalej pojechali autobusem. Świetnie sobie radzą. Na następnej wizycie ma mieć zakładany aparat i życzy sobie, by matka z nim pojechała. Będę zatem musieć sobie wagary zrobić…



Ja w tym czasie byłam na stażu, gdzie zafundowano mi małe załamanie nerwowe. Pojawiła się bowiem moja mentorka ze szkoły, którą mogłam pierwszy raz na oczy zobaczyć...

Przyszła mnie niby obserwować przy pracy, ale siedzieliśmy w innej sali... 

Nic to. Zaczęłam pełna entuzjazmu (no bo już sie bardzo napaliłam na to spotkanie noworoczne i moje genialne pomysły) przedstawiać mój pomysł na realizację projektu z udziałem rodziców i partnera zewnętrznego, a ta mi przerwała i mówi, że to raczej się nie nada, bo nie o to w tym chodzi. 

Po czym zaczęła mi wciskać jakiś kit, że niby projekt polega na tym, że mam zorganizować dla rodziców pogadankę z udziałem jakiegoś uczonego w piśmie, czyli np psychologa, pedagoga, a w tym celu mam wybrać jakiś temat, typu "agresja u dzieci", "problemy z zasypianiem" i takie tam... Teatrzyk se mogę zorganizować, ale pod warunkiem, że będzie na ten wybrany temat i będzie uczył czegoś rodziców... 

Że co, kurwa?!!!

Próbowałam ją przekonywać, że to jest projekt opiekunów żłobka, a nie nasz, że my mamy zrobić cokolwiek z rodzicami i cokolwiek z instytucją niezwiązaną ze świetlicą, ale nie, ona się upierała przy swoim. Żeby było milej, w tej rozmowie uczestniczyła moja jedna koleżanka i moja mentorka (szefowa) ze świetlicy. Mentorka próbowała też dać do zrozumienia, że to co tamta sugeruje, jest niewykonalne i nierealne, bo kto normalny będzie chciał dobrowolnie za friko prowadzić jakąś prezentację czy pogadankę na tematy wychowawcze....? Ale baba swoje, że ona rozumie, ale że takie są wytyczne ministerstwa i że to nie oni decydują i w ogóle najmądrzejsza z mądrych…

Okropnie mnie to zdenerwowało... delikatnie mówiąc. Czułam się kompletnie załamana. Noż kurwa! Siedziałam nad tym ponad 2 tygodnie, kombinowałam, dumałam, spisywałam pomysły, aż wszystko wydało mi się idealne i poszłam na to spotkanie z nadzieją, że omówimy detale i będę mogła się zabrać za realizację, by juz na poczatku grudnia rodziców zacząć zapraszać i wszystko szykować, a tu przychodzi ta raszpla i próbuje mi wmówić przy moich koleżankach, że jestem taka głupia iż prostego zadania nie potrafię zrozumieć. No mało się tam nie popłakałam z nerwów. Myślałam tylko o tym, by pójść do domu i przeczytać spokojnie to pieprzone zadanie jeszcze raz... 🤬😡😠🤯👹👺😵‍💫

Gdy poszła, pogadałam z szefową i koleżanką i one onie twierdziły, że to wszystko jest co najmniej dziwne. Szefowa powiedziała, że ma znajomą, której może się zapytać, czy by nie przyszła z jakąś pogadanką, a ja powiedziałam że zapytam naszej pani psycholog, ale zacznę od zapytania innych nauczycieli o ten projekt, bo nijak mi się to nie zgadza z tym, co było mówione na lekcji i z projektami, które robią koleżanki... No bo któraś laska robi z dziećmi i jakąś cukierniczką babeczki, inna zabrała dzieci na imprezę z urzędem gminy, więc te farmazony co ona plecie, nijak się w to nie wpasowują…

stary młyn wodny

stary młyn

stary młyn


Potem poszłam do dzieci, by się odstresować, i robiłyśmy doświadczenie z dmuchaniem balonu bez dmuchania, czyli za pomocą reakcji sody z octem. PODOBAŁO SIĘ WSZYSTKIM - zarówno dwunastolatkowi jak i dwuipółlatkom. Zużyli półtoralitrową flaszkę octu i pół puszki sody, a w klasie waliło octem, że koleżanki wszystkie okna otwarły haha. 

Nie posłuchałam się bowiem syna. A MŁODY MNIE PRZESTRZEGAŁ, bym nie pozwalała dzieciom robić drugi raz robić tego doświadczenia, bo - na pewno będą chcieli - powiedział - a potem jeszcze raz i jeszcze raz...

 I tak było!!! Prorok jakiś, czy co?!!! 🫣🤔

 Tak serio, to fajnie, że próbowali drugi raz i trzeci, że się bawili, że im się podobało, że byli zafascynowani. Szóstoklasista mi kilkukrotnie dziękował za ten eksperyment. Powiedział, że pokaże w domu tacie i go zaskoczy, bo to superowy eksperyment był. Obiecałam, że bedziemy robić inne, choć w duszy sobie myślałam - o ile ja tu jeszcze wrócę... 

Wróciwszy do domu przeczytałam projekt uważnie z 5 razy i stwierdziłam, że TAK BABA SIĘ MYLI, NIE MA CHUJA!

Powiedziałam do Małżonka, że jak się okaże, że ona ma rację, zostawiam ten kurs w cholerę. Przyznał mi rację, że to nie jest normalne, jak jest to wwszystko zorganizowane i jaki jest burdel. Całą noc przez to nie spałam, bo taki nerw miałam. No zlitujcie się!

Nazajutrz poszłam do szkoły w stresie, a mgła mi tego nie ułatwiała, bo mało se oczów nie wypatrzyłam w drodze…




Zapytałam jednej nauczycielki, zapytałam drugiej i co się okazuje? No oczywiscie, że to ja mam rację! I że "koleżanka najwyrażniej się pomyliła ze żłobkiem..." Taaa... Wiadomo, tyle tego jest... i żłobek, i świetlica szkolna, te wszystkie dwa miejsca trudno musi być na pewno spamiętać i ogarnąć co do czego. Powiedziałam, że rozumiem, bo nie będę się kopać z koniem. 

Pochwaliły moje pomysły. Powiedziały że świetne są. A ja miałam ochotę pójść i skopać komuś dupę. Albo nawet zabić na śmierć.

Zaraz napisałam sms do "szefowej" i umówiłam się z nią na przyszły tydzień na omówienie szczegółów naszej imprezy noworocznej. 

Nie wiem, może ja dziwna jestem, bo się mnie wydawało, że takiego mentora jak się ma, to on ci jest od pomagania, wspierania, od wyjaśniania niejasności, od odpowiwadania na pytania, od tłumaczenia rzeczy dla ucznia nie zrozumiałych i tak dalej. Najwyraźniej  czasem może  też być odwrotnie.

Całkiem nieźle wpłynęło to na moje zmęczenie i samopoczucie. Teraz się czuję, jak by mnie krowa zeżarła, przeżuła i wysrała.... czy coś w ten deseń. Nie mam już tyle chęci ani entuzjazmu co przedtem. Nie ma szans bym zaufała mojej tzw mentorce. Będę próbowac unikać kontaktu  z nią na tyle, na ile to jest możliwe, bo ciężko mi będzie nie patrzeć na nią z pogardą i nienawiścią. Przynajmniej przez pewien czas. 

W piątek po szkole wstąpiłam do Actionu po jakieś różne pierdolety do kraftowania fotoksiążki. Nie wiem, co z tego użyję, ale na pewno wszystko mi się przyda wcześniej czy później…



To wszystko nałożyło się przy tym na przedwczorajszy zastrzyk decapeptylu, który sam w sobie powoduje zjazd samopoczucia i nasilenie zmęczenia. Do tego na zewnątrz zimno, co zabiera kolejną porcję mojej energii, bo ja dużo paliwa na ogrzewanie mojego ciała potrzebuję. 

U lekarki naszej byłam razem z Najstarszą, by poprosić o wszystkie badania zlecone przez polskiego psychiatrę online. Pani doktor bez problemju pobrała krew do badania, umówiła Najstarszą na badanie EKG u swojej koleżanki (bo sama pewnie już powoli szykuje się do macierzyńskiego) i wypisała skierowanie na MRI.

pole chmielowe pobliskiego browaru


W weekend może pójdę do znajomej belferki niderlandzkiego, by zapytac o korki dla Młodego. Może akurat się zgodzi i spróbuje mo pomóc. Choć nie wiem, czy to pomoże, bo Młoda odkryła w tym tygodniu podczas wspólnej z nim nauki, że on ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem, a to może być winą autyzmu, a na to korki nie pomogą raczej...

Będę guglować, czy to da się połączyć oficjalnie z autyzmem i czy jakis psycholog czy psychiatra by jakiegoś atestu mu nie pyknął, by brali to pod uwagę na egzaminach i sprawdzianach.... Bo trza kombinować jak się tylko da, bo uczciwością i ciężką pracą człowiek daleko nie zajedzie w dzisiejszym świecie a ideałami sie nie naje. Myśląc o psychiatrze skonstatowałam, że ciągle nie otrzymaliśmy oficjalnej diagnozy na papierze i chyba trzeba upisać jakiś mejl do pani doktor, bo w styczniu mamy pierwsze spotkanie w Het Raster, organizacji pomagającej ludziom z autyzmem, i dobrze by było mieć te dokumenty. 

Jeżu, człowiek o wszystko musi się dopominać i o wszystkim pamiętać. Męczące to!

brukselka z innej perspektywy


Dziś pożegnaliśmy kolejną naszą świnkę. 🐾🌈💔

Wetka powiedziała, że prawdopodobnie rak jajowodów… czy jajników... Nie ważne, ważne że Maggie w ostatnim, dosyć krótkim czasie cała praktycznie spuchła. Wyglądała jak beka, futerko zaczęło jej garściami wychodzić. Miała problemy z chodzeniem. Od przedwczoraj widocznie miała trudności z jedzeniem - jadła bardzo powoli i trzeba było pilnować, by reszta łobuzerki nie kradła jej przekąsek. Doktorka mówiła, że moglibyśmy próbować ją jeszcze leczyć, że może dać kontakt do specjalisty od takich spraw, ale powiedziałam, że nie mamy hajsu na długie leczenie no i stan Maggie nie był najlepszy. Poza tym ona miała już blisko 5 lat... Poprosiłam o eutanazję. Pochowaliśmy ją oczywiście w ogródku w sąsiedztwie Tornado... Może gdybyśmy od razu poszli, gdy tylko zauwazyliśmy że coś jest nie tak.... No ale brak czasu, brak hajsu, za zimno, by wozić świnki skuterem, a Małżonek wraca ostatnio dopiero przed osiemnastą, bo koszmanrne kory na drodze... No, wyżej dupy nie podskoczysz. 

Nasza Magunia… 🥺


Najstarsza i Młody ubrali dziś choinki w swoich pokojach. Jakoś obydwoje mieli na to wielką ochotę w tym roku. W salonie chciałam postawić na szafie malutką żywą choinkę w doniczce, ale coś mi się wydaje, że może się nie zdarzyć. Małżonek uznał, że choinki są bez sensu, z czym się zgadzam. Poza tym nie mamy miejsca w tej graciarni, ale fajnie by było mieć światełka, szczególnie gdy będę mieć już te ferie... Do ferii jednak jeszcze trochę...

Młody zapytał z łobuzerskim uśmiechem, kiedy przyjdzie Mikołaj, dodając, że jakby przyszedł, to niech położy prezencik pod choinką. Chwilę później zapytał, czy myślę, że przyniesie mu te mazaki, o których mówił, a że jestem słabym kłamcą, to poleciał na górę ucieszony, oznajmiwszy, że w takim razie czekał będzie na te mazaki. 

Fajnie mieć jedenastolatka, który w liście do Mikołaja podaje po prostu mazaki 🫠. Chyba dorósł ☺️🤨

Niedługo Młoda ma urodziny i może uda się pójśc do restauracji, bo wszyscy tego potrzebujemy, by zrobić coś wyjątkowego raz w roku po tych wszystkich przebojach i trudnych tygodniach.

Wymyśliłam też prezent do skraftowania dla Młodego pod choinkę: kalendarz izydorowy z pytaniami (na wzór kalendarzy adwentowych). Bo on chce te pytania, na które mógłby odpowiadać, więc pomyślałam, że każdy z nas spisze możliwie dużo pytań i zrobimy mu kalendarz, którym będzie odliczał dni od Nowego Roku do swoich urodzin i każdy dzień będzie zwierał ileś tam pytań.

Jakbyście mieli jakieś pytania dla Epickiego Jedenastolatka, dawajcie w komentarzach. Im więcej, tym lepiej. 

A parę dni temu z sypialni miałam widok na Księżyc, więc cykałam fotki przez okno…














26 listopada 2023

Przemyślunki na temat kursu i życia, które czasem zbyt ciężkie się zdają

 We wtorek nawiedziłam z Młodą dermatologa. Pod blokiem zauważyłyśmy tabliczkę, która wielce nas ubawiła. Obie zrobiłyśmy zdjęcia, żeby pokazać znajomym.

Trochę chaszczów, trochę trawy, trochę wody i błocka = NIEBEZPIECZNA SYTUACJA.



To bajoro otacza asfaltowa ścieżka dla pieszych i rowerów i pewnie jak jeden z drugim na skróty spróbuje, to może zaistnieć niebezpieczna sytuacja, ale jak ja sobie to wyobrażam, to jeszcze bardziej mi się micha cieszy. Nie no, patrzysz na ten krajobraz miłu oku, na tę zieleń sielską, tę trawkę, ten uroczy płotek nad strumykiem, na też ścieżkę dla rowerów i na tym tle widzisz tę oczobolnie czerwoną tablicę gevaarlijke situatie "niebezpieczna sytuacja". 

Pani dermatolog oświadczyła, że problemy skórne Młodej to nie jest wina autyzmu, tylko niezwykłej nadwrażliwości skóry. Pochwaliła się, że ona sama też to ma, tylko u niej problem pojawia się i znika, czasem się nasila, czasem prawie nie istnieje i że na to pomagają leki na alergię. Zrobiła prosty test - przejechała Młodej po plecach lekko jakimś szpikulcem. U normalnych ludzi, nic to nie robi, u ludzi z tym problemem po chwili skóra wokół śladu robi się bardzo czerwona i pali żywym ogniem przez kilka godzin. Młoda do wieczora skarżyła się, że ciągle czuje to, co tam jej „narysowała”. 

Młoda zaczęła brać to samo, co braciszek bierze na swoją alergię, tylko w tabletkach: Desloratadine. Czy pomoże, czas pokaże.

Skoro już jestem przy niezwyczajnych problemach to na kursie spotkałam pierwszą osobę, która doświadcza tego samego zjawiska podczas gorączki, co nasz Młody. Dotąd jak opowiadałam o tym, że nasz Młody strasznie przechodzi gorączkę, bo temperatura mu na zmiany bardzo szybko rośnie i spada, przy czym majaczy, boi się, gada do niewidzialnych potworów, chce uciekać… to ludzie patrzyli na mnie, jakbym się z choinki urwała. A tu nagle kobieta opowiada, że jej syn jest chory i że podczas gorączki ma takie objawy… Dodaje, że ona też to ma i że to tzw syndrom Alicji z Krainy Czarów. Widzi się wtedy wszystko bardzo powiększone i zniekształcone… Nie wiem, co widzi Młody, jeszcze o tym nie czytałam też, ale najważniejsze dla mnie jest, że są inni ludzie z podobnym problemem, że nie jesteśmy jedynymi dziwadłami na tym świecie… Co ciekawe oni mają ADHD i może to ma coś z tym wspólnego…? Kto wie. 

Ileż dziwnych zjawisk i dolegliwości ludzie doświadczają, o których się nie mówi, o których mało kto słyszał… Ile my dziwnych rzeczy żeśmy zebrali. Istny klub osobliwości jest w naszym domu, a tu jeszcze ludzie się dziwią, gdy mówię, że jesteśmy normalni inaczej, co nie przeszkadza im jednocześnie przekonywać nas byśmy się dostosowali do ich świata… Wybaczam im, bo nie wiedzą, co czynią.



Na świetlicy znowu było fajnie. Miałam chęć porobić z dziećmi eksperymenty, ale się nie złożyło. 

Najpierw zapytałam koleżanek, co na ten temat myślą, to odrzekły, że im wszystko jedno, ale muszę zapytać o zgodę szefową. Wysłałam zatem do niej sms pytający i otrzymałam pozytywną, a nawet bardzo pozytywną odpowiedź. Wybrałam na początek 2 doświadczenia z balonikami, sodą i octem, zebrałam rupieci do pudełka i zaniosłam to do świetlicy, ale okazało się, że ktoś tego dnia organizował urodziny i sporo dzieciaków poszło wcześniej do domu, a ci którzy zostali mogli się bawić w innej sali, czyli "nowe zabawki", "nowe miejsce" to przecież nie będę im przeszkadzać. Poza tym robiliśmy wyklejankę zaproponowaną przez koleżanki, która bardzo się  wszystkim podobała i której wykonanie zajęło sporo czasu. Eksperymenty zatem przełożyłam na następny tydzień. Może się złoży...

w drodze do szkoły


Jeśli chodzi o moje projekty, to póki co, tylko jedna rodzina mi zdjęcia przysłała mejlem. Z czego wniosek, że trzeba popytać jeszcze innych rodziców, a tamtym się przypomnieć, ale z fotoksiążką mi się nie pali w sumie.

Wymysłiłam plan potencjalnej imprezy dla rodziców. Potem spiszę mój plan i wszystkie pomysły, by w poniedziałek wysłać do szefowej (mentorki). Bardzo jestem ciekawa, co ona na to, bo pomysł jest dosyć, że tak powiem, szalony jak na stażystkę, która ma całe gie do powiedzenie w świetlicy, ale ja jak już mam coś robić to tak, żeby było w miarę fajnie. A widzę to tak:

Impreza w ostatni piątek ferii bożonarodzeniowych dla wszystkich rodziców, w godzinach od 16 do 18.

W korytarzu ładnie udekorowany stół z przekąskami. Wersja 1: chipsy, ser, salami, oliwki, paluszki, kawa, herbata, wino musujące - po belgijsku). plus Wersja pro: rodzice przynoszą ulubione domowe deserki (to by było zajebiste, ale wątpię, czy jest akceptowalne i wykonalne).

Wystawa prac z zajęć feryjnych dzieci (to był pomysł mentorki - biorę jak swój).

Mini teatrzyk "Złotowłosa i trzy misie" (na zasadzie: narrator czyta, dzieci udają misie i Złotowłosą, co można zrobić niemal na poczekaniu, jeśli ma się trochę fantazji) Dlaczego ta bajka? Bo to jedna z moich ulubionych. Bo jest w temacie rodziny i różnic, a ja chcę trzymać się tego tematu w każdym projekcie. Bo potrzebne rekwizyty są w świetlicy: krzesełka róznych wielkości, miski, łyżki, poduszki; w domu mam kolekcję takich samych misiów różnej wielkości. Bo właśnie kupiłam książkę za 4 €. Bo chcę.

Wspólne (rodzice i dzieci) majterkowanie albo rysowanie, albo śpiewanie piosenki...? 

Z piosenkami mam problem. Chciałabym, żeby dzieci coś razem dla rodziców albo z rodzicami zaśpiewali, ale nie znam kurde tutejszych piosenek dla dzieci. No okej, pare znam, ale to o wiele za mało. Po polsku to znajdę piosenkę dla dzieci na każdy temat, a jak nie znajdę, to napiszę na poczekaniu do pierwszej lepszej melodii. W niderlandzkim nie jestem aż tak mocna, nad czym bardzo ubolewam i co mnie frustruje.

Kolejny problem jest taki, że jestem tam tylko stażystką. 

W związku z czym nota bene uważam, że te wszystkie nasze obowiązkowe projekty to lekkie nieporozumienie. No cholibka, mamy w sumie 3 miesiące czasu, teraz to już tylko 2, by zorganizować coś dla rodziców, coś z partnerem niezwiązanym ze świetlicą i zrobić ten projekt z fotoksiążką. Plus obserwacje dzieci i inne drobne zadania. 

Ogólnie żadna z tych rzeczy nie jest trudna. Pod warunkiem jednak, że się w świetlicy pracuje normalnie 5 dni w tygodniu i zna się zwyczaje, plany, widuje się codzienie rodziców, kolegów i dzieci, a nie kurde, że człowiek jest marnym stażystą, który wpada do świetlicy raptem 2 razy w tygodniu na łącznie (aktualnie) 5,5 godziny. Przy czym ma się do wykonania normalne zadania świetlicowe, jak pilnowanie dzieci przy myciu rąk, napełnianie bidonów wodą z kranu, ścieranie stołów po jedzeniu, zabawy z dziećmi, zajęcia plastyczne, czy ruchowe organizowane przez koleżanki, zabawy na podwórku, sprzątanie sal (w sensie jazda na szmacie i latanie na miotle oraz mycie kibli). 

Nie mam za wielkiego pola manewru. Po zmianie planu godzin praktycznie nie widuję rodziców. 

Nie ukrywam, że mam sporo wątpliwości co do powodzenia misji pt "zostanę opiekunem świetlicy". 



I tak, wielkie chęci, radość i entuzjazm przeplatają się non stop z niepewnością, ogromnym zwątpieniem, wieloma obawami a nawet złością. Uczucia mam baaardzo mieszane. 

Bywają takie bardzo czarne momenty, kiedy mam dość, kiedy myślę, by zostawić to wszystko w diabły, srać na to, gdy chcę pisać, dzwonić, gnać do biura pracy, nauczycieli, funduszu zdrowia, lekarzy, by oznajmić, że kurwa nie dam rady, że za cienka w uszach jestem na to wszystko i za stara, że to ponad moje siły i nie na moje zdrowie. Gdy stwierdzam, że chuj, za chwilę uznają mnie za niepełnosprawną i dostanę zasiłek. Będę se siedzieć w domu, zostanę kurą domową na zawsze, będę gotować, sprzątać, troszczyć się o najbliższych i mieć wszystko w dupie, co przecież wielu ludzi robi latami i się tym wcale nie szczypią...

 Tak, od września było wiele takich momentów. 

W tym tygodniu między innymi. 



Najczęściej pojawiają się w nocy, gdy wszystkie koty i myśli są czarne...

 Budzę się o pierszej w nocy, by nad tym myśleć do rana. 

Potem wstaję jak zombie ponura, zmęczona, zdołowana, bez sił, ale za dnia słońce powoduje, że zmory zwykle blakną i się chowają. Wtedy znowu entuzjazm gra pierwsze skrzypce, a głowa pełna jest pomysłów i kolorów.

 Gorzej jak słońca nie ma za wiele, jak ostatnio... Zimno, buro i ponuro... Niektóre dni i noce były dla mnie cholernie trudne mentalnie. 

Złość. 

Zniechęcenie. 

Brak sił. 

Brak nadziei. 

Rezygnacja. 

Strach. 

Brak motywacji. 

Obawy. 

Niepokój. 

Bezsenność. 

Zmęczenie. Zmęczenie. Zmęczenie...

Żeby to jeszcze człowiek tylko ten kurs miał na głowie, pewnie było by o wiele łatwiej, ale gdzie tam, życie takie nie jest, że możesz tylko jedną rzecz robić na raz i się jej poświęcić całą duszą i sercem. 

Nie ma tak dobrze!

Cały czas myślę o naszych dzieciach, szczególnie tych dużych, które są dorosłe i które chiałby by jakoś normalnie żyć, normalnie funkcjonować, pracować, zarabiać, mieć coś z tego cholerenego życia i tym życiem się cieszyć. Co to za życie, jak masz 19, 20 lat i siedzisz samotnie w domu dzień-noc? Jak nie możesz iść do pracy, bo twoje ciało i twój umysł nie chce współpracować, robi ci na przekór, wszystko sabotuje. Jak nie możesz iść na imprezy, nie masz przyjaciół w pobliżu, nie możesz pójść na basen, uprawiać sportów, bawić się normalnie jak inni młodzi, gdy herbaty se do pokoju zanieść nie możesz, bo potykasz się nawet o głupi cień…

A tu jeszcze znikąd pomocy czy wsparcia, kiedy ono jest najbardziej potrzebne.

Mam już serdecznie dosć użerania sie z tymi wszystkimi pieprzonymi instytucjami i tymi patologicznymi skurwiałymi leniwymi urzędasami!

Wiecie co, ja dostałam taką fantastyczną kołczkę z Emino od Rentree (tej instytucji, która pomaga ludziom z rakiem w m.in. szukaniu pracy). Kobieta sympatyczna i pomocna. Wiele mi doradziła, dzwoniła po urzędach i ludziach w mojej sprawie, zawsze wysłuchała, doradzała podpowiadała to i owo... Czyli są też superowi ludzie! Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka. Najstarsza chodząc jeszcze do szkoły, też taką opiekunkę miała z biura pracy, że do rany przyłóż. Ale potem jej zmienili niestety no i teraz jest jak jest...

A jest tak, że mnie jeż szlag mało nie trafi! Ja nie mam czasu i sił, a tu wszystko się pierdoli!

Najstarsza skończyła pracę w sierpniu i normalnie powinna być od tego momentu prowadzona przez swoją opiekunkę z Emino, jako szukająca znowu pracy. Tymczasem ani pies z kulawą nogą o nią nie zapytał. Moja opiekunka zdobyła dla mnie kontakt opiekunki Najstarszej (to ta sama firma, tylko różne działy) i ja napisałam do niej, o czym już wspominałam. No dobra, tamta zadzwoniła, bym mogła sie od niej dowiedzieć, że ona nie wie nawet, czy Najstarszej należy się jakiś zasiłek, czy ma jakieś dokumenty wypełnić, otrzymać, no ONA NIE WIE NIC! Sie napomagała, no! Pytaliśmy już różnych ludzi znajomych i wszyscy są zgodni, że coach z Emino jest od pomagania takim ludziom, jak dupa od srania! Każdy się dziwuje, że tak po macoszemu potraktowno naszą Najstarszą.

Od mojej opiekunki dowiedziałam sie, że zasiłek się jej powinien należeć, dostałam namiary na to, gdzie pytać, potem Małżonek zapytał w swojej firmie jednej pani i ta mówi, że powinniśmy jaknajszybciej do HULPKAS ( kasy pomocowej) się zgłosić z dokumentami, bo inaczej Córce wszystko przepadnie. 

Pisałam o tym jak to jest się trudno umówić przez internet i jaka kitowa jest strona tego hulpkas.

 Byłyśmy tam z Najstarszą i pan faktycznie powiedział, że jesteśmy o wiele za późno i że mogą być problemy, ale zapisał tam w dokumentach, że autyzm, że dezinforamcja w urzędach... no ale po pierwsze brakowało kilku dokumentów, a po drugie - tak jak się obawiałam - powiedział, że musimy jechać do biura w Brukseli bo nie należymy pod Aalst, gdyż to nie nasz region. Taaaaaa, zajebioza. Próbowałam się umówić do Brukseli, ale nie ma takiej zasranej możliwości. Nie ma już możliwości, by w tym roku się umówić na wizytę w hulpkas w Brukseli. Umówiłam nas do Leuven na początek grudnia, bo to stolica naszej prowincji to raczej łapiemy się pod to. Normalnie naszym biurem jest Vilvoorde, ale tam jest zamknięte z jakiegoś powodu do czasu bliżej nieokreślonego. 

No ale tak, nikt nic nie wie albo nie chce powiedzieć, dokumenty jakieś wycudowane, że musisz sto urzędów odwiedzić, by je wszystkie zebrać, a potem tu zamknięte, tam nie da się umówić, tam znowu nie nasz region, zadzwonić nie można nigdzie, by się cokolwiek spytać, a tu jeszcze baran ci powie, że za późno przyszedłeś z tymi dokumentami. I to niby ma autystyczna dziewczyna sama ogarnąć, bo laska którą wyznaczono do pomocy leci se w chujki na małe bramki?! A może ta autystyczna młoda kobieta chciała by pojść do jakiejś innej pracy? Może chciała by czegoś innego spróbować? No wkurwia mnie to!

A potem się dziwują, że tyle ludzi nie pracuje, że tylu ludzi do pracy brakuje w tym kraju... To czego my teraz doświadczamy i to jak się nas traktuje, sporo wyjaśnia... Może faktycznie lepiej, by Małżonek zwolnił się z pracy i byśmy zaczęli żyć wszyscy z pomocy społecznej, by nam dali mieszkanie socjalne, by nam płacili rachunki, dawali jedzenie, a my se będziemy leżeć do góry wentylkami i żyć sobie powolutku w spokoju, jak na ten przykład nasza sąsiadka... 

Czasem patrzę i oczom nie wierzę: 7 kotów, 2 wielkie psy, dom z 4 sypialniami, a laska sama, od kilku lat na zwolnieniu lekarskim. Państwo płaci za czynsz, prąd, gaz, wodę, telewizję, internet, samochód, zafundowało sterylizację i kastrację wszystkich zwierząt, żywi ją wraz z tymi zwierzakami i opiera, opłaca weterynarza. Noż kurwa! Toż chyba powinny być jakieś granice i zasady jeśli idzie o sponsorowanie ludziom życia przez państwo...?

No dobra, laska uśpiła w zeszłym tygodniu jednego psa. Wreszcie!  Gad już od miesięcy się męczył z powodu ogromnego sączącego guza (państwo sponsorowało mu leki przeciwbólowe, bo tak sobie pani życzyła, a brak jakoś urzędasa, który by takie patologiczne zachowania ukrócił). Ucieszyła mnie ta wiadomość ze względu na psinę, ale, proszę państwa, przedwczoraj wyszedłszy z domu usłyszałam "dobrą-kurwa-nowinę", pani załatwiła sobie właśnie nowego pieska, wiczurka młodego i jak tylko piesek się zgodzi z tą krową, którą ma teraz, to pani przygarnie go. Dla synka (dawno dorosłego, którego tata wychowywał od małego). Bo synek kocha wilczury i może dla wilczura będzie ją częściej odwiedzał niż 2 razy na rok... Można? Można! Czemu nie…

Kobieta bez watpienia potrzebuje czegoś więcej niż jedzenia i dachu nad głową. Potrzebuje wsparcia i opieki, bo chyba nie jest to normalne, co się tu odczynia. Mam co do niej mieszane uczucia. Może nie tyle do niej, jak do tej konkretnej sytuacji. Człowiek nie jest winien tego, że jest jaki jest. Ona sporo złego w życiu doświadczyła,  do tego ma poważne problemy zdrowotne i nie ogarnia pewnych spraw, no ale do cholery jest pod opieką urzędu! Ja nie potrafię pojąć tego, że nikt tego nie kontroluje, nie sprawdza, nie pilnuje. Płacą ciężkie pieniądze nie interesując się, na co one idą. Tego nie rozumiem ni cholery! I to mnie wnerwia. I to, że nikt nie interesuje sie dobrem zwierząt u ludzi żyjących z zasiłku. 

W minionym tygodniu poprosiła mnie o chleb, bo nie miała nic do jedzenia w domu. Zaniosłam jej chleb, jajka od kurek i trochę owoców… 

Dziś widzieliśmy przez okno, że przyjechali jacyś ludzie z rzeczonym wilczurem. Wyglądało na to, że nie spodobał mu się potencjalny nowy kolega - ujadał wściekle i warczał. Mam nadzieję, że nie będą próbować ponownie i że nie będzie mieć kolejnego psa. Ze względu na tego psa, na oba psy. 

Nic to, próbuję żyć swoim życiem, bo tu mam co robić, ale czasem przeciez musze wychodzić z domu i wchodzić w relacje z ludźmi. Nie da się całkiem odizolować, a już na pewno nie od sąsiadow w szeregówce, z którymi dzieli się miejsce parkingowe. 

Ludzie mają różne problemy i różne pomysły na życie. Staram się to szanować, ale zawsze jestem w stanie…

Dendermonde


W tym tygodniu pogoniłam Najstarsza do byłej szkoły, by tam wypełnili jeden dokument do tego potencjalnego zasiłku dla kończących szkołę (bo żaden tam atest czy świadectwo nie wystarczy, trzeba specjalny dokument wypełnić w szkole, czyli papierologia do entej potęgi!). Pogoniłam ją do byłego pracodawcy, bo przysłał jej świadectwo pracy mejlem, ale niepodpisane, więc musiał strzelić autograf. Szef zapytał, jak tam u niej, a ona poskarżyła mu się na brak kontaktu z kołczką. Facet był  wielce zdziwiony i obiecał, że skontaktuje się z tą babą. Wątpię, by mu się udało.

Wczoraj dostałam mejl od mojej kołczki, w którym mi pisze, że pogrzebała w sprawie Najstarszej i się dowiedziała, że jej główny opiekun jest od jakiego czasu na zwolnieniu lekarskim i będzie do końca roku. A ta cipka, która jest na zastępstwie nie odpowiada na jej mejle. To i szefowi też nie odpowie raczej...

To dużo mi wyjaśniło, co nie zmienia faktu, że nasza córka, młoda autystyczna dwudziestoletnia kobieta została bez pomocy i wsparcia w momencie kiedy to wsparcie i pomoc najbardziej są jej potrzebne. 

Dobrze, że ona ma nas, że ma gdzie mieszkać, co jeść i że ma obok bliskich, którzy jej pomagają we wszystkim. Ona na ten moment nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. W domu sobie radzi dobrze - zrobi sobie czy braciszkowi jedzenie, posprząta, nakarmi zwierzaki, rozwiesi pranie (o ile nie zapomni). Sama pójdzie też do sklepu, czy w pilnej potrzebie do lekarza rodzinnego albo dentysty, ale tylko pod warunkiem, że tych już zna i problem jest prosty. Wizyta u specjalisty już jednak wymaga towarzystwa, bo ona nie poradzi sobie z tłumaczeniem problemu, nie potrafi powiedzieć np od kiedy występuje dany problem, jak często ani nic z czasem, bo czas dla niej jest abstrakcją totalną. Poza tym ma ogromne problemy z pamięcią, a często ze zrozumieniem, gdy pytania nie są krótkie i oczywiste. Nie zapamięta też żadnych zaleceń ani tego, co lekarz (czy ktokolwiek inny) powiedział. 

Wszelakie sprawy urzędowe to dla niej chińszczyna i abrakadabra. Nie rozumie za bardzo, mimo licznych tłumaczeń, jak działają ubezpieczemia, podatki, rachunki... Z każdym rokiem uczy się nowych rzeczy i coraz więcej ogarnia i być może za kilka czy kilkanaście lat będzie sobie w stanie samodzielnie radzić w życiu, ale żyjemy tu i teraz, a tu i teraz ona potrzebuje pomocy i powinna do cholery taką pomoc dostać do państwa, bo tutaj takie możliwości są... Tylko, że trzeba o tą pomoc poprosić i się jej domagać, a na to trzeba miec czas i końskie zdrowie, a tu trafia się jeszcze na takie chujki, co to swojej roboty nie wykonują należycie, a tylko brużdżą... 

Ale jestem z niej dumna, że mimo wszystko poszła sama do starej szkoły i do pracodawcy, i do dentysty. Jest coraz lepiej, co mnie cieszy. W ostatnich latach zrobiła ogromne postępy i wydoroślała. Ma też przyjaciela, chłopaka w Polsce, którego poznała przez internet. To wiele dla nas znaczy, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze trzeba jej trochę pomagać, by kiedyś sobie poradziła w życiu.

Powinnam latać po urzędach i szukać dla niej wsparcia. Wiem nawet, gdzie mam iść, ale cholera dzień ma za mało godzin, a w nocy ani w weekendy urzędasy nie pracują niestety... Powinnam też złożyć skargę na tę cipkę z Emino, bo takie jednostki należy tępić, ale tym bardziej nie mam na to czasu i nerwów... Powinnam zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, by pomóc moim dzieciom i odciążyć już przepracowanego Małżonka, który robi na nas wszystkich już od jakiegos czasu poważnie ponad normę... 

Moje wątpliwości w kwestii kursu są naprawdę dosyć gęste i ciężkie, bo jednak będąc w domu, mogłabym wiele zdziałać dla dobra dzieci, pomóc im, latać z nimi nawet codziennie po urzędach aż do skutku, aż dostaną należytą uwagę i wsparcie. Powinnam latać z nimi częściej po specjalistach, bo może jest jakaś szansa na poprawienie ich zdrowia i komfortu życia albo przynajmniej na zwiększenie szans na zasiłek i uznanie niepełnosprawności. 

Z drugiej strony ja sama potrzebuję jeszcze coś zrobić ze swoim życiem, potrzebuję znaleźć jakąś cholerną pracę i zarabiać jakieś w miarę normalne pieniądze, bo jest coraz gorzej i coraz trudniej związać koniec z końcem. No bo jak niby miało by być dobrze, skoro jedna osoba musi utrzymać nasz 5-osobowy dom. Mój zasiłek to, można rzec, w tym momencie na waciki jest akurat. 

Choć wacików to akurat wielorazowych używamy, takich co to się je w pralce pierze. A propos oszczędzania na wacikach to Młoda zaczęła brać piguły bez przerwy, by zaoszczędzić na podpaskach. Kurde, gdyby nie dobra kobieta Eva, to ciągle żyłybyśmy w głupim przekonaiu, że trzeba robić przerwę na to posrane krwawienie. Jakie czasem bzdury człowiekowi wciskają i on w to wierzy marnując swoje życie, czas i pieniędze. Polscy ginekolodzy wmówili mi kiedyś, że muszę co miesiąc przed nimi nogi rozkładać, bo jak się bierze piguły, to co miesiąc się trzeba badać. Tak, byłam tak głupia i naiwna, że serio w to wierzyłam i to dobrych kilka lat. 

A potem przyjechałam do BE i się okazuje, że tu gin przepisuje tabsy od razu na 3 lata i jeszcze się patrzy na ciebie jak na przygłupa, gdy pytasz, czy nie musisz co miesiąc na badanie przychodzić. Potem się dowiedziałam, że piguły może przepisać też rodzinny i że trzynastolatka spokojnie może rodzinnego o piguły poprosić, a doktor nie ma prawa rodzicom o tym mówić,  i że nikogo nie zdziwi, gdy nastolatka położy receptę na ladzie w aptece. Więcej, że tu dziewczyna do 21 roku życia dostaje pigułki całkiem gratis. 

A teraz jeszcze przychodzi taka Eva i mówi, że kobieta nie musi robić przerwy... Takie to było dla mnie zdziwnienie i szok (no weź, tyle lat żyć w błędzie i się męczyć!), że musiałam naszej doktorki zapytać o drugą opinię, no i lekarka to oczywiście potwierdza. Ostrzega tylko, że wtedy czasem randomowo mogą drobne krwawienia występować, więc ona sugeruje robić przerwę co kilka miesięcy... Człowiek uczy się całe życie. Mnie osobiście już sprawa nie dotyczy, bo zafunodwano mi przecież wcześniejszą menopauzę, ale dla Młodej to wielce przydatna informacja. Dla portfela też, bo podpaski to tu sakramencko są drogie, jak na produkt pierwszej potrzeby. 

Tymczasem Młody zaczął się z pomocą starszej siostry przygotowywać do egzaminów grudniowych. Młoda przygotowała mu plan nauki i teraz codziennie siadają razem, by powtarzać materiał z poszczególnych przedmiotów. Młody cieszy się, że Młoda mu pomaga. Powtarza często, że ma superowe starsze siostry i że to najlepsze starsze siostry na świecie. 

Ja i Małżonek też często słyszymy, że jesteśmy najlepszymi rodzicami, że jesteśmy super i że nas bardzo kochają. Mówi to zarówno nasz jedenastolatek, jak i dorosłe dzieci. Jestem dumna z siebie i przeszczęśliwa, że mimo wielu błędów i porażek udało mi się zasłużyć na takie tytuły i takie cudowne słowa ze strony moich wielkich i wspaniałych dzieci. Nasze Dzieci też są najlepszymi dziećmi na świecie - mądre, dobre, czułe, pomocne... wspaniałe i kochane.

mini mural w Dendermonde  - ludziki około 20 cm namalowane na ścianie (Młody macał, czy namalowane)


W czwartek Epicki miał wizytę u ortodonty. Nagłowiłam się jak to rozegrać. Ja miałam lekcje do 16.15. On miał lekcje też gdzieś do 16 a wizyta o 16.40 w całkiem innym miejscu, 20 km od mojej szkoły i 15 od szkoły Młodego. 

Ostatecznie Młoda pojechała rano z Braciszkiem rowerem na przystanek i potem autobusem do szkoły i sama wróciła do domu tą sama metodą. Ja wysłałam mejl do szkoły z prośbą o zwolnieniu go o 14.15 (wtedy jest przerwa, a potem miał tylko plastykę) i sama się urwałam z lekcji. O, belferka się ojojczała, że wcześniej jej nie powiadomiłam mejlem i że następnym razem wszyscy mają powiadamiać o takich sprawach. Niektórzy tam trochę za bardzo się wczuwają w rolę. Szkoda tylko, że sama zapomniała poinformować, że przypadkiem to właśnie ona jest naszym nauczycielem od tego właśnie przedmiotu, który tego właśnie dnia rozpoczynaliśmy. Znaczy ja powinnam przewidzieć, kto jest moim nauczycielem, by móc go powiadomić, więc może ona powinna przewidzieć, kto przyjdzie na zajęcia, kto nie przyjdzie, a kto będzie musiał wyjśc wcześniej, he?

No ale dobra, wyszłam (nawet jakby mi nie pozwoliła, to i tak bym wyszła, tylko pewnie efektowniej haha) i pojechałam po Młodego. Potem odwieźliźmy tornistry do domu, chwilę sie poczilowaliśmy, bo był zapas czasu i pokręciliśmy dalej do ortodonty. Tyle zachodu po to, by wetknęli mu dwie małe gumeczki między zęby. Wracając rozglądaliśmy się za otwartą fryciarnią, ale wszystkie jadłodajnie tu  dopiero od 17 otwierają, a brakowało paru minut... Nic to, padał deszcz, więc nie czekaliśmy tylko  pojechaliśmy na przystanek, żeby Młody zabrał swój rower do domu, ale będąc kilka metrów od rzeczonego przystanku oświeciło mnie, że klucz od roweru pewnie on ma w tornistrze. Krzyknęłam do tyłu: "Masz klucz?!" Odkrzyknął: "FUCK!" Co znaczy w wolnym tłumaczeniu "nie mam". Pojechaliśmy zatem do domu. Dojechaliśmy zmarznięci na kość. Młody od razu poleciał pod prysznic, by się ocieplić w gorącej wodzie. Potem posiedział chwile pod kocem, by w końcu oznajmić, że idzie po swój rower. Poszedł na nogach i przyjechał wkurzony, bo ktoś mu rower wywrócił i przeszukał sakwę. Nie wykluczone, że ktoś próbował zwinąć rower, bo taki jest problem z markowymi rowerami, że dobrze się tym jeździ, łatwo o naprawę u mechanika, ale zostawianie ich gdziekolwiek jest ryzykowne. 

Dziś zrobiłam dzień gruntownego sprzątania domu, bo taki już wszędzie syf, że aż niemiło. Ostatnio sprzątamy tylko rynek. Tyle, żeby się nam syf do bosych stóp nie przyczepiał. Z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować w związku z moim kursem. Sprzątanie i gotowanie należą do tych rzeczy. Gotujemy stosunkowo rzadko, bo nie ma czasu ani sił. Jedziemy w dużej mierze na kanapkach, frytkach, jajecznicy i innym gównie. Młodzież radzi sobie sama, ale oni z natury jedzą gówno, jak nie zaproponuje im sie niczego lepszego. Jak już coś idzie na ruszt to staramy sie by było przynajmniej na dwa dni, a bywa, że i trzeciego dnia ktoś to odgrzewa. Młodzież też pomaga w sprzątaniu, ale nie wymagam, by sprzątały dokładnie po katach, bo za dużo rzeczy jest do przestawiania, a niektórych to wolę żeby nikt poza mną czy Małżonkiem nie ruszał w salonie czy kuchni. 

Trzeba wam wiedzieć, że my w salonie mamy poupychane pod szafami i w kątach wory siana, ziarna, trocin, karmy dla świnek, suszonych liści, pudło z łóżeczkami dla świnek itd. Niektóre ważą 15 kilo. Poza tym stałą dekoracją salonu jest suszarka do ubrań oraz kosze z podkładanymi ubraniami Trójcy, bo nie opyla się wynosić po dwie koszulki czy parze skarpet i każę zabierać, dopiero jak jest pełno. Albo sama zanoszę przy okazji.

Powiem wam, że przesrane jest mieszkać w 5 osób i kilka zwierząt w domu, w którym nie ma ani garażu, ani spiżarki, ani piwnicy, ani innego większego pomieszczenia do przechowywania nietypowych przedmiotów. A w Belgii dodatkowo przesrane jest nie mieć elektrycznej suszarki do ubrań, szczególnie w taki deszczowy i wilgotny rok jak ten. Nic nie schnie. Wywiesisz ręczniki na sznurze pod werandą to po 3 dniach zdejmiesz wilgotne i stęchnięte. To samo w domu często, że świeżo prane ubrania trzeba ponownie prać, bo cuchną stęchlizną. Poprzednich kilka lat było stosunkowo suchych to nie było problemu i nie biadoliliśmy nad tym, że suszarka się popsuła ani nie myśleliśmy o nowej, a teraz znowu nerwa człowieka bierze. Kurde, w Polsce z tym nigdy nie było problemu - wszystko schło pięknie nawet zimą na sznurze, a pościel jaka była cudna, gdy się wyniosło na balkon! Tutaj raz mi się zdarzyło wynieść zimą w słoneczny dzień pościel do ogródka - tak naciągnęła wilgoci, że aż niemiło było tego dotykać, nie mówiąc o spaniu. I śmierdziała. Cieszę się, że tu nie ma zim jak w Polsce, bo nie znoszę śniegu, ale ta wilgoć i deszcz to też nic dobrego.

No i tak se siedzę i marnuję mój cenny czas od kilku godzin na pisanie tych wszystkich żalów. Wiem, że powinnam dać se siana z pisaniem, że powinnam robić ważniejsze rzeczy, ale to jest cholerny nałóg i też całkiem dobra wymówka dla samej siebie, by nie robić tego, co mam do zrobienia, by odkładać to, czego mi sie nie chce robić i o czym nie mam ochoty myśleć...

Jeszcze 7 miesięcy kursu przede mną, a już mi się dłuży. Mimo wszystko miałam nadzieję, że będzie łatwiej to wszystko ogarniać i chyba miałam też jakąś cichą nadzieję, że zacznę i się od razu okaże że to nie dla mnie, że nie daję rady albo właśnie wprost przeciwnie, że to bajka. To było by proste. Prawda jest taka, że teraz po prostu nie wiem i to jest najgorsze. 

Chcę ten kurs skończyć, a jednocześnie najchętniej bym go w tym momencie przerwała. Jakaż ja jestem ostatnio niezdecydowana!

u nas na wsi 


Wiem, że dobrze się czuję wśród dzieci i że z ogromną radością bym z nimi pracowała i wiele mogłabym dla nich i z nimi zrobić, ale nie wiem, czy dam rady pracować z ludźmi, którzy mają inną wizję tej pracy i odmienne podejście. Kiedyś dawałam rady i podporządkowywałam się bez większego problemu pomysłom i zaleceniom innych, nawet jak były zupełnie niezgodne z moimi poglądami, ale dziś nie jestem tamtą mną, co ma oczywiście i dobre strony, ale w tej sytuacji nie koniecznie dobrze na tym wyjdę…

 Nie wiem, czy dam rady pracować w takich warunkach, jakie są np w tej świetlicy, że zabawki są w większości niekompletne, popsute, zniszczone, brzydkie, gdzie kanapa jest cała w strzępach i bebechy jej wyłażą, że w kąciku czytelniczym nie ma ani jednej książki i jeszcze nie widziałam, by ktoś tam czytał dzieciom książkę albo choćby pokazywał, że jest brudno, że nie szanuje się uczuć i zainteresowań dzieci, gdzie opiekunki rozrzucają ze złością zabawki po podłodze pokazując swoją władzę, gdzie to wszystko czego nas uczą na kursie i z czym w 100% się zgadzam w praktyce jest tylko głupią teorią, którą każdy ma totalnie w dupie. Od koleżanek wiem, że tak jest i w innych świetlicach i żłobkach…

Pomijając różnice poglądów ciągle mam ogromne obawy co do mojego cholernego zdrowia. Nie wiem, czy dam rady wykonywać ten zawód ze względów czysto fizycznych. Mam szczere wątpliwości, czy będę w stanie pracować 20 godzin w tygodniu. Wiem, że teraz było by z tym raczej ciężko, a prawdopodobnie niemożliwie na dłuższą metę. No oczywiście stabilna sytuacja w domu, szczególnie finansowa też by to zmieniła, ale póki co takiej nie mamy…

Jest listopad, mija blisko trzy miesiące szkoły i ja cholernie potrzebuję wakacji, potrzebuję odpoczynku i relaksu dłuższego niż jedno sobotnie popołudnie poświęcone na pisanie tych bzdur czy 2 godziny spędzone na basenie. Jestem kurewsko zmęczona psychicznie i fizycznie. Moje koleżanki miały normalnie jesienne ferie, a ja miałam staż a do tego byłam chora, ale one są zdrowe, w sensie nie mają raka,  a i tak narzekają, jakie to są zmęczone. No to co ja mam powiedzieć?! W grudniu teoretycznie powinnam mieć tydzien ferii, bo staż mam tylko przez tydzień. Czy uda się wtedy odpocząć i nabrać sił, i poprawić nastawienie...? No mam kurde nadzieję! 

A może powinnam jednak zrezygnować? 

Ale co wtedy? Jakie są alternatywy? No nijakie. 

Prawda jest taka, że trzymam sie tego kursu jak tonący brzytwy, bo nie ma za wiele innych opcji, a z tych które są, każda jest zła. Nikt nie lubi wybierać z trojga złego.

Zasiłek? Mam. Jest super. 1300€ na miesiąc. Mogę żyć za to do konca życia i utrzymać całą rodzinę, a jeszcze zaoszczędzę na zagraniczne wakacje i willę z basenem dla każdego dziecka 💩👺.

No, to by było na tyle, jeśli idzie o możliwości.

Wiecie co? Nie wiecie. Bardzo bym chciała być zdrową i móc pracować tam, gdzie pracowałam, tylko na cały etat. Tak po prostu. Zwyczajnie zapierdalać na szmacie od rana do nocy, myć kible, zbierać brudne skarpety z podłogi, wysłuchiwać opowieści smutnych staruszek, zapieprzać po 10 kilometrów na rowerze w deszcz, przewracać sie na lodzie, ale po prostu mieć prostą pracę, zarabiać uczciwie jakieś pieniądze, po powrocie do domu mieć tę pracę w dupie i żyć własnym życiem. 

Gbybym dała rady, gdybym czuła sie na siłach, po prostu wróciłabym do sprzątania. Tak by było najprościej. Nie chce mi się chcieć. Czuję się w tym momencie za stara i zbyt zmęczona na to wszystko. Mam ciągle szalone pomysły, mam chęci, mam nawet trochę entuzjazmu... Gorzej, gdy przychodzi do realizacji. Wtedy czuję sie mała, przestraszona, zagubiona i ...diabelnie wyczerpana. 

Powtarzam sobie, że dam radę, bo kto jak nie ja, ale nie wiem, czy dam... 

Cztery dziewczyny już zrezygnowały z kursu. Jedna ze wzgledów zdrowotnych, a trzy pozostałe uznały, że nie podołają. Chciałabym wytrwać i skończyć ten kurs w czerwcu i zaliczyć wszystkie przedmioty i dostać papier choćby po to, by go mieć i by sobie udowodnić, że jeszcze do czegoś się nadaję, nawet jakby miał potem na ścianie tylko wisieć. 

Nie żałuję, że na ten kurs poszłam, bo warto choćby dla poznania nowych ludzi, zaliczenia kursu pierwszej pomocy, zobaczenia jak wygląda praca i taki kurs... To wszystko jest ciekawe i fajne. Gdyby tylko nie te wszystkie wątpliwości i zmęczenie...

Potrzebuję słońca i dobrej pogody. Eva mi pisze, że jeszcze 4-5 miesięcy i będzie słońce. Ma rację i ja to wiem, że przecież zima nie trwa wiecznie nawet w Belgii i że deszcz też w końcu przestanie lać, a wtedy będę znowu cała w skowronkach nawet jak nie będę mieć na waciki i oczy będę na zapałkach podpierać i na czworakach ze stażu wracać, bo tak to działa. Już nie raz mówiłam, że działam na baterie słoneczne i w ponury czas powinnam zapadać w sen zimowy a nie do szkoły chodzić.

No, pojojczałam, ponarzekałam, pobiadoliłam, poutyskiwałam… Teraz powinny mi już towarzyszyć  tylko takie emocje jak: radość, entuzjazm, frajda, uciecha, szczęscie, satysfakcja, wola walki i tym podobne. Czego sobie i Wam wszystkim życzę! 

Idę popatrzeć na naszych wesołych małych gości:








Szanuję i podziwiam tych, którym się chciało to wszystko przeczytać i dotarli do końca. Jeśli to czytacie, czujcie się wyjątkowo pozdrowieni ;-) Rozumiem jednak tych, którzy nie marnowali swojego cennego czasu na te bzdury 🙌🏼.