26 marca 2014

zasiłek rodzinny - szlag mnie już trafia

Ostatnio stwierdziliśmy z M, iż prędzej nasze dzieci pójdą do pracy i zaczną na siebie zarabiać, niż doczekamy się dodatku rodzinnego na nie :-)

No a ja ze swojej strony już liczę dni, do wakacji, żeby pójść do jakieś roboty choć na weekendy i choć na swoje potrzeby zarobić parę centów. Od 19 roku życia pracowałam i mimo niewielkich zarobków miałam na osobiste wydatki. Nie musiałam nikogo o nic prosić ani dla siebie ani dla dzieci. Co prawda mój M dałaby mi i moim dzieciom gwiazdkę z nieba, jak by mógł, jednak to nie zmienia faktu, że życie na czyjś rachunek jest dla mnie wielce krępujące. No szlag! Odkąd skończyły mi się zapasy z Polski, czyli jakieś pół roku, używam najtańszych dezodorantów z lidla (nie takie złe, no ale...) i takiego samego kremu. Nigdy zbytnio nie szalałam z kosmetykami, ale teraz to mam mniej niż minimum - kurde prawie jak w liceum, gdy nawet na dezodorant mnie nie było stać, więc jak mama kupiła na urodziny w wioskowym sklepie, to była to najświętsza świętość i bardzo oszczędnie używany. Ech czasy liceum.... 10 godzin poza domem bez jedzenia albo o suchej bułce zakupionej na długiej przerwie i to często podżartej przez inne klasowe głodomory... i tu 9 lekcja w szkole, wszystkim burczą brzuchy a nasza polonistka se każe pirogi se stołówki przynieść... To były czasy, fajnie się wspomina. No i stwierdza, że jednak teraz to nie ma co narzekać, bo na chleb starcza, a dzieci mają kanapki do szkoły i soczki a po powrocie ciepły obiad. No ale kurde... weź co miesiąc proś chłopa o kupienie babskich gadżetów...

 Dobra, nie o podpaskach miał być ten post (a swoją drogą czemu tu są one takie drogie?!)

Dodatek czy też zasiłek rodzinny.... śmiech na sali puste krzesła. Choć śmieszne to już przestało być dawno.... Opowiem Wam moją historię. Czytanie dla cierpliwych. Liczby oznaczają etapy.

 1. Moja sąsiadka w pl pracowała w naszym MOPSIe akurat pech chciał, że zajmowała sie tam świadczeniami rodzinnymi. Raz mąż spotkawszy ją na klatce schodowej wspomniał nieopatrznie, że wybiera się zagranicę do roboty. Więc zastrzegła że jak tylko przepracuje miesiąc musimy to natychmiast u nich (znaczy w OPSie) zgłosić, bo to większe dochody będą i może nam dochód na osobe przekroczyć i takie tam sratytaty. Nie kumam już, co przepisy mówią bo to za tępa jestem żeby ogarnąć ten bełkot, który nijak ma się do rzeczywistości. No ale jak mniemam większe zarobki się dolicza owszem, bez patrzenia na to, że jak jedno jest w pl a drugie za granicą to są podwójne rachunki za prąd, czynsz etc.  Nic to, przepisów nie przeskoczysz. Jakby ta menda nic nie mówiła, to bym nie zgłaszała (ani by mi do łba nie przyszło), najwyżej później kazali by oddać..., a tak to wiedziałam, że ona wie i że może motać coś, a po zgłoszeniu wypłaty polskiego rodzinnego zostały wstrzymane natychmiast, miesiąc później świadczenia alimentacyjne dla dziewczyn również (a mnie cha obchodzi, że tzw ojciec nie płaci - niech go państwo znajdzie i zmusi do roboty, skoro nie ma kasy na wypłacanie świadczeń, które sąd płacić nakazuje temu i innym palantom zwanymi ojcami biologicznymi - nie mylić z Tatusiami albo niech sądy dadzą sobie spokój z przyznawaniem alimentów). 
Spoko-majonez zostałam z moją trójcą nieświętą bez środków do życia, bo M nie zarabiał tyle, żeby nam ktowieco wysyłać... Sprzedałam co jeszcze miałam do sprzedania, ze złotym pierścionkiem od babci i obrączką po "byłym" włącznie (w sumie i tak miały być dla dziewczyn tyle, że nie na jedzenie) no i jakoś przetrwaliśmy do lepszych czasów. W tym samym czasie mąż złożył tu w be dokumenty o rodzinne, które się niby należy matce mieszkającej w pl (gdy tata pracuje w UE) w ramach tzw koordynacji świadczeń rodzinnych w UE. No i dobra, przyszły dokumenty do wypełnienia do pl. Oczywiście w języku francuskim. Przeguglowałam Neta ale nie znalazłam wiele wskazówek. Z mojego średniej jakości przetłumaczenia wychodziło, że owe dokumenty mają wypełnić (poza stroną którą ja wypełniam) m.in. instytucja udzielająca świadczeń rodzinnych w pl, instytucja zajmująca sie ewidencja ludności (chodziło o potwierdzenie że ta i ta mieszka tam i tam). Hm, no więc poszłam najsamprzód do naszego MOPSu, pamiętam, że padał (żeby nie powiedzieć napierd...) śnieg i ledwie dopchałam wózek z Młodym do tej cholernej instytucji, do której od bloku było z 4 kilosy. Sąsiadka zawoławszy na pomoc swoją kierowniczkę poinformowała mnie, że oni nie wypełniają takich dokumentów, ba, oni NAWET NIE WIEDZĄ KTO SIĘ TYM ZAJMUJE.... No bo pewnie ja jestem pierwszą i jedyną w całym powiecie osobą, która chce się starać o świadczenia rodzinne z zagranicy hehe jak połowa Podkarpacia jest zagranicą! W końcu po kilku dodatkowych pytaniach czy choćby nie domyślają się, kto by mi pomógł w tej kwestii olśniło je i poszły szukać w Internecie adresu i telefonu do ROPSU w Rzeszowie... Co prawda telefon dały mi niewłaściwy, a na właściwy (który jest w necie) w zasadzie nie można się dodzwonić, bo próbowałam przez 3 tygodnie godzina za godziną bez skutku. Dodam, że w Urzędzie Gminy też bidoki nie wiedzą nic na temat świadczeń rodzinnych, co nie przeszkadza im - jak się później okazało - pobierać paru zetów za wydanie zaświadczenia potrzebnego do tychże. Ale czy w polskich urzędach ktokolwiek cokolwiek wie?! No w końcu zabrałam moje bachorstwo i pojechaliśmy odwiedzić rodzinkę (100km z przesiadkami, z wózkiem i małym smrolem niezbyt zachwyconym jazdą w ciasnym busie. Dobrze, że jeszcze wtedy był na cycu to podpiełam Młodego i za bardzo awantur nie robił. Niech żyje polska qrfa pomoc społeczna! Większe dzieci zostawiłam u babci i z siostrą i naszymi oboma Młodymi pojechaliśmy do ROPSU. Nie odważyłam się bowiem z całą gromadą, plecakami, wózkami próbować dostawać się tam na własna rękę, bo ROPS jest na zadupiu Rzeszowa, pani w sekretariacie nie potrafiła mi powiedzieć przez tel czy tam jeździ jakiś autobus (no skąd by kobiecina miała wiedzieć takie rzeczy?!), a lało wtedy jak z cebra...  Okazało się że w ROPSIE nie ma kolejek, ale dowiedziałam się skąd ten cały czas zajęty telefon - jest tylko jedna osoba, która zajmuje się petentami, więc odkłada słuchawkę i odbiera tylko między jednym a drugim klientem (ot cała tajemnica)  więc prędzej w totka wygrasz niż się dodzwonisz do ROPSu. 
Z Internetu wiedziałam już (na stronie ROPSU było), jakie dokumenty są potrzebne. Miły pan poinformował jednak, że brakuje jednego dokumentu (tego płatnego, bo nie wiedziałam czy konieczny więc wolałam nie wydawac kasy z którą się i tak nie przewalała na darmo), ale zgodnie z ustaleniami wysłałam go drugiego dnia pocztą poleconym oczywiście. 
Rzecz miała miejsce w połowie kwietnia 2013 roku. Już wtedy pojawiły się przesłanki, że byc może w czerwcu się będziemy przeprowadzać, o czym napomknęłam panu w ROPSIe zapytowując czy składanie dokumentów ma w takim wypadku sens itd. Oczywiście pan zapewnił, że jak najbardziej, jako że składam komplet dokumentów to NAJWYŻEJ 3 miesiące (A "RACZEJ SZYBCIEJ") będą podpisane i wysłane do Belgii...

c z e k a m y

2. W lipcu mi się przypomniało o tym ROPSIE (po przeprowadzce za granicę nie koniecznie człowiek ogarnia ten cały burdel zwany życiem). Napisałam email z pytaniem jak sie miewają moje dokumenty. W odpowiedzi dostałam info, że wszystkoo ok i właśnie wysłali je do be (się wyrobili w tych 3 miesiącach skubańce).

c z e k a m y 

3. W międzyczasie poinformowaliśmy tutejszą instytucję o zmianie miejsca zamieszkania, a ta poinformowała nas, że aby tu dostać dodatek rodzinny trzeba przedstawić potwierdzenie z gminy, iż wszyscy zamieszkujemy pod takim to a nie innym adresem. Co wydają dopiero po zameldowaniu - logiczne. Tyle, że z naszym zameldowaniem były problemy... ale to już było...

c z e k a m y

4. Gdzieś koło sierpnia dostałam pismo z ROPSu, że na wniosek MOPSu - który wcześniej nie miał pojęcia, że coś takiego jak koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego w UE  istnieje w Polsce - będą ropatrywać, czy aby nas owa koordynacja dotyczy. Kazali upoważnic kogoś w Pl do reprezentowania w sprawie - co uczyniłam. Przysłali dokumenty do wypełnienia (czy mąż pracuje? nie pracuje? ile zarabia? dlaczego? po co? komu? z kim? i te wszystkie inne głupie pytania) które niezwłocznie odesłałam po wypełnieniu.

c z e k a m y .... w zasadzie to już wisi nam to świadczenie za te pół roku w pl, niechby na bierząco zaczęli tu płacić, bo dzieci rosną i trzeba buty, majtki, skarpetki, mleko.... Dobrze, że nie chorują (odpukać!).

5. W grudniu udało nam się dokończyć meldowanie i tym samym urząd mógł zaświadczyć, że już tu legalnie przebywamy. Owo zaświadczenie zostało niezwłocznie przekazane, gdzie trzeba. 

c z e k a m y... na prawdę już nie chcemy tego zaległego, niech tylko zaczną płacić na bieżąco... W końcu M już rok płaci składki...

6. W końcu proszę znajomą o zorientowanie się w sprawie. Żeby powiedzieli np że nam się nie należy (bo taka wiedza jest zdecydowanie lepsza niż czekanie na niewiadomoco) albo określili konkretnie, kiedy się można ewentualnych pieniędzy spodziewać. No i ewentualnie by łaskawie sprawdzili, czy nie brakuje nam żadnych dokumentów, o których nie wiemy, że brakuje (to standard w urzędach - oni czekają, aż doślesz im dokument, a ty nie wiesz, że masz coś dosłać, bo ci się kryształowa kula zapodziała). Pani nie bardz się chciało sprawdzać, ale sprawdziła (podobno) i powiedziała, że WG NIEJ wszystko jest, że na początku marca bedzie narada (czy costakiego) i jak czegoś by brakowało, to zadzwonią do tej koleżanki. A i że wypłacą W MARCU wraz z zaległościami (nie wiem od kiedy - mniejsza o to)...

c z e k a m y ....

Jeszcze tydzień marca. Nikt nie dzwonił. Kasy na razie ni widu ni słychu ani w kącie, ani na koncie.
Za to z ROPSU przyszło pismo, że trzeba jeszcze jakieś dokumenty dosłać i że koordynacja (o ile dobrze żeśmy zrozumieli) dotyczy nas od stycznia do marca 2013 czy jakoś tak... To niech się kurwa wypchają sianem i podpalą... Bo ileż kurwa można?! Zawiozłam dokumenty osobiście, żeby nie było wątpliwości, że dotarły do ROPSu, zapytałam się 5 razy, czy wszystko jest i 8 razy się upewniłam, czy aby na pewno. Powiedzieli że TAK. Po pół roku kazali coś tam dosłać. No dobra przeprowadziliśmy się. Ok dosłaliśmy. Po następnym pół roku znowu czegoś brakuje. To kurwa nie wiem czy ja jestm głupia czy ktos w tym urzędzie był kiepski z matmy?! No bo jak mam napisane, że potrzebnych jest 10 papierków, a ktoś daje mi 6, to nie pierdzielę, że mam wszystkie. Tak czy nie?!












12 marca 2014

ciepło...

Chyba skończył się zapas wody w chmurach, bo przestało padać wreszcie na dłużej niż 15 minut.Do tego wypogodziło się w najlepszym momencie, bo przed feriami. Dzięki temu Młode nie siedziały całymi dniami przy kompie, tylko ciągnęło je na dwór. A to rolki, to rowery, to spacery, to ganianie w koło domu. Zresztą nie tylko Młode, bo i ja z wielka chęcią uciekałam z 4 ścian na całe godziny. Nawet na pisanie bloga czasu brakuje hehe.
I co najważniejsze jest teraz na tyle ciepło, że nie potrzeba półgodzinnych przygotowań, wystarczy sweter i można wychodzić. W deszczowe i zimne dni bowiem zanim ubierzemy te wszystkie sweterki, gumiaczki, rękawiczki, kurtki i czapeczki, ganiając przy tym za Młodym wkoło stołu na ten przykład, to się odechciewa spaceru. Poza tym zaraz po wyjściu Młody najczęściej wskoczy od razu do kałuży i jak gumiaki pełne albo z czapki cieknie, trzeba wracać, by się nie przeziębił i  zdejmować te wszystkie mokre sweterki, gumiaczki, rękawiczki, kurtki i czapeczki, i jeszcze wszystko prać i ścierać podłogę. O, takie spacery to ja chromolę.

Poznajemy po trochu okolicę, sąsiednie miejscowości.
Kurde, nie lubię nie wiedzieć gdzie, co jest. Przez ponad 30 lat mieszkałam w jednym miejscu, każdą wolną chwilę spędzałam na poznawaniu okolicy coraz to dalszej. Wiedziałam, co warto pokazać młodym, gdzie można posiedzieć w spokoju, a gdzie poszaleć na rowerze, dokąd która ścieżynka prowadzi itd. Potem nagle się przeprowadziłam i trzeba było uczyć się nowego miejsca. Gdy już trochę poznałam miasto, znowu nas poniosło gdzie indziej i znowu trzeba było zacząć od okrążania domu, by  zataczając coraz szersze kręgi obsikać mury i krzaczki :-) Wszystko po to, by nie zgubić się na własnym terenie krążąc po sklepach czy placach zabaw no i oczywiście zobaczyć jak najwięcej. I znowu zmiana, po czym wychodzę z domu i nie wiem gdzie północ, a gdzie południe...
Kurde pamiętam ten dzień, gdy przeprowadzaliśmy się z Brukseli. M przyjechał firmowym busem, załadowaliśmy ile wlazło na pakę, Młodego w fotelik i bedziem jechać... ino dzie? W tej miejscowości byliśmy raz autobusem do połowy drogi, a potem z gościem autem. Do tego on też nietutejszy i pomotał sie na skrzyżowaniach, więc trudno było zapamiętać właściwą trasę. Nawigacja stara zdechła na amen, bo odkąd auto zostało sprzedane, to nikt jej nie ładował. Oczywiście nie było skąd zassać nowych map, bo neta nie było. Odwiedziłam wcześniej wszystkie okoliczne księgarenki i kioski w poszukiwaniu mapy samochodowej Belgii, ale wszędzie mieli tylko samą Brukselę (bo wszyscy pewnie maja nawi). Tyle, że na mapie bxl znalazłam strzałkę z nazwą docelowej miejscowości i wychodziło na to, że trzeba pomykać przez Wemmel. No i tak na czuja żeśmy pojechali wypatrując drogowskazów. Trafiliśmy pod pożądany adres tylko 3 razy pytając o drogę tubylców (dobrze, że ludzie w większości rozumieją po angielsku proste pytania). Wyładowaliśmy busa. Zadowoleni z siebie jedziemy po następne rzeczy, bo powrót to już pikuś, a tu peszek, jedna krzyżówka za wcześnie i trzeba szukać miejsca do nawrócenia busem...
 Drugim razem wracaliśmy już po zmroku i się okazało, że w blasku latarni drogi jakoś jakby inaczej wyglądają.... W końcu zaczęło się wydawać, że coś za długo jechaliśmy lasem i lasem i lasem, wtedy się zorientowaliśmy, że to nie jest droga na bxl. Na szczęście akurat knajpa jakaś była i ludzie podpowiedzieli właściwą drogę :-). Najlepsze jest jednak to, że jak za parę dni znowu M pożyczył auto, by przywieźć kanapę od znajomego i pojechaliśmy do bxl znając już troszkę okolicę, zrozumieliśmy, że podczas przeprowadzki jeździliśmy drogą najdłuższą z możliwych, czyli najbardziej  naokoło jak się dało. Kurcze nasza wioska jest naprawdę mała, ale tak namotane jest uliczek, że przez długi czas nie mogłam załapać o co kaman i co chwila pojechałam rowerem nie tędy co trzeba, nadkładając drogi i śmiejąc się ze swej głupoty. Dopiero, jak się meldowaliśmy, dostaliśmy z gminy mapę okolicy i mogłam sobie obczaić jak to jest wszystko rozłożone wg kierunków. Teraz już się nie gubię, choć nadal często jeżdżę naokoło, zwłaszcza gdy Młody zażyczy sobie zobaczać po drodze kozy albo gęsi, albo osły... Nie zmienia to jednak faktu, że nadal wkurza mnie, że nie znam dobrze okolicznych wsi i miasteczek. I tak więc widzę np jakąś dróżkę i nie wiem, dokąd ona prowadzi, to irytuje mnie to niezmiernie. Pewnie jakaś dziwna jestem. Bo znam wielu ludzi, którzy poznawszy jedną drogę, się jej trzymają i już nie szukają innych, i żyją sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic. Jak tak można? Ja to nie mogę spać po nocach widząc ścieżkę ze znakiem zapytania na końcu ;-) Bo kto wie, jakie tajemnice i ciekawostki kryje. Podczas ferii zaobserwowałam, że moja Młodsza ma podobnie i cieszy ją odkrywanie nieznanego. Często mówiła "dziś ja prowadzę, ty jedź za mną, mamo". Powiem więcej, ma dobrego czuja, bo w fajne miejsca trafiałyśmy. Np niezły plac zabaw znaleźliśmy i to blisko Lidla, w którym robimy zakupy, więc już wiem, gdzie mogę zabrać młodego z łopatką i wiadrem, a sama poczytać sobie książkę  w niedzielę :-)



A Młoda wczoraj przygnała ze szkoły jak burza, bo byli na "badaniach" jak to określiła. Znaczy łazili po wsi szukając i łapiąc różne robale, które oglądali, mierzyli, opisywali i na koniec wypuszczali... Zazdroszczę im takiej nauki przyrody...
I tak mi do łba przyszło, że jakby któremuś z nauczycieli w pierwszej szkole dziewczyn taki pomysł strzelił do głowy, to chyba by matki na zawał zeszły, a bez wyzwisk pod adresem nauczycieli to już na pewno by się nie obeszło. Jak bum cyk cyk. Bo gdzie to włóczyć dzieci po wsi, jeszcze się przeziębią, przemęczą, a jeszcze dotykać każą osy czy szczypawki łomatkobosko... Suminnie wom godom, ludzie w niektórych polskich wsiach (i nie tylko wsiach) mają dosyć dziwne poglądy jeśli chodzi o zdrowie dzieci i to co wolno np nauczycielom. Z niemowlakiem to najlepiej nie wychodzić w ogóle dopóki sam na własnych nogach nie wyjdzie z domu. Jak już wyjść to tylko latem i to zubieranym w czapki zimowe i kombinezony. Absolutnie nie pozwolić biegać, skakać, o wspinaniu na cokolwiek to niech zapomni, bo jakby tak spadł albo się spocił (a jak się tu nie spocić w tych wszystkich swetrach w środku lata)...
Raz mówię do takiej jednej mamuśki trzymającej 2latka za łapę, której tamten mało nie wyrwie - To czemu go nie puścisz? niech się bawi w piasku, przecież ciepło i sucho...
To kurde popatrzyła na mnie jak na wariatkę - Przecież się pobrudzi...
No jasna qwa i 100 milicjantów.... się pobrudzi, to nie ma starych portek i koszulki?! Wystroić dziecko jak na wesele i iść na plac zabaw.. bezsensu nie lepiej włożyć do akwarium i wystawić na okno, żeby ludzie mogli podziwiać?
Nie wiem, czy tu też są takie mamuśki, ale tak na co dzień to raczej widzę, że dzieci bez względu na wiek ganiają jak zwariowane i nikt się nie przejmuje, że mają mokre buty czy obłocone ubranie. W bxl często widziałam na placach zabaw wystrojonych rodziców czy nianie i dzieci w markowych ciuchach ale swobodnie śmigające na brudnej zjeżdżalni czy tarzające się po trawie.



W ogóle odnoszę (jak coś to mogę przynieść z powrotem;) wrażenie, że Belgowie nie przywiązują specjalnej uwagi do stroju i innych tego typu rzeczy, przynajmniej na codzień. Co prawda ja tam nie jestem ekspertem od ubierania się - o bynajmniej, nigdy nie orientowałam się w trendach (i w ogóle zasadniczo moda i ludzkie zdanie mi  zwisa w kwestii stroju i nie tylko), jednak nawet ja jestem w stanie zauważyć, iż wielu jeśli nie większość ludzi mimo, że ubrana w dobrej jakości i markowe rzeczy nie zwraca wielkiej uwagi, czy one do siebie pasują i czy to jest modne. Oczywiście widziałam ludzi - nie tylko kobiety - wyróżniające się z tłumu właśnie elegancją i szykiem (i nie mam tu na myśli bynajmniej ludzi w strojach wieczorowych podążających na jakąś imprezę, choć tacy też się wyróżniają wiadomo). Choć z drugiej strony patrząc ludzie kupują nowe ciuchy co sezon, bo ich po prostu stać, więc siłą rzeczy i tak noszą się modnie, ale nie robią z ubrania wielkiego halo jak w pl. Przede wszystkim, co najważniejsze nikt nie zwraca uwagi na wygląd innych. Nie bez znaczenia jest tu za pewne fakt, iż Belgia, a zwłaszcza większe jej miasta są zgromadzeniem wielu narodów i kultur w związku z czym panuje duża tolerancja. Gdy na co dzień spotyka się na ulicy Murzynki w jaskrawych kolorowych kieckach, Arabki w swoich strojach, spod których widać im tylko oczy albo i nie, bo niektóre noszą duże ciemne okulary i w największy nawet skwar rękawiczki na dłoniach i pełne buty, no i ich mężów w "koszulach nocnych" i "szydełkowych czapkach" i masę innych przenajdziwniejszych strojów narodowych, to kto by zwracał uwagę na dziwnie ubranych Europejczyków.
Jak dla mnie bomba, mogę nosić ,co chcę i nikt się na mnie nie lampi.
Zresztą nie tylko w kwestii odzienia ludzie nie wychodzą z siebie, żeby być lepszym niż sąsiad, tak samo widzę w kwestii np samochodów. Mieszkańcy be (pasjonatów nie liczę) nie traktują auta jak boga. Ma to służyć do jeżdżenia, przewożenia itp. Auto ma być sprawne i bezpieczne, a że jest wyobdzierane ze wszystkich stron (w brukselskiej ciasnocie to nieuniknione), że lusterka pooklejne szarą taśmą to szczegół nikt nad tym nie płacze. Tutaj (Flandria) ogólnie dbają o czystość i porządek więc i auta posprzątane mają.Jednak ogólnie podejście jest praktyczne, a nie emocjonalne.
A w pl to jest tak, że liczy się marka i za ile kupione i czy ma takie czy srakie bajery, a że w środku syf, że technicznie niesprawne i zabić siebie lub kogoś można to już szczegół. Tak samo ze strojami, meblami - jeść nie ma co, do chałupy po gnoju idzie ale trza wyglądać :-)
Zwraca się uwagę nie na to, co potrzeba. Weźmy chociażby wspominaną już przeze mnie kamizelkę odblaskową. Jako się rzekło w pl to obciach, tutaj to norma. Dzieci wręcz muszą mieć kask i kamizelkę chcąc same śmigać do szkoły na rowerze czy gdziekolwiek indziej po publicznych drogach. Dorośli zresztą też i bez wahania zakładają kamizelki, i światełka na baterie na rękawy wsiadając na rower czy biegając wieczorem, nawet jeśli tylko po specjalnych ścieżkach się poruszają.Swoją drogą nie posiadanie powyższych rzeczy wieczorem wiąże się z wysokimi mandatami. W pl jeśli nawet jest karalne to jest tak jak z zapinaniem pasów - jak nikt nie widzi, to nie stosuję, nawet jakby to miało kosztować życie lub zdrowie dziecka, bo my Polacy to zawsze na przekór.

Tym oto spostrzeżeniem kończę ten przydługi post, bo dziś środa - krótsze lekcje, więc spadamy zaraz na rowery :-)

3 marca 2014

wywiadówka, wiosna, wycieczki i inne wyrazy na "w"

W Belgii właśnie zaczęły się tygodniowe ferie wiosenne, a w dokładnie "krokusowe" :-)

Tutaj już czuć wiosnę. Kwitnie podbiał, mniszek, stokrotki, forsycja i masę innego kwiecia. Krokusy oczywiście też. Młody kiedyś nie mógł się opanować przed wyciąganiem łapy po żółtego krokusa u sąsiadki, bo jak zauważył, był "łany". W lesie ptaszki pitolą wiosennie. Kiedyś z młodym obserwowaliśmy jak sroka próbuje zainstalować czochratą gałąź na drzewie blisko domu, z czego wnioskuję, że sezon budowlany rozpoczęty.


A my z Młodą wybrałyśmy się wczoraj na poznawanie naszego lasu. Starsza wyjątkowo nie miała ochoty na spacer, wolała w spokoju popracować nad niderlandzkim - co mnie zdziwiło pozytywnie.
Denerwujące jest mieszkać pod lasem i nie mieć okazji go obejrzeć dokładnie i poznać wszystkich jego ścieżek. A okazji nie było, bo ciągle za mokro albo za zimno na ciąganie młodego po lesie.Takie 15minutowe wyjścia się nie liczą, bo co to za wycieczka...

No ale wczoraj chłopaki byli na swojej wycieczce, a ja z Młodą na swojej. Przeto nie musiałam co pięc minut wsadzać Młodego na foteli i za chwile go odpinać i zesadzać - co jest wielce irytujące. My na rowerach śmigałyśmy po lesie, bo ten jest do tego w sumie przeznaczony - wyznaczone są szlaki dla pieszych i dla rowerzystów. Niestety nie mogłyśmy obejrzeć dokładnie kaplicy leśnej, z której legendą zapoznał nas facet, gdy przywiózł nas w celu obejrzenia domu do wynajęcia (tego, w którym mieszkamy). Więc historie tę opowiem innym razem. Dlaczego się nie udało wczoraj? Bo Młodej nie udało się przejść nad wodą po kłodzie...
...trzeba było wracać do domu prać i suszyć buty oraz grzać zmarznięte stopy :-) Przez co Starsza żałuje, że nie dała się namówić na wycieczkę hehe.

 Zwykły las a jakie przygody :-)

A w czwartek byłam na pierwszej belgijskiej wywiadówce, co się nazywa po tutejszemu "oudercontact".
Okazuje się, że bardzo skomplikowaliśmy życie tutejszej szkoły swoim przyjazdem. Już jak zadzwoniłam do koleżanki z pytaniem, czy nie miałaby ochoty porobić za tłumacza, się dowiedziałam, że pierwszy raz na zaproszeniu na wywiadówkę piszą, że jak ktoś nie zna języka, ma przyjść z tłumaczem hehe. Wychowawczyni Starszej powiedziała, że pierwszy raz w historii szkoły mają dzieci nie mówiące ani po niderlandzku ani po francusku, więc też się uczą czegoś nowego. Zakupilli sobie słowniki niderlandzko -polskie oraz specjalny program komputerowy do nauki niderlandzkiego. Nota bene obiecali mi go zainstalować na dziewczyńskim kompie by i w domu sobie mogły ćwiczyć na nim. 
Dobra jest tu organizacja wywiadówki. Dają rodzicom trzy terminy (godziny np 16-17, 18-19, 19-20) do wyboru. Trzeba zaznaczyć, która najbardziej odpowiada i podać spowrotem do szkoły. Można tez "zamówić" rozmowę z takim jakby tu rzec doradcą, psychologiem... Mniejsza o to - podobno warto z taką osoba porozmawiać w razie jakichś problemów z dzieckiem. Następnie dostaje się konkretną godzinę, na którą się należy stawić u danego nauczyciela. Każdy rodzic dostaje na rozmowę 10 minut czasu. Zdarza się, że się ktoś rozgada i wtedy inni muszą czekać, ale mimo wszystko dobry pomysł, zwłaszcza jak ktoś ma jedno dziecko. No nam i tak to sporo czasu zajęło, bo ja byłam u trzech nauczycieli a koleżanka w międzyczasie u dwóch. 
Dowiedziałam się, że Starsza już dużo rozumie, ale nie chce mówić na razie... Charakteru przecie nikt nie zmieni. Problemem może być też fakt - co zasugerowała sama wychowaczyni - że być może koleżanki gadają o mojej córce swobodnie (nie koniecznie pozytywnie) myśląc, że ta skoro nie mówi, to nie rozumie, a tak nie jest. I przez to ona nie odważy się gadać, by nie usłyszeć o sobie w plotach koleżanek. W końcu to już nastolatki i takie rzeczy mają duże znaczenie... Rozmowa c córką potwierdza to podejrzenie więc teraz biorę to pod uwagę... Próbuję przekonywać ją do olewania niepochlebnych opinii.  Zaś Młodsza bardzo dobrze sobie radzi z językiem jak na zaledwie 4 miesiące nauki. Decyzji ostatecznej jeszcze nie ma, ale - tak jak mówiłam wcześniej - prawdopodobnie obie powtórzą rok. Powiedziałam wychowawczyniom, że takie jest w każdym bądź razie moje życzenie, by przez ten rok uczyły się głównie języka, a w następnym roku reszty materiału. Zresztą jak sama podstawy opanuję to i im łatwiej będzie pomóc. Pożyjemy - zobaczymy.

26 lutego 2014

niderlandzki...

Wczoraj w ramach kursu językowego szkoła zafundowała nam wyjazd na występ na Wemmel, gdzie zaśmiewaliśmy się z wygłupów grupy Lennaert & Bonski's... Znaczy szkoła zafundowała występ, a przejazd zapewnili sami kursanci, akurat w naszej grupie jest małżeństwo posiadające 9osobowe auto, więc wszyscy żeśmy się zmieścili razem z nauczycielką, bo tyle akurat liczy gromadka pirszorocznych :-).


Panowie Ci postanowili bawić ludzi śpiewem i wygłupami na scenie, a przy okazji uczyć ich niderlandzkiego albo raczej sprawdzać ile umieją :-) Po obejrzeniu tego występu rzecz mogę, że pomysł to wyśmienity. Goście potrafią rozbawić publiczność, nota bene publiczność, która częstokroć dopiero rozpoczyna naukę języka - jak choćby nasza grupa. Na sali zebrała się spora gromada emigrantów z różnych krajów, w dużej mierze zapewne kursanci.... Polaków w każdym bądź razie sporo tam słyszeć się dało... 
Jak ktoś z Was tam był - niech machnie chusteczką lub odejmie lorgnon ewentualnie doda komentarz poniżej... 

Tak więc na kursie językowym bynajmniej nudno nie jest, czego się z pierwa obawiałam... :-)

A tak na koniec zapamiętany kawałek przedstawienia... wstęp do piosenki o belgijskich frytkach...:)
Gość z mikrofonem zapytuje pośród publiczności kto z jakiego kraju pochodzi  i co się tam je... tu makaron, tam ryż.... Potem się pyta co je się w Rosji...  po czym Bonski (bracia Bonski są Rosjanami) odpowiada "Wodka! Wodka!"

Pozdrawiam.


25 lutego 2014

cudze chwalicie...

Tutejsza brać szkolna - jak już wspominałam - znacznie ciekawsze życie wiedzie, niż w w pl. W ostatnich dniach dziewczyny zaliczyły kolejne wyjazdy. Niegłupi tu jest pomysł z transportem - gdy cel wycieczki nie jest zbyt odległy od szkoły, nauczyciele piszą do rodziców list z zapytaniem, kto mógłby zawieźć/odebrać dzieci i ile osób. W pl było by to trudniejsze do zrealizowania, bo trzeba zauważyć, że tutejsze klasy to max 18 osób a nie 28 jak w pl.... :) I tak oto nie trzeba załatwiać autobusu i dużo płacić. Tyle tylko, że ja trochę głupio się czuję, gdyż my nie mamy auta, więc to tak trochę nie fair wobec tych którzy mają...

Młoda była na wycieczce w stolicy naszej prowincji, czyli w Leuven, zaś starsza odwiedziła Fort Breendonk.   To drugie miejsce sama bardzo będę chciała zobaczyć jak tylko się samochodu dorobimy. Już jakiś czas temu M wspominał, że w robocie szef opowiadał o belgijskim obozie koncentracyjnym i to właśnie to miejsce. Fort miał na celu obronę Belgów, ale historia drastycznie zmieniła jego przeznaczenie; w czasie II wojny światowej został wykorzystany przez SS do ich makabrycznych celów...
Znalazłam polską stronę ze zdjęciami i krótkim opisem tego miejsca. Polecam:

http://photohometheatre.com/archiwum/fort-breendonk-2009/

Zdarzało mi się słyszeć opinie, że Belgowie, czy mieszkańcy innych europejskich krajów nic nie wiedzą o Polsce. Wielu nawet nie wie, w jakim to kierunku, niektórym wydaje się, że to jakieś miejsce z dala od cywilizacji, gdzie człowieki nawet nie słyszały o Internecie, telefonach, nadal mieszkają w chałupach pod strzechą i polują z dzidami czy coś koło tego. W sumie to wcale bym się nie zdziwiła jakby faktycznie tak wielu myślało. Wszak wystarczy, że M opowiada jaka przepaść dzieli pl a be choćby w kwestii wyposażenia zakładu i techniki pracy  - od ponad 20 lat pracuje w jednym i tym samym zawodzie, to samo robi tu, co w pl. W pl jest to zawód zaliczany do "szkodliwych". Tutaj nie ma czegoś takiego jak zawód szkodliwy, po prostu muszą być zapewnione takie warunki by, nie były one zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia, inaczej firma jest zamykana i tyle albo są koszmarne kary. Szefom nie mogło sie w głowach pomieścić, że w dzisiejszych czasach, przy tak rozwiniętej technice ludzie pracują w szkodliwych warunkach i firma im płaci za tą szkodliwość zamiast się jej pozbyć. Są tu natomiast zawody w których uznaje się wysokie ryzyko zagrożenia życia jak prace na wysokościach bodajże, ale nie orientuje się w tym temacie więc pleść głupot nie będę. W każdym bądź razie w niektórych dziedzinach to pl faktycznie jeszcze pod strzechą...

No ale nie o tym w sumie miałam pisać... Czasem mój chaos myślowy jest nie do ogarnięcia...
Chciałam tu powiedzieć, że Belgowie - co wynika zarówno z moich wstępnych obserwacji jak i relacji mężowych belgijskich kolegów - nie zapychają uczniom głowy niepotrzebnymi rzeczami. M mówi, że ten czy ów w robocie się dziwi, że on z grubsza orientuje się np w historii tudzież geografii Belgii czy innych krajów, bo oni o swoim kraju to owszem wiedzą wiele, ale o innych to już nie, bo - jak pytają - do czego to im niby miało by być potrzebne. No fakt. Osobiście uważam, że szkoła poza nauką czytania i podstawowych zasad matematyczno-przyrodniczych powinna nauczyć głównie umiejętności zdobywania informacji zamiast zapychania tymi informacjami (w większości nieprzydatnymi) głowy. No bo ja np nie wiem, po co mi wiedza, jakie stolice mają poszczególne kraje afrykańskie czy temu podobne rzeczy. Zwłaszcza dziś, gdy jest cała masa literatury na każdy temat w każdym możliwym języku no i wszechobecny Internet. Nie wiem, na ile belgijska młodzież radzi sobie z szukaniem informacji, ale nie zdziwiłabym się, jakby szło im lepiej niż polskim rówieśnikom. Wszak - jak wspomniałam - wiele praktycznych rzeczy ucza się w szkole...
Przypomniało mi sie właśnie... z racji wykonywanego zawodu było mi dane obserwować na co dzień jakie problemy mieli licealiści czy nawet studenci ze znalezieniem potrzebnej im informacji w encyklopedii czy innej książce. Zdarzało się że taki  maturzysta nie znalazłszy w książce rozdziału, który nosił taki tytuł, jak temat zadanego wypracowania stwierdzał z wyrzutem, że "przecież w tej książce nic nie ma na ten temat"... Normalnie ręce opadały...

Te różne wycieczki - w każdym bądź razie - to super sprawa. Człowiek poznaje co ciekawsze miejsca w bliższej i dalszej okolicy, zapoznaje się z ich legendami, historią, popatrzy, pomaca, powącha... Wszakże to, co zobaczy sie na własne oczy dużo lepiej utkwi w pamięci aniżeli tekst przeczytany w podręczniku czy Internecie. W pl to jednak niewiele tych wycieczek szkolnych, a ileż miejsc ciekawych do odwiedzenia. Nigdy nie mogłam np zrozumieć dlaczego od nas ze szkoły jechaliśmy na drogie wycieczki do Wrocławia, Częstochowy, Warszawy a większość ludzi nie było w równie interesujących miejscach w najbliższej naszej okolicy. Nie mówię, że nie warto odwiedzać znanych dużych miast, wprost przeciwnie, ale właśnie w te popularne miejsca, to można raz do roku pojechać bo to kosztowne przedsięwzięcie - dojazd, przewodnik, bilety wstępu, nocleg - to wszystko kosztuje. A co z miejscami, do których można pójść na nogach, albo na rowerze? Takim przykładem z mojej okolicy są ruiny w Odrzykoniu, w których kręcona była "Zemsta" wg Fredry. Jeździłam tam często z bratem na rowerach latem, nieopodal jest rezerwat Prządki z fantastycznym skałkami o przefikuśnym kształcie. Wielu naszych znajomych nigdy tam nie było choć każdy słyszał, że są... Teraz - z tego co się orientuję - jest to dosyć popularne miejsce wypadów niedzielnych, bo ktoś wpadł na pomysł by robić na tym kasę... Ruiny zostały ogrodzone i zaczęto pobierać kasę za wstęp, więc od razu stało się to miejsce godnym odwiedzin i nagle tłumy się tam spotyka. A dawniej można było włazić wszędzie i wszystko oglądać za darmo... Tak samo ze schronem kolejowym, w którym w czasie II wojny światowej spotkał się Hitler z Mussolinim. Dopóki był otwarty mało kto się mógł pochwalić, że tam był - teraz jak jest haracz, to każdy musi tam pojechać i jeszcze narzekać, że już zamknięte albo że za drogo...:-) Kto tu zrozumie pokrętną ludzka naturę? A ile osób z mojej okolicy nie wiedziało (i nie wie), że w parku w okolicach pałacyku hrabiowskiego (którego też pewnie wielu nie widziało z bliska, choć przynajmniej raz w tygodniu jadą na zakupy do tej miejscowości) znajdują się groby piesków hrabiowskich - jakby nie patrzeć fajna ciekawostka zwłaszcza dla małolatów. W tym samym parku były też interesujące drzewa, w których ukrywali się ludzie w czasie wojny... "Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie".
Nie mam pojęcia czy tubylcy wiedzą o każdej ciekawostce w swojej okolicy, ale bez wątpienia dużo większy nacisk się kładzie na poznawanie swoich kątów niż w pl. To mogę stwierdzam  po 4miesięcznym pobycie tutaj. Odbywa się to pewnie właśnie np kosztem wiedzy o innych krajach, ale po co im ona? Jak ktoś planuje zobaczyć to czy inne miejsce, poszuka odpowiedniego przewodnika czy przegugluje parę stron w sieci...

Nic to... ja tu gadu gadu a obiad sam sie nie ugotuje :P

20 lutego 2014

kolejne urodziny za nami... czas leci

W łykend zorganizowaliśmy sobie malutką imprezkę z okazji kolejnych podwójnych urodzin. Tym razem świętowali nasi chłopcy. Junior dostał klocki od tatusia, a tatuś laurki od dziewczyn. Ja, jako że pieniędzy nie posiadam własnych póki co, to prezentów kupić nie mogłam, ale za to przygotowałam w miarę ładny i całkiem smaczny tort (jak sama się nie pochwalę, to kto mnie pochwali?).

 Tym razem nie miałam problemu z wybraniem jego kształtu, bo obydwaj solenizanci - jak na chłopów przystało - lubią piłkę :)
Tort oczywiście wykonany w większej części z masy śmietanowej, bo na masę plastyczna nadal glukozy nie mam, ale może to i lepiej... bo Młodemu bardzo posmakowała bita śmietana, która otrzymała miano "ladzi" - tak samo jak czekoladowa posypka do chleba i zwykła czekolada... Z tym że ta ladzia jest bezpieczna dla jego zdrowia (czekolada uczula :-/). Więc jadł ją najpierw łyżką z miski, a potem paluchem z tortu - trochę go pogoniłam, bo chciałam sfotografować najprzód tort w całości...



...zawsze się chwale swoimi tortami, a co!

Oczywiście 2 świeczki zostały zdmuchnięte więcej jak dwa razy... ogień jest dla dzieci czymś fascynującym, tak samo jak woda zresztą. I chyba nie tylko dla dzieci...

Tak czy owak tort jest dowodem na to, że nawet w be da się skonstruować coś jadalnego. To wiedzą, pewnie wszyscy, którzy tu mieszkają dłużej, ale dla mnie - co pewnie idzie wywnioskować z poprzednich postów - to mimo wszystko był (i jest) szok: mam chęć ugotować/upiec jakąś znaną swojską potrawę, maszeruję do sklepu a tu zonk! nima składników albo jak są, to mają jakieś dziwne właściwości (np mięso mielone, z którego nie da się zrobić kotleta o pożądanym samu i konsystencji). To wnerwiające jest.

Powoli dostosowuję posiadane przepisy do belgijskich realiów. Np już wiem,że do ciast które w przepisach mają "kwaśne mleko" lub "kwaśną śmietanę" dodaje się jogurt naturalny. Dodam, że w pl zastępowanie kwaśnej śmietany jogurtem naturalnym skończył się niepowodzeniem! W pl sprawdził się kefir. Z tego wnioskuję, że nawet głupi jogurt tu jest jakiś inny.W ogóle zaobserwowałam, że jest sporo produktów nawet konkretnej marki, które inaczej wyglądaja i inne maja właściwości w pl a inne w be. Przykład? Kaszka Nestle dla maluchów - w pl duży wybór smaków i mniej trzeba dać, by uzyskać odpowiednią konsystencję niż w be, no i w be znalazłam tylko waniliową, miodową i kakaową (kakaowa uczula, pozostałe są obrzydliwe w smaku). No może w sklepach dla bobasów są inne kaszki, ale nie mam takiego blisko, to nie sprawdziłam. Młody już duży chłopak, ale kaszę je i to z butli hehe, bo co tu kurde dać takiemu dziecku? Gotuje mannę na co dzień, która też jest mniej wydajna niż ta polska. To już naprawdę jest dla mnie zagwozdka. Przecież to tylko zmielone ziarno! Ale dlaczego na 2litrowy garnek mleka wystarcza 3 łyżki kaszy polskiej, a belgijskiej 4 to za mało?!

Ze znanych produktów to jeszcze zaskoczył mnie Knorr. O ile w pl np kostki knorra uważałam za najlepsze tak tu wolę kupić jakąś taniochę, bo knorr to paskudztwo - jak te najtańsze w pl. A może w pl też takie badziewie już jest, a ja o tym nie wiem...

Powiem Wam, że ciężko jest mi się przyzwyczaić do badziewnego jedzenia. Nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe... Dodam, że ja wychowałam się na wsi, na swojskim żarciu.Tak samo mój M. Być może ktoś kto nie zna smaku i zapachu swojskiego chleba pieczonego w piecu, czy prawdziwej swojskiej szynki, kiełbasy (nie chodzi tu bynajmniej o nazwę tej ze sklepu, bo nawet w pl one są tylko podobne do prawdziwej swojskiej), swojskiego sera, masła, mleka itp to nie potrafi zrozumieć o co tyle hałasu. Różnica jest mniej więcej taka jak między dziełami Matejki a rysunkami mojego syna :)

Chleb sobie piekę od czasu do czasu... co prawda z elektrycznego piekarnika to już nie ten aromat co z pieca, ale przynajmniej 2 kromkami można się najeść :) No oczywiście dzieci nie lubią swojskiego chleba... to rodzinna tradycja chyba - my z rodzeństwem też często czekaliśmy przy drodze na ciocię wracającą z pracy, by dokonać wymiany chleba pieczonego przez naszą mamę na ten z piekarni,  choć mama piekła najlepsiejszy chleb na świecie :-) Dziewczynom piekę więc czasem słodką chałkę albo drożdżówki, ale nie za często, bo jak mają za dużo, to się nudzi - jak wszystko na tym świecie.

Mam nadzieję, że właściciel mieszkania pozwoli nam za jakiś czas trzymać jakieś "koko" w ogródku i będziemy mieć nieśmierdzące jajca. Liczę też na jakąś malutką działkę pod warzywa i kwiatki, bo coś było wspomniane w tej kwestii przed wynajmem...




11 lutego 2014

powrót z wycieczki

Obiecałam napisać, gdy dziecię me najstarsze powróci do domu, co też niniejszym czynię.... Wygląda na to że było dobrze, aczkolwiek Najstarsza raczej do skrytych osób należy i specjalnie się nie emocjonuje z powodu belewyjazdu... takie przynajmniej sprawia wrażenie. Jednak w dniu wyjazdu nawet swoich ulubionych klusek na mleku nie zjadła, tak się denerwowała... Tyle, że nie daje poznać po sobie, co czuje. Zresztą ja tez tak miałam...

Jak już wspomniałam - moje dziewczyny mają siebie nawzajem i wolą o wszystkim ze sobą pogadać niż z matką. Wiadomo. Przeto gdy znajoma odtransportowała ją do domu (dzieci trzeba było zawieźć i odebrać z dworca kolejowego, więc z powodu braku samochodu, poprosiłam znajomą mamę kolegi Starszej) po ogólnym przywitaniu, wyprzytulaniu Braciszka-Niuniusia zamknęły się we dwie w pokoju i do nocy gadały, opowiadały, wymieniały się wrażeniami... i wkurzały się, gdy ktoś im przeszkadzał... Tak więc dopiero na następny dzień mogłam zapytać o wrażenia... Oczywiście zazwyczaj pierwsza na moje pytania opowiadała Młodsza - jakby sama tam była i na własne oczyska widziała... Wszak to ona ma informacje z pierwszej ręki, a że umie i lubi barwnie opowiadać, to co się będzie cykać :) Tak czy owak obóz bez wątpienia był ciekawy i ogólnie się podobał. Jazda pociągiem raczej jako nudna została przedstawiona, co mnie nie dziwi, bo przecie dziecię nie pierwszy raz jechało pociagiem, więc to żadna atrakcja, a przy nikłej znajomości języka to ani wygłupów kolegów nie zrozumiesz, ani z koleżankami nie pogadasz.... nudaaa.

Na miejscu - jak wynika z fantastycznej i emocjonującej relacji młodszej siostry :-) - na nudę jednak czasu nie było. Organizatorzy zadbali, by cały czas coś się działo. Wśród zajęć ruchowych było m.in. bieganie, pływanie, chodzenie na szczudłach, elementy judo, kręgle... o tu Starsza sama z radością i satysfakcją oświadczyła, że na kręgielni było super, bo zdobyła drugie miejsce :) No i nie bez znaczenia był też fakt, że w drodze do kręgielni dopadła ich okropna ulewa i wszyscy przemokli do cna - jak wyjęła w domu adidasy z worka to jeszcze z nich się lało... W ostatni wieczór odwiedzali kręgielnię, więc nawet nie próbowała ich suszyć. Zmoknięcie to zdarzenie może niezbyt przyjemne, niemniej jednak zapadające w pamięć.
Poza zajęciami pod dachem chodzili też na wycieczki. Na plaży zbierali muszelki i budowali zamki z piasku - po to te wiadra i łopaty... Do domu jednak przywiozła na pamiątkę tylko dwie malutkie muszeleczki, bo "wszystkie inne poszły na zamek" - przecież każda grupa starała się zbudować najładniejszą budowlę...

Było też śpiewanie piosenek oczywiście z gitarą jak na każdym porządnym obozie być powinno.Pisanie listów i kartek. Tu dodam, że młodsze klasy, które pozostały w szkole, czyli m.in. czwartaki, pisały listy do swoich kolegów i koleżanek, którzy wyjechali na obóz. Młodsza musiała sama napisać do siostry i przeczytać po polsku przed cała klasą, co bardzo ją stresowało... nawet do szkoły nie chciała iść... Chociaż ja byłam dumna po przeczytaniu tego tekstu, bo pomijając ortografy, był to bardzo dobrze napisany i dość długi list. Czyli przydało się nasze wspólne pisanie do Polski. Starsza, jak się okazuje, ucieszyła się, gdy dostała list od siostry. Fajnie.

Dzieciaki odwiedziły też jakieś oceanarium, czy coś w tym rodzaju i podziwiały różne pływające istoty. Tego akurat dowiedziałam się z fotek wrzuconych przez nauczycieli oraz koleżanki córki na facebooka. Szkoła dziewczyn ma swoją stronkę na fb i nauczyciele dodawali każdego dnia po parę zdjęć z telefonu. A po powrocie dzieciarnia też dodała swoje foty. Można było bowiem zabrać na wycieczkę aparat, choć akurat ja nie pomyślałam o tym... Zapytałam nawet - jak zobaczyłam zdjęcia - czy miały telefony, a córcia mnie oświeciła, że oprócz nauczycieli nikt nie miał gsm ale dużo dzieci zabrało aparat... No cóż następnym razem będę wiedzieć... :) Córka oczywiście potwierdziła, ze oglądali rybki i rybiska, ale stwierdziła, że okropnie tam śmierdziało brudnym akwarium hehe, więc pewnie dlatego stwierdziła, że nie warto o tym fakcie wspominać :)

Co jeszcze można opowiedzieć? Pokoje kilkuosobowe z piętrowymi łóżkami - jak to zwykle na takich "imprezach". Muzyka włączona na korytarzu oznaczała, że pora wstawać, ogarniać siebie i pokój. Muzyka dobiegająca z kuchni wzywała na śniadanie itd. A właśnie zastanawiałam się, czy na szkolenej wycieczce dadzą coś innego do żarcia, niż jedzą młode w domu... Miałam nadzieję na jakąś inspirację, nowy pomysł... Eee zawiodłam się ;-) Każdy wybierał sobie sam, co chce jeść na śniadanie, kolację... (szwedzki stół czy coś w tym rodzaju), ale do wyboru były oczywiście pieczywo +: dżem, spekulos do smarowania chleba, czekoladowa posypka (zwana przez dziewczyny "mrówkami", a przez Młodego "ladzią"), jakieś serki, jogurty etc. Na obiad - jak powiedziała Starsza - co dzień zupa oraz ziemniaki z sosem. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale mówiła, że dużo tego było i nie dawała rady zjeść. No, w każdym bądź razie jedzenia nie brakowało...

Najważniejsze, że mimo braku znajomości języka, córka przeżyła dobrze te 5 dni z kolegami i nauczycielami i wróciła zadowolona. Nie mam wątpliwości, że jest jej chwilami bardzo ciężko, zwłaszcza, że jest dosyć nieśmiałą i skrytą osobą. Młodszej - pyskatej i śmiałej jest na pewno łatwiej w tych okolicznościach. No ale cóż osobowości sobie nikt nie wybiera. Nie dalej jak wczoraj napisała do mnie na fb koleżanka córki - oczywiście rozmawiałyśmy przy pomocy google tłumacza. Dziewczyna poinformowała mnie, że Moje Dziecię czasem jest bardzo smutne, a ona bardzo chce jej pomóc... I kazała przekazać moim dziewczynom, że do niej zawsze mogą przyjść, gdy mają jakieś problemy... No więc widzicie, po raz kolejny potwierdzają się moje wcześniejsze spostrzeżenia na temat dobrych serc ludzkich w tej miejscowości... Oczywiście po raz kolejny rozmawiałam z dziewczynami, tłumacząc im, że koleżanki je lubią mimo, że trudno się nimi dogadać i żeby były bardziej otwarte wobec tych, którzy chcą się z nimi zaprzyjaźnić i poznać bliżej. Przypominam też co jakiś czas, że łobuzy i upierdliwcy są wszędzie, nawet wśród najsympatyczniejszej społeczności i żeby się się przez takich skurczybyków nie zrażały do całego świata. Mam świadomość, że ciągle długa droga przed nimi do pełnej integracji z belgijskimi rówieśnikami... Wiem jednak, że są, że wszyscy jesteśmy na właściwej drodze i trzeba się jej trzymać mimo wszelakich przeciwności.

"Zna się tylko to, co się oswoi" jak pisał A. de Saint-Exupery, a na oswajanie jak powszechnie wiadomo potrzeba niekiedy sporo czasu...







7 lutego 2014

hm....a może o pogodzie?

Pogoda to ulubiony temat wszystkich... W autobusie, pociągu, sklepie.... co by się nie działo, skomentowanie aury to najlepszy wstęp do dalszej rozmowy... Dziennikarze - jak nie chce im się im niczego mądrego wymyślić - potrafią opowiadać o pogodzie nieziemskie historie, ze zwykłej mżawki zrobić ulewę stulecia... o temacie "Zima w Polsce" to już nawet nie wspominam - wiecznie zdziwieni i zaskoczeni opadami śniegu w zimie, jakby Polska leżała na równiku... Ale fakt faktem zima to skomplikowana sprawa... ja też z jednej strony cieszę się, że nie muszę przemieszczać się nigdzie tonąc w śniegu po zadek, tłuc sobie zadka na lodzie i marznąć, gdyż raczej ciepłolubna jestem... Jednak z drugiej strony brakuje mi lepienia gigantycznych bałwanów, szalonych kuligów i zjeżdżania na workach czy sankach z podkarpackich górek razem z dziećmi, bo mi nie przeszkadza, że mam prawie 40 lat - powygłupiać się w śniegu z dziećmi innymi starymi świrami zawsze można... :)
A tu ciągle pada i pada, i pada deszcz... Ogólnie pogoda jest bardzo zmienna. Bezchmurne o świcie niebo potrafi w ciągu pięciu minut zamienić się w nisko wiszące szarobure coś z czego leci wielkimi strugami woda, by po kolejnych 15 minutach znowu z czysto-niebieskiego nieba śmiało się pełną gębą słonko jak gdyby nigdy nic, a po chwili znowu leje jak z cebra.... Od wczoraj jednak leje prawie cały czas z drobnymi przerwami tylko... Drzwi i okna mamy nieszczelne, więc ciągle trzeba ścierać podłogę a i tak dywan pływa :) Ble.

A ja wyrodna matka wypędziłam dziś Młodą samą do szkoły i to bez parasola, bo trochę obawiałam się ciągnąć Młodego na wózku wte i nazad w taką ulewę. Jakby nie patrzeć pokonanie tej trasy zajmuje jakieś 30-40 minut... on niby odporny, ale nie ma co kusić losu, bo nie ma za bardzo kasy na leki. Mieliśmy folię przeciwdeszczową, ale to wynalazek dla małych niekumatych albo dużych, ale spokojnych dzieci... Niuniusiowi się w każdym bądź razie nie podobało siedzenie "w akwarium" i tłukł się dotąd na wózku, kopał i szarpał, aż strzępy zostały... Parasol odpada, bo za duży wiatr - dlatego Młoda poszła bez - z parasolem praktycznie nie dało się iść... piździ jak w kieleckim.... Smutno jej było trochę, bo nauczona z siostrą chodzić, ale może choć odebrać się ją uda, jak chwile się przejaśni....

Ja też już trochę odwykłam od jazdy rowerem w każdą pogodę i wczoraj nie bardzo mi się chciało wychodzić z domu. Mój M - sam wróciwszy z roboty przemoknięty do suchej nitki - nawet namawiał, bym sobie odpuściła jeden dzień...  Ale to zazwyczaj najgorzej jest wyjść w deszcz. Jak już się jedzie, czy idzie, to nie przeszkadza, a nawet całkiem fajnie jest, jak ktoś lubi czasem zmoknąć. Ja lubię. Z tym tylko zastrzeżeniem, że jak wracam do domu a nie wychodzę gdzieś... Pech chciał, że akurat w ulewę jechałam na kurs i musiałam potem w mokrych leginsach i przemoczonych butach siedzieć 3 godziny, a to już nie należy do najmilszych doświadczeń. Trochę zimno się robi... Oczywiście jak wracałam to ani kropli deszczu,  tylko lekki ciepły zefirek powiewał - jakże by inaczej...  :)

No, ten kurs zmienia znowu moje zasady jedzeniowe. Po takiej wieczornej przejażdżce i wykąpaniu się nie jestem w stanie oprzeć się gorącemu kakao i kanapkom z czymś słodkim, no więc o wpół do 11 wieczorem przygotowuję sobie słodką wyżerkę i właśnie wczoraj mnie oświeciło, dlaczego ten posiłek należy do najprzyjemniejszych? Bo mogę go zjeść bez towarzystwa! Mam tu głównie na myśli Kochanego Syneczka, bez którego nic w domu się dziać nie może... Nie można zjeść bez robienia sobie przerw na dolewanie Niuniowi picia, dokładania jedzonka, wysadzania na nocnik, mycia łapek, bo "bjunde się jobią" co chwila. Nie można obejrzeć filmu jednym ciągiem, bo to piłkę trzeba łapać, to siku, to kupcia, to lizaka, to autko się psiuło, to siku, to pan z taptolka zginał, to siku, to przytulić, to kaszę przynieść, to siku... i tak raz mama, raz tata musi lecieć :) Mama nie może się wykąpać, skorzystać z kibla, bo już Niuniuś woła Mamoooo i wali w drzwi....a w tym tygodniu co gorsza - odkrył, że jak stanie na paluszkach, to sięga już do niektórych klamek... Normalnie rewelacja... żadne drzwi nie mają klucza :) No i drugie odkrycie, to to że krzesła się przesuwają a na krzesła można wchodzić i wtedy się wyżej sięga... płyty, książki, piloty, długopisy, kubki, noże nagle pojawiły się w zasięgu ręki... Gdzie to teraz chować wszystko? Wszystko się "jeszcze wyżej" nie zmieści.... :-)

Nie ma większej radości i satysfakcji niż to, jaką daje obserwowanie i podziwianie, jak radzi sobie własne nasze dziecko, które jeszcze niedawno było małą wrzeszczącą kukiełeczką, która nawet z boku na bok nie potrafiła się przewrócić... Dzieci w każdym wieku są cudowne i kochane, ale chyba każdy się zgodzi, że 2-, 3-letni szkrab jest najfajniejszy, choć i też najbardziej absorbujący, i wymagający. Młody niedługo skończy 2lata. Od pół roku korzysta już z nocnika, próbuje już mówić całymi zdaniami, przeważnie z dobrym skutkiem, powtarza wszystko jak echo, posługuje się łyżką i widelcem. Jednak najczęściej wyjada kluski i marchewkę z zupy łapami, co niektóre kawałki wrzucając innym do miski :) Wszystko chce robić sam i do tego we wszystkim pomagać innym, dzięki czemu każda codzienna czynność zajmuje mamie i tatusiowi 5razy więcej czasu, ale dla Młodego jest przygodą. No i dlatego często trzeba sprzątać mąkę z pokoju, śrubki zbierać w pokojach u dziewczyn, niektóre ubrania prać i składać po dwa razy...

Dlatego, gdy dziecko zaśnie, robi się tak dziwnie cicho i spokojnie, że aż głupio... co wie na pewno każdy rodzic... i wtedy dopiero można, by robić wszystko co się chce... tyle tylko, że rzadko ma się siłę i chęć na cokolwiek poza spaniem :) Ale właśnie po parukilometrowej wieczornej wycieczce na kurs mam dość energii by coś wszamać dobrego i w spokoju.... W normalnych warunkach, nawet jak najbardziej głodna jestem, to nie chce mi się schodzić do kuchni, więc zasypiam głodna a rano mam chęć zjeść konia z kopytami :)

Dobra, dość tego pitolenia i chwalenia się dzieckiem.... Dziś Najstarsze Dziecię wraca z wycieczki, ciekawam jak nastroje powycieczkowe.... Ja ktoś równie zainteresowany, niech zajrzy za jakiś czas...

3 lutego 2014

o blogu... ?

Dodałam  na osobnej stronie (patrz w górę!) podstawowe informacje na temat mojego bloga, bo jak zauważyłam, niektórzy próbują doszukiwać się tu tego, czego za Chiny u mnie znaleźć nie mogą...

Zasadniczo do dowiadywania się czegoś nowego o świecie jest chociażby  wikipedia i inne strony informacyjne a nie osobiste blogi. No ale jak widać niektórym jest obce znaczenie wielu, także popularnych wyrazów, co nie przeszkadza im używać ich setki razy dziennie, częstokroć w niepoprawnym znaczeniu... i to już nie jest "żenada".

Ja swoim blogiem nie czuję się zażenowana bynajmniej - nie mam kompleksów na swoim punkcie...

Wnerwiają mnie jednak ludzie, którzy łażą po świecie, także tym wirtualnym, tylko po to by krytykować innych, wiecznie narzekać, opluwać, prowokować, wypominać, sami palcem nie kiwnąwszy nawet, by jakoś rozjaśnić ten świat, zrobić coś fajnego, dobrego dla innych....albo choć dla siebie... Wiecznie źle, wszystko jest głupie, durne, koszmarne, masakryczne, żenujące... i niech nikt nie próbuje twierdzić, że jest inaczej, niech nikt nie próbuje się cieszyć, bawić, być sobą....  bo się go zgnoi..

To tylko polska cecha, czy jeszcze jakieś inne narody też tak mają?

"Żenada"...

...drażni mnie ten wyraz tak samo jak "żal" - starzeję się chyba ;)




31 stycznia 2014

kurs niderlandzkiego

Wczoraj zaliczyłam drugą lekcję języka niderlandzkiego dla obcokrajowców. Pierwsze zajęcia były we wtorek, trwają po 3 godziny, więc razem to 6 :) Kurs (ten i wiele innych, nie tylko językowych) prowadzony jest przez CVO Opleidingscentrum. I tak jak wspomniałam - można zacząć od września albo od stycznia. Za ten zapłaciłam 92 euro. W tym jest książka z płytą oraz wszelakie "kserówki" które dostajemy na zajęciach.

Jakoś tak biorąc pod uwagę, iż jest to kurs dla dorosłych, nastawiłam się, że może być nudno  i obawiałam się, że będę senna i ciężko się będzie mi skupić na słuchaniu i zapamiętywaniu, gdyż późno-wieczorna pora nie jest u mnie porą sprzyjającą nauce. Jednakże na szczęście się bardzo myliłam w swoich założeniach. Trafiłam na bardzo wesołą gromadkę i jak zauważyłam, wszyscy doskonale się bawią podczas tych zajęć z nauczycielką włącznie. Przeto przy każdym ćwiczeniu jest kupę chichów-śmichów. Nie znaczy to, że ludzie olewają naukę czy coś w ten deseń, wszak każdy przychodzi z własnej i nieprzymuszonej woli i to po to by nauczyć się języka. Jednak większość, o ile nie wszyscy, ma niebagatelne poczucie humoru. Dzięki temu i łatwiej się zapamiętuje materiał, bo częstokroć z czymś zabawnym się kojarzy, i każdy swobodnie odpowiada, bo nie ma sztywniaków, którzy sami znając dobrą odpowiedź już patrzą na  źle wymawiających, mylących się z politowaniem... 

Powiem jak z grubsza wyglądają takie zajęcia, bo może ktoś się zastanawia, jak można uczyć się języka obcego na lekcjach prowadzonych w tym języku właśnie...?

Tak, babka gada głównie po niderlandzku. Tylko czasami tłumaczy coś dodatkowo po francusku (zazwyczaj jak ktoś sam zapyta), bo większość akurat zna ten język. Ja i parę innych człowieków jednak nie mówimy po francusku. Mimo to bez problemacji czaję o co kaman. Nauczycielka częstokroć pokazuje gestami, minami dane słowa, zdania. Od czasu do czasu posiłkuje się internetem. No i mamy też podręcznik oraz dodatkowe materiały na obrazkach. Wiadomo - na razie materiał jest prosty - podstawowe zwroty potrzebne do zapoznania innego ludzia, czy wypełnienia dokumentów w administracji. Jednakowoż myślę, że z dalszym też nie będzie problemu, przecież wówczas będzie się znało już podstawowe wyrazy i zwroty...

A dlaczego nie jest nudno? Ano dlatego, że jest dużo zajęć praktycznych - jeśli tak to mogę określić. Znaczy po krótkim wprowadzeniu, napisaniu poszczególnych zwrotów na tablicy, powtórzeniu ich głośnym jest zadanie, gdzie każdy musi łazić po sali i zagajać do innych i wypytywać ich o różne rzeczy, które ma na kartce, czy w książce. W związku z powyższym już po tych dwóch dniach znam imiona wszystkich, wiem kto skąd pochodzi, gdzie mieszka ile ma dzieci, czym jeździ do szkoły :) 

Poza tym są też ćwiczenia, na które trzeba odpowiedzieć, po wysłuchaniu dialogu z mp3. satysfakcja, że się zaczyna cokolwiek rozumieć z niezrozumiałego dotąd bełkotu jet bardzo budująca i daje nadzieję na przyszłość :)

Nauka przez zabawę.... połączona z integracją grupy. Powiem tylko - fajna sprawa taki kurs nie tylko ze względu na możliwość nauki języka. 


30 stycznia 2014

Sportklassen, czyli obóz sportowy


W poniedziałek Starsza jedzie na obóz  sportowy nad belgijskie morze, o czym już wspominałam. To będzie jej pierwszy samodzielny wyjazd na więcej niż jeden dzień. Oczywiście wyjazdy do rodziny sie nie liczą, bo zmiana rodziców na dziadków czy wujostwo, choć dla dzieci bez wątpienia  atrakcyjne, jednak to zawsze rodzina, która nota bene  zazwyczaj na więcej pozwala niż rodzice i więcej dogadza :) 

Zaś szkolny obóz to szkolny obóz – trzeba samemu ogarnąć zrobiony przez siebie (i kolegów) bałagan, samemu o siebie zadbać... Jakoś wytrzymać bez mamy i taty, no i rodzeństwa, za to z gromadą mniej lub bardziej lubianych rówieśników. 

 Jedno, co bardzo mi się podoba to przygotowania szkolne do tego wyjazdu. Nie wiem, być może w pl w niektórych szkołach też tak jest, ja jednak się nie spotkałam.... Aczkolwiek, gdy sama wybierałam się gdzieś z Młodymi, to właśnie podobnie je przygotowywałam, tak samo przy moich wycieczkach w dzieciństwie przygotowywali mnie rodzice, choć wówczas nie było takich bajerów jak net więc tylko mapa, rozkład jazdy...
Tutaj pod kierownictwem nauczycieli dzieci dowiadują się same wszystkiego o miejscu, do którego jadą... Wspólnie z nauczycielami przygotowują taki jakby przewodnik obozowy. I tak korzystając m.in. z Internetu, atlasu sprawdzają trasę, obliczają odległości, wypisują stacje kolejowe, godziny odjazdu, przyjazdu pociągu itp. Czyli uczą się w praktyce jak korzystać z mapy, o co chodzi ze skalą, poznają kierunki na mapie, uczą sie korzystania z rozkładów jazdy itp. Pamiętam ze swojej  geografii jaki problem mieli niektórzy z tak prostą rzeczą jak czytanie mapy (i maja pewnie do dziś), bo jak można się nauczyć korzystania z atlasu, czy globusa siedząc ciągle na dupie w klasie?!

 Ja np zabierając Młode nad polskie morze (z Podkarpacia) wydrukowałam im wszystkie stacje i jadąc mogły śledzić, ile jeszcze zostało na miejsce.. Pamiętam ich radość, gdy zostało już tylko kilka stacji, a za nami było juz tak duuużo... Pokazałam też tę trasę na mapie, a gdy wróciłyśmy do domu, a one miały w pamięci cały dzień (a nad morze całą noc)  jazdy, pokazałam Polskę na globusie informując że przejechałyśmy otoCAŁĄ POLSKE, jednocześnie uzmysławiając im, jak to malutko w stosunku do całego świata.... Gdy jechałyśmy później np w odwiedziny do cioci do Krakowa, to też zaglądając do mapy porównywałyśmy odległości... Tak samo przed wyjazdem do Belgii. Teraz zaś, gdy mają jeszcze gdzieś tam w pamięci naszą podróż z Rzeszowa do Koszalina nie mogą sie nadziwić, gdy mówię im, że tu nad morze mamy godzinę jazdy – tyle co mieliśmy w pl do babci :)
 A jednocześnie i w góry też praktycznie rzut beretem. W końcu tak jak w pl jechaliśmy ze Stalowej Woli do Krakowa w odwiedziny, to tu przejedziemy cały kraj... Tylko jakie tu drogi a jakie na trasie Rzeszów (Tarnobrzeg) – Kraków...? To samo sie tyczy pociągów... zawsze mnie śmieszyło, że z Rzeszowa do Warszawy musiałam jechać przez Kraków, zaś do Gdyni przez Wrocław... w sumie można by też przez Berlin albo Moskwę a co.... już o technicznym poziomie kolei i czystości w wagonach nie wspomnę nawet.

Wracając do tematu obozu... Poza nauką korzystania z map dzieci dowiadują się też o warunkach przyrodniczych w miejscu, do którego się wybierają i co tam można zobaczyć, co wnioskuję (bo przecie nie chodzę na lekcje) z materiałów zgromadzonych przez Młodą w tym przewodniku. Zapewne uczą sie też wielu innych rzeczy przy okazji, bo ten przewodnik przygotowują już od jakiegoś czasu. Nie raz słyszałam o metodach prowadzenia lekcji w różnych krajach, teraz mam okazję obserwować to po trochu na co dzień. Więc i z Wami się tym dzielę...

Chcę w każdym bądź razie powiedzieć, że nie ma nic lepszego jak teoria połączona z praktyką i nauka poprzez zabawę – ja wiem to z doświadczenia, lecz mimo, że nie odkrywam tu niczego nowego, to w polskich szkołach jakoś tego nie widzę. Parę lat temu zaczęto iść w tym kierunku, tylko jak zwykle w pl zabrano się za wszystko od dupy strony. Moim nader skromnym zdaniem takie reformy trzeba zaczynać  od przygotowania nauczycieli i warunków  szkolnych (finansowych zwłaszcza) a nie samego  programu... a tak to nigdy nie wiadomo, co autor miał na myśli, a własna interpretacja pedagogów i rodziców nie koniecznie jest prawidłowa czego efekty już widać w pl :) Sama zbierałam podpisy przeciwko wprowadzaniu reformy pt „sześciolatki do szkoły”. Ja (i większość polskich rodziców) mówi:  sześciolatki do szkoły owszem, ale nie do takiej! Gdybym teraz musiała 6latka wysłać w pl do szkoły też bym pewnie szukała psychologa, który by potwierdził jego niegotowość ... Wszak obie dziewczyny szły już nowym programem i wiem, jak to wygląda w realu. Szkoła, do której chodziły ostatnio moje dziewczęta w pl akurat jest w miarę stabilna finansowo (nie zagrożona póki co likwidacją!) i ma dyrekcję i wielu nauczycieli z bardzo nowoczesnym podejściem, więc  nie mam co narzekać, wprost przeciwnie, ale jednocześnie znam też inne szkoły, które... cóż  lepiej żeby zostały zlikwidowane ze względu na dzieci.... Wiem, że nauczyciele potrzebują pracy, a dzieci i rodzice chcą mieć blisko szkołę, ale jeśli to się ma odbywać kosztem dzieci to lepiej się zastanowić...


Tutaj nie mam obaw przez wysłaniem do szkoły 2 i pół-latka, bo wiem, że przez cały czas będzie traktowany odpowiednio do swojego wieku i szybkości rozwoju tak fizycznego jak emocjonalnego. Bo widzicie, tutejsza szkoła jest w stanie (bo ma elastyczny program) dostosować się do okoliczności pt „niemówiące (w tutejszym języku) dziecko w naszej klasie” tak, że zarówno to dziecko (np moje Młode) jak i pozostałe nie są pozostawione same sobie. Więc logiczne, że i w innych przypadkach (typu wolniejszy rozwój czy to psychofizyczny, czy emocjonalny malucha) dziecko będzie traktowane odpowiednio do swoich potrzeb i nikt przy tym na tym nie ucierpi.

A wystarczy że polscy ministrowie edukacji i im podobne osły,  którzy krzyczą, że w UE już 5-latki chodzą do pierwszej klasy, najsamprzód by się zorientowali, co te 5latki w innych europejskich szkołach robią na codzień... i może odgapili dla odmiany coś dobrego od świata – jak na ten przykład szkolny program i możliwości finansowe szkół - a nie wiecznie samo g... Ale co taki wieśniak jak ja może wiedzieć o wychowaniu i edukacji dzieci...

Póki co pozostaje mi się cieszyć z faktu, że wyemigrowaliśmy do właściwego kraju i że młode mają szansę chodzić do normalnej szkoły, gdzie panuje bezstresowa nauka ale jednocześnie wszystko jest pod kontrolą (czyli każdy robi, to co powinien, a nie to co chce).
W sumie nie wiem dlaczego w pl bezstresowa nauka/wychowanie równa się totalnej anarchii? Dlaczego np fakt, że dziecko jest nietykalne (czytaj nie można mu dać po dupie, po pysku, a nawet opierniczyć zdrowo – swoja drogą bezsensu) w pl równoznaczne jest z tym, że to dziecko może bezkarnie wobec pedagoga i innych starszych osób używać wulgarnych epitetów, a częstokroć i zastraszać nauczycieli (gnębienie ich dziecka, niszczenie auta itp)? Dodam, że tak jest w niejednym gimnazjum w pl (to nie jest info z gazet - znam dostateczną ilość nauczycieli z rożnych części pl, a i uczniów też...). Albo dlaczego np nauczyciel czy też wykładowca uniwersytecki nie może mieć konta na dowolnym portalu społecznościowym, bo od razu musi być chamsko obrażany (nie mówię tu bynajmniej o sporadycznych przypadkach)? Może dlatego, że polska kultura sięga dna w niektórych miejscach, także wśród tzw inteligencyi...? Ech, z opowieści moi znajomych z tytułami doktorów i profesorów wynika ogólnie, że Polska schodzi na psy z każdym rokiem coraz bardziej.

Zresztą w pl nawet jak czegoś nie wolno, to i tak wszyscy to robią... 

Być może myślicie – czytając mojego bloga - że ogólnie mam coś do Polski, że nienawidzę swojego kraju rodzinnego, bo ciągle jakieś negatywy wynajduję... Nie, to nie tak. Lubię pl. Co prawda nie uważam siebie za patriotkę, o bynajmniej. Ogólnie rzecz ujmując – mój dom jest tam, gdzie ja jestem, czy to Polska, Belgia, Kongo czy Meksyk, czy to wiocha czy też wielkie miasto. Wszystko mi też jedno jakim językiem będą mówić moje pociechy (najlepiej to kilkoma:). Tak czy owak uważam, że każdemu domowi należy się szacunek, tak samo jak każdemu przełożonemu, nauczycielowi itd. Co nie znaczy, że nie można sobie od czasu do czasu ponarzekać, że nie można zauważyć wad, co nie jest jednoznaczne z obrażaniem i gnojeniem, a mam wrażenie, iż niektórzy tak właśnie uważają. Mam i zawsze mieć będę szacunek do symboli narodowych (czy to polskich, czy belgijskich, czy amerykańskich) tak samo jak do Biblii czy symboli religijnych nie koniecznie katolickich (wnerwia mnie np niestosowne bawienie się przez kościołami – o czym już było, czy noszenie różańców jako naszyjników, co obserwuję u brukselskich młodych ludzi – choć nie wiem, co nimi kieruje).
No i druga kwestia – to zachwyt innościami, pozytywnymi innościami belgijskimi. Czyli rzeczy których w pl nie ma, a chciał by człowiek, żeby były – co by nie musiał wyjeżdżać (chyba że z własnej nieprzymuszonej woli) w poszukiwaniu lepszego życia.

A jeszcze o szkole... Nie wiem, czy już mówiłam, że tu np nie wolno nosić żadnych elektronicznych gadżetów typu telefon, tablet, mp3, gry i wyobraźcie sobie da się bez tego funkcjonować w szkole. Gówniarstwo nie pisze esów w trakcie lekcji, nikt nikogo nie nagrywa i nie publikuje na necie, ale i nie bez znaczenia w tej kwestii jest, że dzieci zawsze zaczynają i wychodzą o tej samej porze. Przeto dziecko nie musi dzwonić, pisać: „mamo, dziś skończyliśmy 3 godziny wcześniej idę do kumpla bo nie mam klucza...”. Tata nie musi dzwonić, że utknął w mieście i żeby dziecko czekało pod szkołą. Jak cos ważnego to szkoła dzwoni do rodziców, tak samo odwrotnie – rodzic może zawsze zadzwonić do szkoły.

Teraz jadąc na wycieczkę również nie mogą zabierać tego typu zabawek, za to mają wziąć łopatkę i wiaderko do piasku (to 5 i 6 klasa! – w pl by dzieci taki pomysł wyszydziły jak znam życie – napiszę, po obozie, do czego były potrzebne te zabawki), książkę do czytania oraz jakąś grę planszową czy cos innego do zabawy z kolegami. I to jest super – wiem, że polska młodzież by nie podzieliła tej radości, bo jak to bez telefonu 5 dni, ktoś głupi czy jaki...? ;-)

Jest też zakaz zabierania słodyczy z wyjątkiem tic-tac’ów czy mentosów i to też ok. Z wyjazdów na szkolne  wycieczki jako opiekun wiem, jak kończy się objadanie tymi wszystkimi chipsami, cukierkami i innym gównem – bo każdy ma co innego, a jedzą wszyscy – do tego oranżada i potem bóle brzucha i inne niemiłe niespodzianki... Rodzice też niby wiedzą, ale i tak za każdym razem ta sam heca... 

Jest to obóz sportowy, ale – jak wynika z opisu – poza pływaniem, i innymi zajęciami sportowymi będą też dzieci zwiedzać, poznawać przyrodę, będzie wspólne śpiewanie (mają teksty piosenek) i kolorowy wieczór, czyli zabawa. Będą też prowadzić dziennik i pisać list do rodziców (znaczy odpisywać, bo to my rodzice mamy napisać pierwsi, czyli zaraz jak wyjadą żeby zdążył list dojść), uczyli się (albo przypominali sobie – tego nie wiem) adresować kopertę i zapoznawali z podstawowymi zwrotami i formami listów oraz kartek ( to też wiem z zawartości przewodnika). Czyli znowu nauka w praktyce. 

No, polska wychowawczyni Młodszej też wprowadzała praktyczne pisanie listów, prowadząc korespondencję z uczniami, którzy sie gdzieś przeprowadzali i opuszczali klasę (nie tylko z nami, gwoli ścisłości). Wiadomo,  pisanie listów na sucho to do du...szy jest. Po co pisać, jak nikt nie odpisze? W tym oczekiwaniu na odpowiedź wszak najwięcej radości jest... Wiem, bo napisałam w życiu wiele listów i dostałam wiele odpowiedzi...
Wy też (pytam pokolenie 70’ i starsze) pisaliście listy do rosyjskich kolegów i koleżanek?! Jakie ja fajne rzeczy o rosyjskiej koleżanki dostałam jaaaa... naklejki na wodę (u nas takie dużo później się pojawiły), biżuterię, małe kalendarzyki ze zwierzątkami (teraz takie w bankach i aptekach dają, tylko z reklamami)... To były czasy... Młodsi sie może dziwią, co to się tak podniecać naklejkami czy kalendarzykami? Wyobraźcie sobie, że jak ja miałam tyle lat co moje Młode to naklejki, pocztówki, kolorowe plakaty to był wówczas WYPAS.  A juz takie brokatowe to ŁAŁ, ...tylko od ruskich koleżanek albo z Ameryki :) A ile znajomości korespondencyjnych ze „Świata Młodych”, „Płomyczka” sie miało... Mówią dziś, że nie było kontaktu ze światem, bo nie było Wielkiego Internetu... Ja mówię: chcieć –to móc!...

Ja Młoda wróci z obozu, to opowiem jakie wrażenia...






22 stycznia 2014

trochę statystyki lecz nie tylko

Może statystyki Was specjalnie nie interesują, ale chcę się pochwalić, że dziś wyświetlenia (mam nadzieję, połączone z lekturą) mojego bloga przekroczyły magiczną liczbę 1000 (słownie: tysiąc). Moja próżność została więc nagrodzona (autografy przez telefon) :)  Blogowe statystyki informują mnie, że początkowo najwięcej czytających było z pl, ale ostatnio (bez wątpienia za przyczyną wrzucenia linku na moją ulubioną stronę www.belgia.net) najczęściej oglądany był blog przez mieszkańców be. Ale też jest sporo odwiedzin z wielu innych krajów całego świata. Tak sobie myślę, że ci którzy są na emigracji, czytając moje wypociny mogą sobie przypomnieć jak to było, gdy sami byli świeżutkimi emigrantami albo może się wycieczkowali po świecie bez znajomości języka na ten przykład i jakieś hece mieli z tym związane. Tutaj mam taką prośbę do Was, byście w wolnym czasie i natchnieniu zechcieli się w komentarzach (lub pisząc na priva ze zgodą na publikację na blogu) podzielić swoimi wspomnieniami, doświadczeniami z życia emigranta. Najlepiej oczywiście coś z humorem dla pokrzepienia serc :), aczkolwiek nie koniecznie.

W tym miejscu pozdrawiam wszystkich czytelników i tych stałych i tych nowych. I tych co czasem coś skrobną do mnie, i tych, którzy wolą pozostać w ukryciu. I tych z Polski i tych z emigracji. Cieszę się, że Wam się podoba to, co piszę. (jak na razie otrzymałam tylko wiele pozytywnych ocen i wiadomości, stąd taki wniosek :). Wam się dobrze czyta to dobrze. Mnie zaś się dobrze pisze - mogę się wygadać (ci co mnie znają w realu wiedzą, że mówię czasem za dużo i za szybko), ponadto utrzymuję w ten sposób kontakt z rodakami, no i nie zapomnę języka polskiego przynajmniej :)

No dobra, dość styknie tego chwalenia się, bo jeszcze wpadnę w samouwielbienie (i tak niewiele mi brakuje:).
Aaa prrrrrr, jeszcze jedno. Oświadczam, że wczoraj o godzinie coś koło 19tej się byłam zapisałam na intensywny kurs niderlandzkiego w CVO, czekam tylko na fakturę by móc dokonać płatności i tym samym potwierdzić zapisanie się. Taki kurs (bodajże 120h) kosztuje w sumie nie dużo, bo tylko 92 euro. Lekcje będą 2 razy w tygodniu od 19-22 (mniej więcej), zaczynają się we wtorek.
Kurde - mając w pamięci informację mamy kolegi klasowego mojej Starszej (też Polki) -zaczęłam szukać info o kursie w naszej miejscowości no i po wielu poszukiwaniach z tłumaczem google w końcu znalazłam strone instytucji, która sie tym zajmuje. Najprzód się zmartwiłam, bo się okazało że kursy zasadniczo zaczynają się we wrześniu i już myślałam, że trzeba będzie tyle czekać... Ale jeszcze chwile pobuszowałam po tej stronie z coraz bardziej gasnącą nadzieją i jednak znalazłam, że jest drugi nabór we styczniu.
Chciałam zapisać się przez net, bo jest formularz, ale się okazało że trza podać belgijski numer krajowy (tutejszy PESEL), a ja nie mam dowodu przecie... No więc mój M z kolegą wielojęzycznym próbowali się tam dodzwonić z roboty, acz bezskutecznie. Znajoma nawet oferowała się tam pofatygować ze mną, no ale na całej stronie nie znalazłam godzin otwarcia sekretariatu :) W końcu wpadałam na jakże genialny pomysł (czasem najtrudniej znaleźć najprostsze rozwiązanie), by napisać emaila z zapytaniem o godziny - wszak zdanie na tyle proste, że guglowy tłumacz nie poprzekręca za bardzo. No i mi odpisano, że sekretariat  jest czynny od 18 do 22, na co bym nie wpadła, choć z razu logicznym się wydaje, skoro kursy są wieczorami (lecz nie tylko). Tak oto się zapisałam hurra!


Z tym pisaniem z wykorzystaniem tłumacza internetowego, to wyobraźcie sobie, oświeciły mnie koleżanki moich dziewczyn. Historia przedstawia sie następująco: Młode od dawna prosiły, wręcz błagały mnie o założenie konta na fejsie, czemu z pierwa przeciwna byłam, mając świadomość iż jest to portal dla ludzi mających minimum 13 lat. Zakładanie konta młodszym jak by nie patrzeć jest łamaniem regulaminu. Miały profile na polskiej nk, której regulamin nie posiada ograniczeń wiekowych. Jednak "wszyscy" są już na fejsie i mało zagladaja na nk. Dodatkowo przypadkiem zupełnie przyuważyłam, że tutejsza dzieciarnia również fejsa okupuje. Koniec końców założyłam swoim wspólne konto, pozapraszały kolegów z obydwu szkół w pl (zaliczyły dwie ze względu na przeprowadzkę)  oraz obecnych. I co się okazało - poza tym, że mogą pooglądać aktualne facjaty dawnych koleżanek i kolegów, popisać z nimi to tutejsze koleżanki zaczęły też do nich pisać korzystając właśnie z tłumacza i proponując Młodym taką formę kontaktu. Osobiście uważam, że to świetna sprawa, mimo że tłumacz za dokładnie nie tłumaczy i czasem ciężko załapać o co kaman. Jednak na razie moje młode po pierwszym zachwycie trochę odstawiły fb. Może dlatego, że któraś napisała Starszej by nie była taka nieśmiała... :) Ale jak znam Młode - a znam raczej - wszystko musi sie trochę uleżeć zanim się przyjmie. Pamietam z ich wczesnego dzieciństwa, że gdy kupiło się im nowe odzienie czy buciki, to nawet nie chciały na to patrzeć, żeby najcudniejsze było. Średnio z tydzień musiała rzecz leżeć na widoku, by nasiąknąć naszością i dopiero wtedy z chęcią zakładały. Świry ;)

Fakt faktem, że to iż koleżanki same zachęcają moje córki do kontaktu, świadczy bez wątpienia o jednym, a mianowicie, że dziewczyny są tu mile widziane, że dzieci je lubią, skoro pomimo, że Starsza jest nieśmiała, one jej nie odstawiają na bok,  tylko wyciągają do niej rękę. Nawet nie wiecie, jakie to budujące jest. Choć Młode pewnie sobie nie za bardzo zdają sprawę, jaki takie gesty mają znaczenie. Próbuję to tłumaczyć. Po trochu dotrze pewnie z czasem.





17 stycznia 2014

Co wyczytałam o Belgii... dla ciekawych świata :)


Wreszcie postanowiłam odrobić zadane już sobie jakiś czas temu zadanie domowe, czyli zapoznać się bliżej z historią i geografią kraju, który ma być w najbliższym czasie, i dalszym też, naszym domem.


Jakoś bowiem nieswojo się czuję, gdy słyszę nazwę – wydaje się – wszystkim znanego miasta, a nie mam pojęcia w jakim to kierunku na mapie ani czy daleko, czy też blisko. 
Z Polską to jednak dobrze się zapoznałam w dzieciństwie bawiąc się z bratem i ojcem w szukanie miejscowości na mapie samochodowej. A i geografia też była lubianym przeze mnie przedmiotem w szkole. Niestety nie do tego stopnia by mieć obcykane inne niż swój kraje.

Skonstruowałam sobie więc naprędce na kompie własną wersję mapy Belgii.. 

Śliczna nieprawdaż? :) Tylko niech nikt się nie przyczepia - nie jestem kartografem. 

Potem sobie poczytałam w atlasie, encyklopedii i necie oczywiście.

Dowiedziałam się m.in, że Belgia jest jednym z najgęściej zaludnionych krajów w Europie. Państewko niewielkie, bo zaledwie 30 tys. km2 (gdy taka niby mała Polska ma 312 tys. km2).

Belgia podzielona jest na 3 rejony – co przedstawiłam sobie i Wam na mapie. Są to Flandria, Walonia i Region Brukseli.

 I tak: we Flandrii język urzędowy to holenderski (niderlandzki), 
w Walonii – francuski, 
a w Brukseli oba. 
Dodatkowo część Belgów używa też niemieckiego – jak można się domyśleć – są to mieszkańcy prowincji Liege, czyli mieszkający blisko granicy z Niemcami.
 Jak powiedziała nam nasza znajoma, każdy z języków ma też – podobnie jak w pl i innych krajach – wiele odmian, dialektów, gwar czy jak to się tam nazywa, czyli inna wymowa wyrazów, akcenty i inne niektóre słowa.

Te  rejony są jednocześnie podzielone na 10 prowincji (po 5), w których rządzą gubernatorzy i rady prowincji mianowane przez rządy regionalne. Prowincje dzielą sie na gminy, którymi zarządzają rady gminy wraz z burmistrzami mianowanymi przez króla.

My aktualnie mieszkamy w Brabancji Flamandzkiej - to niebieskie wyżej Brukseli :)

Belgia w większości położona jest na nizinach. Na północy zabagnione równiny i tu pewnie właśnie przyszło nam mieszkać – gdzie by nie polazł –  woda i błoto. 
Na zachodzie kraju jest trochę wzgórz i Morze Północne na północnym zachodzie,
 zaś na południowym wschodzie znajdują się góry Ardeny, ale gdzie im do polskich Tatr czy Karpat. Tu najwyższy szczyt ma 694 m, czyli tyle co większa górka na Podkarpaciu :) 

Klimat tu mamy umiarkowany ciepły morski - jak pisze PWN.

Główna rzeka Belgii to Skalda. Dużo rzek połączonych jest kanałami w celu ulepszenia transportu wodnego. Nie ma za to jezior naturalnych, tylko parę sztucznych przy elektrowniach.

A tera ciut historii, z którą muszę zapoznać moje potomstwo, więc i Wy jak ciekawi to sobie poczytajcie.

W starożytności był to kraj celtyckich Belgów, który w pewnym momencie spodobał się Rzymianom i zaczęli się tu rządzić. W III w. n.e. zaczęła sie chrystianizacja tego kraju. Potem kraj należał do państwa Franków. By w 843 zostać podzielonym na pół. Francja se wzięła zachód a Lotaryngia (potem Niemcy) wschód. Na tych terenach w końcu uformowały się hrabstwa: Brabancja, Heinent, Luksemburg, Limburgia i rozległe księstwo biskupie Liege.

W XIV/XV wieku nad dzisiejszą Belgią i resztą Niderlandów panowały książęta burgundzcy z dynastii Walezjuszy, a potem Habsburgowie.

Już wtedy Flandria i Brabancja nieźle radziła se w handlu międzynarodowym i sukiennictwie, nieźle się przy tym ustawiając gospodarczo.

Powstanie antyhiszpańskie (1566) spowodowało oderwanie się w 1581 pólnocnej protestanckiej Holandii, a południowa część (Belgia i Luksemburg) została pod Habsburgami hiszpańskimi, a potem austriackim się dostała. Aż się ludzie wkurzyli na te rządy i doszło do powstania antyaustriackiego (1789) i utworzone zostały  Zjednoczone Stany Belgijskie.

 Potem znów Belgia została połączona z Holandią w Królestwo Niderlandów (1815). Jednak ludzie nie byli zachwyceni polityką holenderskiego monarchy i w 1830 doszło do rewolucji belgijskiej i Belgia uzyskała niepodległość, a rok później neutralność. Uchwalono tez konstytucję i powołano na tron króla Leopolda I z dynastii sasko-koburskiej. No więc już wiemy, że pierwszy król Belgii to Leopold I.Potem był II i III :)

W 2 połowie XIX wieku Belgia była jednym z najbardziej uprzemysłowionych krajów w Europie. Ale w polityce było wiele hałasu o równouprawnienie językowe Flamandów.Tak sie o te języki i inne takie żrą przez czas cały.

W 1908 Belgia dostała od króla Leopolda II państwo Kongo jako kolonię.

W 1919 Traktat Wersalski z kolei przyznał Belgii okręg Eupen-Malmedy oraz mandat nad Rwandą i Urundi w Afryce.  Kolonie niepodległość uzyskały w latach 60tych, a zanim uzyskały to Murzyni zapitalali tu przy budowie metra i innych paskudnych robotach.Więc teraz przychodzą jak do siebie :)

W I wojnie światowej Niemcy mając gdzieś neutralność Belgii zaczęli okupację i Belgia zaczęła walczyć u boku aliantów.
W II wojnie światowej Belgię zajęli Niemcy. Leopold III skapitulował, ale rząd nawiał do Wielkiej Brytanii. W 1945 Belgia wyzwolona została przez sojuszników. W 1951 król abdykował na rzecz syna Baldwina (Baudoina) I.
W latach 50tych zaostrzyły sie znacznie stosunki miedzy Flamandami a Walonami na tle językowym. W końcu (1963) wszedł w życie podział Belgii na strefy językowe, a 1970-71 rząd wprowadził parę zmian w konstytucji oraz ustawy o decentralizacji ekonomicznej i kulturalnej, wolności wyboru nauczania języka w Brukseli.

W latach 80tych nastąpiło wiele zmian w konstytucji i ustawach, które umożliwiły przekazanie przez rząd centralny wielu kompetencji władzom regionalnym Flandrii i Walonii, a także Brukseli. W 1993 Belgia przekształciła sie w państwo federalne z 3 bardzo samodzielnymi regionami.

Od 1993 r panował król Arbert II. Od zeszłego roku po abdykacji ojca władcą jest król Filip I, a jego żona Matylda ma polskie korzenie, choć raczej się nimi nie chwali :)

16 stycznia 2014

farmazony

Przyszłoby Wam do głowy, że można nic nie robić i być zmęczonym? Spać dziennie 8-9 godzin i wstawać niewyspanym? Mi też nie, ale tak właśnie mam teraz. Idę spać z kurami, czyli z Młodym koło 20tej i wstaję kole szóstej i jestem zmęczona. Dżizas...

Powód jest dla mnie oczywisty - totalny brak jakiegoś sensownego, konstruktywnego zajęcia. Nikt mi chyba nie powie, że zajęcia domowe to sensowne zajęcie. No bo jaki sens mieć może np zbieranie po całym domu i układanie 50 autek na półce, gdy za góra 15 minut znowu znajduje się je w jeszcze bardziej dziwnych miejscach? O magnesach z lodówki, kredkach i kartkach różnych kolorów i wielkości to nawet nie wspomnę. W sumie można by to wszystko i jeszcze inne wziąć raz i wypieprzyć do kosza, ale i to działanie - moim nader skromnym zdaniem - mija się z celem. Wszak zaraz się znajdzie jakiś mądry (najpewniej ja sama) i znowu kupi albo przydrze od kogoś używane...
 No a takie mycie okien  zwłaszcza w bardzo deszczowym kraju, jakim niewątpliwie jest be, jaki ma sens?  Nie dalej jak przedwczoraj umyłam (zdjąwszy uprzednio bożonarodzeniowe dekoracje) po raz nie wiem który i co? od wczoraj leje... a jak przestanie, okna będą takie same jak przed myciem....no z wyjątkiem dekoracji oczywiście.
Idźmy dalej... gotowanie i inne takie - co by nie przyrządził, ostatecznie i tak goofno z tego będzie :)
To samo z praniem, prasowaniem... syzyfowa praca, żadnych widocznych efektów.... 
Tak czy owak po zgrubszejszym oganięciu chaty, wcześniejszym nakarmieniu i wypędzeniu Młodzieży do szkoły - co zajmuje około godziny (gdy robi się to codziennie) - pozostaje dużo baaardzo długich godzin, które nie bardzo jest jak zagospodarować. Młody jest już na tyle stary, że bawi się przeważnie sam - zresztą  ileż można budować domki z klocków i rzucać piłką z matką? O ile pogoda jest w miarę - to się Młodego wyspacerowuje, ale jak leje to zaraz kalosze pełne wody, a z kurtki kapie więc długo nie zabawi. No i cóż tu robić? Książki z mężowych zapasów w większości wyczytane, a reszta na wieczór zostawiona, bo nie wiadomo kiedy zaopatrzymy się w jakieś nowości. Seriali nie lubię (nawet po polsku). Filmów mam parę nowych, ale to na niedzielę - co to za oglądanie samemu? No więc Wielki Internet... poczta, niderlandzki, blog, fejs, nk, jakieś informacje.... ale też ileż można? 

O, super było na początku jak przestałam pracować... Przez pierwszy rok miałam wrażenie że ciągle mam jakiś urlop, w ogóle nie brakowało mi jakże przecie lubianej  pracy. Ale po 15 prawie latach potrzebny był odpoczynek, no i jakby nie patrzeć zaczęłam wtedy nowy rozdział w życiu. Po wielu niepowodzeniach i niepokojach wszelakich wyciagnełam od losu dobry los dla odmiany i trzeba się było tym nacieszyć... Potem pojawił się Młody więc znowu było co robić i czas leciał szybko... 

Wydawało się, że bycie na bezrobociu to taka super sprawa. A gówno prawda! Tak rok - dwa, owszem, miód-malina-sztuczne pszczoły, ale dłużej to normalnie och... zwariować można. Znaczy znam takich, co urodzili się po to by nic nie robić, ale to inksza inkszość. U mnie musi się coś dziać! Inaczej nie żyję. Co najwyżej wegetuję, a czasem to i tego się nie chce.

Kurde nawet na blogu nie ma o czym pisać tylko pierniczę takie farmazony, że głowa mała. A żeby było śmieszniej Wy to czytacie... Każdy linkiem zaciekawiony zajrzy i potem powie, że czas zmarnował jeden z drugim. Ja tylko zapraszam, nie musiałaś/eś tu zajrzywać... ;)

Nie mogę się doczekać września, żeby Młodego wysłać do szkoły a samej wziąć się zabrać do jakiejś roboty i to nie tylko ze względów finansowych, ale - co można pewnikiem wywnioskować z powyższego farmazonienia - nie ocipieć w domu. W pl to jeszcze człowiek wylazł na miasto, zagaił do jakiegoś tubylca, sklepowej, sprzątaczki, sąsiada (ewentualnie sąsiadki), nauczyciela... i czas zleciał, narząd mowy się rozruszał, wiadomości lokalnych (inaczej: plotek, bajd)  się człowiek dowiedział... a tutaj nie ma do kogo pyska otworzyć. Tyle co dzieckom o nauce przypomnisz, do mycia zagonisz, o dzień miniony zapytasz, co tam z dzieckami gadać jak jest ich dwie, to same ze sobą gadają, co matce do nich. A  M to więcej w robocie jak w domu, poza tym są ciekawsze zajęcia niż rozmowa... Tak, wy już kurde o jednym... a tu trzeba czasem coś naprawić, z synem w piłkę pograć, na zakupy pójść (bo kto jak nie M?) i takie tam...

Może chociaż na kurs językowy uda mi się pójść pod koniec stycznia. Przynajmniej mam taką nadzieję, choć wiadomo czyją ona jest matką.... ta nadzieja. Jak się uda to się pochwalę, jak nie to też - a co. 












9 stycznia 2014

pierwszy post w nowym roku

Jak ten czas leci...
No patrzcie, już 9 stycznia, a wydaje się, że nie dawno się tu przeprowadziliśmy.
zimowy spacer po wsi


Chciałam napisać coś zaraz po Nowym Roku, jednakże komputer okupowany był przez Moją Szanowną Młodzież i ciężko się było dopchać choćby na chwilę :)

Tutaj ferie świąteczne, czyli Kerstvakantie, były ciut dłuższe niż w pl. Dzieci szły dopiero 6 stycznia do szkoły. W be "Trzech króli" jest dniem roboczym, tak gwoli ścisłości.
Następne ferie w szkole będą w pierwszym tygodniu marca i nazywają się one Krokusvakantie, no i potem w kwietniu od 7ego do 21ego jeszcze 2 tygodnie wolnego na święta , czyli Paasvakantie. W pierwszym tygodniu lutego szóstoklasiści jadą na tygodniowy obóz sportowy. W tutejszej szkole -jak się dowiedziałam, to tradycja od wielu, wielu lat.
Starsza już się nie może doczekać. A ja się cieszę, bo myślę, że cały tydzień bez kontaktu z polskim językiem może dać więcej niż miesiąc nauki niderlandzkiego w szkole. W każdym bądź razie na pewno nie zaszkodzi.A zajęcia sportowe też pewnie jakieś interesujące będą.

Tylko nie wiem, jak Młoda wytrzyma cały tydzień bez starszej siostry, która jak wiadomo jest  "upierdliwa, wredna, głupia, idiotka, świnia, oszustka" itd jak jest na co dzień, ale wystarczy, że pójdzie gdzieś sama na godzinę, a Młoda już mało z siebie nie wyjdzie... Gdzie ona jest? Kiedy wreszcie wróci? Może się gdzieś zgubiła? Ona myśli tam siedzieć 3 dni? Czy ona nie wie, że jeszcze zadanie powinna odrobić? Ciekawe czy nie głodna jest, tak długo jej nie ma... Nie ma co robić, nie ma z kim zagrać, z kim pogadać...

No więc lata siedemsetrazynagodzinę sikać, pić, jeść, pytać się która godzina...

A tak w ogóle to dlaczego akurat szóstaki jadą a nie czwartaki?...

Weź tu tydzień wytrzymaj z samotną Młodą, która musi być zawsze w centrum uwagi i potrzebuje towarzystwa.

Starsza ma zupełnie inny charakter - bez problemu potrafi sobie sama czas zorganizować i czymś się zająć, a to szyciem, a to rysowaniem, a to podziwianiem natury... To dusza artystyczna. Młoda zaś to szalony człowiek, potrzebujący ciągłych wrażeń, zmian, ruchu i towarzystwa. A ja uważam, że bardzo dobrze, iż są tak różne, bo dzięki temu doskonale ze sobą się dogadują. Jedna ma to, czego drugiej brak i zawsze jest jedna drugiej potrzebna, oby tak było dalej. Tutaj, w obcym ciągle kraju, bardzo dobrze, że mają siebie nawzajem. Dzięki temu jest im łatwiej żyć i funkcjonować w tym przyjaznym, ale ciągle "niezrozumiałym" społeczeństwie.
Choć z drugiej strony - jak często mówimy z M - gdyby była jedna, to miała by zapewne większą motywację i potrzebę jak najszybszej nauki języka, a tak, ja są we dwie, to się nie palą do tego, bo przecie jest z kim pogadać, pobawić się. Wiadomo, że wcześniej czy później nauczą się, wszyscy się nauczymy, tutejszej mowy, ale mówiąc szczerze jakoś nie widzę u Młodych szczególnego zainteresowania niderlandzkim. Choć ciągle namawiam, proponuję im różne zabawy, które mogły by im pomóc w przyswojeniu języka, ale póki co nic z tego się nie przyjęło.
Jakoś nie mogę zrozumieć dlaczego im się nie chce. Ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, że dużą frajdę sprawiało nam z bratem poznawanie nowych słów i zwrotów w obcych językach. A mieliśmy tylko książki i kasety no i Atari (taki komputer ówczesny, do którego obsługi wręcz niezbędny był angielski - jakby kto nie wiedział). W końcu tylko dzięki temu dziś jestem w stanie porozumieć się choć trochę po angielsku. Dlaczego nam się chciało a im nie? My też mieliśmy co robić: masa kolegów (dokładnie "kolegów", ja się z chłopakami bawiłam przeważnie) miliony pomysłów na zabawę (niekoniecznie bezpieczną) w domu, na podwórzu w lesie i nad rzeką, rowery, telewizor, no i komputer też (Atari bo Atari ale na ówczesne czasy to było COŚ)  i setki gier na nim (grało się samemu i w wielkiej gromadzie popychając się, kłócąc, dopóki rodzice się nie wkurzyli na hałas i bałagan...) a i tak chciało się nam od czasu do czasu zabrać za angielski z własnej i nie przymuszonej woli...
Ale to właśnie pewnie to, że my "mogliśmy" a Młode  "muszą". Ale co ciekawe, jak okazało się w szkole, że pozapominały tabliczkę mnożenia i nakazałam  codzienne odwiedzanie http://www.matzoo.pl/ (polecam nie tylko dla miłośników matmy) to nie ma problemu - przerabiają bez gadania dział "4 klasa; tabliczka mnożenia do 100" setka działań dziennie i gitara. Tyle, że obie raczej lubią matmę - tak jak i ja. Nic to, póki co, ja się uczę słówek z mp3, a Młode po trochu, po troszeczku codziennie uczą się w szkole.
Jakoś damy radę.
wiosenna zima

Przed Nowym rokiem odwiedziła nas nasza znajoma Polka. Przywiozła paczkę ubrań używanych od jednej pani dla dziewczyn i parę zabawek dla Młodego. Tu jakiś taki zwyczaj w szkole jest, że w okolicach świąt niektórzy dają dzieciom (o ile rodzice chcą) używaną odzież, zabawki, z których już ktoś wyrósł. Nie powiem, trochę się zdziwiliśmy, jak dyrektorka do nas zadzwoniła z takim pytaniem, czy chcemy ubrania, bo w końcu ile my tu mieszkamy? Miło, że akurat dziewczynom ktoś zechciał coś dać. Póki co się nam nie przewala z kasą, a te ceny tutaj raczej nie zachęcają do wielkich wypraw na zakupy, a Młode rosną. A tu ciuszki same markowe dostały i to z niewielkimi oznakami użytkowania. M. in. świetne kurtki zimowe, bluzy dresowe, jeansy - będą mieć w czym do szkoły chodzić zanim coś nowego się pokupi.

Ciuchy ciuchami, ale fajnie było pogadać z kimś innym niż dziecka i mąż. Nie jestem co prawda jakimś wyjątkowo rozrywkowym ludziem, ale pogadać to lubię i to dużo, przynajmniej od czasu do czasu. Brakuje mi takich przypadkowych rozmów z przypadkowymi ludźmi w sklepie, w parku, na ulicy, takich o wszystkim i o niczym.
Pogadaliśmy trochę o pl trochę dowiedzieliśmy się o naszej wsi. Co ciekawe nasza znajoma pochodzi - tak samo jak i my - z Podkarpacia. Z tym, że wyjechała do be 45 lat temu - jest w wieku naszych rodziców. Co nie zmienia faktu, że świetnie się z nią rozmawia.Opowiadała o swoich trudnych początkach na emigracji. Pewnie było jej jeszcze trudniej niż nam. Wszak to były zupełnie inne czasy. Ona - tak samo jak my - zaczynała przygodę w Brukseli. Z tym, że ona wyszła za mąż za Belga, a to trochę zmienia sytuację. Aczkolwiek początki zawsze są trudne.

Uważam jednak, że bez względu na inne okoliczności zawsze łatwiej jest zacząć życie na emigracji samemu niż z dziećmi, które wymagają opieki, szkoły, itd a jednocześnie praktycznie uniemożliwiają pójście do pracy. Samemu to jednak człowiek martwi się tylko o siebie, wie, że jak zajdzie taka potrzeba, to może przez jakiś czas jeść suchy chleb, może spać na materacu pod czyimś łóżkiem, chorobę jakoś przechodzi itd. A jak się ma dzieci, to najważniejsze jest ich dobro (przynajmniej dla normalnych ludzi). Małemu dziecku nie powie się - słuchaj dziś nie jesz kolacji, bo nie ma kasy. Nie powiesz - Młody, nie ma na pampersy - nie sikaj. Nie wygonisz do szkoły czy tym bardziej przedszkola z 40 st gorączki, biegunką itp bo robota ważniejsza, bo i tak nie ma na doktora i leki. Itede, itepe. Taka nieraz nachodzi myśl - o ile łatwiejsze było by życie bez dziecków albo ewentualnie z jednym dzieckiem.... Ale zaraz sobie człowiek uzmysławia, ile by stracił radości, no i po co w zasadzie było by żyć i robić cokolwiek?

Mój M nieraz padając ze zmęczenia i ogólnie mając już dość jakiejś wyjątkowo upierdliwej zabawy Młodego, mówi - kurde, co my byśmy robili, jakby jego nie było? No też się zastanawiam... Byłby spokój, dużo spokoju, tyle spokoju, że by człowiek umarł z nudów, dostał obłędu albo jakichś głupot narobił. Zwłaszcza tu, gdy nie ma do kogo pyska otworzyć...

Wystarczy sobie przypomnieć każdą słodką i uroczą chwilę spędzoną z dzieckiem - i tym małym, i tym większym - i już nie można sobie nawet wyobrazić życia bez nich. Choć są chwile, ze ma się wszystkiego dość albo po prostu człowieka trafia szlag jak się musi użerać z tymi bachorami przez całe dnie, samemu nie czując się najlepiej...

No i własnie muszę iść po raz niewiemktóry wysadzić na nocnik najmłodsze swe dziecię...

Dobrze, że "e-e" robi na nocnik od dawna, ale skubany wyczaił, że to świetny sposób na odciągnięcie matki od jakiegoś nudnego (czytaj: innego niż zabawa z Niuniem) zajęcia. W związku z powyższym chodzimy na nocnik tylko po to, by się rozerwać i przespacerować bez innych, pożądanych w tych okolicznościach efektów w postaci tzw kupy czy siku. Ale przecie trzeba pochwalić bo sam na nioniu... Dodam, że do nudnych zajęć nie należy np gotowanie (bo można turlać ziemniakami, grzebać w mące, przenosić garnki, próbować zabrać mamie nóż itp), sprzątanie (bo fajnie się wrzuca zabawki do miski z wodą do mycia podłogi, a i wyłączanie odkurzacza wielce jest zabawne), pranie (super jest ciągnąć mokre ubrania do sznura na podwórku, zwłaszcza gdy błoto jest, wkładać do pralki różne rzeczy - także ubrania czasem) i parę jeszcze innych, gdzie można mamusi pomagać...

Tak, nie nudzę się, mimo, że bezrobotna jestem jak na dzień dzisiejszy... Czasem nawet uda mi się napisać parę linijek bloga...

Blog ten - jak się okazuje - był dobrym pomysłem. Okazało się, że jest to świetny pretekst do nawiązania rozmowy czy odświeżenia kontaktu ze starą (jakby nie patrzeć) znajomą. Niniejszym dziękuję wszystkim za miłe słowa, komentarze, emalie i wszelaki czat na fejsie. I polecam się na przyszłość.
Nowe komentarze, rozmowy, znajomi, lajki, udostępnienia)*niepotrezbne skreślić   mile widziane :)