7 marca 2021

Nie łatwo jest być ateistą...

Wydawało by się, że zostanie ateistą, czy jak kto woli niewierzącym, to łatwa sprawa. Ot, dochodzisz nagle do wniosku, że nie wierzysz w boga żadnego i już.

A figa!

Nie można ot tak zostać ateistą, gdy człowiek wychował sie w katolickiej rodzinie, w katolickiej wiosce, w katolickiem do obrzygania kraju i jest tym wszystkim przesiąkniety do szpiku kości.

Prawda jest taka, że ja  nigdy do końca nie uwierzyłam w to co mi opowiadano, choć bardzo wierzyć chciałam. Powodów jest od groma i mogła bym na ten temat książke napisać. Nie ma to jednak znaczenia w tym momencie.

Brak wiary i niechodzenie do kościółka oznaczały w każdym razie bycie innym, a bycie innym oznacza wyrzucenie na margines. Jak nie chcesz być wyrzucony na margines to musisz udawać, że jesteś  taki jak inni. Mnie to udawanie raczej słabo szło...

Poza tym, co może takie dziecko, skoro rodzice zmuszają go do chodzenia na religię i do kościoła? Nic nie może, bo jest tylko dzieckiem i musi robić, co mu każą.

Gdy się buntowałam i nie chciałam chodzić do kościółka, były awantury i krzyki oraz oczywiście straszenie piekłem. Zawsze chciałam być dobrą córką i dobrą wnuczką. Zawsze - jak chyba większość ludzi - próbowałam zasłużyć na pochwały ze strony najbliższych i trochę dalszych. Nie bardzo mi się to udawało, bo w moich czasach ludzie nie byli skłonni do chwalenia dziecka w obawie, że mu się w dupie poprzewraca i nikogo nie obchodziło, że dziecku było to bardzo potrzebne, by mogło w siebie uwierzyć... 

Ale co jest w tym wszystkim najgorsze? Ano to, co JA OSOBIŚCIE ZROBIŁAM WŁASNYM DZIECIOM! To że okazałam się takim samym durnym barankiem lezącym za tłumem jak moi rodzice i reszta wioski, i całego kraju. Kazałam moim dzieciom chodzić na religię i do kościoła. Zrobiłam to - tak samo jak pewnie moi starzy i sporo innych ludzi - dla ich dobra! 

BO CO LUDZIE BY POWIEDZIELI?! 

Bo jak one by się czuły, gdyby były jedynymi dziećmi w całej klasie, które nie poszły do komunii, które nie założyły tej bajeranckiej, wycudowanej sukni komunijnej, gdyby były jedynymi, które nie mogły zaprosić gości na przyjęcie, gdyby nie dostały żadnego prezentu a ich koleżanki poprzynosiły by do szkoły - jak to było w chorym polskim zwyczaju - tych wyjebanych w kosmos tabletów, telefonów, zabawek, które podostawały na komunię od chrzestnych, dziadków, wujostwa itd.

Poza tym akurat tak się złożyło, że na parafii pojawili się fajni księża, którzy na prawdę potrafili zachęcić do należenia do tej katolickiej społeczności, którzy nie zmuszali, nie wymagali chujwieczego, a zachęcali na wiele sposobów. Do dziś uważam ich za dobrych ludzi i że gdyby takich było więcej, to być może i moja opinia na temat religii była by inna niż jest dziś. Powiem więcej, nawet pewnie bym nie żałowała tego, że dziewczyny przystąpiły do komunii, gdyby nie drobny fakt, że one mają mi to teraz za złe.

Bo wiecie, one teraz są już prawie dorosłe i mają swoje zdanie i mogą się wypowiedzieć.

Bo właśnie w tym wszystkim najgorsze jest to, że o tym czy ktoś zostanie katolikiem decyduje ktoś inny a nie osoba zainteresowana. CHORE i ZŁE!

Czy mnie się ktoś zapytał, czy chcę być ochrzczona? Nie, nikt się mnie nie zapytał! Rodzina zdecydowała, że zostanę katolikiem. Tak samo jak ja jako matka zdecydowałam, że moje dzieci zostaną katolikami. 

W sumie samego tego faktu ochrzczenia dzieci nie żałuję, bo i nie mam powodu. Co to bowiem zmienia? Ano kompletnie nic. No okej, dla wierzącego zmienia wszystko, ale dla niewierzącego to przecież tylko nic nie znacząca durna katolicka ceremonia, choć katolicy nie bardzo ten fakt chcą akceptować, bo rzadko który jest w stanie popatrzeć na świat z innej niż swoja perspektywy.

Jednak już dalsze moje decyzje uważam za błędne. Zwłaszcza, że przed komunią dziewczyn poważnie się nad tym zastanawiałam. Nie chodziłam przecież już wtedy od lat do kościoła. A jednak dzięki  tej nieszczęsnej komuni "się nawróciłam", bo co ludzie powiedzą, bo znowu będą nas wytykać palcami i obrabiać dupę...

A teraz one mi to wypominają. A ludzie dupę i tak obrabiali, bo w tym to wszyscy katolicy i niekatolicy są dobrzy...

A tu też. Przyjechliśmy do Belgii, gdzie w szkole mieliśmy kilka religii do wyboru i jakoś oczywiste się wydało, że wybrać trzeba katolicym, bo my przecież z katolickiego kraju... Człowiek tak ma wyprany mózg, że nie myśli logicznie w takich kwestiach tylko działa na łapu capu...

Opamiętałam się, kiedy Młody zaczął chodzić do pierwszej klasy, gdzie miał religię, na którą zaczął okropnie narzekać. Tam narzekać... On w ogóle do szkoły nie chciał w piątek chodzić, bo wtedy była "ta głupia, wkurzająca religia". Dopiero wtedy palnęliśmy się w łeb i na następny rok zapisaliśmy go na etykę. Okazuje się, że kilka innych rodziców też tak zrobiło i teraz połowa klasy chodzi na etykę, nieliczni na katolicym i ze dwóch na islam. Fajnie, że TU MAMY WYBÓR! Choć nadal nie wiem, po co w ogóle pchać do szkoły taklie gówno jak religia.

Idźmy dalej. Na każdym kroku mniej lub bardziej katolickie symbole, katolickie gesty, katolickie ceremonie, zwyczaje, katolickie święta, katolickie odzywki. Nie uwolnisz się od tego tak raz dwa.

Nawet tu w Belgii - wielokulturowym i wieloreligijnym kraju ciężko jest być ateistą, a co dopiero w takim pobożnym kraju jak Polska, gdzie jeszcze dodatkowo wszyscy wierzą, że są narodem wybranym, wyjątkowym i są przekonani o swojej wyższości nad innymi religiami i rasami... Tak samo zresztą, jak i np muzułmanie są przekonani o swojej wybraności... Podobieństw zresztą pomiędzy monoteistycznymi religiami jest dużo więcej. Niestety widać je dopiero, gdy człowiek stanie z boku, gdy nie czuje się związany z żadną z grup i gdy te inne grupy też pozna osobiście a nie tylko z katolickich opowieści pełnych uprzedzeń, homofobii i rasizmu... 

Nie łatwo jest być ateistą, gdy się ma katolicką przeszłość, bo ona cię krępuje i mami na każdym kroku. Cholernie trudno jest się uwolnić od katolickich przekonań, które w ciebie od urodzenia latami wtłaczano z każdej strony, z którymi był związany każdy najdrobniejszy aspekt twojego życia. Trudno uwolnić się od katolickiego myślenia i całej reszty, ale da się. Powoli krok po kroku człowiek zrzuca kajdany.

Ciężko jest się też , przynajmniej na początku, przyznać do tego, że jesteś ateistą, że nie wierzysz, że masz zwyczajnie w dupie całą tę katolicka ideologię, bo masz świadomość, że wszyscy twoi dawni katoliccy znajomi i katolicka rodzina powiedzą "no, temu to już się całkiem popierdoliło", że będą nad tobą z litością się pochylać i klepać te swoje dyrdymały na temat ognia piekielnego i pogardy ze strony "normalnych" ludzi, bo przecież oni wszyscy wiedzą lepiej, jak ty powinieneś żyć. 

Ha! Nie ukrywam, że czasem mam dośc tego pierdolenia ludzi, którzy sami w dupie byli, gówno widzieli, gówno słyszeli i nieczego nie doświadczyli, bo tkwią od lat ciągle w jednym i tym samym zamkniętym świecie, gdzie nic się nie dzieje, żyjąc z klapakami na oczach, bo tak wygodniej, ale nie przeszkadza im to drugiego pouczać o życiu... bo słyszeli, jak ktoś mówił, że tamten powiedział, że przeczytał, jak ktoś napisał, co słyszał, że mówili, jak ktoś widział... 

To już nawet nie jest śmieszne...

Jednak ja odkąd opuściwszy Polskę uwolniłam się z katolickiego fanatyzmu  i odkąd poznałam z bliska inne religie i inne kultury, odkąd zaczęłam rozmawiać w cztery oczy z ludźmi, którzy wierzą w różnych bogów albo nie wierzą w żadnych, zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej na to wszystko. 

Wreszcie zaczęłam odkrywać realny, prawdziwy  świat. Zaczęłam zadawać trudne pytania. Zaczęłam czytać i samodzielnie myśleć oraz powoli uwalniać się z więzów religii i ograniczonych poglądów, od  strachu i od nienawiści wobec wszelakiej inności oraz wrogości wobec nauki i postępu.

Bo wiecie, oto poznałam osobiście wielu np Muzułmanów i się okazało, że oni wcale nie są potworami i złoczyńcami, jak przez całe życie mi wmawiano. Nie, no kurwa, wyobraźcie sobie, że oni są tacy sami jak ja, ty, czy babcia z Rafałkiem. Mają dwie ręce i dwie nogi, śmieją się i płaczą, kochają i nienawidzą. Większość z nich jest zwykłymi pospolitymi ludźmi, którzy pracują w różnych zawodach - jeden jest zwykłym robolem jak ja czy mój chłop, drugi jest adwokatem, czy dentystą a trzeci bezrobotnym. Niektórzy są głupi a inni mądrzy, niektórzy są mili i przyjaźni a drudzy to zwyczajne homofobiczne skurwysyny - identyko jak w katolickiej Polszy... Wszyscy są po prostu ludźmi i tyle.

Przyglądając się z bliska temu wszystkiemu zajarzyłam, że  żadna religia nie jest bardziej posrana od drugiej. Wszystkie mają jednaki cel: władza i pieniędze. 

To wszystko jednak nie ważne. Ważne, że koniec końców zrozumiałam, że wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie jest mi do niczego potrzebna, że przynależność do grupy religijnej bynajmniej nie czyni z nikogo lepszego człowieka. Obawiam się, że częstokroć wprost przeciwnie... Największe wszak skurwysyństwa odczynia się dla bozi i w imię bozi takiego czy innego.

Ja nie potrzebuję, by ktoś obiecywał mi cuda wianki po śmierci czy też straszył karą. 

Dla mnie nagrodą za bycie dobrym jest zwyczajny uśmiech na twarzy drugiego człowieka, dobre słowo, czy inne oznaki zadowolenia tak ze strony ludzi jak i innych istot. 

Mnie wrodzona empatia i wrażliwość mówi co jest dobre a co złe. 

Jestem na tyle inteligentna, że  potrafię powiązać przyczynę ze skutkiem. Wiem zatem, że jak komuś zasadzę z laczka to on będzie okazywał ból, złość albo smutek a widok smutnego człowieka jest dla mnie karą. Albo mi odda i zaczniemy się napierdalać, a wteedy i mnie będzie bolało. 

Wiem, że jak powiem komuś jakiś komplement, pomogę mu, czy zwyczajnie będę miła, to zobaczę radość na jego twarzy i to będzie dla mnie nagrodą i że nie ma to nic wspólnego z żadną religią, bo to naturalna, wrodzona umiejętność każdego człowieka. Ba, nawet zwierzęta to potrafią.

Jak można wierzyć, że wiara w jakiegokolwiek boga jest dobra, gdy każdego dnia słyszy się o zabijaniu ludzi, o gwałceniu kobiet, o mordowaniu dzieci "W IMIĘ BOGA" i tak, także w imie tego katolickiego "dobrego boga". Jestem pewna, że teraz w tej minucie właśnie ktoś cierpi, właśnie ktoś umiera dla boga lub z powodu boga. 


Tylko tak, faktycznie, prawie zapomniałam o najważniejszym. By zrozumieć pewne rzeczy, najpierw trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu. Bo wiecie, jak człowiek se mieszka w takiej np Polsce, to łatwo jest mu wierzyć, łatwo siedzieć z tymi klapkami na oczach, bo jak gdzieś ktoś zabija w imię religii to gdzieś w chuj daleko i przecież to nie ma nic a nic wspólnego z katolikami, bo przecież tylko w Polsce mieszkają prawdziwi katolicy, a Polska jest narodem wybranym i ci katolicy którzy mordują i gwałcą w imie religii to nie są katolikami.... Tak mi przynajmniej wmawiano przez lata. 

Ileż to ja razy słyszałam, że Belgia to kraj bezbożników, że tu to sami niewierzący mieszkają, a potem przyjechałam tutaj i się okazało, że spotkałam tu mnóstwo ludzi pobożnych i wierzących, mnóstwo katolików... Wielu z nich jest czarnoskórych... Z czego wniosek, że wierzący katolicy  mieszkają też w innych krajach i na innych kontynentach, a nie tylko w Polsce, jak się niektórym chyba wydaje... To oznacza też że w aktualnie trwającyh wojnach religijnych katolicy są zarówno ofiarami jak i katami, choć w tak spokojnym kraju jak Polska może być trudno w to uwierzyć. Ja takie przynajmniej odnoszę wrażenie czytając różne artykuły, wpisy czy komentarze w internecie. Nas to nie dotyczy, to znaczy że to nie istnieje... To jacyś obcy, czyli na pewno źli i gdzieś daleko, czyli nigdzie... Oj tak, w Polsce jest łatwo wierzyć w dobro religii i lepiej żyć z klapkami na oczach i wierzyć w wyjątkowość swojego narodu... Choć teraz po trosze jakby powoli zaczynają ludzie oczy przecierać, a i o niejakim świętym Karolku coraz więcej można ciekawostek oficjalnie przeczytać. I dobrze. Najwyższa pora się trochę ogarnąć i opóścić powoli jaskinię.

Mam też świadomość, że dla wielu ludzi wiara w boga czy inne para normalne zjawiska  jest ważna i potrzebna, bo zwyczajnie nie potrafią w inny sposób poradzić sobie z prawdziwym życiem, bo może nie znają dobrego terapeuty czy psychiatry w okolicy. Wiara w niebo na pewno nie jednemu pomogła poradzić sobie z cierpieniem, chorobą czy śmiercią, bo wiara daje ludziom nadzieję...

Ja nie wierzę w żadnego  boga. Nie jest mi to potrzebne, ale nie mam nic do wierzących. Do momentu, przynajmniej, kiedy któryś mi nie próbuje mówić, jak mam żyć i w co wierzyć. Wtedy bierze mnie zwykły wkurw i nie ręczę za siebie... 

Mnie nie potrzeba wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Wystarczą mi te, które istnieją.

Ja wierzę w to, że warto być dobrym dla innych żywych istot, bo wtedy świat lepiej wygląda i ja lepiej się w nim czuję. Choć nie wierzę, że wszyscy są z naturzy dobrzy, bo spora część to zwykli skurwiele.

Ja wierzę w serdeczność i przyjaźć pomiędzy ludźmi bez względu na ich kolor skóry, religię, preferencje seksualne i inne różnice. Choć sama nie potrafię się zaprzyjaźnić, bo nikomu nie ufam.

Ja wierzę w wiedzę, naukę, rozwój, odkrywanie świata  i postęp. To o wiele bardziej się przydaje niż wiara w cuda i czekanie na mannę z nieba.

Ja wierzę, że radość życia, dobra zabawa i żarty są o wiele lepsze od umartwiania.

Ja wierzę, że wiara w siebie i swoje możliwości jest lepsza od życia na klęczkach i wiary w swoją marność i znikomość. 

Wierzę w siebie. Wierzę w moje dzieci i małżonka i wielu jeszcze innych ludzi. 

Nie potrzebuję się też martwić życiem po śmierci, bo w tym realnym jest od cholery do zrobienia.

A poza tym nawet jakby ten bóg istniał i faktycznie był łebskim i wszechmocnym gostkiem, który faktycznie stworzył cały świat i człowieka takim jaki jest, to chyba powinno się też wierzyć, że ten gostek nie odpitolił fuszerki i że wszystko jest tak jak powinno być i że trzeba się tym cieszyć, a człowiek dostał po to ręce, nogi, mózg i emocje by ich używać, a nie tak z pizdy przypadkowo albo na udry c'nie...?

Więc używajcie może swojego ciała, zmysłów i pomyślunku, by uczynić świat (choćby swój najbliższy) lepszym. 

Wasze ręce mogą tulić drugiego, mogą trzymać narzędzia przy pracy, ale także obsługiwać sprawnie karabin.

Wasze nogi mogą was przenosić z miejsca na miejsce, ale mogą też kogoś kopnąć.

Wasze usta mogą wypowiadać miłe słowa i całować, a mogą też pluć jadem.

Wasz mózg tym wszystkim steruje i to od was zależy do czego go wykorzystacie. Bóg nie ma z tym nic wspólnego, to wy jestescie właścicielami swojego ciała i swojego mózgu, więc nie ma co swojej głupoty, chamstwa czy lenistwa usprawiedliwiać jakimś bogiem. 



P.S. To jest stary, dawno temu napisany wpis, kiedy dopiero byłam na drodze do wolnosći, ale akurat dziś przyszedł jego czas (czytaj: bo nie mam nic lepszego do opublikowania).








27 lutego 2021

Czasem trzeba zrobić zdjęcie depresji, by ludzie uwierzyli, że masz problem

W pierwszej połowie lutego zaskoczyła nas prawdziwa zima, co w Belgii jest stosunkowo rzadkim zjawiskiem. Nasypało śniegu, trochę pomroziło i była okazja porobić trochę zimowychy zdjęć. Dodam je tu na bloga ku pamięci zanim przejdę do opowiadania minionych ostatnio dni i naszych nowych przygód. Nie lubię zimna i zimy, ale nie zmeinia to faktu, że świat dość ładnie wygląda przysypany śniegiem. Jednak ja osobiśćie wolę ciepło, kolory i lato, zatem bardzo się cieszę, że zima już poszła i że zaczyna słoneczko grzać do czasu do czasu, a obrazki zimowe to już oglądać sobie mogę :-)

zima w naszym lesie


zima koło naszego lasu






zima w naszej wsi

Na początku mijającego właśnie tygodnia byłam z Młodą w mieście w siedzibie CLB, aby omówić sprawy związane z potwierdzeniem u Młodej spektrum autyzmu. 

Pani, z którą wcześniej nie szło się dogadać, bo jak nie straszyła sądem za niechodzenie do szkoły, to demonstrowała jakieś przychlastyczne odzywki w stylu: "patrz na mnie, jak do ciebie mówię", teraz nagle przywitała nas podejrzanie miło i uprzejmie i w ogóle mucha nie siada komar nie kuca. 

Podejrzenia okazały się niebezpodstawne. Z pierwa pomyślałyśmy z Młodą, że to może dlatego, że teraz Młoda ma na papierze, iż ma autyzm i może to ma na babę taki wpływ. Może to też miało, ale pełne wyjaśnienie nagłego przejawu człowieczeństwa okazało się trochę bardziej ....zabawne.

Wymieniłyśmy te wszystkie wyrazy związane z przywitaniem i przeszłyśmy do rzeczy. Ja powiedziałam  tytułem wstępu, że - co pani zapewne wiedziała od dyrektorki - z dyrką ustaliłyśmy, iż Młoda podzieli czwartą klasę na dwa lata itd itd (o tym już pisałam), ale w czasie ferii krokusowych rozkminiliśmy sprawę i przedyskutowaliśmy w domu raz jeszcze, po czym córka postanowiła, że rezygnuje całkiem ze szkoły i chce uczyć się w domu oraz zdawać komisyjny egzamin. Kobitka nie wydała się specjalnie zaskoczona taką decyzją, ale znowu "zaczęła się martwić" o socjalne kontakty Młodej i towarzyswto... 

To jest po prostu fascynujące, że potrafią nagle zamknąć szkoły na kilka tygodni czy miesięcy, ubrać dzieci w kagańce, zakazać spotkań towarzystkich  i pooddzielać od siebie tych młodych ludzi na wszelakie możliwe sposoby i jakoś nikt nie martwi się o ich socjalne kontakty i zdrowie psychiczne, ale kurwa jak JEDNO dziecko jest chore przez szkołę i próbuje unikać szkoły, by pozostać zdrowym, to nagle najważniejsze  jest by się socjalizowało, a chuj tam że sobie życie może odebrać ojtamojtam. Jak ktoś tu widzi sens, to gratuluję. Może się spokojnie starać o przyjęcie do pracy w poradni, a już na pewno idealnie pędzie pasował do tego systemu.

No ale dobra. Pani się martwi i wszyscy w ogóle się martwią, bo... (i tu następuje chwila złowrogiej ciszy i pani wyraźnie z czymś zaraz wyjedzie).... bo ona otrzymała telefon od nauczyciela fotografii...

W tym miejscu spoglądam na Młodą i widzę po oczach, że ona już wie, o co chodzi, bo na zamaskowanym pysku rysuje się wyraźne zakłopotanie, a wtedy i nagle mnie olśniewa, że to zapewne chodzi o ostatnie przed wakacjami zadanie z fotografii pt. "Autoportret". Dodam tu tytułem wyjaśnienia, że nie chodziło w tym zadaniu o pyknięcie se zwykłego selfiaka tylko o fotograficzną opowieść o sobie. Młoda pokazała w tym zadaniu swoją depresję. Pokazała ją tak doskonale, że po raz pierwszy w ciągu dwóch lat otrzymała tak wysokie punkty z zadania domowego z fotografii. Tak fantastycznie i wyraźnie przedstawiła siebie i swoje stany depresyjne, że belfer od fotografii zadzwonił do poradni, by powiedzieć, że z tym dzieckiem jest na prawdę nie za dobrze, to dziecko musi się czuć koszmarnie... Jednym słowem zadanie domowe Młodej okazało się być szokująco dobre! Ja nie widziałam tych zdjęć, ale jak tylko Młoda powiedziała, jaki mają temat, od razu wiedziałam, co ona przedstawi na zdjęciach. Potem byłam osobiście pożyczyć u sąsiada linę (taką najbardziej pasującą do szubienicy), byłam też z Młodą robić zdjęcia na dachu... Nie pomyślałam jednak, że Młoda aż takie dobre zdjęcia zrobi :-) Jednak przecież mam badzo zdolne i utalentowane dzieci.

Tutaj Młoda opowiedziała pani z poradni, że mogła w tym zadaniu przedstawić swoje kochane ptaki, że mogła pokazać swoje ulubione miejsce i hobby, bo mogła by wiele fajnych i ładnych rzeczy pokazać na tych zdjęciach, które by ją opisywały, ale cóż, dominującym motywem w jej życiu ostatnio jest złe samopoczucie, nawracające stany depresyjne i myśli samobójcze. Dlatego pokazała właśnie to, co czuje tu i teraz najbardziej. To jest jej portret. Potem Młoda spojrzała na mnie i wyraźnie znad maski było widać, że cieszy michę, a i mnie zaczęło sie chcieć śmiać. Obie wiedziałyśmy, że raczej nie zostało by to dobrze odebrane, bo pewnie i wy się zastanawiacie, co w tym takiego śmiesznego niby...?

Wiecie co jest w tym śmiesznego? Ano to, że wcześniej ta sama laska i kilka innych ludzi ze szkoły nie wierzyło, że moje dziecko na prawdę aż tak źle się czuje. Mówili, że szkoła jest najwazniejsza, że trzeba tam chodzić codziennie. Nikt nie chciał wierzyć, że dla Młodej szkoła to koszmar, że przez szkołę ma chęć skoczyć pod pociąg. Nie wierzyli, że ona serio jest skłonna odebrać sobie życie, mimo że na różne sposoby staraliśmy sie ich o tym przekonać. Przecież oni wiedzą lepiej, bo widzą nas pierwszy czy drugi raz na oczy to przecież widzą, że to gówno prawda c'nie! 

No i nagle głupie zadanie z fotografii, trzy zdjęcia pyknięte przez nastolatkę i cała gromada jest w szoku. Nagle wierzą, że moje dziecko źle się czuję, że z tą depresją i że z myślami samobójczymi to nie była ściema, bo zdrowy człowiek, by takich zdjęć nie zrobił... Bo Młoda jest artystką, a najlepsze dzieła powstają wszak pod wpływem silnych emocji. 

Lata przekonywań, tłumaczeń jak grochem o ścianę, a nagle jak już postanowiliśmy srać na szkołę, to przychodzi wielkie zrozumienie. Niby nie śmieszne to wcale, ale z drugiej strony śmieszne jak cholera. Chciało nam się śmiać i to jak. Wreszcie baba zajarzyła, no! I dlatego jest taka miła nagle i wyrozumiała. Tak, to było cholernie śmieszne. Szczególnie, jak powiedziała, że ona też widziała te zdjecia, bo belfer jej przesłał. Bardzo było śmieszne. Bo dobrze jej tak! HA HA! Jeszcze długo będziemy sobie ten moment wspominac i się śmiać, bo my wredne wiedźmy jesteśmy. Tylko belfra od fotografii trochę może żal, a może nie, bo belfer docenił sztukę, bo belfer zrozumiał uczucia ucznia przedstawione na obrazach, bo belfer zareagował. Dla belfra można czuć tylko szacunek w tym momencie i można mu podziękować. Dobry belfer. 

Jak już dzięki magii fotografii stara wiedźma zmieniła sie w miłą czarodziejkę, to nagle wyciągnęła z kapelusza kilka dobrych pomysłów i podpowiedzi.  I to się jej chwali. Z poradnią już raczej nie będziemy mieć wiele wspólnego, bo nie chodząc do szkoły, nie jesteśpod kontrolą CLB (choć badania i szczepienia nadal oni robią, gdy jest taka potrzeba), ale dobrze że choć na koniec na coś się przydali.

I tak, najsampierw zaproponowała, by Młoda nie wypisywała się na razie ze szkoły, tylko poprosiła swojego psychiatrę o atest, że nie może chodzić do szkoły ze względów zdrowotnych. Ona zaproponowała, że sama powiadomi dyrekcję szkoły. Młoda ma się jak najszybciej zapisać do komisji egzaminacyjnej (patrz 2 wpisy wczesniej) i na koniec doradziła jeszcze taką specjalną szkołę, czy jak tam nazwać tę instytucję, która przygotowuje ludzi do egzaminów. Biorą pod uwagę problemy człowieka, czyli np autyzm, dyspraksję, nadwrażliwość itp i organizują indywidulane, dopasowe zajęcia. Tak przynajmniej to brzmi w teorii. Jak to wygląda z bliska, to dopiero zamierzamy sie dowiedzieć. Właśnie zabieramy się za pisanie mejli, ustalanie spotkań, by zdobyć potrzebne informacje. Zaraz zpiszemy sie też do komisji egzaminacyjnej, by zacząć iść już powoli w jasno określonym kierunku i w ogóle jakoś ruszyć z miejsca, bo utknęliśmy trochę. W tej szkole - nie szkole ma Młoda też kumpelę i na pewno też coś się od niej dowie. Wychodzi na to, że płaci się 450€ wpisowego na rok, ale o innych opłatach nic nie mówią, więc raczej było by nas na to stać. Zakładając oczywiście, że dla Młodej to będzie miało sens, a to zależy od tego, jak te zajęcia wyglądają i ile osób jest w danej grupie. Tego jednak dowiemy sie u źródła, a wtedy o tym być może opowiem więcej.


Ja wczoraj w końcu wybrałam się do rodzinnego, by zobaczyć jak tam moje kości się na zdjęciach zaprezentowały. Prześwielenie robiłam gdzieś na początku stycznia, ale nie chciało mi się iść do doktora ,bo ostatnio plechy nie bolą mnie aż tak bardzo, by mnie to mogło zmotywować do łażenia po doktorach haha. Teraz zostałam zmotywowana tym, że się wiosna zaczęła i Młodemu trzeba receptę na zyrtec i spray do nosa, bo jak te wszystkie chabazie rzucą się do kwitnięcia i komary do gryzienia, to znowu Młody będzie zdychał od alergii. Komar już go dopadł w nocy w pokoju i dał mu całuska w usta. Młody se go pewnie na ubraniu przyniósł, bo odkąd się ociepliło to lata na pole i spowrotem cały czas. W oknach mamy wszędzie moskitery, ale te małe gnojki czasem też się przecisną jakoś. Ponaklejałam Młodemu naklejki antykmarowe na łóżku i  może to pomoże, ale usta mu spuchły i tak. Załatwiłam jednak tę receptę i dowiedziałam się co mi jest.

Doktor powiedział, że kręgosłup i biodra na razie wprzorząsiu, ale na stawach miednicy widać jakiś stan zapalny. Chodzi o staw krzyżowo biodrowy. Doktor mówi, że na zdjęciu nie widać dokładnie tego problemu i że jak bardzo mi to dokucza, to trzeba by pójść na badanie do szpitala. Powiedziałam mu, że jak mi zacznie znowu bardziej dokuczać, to przyjdę po skierowanko na badanko, ale na razie mi się nie chce w tych pojebanych koronnych warunkach pałętać po szpitalach. Zrseztą w naszym ulubionym szpitalu covid się wymknął spod kontroli i wszyskie planowane zabiegi czy badania są przesunięte. Wiem, bo akurat sąsiadka miała iść na operację, ale na razie odwołali i nie ma jeszcze nowego terminu. 

Ja sobie poczytałam w necie o tym zapaleniu i wszystko by się ładnie zgadzało. Bo oni tam piszą, że to często po urazie miednicy, a Madzia kiedyś w poprzednim życiu jechała se rowerem do miasta i została potrącona przez jakiegoś pojebańca jadącego samochodem, który w dupie miał Madzi pierwszeństwo. Byłam wtedy na pogotowiu (bo to akurat blisko szpitala było) żeby mi wyjęli te wszystkie kamienie i asfalt z łokcia, ale adrenalina spowodowała, że nie czułam, że i miednicę też powinnam im pokazać a może nawet kazać zrobić zdjęcie. Dopiero w domu, gdy zdjęłam portki,  zauważyłam, że cały bok mam czarny. No ale ja miałam wtenczas 20 lat i trenowałam sztuki walki, no to przecież z byle siniaczkiem nie będę szła do doktora, no wstyd by był c'nie. Zresztą to by i tak nic w tej kwestii nie zmieniło. Co ciekawe piszą też w internetach, że stan zapalny może być brany pomyłkowo za rwę kulszową i ja się teraz zastanawiam, czy te moje rwy kulszowe, które miałam najpierw w ciąży a potem jeszcze z 2 razy to były aby na pewno rwy kulszowe, czy może już wtedy palił mi się ten staw...? Bez wątpienia wspomnę o tym doktorowi, jak jeszcze kiedyś pójdę do niego  jojczyć na moje plecy. Czasem dobrze jest internet poczytać, bo wielu przydatnych  rzeczy można się dowiedzieć i czasem jakieś puzzle zaczną do siebie pasować a to daje nam do myślenia. No, przynajmniej dopóki nie zacznie się uważać, że internet czy poradnik papierowy może zastąpić wizytę u lekarza...

Piszą też (doktor też tak powiedział), że ruch jest bardzo ważny, czyli mogę spać spokojnie i z jeszcze większym spokojem wykonywać swoją ruchliwą robotę oraz - CO NAJWAŻNIEJSZE - ROWEROWAĆ! A sezon się zaczyna powoli i będziemy z małżonkiem korzystać. Mąż szykuje się do zakupu roweradła do samochodu, byśmy mogli kręcić tego roku też  po innych regionach Belgii, bo koło domu już nam sie trochę znudziło. W normalnych okolicznościach chcieliśmy jeździć pociągami z rowerami, ale to w normalnych okolicznościach bez kagańców i zakazaów jedzenia na stacji i w pociągach. Teraz to jednak lepiej i komfortowiej własnym transportem się przemieszczać.







26 lutego 2021

Przyjęcie urodzinowe online uważam za udane.

Ludzie mówią, że w czasie pandemi covid19 nie można organizowac imprez! Można organizować, tylko trza ruszyć głową . Oto przed wami gotowy scenariusz imprezy urodzinowej dla dziecka na czas pandemii! Wystraczy trochę chęci i można zrobić coś dla dzieci zamiast siedzieć, joczyć i czekać na powrót starych dobrych czasów, które nie wrócą nigdy.


W zeszłym tygodniu odbyła się długo i niecierpliwie oczekiwana przez naszego już dziewięciolatka

 impreza urodzinowa ONLINE. 

Mam kilkanaście (a nawet więcej) lat doświadczenia w prowadzeniu imprez dla dzieci, ale przez internet robiłam to pierwszy raz i trochę miałam wątpliwości na początku, czy to w ogóle jest możliwe. No ale ja lubię odkrywać nowe możliwości i realizować niecodzienne, żeby nie powiedzieć z dupy wzięte, pomysły.

Udało się! Miałam świetnych pomocników, bo zarówno solenizant jak i duża siostra solenizatna podrzucili całkiem sporo dobrych pomysłów i rozwiązań.

Do prowadzenia imprezy wykorzystaliśmy darmowy Google Meet. Znam go z wywiadówek i zebrań z poradnią CLB w szkole średniej. Korzystanie z google meet to łatwizna, nawet zupełnie zielony w internetach to ogarnie. Oczywiscie pewnie  dobrze jest mieć najsampierw konto u Googla, no ale ja mam. Google mówi, że Meet działa przez godzinę, ale to nie prawda, działa nawet kilka godzin.

Wchodzisz na Meet, tworzysz "nowe spotkanie" i kopiujesz link, który tam się pokaże. Link wysyła się wszystkim zainteresowanym informując ich, kiedy mają w niego kliknąć.

My wyprodukowaliśmy przy pomocy Worda i drukarki zacne zaproszenia, jak na zwykłe urodziny. Z tym, że kazałam Młodemu potajemnie je  w szkole rozdać kolegom i koleżankom, żeby belfrów oczy nie bolały. Wychowawczyni i tak gdzieś przyuważyła i miała jakieś sapy, że nie wolno bo korona.... Dobrze, że jak faktury czy testy rozdają dzieciom to nie ma na nich korony hahaha.

Na zaproszeniach stało napisane, że w niedzielę tego a tego lutego o godzinie 14 zaczynają się urodziny i że trza mieć laptop, tablet albo smartfona oraz papier i długopis. Dodaliśmy też, że goście mogą się przebrać i ewentualnie przygotować sobie jakieś przekąski i napoje (za zgodą rodziców). Podany był też mój numer telefonu/whatsappa oraz adres e-mail. Kto potwierdził chęć udziału w zabawie, otrzymywał od nas link dostępu.

Rodzice stwierdzili, że to super pomysł, świetna inicjatywa z tymi urodzinami online.

Jak przebiegały nasze urodziny online? (scenariusz)

Ja i Młoda :-)
Gdy wszyscy oczekiwani goście się zameldowali (około 10 dzieciaków) i udało się rozwiązać drobne problemy techniczne gości, wszyscy byli ogromnie zestresowani i nikt nie wiedział jak się zachować. Tak, my też, bo ci wszyscy rodzice tam stali przed kamerkami, a dzieci były wyjątkowo nieśmiałe jak na te cwane małe bestyjki. 

Ja i Młoda byłyśmy przebrane za ptaki. Miałyśmy na sobie maski (nie te antykowidowe, zwykłe maski). Niektóre dzieci też były przebrane. Bliźniaki w perukach z długimi włosami (Wikingowie) wygrali internety. Jeden młody miał za sobą całą wypaśną dekorację urodzinową - balony i takie tam. Solenizant oczywiscie też miał pokój udekorowany i założył śmieszne okulary.











Zaczęliśmy.

1. Na początek poszła głupia piosenka z fortnite "De vogel", któr odtwarzałyśmy z iPada, a  która miała na celu sprawdzenie, czy nas i pozostałych widać i słychać, no  i rozruszanie towarzystwa. Jednak poza mną i Młodą nikt nie chciał robić ptaka (machać rękami), bo wszyscy się wstydzili. No serio, o to bym tej dzikiej gromady w życiu nie posądzała haha.

2. Potem był quiz na rozrusznie szarych komórek. Tu skorzystaliśmy z internetowego koła fortuny, czyli ze strony internetowej https://wheeldecide.com/ gdzie stworzyłam własne koło z 60 pytaniami. Pytania zaś zgarnęłam z jakiejś strony z quizami. Wystarczy wklepać w googla "pytania do quizu dla dzieci". My oczywiście korzystaliśmy z pytań w języku niderlandzkim.

W google meet udostępniłam wszystkim to moje koło i sobie w ten sposób losowaliśmy pytania, a dzieci odpowiadały na nie na kartkach. Potem czytaliśmy odpowiedzi i notowaliśmy punkty. Wygrani mogli zatańczyć taniec zwycięstwa, a przegrani musieli zrobić smutną minę. Quiz jak quiz - nie jest to zwykle jakiś szał dla dzieci, raczej nudny zapychacz imprezy, ale zawsze coś.

Tu jeszcze jest stoper z którego korzystałyśmy, do odliczania 10 sekund na odpowiedź: https://www.online-stopwatch.com/countdown-clock/full-screen/

3. Kolejną zabawą, była zabawa w wyzwania. Do tej zabawy wydrukowałam wcześniej kilkanaście, czy -dziesiąt wyzwań i adresatów wyzwań, które pocięłam i umieściłam w dwóch pojemnikach. W trakcie zabawy Młoda losowała, kto ma coś zrobić, a ja losowałam, co ma zrobić. Kilka przykładów

KTO: wszyscy chłopcy, wszystkie dziewczynki, dzieci z długimi włosami, dzieci lubiące spagetti, wszyscy, chłopcy mający zielone skarpety, dzieci mające zwierzątko domowe, itd, itp

WYZWANIE: klęknąć na krześle i położyć sobie ręce na głowie, złapać się za nos i coś powiedzieć, obiec krzesło 3 razy wkoło, wyjść przed dom i zawołać "wierzę we wróżki", przytulić krzesło, udawać kota, psa, kangura..., próbować dotknąć językiem nosa, znaleźć czyste majtki i do końća zabawy mieć założone na głowie, podskoczyć 10 razy, itp

4. Potem puszczałyśmy z iPada (na iTunsie sobie listę zrobiłam wcześniej) kolejno kilkanaście utworów z różnych filmów i bajek dla dzieci, a uczestnicy mieli zgadnąć ich tytuły. Kto wiedział, krzyczał głośno odpowiedź. 

5. Mieliśmy też inną zabawę z kołem fortuny, ale tym razem w kole losowało się litery, kolory i materiał (metal, drewno, plastik). Zadaniem dzieci, było znaleźć w swoim domu rzecz zaczynającą się na wylosowaną literę albo w danym kolorze albo z danego materiału. Ta zabawa chyba najbardziej się wszystkim spodobała, bo na zakończenie jeszcze sobie powtórkę zażyczyli. Ubaw był przedni.

6. Drugą zabawą, która się bardzo spodobała były kalambury. Do tej zabawy wykorzystaliśmy jedną z wielu dostępnych w necie darmowych stron kalamburowych. My korzystaliśmy ze https://skribbl.io/.

Tutaj stworzyliśmy oczywiście własny pokój i dodaliśmy własne wyrazy do odgadywania. Wyrazy można sobie przygotować w notatniku czy wordzie i w trakcie zabawy po prostu skopiować i wkleić do skribbl. Tak właśnie zrobiliśmy. W trakcie imprezy zrobiłam pokój, wkleiłam hasła i wysłałam pobrany ze strony link na czat w google meet. Nnnno tu chwile trwało,  zanim wszystkim dzieciom udało się znaleźć czat w google meet, ale w końcu misja zakończyła się sukcesem i wszyscy znaleźli sie w grze. Kilka minut dzieci ogarniały o co kaman, ale jak już każdy zrozumiał co i jak, to wszyscy świetnie się bawili. Dogadywali sobie, robili podśmiechujki z nieudanych rysunków i wpisywanych odpowiedzi. Podobało się! Dla mnie i Młodej jednak najlepszy był moment, gdy nagle mi się wydało, że słyszę jakiegoś rodzica w tle i zajrzałam na google meet, a tam wszędzie przed kamerkami rodzice i  rodzeńswto naszych internetowych gości i wszyscy razem próbują zgadywac hasła. Uchachałyśmy się zdrowo. 

Miałyśmy przygotowane jeszcze kilka innych zabaw, ale dzieci były tak zafascynowane kalamburami, że po prostu im nie przeszkadzałyśmy, a i tak zanim się obejrzałam, minęło ponad 3 godziny!!! Niektóre dzieci musiały się pożegnać, bo rodzice wyciągnęli je na spacer (było 18 stopni i słonecznie), do innych znowu jakaś ciotka przyszła. Kilkoro jednak zostało i bawili sie jeszcze w szukanie przedmiotów z pół godziny.

Na drugi dzień w szkole dzieci mówiły Młodemu, że to były super urodziny. No pewnie, że super, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że od początku roku szkolnego poza nami nikt nie organizował żadnych urodzin, a w Belgii w normalnych okolicznościach każdy organizuje urodziny, czy to dla całej klasy, czy choćby najlepszych kolegów. Urodziny przez internet są na pewno lepsze niż brak urodzin. A dziś już wiemy, że urodziny przez internet są bardzo, ale to bardzo fajne i w ten sposób można się całkiem dobrze bawić. Wystarczy mieć trochę fantazji i chęci... Polecam!







6 lutego 2021

Komisja egzaminacyjna i nauka domowa, czy chodzenie po 2 lata do jednej klasy? Oto jest pytanie.

 Spotkanie z dyrektorką się odbyło w poprzedni piątek zgodnie z planem i znowu zaskoczeni zostaliśmy niecodzienną propozycją ze strony szkoły, choć przecież się nie raz zarzekałam, że we flamandzkiej szkole nic mnie już nie zdziwi... 


Dyrka oznajmiła, że spektrum autyzmu to w tej szkole dosyć popularna rzecz i sporo uczniów już się przez szkołę przewinęło z różnymi problemami wynikającymi z autyzmu. Jednym słowem są obcykani hehe.

Po krótkiej rozmowie  zaproponowała, że Młoda - jeśli chce - może podzielić sobie klasę czwartą na dwa lata. Teraz wybrać połowę przedmiotów do zaliczenia, a od września zabrać się za pozostałe. 

Po przedyskutowanie sprawy z Młodą, która bynajmniej do tego pomysłu entuzjastycznie nastawiona nie jest (bo ona chce wyrwać się ze szkoły jak najszybciej a nie jeszcze dłużej tam kiblować - zmiłujcie się!), doszliśmy do wniosku, że to póki co najlepszy pomysł z możliwych, bo w normalnym systemie Młoda nie ma szans zaliczyć tej klasy raczej, a - jak to mówią - z braku laku dobry i kit. Napisałam zatem mejl do dyrki, że się zgadzamy na taki układ i teraz czekamy na zatwierdzenie klasowej rady.

Młoda jednak w międzyczasie przedyskutowała sprawę z psiapsiółą i tamta namawia ją na - zasugerowaną  również przez naszą psychiatrę - Komisję Egzaminacyjną, bo sama jest w trakcie przygotowań do egzaminów (psiapsióła nie psychiatra), a nawet już jeden zdała i mówi, że to dobra sprawa. 

No i Młoda już jest na tak. Zatem ja zabrałam się za zgłębianie tematu i chyba też już jestem przekonana, że to całkiem dobry pomysł, bo w sumie jest szansa, że Młoda może otrzymać dyplom z technikum w kierunku fotografia w ogóle nie chodząc do szkoły, czyli że w sumie to może być faktycznie najlepsze rozwiązanie. 

Przy okazji tego całego spotkania przekonałam się naocznie i organoleptycznie, jak reaguje Młoda na szkołę w rzeczywistości, a to co zobaczyłam mnie przeraziło, zszokowało i zmroziło jednocześnie, bo dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest źle i czym jest tak na prawdę trauma związana ze szkołą, na którą - nota bene -  Młoda też ma stosowny dokument od lekarza, a którego to ter,inu jak dotąd tak na prawdę w ogóle nie rozumiałam... Nagle mnie olśniło. Lepiej późno niż wcale, ech.

 Zatem wielce prawdopodobnie zdecydujemy się na naukę domową od września i mamy nadzieję, że to będzie dobra decyzja i że Młoda zostanie dyplomowanym forografem szybciej niż ustawa przewiduje, bo to bardzo łebska dziopa.

A ja nie to co? Za 2 lata skończy 18 lat i już nikt jej nie bedzie zmuszał do chodzenia do jakiejkolwiek szkoły. Wszyscy będą ją mogli cmoknąć. Czyli że nie ma w sumie nic do stracenia, a wiele do zyskania. 

Przeczytałam cały Internet i spisałam sobie najważniejsze informacje w zeszycie. Po czym postanowiłam, że spiszę je też na blogu, bo a nuż widelec komuś sie one przydadzą...


Co to jest Examencommisie (Komisja Egzaminacyjna) i jak to działa?

Komisja Egzaminacyjna NIE organizuje nauczania, NIE przygotowuje do egzaminów ani NIE zapewnia żadnych materiałów do nauki.

Komisja Egzaminacyjna organizuje tylko egzaminy, do których człowiek musi się całkowicie samodzielnie przygotować. Można oczywiście chodzić na kursy, zapisać się do szkoły prywatnej czy innej, szukać korepetytorów itd, ale po prostu Komisji to nic nie obchodzi, jak się przygotuje człowiek do egzaminów.

Komisja podaje sugestie, pomysły, przykłady książek i innych materałów, z których uczeń może skorzystać. 

Dzięki Examencommisie uczeń może otrzymać dyplom wybranej szkoły średniej. Może też zaliczyć jakiś etap szkoły średniej, a dokładnie zdając egzaminy otrzymać stosowne certyfikaty, których mu brakuje z jakiegoś powodu, a potem zapisać się na powrót  do zwykłej szkoły średniej.

Mamy tam do wyboru 3 stopnie szkoły średniej (tak samo jak w normalnej  szkole), ale nie ma podziałów na klasy. Egzaminy zdaje się zatem z  całych dwóch lat jednego stopnia jednocześnie, a nie z każdego trymestru, jak w zwykłej szkole. Trzeba zdać egzamin z każdego przedmiotu, jaki jest przewidziany na danym kierunku. 

Z każdego przedmiotu organizowane są egzaminy kilka razy do roku. Człowiek sam decyduje, kiedy zdaje egzamin z danego przedmiotu. Samemu też decyduje się w jakiej kolejności będzie zaliczało się poszczególne przedmioty. Egzaminy odbywają się w Brukseli lub innych wyznaczonych miejscach. Większość egzaminów zdaje się na komputerze, ale są też czasem pisemne oraz oczywiście ustne.

Od momentu zapisania się na pierwszy egzamin jest 2 lata czasu na zdanie wszystkich przedmiotów. Jednak wyniki egzaminów są ważne kilka lat (bodajże 7) i można zapisać się od nowa na ten (czy inny) kierunek  i poprosić o zaliczenie zdanych egzaminów.

Jeśli zaliczy się egzaminy z wszystkich wymaganych przedmiotów otrzymując z każdego 50%, to otrzymuje się certyfikat (1 i 2 stopień) albo dyplom (3 stopień). Z takim dyplomem można pójść zwyczajnie na studia albo podjąć pracę.

W Examencommisie jest do wyboru ASO (liceum), TSO (technikum), KSO (artystyczna) i BSO(zawodówka). Jednak do wyboru jest tylko kilka kierunków, które są możliwe do zrealizowania w ten sposób.

Gdy wejdziemy na stronę internetową, znajdziemy tam wszystkie przydatne informacje.

https://examencommissiesecundaironderwijs.be/

Wystarczy wybrać stopień i kierunkek interesującej nas szkoły, a zobaczymy wszystkie przdmioty, z jakich musimy zdać egzaminy. Napisane też jest, jaki jest rodzaj egzaminu (ustny, pisemny). W "vakfiches" znajdziemy też  wymagania, czyli cały zakres materiału do opanowania oraz ewentualne zadania do wykonania (np że trzeba przeczytać jakieś lektury na j. niderlandzki albo że z praktyki fotografii jest konkretne zadanie fotograficzne)

Kto może się zapisać do Examencommisie?

Każdy może się zapisać. Nie ma określonego wieku, narodowości, miejsca zamieszkania, nie wymagane są żadne dyplomy, kursy czy certyfikaty.

Osoby niepełnoletnie podlegające obowiązkowi nauki (leerplicht) mogą zapisać się do examencommisie jednocześnie chodząc do szkoły stacjonarnej albo rozpocząć oficjalnie naukę domową (o tym niżej) 

Ile to kosztuje? 


Po zapisaniu się do Examencommisie i wybraniu kierunku, trzeba dokonac opłaty. To kosztuje około 35€ 

Jak się można zapisać?

Zapisy odbywają się przez internet za pomocą dowodu osobistego i czytnika. Oczywiście potrzebny jest PIN. Warunkiem zapisania się jest jednak OBOWIĄZKOWE zaliczenie sesji informacyjnej, która odbywa się w Brukseli. Z powodu pandemii sesja została zastąpiona czasowo obowiązkowymi filmikami.

Nauka domowa, czyli huisonderwijs we Flandrii.

We Flandrii nie ma obowiązku szkolnego. Jest obowiązek nauki od 5 (od 2020r) do 18 roku życia. Uczeń może spełniać obowiązek nauki ucząc się np w domu.

Jakie są ogólne warunki nauki domowej?

- Coroczne składanie oświadczenia o nauce w domu (verklaring van huisonderwijs) w Agentschap voor Onderwijsdiensten AgODi
- obowiązkowe zapisanie dziecka  do Egzamencommisie van de Vlaamse Gemenschap
- obowiązkowe uczestnictwo w egzaminach, chyba że CLB z jakiegoś powodu z nich zwalnia
- akceptowanie inspekcji inspektoratu edukacji (onderwijsinspectie)

Jak i kiedy trzeba poinformować AgODi?

Najpóźniej 3 dnia szkolnego, w którym uczeń zaczął naukę domową, rodzice przesyłają do AgODi oświadczenie nauczania domowego (verklaring van huisonderwijs). Korzystają z odpowiedniego formularza (dostępny w necie) i dostarczają dodatkowych informacji na temat nauczania w domu.

Naukę domową zaczyna się od początku roku szkolnego (od września), jednak jeśli CLB wyrazi zgodę, można też w innym momencie. Rodzice są zobowiązani do poinformowania o tej decyzji CLB.

Nie można być zapisanym do zwykłej szkoły i jednocześnie robić nauki domowej!

Rząd flamandzki nie nakłada żadnych specjalnych wymagań dotyczących dyplomu nauczyciela domowego, także jeśli rodzic jest tym nauczycielem. Rząd nie przedstawia też żadnych obowiązkowych przedmiotów, podręczników ani planów lekcji domowych.

Nauka jednak musi spełniać pewne minimalne wymagania:
- rozwijać osobowość i talenty dziecka oraz przygotowywać je do aktywnego dorosłego życia
- musi zaszczepiać poszanowanie praw człowieka i wartości kulturowych samego dziecka jak i innych osób

Inspektorat oświaty sprawdza systematycznie, czy edukacja domowa spełnia te wymagania. Rodzic musi na tę inspekcję pozwalać. 

Rodzice ponoszą wszystkie koszty nauki domowej, ale wybierając nauke domową nie otrzymują dodatku szkolnego.


To wszystko powyżej to póki co dla nas czysta teoria wyczytana na takich stronach jak:

Jak to wygląda w praktyce, być może za jakiś czas się przekonamy, a wówczas poczynię stosowne notatki i w tym pamiętniku. 





27 stycznia 2021

Szkolne dylematy i troski matki nastolatków.

Mam dziś bardzo leniwy dzień. Nic, ale to nic mi się nie chce.Nie pierwszy to zresztą taki dzień w tym roku.

Niby byłam z rana w robocie i uczciwie przepracowałam te cztery godziny, a potem uczciwie odebrałam syna ze szkoły, ale na tym koniec. Usmażyłam frytki i obejrzeliśmy z Młodym 3 część Madagaskaru na Netflixie. I to by było na tyle. Teraz nastawiłam kaszę gryczaną na obiad. W lodówce mamy sos do vol a vent, ale nie mamy ciasta francuskiego ani gotowych "babeczek", a nawet jakbyśmy mieli to guzik z tego, bo w zeszłym tygodniu spalił się nam piekarnik, a jeszcze nowego nie otrzymaliśmy, więc nic nie możemy piec. Jednak sos z kaszą na pewno też da się to zjeść. Jak nie, jak tak. 

Znowu chce mi się spać. Znowu śpię po 8-10 godzin dziennie, a mimo to nie mogę wygrać z ciągłym zmęczeniem i sennością. Wody traczej piję wystarczająco. Znaczy wody samej mało, bo za zimno na zimną wodę. Pijam za to herbaty dużo różnej i gorącą czekoladę, i piwo czasem. Nerwy. Za dużo niepokoju, a za mało słońca. Stres to cholerny pochłaniacz energii. 

A ja ciągle nie mogę dojść do siebie po zajściach końcoworocznych, choć już styczeń się kończy. Może jakby nie ta durna pandemia, to było by łatwiej się z tym wszystkim uporać, a może jakby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem...

Pandemia sama w sobie nic wiele nie zmienia, ale z drugiej strony zmienia wszystko. Nie zmienia wiele tu i teraz, bo wszyscy jemy i wydalamy tak samo i tak samo śpimy, wszyscy chodzimy codziennie do naszych prac i szkół, jak chodziliśmy. Odwiedzamy lekarzy, gdy trzeba, a czasem trzeba. Żyjemy fizycznie w miarę zwyczajnie, ale psychicznie już zaczyna z lekka walić na dekiel...

Nie możemy pójść do fryzjera, nie możemy pójść do knajpy ani do zoo, ani do kina, nie możemy nigdzie pojechać... No dobra pojechać można, tylko po kij jechać gdziekolwiek, jak nawet na kawę nie możesz wejść do kawiarni i jeszcze  wszędzie te cholerne naryjce, które gunwo dają komukolwiek poza wkurzaniem ludzi. Jak mam się w takich okolicznościach zrelaksować i wrócić do normalności, gdy nie nic jest normalne. Siedzimy w tym domu, oglądamy tego Netflixa, czytamy te książki, wałkujemy te same tematy z małżonkiem i dziećmi aż do obrzygania, bo co można robić teraz? NIC! Całe wielkie GÓWNO! Czasem pójdziemy do lasu, czy na spacer z aparatem, ale to wszystko mało, by się porządnie zregenerować po tych wszystkich gównianych przeżyciach ostatnich czasów.

Zima zawsze mi się dłuży, bo nienawidze tej zimnej, ciemnej i mokrej pory roku, ale w tym roku ciągnie się doprawdy w nieskończoność. Czekamy na wiosnę, na ciepło, by pojechać gdzieś w naturę i połazić, porobić zdjęcia. Czekamy na słońce, bo może w słońcu świat okaże się choć trochę jaśniejszy.

Coraz mniej mam sił do walki i coraz trudniej mi znaleźć motywację.

Gdy potwierdzono to spektrum autyzmu u obydwu dziewczyn, pomyślałam że teraz będzie łatwiej, bo wreszcie wiemy, gdzie jest pies pogrzebany. Niestety po zastanowieniu stwierdzam, że to jest jedna strona medalu, a druga jest taka, że dotąd przynajmniej człowiek sie łudził, że one z tego wyrosną, że polepszy się z czasem, że to może dorastanie i te sprawy... Teraz już wiemy, że NIE WYROSNĄ ani z dyspraksji, ani z autyzmu, że to na ZAWSZE i że już zawsze będą mieć trudniej niż normalsi, że zawsze będą grać na levelu expert, a do tego większość pospólstwa nigdy ich nie zrozumie, ale większość będzie próbowała wykorzystać i dokuczyć, bo to ludzie potrafią doskonale...

Żeby było mało, to trafiliśmy na takie pojebane czasy, że nie możemy nawet przewidzieć, co będzie za kilka miesięcy, a jak tu niby mamy dziś doradzać dzieciom co do przyszłości. Ż e tez akurat przyszło być rodzicem dorastających dzieci w tak popierdolonym czasie. 

Ja jestem dziś całkiem głupia. Nie mam pojęcia, co ja mam dziś dzieciom doradzać, a co odradzać. 

Czy chodzenie do szkoły ma dziś jakikolwiek sens?

Normalsi zakrzykną pewnie jak jeden mąż, że tak a jak, co za głupie pytanie wogle.

Tyle, że moje dzieci nie są zwykłymi dziećmi. Dla nas dziś szkoła to droga przez mękę. 

Kiedyś uważałam, że szkoła jest  bardzo ważna, najważniejsza, że nauka jest potrzebna. Uważałam tak, dopóki nie okazało się, że szkoła może zniszczyć zdrowie dziecka a nawet poważnie zagrozić jego życiu. 

Jeszcze dopóki wierzyliśmy, że skończenie takiej czy innej szkoły może dziecku ułatwic życie, to chciało się przynajmniej walczyć z systemem, by ułatwiono dziecku skończenie szkoły mimo problemów zdrowotnych. Jednak dziś wiemy, że mało co ma jeszcze sens. Do tego podejrzewamy, że przyszłość naszych pociech może okazać się gorsza niż w najgorszych koszmarach nam się kiedykolwiek śniło. A bez wątpienia można rzec, że jest bardziej niż niepewna.

Wszystko znowu się wali kawałek po kawałku, a mi się już nie chce tego układać od nowa i nawet nie wiem, jak zacząć, bo nie wiem, co będzie jutro.

Próbuję żyć tu i teraz, ale tu i teraz niestety trzeba znowu podjąć konkretne decyzje. A żeby podjąć rozsądną  decyzję, dobrze by było znać choc trochę twardych faktów, a tych niestety nam poskąpiono.

Czy mam upierać się, by Najstarsza skończyła szkołę, choć wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że nic jej to nie da?

A może mam jej doradzić, by pizgnęła tornistrem już dziś, bo szkoda czasu i pieniędzy na łażenie do szkoły? 

Czy mam przekonywać belfrów, żeby nadal jej pomagali, czy raczej przekonać ich by se dali spokój i pozwolili jej dochodzić do końca roku, by se mogła swoje ubrania podokańczać, bo to jedyne, co robi z chęcią w tej szkole...

Czy szukać jej jakiejś pracy? Czy ona sobie poradzi? Znaczy, wiem że może sobie poradzić, ba, nawet może sobie lepiej poradzić niż wielu normalsów, jeśli TYLKO będzie chcieć, ale u autystyka niechcieć ma zupełnie inny wymiar niż u normalsa - u autystyka nie ma ustępst - nie to nie i koniec kropka. Więc musi po prostu chcieć to czy tamto robić. No i jeszcze musi trafić na właściwych ludzi, którzy zrozumieją jej problemy i docenią jej niebywałe talenty. Ona chce iść do pracy. Najlepiej na noce, bo noc jest jej porą roboczą. Tak, możemu szukać pracy i nawet wszystkich znajomych popytać, co znacznie zwiększy szanse, ale czy na pewno już teraz... Czy jednak lepiej, by chodziła jeszcze do tej szkoły... Jeszcze żeby okoliczności były normalne, a nie te naryjce, ograniczenia, otwarte okna... Gdybym wierzyła w niebo i piekło, to miała bym przynajmniej nadzieję, że ci którzy wymyślają te chore regulacje, będą się smażyć w piekle... Ale nie wierzę, więc mogę być tylko zła i kląć ile wlezie... Mnie przeklinanie pomaga, a jak komuś wadzi, niech se założy kaganiec i zachowa należyty dystans... 

Znalazłam specjalne urzędy, które pomagają w szukaniu pracy autystykom i wysyłają na kursy, ale jak tu w tej  pandemii się można umówić w urzędzie... Online? Dziękuję postoję. Co można online to można, ale pewne rzeczy są dla mnie kompletnie nie do przyjęcia. A ja bym chciała wiedzieć więcej, zanim podejmiemy jakąkolwiek decyzję... Chyba zaczne pisać masowo mejle do różnych instytucji, bo mejl jest dla mnie łatwiejszy niż rozmowa online z obcymi ludźmi, czy tym bardziej telefon (mam jakąs fobię telefoniczną - o ile cos takiego istnieje - nienawidzę rozmów przez telefon). Wolałabym jednak w cztery oczy, bo pisanie po niderlandzku zajmuje mi całe godziny, gdyż siedemset razy muszę poprawiać każde zdanie, żeby było idealne albo prawie idealne i w miarę bezbłędne. Tak to też wymaga konsultacji z psychiatrą...

Tak czy owak z Najstarszą i tak jest łatwiej, bo ona już jest pełnoletnia i niczego już nie musi w kwestii szkoły... Z Młodą jest gorzej, bo jeszcze ten rok i cały następny musi się uczyć obowiązkowo. Kolejny by już olał, bo 3 miesiące przed osiemnastką raczej do sądu nie podadzą... chociaż czy na tym świecie można być jeszcze czegoś pewnym...?

Ten rok to już dobije jakoś do końca, ale co dalej, to nie wiadomo... Mamy nadzieję, że w tym tygodniu w końcu odbędzie sie to spotkanie z dyrektorem, bo już serio szlag bierze. Ciagle czekać, czekać czekać, czekać na wszystko, bo jak nie urok to sraczka... A czas leci, dni i tygodnie mijają i człowiek nic nie może postanowić, bo czeka. Czeka i nie wie, co dalej. I żyje w niepewności. A nerwy zjadają.

Próbowaliśmy wymyśleć jakiś plan B, ale co wymyślisz w takich okolicznościach? Nie ma już żadnej alternatywy dla tej szkoły. No chyba że szkoła specjalna... Czy wyobrażacie sobie posłanie do szkoły specjalnej dziecka, które umysłowo jest sobie w stanie poradzić na fizyce i chemii? Które sprawnie posługuje się w mowie i piśmie 3 językami i czwartym komunikatywnie? Które ma wiedzę na temat świata, życia i kosmosu na poziomie jakieg nie powstydził by się nie jeden wysokowykształcony? Ja sobie nie wyobrażam. A poza tym do szkoły specjalnej też trzeba chodzić, a u nas to właśnie jest największym problemem - przebywanie wśród hałaśliwej młodzieży w śmierdzącej szkole i wykańczające zdrowie dojazdy. Tylko tyle i aż tyle. Nawet nie wiecie, jak wkurzające jest dla mnie jako matki to, że zdolne, utaletnowane dziecko nie może korzystać z tych talentów tylko dlatego, że jest zbyt wrażliwe na bodźce. To jest gorsze niż nie mieć hajsu na naukę, bo hajs można zarobić i pójść do szkoły później a tego skurwysyństwa się nie pozbędziesz. Mówią, że trzeba się z tym nauczyć żyć. Bardzo kurwa śmieszne. 

Myśleliśmy o tym, by może do szkoły u nas na wiosce poszła, dokąd miała by raptem kilometr i żeby najłatwiejszy poziom wybrać, czyli zawodówkę, by tylko dochodzić do osiemnastki metodą chodzenia raz na ruski rok, ale u nas jest tylko szkoła ogrodnicza. W zawodówce mamy kierunki: 1. rośliny, 2. zwierzęta. Akurat w sam raz dla osoby, która musi unikać wody, intensywnych zapachów, pyłu itd. Ha ha. W zawodóce większość zajęć praktycznych, a te w większości na zewnątrz, a dokładnie w polu, ogrodzie, stajence, w deszczu, wietrze, błocie... No zajebioza po prostu.

 Zatem nasza wiejska szkoła średnia zdecydowanie odpada. Do wszystkich pozostałych trzeba minimum 5 km dojeżdżać rowerem, a poza tym na wioskach nie ma żadnych sensownych kierunków, które bezboleśnie mogła by pokonać. Zatem najlepiej, jakby została, tam gdzie jest, bo kierunek jest dobry, a nawet bardzo dobry dla osoby z takimi problemami. Fotograf to dobry zawód dla autystyka z dysprakcją i nawet dla depresyjnych stanów przyjazny. Mamy tylko jeden mały problem, malutki, tyci tyciuteńki... Młoda zawaliła pierwszy trymestr, a zawalenie pierwszego trymestru we Flandrii to żegnaj Gienia do widzenia. Pierwszy trymestr to podstawa, bo to najwięcej punktów. Żeby osiągnąć na koniec roku te wymagane minimalne 50% procent z każdego przedmiotu, w pozostałych 2 trymestrach by trza uzyskiwać z wszystkich, ale to wszystkich testów, zadań, a potem egzaminów uzyskiwać 10/10, czyli po 100%, czyli osiągnąć nieosiągalne, bo inaczej żegnaj Gienia do widzenia, czyli powtarzamy rok albo spierdalamy do zawodówki, a i to bez odpowiedniej ilości punktów jest niemożliwe bez powtórzenia klasy. 

Ten rok jest zatem już teoretycznie dla Młodej spalony i jedynym ratunkiem zdaje się ten atest potwierdzający spektrum autyzmu. Tyle że dni mijają, już koniec stycznia, a my nie wiemy, co nam ten atest daje w tej sytuacji i czy cokolwiek w ogóle. Życie w takiej niepewności to wielki stres dla mnie i dla niej. Ona na razie robi, ile daje rady z wszystkich zadań. Ustaliliśmy, że ma się trzymać najważniejszych przedmiotów, czyli przede wszystkim fotografia, a srać na razie na takie rzeczy jak religia. Mam nadzieję, że zebranie dojdzie do skutku i wreszcie będziemy wiedzieć, na czym stoimy.

Druga niewiadoma to lekcje online. Póki co jest pewne, że wszystkie szkoły średnie będą się uczyć na odległość tydzień przed feriami krokusowymi, czyli 8-12 lutego (a potem tydzień ferii), ale popierdują coś, że może jednak wcześniej by przejść na online, a może by piątoklasistów i szóstoklsistów w naryjce ubrać, a może i cała podstawówka i przedszkole też tydzień online... Może w ogóle zlikwidujcie w chuj te szkoły i bedzie święty spokój. Czy tylko ja mam wrażenie,  że rządzą nami same niezdecydowane pizdy w chujogniotach, które nie potrafią żadnej decyzji raz sensownie podjąć? Ekspert eksperta ekspertem pogania, co jeden mądrzejszy od drugiego, a tymczasem ta śmieszna pandemia trwa już blisko rok,  a ci ciagle... a może by tak, a może jednak nie, a może jednak tak, a może jednak nie... a może jednak poprzednio było lepiej, a nie, raczej nie... KURWA! W tych pojebanych decyzjach nic sie kupy ani siku nie trzyma. Niektórzy mówią, że właśnie o to chodzi, a ja nie wiem, czy chcę, by mieli rację...

No ale kij im w oko. Wszystkim!

Jedyną pewną rzeczą jest, że Nasze Chłopaki mają urodziny niedługo, a ja zamierzam Młodemu z pomocą Młodej urządzić superowe, coolerskie, epickie przyjęcie urodzinowe. Scenariusz już jest gotowy. Zaproszenia już są prawie gotowe. Gadżety są już kupione. Nigdy mi nie brakowało pomysłów na zabawy dla dzieci, a pomysł na tegoroczne urodziny urodził się ponad rok temu i Młody czekał cały rok na jego realizaję, bo tak mu się ten pomysł spodobał. "Urodziny do góry nogami", gdzie wszystko robi się na opak, przodem do tyłu, górą do dołu, spodem do wierzchu... 

Tych urodzin w tym roku nie będzie, bo w tym roku jest pandemia, a pandemia jest idealną, jedyną i niepowtarzalną okazją do zorganizowania URODZIN ONLINE. Jakby nie pandemia, to nigdy bym na to nie wpadła, a to zajebisty pomysł jest. Robimy zatem urodziny online i Młody mówi, że mają być epickie. Będą na pewno, bo jak ja i Młoda robimy urodziny to zawsze są epickie, choc nie wszystcy muszę się tym zgadzać. Ważne, by się podobały nam i solenizantowi haha.

Na początku pomyślałam, że urodziny online nie mogą być fajne i że to nie to samo, co na żywo, ale potem zaczełam pisać scenariusz i szukać inspiracji w necie. Panie, ja mogę teraz ze 20 urodzin online zrobić i każde będą fajne i inne od drugich. Pomysłów w necie od groma - wystarczy poklikać i brać garściami. Monopoly na świezym powietrzu z instrukcjami przez telefon. Cluedo tak samo. Sama bym poszła na takie urodziny ha. Jednak nasze będą w domach, ale myślę, że dzieci nie będą się nudzić i że ubaw bedzie niezły. Obawiam sie tylko o stan domów gości po imprezie chłe chłe. No i byle tylko technika nie pokazała nam jakiegoś focha, bo online wszystko może pójść nie tak. O nas się nie martwię, bo mamy kilka laptów, komputer, iPady, iphone'y i kilka głów do kombinowania. Byle tylko dziecka miały przynajmniej tablety, bo np kalambury gorzej chodzą (choć chodzą) na telefonie, ale mamy też zabawy ruchowe, głosowe, zabawy z kartką i długopisem... No i żeby rodzice byli choć w połowie tak entuzjastycznie jak my nastawieni i chętni do współpracy, bo bez tego się nie uda. 

Mam nadzieję, że piekarnik jakiś dostaniemy od właścicieli domu przed urodzinami, bo już sobie torty dla chłopaków sprytnie zaplanowałam i lepiej, żebym nie musiała zamawiać u piekarza na wsi, bo co innego jak ci się nie chce robić tortu i sobie kupisz gotowy, a co innego jak chcesz samemu zrobić, bo właśnie masz najzajebistrzy z zajebistych pomysłów,  a nie możesz. Wrrr. Bowiem urodziny online z klasą urodzinami online z klasą, ale prywatnie trzeba je też we własnym gronie uczcić przeco z szampanem, tortem i prezentami. Prezenty dla Młodego już małe żółte rączki zapakowały i już jadą z Chin. Krzyczą teraz, żeby kupować lokalnie, ale ja tego nie kumam w ogóle, ja kupuję tam, gdzie mi się bardziej opłaca i gdzie mam ochotę akurat, bo niby w imię czego ja - prosty robol - mam wspierać lokalnych sprzedawców, gdy mi się to zupełnie nie opyla. Rząd próbuje uparcie wykończyć całą ekonomię, ale wy prostaczki ją ratujcie...

Dobra. Wystukanie tych wszystkich liter z klawiatury, zgodnie z moimi przewidywaniami, podziałało relaksująco. Teraz moge w spokoju iść wziąć prysznic i wrócić do lektury "Kociej Kołyski" Vonneguta, która wczoraj zaczęłam zaraz po skończeniu "Dżumy". Czasem dobrze se odświeżyć jakieś starocie dla odmiany. Dżumę się zupełnie inaczej czyta w dobie pandemii niż w normalnych czasach. Polecam ;-)











15 stycznia 2021

Każdy dzień nowa przygoda.

Mocno zakręcony tydzień dobiega końca. Dużo się działo. 


Zaczął się od 2 pierwszych zaległych egzaminów Młodej. Egzamin jak egzamin. Wpadasz do szkoły, siadasz w ławce i piszesz wszystko, co wiesz, a potem to, czego nie wiesz i oddajesz kartki. 

No chyba, że akurat jest pandemia i jacyś debile stwierdzają, że w szkołach trzeba pooszczędzać na ogrzewaniu oraz zadbać o planetę i nakazują otwierać wszystkie okna i drzwi przez całe dnie, no a uczniowi trafi się miejsce na przeciągu...

 Młoda miała tego farta....

 Po paru minutach było jej zimno. Po kilkunastu zaczęła szczękać zębami. Po pół godziny zmieniła kolor na niebieki. Gdy jej ręka zaczęła przymarzać do długopisu, stwierdziła, że sra na ten egzamin i poszła na dworzec, by wsiąć do pierwszego lepszego pociągu i się ogrzać. Po odtajaniu wysiadła na pierwszej stacji, a potem wsiadła do pociągu, którym mogła dojechać na swoją stację i wrócić do domu.

Drugim wartym zapisania zdarzeniem był e-mail, który dostałam od dyrektorki szkoły Młodej, a w którym dyrektorka zaprasza mnie na spotkanie w szkole w celu omówienia przyszłości Młodej w jej szkole w związku z nowo otrzymanym atestem potwierdzającym spektrum autyzmu. Spotkanie wyznaczyła na dziś, a ja dziś miałam myć klientom okna... Po szybkich acz skomplikowanych obliczeniach wyszło mi, że jak wezmę godzinę urlopu i zacznę pół godziny wczesniej to powinnam zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie do miasta. Obdzwoniłam wszystkich. Klient zgodził sie wstać wcześniej, konsultant w biurze  zezwolił mi na godzinę urlopu. Pomyślałam, że mogę złapać kapcia i niedojechac na stację. Pomyślałam, że pociąg może być spóźniony. Obmyśliłam, co wtedy zrobię, czyli plan B. Poszłam spokojnie spać.

A środę miałam niespodziewane wolne, bo klient zachorzał, więc zrobiłam sobie dzień towarzyski - mejle, telefony bla bla bla. Taka odskocznia była mi potrzebna.

W czwartek zaraz po wstaniu, jak każdego dnia, wyszłam do werandy po trawę dla Luśki (zimą trawę zbiera się po południu, by była na rano, bo rano jest ciemno. Tak, w Belgii w styczniu jest zwykle trawa zielona na łące.). Ciemno było, że oko wykol, ale słyszałam, że po dachu werandy ktoś rzucał piaskiem... A nie zaraz, jakim piaskiem. No nie mówcie, że pada śnieg! Nie. 

Padał. Jebany.

Ja muszę po południu jechać do drugiego klienta, a po robocie jeszcze Młodego ze świetlicy odebrać. Młoda musi do szkoły, bo ma kolejny egzamin. Dobrze by było też wrócić, a nie tylko pojechać do miasta. To 30km, z trampka nie przyjdzie. Może nie wiecie, ale jak w Belgii napada z 10 cm śniegu, to pociagi nie jeżdżą! Tak samo jak jest upał... Najstarsza też cały dzień w szkole. No a auto M-Jak-Męża ma letnie obuwie, a też kawał do roboty dojeżdża, więc nikogo z nas nie poratuje, jak utknie w korku. Kto widział, co robią Belgowie na drodze, jak pada śnieg, ten wie, co mam na myśli. W Belgii (poza Ardenami) śnieg to armagedon, katastrofa, koniec świata. Tu nikt ci zwykłej drogi nie odśnieży, nikt nie posypie piaskiem czy solą. A tu jeszcze to spotkanie w piątek. Śnieg nie był brany pod uwage w przygotowywaniu planu B.

Dlatego sie zestresowałam na maksa. W nerwach wychodziłam z Młodym do szkoły. No ale nic. Jedziemy. Pedałujemy pod górkę jojcząc, że śnieg wali nam w oczy i piecze jak szlag. Poganiam go, bo za późno żeśmy wyszli a ja zaraz mam być u klienta. Już ponad połowę drogi zrobiliśmy, gdy nagle popatrzyłam na mój kosz z przodu, gdzie powinien być mój plecak roboczy i Młodego tornister szkolny. Plecak był. Patrzę na plecy Młodego. Nie ma tornistra. Patrzę dla pewności na moje plecy. Nie ma tornistra. 

No jasna kurwa i sto milicjantów! 

Młody został, gdzie był, a ja dyla do chałupy po ten jebany tornister. Ten śnieg w oczy. Jacyś ludzie w autach pod prąd jadą i walą światłami po oczach jakby śnieg to za mało było. Otwieram drzwi. Zamykam drzwi. Kręce z powrotem. Dojechaliśmy do ostatniego skrzyżowania, gdzie oddałam Młodemu tornister i powiedziałam 'do zobaczenia wieczorem', a wtenczas w świetle latarni zobaczyłam, że bateria w rowerze jest prawie rozładowana, a ja po południu muszę jeszcze 10km przejechać. 

No ja cierpię dolę. 

Znowu do domu. Podłączam moją krowę (zwaną też rowerem elektrycznym) do elektryczności. Biorę plecak i maszeruję z trampka do sąsiadki. 20 minu spóźnienia to całkiem nieźle jak na takie przeboje. 

No i przyszedł ten wyczekiwany piątek, piateczek, piatunio. Już od rana sram miodem, co tam na tym spotkaniu dyrka powie. Czy będą mili i dadzą Młodej jakieś ułatwienia ze względu na autyzm, czy też może zasugerują, że w innej szkole było by jej wygodniej. No i w ogóle, myślę co trzeba powiedzieć, przedyskutować, uzgodnić, żeby o niczym ważnym nie zapomnieć i niczego nie przeoczyć... 

Obudziłam wszystkich, którzy obudzenia potrzebowali. Nakarmiłam Luśkę zieleniną. Zjadłam i zapakowałam śniadanie do tornistra Młodego. Posprzątałam u świnek, bo już zaczynało walić, jak z wylęgarni troli. Kupiłam sobie bilet do miasta, bo dawno apki pociągowej nie używałam i wolałam w domu sprawdzić czy działa, bo kupowanie w pociągu u konduktora drugie tyle drożej wychodzi na takiej trasie. Zaprowadziłam Młodego na świetlicę i pokręciłam do roboty. Uwijam się, żeby zrobić jak najwięcej w te trzy godziny. Klienci mi pomagają, żeby jeszcze więcej zrobione było. I nagle widzę na ajfonie numer szkoły. Oho! Cosik nie pykło.

- Dzień Dobry. Dzwonię w związku z dzisiejszym spotkaniem. Pani dyrektor zachorowała i spotkanie zostało odwołane. Skontaktujemy się z panią, gdy pani dyrektor wyzdrowieje, by ustalić nowy termin.

A spierdalajcie!

Dobrze, że już weekend. Będę się czilować. Na jutro obiecałam Młodemu, że z nim w Mortal Kombat steamie zagram. No to zagramy i się pośmiejemy, a co. Może też jakiś filmik nagramy.

Pitolą znowu coś o śniegu i Młody ma nadzieję, że napada, bo w niedzielę idzie do kumpla, to by się potłukli śnieżkami. Kumpel ma siostrę i jeszcze jedna klasowa koleżanka też ma być to już gromada. Tak czy owak na pewno znowu będzie się dobrze bawił i wróci do domu uniurany jak dzik, a my będziemy mieć chwilę spokoju. Bo nie powiem, że ciszy. Młoda jak się zejdzie z towarzystwem on- line, to się czasem zastanawiamy, czy oni by się nie słyszeli i bez komputerów, bo tak się drze do tego mikrofonu. 

Tak serio to u nas w domu zasadniczo jest bardzo cicho. Żadne z nas nie lubi hałasu, a każde lubi zajmować się swoimi sprawami w swoim kącie. Czytamy, klikamy. Nie mamy ani radia ani telewizji. Gdy oglądamy coś w necie z laptopów to też po cichu, bo przecież siedzimy tuż przed ekranami, a jak w pojedynkę to zwykle używamy słuchawek. Bardzo lubię nasz dom z tego powodu. Nie wyobrażam sobie nawet, że dziś musielibyśmy mieszkac w mieście, gdzie ciągle te piekielne samochody, karetki, ludzie wiecznie drący te swoje ryje... Brrr.

 Cisza i spokój zadupia to piękna sprawa. 





9 stycznia 2021

Moi fantastyczni sąsiedzi. Życie na belgijskiej wsi.

 Opowiem Wam, co nam się pięknego przytrafiło na dobry początek tego roku, bo takimi opowieściami trzeba się dzielić. To będzie opowieść o naszych sąsiadach i naszych sąsiedzkich relacjach.



Zacznę od naszej najbliższej sąsiadki, która nas bardzo pozytywnie zaskoczyła zaraz po Nowym Roku, a z którą ponad rok żeśmy się nie odzywali, bo wkurzył nas jej pies (o czym zdaje się kiedyś było na tym blogu), a my zaś  wkurzyliśmy ją tym, że jej pies nas wkurza, no i tym, że nie mamy psa i w ogóle.... Czyli jak zwykle - na początku było słowo, a przez nie wszystko się stało,  a bez niego nic się nie stało, co się stało i ciemność nas ogarnęła. Jakby człowiek czasem powstrzymał się z otwieraniem japy, to i świat mógłby być jaśniejszy, ale z drugiej strony czasem dobrze jest też tę japę otworzyć, by powiedzieć SORRY, ZIOM!

To dziwne jest - może nie uwierzycie nawet, ale cholibka gdzieś na początku grudnia pomyślałam sobie, noż kurwa tak się nie odzywamy z tą sąsiadką już tyle o takie gówno, może by tak kupić jakie polskie czekoladki, naleweczkę babuni i zapukać we święta do sasiądki, bo to bez sensu tak o nic się nie odzywać, a przecież babka spoko jest i na początku, jak się wprowadziła, to dobre relacje mieliśmy i w ogóle. I ona, i my jestesmy obcokrajowcami. Ostatnio zrozumieliśmy, że i u niej jakieś problemy poważne być muszą zdrowotne, a może i nie tylko zdrowotne, bo... no bo po prostu człowiek jak jest wwo, to widzi takie rzeczy wyraźnie c'nie? No ale pomiędzy POMYŚLEĆ a WYKONAĆ to z 10 stacji jest i ja wysiadłam tym razem na stacji Dziecko Ma Myśli Samobójcze, która znajdowała się zaraz za stacją Dziecko w Szpitalu. 

Po powrocie Młodej ze szpitala, mimo że wszystko ostatecznie okazało się w porządku, zaliczyłam mega doła, na którego złożyło się po troszę zmęczenie całoroczne, po trosze szpitalna przygoda i stres egzaminacyjny, po trosze przemyślenia własne. Samopoczucie to sinusoida i pod koniec 2020 roku akurat był dół. Tak wyszłoo...

A poza tym Sąsiadka na moje ostatnie Dzień Dobry, skierowane do wszystkich sąsiadów jakich zastałam na ulicy po powrocie z roboty (a było ich sporo, bo ładny dzień był i wyszli się posocjalizować i ponarzekać na pandemiczne czasy), odwróciła się i nie odpowiedziała. No to kij ci w oko c'nie.

W czasie urlopu nie myślałam ani o sąsiadach, ani o niczym innym sensownym. Oglądaliśmy Netflixa i leżeliśmy bezrefleksyjnie na kanapie (no, mówię za siebie, bo inni to może i refleksyjnie przeżywali swój urlop). 

I wtedy nadeszła ta wiekopomna chwila. 

Był dzień 2 stycznia wieczorem. Już się wykąpałam, bo szykowaliśmy się do oglądania "Kleru", który to film właśnie dostarczył nam był tego dnia kurier.  

- Kto, u diabła, dzwoni do drzwi o tej porze?!

No i tu się okazuje, że sąsiadka miała podobne przemyślenia, tyle że ona dała rady przejść od myśli do czynu. Więc trochę mi wstyd, ale nie zmienia to faktu, że cieszę się niezmiernie, że tak się stało i że ona zadzwoniła do tych drzwi tego wieczoru.

Przytachała flaszkę porto (laska jest z Portugalii) i powiedziała, że nowy rok jest, więc pora zapomnieć stare nieporozumienia i w ogóle ble ble ble...

BABA Z JAJAMI. 

NO SZACUN PO PROSTU. 

TAKICH LUDZI NAM POTRZEBA NA TYM  ŚWIECIE!

Nawet nie wiecie, jak się cieszymy wszyscy z tego niby drobnego zdarzenia. Mam nadzieję, że będzie okazja kiedyś z nią bliżej się poznać, pogadać i w ogóle.

Jakby nie ta posrana pandemia to mieliśmy w planach zaprosić wszystkich naszych sąsiadów na drobny poczęstunek z okazji naszej 10 rocznicy, no ale co? Jajco!!! A raczej COVID.


Tak czy owak sąsiadów mamy fantastycznych. Jedna nowa sąsiadka nie bardzo się w ten klimat wpisuje, ale jakoże po kilku miesiącach mieszkania tutaj, chyba z większoscią (jeśli nie wszystkimi) zdążyła się pokłócić, to chyba nie zanosi się, że my wbijemy do niej kiedyś z flaszką, czy że się zaprzyjaźnimy. Ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy...

Pozostali są spoko. Jedni z sąsiadów - emeryci - w pierwsze nasze świeta tutaj przynieśli dla nas prezenty, bo "nasze rodziny są tak daleko, to może choć trochę będzie nam milej, gdy od obcych upominek dostaniemy". Było jakieś wino, jakieś zabawki i słodycze - już nie pamietam dziś, ale to było też niesamowite i totalnie nieoczekiwane. 

Od wszystkich co roku dostajemy kartki na  święta albo Nowy Rok. My oczywiście też wrzucamy własne kartki do ich skrzynek. To jest przemiły zwyczaj. 

Każdy każdemu mówi "Dag!", zagaja się o pogodzie i tak dalej.

Inni sąsiedzi, których nie raz wspominam, bo są nie tylko sąsiadami, ale i właścicielami naszego domu, też co raz nas czyms obdarowują. W tym roku znowu otrzymaliśmy gratis żywą choinkę. Systematycznie dostajemy też od nich kwiaty, warzywa, wino. Wino i czekoladki dla dzieci, a także orzechy i jabłka podarowuje nam też systematycznie inna sąsiadka, która jest też od pewnego czasu moja klientką. W sensie izbę u niej zamiatam raz na jakis czas.

Mieszkamy pośród bardzo sympatycznych ludzi. Poza tym jest tu normalnie, jak na każdej innej porządnej wsi, czyli ludzie plotkują niemiłosiernie, a listonosz jest jednym z czołowych plotkarzy i najlepszym źródłem informacji z całej wsi :-) Są tacy, co całe życie żyją z socjalu, są tacy, którym wszystko przeszkadza i do wszystkiego sie przyczepią i tacy , którzy z nikim nie rozmawiają i których nikt nie zna. No i tacy, którzy nigdzie nie chodzą, a wszystko zawsze wiedzą. Jak to na wsi.

Po 7 latach już z grubsza wiemy, kto z kim się nie lubi i kto pod kim dołki kopie  i wiemy dlaczego. Wiemy, na kogo trzeba uważać, a z kim się trzymać. 

Ogólnie to bardzo dobre, pozytywne  i spokojne miejsce, ale nie każdy zostanie tu zaakceptowany i nie każdego polubią. W takiej specyficznej społeczności trzeba umieć się odnaleźć. Nam się to raczej udało, bo zasady życia są podobne, jak były w naszych polskich wioseczkach - albo jesteś z nimi albo przeciwko nim - a nam te zasady jak najbardziej pasują. Lubimy i poplotkować, i zwyczajnie zagaić o dupie Maryny. Dobrze się tu żyje.

1 stycznia 2021

Jaki był dla nas 2020 rok?

Kolejny kalendarz wylądował w koszu. Co ciekawego w nim zapisaliśmy? Ano całkiem sporo.

Kalendarz z 2020 zawierał kilka dla nas ważnych rocznic, a w ciągu roku odnotowaliśmy w nim kolejne ważne wydarzenia, momenty i zajścia.


Naszemu małżeńswtu pyknęło w tym roku równe 10 latek. Nie jeden powie zapewne, że to niewiele, bo co to jest 10 lat w dziejach Ziemi? Jednak to jest nasze 10 lat i MY przez te 10 lat przeżyliśmy pewnie więcej, niż niejeden Kowalski przeżyje przez całe życie. Takie w każdym razie odnosimy wrażenie, gdy nas zbierze na wspomnienia, a dziesiąta rocznica jest ku temu najlepszym momentem. Zaliczyliśmy wiele dołów i wiele razy dostaliśmy porządnie w dupę, a kilka razy myśleliśmy poważnie o zakończeniu wspólnej przygody i pójścia każdy we własną stronę, bo zdawało nam się, że tak będzie lepiej. Każda jednak wspólnie pokonana przeszkoda pozwalała nam spojrzeć na naszą rodzinę z innej perspektywy, lepiej się wzajemnie poznać i zrozumieć, a nasz związek z każdym dniem bardziej się utrwala. 


Najstarsza przekroczyła w tym roku jedną z najważniejszych granic - przeszła ze świata dzieci do świata dorosłych. Od tego roku jesteśmy rodzicami dorosłego dziecka. To wspaniałe uczucie uświadomić sobie, że jest się mamą już osiemnaście lat i że się dało to przeżyć, choć łatwa przygoda to to nie jest. Ale o tym już było.



W tym roku też Najstarsza oświadczyła oficjalnie, że ma dziewczynę. Pierwsza miłość bez wątpienia zasługuje na zapisanie w agendzie i to wielkim grubym drukiem. To dla nas rodziców wielka radość, gdy nasze pociechy poznają nowych ludzi, zaprzyjaźniają się, zakochują...



Druga córka skończyła  w minionym roku 16 lat. Od teraz może już legalnie napić się piwa, wina i zapalić fajkę oraz pójść legalnie do roboty, gdyby tylko chciała. Jeszcze tylko 2 lata i ta też będzie dorosła. Zrobiliśmy fajne urodziny.





Ja od początku tego roku pracuję tylko na pół etatu i po roku mogę rzec, iż była to świetna decyzja. Teraz mam czas dla Reszty z Piątki. Mam czas by sprostać wszystkim obowiązkom domowym, by ugotować każdego dnia albo przynajmniej kilka razy w tygodniu. Mam czas by spokojnie wysłuchac każdego i z każdym porozmawiać i o każdego się zatroszczyć, a ciągle mogę zarobić też parę centów i dołożyć sie do utrzymywania naszej wcale nie małej rodziny.

W tym roku nasz kochany Niko przeszedł przez tęczowy most, ale niedługo potem przygarnęliśmy dwa nowe malutkie śliczne stworzonka  - nasze świniaczki. Kupiliśmy dla nich też nowy wybieg i przenieśliśmy je z sypialni Młodego do salonu, dzięki czemu możemy się cieszyć wszyscy ich wesołą, puchatą obecnością.



W 2020 udało nam się też wszystkim wyjechac na wakacje, mimo że czas był to niepewny. Przeżyliśmy wiele miłych chwil i wypoczęliśmy należycie.

U Młodej w tym roku potwierdzono oficjalnie dysprakcję. Dyspraksja to żadna radość, ale jak już to masz, to dobrze o tym wiedzieć, i właśnie się dowiedzieliśmy w tym roku. To ważne.

U Najstarszej potwierdzono spektrum autyzmu. Tak samo, jak wyżej - lepiej by było tego problemu nie mieć, ale jak już się ma, to lepiej wiedzieć o tym, bo tylko wtedy można swój problem lepiej poznać i podjąć właściwe kroki, by sytuację jak najlepiej opanować. 

Nie można też zapomnieć o pojawieniu się nowego rodzaju wirusa grypy, który - mimo że jest cholernie małym kurduplem - potrafił  postawić cały świat na głowie.

Jednak dzięki pierwszemu lockdownowi zyskaliśmy dodatkowy czas na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego. To nam bardzo pomogło wszystkim.

Obie dziewczyny zaliczyły w tym roku krótkie pobyty w szpitalu. Jedna była operowana, a druga przeszła niemiłe badanie pod narkozą. Zabieg przebiegł pomyślnie, a badanie nie wykazało niczego niebezpiecznego.



W 2020 zaczęliśmy z Młodym prowadzić kanał na You Tube, który jest dla nas powodem do dumy, radości i dobrej zabawy. Dzięki Epic World of Izydor uczymy się też wielu nowych rzeczy - i ja i Młody. 

Zrobiłam w tym roku też coś szalonego. Pierwszy raz obcięłam włosy maszynką do zera. Jestem z siebie dumna. Nie każda się odważy.


Nasze życie wjechało na nowe tory, czyli dokonała się kolejna zmiana naszych poglądów.

Zmiana poglądów nie następuje nigdy z dnia na dzień, a dojrzewa długo i w zasadzie nie można powiedzieć, że oto tego dnia o tej godzinie to się stało. Jednak w tym roku wyraźnie sobie nasze zmiany wewnętrzne uświadamiamy i w tym roku głośno i wyraźnie o nich mówimy. Toteż zapisujemy je na ten mijający rok.

Temu tematowi trzeba by poświęcić osobny wpis, a może nawet kilka, bo to temat szeroki. Jednak wspomnę tu tylko najważniejsze rzeczy: rodzina, seksualność, religia. W ostatnich miesiącach zrozumieliśmy wiele spraw i wiele niejsaności sobie wyjaśniliśmy. Uwolniliśmy się z kilku więzów, z kilku niezdrowych relacji i paru zabobonów. 

Dziś nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, jakimi byliśmy rok temu, ani tym bardziej jakimi byliśmy 5, 10 czy 15 lat temu. Dzięki swoim doświadczeniom życiowym, niekończcym się rozmowom, obserwacjom świata i ludzi, lekturom i filmom, udało nam się spojrzeć na świat z innej perspektywy, udało nam się lepiej zrozumieć i poznać siebie samych, a potem wielu rzeczom i ludziom powiedzieć kategoryczne NIE, a innym z kolei TAK. 

Reasumując, po tym roku znowu staliśmy się mądrzejsi, znowu poszliśmy krok (a może i kilka) na przód, znowu wielu rzeczy się nauczyliśmy i nabyliśmy nowych doświadczeń. Dzięki temu w ten nowy 2021 rok wkraczamy silniejsi i odważniejsi. 

Teraz czekamy z niecierpliwością, by zobaczyć,  co przyniesie ten rok, który właśnie się zaczął, bo zapowiada się bardzo ciekawie. Jesteśmy przekonani, że przyniesie wiele kolejnych zmian i ciekawych zdarzeń. Historia nie zna takiego przypadku jak ta pandemia, więc zupełnie nie można przewidzieć,  co się zdarzy. To jest fascynujące z lekkim dreszczykiem grozy, bo rozum i fantazja podpowiada różne  scenariusze na najbliższe miesiące i kolejne lata. Bez wątpienia jeszcze wiele przyjdzie nam się w najbliższym i dalszym czasie nauczyć i doświadczyć. Bez wątpienia i za rok będzie, co zapisać w tym pamiętniku.