14 kwietnia 2018

Wiosenne trzy po trzy bez ładu i składu

Siedzę znowu w ogródku z lapkiem i cieszę się ciepełkiem. Piękne, słoneczne i cieplutkie  sobotnie popołudnie. Jest coraz ładniej. Moja ulubiona pora roku. Kwitnie wszystko, co tylko o tej porze kwitnąć może - forsycja, magnolie, tulipany, żonkile, kaczeńce, pierwiosnki, mniszki i tak dalej i tak dalej... W naszym ogróduniu dziś otworzyły się tulipany i się zastanawiam, dlaczego tylko jakieś białozielone, skoro mnie się wydawało, że inne też miałam...? Dziś kupiliśmy kilka bratków w różnych kolorach, żeby było jeszcze weselej. Sąsiedzi jak jeden mąż wszyscy coś przycinają, przekopują, podlewają, zamiatają, sadzą, koszą, malują - co się tylko da zrobić koło domu. W sklepach, w których można kupić rośliny, grabie, farby, deski czy jakieś doniczki dzieje się istne szaleństwo. Flamandowie mają bzika na punkcie ogródków, dekoracji i porządków wokół domu. Mają do tego mnóstwo sprzętu i gadżetów. Na początku nawet się dziwiłam, że każdy kto ma koło domu przynajmniej jeden czy dwa krzaczki, posiada elektryczne nożyce do żywopłotu i zasuwa z tym co chwilę do tego swojego krzaka. Ale potem zajarzyłam, że to nie są wcale aż takie drogie rzeczy w stosunku do zarobków i że każdy może sobie je kupić i obrobić se habazia przy niedzieli. My też w tym roku sobie kupiliśmy tę zabawkę do naszego małego żywopłotu (i jednego bukszpana) i Mąż kręcił tu przed świętami Belgijską Masakrę Nożycami do Żywopłotu. 

 Wiecie co jeszcze fantastycznego jest w Belgii? No skąd byście mieli wiedzieć? Truskawki. Właśnie opędzlowałam półkilowe pudełko. Omniommniom. Pychota. W Belgii truskawki są dobre całą zimę. Mają tu specjalny zimowy gatunek - są takie długie i czasem do połowy zielone, ale smakiem niewiele odbiegają od tych letnich. Twardsze są deczko, ale ważne że dobre. Jedyną wadą jest ich cena, ale ta jest za wysoka (moim nader skromnym zdaniem) przez cały rok, nawet w tak zwanym sezonie. Choć cena truskawek to i tak nic w porównaniu z porzeczkami, agrestami, czy innymi jagodami - te ceny są po prostu z kosmosu wzięte. Teraz jednak truskawki są już te normalne, a truskawki to chyba mój ulubiony owoc. Nawet jak musiałam całe dnie na kolanach je zbierać w deszcz i skwar to zawsze pochłaniałam je kilami każdego dnia. 

Poza truskawkami i bratkami zafundowaliśmy sobie też inne przyjemności z okazji kończących się ferii wielkanocnych i początku prawdziwej zaokiennej wiosny.

Młody zaliczył dziś kolejne przyjęcie urodzinowe. Pogodę chyba sobie skubańce zamówili, bo zaplanować dmuchane zamki jak się uda plucha to trochę kicha... Dziś jednak było słonecznie. Bardzo słonecznie. Solenizant ma w ogródku psa, czochrate kury, kozy, alpaki - dla małolatów bomba. Zabawa była przednia - jak donosi Młody. Poza urodzinowym upominkiem od solenizanta przytargał też pełna serduszek laurkę od swojej dziewczyny. To musi być prawdziwa miłość - już drugi rok ta czarnooka Mołdawianka jest najfajniejsza dziewczynką w przedszkolu. Nie ma żartów - trzeba chyba zacząć składać na wesele ;-)

Wczoraj z kolei zrobiłyśmy sobie znowu wieczór matkaicórka i wybrałyśmy się w końcu do kina. Pierwsze kinowe plany położyło zapalenie oskrzeli, bo trochę głupio tak pójśc szczekać do kina. Inni ludzie mogli by być lekko zirytowani. Tak mi sie wydaje... Potem były egzaminy semestralne i tak cały czas coś... Poszłyśmy w końcu syćkie trzy na Rampage. Podobało się. Filmik w sam raz dla nastolatków - trochę strachu, trochę napięcia, odrobina żartu, fajne wybuchy i zmutowane zwierzaczki. Jak ktoś lubi King Konga i Godzillę to i to mu się spodoba na pewno. Młodą wkurzało trochę, że główny bohater (Dwayne Jonson) miał tę samą facjatę co główny bohater z Jumanji i się trochę z pierwa kałapućkało. Dla Najstarszej, która ma bardzo wrażliwe i czułe zmysły, za głośne były wybuchy. Poza tym okej. Mnie się też podobało, lubię wszak takie pierdołki oglądać. 

M_Jak_Mąż siedzi zaś na DOPie ...nie, nie na doopie (choć w sumie...) tylko na tymczasowym bezrobociu, bo jakoś coś w firmie nie przewala się ostatnio z robotą. Tyle dobrze, że związki płacą coś tam grosza za każdy dzień, nawet całkiem sporo. Mamy nadzieję, że sytuacja się naprawi, ale być może pora wyruszyć do VDAB porozglądać się za nową robotą w razie wu, bo to nie ma to tamto... Z drugiej strony to jego bezrobocie ma całkiem sporo pozytywów. Przez dwa tygodnie zrobiła się nowa furtka, pomalowały się wszystkie okna i drzwi, płytki przed domem się popodnosiły i kamienie się nie będą na nie nawalać. A no i jeszcze w ogródku ścieżka powstała i nie trzeba bedzie koło werandy na szczudłach po błocie się przedostawać tylko normalnie suchym trampkiem przejdzie. Do tego nawóz wysiany na trawę, żywopłot przycięty, dom wysprzątany no i najważniejsze: M_Jak_Mąż odkrył w sobie nową pasję - GOTOWANIE. Niesamowite, co nadmiar wolnego czasu może zrobić z człowiekiem. Powiem Wam, że mogłabym się nawet przyzwyczaić do tego, że przychodzę z roboty a tu praneczko porobione i wysuszone, chata wysprzatana, zoo nakarmione świeżą trawą, obiadek świeży na stole, herbatka, kawusia no full wypas po prostu. Żyć nie umierać. Zazdrościcie, dziewczyny? I dobrze, jest czego. Mam nie tylko najfajniejsze dzieci na świecie, ale też najlepsiejszego faceta, jaki kiedykolwiek chodził po tej planecie. Jednym słowem - pofarciło mi się w życiu. Cieszę się z tego każdego dnia. Choć pewnie nie za bardzo to okazuję, szczególnie gdy przychodzę z roboty... 

Ech... Ostatnio znowu mam chyba spore  braki magnezu w organizmie, bo się mi skonczył zapas z miesiąc temu i nie mogę trafić do apteki, choc niby na tej samej ulicy stoi... Do tego pewnie tzw przesilenie wiosenne. Znowu mnie skurcze łapią no i zmęczona jestem nienormalnie. Musze brać magnez bez przerwy, inaczej dupa. Robotę mam jaką mam, no ale kurde bez przesady. No żeby po 10 godzinach snu budzić się zmęczonym? Wracam z roboty i nie mam sił na nic, czasem nawet nie bardzo jarzę, co do mnie człowieki mówią. w tym tygodniu udało mi sie pospać po 10 godzin ciągiem 3 dni pod rząd i w piątek już w miarę funkcjonowałam normalnie. Dziś o szóstej już byłam też  normalnie wyspana i jak chłopaki potuptali na dół (Młody ma fabrycznie ustawione wstawanie o 6 rano) to nawet sobie książkę chwilę poczytałam zanim poszłam napełnić brzuch. 

Kwestia napełniania brzucha to u mnie też raczej do normalnych nie należy. Jeżu, jak tak patrzę na te internety, gazety to na prawdę się zastanawiam czasami co ze mną jest nie tak? No weźcie, gdzie nie spojrzę wszyscy się odchudzają na lato. Każda baba musi co najmniej raz w tygodniu napisac na fejsie, że odkryła nową zajebistą dietę, ćwiczy z jakąś Gumiakowską ...czy tam Chodakowską, Lewandowską (znam tylko nazwiska, nawet nie wiem jak wyglądają z gęby te cudotwórczynie), kupiła se rower, legginsy, matę do jogi, czy przebiegła 3 kilometry, bo LATO IDZIE... Jak żyję 41 lat tak ciągle słyszę, że ktoś musi się odchudzać, że trzeba, że to zdrowo być chudym... Odkąd pamiętam wciskali mi kit, że po 30tce zmniejsza się przemiana materii i się tyje. Czekałam. Pitolili, że po dziecku się tyje. Urodziłam więc troje... Cyganili, że jak sie je dużo słodyczy, chipsów, tłustych rzeczy, je po 18tej godzinie to stanie się szybko tłustą świnią... Żaram kilami ciastka, pączki  i cukierki. I wiecie co wam powiem? GUZIK Z PETELKĄ Bujda na resorach!. Bo ja mam 41 lat, urodziłam troje dzieci, odkąd pamiętam żarłam jak świnia i co? NIC! Jak byłam chuda - tak jestem. Ważę 7 kilo mniej, niż w liceum i mniej niż moja 13letnia córka. Nigdy przez 41 lat się nie odchudzałam, ale po ciąży szukałam metod na to jak trochę przytyć, żeby się psy na kości nie rzucały, jak szłam ulicą. Nawiasem mówiąc, nie udało się przytyć. Powiedziecie, że dobrze mam? Tak? A wstawaliście kiedyś o 3 w nocy, by zrobić sobie kanapkę, bo nie mogliście zasnąć z taką pustką w brzuchu? Tak, dobrze czytacie - jak ja jestem głodna to nie mogę spać. Testowałam to nie raz - jak jestem godna w nocy to albo pofatyguję się do tej cholernej kuchni i zjem coś, albo się będę budzić co pół godziny przez całą noc. A mieliście kiedys trzydniową migrenę, gdy zapomnieliście zjeść cokolwiek przez 4 godziny? Ja tak mam - ZAWSZE. Rano zawsze, ZAWSZE! jem śniadanie. Przychodzę do roboty i po 2 godzinach już czuję dziurę w brzuchu. Wtedy normalnie jem ciastko z mlekiem. Jak nie zjem (bo zapomnę se spakować kartonika i pudełka z ciastkami)), to po kolejnych 2 godzinach łzaczynam łapać doła, zawroty głowy i łapy mi się trzęsą jak staremu żulowi, no i pojawia się powolutku ból głowy narastający z każdą godziną niejedzenia. Około godziny 12-13 zwykle jem dwie podwójne kanapki i wyduldowuje pół litra herbaty. A jak zapomne kanapek albo nie mam czasu jeść, to migrena trwa 2-3 dni - jedzenie za późno nie pomaga. Nurofen tez nie barzo. Zajebioza po prostu. Dlatego jak widzę wokól ten cały szał odchudzania to mnie krew czasem zalewa... Bo dlaczego nie może być po prostu normalnie po równo tylko jeden musi cierpieć patrząc na ciastko, którego nie wolno mu zjeść a drugi musi pamietać, by ciastko mieć zawsze w kieszeni wycodząc z chaty na dłuzej niz godzinę...? 

Fajnie jest być chudziakiem, jeść co się chce i kiedy chce, nosić kiecki dla nastolatek, nie martwić sie kaloriami, ale trzeba pamiętać o zapasach jedzenia, jak sie idzie do roboty na 9 godzin (8 plus dojazdy), żeby być w stanie pracować, bo to bynajmniej śmieszne nie jest, jak nie masz sił by oddychać, a nie co dopiero latać na odkurzaczu. No a ten sen? Zawsze potrzebowałam dużo snu, bo widocznie szybko trawię, ale śpię powoli. Jednak teraz to już na prawdę muszę dużo spać, by sie organizm zregenerował, aż sie boję, co będzie za kolejne 10 lat... Wtedy będę chyba tylko jeść i spać, jak Garfield :-)

Pochłonełam właśnie kolacyjkę i teraz idę w kimono... (pisałam ten tekst z przerwami przenosząc się z miejsca na miejsce). No może, jeszcze poczytam Cooka, bo jakoś ostatnio mnie naszło i se kupiłam parę thrillerów medycznych na czytnik, a jutro ma nie padać (takie moje pobożne życzenie), bo mam ochotę porowerować ścieżkami innymi niż dom-klient-dom z moimi chłopakami albo i bez... Nie po to by się odchudzać. Tak zwyczajnie, dla przyjemności. Rowerowanie przecież nigdy się nie nudzi.




8 kwietnia 2018

Pierwsza wiosenna wycieczka ...w kosmos i pomiędzy ludzi.

Ostrzeżenie. Czytanie tego bloga jest dobrowolne. Tekst może  zawierać wyrazy uznane powszechnie za wulgarne, czyli niewłaściwe dla osób szczególnie wrażliwych na tym pukcie. Tym osobom zalecam natychmiastowe zamknięcie tej strony 

Od trzech dni mamy świetną pogodę - błękitne niebo, zero wiatru, słońce, 20 stopni. Postanowiłam przewietrzyć mój laptop i posiedzieć sobie z nim  w ogródku. Ja potrzebuję dużo słońca i jego promiennej dodającej sił energii, by móc normalnie funkcjonować, by cieszyć się życiem i walczyć ze złem tego świata... 

 Nie publikowałam dawno, bo jakoś nie mam zupełnie na to ochoty, wątpię w sens tego przedsięwzięcia, czasami w ogóle w sens... Przygotowałam co prawda kilka wpisów na tematy różne, ale leżą na bloggerze nie podokończane. Do niektórych potrzebuję dorobić zdjęć i muszę się wybrać w teren w odpowiednm czasie. Inne wymagają poprawek i dokończenia... Czasem  wolę zwyczajnie poczytać książkę albo wyhodować z Młodym krowy w wirualnej farmie. Ale kiedyś się wezmę...

W ostatnim czasie pewne informacje i zdarzenia mnie zdołowały i zaczęłam tracić wiarę w normalność tego świata i w ludzkość ludzi... szczególnie rodaków, bo to o nich głównie się potykam... Zastanawiałam się nawet chwilami czy do Belgii z Polski głównie jakieś przychlasty i skurwysyny przyjechały czy co...? Sorry, ale są tacy "ludzie" do których łagodniejsze epitety absolutnie nie pasują... O ile przychlastów, tępych Johnów,  Januszów i Grażyn można zwyczajnie unikać i trzymać się od nich jaknajdalej z dala, tak koło skurwysynów zwykle ciężko przejść obojętnie, szczególnie, gdy się widzi, iż ktoś z ich powodu cierpi... Gdy w grę wchodzi dobro dzieci, to czasem mnie taki wkurw bierze, że mam ochotę pójśc z bejsbolem i ...porozmawiać w cztery oczy z jednym czy drugim... Ale wiecie co jest najgorsze? Lodowata, kurewska obojętność innych ludzi, którzy udają, że nie widzą, nie słyszą i ich to nie dotyczy... Gdy człowiek ma problemy, nagle wszyscy "wielcy przyjaciele" biorą dupę w troki i spierdalają jak tchórze albo co gorsza zaczynają sobie robić podśmiechujki z czyichś kłopotów...

No ale dobra, powiedziałam, co mnie wkurza i być może kiedyś nadejdzie taki dzień, że napiszę o tym więcej... Póki co jednak mam ładować baterie, bo jest ładna pogoda, wiosna i ferie wielkanocne na półmetku... Chłopaki z rana wyszykowali sprzęt do grillowania, bo w gazetach pisali, że sezon BBQ właśnie się zaczął... Była kiełbasa i szaszłyki z ananasem... No i marschmallow oczywiście. Nażarłam się jak bąk. Potem pojechałam z Młodą na rommelmarkt (pchli targ) do sąsiedniej wsi. Młoda kupiła se jakąś dekorację za eurasa i fioletową bluzę z kenzo za 15€. Ja wzięłam mały wiklinowy koszyk za 50centów na domek dla naszych prosiaków. Takiej pogody na prawdę szkoda marnować na siedzenie w domu... Dlatego też w piątek M-jak-Mąż położył kilka płytek w ogródku, tam gdzie nam się błoto robi koło werandy i zmajstrował nową furtkę. Ja zaś po robocie wyszorowałam werandę z góry i z dołu bo się była zamszyła i usyfiła od poprzedniego sezonu letniego. 

Wczoraj zaś zrobiłyśmy sobie z Młodą wycieczkę do Brukseli. Najstarsza rozmyśliła się z bliżej nieokreślonych powodów w ostatniej chwili. Za nastolatkami nie nadążych, no ale cóż - jej wola.

Tak czy owak dzień "matka i córka" uważam za udany. 

Do stolicy pojechałyśmy autobusem, potem przesiadłyśmy się na metro i tak dotarłyśmy na Hejzel na Brussels Expo, gdzie w zeszłym tygodniu otwarto wystawę pt. "Star Wars Identities: The Exhibition". Wystawa czynna będzie do 2 września. Polecam wszystkim fanom Gwiezdnych wojen i nie tylko. Bilety można kupić na ticketmaster, ale także bez problemacji na miejscu. Bilet dla dorosłego kosztuje 22,90, dla dzieci 7-18 lat 16,90 (online ciut taniej), mniejsze pierdzioszki mają za darmo.

Na tej wystawie można zobaczyć m.in. autentyczne rekwizyty i kostiumy używane na planach filmowych podczas kręcenia poszczególnych części, można poznać wiele ciekawostek związanych z filmem. Wystawa jest ponadto okazją do reflekcji na temat ludzkości. Wystawę zwiedzamy zaopatrzeni w elektronicznego przewodnika (dostepne w języku francuskim, niderlandzkim i angielskim) oraz w interaktywną bransoletkę. Autorzy wystawy próbują pokazać za pomocą filmików i prezentacji powiązanych z filmem, co nas ludzi kształtuje i jakie czynniki powodują, że jesteśmy tym kim jesteśmy. Podczas zabawy, w którą serwują nam autorzy wystawy musimy na poczatek wybrać bohatera, z którym się identyfikujemy, potem dopieramy mu kompanów i dokonujemy różnych wyborów  (cały czas za pomocą naszej bransoletki, którą skanuje się w odpowiednich miejscach), by na koniec opowiedzieć się po właściwej stronie i cyknąć se fotkę ze swoim ulubieńcem :-)













Gdyby kogoś interesowały szczegóły, odsyłam na stronę lub fejsbooka.


Nam się podobało, mimo że nie mamy hopla na pukcie Gwiezdnych wojen. Największa rodzinna fanka została wszak w domu. 


Po obejrzeniu wystawy przespacerowałyśmy się pod Atomium, kupiłyśmy pysznościowe lody w lodowozie i podreptałyśmy spacerkiem do metra. Gdy człowiek pójdzie czasem z trampka po mieście takimi bocznymi gównianymi uliczkami, ma okazję zauważyć jak różni się to miasto w okolicy atrakcji turystycznych od tego miasta 200 metrów dalej, gdzie toczy się normalne (normalność - jak wiadomo - sprawa subiektywna) życie. No i tu też... w metrze, pod atomium, na Grand Placu porządeczek, turyści, uśmiechy, kultura, tam czasem jakiś żebrak się zaplącze... a 200 metrów w głąb pierwszej lepszej uliczki syf kiła i mogiła - brudne, porozbijane szyby, wywrócone znaki drogowe, obdarte mury i drzwi, wszędzie śmieci, porozbijane meble, telewizory, odpadki i chłopy w koszulach nocnych drący ryja na środku ulicy na swoje baby owinięte w te dziwne prześcieradła albo znowu nasi z reklamówkami siedzący pod płotami z puszką w łapie i sypiący kurwami...

 Albo inna dzielnica, gdzie samiwieciejakie panie czekają na swoich klientów... Te na ulicy ubrane to jeszcze pół biedy, ale te "damy" z okienek co to w samych majtkach tylko siedzą z cyckami na wierzchu... obleee. Bo niby się wydaje,że baba to baba, że każdy wie jak wygląda, homo sum humani nihil a me alieum puto, ale jak człowiek idąc ulicą zerknie nagle przypadkiem w jakieś okno i zobaczy  takie wielkie, tłuste, czarne babsko z cycorami do ziemi to serio... można nie jeść ze trzy dni... Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy niestety, a nie ma ostrzeżeń, że one te panie tam czy ówdzie siedzą i jak człowiek kieruje się tylko gps'em to spora szansa, że trafi na taką czy inną ulicę idąc np do psychologa czy lekarza z dzieckiem, czy tak zwyczajnie pałętając się po mieście... Moje poczucie estetyki czasem bardzo cierpi na ulicach Brukseli, choć nie brakuje tam też pięknych miejsc, które mogą cieszyć oko... Dziwne to miasto, pełne sprzeczności...
Kopciuszek tu był...?
 Na Noordzie w każdym bądź razie o wiele lepiej patrzeć w niebo niż na ulicę, bo tam to już fujfujfuj. Jak nam się znudziło zwiedzanie galerii i przyszłyśmy na dworzec, się okazało że autobus dopiero za godzine mamy. Poszłyśmy jeszcze zatem na targ popatrzeć, co mają. I nawet se czerwony chodniczek  do kuchni kupiłam za 12 euro, a potem siadłyśmy dupskami na chodniku, popatrywałyśmy na niebo i obserwowałyśmy ludzi. Niebo było ładne, a ludzi było dużo...



Sezon wycieczek uważam za oficjalnie rozpoczęty. Następny ładny weekend być może zaniesie nas do Holandii - krainy wiatraków i tulipanów. Postaram sie też wkrótce opublikować artykuł na temat miejsc, do których można się wybrać z dziećmi... Post jest w budowie.





4 marca 2018

Zapisy dziecka do szkoły we Flandrii

Wczoraj zobaczyłam w internecie artykuł o tym jak to 27 rodziców czekało przez 5 dni pod wybraną podstawówką w Grimbergen, by zapisać swoje dzieci do pierwszej klasy. Nauczyciele się zlitowali i otworzyli dla nich dwie sale, by mogli czekać w cieplejszym miejscu, gdyż na zewnątrz panowały temperatury minusowe i nocowanie na podwórku to trochę niemiły pomysł. Niestety, w pierszej klasie było tylko 21 miejsc, zatem szóstka dzieci mimo nocowania w szkole, została zapisana na listę oczekujących bez gwarancji, że jakieś miejsce się zwolni.

Dziś ja już wiem, że takie sytuacje są na porządku dziennym we Flandrii, ale jakiś czas temu byłam w lekkim szoku. To dotyczy zarówno szkół podstawowych, średnich jak i przedszkoli. Cyrk na kółkach po prostu. Co nie znaczy, że tak jest w każdej szkole, ale w wielu rodzice rozbijają obozy pod szkołami na kilka dni przed zapisami. Mówiono mi kiedyś (nie wiem, czy nawet tego komus dalej nie przekazałam zanim się zorientowałam w realiach), znaczy jacyś rodacy mówili czy pisali, że w Belgii trzeba dzieci zapisywać do szkół kilka lat wcześniej. Hm, nie wiem skąd takie pomysły, bo tu nie ma takiej możliwości, ale może praktykuje się takie rzeczy w stolycy czy Waloni? (nic nie wiem o tamtych rejonach, bo nie godom po francusku)

W 2015 roku pisałam już o naszych pierwszych zapisach do szkoły średniej. Znajdziecie go tu:  https://belgianasznowydom.blogspot.be/2015/03/czas-na-szkoe-srednia.html

Wówczas jednak jeszcze nie wiedziałam za dużo o tutejszym systemie edukacji i być może tamten wpis zawiera pewne nieścisłości. Teraz wiem ciut więcej, aczkolwiek nie wszystko. I właśnie pomyślałam by napisać kolejny artykuł na ten temat przedstawiajac tu wszystko, co wiem. A nuż się komuś przyda. Z doświadczenia wiem, że ciężko o informacje na temat szkół w Belgii napisane w ojczystym, więc może kogoś w ten sposób poratuję w potrzebie i choć ociupinkę mu się przejaśni. A może zwyczajnie dla kogoś będzie to ciekawostka o życiu w innych niż Polska krajach.

Zacznę od przypomnienia jak wygląda belgijski system szkolny, a dokładnie flamandzki, bowiem nie mam wiedzy na temat walońskiego ani brukselskiego i nie wiem, czy się nie różni całkiem i nie chcę nikogo ocyganić niechcący.

We Flandrii mamy 4 klasy przedszkola (klasa wstępna i 3 zwykłe), 6 klas podstawówki i 6-7 klas szkoły średniej, a nauka jest obowiązkowa od 6 do 18 roku życia.

Szkoła średnia dzieli się na 3 etapy (3 graden) po 2 lata.


Przedszkole

Przedszkole jest nieobowiązkowe, ale chodzi do niego większość dzieci flamandzkich (ponad 95% bodajże). Trzeba pamiętać, że 6-latek może zacząć pierwszą klasę szkoły flamandzkiej jeśli ma zaliczone co najmniej 250 półdniówek przedszkola niderlandzkojęzycznego.

Do wstępnej klasy przedszkola przychodzą etapami dzieci, które kończą 2,5 roku. Kolejne etapy zaczynają się po każdych feriach (letnie, jesienne, bożonarodzeniowe, krokusowe i wielkanocne), a także 1 szkolny dzień lutego i pierwszy szkolny dzień po Wniebowstąpieniu. Czyli we wrześniu jest w klasie np 7 dzieci, po pierwszych feriach jest 11, a pod koniec roku jest 25 lub więcej (gdy przewidziano np 2 klasy tego rocznika; to ustala szkoła rok wcześniej i nie znaczy wcale, że jak w danym  roku jest po dwie klasy przedszkola jednego rocznika, że będzie też dwie pierwsze klasy przedszkola, bo szkoła może zdecydować że w tym roku ma miejsce tylko dla 18 nowych uczniów i tylu przyjmie i koniec kropka)

Zapisywać radzą dzieci zaraz po 1 urodzinach.

Szkoła podstawowa i średnia

Szkoły podstawowe i średnie mają różne okresy zapisu, jednak data rozpoczęcia zapisów musi być oficjalnie podana przez każdą placówkę. Zwykle znajdziemy takie informacje na stronach szkół, zawsze można też do szkoły zadzwonić lub napisać mejla, by się co do tego upewnić.

W szkołach podstawowych zapisy zaczynają się albo w pierwszy szkolny dzień marca albo w pierwszy szkolny dzień września.

W szkołach średnich ZAPISY DO KLAS PIERWSZYCH zaczynają się najczęściej od pierwszego dnia marca, ale też czasem od pierwszego szkolnego dnia po Bożym Narodzeniu. 

Dni zapisów zaczynają się  często od dni otwartych szkoły, kiedy każdy może spokojnie obejrzeć sobie całą szkołę, porozmawaić z nauczycielami danych przedmiotów i spokojnie o wszystko zapytać. Na dni otwarte szkół w swojej okolicy warto na pewno się wybrać i to nawet z rok przed skończeniem przez dziecko szkoły podstawowej. Zobaczenie na własne oczy ilości ludzi zainteresowanych szkołą,  wielkości zabudowań, wyposażenia szkoły, czy nawet dekoracji albo prac dzieci może nam wiele o danej szkole powiedzieć. Pamiętać tylko trzeba, że spotkamy tam setki ludzi!

Zapisy na stopień drugi i trzeci, czyli do klas od trzeciej do siódmej zaczynają się najwcześniej po feriach wielaknocnych,  ale też można zajrzeć na dni otwarte, jeśli zamierza się zmieniać szkołę.

Każda szkoła jasno określa, ilu uczniów może przyjąć do danej klasy i nie robią od tego wyjątków. Jak jest napisane, że do pierwszej klasy przyjmią 21 uczniów to tyle przyjmią, jak napiszą że 13 to przyjmią 13 i ani jednego więcej (a takie liczby są np w szkołach zawodowych). 


PODSTAWOWA ZASADA ZAPISÓW DO SZKOŁY TO KTO PIERWSZY TEN LEPSZY 

jednak są wyjątki:

1. Niektórzy mają pierwszeństwo przed innymi. Do takich uprzywilejownych należą

- bracia i siostry uczniów danej szkoły (oraz inne dzieci mieszkające pod tym samym dachem) (ich rodzice zwykle są powiadamiani przez szkołę o możliwości zapisu kolejnego dziecka zanim rozpoczną się oficjalne zapisy)
- dzieci pracowników szkoły
- ci którzy mieszkają bliżej szkoły (Ta zasada zaczyna np obowiązywać w naszej podstawówce od tego roku - w określonym terminie zapisuje się dzieci na listę, a potem sprawdza odległość ich zamieszkania od szkoły i zapisuje najpierw dzieci z najbliższej okolicy potem z dalszej, dopóki starczy miejsc. Moim zdaniem to bardzo dobra zasada, bo to bez sensu, żeby do naszej szkoły np chodziły dzieci z obcej gminy, czy nawet  z miasta oddalonego o 10 czy 30 km a dzieci mieszkające w sąsiedztwie szkoły musiały szukać miejsc w obcej wsi. Tak tak 30 km to nic dziwnego - choćby z tego powodu, że w dużych miastach jest bardzo trudno o miejsca w szkole i do nas bardzo chętnie dowożono by dzieci z Brukseli, byle tylko udało się je zapisać do dobrej szkoły. )

2. W Brukseli, by zapisać dziecko do flamandzkiej szkoły co najmniej jeden rodzic musi mówić po niderlandzku.

3. Czasem (w niektórych szkołach) najpierw się trzeba zarejestrować i dopiero potem można zapisać dziecko.

Jak się zapisuje do szkoły i co jest potrzebne?

Czasem ludzie (głównie będący jeszcze w PL) piszą do mnie z pytaniami, jak mają zapisać dziecko do szkoły w Belgii i co jest potrzebne? Jednak na te pytania trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo to jest Belgia. Kraj 10 razy mniejszy od Polski, ale podzielony na 4 rejony językowe, mający - o ile się dobrze orientuję - 7 rządów i kilka rodzajów szkół, z których każdy jest inaczej zarządzany, inaczej finansowany i mający inne regulaminy. Każda gmina ma swoje własne wewnętrzne prawa i rozporządzenia, a każda szkoła w gminie ma własne zasady. Tego, człeku, nie ogarniesz. 

Ludziom, którzy do mnie piszą, zalecam zawsze przemejlowanie, zadzwonienie lub pofatygowanie się osobiste (jak to jest możliwe) do szkoły, którą są zainteresowani i zapytanie się u źródła. To samo zresztą dotyczy spraw meldunku w gminie i innych urzędowych spraw. To że Kowalskiemu wystraczył tylko polski dowód do zapisania się gdziekolwiek, nie znaczy że Nowakowi nie będzie potrzebne tysiąc pińcet sto dziewińcet innych dokumentów z wyciągiem aktu urodzenia trzeciego psa praprababki i numerem buta sąsiada włącznie, bo to jest Belgia. Lepiej się ZAWSZE DOWIEDZIEĆ U ŹRÓDŁA niż na forum, grupie fejsbukowej czy jakimś blogu (ja opisuję tylko to, czego sama się dowiem i sama doświadczę i moje opinie mogą być zaledwie drobną wskazówką dla zupełnie zielonych, ale nie koniecznie kompetentnym i wyczerpującym źródłem informacji na temat zycia w Belgii).

Jedno, co zawsze powtarzam wybierającym się do Belgii z dziećmi - to próba wstępnego zapisania dzieci do wybranej szkoły przed wyruszeniem z kraju albo przynajmniej zorientowanie się w zasadach, o których tu dziś opowiadam. We Flamandzkich szkołach zwykle nie ma problemu dogadania się w języku angielskim czy francuskim (nie znaczy, że wszyscy chętnie rozmawiają w innym niż niderlandzki, ale zawsze warto spróbować). Flamandzkie szkoły raczej nie mają problemów z komunikacją mejlową, ba coraz częściej jest to poza bespośrednim osobistym główny rodzaj komunikacji pomiędzy rodzicami i szkołą, a także uczniami i szkołą.

Anegdotka z poprzedniego tygodnia. 
Młoda robiąc śniadanie oświadcza - Ha, mam dowód na to, że nauczyciele nigdy nie śpią.
- Jak to? - Pytam zdezorientowana.
- No bo tak, o 22 jeszcze kończyłam zadanie i wtedy dostałam mejl od nauczycielki, że dziś mamy sprawdzian*. Odpisałam jej o 23. Potem obudziło mnie buczenie telefonu o 2 bo przyszła znowu odpowiedź od pani. Nauczyciele nie śpią.

)* Nauczyciel musi powiadomić uczniów o większym sprawdzianie. Może to zrobić mejlowo, ale niestety o 22 było trochę za późno i nie przeszło (uczniowie mogli się zgodzić ale nie musieli). Są też niezapowiedziane kartkówki - tak jak w PL przeważnie z ostatniej lekcji, krótkie. 

A wracając do tematu...

Do zapisu zwykle potrzebne są:
- dokument tożsamości
- zaświadczenie o możliwości nauki w danej szkole czy na danym oddziale, czyli np tutejsze raporty, świadectwa ukończenia szkoły, czy dla nowoprzybyłych świadectwa z polskiej szkoły (oczywiśćie przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego i zalegalizowane - legalizacja jest darmowa i często tutejszy tłumacz sam się tym zajmuje)
- dowód legalnego pobytu w Belgii (z tutejszego urzędu gminy np)
- karta ubezpieczenia isi+kaart (można dostarczyć później)
- rijkregisternummer czyli ichni PESEL - jest on na dowodzie eID (dowód od 12 r.ż.) albo karcie ubezpieczeniowej isi+ (do 12 roku zycia) (też można dostarczyć później)

Kiedy szkoła może odmówić przyjęcia?

1. Gdy brak wolnych miejsc, o czym było wyżej. Wtedy trzeba szukać innej szkoły. Gdy nie uda się nigdzie znaleźć miejsc, prosi się o pomoc CLB lub LOP.

2. Gdy rodzic nie zgadza się z regulaminem. Podpisanie regulaminu jest ostatnim i decydujacym krokiem w zapisie dziecka do szkoły.

3. Gdy dziecko nie spełnia warunków przyjęcia. (wiek, świadectwa, dokumenty itp)

4. Dziecko zostało w poprzednim roku wyrzucone z tej  szkoły (lub innej szkoły znajdującej się w zasięgu tego samego LOP) za złe zachowanie.

5. Dziecko ma skierowanie do szkoły specjalnej.

Wtedy szkoła musi wydać specjalne zaświadczenie o nieprzyjęciu i wyjaśnić rodzicom dlaczego nie może ich dziecka  przyjąć. Nie ma mowy o "nie przyjmiemy bo nie". 

Potem można jeszcze zgłosić sie do LOP z prośbą o rozpatrzenie tego przypadku.  Jest jeszcze jakaś komisja od praw uczniów Comissie inzake leerlingenrechten To są informacje z netu, nie wiem jeszcze za dużo na temat działania LOP, ani komisji bo nie miałam - chyba na szczeście - jeszcze przyjemności, ale skoro już znalazłam o tym, to napiszę, bo może komuś się przyda kiedyś taka informacja. Szczegółów to zawsze można samemu się dowiedzieć, jak się wie od czego zacząć i czego szukać. Najgorzej jest zawsze, gdy nie wie się nic i nie ma się żywcem o co zaczepić i człowiek musi błądzić po omacku wpadając co raz na nowe przeszkody, co było nam wielokrotnie dane.


Tymczasem nasza Młoda zdecydowała się na kolejną zmianę szkoły. W minioną sobotę byliśmy właśnie na dniu otwartym. Już po tym wiemy, że ta szkoła jest o wiele mniejsza. Z numerków dzierżonych przez chętnych do zapisu wnioskuję, że było tam niewiele ponad 100 chętnych. Dla porównania w aktualnej szkole Młodej kiedyś dostaliśmy numer  924, a za nami przyszło jeszcze duuuużo ludu. 

Dlaczego Młoda szykuje się do zmiany szkoły? Ano kończy teraz drugą klasę ASO - liceum ogólnokształcącego, czyli pierwszy stopień  i teraz trzeba wybrać, sprecyzować kierunek dalszej nauki. 

Jakie mamy w Belgii kierunki liceum? Ano różne :-) M.in.

Latijn - łacina (chyba najtrudniejszy czyli dla kujonów, którzy mają w planach np zostanie lekarzami, adwokatami, czy ogólnie lubią się po prostu uczyć i dobrze im to wychodzi)
Grieks (greka) (j.w)
Grieks-Latijn
Economie - Ekonomia
Humane wetenschappen - humanistyka
Wetenschappen - nauki przyrodnicze 

Te kierunki jeszcze dzielą się w rożnych szkołach na drobniejsze np z rozszerzoną matematyką, językami, STEM itd itp

Poza liceum ASO są też rózne kierunki technikum TSO, szkoły artystycznej KSO, no i zawodówki BSO.

Młoda jeszcze nie ma pomysłu, co chce w życiu konkretnie robić, więc na razie kieruje się bierzącymi zainteresowaniami i wynikami w nauce i  fajnością poszczególnych przedmiotów. A że bawi ją łączenie kabelków, tworzenie mikstur i fascynuje ją wygląd królika od środka (w Belgii robią na lekcjach masę doświadczeń i wyuczone teorie sprawdzają w praktyce) to postanowiła wybrać wetenschappen. Kolejnym kryterium jest wielkość szkoły. Ta, w której jest teraz, jest za duża, czyli za bardzo hałaśliwa. Mamy nadzieję, że w mniejszej będzie się czuć lepiej. Dla Najstarszej zmiana szkoły na mniejszą była doskonałą decyzją. Zapisy zaczynają się pod koniec kwietnia i jeszcze wszystko może się zdarzyć, jednak póki co jesteśmy wszyscy zdecydowani na konkretną szkołę i kierunek. W tej szkole poza niderlandzkim, francuskim i angielskim jeszcze będzie mieć niemiecki. Istne językowe szaleństwo :-)






2 marca 2018

Pierwsze spotkanie III stopnia z kinezystą :-)

JAKI TU SPOKÓJ NA-NA-NA... 

Ktoś się musi opierdzielać, ażeby inni mogli sobie popracować. I ja właśnie się opierdzielam już kolejny dzień. Powiem wam, że bardzo fajnie mieć takie nagłe  nieoczekiwane nieplanowane wakacje w najgorszym ku temu czasie. Za oknem piździ jak w kieleckiem (nie, wyraz "wieje", proszę państwa, zdecydowanie nie oddaje tego, co się dzeje ostanimi dniami za oknem). Temperatury minusowe (przedwczoraj było minus osiem) i wiatr w okolicach 80km/h, do tego wysoka wilgotność - jak mówią niektórzy - temperatura odczuwalna to jakieś minus sto haha. Tymczasem nie dawno zaczęły kwitnąć krokusy, a także żonkile, bo w Belgii dla nich to normalny czas. Obawiam się, że dużo roślin mogło wymarznąć.  Żal mi też tych wszystkich gadzinek, które stoją na pastwiskach, niektóre bez żadnego schowanka. W Belgii sporo stworzeń zimuje na polu. Owce, konie, osły... Trawa tu rośnie zwykle całą zimę, tylko wolniej niż w sezonie letnim. Zwierzaki dostają codziennie sianokiszonkę, suchy chleb i inne pasze, ale cieplej to im sie od tego raczej nie robi. Woda wystawiona w starych wannach to też teraz tylko do lizania się nadaje, bo zamarzła na kość. 
Wolvertem wieczorem
  ZIMNO jak diabli. Młodego wożę do szkoły cały czas rowerem i kiedyś się dziwił, dlaczego mu się buzia sama otwiera i zamyka, bo moje dziecko po raz pierwszy w życiu miało okazję szczękać z zimna zębami. Na szczęście w szkole uznali, że lepiej będzie w ten zimowy incydent przedszkolaków trzymać w budynku. Rano zatem zaprowadzamy je do świelicy, gdzie spokojnie w cieple czekają na dzwonek. Starsze dziecka, czyli pierwszaki np, już muszą czekac na dzwonek na podwórku. Na długiej przerwie południowej tak samo - podwórko obowiązkowo. Młode opowiadają, że w średniej szkole też nie ma zmiłuj. Niektórzy próbują sie chować w murach, ale zaraz dostają opierdziel od nauczycieli i muszą wracać do stania na wietrze. Trochę to irytujące. Bo co prawda dzieci tu zahartowane, na świeżym powietrzu jest zdrowo, ale kurde jak ktoś dojeżdża rowerem to nie może się zubierać jak na Syberię, bo by się we własnym pocie utopił po przejechaniu tych 5 czy 10km pod wiatr. Do torby zapasowej bluzy też nie weźmie, bo jak się ma do targania 10 kilowy tornister, laptop, plus worek na w-f (buty, portki oraz t-shirt i bluza z emblematem szkoły) to chyba by trza osła prowadzać do szkoły, który by to wszystko dźwigał. Młoda teraz dojeżdża autobusem, ale do przystanku ciągle jest te 2 km.

No i nastolatki to już niekoniecznie będą sie codziennie bawić w "tikkertje" (berek po tutejszemu), czy ganiać za piłką (szczególnie dziopy), a co można innego robić na szkolnym podwórku? Żeby jeszcze śnieg czy lód był to rozumiem, ale na asfalcie czy zamarznietej trawie to co można porobić w taką zimnicę? Ino stać i ciupać na telefonie w jakąś gierkę, a przy tym można łapy przeco odmrozić. Rękawiczki do ekranów dotykowych bynajmniej nie pomagają - w tym sie pisać ani grać nie da za bardzo :-) Moimi to się nie przejmuję, skoro im w Polsce minus 30 nie przeszkadzało wyjść pokopać w śniegu to i minus 5 ich nie zabije, ale tubylców czy Afrykanów to mi żal. Oni często nawet porządnej zimowej kurtki czy czapki nie mają (bo tu "nie ma zimy"), no a zimowcyh butów to chyba nikt nie ma, bo skoro  butów się nie zmienia, to najlepiej ganiać do budy w trampkach. 

Merchtem wieczorem
Śmiać mi się chce, jak sobie przypomnę, że w Polsce wielkim problemem było, gdy w dzień planowanej wycieczki do kina czy Domu Kultury okazywało się, że pada cokolwiek albo wieje. Nauczyciele bali się iść z dziećmi, bo matki zaraz wpadały  z jazgotem i wielkiemi pretensjami do szkoły, że głupi belfer ich skarby najgłupsze ...znaczy najdroższe naraża na poważną utratę zdrowia albo i życia. Albo taki wyjazd na basen - Jezu, jak to posłać dziecko w zimie na basen, może dobrze nie wysuszy włosów, nie wytrze się porządnie... A tu dzieci w ogóle nie suszą włosów po basenie nawet w zimie i mało kto nosi czapkę, gdy temperatura powyżej zera, a basen jest obowiązkowy dla wszystkich. Jeszcze nie słyszłam, żeby kto umarł albo choćby się przez basen rozchorował. Oczywiście jest różnica pomiedzy minus 15 a plus pięć, ale w PL biadolenia zaczynały się już we wrześniu gdy jeszcze plus 15 było :-)
Przypomnę,  że w Belgii dzieci mało chorują, mimo że całą zimę chodzą w trampkach i krótkich portkach czy spódnicach, moczą się, marzną, brudzą, taplają w błocie i leżą na gołej ziemi. Dziwne, prawda?

Nie wiem, może to klimat zdrowszy jest, bo ja też tu nie choruję na żadne grypy, przeziębienia, zapalenie oskrzeli, anginy, co w PL zdarzało się kilka razy do roku. W moim przypadku i moich dzieci to jednak podejrzewam naszą sytuację ekonomiczną i stan wody w kranie. W PL na porządku dziennym była bakteria coli  i inny gówno w wodociągu, u nas na wsi z kranu wypadały czasem, kawałki żab lub myszy albo kijanki. Tutaj wodę z kranu pije się bez gotowania i ponoć jest jakościowo lepsza niż ta w butelkach. Nie śmierdzi też niczym (chlorem też nie), nigdy nie jest brudna. 

Ja choruję za to na kregosłup. Ale to od leżenia na pewno :-) Czas na chorobowe w każdym bądź razie udał się idealny. Gdy wracam do domu po dostarczeniu Młodego do szkoły i mało nie zamarzam na tym rowerze, to moja radość jest bezgraniczna, bo nie muszę iść do roboty w tą zimnicę. Wymarzłam w życiu sporo i teraz nienawidzę zimna, ba, boję się go panicznie. W domu mam ogrzewanie ustawione na 23 stopnie, siedzę pod kocem i czasem mówię, że mi zimno... Gdy wspominam czas swojej szkoły średniej, kiedy w moim pokoju było tylko 5 (słownie pięć) stopni i tam musiałam siedzieć nad książkami i odrabiać lekcje. Spałam w dresach nałożonych na piżamę, szlafroku i skarpetach, a na kołdrze jeszcze koc. A potem praca w nieogrzewanej bibliotece - koszmar mojego życia. Wtedy miałam mało lat i dużo byłam w stanie znieść i nie stracić optymistycznego podejścia do życia. Dziś chyba nie dałabym rady wytrwać w takich warunkach z uśmiechem na pysku. Była bym już pewnie jedną z tych wiecznie niezadowolonych, zgorzkniałych, starych czterdziestolatek... Dobrze, że życie podarowało mi w koncu ogromny szczęśliwy los i jestem tu gdzie jestem... 

Problemy z kręgosłupem pozwoliły mi zobaczyć z bliska jak działają tu 'kinezyści' (w skrócie kine) (bardziej po polsku to chyba fizjoterapeuci) i dowiedzieć się więcej na ten temat.
Okazuje się, że na zabieg nie trzeba tu czekać w kilkumiesięcznych kolejkach jak w Polsce. U nas na wsi jest dwóch specjalistów. Gabinety oczywiście mają w domu, podobnie jak większośc lekarzy wszelakiej specjalności. Gdy dostałam skierownie od lekarza rodzinnego, natychmiast zadzwoniłam do jednego kine by umówić się na wizytę. Na wizytę czeka się u nas góra kilka dni, a często można iść tego samego dnia albo zaraz na drugi dzień. 

Ile zapłaci się za wizytę i ile dostanie się zwrotu z ubezpieczenia zależy jak zwykle od tego czy nasz specjalista podpisał konwencję czy nie. Dla przypomnienia: firmy ubezpieczenia zdrowotnego ustalają jednolite stawki każdej usługi medycznej i zwrotu jaki otrzyma pacjent od danej usługi. Lekarz, który się pod tym podpisze (geconventioneerd) weźmie od nas właśnie taką kwotę, jaką ustalono. Ten który nie podpiszę (niet-geconventioneerd) ustalać se może stawki wedle własnego widzimisię, a z ubezpieczenia dostaniemy tylko tyle, ile przewiduje zapisana stawka. Są też lekarze (czy inni medycy) którzy zgadzają się na częściowe przestrzeganie konwencji (gedeeltelijk geconventioneerd); na zasadzie, że np w szpitalu, w którym pracują, biorą za usługę tyle ile przewiduje konwencja, zaś w swoim w gabinecie prywatnym już nie. 

Jest wiele stron internetowych, gdzie można sprawdzić medyka,. Oto strona naszej Parteny:
Tu wpisuje się konkretne nazwisko, gdy chcemy konkretnego specjalistę sprawdzić lub kod pocztowy i gminę w której chcemu poszukać specjalisty.

U nas jeden zabieg kosztuje jakieś 25€, z czego całkiem sporo zwraca ubezpieczyciel. 

Ja mam największy (acz nie jedyny) problem (od dawna - pojawia się i znika) z dolnym odcinkiem rusztowania. Ostatnio bolało jak szlag jasny zwalisty, co lekko utrudniało każdą robotę, a od czasu do czasu także przemieszczanie się a nawet spanie...  Piguły przeciwbólowo-przeciwzapalne nie pomogły i doktor pogonił mnie do kinezysty, a ja mam nadzieję, że te wszystkie czary pomogą. 

Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności (bardzo wątpliwej) chodzenia na takie zabiegi, nie wiem przeto jak to wygląda w Polsce. Tutaj zabieg trwa około godziny. Pierwszego dnia najpierw musiałam leżeć 20 minut pod kwoką (no wiecie, taka żarówa do wygrzewania kurczaków). Potem babka próbowała rozmasować to co się popsuło. Nie powiem, żeby to był przyjeny masaż. Pod tym względem to jednak mój osobity M-jak-Mąż wypada o niebo lepiej... Chwilami bolało nawet dość fest. No nie żeby się nie dało zdzierżyć, to taki bardziej śmiechoból, że jednocześnie łaskocze i boli, ale fajne nie jest. Po masażu dostawałam gorącą ciężką kołderkę na plery (jakis rodzaj wielkiego termoforu). A potem było najgorsze. Trzabyło sie ubrać i wyjść na tę cholerną piździawicę. Pierwszy dzień pojechałam rowerem (bo to raptem rzut beretem, czyli z 1 km od domu), ale kurna zanim dotarłam do domu to buzia zaczęła mi się już sama otwierać i zamykać dy-dy-dy-dy..
Kolejną wizytę miałam wieczorem, więc małżonek mnie podwiózł autem, to było łatwiej. Na następną też, ...ale zapomniał po mnie przyjechać na czas i już połowę drogi przeszłam na butach zanim się ogarnął chłe chłe :P Te kolejne wizyty jednak miały ciut ciekawszy przebieg. Baba pomyślała chyba, że ja to jednak na prąd działam i podpięła mi do zadka jakieś kable. Hm... elektoterapia jest całkiem spoko - jakby chrabąszcze drapały po skórze. Po 18 minutach zabawy z chrabąszczami znowu 20 minut kwoki i ten wątpliwie przyjemny masaż. Tym razem bez kołderki na koniec. Więc szok termiczny jakby mniejszy po wyjściu na ulicę, ale przy minus 5 i tym przenikliwym wietrze to i tak bardzo brrrrr i dy-dy-dy.

Dziś mam kolejna wizytę. Jak wymyśli nowe tortury, to opowiem o nich kolejną razą. 

A teraz słyszę jakiś szum na oknach i widzę że śnieg z deszczem zaczął nap... padać.... To ja jednak poproszę te minus osiem z powrotem...  Tak najbardziej to jednak chciałabym plus 25, mogło by nawet wiać :-) No co? Pomarzyć dobra rzecz.

Siedzę i nicnierobię. To jest piękne. Potrzebowałam wakacji i to właśnie takich, żeby nic nie musieć robić, żeby posiedzieć sobie w domu i ponapawać samotnością i ciszą. W normalne wakacje wszak ciągle trzeba sprzątać, bawić się z dziećmi itp. Teraz tylko gotuję i robię pranie, no i tam kuchnię ogarniam, bo jak się gotuje to już po jednym dniu bałagan i syf się tworzy.

Przedwczoraj zrobiłam gołąbasy, przedprzedwczoraj upiekłam drożdżówy z jabłkami, a dziś pójdę na łatwiznę, w końcu piątek - będzie kurczak w sosie kokosowo-imbirowym z makaronem, czyli tzw danie w pięć minut. 2 danie po spagetti, które szybko się robi i wszysy jedzą. W necie przepisy sa różne i jak ktoś chce, niech se wygugluje. Przepis w skrócie:cycki z kury pokroić, podsmażyć na cebulce i czosnku, wlać mleko kokosowe, zetrzeć trochę imbiru, pogotować dodać przecier z kartonu, sól, pieprz, przyprawę curry, pieprz cayenne, czy co tam kto chce i już. Do tego makaron, ziemniaki albo ryż - co komu pasi. Proste jak meter drutu w kieszeni.... 

A co do jedzenie mięsa w piątek (już czuję przez net to święte oburzenie) to ja jestem święcie przekonana że kurom, świniom, rybom  i krowom to zupełnie wszystko jedno, kiedy się je zeżre ;-)



18 lutego 2018

Tajne sposoby na dobre samopoczucie w dniu roboczym

Podobno jestem osobą, która zawsze się śmieje... Słyszałam wielokrotnie takie pomówienia...

Ludzie czasem się mnie pytają, skąd we mnie tyle optymizmu i radości?

Niektórzy zastanawiają się, czy ja nie mam żadnych problemów ni trosk, że tak ciągle szczerzę zęby.

Kolejni chcieli by wiedzieć, skąd biorę siły do walki z przeciwnościami losu?

No bo jak tak można?

No jak?!

Normalne ludzie przeco muszą cały czas biadolić,
narzekać,
jęczeć,
użalać się nad sobą i całym światem,
krytykować wszystko i wszystkich,
wyrażać na milion sposobów swoje niezadowolenie i brak satysfakcji,
wszędzie we wszystkim doszukiwać się wad, problemów, czarnych stron...
Nawet jak jest całkiem znośnie to i tak jest źle, bo inny ma lepiej, więcej, cieplej, jaśniej,
bo zadrość dupę każdemu ściska, a to się na mózg rzuca... Ludzie ślepną na to co mają pod nosem, a widzą tylko to co ma sąsiad, a nawet obcy człowiek na drugim końcu świata...

Pierwsza najważniejza metoda na dobre samopoczucie na codzień i od święta to skupić się na WŁASNYM życiu i WŁASNYCH możliwościach.

Nie patrzeć na to jak żyje, co je i jak się ubiera sąsiad czy jakaś tam Wanda z Florydy, bo co to nas obchodzi? Oni mają swoje życie, my mamy swoje. Oni naszego życia nie przeżyją ani za nas nie umrą i na odwrót. Już największą głupotą - moim nader skromnym zdaniem - jest przyglądnie się i wysłuchiwanie mądrości i próby naśladowania tzw celebrytów. Niestety bycie sławnym nie jest jednoznaczne z byciem inteligentnym, mądrym czy kompetentym w jakiejkolwiek dziedzinie... Poza tym co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie.

Ja nie oglądam telewizji w ogóle (nie licząc kanałów z bajkami i przyrodniczych) i to od wielu lat, nie czytam magazynów plotkarskich, omijam szerokim łukiem tego typu strony w necie. Uważam, że moje życie jest równie, a nawet o wiele bardziej pasjonujące, bo przecież nim żyję. Nie rozumiem zupełnie, że ktoś może bardziej się fascynować ślubem czy rozwodem jakiejś zupelnie obcej (choć z ryja znanej z tv) osoby niż życiem własnej rodziny?

Uwielbiam wsłuchiwać się w dyskusje, czy opowieści  moich dzieci, przyglądać się ich poczynianiom i zmaganiom z rzeczywistością. Śledzenie rozwoju, dorastania, mądrzenia własnych dzieci jest na prawdę fascynujące, pasjonujące, ciekawe, często zabawne, a przede wszystkim realne i nasze własne. Poza tym moje własne osobiste życie też jest ciekawe. Nawet w codziennej rutynie jest mnóstwo fajnych wydarzeń, zjawisk, obrazów, które warto zapamiętać, którymi warto się podzielić z innymi  przy obiedzie. No chyba, że ktoś nie ma własnego życia... Jeśli ktoś woli całe dnie plaszczyć dupsko przed telewizorem zamiast żyć no to trudno... to już nie mój problem, to też nie problem sąsiada ani Wandy z Florydy, ani celebrytów tym bardziej.

Trzeba zaakceptować fakt, że ludzie nie są równi (nigdy nie byli i nigdy nie będą), że na świecie są starzy i młodzi, że są ładniejsi i brzydsi, że są mądrzejsi i głupsi, że są bogatsi i biedniejsi, że są biali i czarni, że są homo i hetero, i że na tym właśnie polega piękno tego świata, i że wyżej dupy nie podskoczysz.

Trzeba zaakceptować i pokochać siebie. Kiedyś chciałam być taka jak inni, mieć to co inni, ale zrozumiałam, że nie ma takiej zasranej możliwości. Jestem inna i nic tego nie zmieni. I całe szczęście, bo nie chciałabym całe dnie na wszystko narzekać, biadolić, jojczeć, być wieczną pesymistką jak chyba 90% (tak na moje oko) Polaków. (Belgowie jacyś jakby ogólnie pogodniejsi mi się jawią, no ale co niektórzy też lubią narzekać).

Jednakowoż zapewniam was wszystkich i każdego z osobna, że i ja nie zawsze się śmieję. 

Wstaję czasem lewą nogą, a wtedy od rana klnę jak szewc na wszystkich i na wszystko - na robotę, pogodę, szkoły, no na wszystko - dzieci własnych i małżonka nie wyłączając. Bez kija nie podchodź. I wiecie co? Ten piekielny nastrój momentalnie rozchodzi się po domu jak śmierdzący pierdzioch albo jakaś cholerna epidemia wścieklizny. Po chwili wszyscy są źli jak osy - burczą, warczą, przeklinają, kłócą się o byle gówno, trzaskają drzwiami albo się nie odzywają do innych. Z czego wniosek prosty - lepiej nie wstawać lewą nogą :-)

Zresztą jak ktoś inny wstanie z muchami w nosie (albo ze stanem napięcia przedmiesiączkowego - a wdomu 3 baby) to działa tak samo - momentalnie cała rodzina zdołowana, przygnębiona albo wściekła. Wszyscy wychodzą z domu z ulgą i wracają z niepewnością, jaki nastrój tam zastaną.

Wiadomo, obiad - nawet jak to tylko suche kanapki z herbatą - smakuje lepiej w wesołym towarzystwie niż w grobowej krypcie i to od nas samych zależy, czym zarazimy rano współmieszkańców - uśmiechem, depresją, czy wścieklizną.

Niestety nie zawsze (a raczej rzadko) da się tak na prawdę wygrać z nastrojem, nasze biorytmy (a w tym emocjonalny) to sinusoidy - czasem trzeba mieć doła, żeby potem czuć się lepiej.

Tak czy siak trzeba próbować walczyć ze złem. Ja mam kilka sposobów na poprawę własnego samopoczucia, a to ma wpływ na samopoczucie innych, bo uśmiech i optymistyczne podejście też udziela się innym... Nawet całkiem obcym.

Co mi pomaga przeżyć dzień?

Sen i Telefon.

Odkąd pamietam zawsze potrzebowałam dużo snu, by czuć się dobrze. Zdarzało mi się co prawda przesiedzieć całą noc przy kompie czy dobrej książce i było fajnie, ale nie miałam wtedy 40 lat... Zdecydowanie nie jestem typem nocnym. Chodzimy spać z kurami, czyli koło 20-21 godziny. Wstajemy około 5.30-6.00. Nie potrzebuję budzika, budzę się koło 5, ale strasznie ciężko jest oprzytomnieć na tyle by wstać z chęcią do życia... Jednak jakiś czas temu odkryłam na to sprytny sposób. Telefon. Swego czasu szukając informacji na temat bezsenności wyczytałam, że światło telefonu czy laptopa działa pobudzająco na mózg i dlatego nie powinno się korzystać z tych wynalazków przed snem. Jednak po jak najbardziej. I to działa faktycznie. Sprawdziłam na sobie. Gdy nie działa mi mózg ani nic innego po przebudzeniu, biorę telefon i np oglądam zdjęcia na instagramie lub czytam fb. Już po 5 minutach jestem obudzona i gotowa do wstawania. No, tylko uwaga - ja oglądam zdjęcia przyrody i sprawdzam co słychać u bliskich znajomych. Obawiam się że oglądanie ryja czy mądrości jakiegoś medialnego przychlasta tudzież pierdylirda selfiaków z kibla mniej lub bardziej nieznajomych mogło by bardzo niekorzystnie wpłynąć na moją psychikę i nastrój.

Żarcie i Rower.

Samo zwleczenie zwłok z wyra jeszcze sukcesu nie gwarantuje. Gdy zrobię obchód poranny po pokojach małolatów, jestem nadal nie w sosie. Wkurza mnie, jak przedstawiciele tego samego gatunku coś do mnie rozmawiają. Zwykle nieodrozmawiam do nich albo tylko odburkowywuję coś. Rano potrzebne jest paliwo. Robię herbatę, kawę i kanapki. Gdy się nażrę, mogę rozmawiać w bardziej człowieczym języku. Oczywiście jeżeli inni wykazują jakoweś choćby znikome predyspozycje ku temu.

Nadal jednak mam negatywne nastawienie co do zjawisk pt praca i  życie jako takie. W zmianie nastawienia pomaga mi rowerowanie.

Jak leje jak z cebra, nie chce się wychodzić z domu. Zakładam jednak polarową bluzę, kurtkę zwykłą, portki i kurtkę przeciwdeszczową na wierzch, do tego kalosze, rękawiczki i jeszcze kamizelkę odblaskową. (Latem z 15 rzeczy mniej) Wychodzę, wsiadam na rower i czuję jak z każdym przejehanym kilometrem zadowolenie i optymizm coraz bardziej rozchodzą się ciepłymi, życiodajnymi promieniami po całym moim ciele. Czasem żałuję, że tylko 10km muszę jechać, bo to jest bardzo ale to bardzo przyjemny czas. Mam wtedy swoje 30minut samotności, ciszy i spokoju, podczas których mogę pomyśleć albo zwyczajnie pokontemplować cuda natury, pooddychać świeżym wiejskim powietrzem. Nie zamieniłabym mojego roweru za żaden głupi samochód. Rowerowanie jest mi potrzebne do szczęścia, do odetchnięcia spokojem. 

Fotografia. Instagram

Gdy tak jeżdżę moim rowerem, zbieram ładne widoki na telefon. Niektórymi dzielę się z innymi zbieraczami widoków i cudów natury na instagramie. Ładne obrazki, kwiaty, drzewa, zwierzęta, chmury, tęcze, wschody i zachody słońca doładowują moje baterie szczęścia i zadowolenia. Miłym dodatkiem relaksującym są też towarzyszące tym obrazkom dźwięki i zapachy. Na szczęście przez większość roku poruszam się po okolicach wiejskich. Przebywanie w mieście raczej mi nie służy, choć i tam można nazbierać superowych obrazków szczęścia.

Muzyka czyli telefon po raz drugi.

Czasem mam gorsze dni, co skutkuje tym, że np robota idzie mi jak krew z nosa. No żywcem nie chce się albo znów łażę w te i wewte po 10 razy bo zapominam po co gdzie szłam. Wkurzam się na siebie, bo czas leci a roboty nie ubywa. Na to pomaga mi muzyka. Słuchawki, telefon, aimp i dużo dobrej żywej radosnej muzyki. Od razu żyć się chce a robota przy rytmicznej muzyce prawie sama się robi. Jakbyście widzieli kiedyś czterdziestoletnią babę ze słuchawkami w uszach tańczącą z mopem lub odkurzaczem to nie dzwońcie od razu po pogotowie...  Czasem słucham też radia. Radio 2 wręcz uwielbiam. Grają dużo fajnej flamandzkiej muzyki i nie mniej starych i nowych hitów światowych. Do tego jest sporo ciekawych audycji. Ta stacja przypomina mi kiedysiejsze Radio Rzeszów i stary RMF (zanim został stacją ogólnokrajową), takie swojskie klimaty.


Książki.

Wieczorami wracam z roboty zmęczona jak koń po westernie. Często bolą mnie plecy. Lekarstwem na te dolegliwości jest 4K (nie mylić z K3 belgijskim zespołem młodzieżowym) - kąpiel, kanapa, koc i książka.

Lubię siedzieć na kanapie pod kocem w salonie. Czasem pod plecy wkładam gorącą  poduszkę z nasionami, którą nagrzewa się w mikrofalówce i która naprawia mi plecy. Książka pomaga zapomnieć o problemach, odpocząć, przeżyć przygodę bez ruszania się z miejsca, dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. O książce mogę podyskutować potem z M_jak_Mężem, a to też fajna sprawa. Książka ma tylko jedną wadę - czasem ciężko się jest oderwać, przez co zaniedbuje się rodzinę lub obowiązki. 

Rodzina.

Nie jestem typem mocno towarzyskim, nie potrzebuję specjalnie innych ludzi do szczęścia. Najlepiej czuję się we własnych czterech ścianach w samotności lub z moimi najbliższymi, czyli razem z resztą z Piątki. Reszta z Piątki zaś czuje się dobrze w moim towarzystwie i tego towarzystwa potrzebuje. Niestety nie mogę spędzać z nimi tyle czasu, ile bym chciała, ale próbuję, bo wiem jak to nam wszystkim jest potrzebne do szczęścia. Wspólne rozmowy, śmiechy i przytulania pomagają nam ładować baterie szczęścia.
Gdy mam za mało czasu dla dzieci lub męża albo poświęce go na coś inne, czuję się źle i oni czują się źle albo nawet gorzej. Gdy systematycznie spędzam z wszystkimi dostateczną ilość czasu, wszystko działa jak należy. Gdy zaniedbam kogokolwiek przez pewien czas, zaczynają się kłopoty - fochy, złe nastroje, trzaskanie drzwiami. Wiem, że w dużej mierze ode mnie zależy, jakie nastroje będą panowały w moim domu, a im lepsze nastroje, tym sama lepiej się czuję.

Drobne przyjemności

Poza piącioma dniami roboczymi mamy dostępne jeszcza dwa dni wolnego, a od czasu do czasu jakieś dłuższe wolne. Te dni też są po coś. Dokładnie po to, by naładować baterie i rozwalić rutynę.
Co zaobserwowałam? Ano to, że jak jest kitowa pogoda -  na przykład, że któryś tydzień z rzędu leje i jest pochmurno, zimno, szaro, buro i ponuro - nic mi się nie chce. Wówczas spędzam te wolne dni na kanapie, z laptopem lub książką na kolanach i jedzeniem w zasięgu ręki, do tego rano gniję w wyrku do dziewiątej. Po czym w niedzielę wieczorem kładę się już do łóżka z myślą, że oto właśnie kompletnie zmarnowałam kilkanaście cennych godzin z mojego życia i bardzo źle się czuję z tym faktem. Co gorsza, w poniedziałek czuję się okropnie zmęczona zarówno psychicznie jak i fizycznie po takim zmulonym, ospałym weekendzie. Bo nicnierobienie czasem może być bardzo męczące.

Oczywiście, czasem człowiek jest chory albo dzieci są chore, albo człowiek jest zorany na maksa i wtedy taki leniwy weekend jest dobry i potrzebny. Jednak w normalnych okolicznościach o wiele skuteczniej się wypoczywa aktywnie, działając. Nie koniecznie od razu trzeba iść na rolki czy tenis. Chodzi o to by się ruszyć z domu albo przynajmniej sprzed kompa i sprowokować do tego samego resztę rodziny, czy też tej reszcie dać się sprowokować, bo impulsy czasem pojawiają się ze strony dziecków czy małżonka.

U nas doskonale sprawdzają się wspólne wycieczki do zoo, kina, na basen, zwiedzanie nowych miejsc, czy zwykłe rodzinne wyjście do restauracji albo wspólne rowerowanie po najbliższej okolicy. Te wszystkie wypady są okazją do odłożenia na chwilę telefonów i laptopów i swobodnego pogadania z najbliższymi o pierdołach i rzeczach poważnych, pocieszenia się bliskością tych, których się lubi, pośmiania się, po prostu przeżycia kilku magicznych, niepowtarzalnych chwil, zrelaksowania się, odetchnięcia od nudnej codzienności i rutyny.

Do drobnych przyjemności należą też wspólnie zorganizowane święta, urodziny, kupowanie lub własnoręczne przygotowywanie dla siebie nawzajem jakichś niespodzianek, wspólne gotowanie czy pieczenie, gry, majsterkowanie i masę, masę innych rzeczy, które akurat się lubi i o których się wie, że drugiemu sprawią radość. Każdy taki drobiazg poprawia nam nastrój, dodaje chęci do życia i zabija rutynę.

Tymczasem nie dalej jak w minionym tygodniu rzucił mi się w internetach w oczy okazujny mem "nie zesrajcie się z tymi walentynkami - uczucia okazuje się codziennie". I ja się pytam, czy w dzisiejszych czasach trzeba wszystko skrytykować i do wszystkiego się przypierniczyć? O ile jestem w stanie zrozumieć narzekanie na zimno, deszcz, podatki, choroby i inne złe zjawiska, tak ludzki ból dupy z powodu czyjejś radości, szczęścia drugiego człowieka, zabawy jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania.

Jak na tym świecie ma być dobrze, skoro ludziom przeszkadzają takie miłe rzeczy jak Walentynki? Idąc tym tokiem myślenia, trzeba z kalendarza wykreślić też Dzień Babci i Dziadka, Dzień Kobiet, Barbórkę, Dzień Strażaka, bo bacią, dziadkiem, górnikiem, kobietą czy strażakiem jest się codziennie. No a takie Boże Narodzenie czy Wielkanoc to po co to świętować - albo wierzysz w tego boga codziennie albo wcale. Nie zapominajmy też o urodzinach, komuniach, ślubach, rocznicach, święcie zmarłych, mikołajkach i dziesiątkach innych specjalnych dni. Po co to wszystko obchodzić? No po jaką cholerę, się pytam, są te śmieszne dni w kalendarzu zaznaczone, po kiego czarta ktoś takie głupoty w ogóle wymyśla, te święta wszystkie?
Może zwyczajnie po to, by każdy i mały, i duży, i młody, i stary, i ładny, i brzydki znalazł coś dla siebie i mógł wtedy wyskoczyć na chwilę z tego szalonego codziennego kołowrotka i odetchnąć, przystanąć na chwilę, rozejrzeć się wogół, zadumać, przytulić kogoś i kogoś wspomnieć...

Takie rzeczy są nam wszystkim potrzebne.

My świętowaliśmy nie dawno urodziny M_jak_Męża. Wraz z Trójcą przygotowaliśmy dla niego niespodziankę. Nie było to nic nadzwyczajnego, same zwyczajne rzeczy, które może zrobić każdy. Nie było specjalnych gości - świętowaliśmy jak zwykle w pięcioro, ale jednak był to dzień inny niż większość, bo urodziny ma się przecież raz w roku.

Ważne jest, że każdy się musiał wykazać, zaangażować, dać coś od siebie DLA TATY. Razem napisaliśmy specjalną urodzinową piosenkę z życzeniami przerabiając sprytnie popularny utwór "Kamień z napisem love". Pobraliśmy podkład z internetu, zaśpiewaliśmy wspólnie nagrywając na telefon i wysłaliśmy solenizantowi mejlem na dzień dobry rano. Solenizant wyszedł do roboty o 6.30, więc ja miałam 2 godziny czasu na przygotowanie bazy tortu i obiadu. Gdy ja byłam w robocie, Trójca, która akurat miała ferie, pracowała dzielnie przy dekorowaniu domu. Po robocie miałam jeszcze 2 godziny z hakiem na dokończenie tortu, obiadu, przystrojenie stołu, wykąpanie się i ubranie. Młodzież oczywiście pomagała. Udało się doskonale.

Nie chodzi tu tylko o to, że solenizant był zaskoczony i zadowolony. Chodzi też o to, że my mogliśmy zrobić dla Niego coś fajnego i jeszcze o to, że wszyscy dobrze się przy tym bawiliśmy. Było kupę śmiechu i ogólnej frajdy przy przygotowaniach. Dzieci przy takich okazjach doświadczają, że dawanie jest równie czadowe jak otrzymywanie. Młody wreszcie nauczył się dotrzymywać tajemnicy. Przypomina co chwilę, że w zeszłym roku koledzy mu powiedzieli co dadzą mu na urodziny i że to nie było fajne, bo nie było niespodzianki przy rozpakowywaniu. Uwielbiam obserwować własne pociechy przy takich okolicznościach, jak tworzą, kombinują, przezbywają się, chichrają, droczą, prześcigają w pomysłach, licytują. Lubię cieszyć się ich radością. Takie momenty przypominają mi, jaki drogocenny skarb mam tuż pod nosem i jak dobrze nam wszystkim ze sobą, i że musimy o siebie dbać, troszczyć się i walczyć z przeciwnościami.

Tort w cukierni może zamówić każdy głupi,
 ale ten zrobiony własnoręcznie smakuje o niebo lepiej :-)

tanio i szybko, ale z miłością

7 lutego 2018

Pierwsze wakacje chorobowe na obczyźnie

Poszłam do naszego doktora Guido. Dałam dowód. On wtyknął go do czytnika, poklikał w kompie i z lekkim zdziwiem pyta się czy ja już kiedykolwiek byłam u niego. Nie zajarzyłam najpierw o co się mu rozchodzi, bo jak nie byłam, jak byłam, najdalej z tydzien temu - chodzę tam co chwilę jak nie z Młodym to z Młodą, to z Najstarszą, bo co chwilę komuś coś dolega (choćby lenistwo, ale zwolnenie do szkoły zawsze trzeba). W końcu mnie olśniło, że przez te 4 lata w Belgii to ja osobiście jeszcze chora nie byłam i on mnie nie ma jeszcze w systemie. 

Najwyższy zatem czas zanieść do roboty pierwsze zwolnienie. No, póki co wysłałam jego skan mejlem dzięki czemu na dostarczenie do firmy mam czas do końca miesiąca. U nas najważniejsze w procedurze chorowania jest pomiędzy 8 a 9 rano zadzwonić na specjalny numer do zgłoszeń choroby i zameldować, że jest się chorym oraz powiadomienie pierwszego klienta. Kolejne kroki to pójście do doktora i powiadomienie biura o długości zwolnienia. Resztę klientów powiadamia biuro. Potem już można chorować. Co też niniejszym czynię. A jeszcze trzeba mieć na uwadze, że w każdej chwili może wpaść kontrola, by sprawdzić, czy aby faktycznie choruję... Niech przychodzą, mnie to nie przeszkadza, bo nigdzie się nie wybieram, skoro mam okazję posiedzieć sobie w domu w spokoju i to bez żadnego towarzystwa. Toż to raj na ziemi. 

W sezonie zachorowań na grypę i temu podobne choróbska ja - jak na normalną inaczej przystało - postanowiłam pochorować na kręgosłup. Żeby było śmieszniej przez weekend kompletnie nic nie robiłam, bo Młody miał grypę żołądkową i trzeba było przy nim siedzieć i przytumiać, i przebierać piżamy i myć, no sami wiecie jak to jest przy grypie żołądowej... Poniedziałek też miałam wolny, żeby Młody mógł całkiem wydobrzeć. No i tak oto się okazuje, że trzydniowe nieróbstwo jest złe dla zdrowia. Już w poniedziałek po południu zaczęło mi być niewygodnie siedzieć, leżeć a nawet stać, bo w kręgosłupie się coś potenetgowało jakby. Do rana się nie naprawiło i miałam duże wątpliwości, czy dam radę pracować 8 godzin, a że M_jak_Mąż nakazał mi się nie cykać tylko iść do doktora, no to poszłam. I tym oto sposobnym chytrem mam teraz krótkie wakacje. Siedzę sobie  w ciepełku (na polu w minusie brrr), wygrzewam plecy poduszką z nasionami (taką, którą się grzeje w mikrofalówce) i biorę jakieś tabletki przeciwzapalne. Doktor powiedział, że jak to nie pomoże, to da mi skierownie do kinezysty. Może pomoże i nie trzeba będzie wydawać kilkuset euro na kine. Co prawda dużo zwracają z ubezpieczenia, ale najpierw trzeba zapłacić...

M nie dawno łaził na masaże kręgosłupa, to jestem poinformowana. Z tym, że on miał od lat okropne bóle głowy i doktor stwierdził, że na to mogą pomóc masaże... W Polsce twierdzili, że z tym nic się nie da zrobić i tylko coraz silniejsze tabletki przpisywali. No cóż, póki co masaże zakończone, ale na
razie trudno ocenić, czy faktycznie pomogły. Co prawda jak dotąd M nie miał takiego bólu łba jak wcześniej i twierdzi, że jest lepiej, ale zobaczymy po kilku miesiącach... Tak czy owak co raz to przekonuję się, że jeśli idzie o możliwości medyków oraz podejście do pacjeta to PL i BE dzielą lata świetlne. Oczywiście podejrzewam, że to kwestia prywatnej służby zdrowia. Tu nie ma czegoś takiego jak państwowa, wszystko jest prywatne i za wsio trzeba płacić, a ubezpieczenie wraca tylko część poniesionych kosztów. Tak więc coś za coś. Zawsze możemy wybierać, do jakiego lekarza pójdziemy, a każdy lekarz doskonale wie, że jak nie sprosta oczekiwaniom pacjentów, jak nie będzie się wystarczająco starał to nikt nie bedzie do niego chodził - proste. My zaś wiemy, że nie ma nic za darmo. 
u nas na wsi

Tymczasem w następny poniedziałek zaczną się ferie krokusowe, czyli luzu ciąg dalszy, bo nie trzeba o szóstej wstawać i budzić małolatów.  Po feriach Młody będzie miał imprezę urodzinową. W tym roku wynaleźliśmy w necie nowy fajny kryty plac zabaw,  gdzie w programie urodzinowym jest magik i przedstawienie muzyczne, a picie i żarcie jest nielimitowane. Mam nadzieję, że będzie to warte wydanych 300€ wszak nie jest to jakaś znowu mała kwota, choć raczej normalna w porównaniu z innymi ofertami urodzinowymi.

 Powiem wam, że trzeba się ogimnastykować, żeby wymyślić coś oryginalnego na urodziny. Jak już kiedyś wspominałam tu organizowanie urodzin to sprawa niemal obowiązkowa. Wypada co najmniej kilku najlepszych kolegów gdzieś zaprosić. Z tym, że jak ktoś we wrześniu pojedzie z dmuchanym zamkiem i imprezą dla całej klasy to potem efektem domina wszyscy zapraszają całą klasę... a nie ukrywam, że kryty plac zabaw w naszej gminie zaczyna być już lekko nudny, jak non stop ktoś tam organizuje urodziny. No i z jakiegoś powodu śmierdzi tam bardziej niż w innych "kulkach".
Jak dotąd w tym roku szkolnym poza urodzinami z zamkiem Młody był w dwóch różnych krytych  placach zabaw i  w gospodarswie dla dzieci, no i w tym tygodniu idzie do kina na bajkę. Fajnie, że akurat ta, na której jeszcze nie byliśmy.

My się trochę wyłamaliśmy z domina i ograniczyliśmy się do imprezy dla  10 osób, znaczy licząc nas dorosłych i dziewczyny to 14. A w tym przybytku jest o tyle fajnie, że są też atrakcje dla straszaków - kręgle i gry laserowe, a Młode jak najbardziej na kręgle są chętne, czyli wszystko gra. Bez sensu jest robić urodziny dla małego a duże zostawić na pół dnia wtedy w domu. Co innego jak ktoś urządza dodatkowo imprezę dla rodziny w domu, ale my nie mamy tu rodziny....
Legenturia, bo tak nazywa się ten dom zabaw,  bardzo mi się spodobała, ale trochę miałam obawy co do organizowania urodzin 30 km od domu. W końcu jednak przypomniało mi się, że już byliśmy na urodzinach u kolegi Młodego w podobnej odległości i było fajnie. Część rodziców już potwierdziło a Młody czeka jak zwykle z niecierpliwością na wspólną zabawę. 

u nas na wsi
Najpierw myślałam o urodzinach w domu, bo Młodemu takie się marzyły, ale potem doszłam do wniosku, że w tym kraju to wcale nie było by takie proste - przynajmniej dla dzieci w tym wieku, co innego starszaki. Bo w Polsce to kiedyś wystarczyło kilka zabaw wymyśleć, przygotować i gotowe. Jednak dla dzieci tutejszych to już nie takie hopsiup. Wszak one wszystkie jak jeden mąż odkąd skończyły 2,5 roku, spędzają w przedszkolu po 8 godzin dziennie codziennie, a tam nauczyciele organizują im ten czas bardzo ciekawie - masa projektów, szalonych pomysłów, wymyślnych zabaw, przedstawień, wycieczek itd itp. Tych dzieci byle czym nie zaskoczy ani nie zabawi, bo w przedszkolu i gotują, i majsterkują, i tańczą, i bawią się we wszystkie możliwe zabawy. Zabawa swobodna "róbta co chceta" zupełnie odpada na takim metrażu, stromych schodach i 4 delikatnych zwierzakach na pokładzie. Nie wyobrażam sobie 18 sześciolatków w naszym dwupiętrowym domu. Znam ich już dość dobrze i wątpię czy wszyscy by wyszli z tego cało, wszak to  światowe, pyskate i śmiałe dzieci przedszkolne, a nie zahukani domatorzy trzymajacy się mamusinych spódniczek. Już jak we trzech kiedyś byli (nasz i 2 kolegów) się bawić, szło ociepieć chwilami, bo to bańki sie wylały, to plastelina się wdeptała w dywam, to ten tamtego popchnął, a ten chce pić, a tamten kupę ...aaaa ja już za stara jestem na takie rzeczy. Poza tym nie muszę, bo są inne możliwości. Jak będą więksi to pomyślę nad domowymi urodzinami.

Tymczasem dziś karnawał w przedszkolu. W tym roku szkoła przerabia tematykę morską i wszystko co dzieje się w szkole jakoś z tym tematem musi się wiązać. Nawet mejle do rodziców zaczynają często słowem "Haaaaai!" (haai po niderlandzku to rekin). Karnawał więc pod hasłem WODA. A ty matko kombinuj, za co przebrać chłopaka. Najłatwiejsza była by kropla, no ale kropla to KROPLA, ONA, nie on, nie kropel. "Chłopiec nie może być kroplą przecież". Nie może być też ośmiornicą ani meduzą... a taki czadowy pomysł na świecący kostium z folii bąbelkowej wynalazłam na pintereście. 




Postanowił być zatem haaiem, czyi rekinem. Potrzebowałam do tego szarej bluzy. Weź dziś człowieku znajdź bluzę, koszulkę czy cokolwiek bez obrazka lub napisów z każdej strony! Na szczęście znalazłam jakąś szarą bluzę z darów od znajomych. Trochę mi szkoda było psuć dobrej bluzy, ale co tam. Z tyłu doszyłam jej na okrętasa płetwę, którą wypchałam watą i usztywniłam gąbkową ściereczką kuchenną (która jak wysycha robi się twarda). Na kapturze przyszyłam patrzały z guzików, a zęby wycięłam ze starej  mikołajowej czapki i przyszyłam od środka kaptura. Młody dopominał się o skrzela, bo rekin musi oddychać to przykleiłam je z jakiejś czarnej taśmy klejem do materiału (w actionie pełno takich dupereli). Biały brzuch ze starego podkoszulka też przykleiłam, bo nie chciało mi się szyć, wszak ja i krawiecto to bardzo, ale to bardzo odległe pojęcia. 
Uszyłam też ogon i przyszyłam go do starych szarych jeansów, ale nie wiem czy Młodemu nie bedzie to z kupra spadało i czy da się w tym siedzieć (próbował i mówił że się da, no ale hm... trochę w zad gniecie i przeszkadza).

Pod szkołą widziałam mnóstwo różnych rybich ogonów wystających spod kurtek u dzieci płci obojga, więc rekiny, delfiny i syreny dziś chyba dominują. Widziałam też małą czerwoną słodką włochatą ośmiorniczkę, kilka piratów i piratek. Myślę, że nauczyciele wrzucą fotki na stronę i bedzie można sobie pooglądać te wszystkie wodniaki. Uwielbiam zabawy karnawałowe dla dzieci, uwielbiam oglądać te wszystkie stroje i makijaże, a przygotowywanie samemu kostiumu z niczego to też niezła frajda nawet jak się nie umie szyć.

Tymczasem pora ruszyć trochę dupsko z kanapy, bo plecy mi dają znać, że nie podoba im się siedzenie w jednym miejscu w jednej pozycji. Idę zatem robić pyzy z mięsem, które obiecałam wszystkim :-)