14 marca 2026

Niemcy dosłali właściwą ładowarkę, a w żonkilach pojawiły się psy

 No i poszliśmy na to niedzielne wielkie sprzątanie do szkoły... 

To co tam zobaczyłam, przeszło moje nadziksze oczekiwania haha. Panie, galopujący szok, na jakim etapie jest w ogóle ten remont. 

Jak pisali o dokańczaniu to ja oczami wyobraźni widziałam jakieś ostatnie szpachlowania przed malowaniem, ostatnie machnięcia pędzlem, jakieś tam przyklejanie listw podłogowych, żyrandoli, ewentualnie wykończenie jakiegoś strychu czy piwnicy, a tu, człowieku, nawet kuźwa schody główne nie zrobione, drzwi do klas nie ma, w ścianach dziury na wylot , znaczy na zewnątrz, na pole zaklejone po kawałku jakąś dyktą albo folią, podłogi wyłożone kawałkami płytą pilśniową. Tu i ówdzie jakiś gruz zalega, gdzie indziej stoją wiadra i sprzęty. Pod szkołą jakieś stare sedesy stoją. Piwnica, gdzie normalnie sale lekcyjne są, praktycznie nie otynkowana, na podłodze czysty cement, kible działają tylko na parterze, a szkoła ma poza tym 2 piętra i piwnicę. Winda oczywiście, że nie działa... Kopara opada. 


sala do samodzielnej pracy indywidualnej 



lepsza klatka schodowa 

z zewnątrz zacnie


I pomyśleć, że remont miał zostać skończony w 2024 roku, DWA LATA TEMU!!!... ale pewnie jak zwykle nima komu robić.

Pojechałam z Młodym gdzieś koło południa, że zobaczymy czy jeszcze jest coś do roboty... HA HA. 

Tam to wygląda, jakby ze 4 lata jeszcze było co do roboty.

 Ale mniejsza o to. 

Zapytałam, w czym mogę pomóc i dostałam wiadro, szmatę i ściągaczkę na kiju. Poszłam z jakimiś kilkoma nauczycielkami sprzątać dużą salę, przeznaczoną do samodzelnej cichej pracy. Umyłyśmy (najwyraźniej już po raz któryś) podłogę, a potem krzesełka i stoliki... Potem pomagałam jeszcze w innych salach, umyłam jeden długi korytarz, który zdawał się nie mieć końca...  Przyklejałam też naklejki z imionami na szafkach. Młody załapał się z innymi chłopakami do noszenia jakichś stołów, krzeseł, a potem ganiali po podwórku, wspinali się na drzewa, bo tam ogromne drzewska rosną...

Mimo kiepskich warunków i tu i  ówedzie rzuconej uwagi nt stanu remontu i ogromu pracy, humory i pozytywna energia wszystkim tam dopisywała. Nauczyciele razem z rodzicami, uczniami z uśmiechem na pyskach zasuwali w pocie czoła, by przygotować jak najlepiej szkołę do poniedziałkowych pierwszych zajęć. Pan z sekretariatu z innym panem przykręcali tablice i ekrany. Dyrektorka rozdzielała zadania, ale i sama też śmigała na mopie albo ze ścierą, czy targała meble. Poznałam kilku nauczycieli Młodego i obejrzałam sobie całą szkołę na spokojnie. Dużo tam jeszcze jest do zrobienia, ale jak to w końccu ukończą, to będzie to na prawdę zacna szkoła. Gdy po jakichś trzech godzinach uznałam, że jak na mnie wystarczy i zaczęłam się żeganać, wszyscy mi serdecznie dziękowali za przyjście, bo każda para rąk się liczy w takim przedsięwzięciu.

Jednak zmęczyłam się okrutnie, a jeszcze nie chciało mi się użerać z moim rowerem w pociągu, więc korzystałam z normalnego blue-bike, co wymagało porządnego kręcenia te 4 w tamtą i cztery w powrotną stronę. Przy czym oczywiście droga powrotna była jakby cięższa i ledwo z biedą do tej stacji dojechałam. Sie człowiek rozpanoszył na tym elektrycznym rowerze, że się teraz kręcić lekko by chciało zawsze i wszędzie, ale to tak nie działa, panie...

 Potem poszliśmy na hamburgery, ale Araby nie miały bułek, więc zjedliśmy tylko frytki. Gdy doszliśmy na dworzec, zobaczyliśmy że nasz pociąg ma blisko 20 minut opuźnienia. Niech żyje NMBS! Do domu dotarliśmy gdzieś koło 20tej. Następne dni byłam zmęczona jak fiks.

Młody zaraz w poniedziałek skonstatował, że "chyba Polacy" tam robią przy tym remoncie, bo raz głośne "KURWA!" słyszał haha. 


W poniedziałek zaraz z rana zadzwoniłam do Lidla

Panie, nawet szybko się dodzwoniłam na biuro obsługi i bardzo miły pan odebrał. Tyle tylko, że jak poszedł na chwilę coś tam robić (uzupełniać dossier czy kogoś się pytać??) to włączył muzyczkę... Znaczy MUZYCZKA to była by okej, ale na poczekajce w Lidlu mają reklamy produktów z Lidla. Jessssu! To najgorszym przestępcom powinni puszczać w więzieniach, a nie normalnym ludziom. Myślałam, że mnie do czubków trzeba będzie odwieźć, zanim chłop ponownie się odezwie... 

Jak już w koncu się odezwał, rzekł iż wysłał moje zgłoszenie problemu do dostawcy rowerów i że do dwóch tygodni powinni się skontaktować. No zajbiście, pomyślałam, teraz bedziemy czekać 2 tygodnie na następną miłą rozmowę... Ale nie, już na drugi dzień, przyszedł mejl z Niemiec, że przepraszają bla bla bla i z pytaniami dodatkowymi na temat szczegółów zamówienia i problemu. Gdy odesłałam dane, które chcieli, po dłuższej chwili pojawił się w skrzynce kolejny mejl, tym razem po niemiecku. Niech żyje tłumacz google! Znowu przeprosiny i oświadczenie, że czym prędzej wyślą mi właściwą ładowarkę, a tą mogę wyrzucić i nie muszę jej odsyłać... Młode od razu jednogłośnie oświadczyły, że sprzedadzą na vinted, bo na pewno ktoś szuka haha. Nowa, właściwa tym razem, ładowarka dotarła zgodnie z prognozą w piątek. Naładowaliśmy rower i Młody zrobił już próbną jazdę oświadczając potem, że jest git.

Rower jawi się bardzo solidny, nic się nie kolebocze jak w tym starym, a tak nawiasem mówiąc, to stary już do jazdy w ogóle się nie nadaje. Przerzutki rozpindoliły się w drobny mak podczas ostatniej jazdy. Spróbujemy kupić jakieś nowe i założyć, bo szkoda wyrzucać po pół roku roweru za 800 ojro, ale warty to on tyle na pewno nie był. Gówno jakich dziś wiele... 

Zatem NIE POLECAM rowerów FLEBI z Decathlonu w żadnym wypadku. Skurwysyństwo Wirus. W ogóle żadnych rowerów z Decathlonu nie polecam.

Czy składak FoldX 530 z Lidla się sprawdzi, napiszę zapewne za jakiś czas, bo wygląd swoją drogą, a życie swoją...


Jego dużą wadą jest waga i gabaryty. Waży skubany ponad 20 kilo i po złożeniu jest ciagle dosyć wielki. No ale coś za coś. Na stronie kolei NMBS nie ma wytycznych dotyczących gabarytów roweru składanego, który można zabrać gratis do pociągu. Podają tylko, że ma być całkowicie złożony przed wsiadnięciem do pociągu. Holendrzy mają w swojej kolei dokładniejsze wytyczne, ale ten rower jak ten mieści się w normach. Na styk, bo na styk, ale ważne, że takiej wielkości rower nadal jeździ za darmo, gdy jest złożony.

Młody jest w stanie go podnieść, bo ostatnio dosyć intensywnie ćwiczy z hantlami, robi pompki, brzuszki itd, to siły nabrał i mięśnie już ładnie przypakował, ale czy poradzi sobie z wkładaniem tego roweru do pociągu, gdy przyjedzie wysoki pociąg, to się okaże w praniu. Najczęściej jeździ pociągami, które mają podłogę na równi z (wysokim) peronem, ale czasem puszczają niestety to badziewie ze schodami...

Po niedzieli się przekonamy, jak mu pójdzie dojeżdżanie do szkoły w nowej konfiguracji rowerowej.

* * *

W tym tygodnu byłam też dwa razy w biurze pracy VDAB. Raz z Najstarszą, raz ze sobą...

Najstarszej tym razem jakiś gadatliwy entuzjastyczny chłop się trafił. Jego gadanie i mrowie informacji, skądinąd pozytywne,  spowodowało u Najstarszej ogromne przebodćowanie i  shutdown. Zaczęła wyglądać jak chora, czuć się  ogromnie zmęczona, nieobecna i czym prędzej chciała wyjść stamtąd... A tu na zewnątrz jeszcze lało jak z cebra i ogromnie sie ochłodziło. Postanowiłyśmy pójść do kawiarni, by napić się coś ciepłego na rozgrzewkę. Nie daleko było, ale i tak zaczęłyśmy obie strzelać zębami z zimna. Zmęczenie oczywiście tego stanu nie poprawiało... Słodka latte i kawałek ciasta trochę pomogły. Potem jeszcze wstąpiłyśmy do sklepu po parę spożywczych artykułów i tak udało nam się doczekać do przyjazdu naszego autobusu, który - jak wam już wiadomo zapewne z poprzednich wpisów - odjeżdża raz na godzinę.

 Jednak chłop podał też sporo ważnych i konkretnych informacji. Najstarsza jest bardzo zadowlona, że wreszcie ktoś coś ciekawego i przydatnego powiedział... Po raz pierwszy jasno i wyraźnie ktoś powiedział otwarcie "My ci pracy nie znajdziemy. Ty sama se musisz pracę dla siebie znaleźć. My podpowiemy ci jak i pomożemy z formalnościami". Dla Córki było to bardzo ważne. Konkretne informacje. Gość podał nam też, gdzie najwięcej możliwości jest jeśli idzie o zakłady pracy chronionej i że np w Dendermonde jest raptem jedna firma, ale np w Sint-Niklaas jest sporo...

Powiedział też (wbrew temu, co zdawali się sugerować inni) że córka nie jest bynajmniej uwiązana do regionu, tylko może szukać zakładu pracy w dowolnym miejscu dla niej wygodnym.

Dowiedzieliśmy się też, że nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbowała w międzyczasie - jeśli takie ma życzenie i możliwość - zacząć pracę na sprzątaniu. Gdyby jej się to nadało i dobrze szło, po kilku miesięcach po prostu zamkną jej dossier, a jak się nie powiedzie, to będzie mieć zakłady pracy chronionej jako plan B. Do następnego spotkania ma sobie znaleźć zawody, które by ją interesowały z tych w pracy chronionej i których by chciała spróbować. A po niedzieli zamierzamy razem pójść do pobliskiego biura sprzątającego i wypytać się o możliwości zatrudnienia dla niej i warunki.

Jedno, co mnie osobiście lekko zirytowało, to jedna wypowiedź pana w związku z naszym pytaniem o tę pracę na sprzątaniu (zapytałyśmy, czy można w trakcie tego trajektu) że "pieniążki faktycznie mogą zdawać się ważne... ". Nie wiem, czy dokładnie takie były słowa, ale dość że wydźwięk ich był w każdym razie taki, że oto moja corka dla fanaberii postanawia, że chciałby zarobić kilka centów, gdy jako alternatywę może odbyć kolejny zajebisty DARMOWY, NIEPŁATNY, ZA FRIKO staż, czy jakieś dni próbne.

Dla mnie zabrzmiało to w każdym razie jak tekst rozpieszczonego dzieciaka z bogatej rodziny, który skończył studia za pieniądze rodziców, na starcie w dorosłość dostał od starych w pełni umeblowany dom,  porządny samochód i kilka tysicy na kącie na drobne wydatki, a do pracy poszedł z nudów... 

Nie znaczy, że tak jest, że mam rację, bo może po prostu tak to tylko zabrzmiało albo ja to opacznie zrozumiałam, a jednak nie po raz pierwszy mam wrażenie, iż dla belgijskich urzędników i nie tylko urzędników jest oczywiste, iż wszyscy  rodzice mogą z palcem w dupie zapewnić utrzymanie swoim dorosłym dzieciom, kupić im dom, samochód i w ogóle, bo każdy zarabiał przez całe życie po 5 tysięcy euro, nigdy na nic nie chorował, nie miał problemów i ma naodkładane milionów w skarpecie... 

Jeśli takie właśnie podejście było tutaj przez ostatnie pół wieku, to chyba nie dziw, że ludzie po 20 lat pobierali zasiłki dla "szukających pracy", a dziś, gdy rząd zabrał im pieniążki to robią awantury w urzędach pracy i w pomocy społecznej, chcą bić urzędników i demolują urzędy. Tak, w Antwerpii np zainstalowanao specjalne szerokie lady, przez które petent nie może dosięgnąć pracownika urzędu, a urzędnicy mają z tyłu wyjście ewakuacyjne i przyciski alarmowe - jak widziałam w wiadomościach - bo leniom śmierdzącym sie nie podoba, że ktoś każe im nagle iść do pracy... No ale z drugiej strony widzę jak to wszystko działa, jak sięmiesiącami  mieli, jak cię odsyłają od kajfasza do annasza, jak ci proponują jakies  staże (zakładając oczywiście, że będziesz żył przez ten czas z zasiłku), ile to wszystko trwa... no to też i nie dziw, że jest jak jest. 

Jeszcze innej ciekawej obserwacji i wniosków się dorobiłam dzięki tym wszystkim wizytom w VDAB. Już kilka razy usłyszeliśµy od urzędników i czytam to też wszędzie na swoim koncie internetowym, mejlach etc, że "ważne jest by stawiać się na spotkania w urzędach" "ważne jst by przychodzić punktualnie" no i ci urzędnicy to też notują i podkreślają we wszelakich ewaluacjach, a nawet jakby ze zdziwieniem komentują, że Najstarsza zawsze przychodziła na wszystkie spotkania i do tego punktualnie... A czy to kurwa nie jest oczywiste?! Logiczne? Rozumiane samo przez się?! Dla mnie to jest wielki szok, że dla tzw normalnych ludzi nie jest to czymś oczywistym. I jeszcze mówią, że trzecie... TRZECIE!!!! nie stawienie się na spotkanie dopiero może wiązać się z zabraniem zasiłku (gdy ktoś owy pobiera). 

Moim zdaniem, jeśli ludzie tak traktują to wszystko, to prawo winno być do tego dostosowane, czyli porządnie przykręcona śruba, tak by tylko ludzie, którzy na prawdę pomocy potrzebują, pomoc dostawali, a na resztę to solidnhy bat i zagnać skurwysyństwo do roboty. Dzięki temu pośrednictwo pomiędzy szukającymi pracowników i szukającymi pracy też by sie uprościło. No ale to moje zdanie, a ja jestem dziwna...

* * *

Ja też na konkretną babkę trafiłam. Po nazwisku i kolorze skóry konstatuje, że to nie jest rodowita Belgijka i to może mieć znaczenie. Inni obcokrajowcy częstokroć o wiele lepsze rozeznanie mają w możliwościach niż tubylcy, bo albo sami zwykle trudną drogę przeszli, dzięki czemu wiele się nauczyli, albo pomagają rodzinie czy swoim rodakom... Często też lepiej rozumieją problemy drugiego człowieka niż ci, którzy od zawsze w tym tutejszym skostniałym schemacie funkcjonują i nie potrafią spojrzeć z innej perspektywy.

Dość, że szybko znalazłyśmy razem kilka pomysłów na potencjalną pracę dla mnie, które można rozpatrzeć... 

No i znowu okazuje się, że wiele zawodów można po prostu zwyczajnie pójść spróbować. Są różne dni informacyjno-próbne, że idziesz na kilka godzin porobić interesującą cię robotę, dzięki czemu możesz organoleptycznie się przekonać, czy robota ci leży czy nie... Oczywiście liczba miejsc jest często ograniczona, ale póki co pani udało się mnie zapisać na dzień próbno-informacyjny sprzątania szpitali, biur (coś w ten deseń). Babka stwierdziła, że to raczej dla mnie za ciężkie, a ja jej na to, że też tak uważam, ale mimo wszystko chcę to zobaczyć i się bliżej zapoznać z tym zawodem może na przyszłość lub jako plan B, C, K... (także pod kątem córki). Pójdę gdzieś pod koniec marca zobaczyć, z czym to się je i jak taki moment w ogóle wygląda, bo już samo to jest ciekawe, a ja przecież muszę wszystko wiedzieć, jak działa... tak samo jak Młody.

O wiele bardziej interesującym dla mnie jest logistisch assistent, czyli asystent logistyczny w służbie zdrowia, czyli osoba wspierająca pielęgniarki i opiekunów w szpitalach i domach opieki. Zajmuje się przygotowywaniem posiłków dla pacjentów, serwowaniem napojów, ścieleniem łóżek, przewożeniem pacjentów na zabiegi, przewożeniem materiałów medycznych, próbek krwi do labu, pościeli etc, wykonuje też niektóre prace biurowe i administracyjne... Brzmi to dość ciekawie. Nawet nie wiedziała, że taki zawód istnieje. Nie wiem natutalnie, czy to też nie jest na dzień dzisiejszy za ciężkie dla mnie, ale właśnie zamierzam się tego dowiedzieć. 

Babka zapisała mnie na listę oczekujących na jeden dzień próbny w Gandawie, bo wszystkie miejsca były zajęte. Ale ja potem znalazłam inny dzień próbny z innej organizacji w Mechelen i się zapisałam dodatkowo na koniec kwietnia, gdyby w tym pierwszym sie miejsce nie zwolniło. Kursy i tak zaczynają się albo od lutego, albo od wrzesnia, więc czasu jest w pieron. 

Taaaak, oczywiście, że z chęcią pójdę na kolejny kurs. Nauka to zawsze super przygoda. I tak, nawet jak człowiek ledwo przeżyje to i tak zawsze warto, bo zawsze czegoś nowego się można nauczyć, ciekawych ludzi poznać, nowe miejsca zobaczyć... Dla mnie najgorsze, co może mi się przytrafić, to taka sytuacja jak teraz, czyli długotrwałe siedzenie w domu każdego dnia bez sensu, bez celu, bez perspektyw. Nienawidzę siedzieć w domu przymusowo. To jest dobre przez miesiąc czy dwa, ale dłużej to męczarnia. Nienawidzę domowych obowiązków. Nie jestem kurą domową. Nienawidzę swojej niepełnosprawności.

W międzyczasie może zapiszę się na ten wolontariat do biblioteki, żeby coś robić (o ile mnie przyjmią oczywiście), by mieć powody, by wyjść regularnie z domu, spotkać jakichś ludzi i zobaczyć jak to jest pracować w bibliotece. Ja bowiem tej drogi nie skreślam. Jakby dziś był wakat w dostępnym dla mnie miejscu i francuski ani prawo jazdy nie były obowiązkowe (czasem są),  to bym przekonywaujący list motywacyjny napisała i wysłała, bo każda robota, którą jestem w stanie wykonywać jest okej. Wakatów jednak póki co nie ma, a  poza tym z chęcią spróbowałabym jeszcze czegoś nowego, skoro są jeszcze takie możliwości i nic mi na przeszkodzie nie stoi, bo czemu niby się trzymać się kurczowo tego, co już się zna na tyle, że jawi się to nudne i obmierzłe...? Zawód powinno sie zmieniać systematycznie, zanim popadnie się w smutną rutynę, wtedy by się nie nudziło, bardziej by się było zmotywowanym i bardziej by człowiekowi zależało...

Park De Dries w Opdorp (Oost-Vlaanderen)


We wtorek zaplanowałam sobie wizytę w parku De Dries, bo znowu pojawiły się tam ozdobione figurki, czyli wystawa Lente op Den Dries, która pojawia się co dwa lata, a czasem pomiędzy jeszcze coś innego wystawiają.

Tym razem są pieski Chihuaha

Miało być słonecznie, ale padało. Postanowiłam jednak nic sobie z deszczu nie robić. Przynajmniej spokój był w parku i mi nikt nie przeszkadzał haha.




biuro nieruchomości



zakład fryzjerski


piesek firmy myjącej okna

garaż





firma budowlana







restauracja












piesek bankowy




piesek cukierniczki (mojej znajomej internetowej)

pobliski bar







firma oponiarska

sklep winiarski

biuro nieruchomości

logopeda









psycholog


sklep ogrodniczy







Opdorp 2025

Lente op Den Dries 2024

Lente op Den DRies 2022

Lente op den Dries 2020 (instagram)

Lente op Den Dries 2018 (instagram)

Kunstenparcour Vrijland 2017

Lente Op Den Dries 2016


Co znalazło się w moim menu tego tygodnia?

Na śniadania jadłam głównie chleb na zakwasie domowej roboty - kanapki z pomidorem, ogórkiem, masłem plus herbata czarna z cukrem plus kawa z mlekiem

Obiady, kolacje, inne

tortilla ze smażonym niemięsem, ogórek, sałata, papryka pomidorki koktajlowe i majonez wege\

micha: pieczona brukselka, czerwona cebula i papryka; gotowana kasza pęczak, sałata, feta, ogórek, dressing z oliwy, miodu, soku z cytryny, musztardy

gotowana kukurydza z masłem i solą

kanapki z tuńczykiem wędzonym i awokado

ziemniaki i kalafior z piekrnia plus kiełbaska roślinna

sałatka jarzynowa 





8 marca 2026

Problemów ciąg dalszy

Tydzień rozpoczęłam od corocznej wizyty kontrolnej u swojej zębowej wróżki, znaczy dentystki.

 Wyczyściła mi kamień, który się na dolnych zębach od ostatniej wizyty wytworzył, co  oznacza, że bardziej się trzeba starać ze szczotkowaniem zębów od wewnętrznej strony. Muszę też staranniej nitkować te dwa zęby, które są krzywe... No, przyznaję tu bez bicia, że ja nie nitkuję 2 razy dziennie, jak należy, bo mi się nie chce. Tylko wieczorem używam szczoteczki międzyzębowej i nitki, ale nie będę kłamać, że czasem nie robię tego na odpierdol, bo robię, bo ja jestem leń patentowany. Tak czy owak moje zęby są i tak w bardzo dobrym stanie, jak na okoliczności, czyli np fakt taki, że mnie nikt w dzieciństwie nie nauczył, jak należy myć zęby. Dobrze, że w ogóle szczoteczkę mi kupiono... O tym, że zęby należy nitkować 2 razy dziennie, że w ogóle je trzeba nitkować, to ja się dowiedziałam dopiero od dentysty w Belgii, bo na tym zadupiu, na którym mieszkałam w PL, samo znalezienie jakiegokolwiek dentysty było już cudem, a w domu rodzinnym temat zębów to raczej kiepsko się prezentował, żeby nie powiedzieć tragicznie... 

 Cieszę się, że tutaj mamy dobrych dentystów, że podstawowa opieka stomatologiczna nie jest droga (do 18-tki całkowicie za darmo), że w gabinetach mają dobry nowoczesny sprzęt i akcesoria, że możeby wszyscy spokojnie umówić się na kontrolną wizytę przynajmniej raz w roku (byle tylko pamiętać, że 3-4 miesiące się czeka), że w razie potrzeby wyczyszczą nam kamień czy załatają ewentualne ubytki, że w razie pilnych problemów w weekend czy nocą możemy spokojnie jechać na pogotowie dentystyczne, bo zawsze jakiś dentysta pełni dyżur w okolicy. 

Muszę czasem coś pozytywnego o tym kraju pisać, bo ostatnio tylko ciągle na coś narzekam, a przecież wciąż dobrze mi się tu mieszka. Nadal lepiej niż kiedykolwiek w Polsce, mimo że sytuacja się pogarsza z miesiąca na miesiąc...

Vrijbroekpark Mechelen

* * *

W poniedziałek, proszę państwa,  dostarczono też naszą nową pralkę! 

W weekend przyjrzeliśmy się dokładniej ofercie sklepów AGD i zobaczyłam w promocji pralkę marki Hoover za +-300€, a że mamy suszarkę tej marki, z której jesteśmy zadowoleni (tfu tfu) i że na stronie stało, iż online można płacić ekoczekami,  a pralka jest klasy A (tylko taka jest oficjalnie "eko") to nawet się nie zastanawialiśmy. Małżonek miał ekoczeki na dwóch kartach z dwóch różnych firm, w których pracował. Do tego miał jeszcze bon urodzinowy z tego sklepu na 10€. Okazało się, że po wykorzystaniu czeków i bonu do zapłaty pozostało tylko 11 euro. Można rzec, że się pofarciło z tym zakupem.

oba hoovery w naszej kanciapie

Dla tych co nietutejsi przypomnę, że ekoczeki (ecocheques) to rodzaj czeków (dziś elektronicznych na specjalnych kartach płatniczych, dawniej na papierkach), które są wypłacane pracownikom jako rodzaj premii z różnych okazji, np na koniec roku, na święta... Za ekoczeki można kupować sprzęt AGD klasy A, przy którym jest taka opcja możliwa (każdy sklep ma pewnie inaczej, no i są sklepy, gdzie praktycznie wszystko można kupić za ekoczeki (np Eldi)). Poza tym te czeki można wykorzystać na zakup roweru, biletów na pociąg, zakupów ekoproduktów etc etc.

Innym rodzajem czeków, są czeki żywnościowe (maaltijdcheques), które dzis bardzo wiele firm oferuje swoim pracownikom, jako dodatek do normalnego wynagrodzenia. Czeki żywnościowe znajdują się na tych samych kartach, co ekoczeki. Płacimy nimy za dowolne prodkukty żywnościowe (z wyjątkiem alkoholu), czyli normalnie za zakupy w sklepie. Przy kasie trzeba powiedzieć, że płacimy czekami żywnościowymi. Ekoczekami również można za normalne zakupy zapłacić, z tym że tylko za produkty bio/eko. Można powiedzieć przy kasie, że za produkty eko zapłacimy ekoczekami, a za resztę normalnie. Maaltijdcheques'ami zapłacimy też w restauracji (przynajmniej w niektórych).

Zatem mamy nową pralkę. Od pierwszego dnia musiała się ostro wziąć do roboty, bo u nas nie ma zmiłuj i pralki nie mają łatwego życia (dlaetgo pewnie tak krótko żyją). Pięć człowieków i trzy świnie. Pralka u nas nie próżnuje. Po kilku dniach użytkowania muszę rzec, że jestem batdziej niż zadowolona z tego nieplanowanego przymusowego zakupu. Pralka - jak to Hoover - jest bardzo cicha, ma sporo krótkich programów, dużo różnych opcji i możliwości prania. Ma też wi-fi, ale nie udało mi się zrozumieć, jak to działa i nie wiem, do czego niby miałabym tego potrzebować...? Instrukcji użytkowania nie było żadnej dołączonej, więc wszystko raczej zgaduj zgadula i szukanie w necie, żeby ustawić jakis program, ale to nie jest pierwsza pralka w moim życiu, a one wszystkie podobnie wszak działają.

* * *

Auto też już naprawione. 

W ostatecznym rozrachunku naprawa kosztowała 550€, czyli mniej niż wstępne szacunki. Pali, jeździ bez zarzutu - jak donosi Małżonek. Ja i młodzież z niego nie korzystamy, więc wiem tyle, ile chłop mi powie.

* * *

Środa była dosyć szalona. 

Wspólnie z Młodzieżą zaplanowalismy sobie popołudnie w Mechelen. Środa jest we Flandrii, jak wiadomo, krótkim dniem szkolnym - zajęcia odbywają się tylko do południa. 

Plan wyglądał następująco: Młody idzie do szkoły rano (oczywiste), a po lekcjach pedałuje normalnie na dworzec, gdzie ja będę na niego czekać albo on na nas trzy, zależnie do tego, jak mi pójdzie z zastrzykiem. Ja miałam bowiem wizytę u pielęgniarki, bo Decapeptyl znowu mi wstrzyknąć musiała. 

Postanowiałm wyjść wcześniej, że może kogoś nie będzie w kolejce i wcześniej mnie przyjmie... No ale przed wyjściem Młoda mi przypomniała, że obiecałam jej wysłać list do FOD-u... 

Aaaaa! Nienawidzę chodzenia na pocztę. No ale poszłam. Poczta niedaleko przychodni. Kkażdy jednak wie, że jak się człowiek spieszy, to diaboł się cieszy... Weszłam na pocztę. Goiedag! Goeiedag! Nikogo przy okienku, super, ale wpierw musiałam wypełnić świstek na list polecony, więc poszłam do stolika, wzięłam formularz i naskrobałam czym prędzej, co potrzeba. Zanim wstałam z krzesełka, przed okienkiem pojawił się starszy pan, zaraz za nim czym prędzej ustawiło się dwie panie... Popatrzyłam na telefon i luzik, jeszcze sporo czasu..

a wtedy usłyszałam, jak chłop mówi, że zgubił awizo i pyta, czy odbierze bez tego swoją przesyłkę, a pani z wahaniem odpowiada, że jest taka możliwość, ale to chwilę potrwa.... Nieeeee! 

Poszło szybciej niż się obawiałam, ale wolniej, niż oczekiwałam... A potem jeszcze jedna babka mówi, że ma do odebrania kilka paczeka na różne nazwiska... Kuźwa, czy oni się zmówili mnie na złość?! 

W koncu przyszła moja kolej, dałam list i papierek, pani mnie skasowała, ale zanim zdążyłam zapłacić, na zapleczu dało się słyszeć dźwięk dzwonka do drzwi i baba pobiegła tam, a mnie zostało czekać, aż powróci, bo nie dała mi jeszcze potwierdzenia, a to ważny list do urzędu.... Jak go w końcu otrzymałam, zostało mi raptem 5 minut do mojej wizyty. Akurat by dopedałować do przychodni,  przypiąć rower do roweradła i zameldować swoje spektakularne przybycie w recepcji... No oczywiście, że tam przede mną już 4 ludzi stało, a pan umawiał komuś wizytę przez telefon, co robił  też po każdym pacjencie, czekającym przed okienkiem, bo w przychodniach to jest urwanie głowy.... I się potem dziwować, że człowiek zestresowany taki chodzi...

Przed gabinetem pielęgniarki ku mojej uldze nie czekał tłum i prawie że wyrobiłam się w czasie z wejściem do gabinetu. Z pielęgniarką oczywiście sobie pogadałam, bo Decapeptyl to jest zastrzyk, który długo się przygotowuje... 

Dowiedziałam się, że pani ma bliźniaki w wieku Młodego i że ona nie wyobraża sobie, by one samopas jeździły do miasta pociągami, co dla mnie dosyć dużym zaskoczeniem było, gdyż byłam przekonana, że wszystkie flamandzkie dzieciaki są samodzielne. Wychodzi na to, że Młody po prostu w takim samodzielnym towarzystwie się obraca. Pielęgniarka jednak potem oświadczyła,  że ona nie pamięta, kiedy sama ostatnio korzystała z transportu publicznego, gdy tymczasem dla mnie i moich dzieci to chleb powszedni, a to robi różnicę. Gdy dzieci są wszędzie wożone autem i prowadzone za rączkę oraz jak wszędzie mają blisko, no to wiadomo, że strach ich póścić potem w świat samopas.


Udalo mi się jednak zdążyć na pociąg i pojechać z moim rowerem do miasta. W tym że musiałam się przesiąść w Dendermonde, a tam nie ma ani windy, ani prowadnic do rowerów, co oznacza, że musiałam znieść rower po długich stromych schodach z jednego peronu i wynieść je po takich samych schodach na drugi peron, a potem wciagnąc go do pociągu z niskiego peronu, czyli wysadzić własnymi rękoma na dosyć dużą wysokość. Rower waży ponad 20kg. Ramiona bolały mnie do końca dnia.

zejście z peronu

dworzec w Mechelen i morze rowerów 

W Mechelen już poszło łatwo, bo przyjechałam na peron z windą. Gdy Młody dojechał ze szkoły, poszliśmy na frytki. zanim zjadł, dotarły też dziewczyny. Wtedy DZiewczyny wybrały sobie dwa niebieskie rowery, a ja odblokowałam im je z aplikacji blue-bike i popedałowaliśmy gromadą najpierw do centrum na pierwsze w tym roku lody, a potem do parku, gdzie fotografowaliśmy zwierzęta i kwiaty.

blue-bike

Vrijbroekpark Mechelen

 

Zdjęcia moje z tego dnia ozdabiają ten tekst, a na nich wiosna pełną gębą. Młody i Młoda swoje zdobycze fotograficzne mają jeszcze na swoich aparatach albo swoich komputerach.

* * *

W piątek dostarczono nam nowy składany rower elektryczny Crivit  FoldX 530 z Lidla. Rower to całkiem zacny. Bardzo ładny, wyraźnie solidnie wykonany, jest o wiele większy i cięższy od rakietki, ale Młodemu sie podoba. Bylibyśmy wielce usatysfakcjonowani i zadowoleni, gdyby nie jeden drobny szkopuł... 

Lidl przysłał nam niewłaściwą ładowarkę! Kurwajapierdolę!

Otrzymaliśmy ładowarkę do jakiegoś innego roweru od Crivita, z jakąs dosyć dużą prostokątną wtyczką, gdy gniazdko w baterii tego roweru  jest małe i okrągłe. Mój rowerer Crivit ma jeszcze inną wtyczkę, bo gdyby miał taką samą, to nie było by problemu.

Zatem mamy zajebisty  rower, ale nie możemy go używać haha. 

Los nas wyjątkowo lubi wkurwiać ostatnimi czasy.

Czym prędzej sprawdziłam, jak mogę się skontaktować z biurem obsługi klienta Lidla, ale to dziś chyba w większośći firm jest droga przez mękę. 

Lidl zaleca mi gadanie z botem Lia, ale bot jest  wyjątkowo ograniczony i na każde pytanie odpowiada tak samo. W ogóle ma mało opcji pytań zainstalowanych... Kuźwa jak firmy nie stać na porządnego asystenta automatycznego, to nawet nie powinna się wygłupiać z sugerowaniem takiej usługi, ale kto głupiemu zabroni...  

Spróbowałam z mejlem. Niestety nie lepiej to wygląda. Najpierw otrzymałam automatyczne potwierdzenie otrzymania zgłoszenia. Chwilę potem przyszedł dosyć dziwnie sformułowany mejl w dwóch językach zupełnie nie na temat, ale podający mi wszystkie możliwe popularne problemy z zamówieniem (pi razy drzwi to, co stoi w FAQ). Na szarym koncu stało, że jak mój problem dotyczy innego problemum, mam odpowiedzieć na ten mejl. AAAAAAAAAAaaaaaaaaa! TO PO KIJ w formularzu kontaktowym kazano mi opisywać cały problem i załączać zdjęcia?! 

JPRDL! 

Nic to, napisałam jeszcze raz to samo. Na wszelki wypadek podałam po raz kolejny numery klienta, zamówienia, dokładną datę zamówienia i nazwę produktu. Bardzo jestem ciekawa, ile przyjdzie czekać na odpowiedź i czy w ogóle kiedykolwiek się jej doczekam. 

Będę też próbować się dzwonić na podany na stronie numer biura obsługi klienta... Ale ja wiem, jak to działa. A raczej jak nie działa... Mam bardzo złe przeczucia.

Zajebioza. Wydałam cały miesięczny zasiłek na rower i nawet nie mogę nim się przejechać. Ba, nawet nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę mogła. Dosyć do dla mnie stresująca i niekomfortowa sytuacja. Dla Młodego też, bo już się napalił na ten rower a tu dupa blada.

Próbowaliśmy znaleźć taką ładowarkę w necie, ale z lekkim zawrotem głowy odkryliśmy, że tego jest pierdyliard rodzajów, a nie mamy pojęcia jak nazywa się ten rodzaj wtyczki/gniazdka i czy w ogóle można takie ładowarki luzem kupić. Lidl odsyła do strony z częściami... tam są owszem ładowarki i jakieś części do mojego roweru (co też dobrze wiedzieć) ale do tego akurat nic nie ma. 

Na chłopski rozum wydaje się to oczywiste, że powinno dać się dokupić ładowarkę do dowolnego modelu, bo co jak się ładowarka zesra albo ktoś ci ukradnie...(?), ale to trochę jak szukanie igły w stogu siana po ciemku... Chyba że ktoś ma magnes...? 

No chyba mnie pojebie!

W przyszłym tygodniu, jak nie uda się nic z serwisem załatwić, mamy pokazać baterię w sklepie rowerowym i zapytać, czy wiedzą skąd wytrzasnąć do tego ładowarkę... Jak się nie uda, trzeba będzie odesłać cały rower, a tu na stronie piszą, że "sorry, ale na zwrot pieniędzy musicie poczekać tygodniami".

* * *

Ostatnio nas jeszcze drukarka wkurwiała. 

No, ale drukarki to chyba akurat są dosyć popularnym obiektem wkurwiania, z tego co mi wiadomo. Pełno prześmiewczych filmików krąży na ten temat w sieci.

Zaczęło się od tego, że przestała drukować na czerwono. Nic nadzwyczajnego, normalny problem, jak się chwilę jej nie używało do kolorowych druków... Zapodałam czyszczenie dysz. Nic. Zapodałam raz jeszcze. Nic. Zapodałam trzeci raz jednocześnie czytając w necie, co jak to nie pomoże.... Dowiedziałam się, że ona ma jeszcze intensywne czyszczenie, ale na szczęście nie było potrzebne, bo trzecie standardowe zadziałało i w końcu pojawiły się na testowym druku i różowe kreseczki obok żółtych i niebieskich. Uf. Wydrukowałam coś w kolorze, by sprawdzić i było git.

Na drugi dzień Małżonek wydrukował jakiś dokument i też było wszystko jak należy, a wieczorem przyszła Młoda z góry i spytawszy nas, czy coś drukujemy (nie drukowaliśmy) i zaczęła wyzywać drukarkę od leniwych, głupich szmat, bo już - jak powiedziała - ze trzy razy wysłała dokument do drukarki, a ta odrzekła jej, że jest zajęta. No jak jest zajęta, jak nikt nic nie drukuje?! Chyba, że zbieraniem kurzu się zajmuje...

Wyzywanie i ogólne dyskusje ze sprzętem domowym to nasza specjalność. Nie pomaga to może na poprawę problemu, ale zdecydowanie zapobiega pogorszeniu. Rzucenie paroma kurwami jest nie szkodliwe dla takiej np drukarki czy komputrera, ale wypierdolenie owych przez okno czy pizgnięcie o ścianę już owszem, a wykrzyczenie frustracji to wentyl bezpieczeństwa przed przejściem do rękoczynów. Choć poprzednia drukarka skończyła na glebie w kawałkach, gdy mnie się wulgaryzmy skończyły haha.

Potem oczywiście wszyscy musieliśmy spróbować, czy da się może wydrukować coś z telefonu, tabletu, chromebooka, innego komputera...? 

Się nie dało. 

Całkiem sie franca obraziła. 

Wtedy ruszyłam dupę z fotela  i zmieniłam w drukarce ustawienie na drukowanie bezpośrednie zamiast przez wifi, żeby Młodej ten ważny dokuement wydrukować, bo potrzebowłą go pilnie na gwałt. Wydrukowała łaskawie, czyli nie było problemu z samym drukowaniem tylko ze "słyszeniem" poleceń. Nie miałam do niej cierpliwości tego dnia, więc zostawiłam to i zajęłam się dopiero drugiego dnia mając spokojną głowę, by nie przejść do rękoczynów...

Po sprawdzeniu różnych karkołomnych opcji w końcu pomyślałam, by sprawdzić też tę najbardziej oczywistą, czyli zresetować jej połączenie z internetem i od nowa wklepać hasło. Eureka! Cóż, czasem najbardziej oczywiste rozwiązania są najtrudniejsze do odkrycia haha. Jak wszystko zawodzi dobrze jest w końcu instrukcję przeczytać. Na jednym z testowych wydruków stało jak wół, że "jest problem z routerem". Tyle że to nie router był winien tylko drukarka zapomniała, jakiego routera miała używać i że to nie ma być  router np od sąsiada, bo do niego nie znamy hasła... Mówcie  co chcecie, ale drukarki to jednak cholernie wredne i debilne sprzęty!

A, jak już się naprawiła, to wydrukowała oczywiście te wszystkie dokumenty, które żeśmy wcześniej próbowali wydrukować... Przynajmmiej próbowała, zanim ją powstrzymałam, jak  zauważyłam, co to głupie robi, ale kilka zdążyła ukończyć... Teraz Młoda ma kilka kopii swojego dokumentu na dużo wszelkich wypadków HA HA.

kaluza u nas na wsi

* * *


W czwartek odbył się w grupie Młodego kolejny driehoekgesprek, czyli rozmowa w trójkącie uczeń-szkoła-rodzic. Już pewnie mówiłam za pierwszym razem, ale powtórzę, że to jest odpowiednik wywiadówki, z tym że tutaj rozmowę przygotowuje i prowadzi sam uczeń. Młody musiał przeanalizować wszystkie cele edukacyjne i jak wyglądają  tutaj jego postępy, co zrobił dobrze, nad czym musi popracować (czyli, jak to u nich się mówi: jakie ma medale i jakie misje). Wszystko to sobie spisał w dokumencie na swoim laptopie i przedstawił zwięźle podczas owej trójkątnej rozmowy. Potem kołczka dodała jeszcze parę słów, bo jakieś tam uwagi napłynęły jeszcze do niej w ostatniej chwili od nauczycielki francuskiego, że jakiegoś zadanie Młody nie zrobił, ale Młodemu udało się szybko wyjaśnić powód niewykonania i zapowiedzieć nadrobienie tego braku. 

Ogólnie kołczka powiedziała, że Młody odnalazł w końcu właściwą drogę w tej nowej dla nas wszystkich szkole, że już wie dobrze, jak tutaj co działa, jak się w tym odnajdywać, jak planować, jak ów plan realizować, czuli innymi słowy JEST DOBRZE, wszystko gra i buczy. 

Kołczka powiedziała, że to jak teraz Młody pracuje, jest wystarczające, ale jest to minimum, więc nie ma mowy, by robić mniej. Więcej oczywiście można zawsze, ale tyle co teraz tez wystarczy, by zrealizować cele edukacyjne w stopniu wystarczającym. 

Po tej pozytywnej rozmowie poszliśmy na pizzę do Domino, a potem jeszcze na matchę do Mandmun, bo chłopak zasłużył na miłe zakończenie dnia. 



A mnie po raz kolejny naszła refleksja nad tym, jak to jest i dlaczego w tego typu przybytkach (tzn np jadłodajniach z fastfoodem etc) praktycznie nie uświadczysz dziś tutejszych za ladą. Albo Afrykańczycy, albo Azjaci, albo Europa Wschodnia. Czy Belgom się robić nie chce...? Czy tylko obcy mają dość sił i chęci by ciężkiej pracy sprostać..? Czy może młodych obcych, kolorowych z całego świata jest już zwyczajnie więcej niż rodowitych Belgów...? Macie jakies swoje teorie na ten temat?

Tak a propo Europy Wschodniej to w pobliskim miasteczku w Domino pracuje Polak. Kiedyś chyba usłyszał jak Małżonek coś do Młodego z auta wołał i podczas kolejnej wizyty zapytał nas po niderlandzku, czy jesteśmy z Polski, a potem życzył nam "smacznego". Ja pisząc o tym teraz zaczynam się zastanawiać nad swoją reakcją w tego typu sytuacjach, tzn jak bardzo zmieniła się ona przez lata.

Kurde, na początku to się jarałam jak spotykałam rodaków. Raz były to reakcje wielce pozytywne, bo poznawałam ludzi, z którymi mogłam normalnie pogadać, a raz wielce negatywne, no bo gdy ktoś coś odpierdalał, to jako rodaczka odczuwałam jakiś wstyd, bo wydawało mi sie że zachowanie jednostki świadczy o wszystkich Polakach (poniekąd zwykle tak jest, jak nas widzą, tak nas piszą a ludzie lubią całej nacji przypisywać cechy jednostek). 

Tak czy owak spotkanie Polaka było dla mnie dawniej ważne. Albo chciałam się zaprzyjaźniać, albo chciałam udawać, że nie mówię po polsku i unikać danych jednostek. Teraz jest mi to po prostu w paski. Spotkanie przypadkowego rodaka nie wywołuje u mnie dziś żadnych specjalnych emocji. Nie traktuję Polaków jakoś specjalniej niż innych ludzi. Nie jaram się, jak ktoś do mnie zagai po polsku i nie robię z tego wielkiego halo. Tak jak w tym wypadku z pizzerii - po prostu stwierdzam fakt, że ten człowiek jest z Polski i mówi po polsku i mogę mówić mu "Dzień Dobry" wchodząc do lokalu zamiast "Goeiedag", ale już nie czuję jakieś presji by od razu z nim się w pogawędki wdawać i próbować nawiązywać bliższą znajomość tylko dlatego, że mówimy tym samym językiem, bo to o wiele za mało, by chcieć z kimś wchodzić w jakies bliższe relacje. Przecież będąc w Polsce człowiek nie zagaja do wszystkich przypadkowych ludzi po kolei i nie próbuje się z nimi zapoznawać. Tylko nieliczni interesują nas na tyle, by do chcieć z nimi gadać choćby o pogodzie. Zagranicą jest wszak nie inaczej, ale na początku człowiek czuje się obco, czuje się zagubiony to czepia się wszystkiego, co jest mu w jakiś sposób bliższe i znajome. To taka moja refleksja na ten temat. Dobrze sobie czasem uświadomić, jak bardzo się wszystko z czasem zmienia, jak wiele zależy od punktu siedzenia.

* * *

W pociągu zagaił do mnie kiedyś jakiś facet (po niderlandzku)  bo chciał wiedzieć, czy jestem zadowolona ze swojego roweru z Lidla, który miałam ze sobą w pociągu (chłop miał ze sobą swój rower składak, ale nie elektryczny i obydwoje siedzieliśmy w wagonie rowerowym). Parę dni wcześniej widziałam na tablicach reklamowych przed Lidlem, że te rowery, co ja mam, będą znowu w ofercie sklepowej (stacjonarnie znaczy), zatem pytanie mnie nie zdziwiło. Może chłop rozważa zakup albo ktoś z jego znajomych... nie zdążyłam się zapytać, bo zaraz wysiadaliśmy. Odparłam jednak, że jestem bardzo zadowolona, że to bardzo dobry rower jak za taką cenę. 1.200€ to nie jest wiele za rower elektryczny takiej jakości. 

* * *

W sobotę miałam iść na przenosiny szkoły Młodego. Cieszyłam się na tę okazję. Młoda i Młody mieli mi towarzyszyć, ale w piątek wieczorem Młoda oświadzcyła, że nie idzie, bo nie czuje się na siłach. Ja też się nie czułam. Pewnie po tym cholernym zastrzyku. Rano nie czułam się jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczora: zmęczenie, ból głowy, ogólny brak sił witalnych i chęci do wychodzenia z domu. 

Młody wstał coś koło pierwszej i się pyta czy idziemy, a ja na to, że o tej porze to chyba już za późno i że ja zbyt słabo się czuję, by się nadawać do przenoszenia mebli czy choćby sprzątania lokali szkolnych... W ogóle przeprowadzka zaczynała się o ósmej. Żeby na ósmą zdąrzyć, to my byśmy o wpół do siódmej z domu wyjść. Bez przesady. Aż tak bardzo mi na tej szkole nie zależy... Mogliśmy jednak teoretycznie pójść później, choćby żeby na symboliczny ludzki łańcuch zdążyć... Ludzie mieli połączyć starą szkołę z nową ustawiając się jeden koło drugiego... Miała być telewizja Ketnet i w ogóle wielkie halo, ale na to też trzeba sił, a mi ich brak czasem nawet na prostrze rzeczy, co jest niebywale uciążliwe i irytujące.

Młody miał też na koncert ze Starym iść, ale zrezygnował i Małżonek sam pojechał. 

Wieczorem otrzymaliśmy e-mail ze szkoły zaczynający się słowami "Cóżto był za dzień!" i dalej informowali, że było dużo rodziców, że wszystko ze starej szkoły zostało przewiezione do nowej, ale nie dokończono meblowana i sprzątania, bo UWAGA drugie piętro było w malowaniu!!! I w ogóle pisali tam coś, że masakra była, że remont nie był dokończony i że w ogóle cyrk na kółkach, no i że w niedzielę będzie trzeba dokonczyć, bo TEORETYCZNIE farba ma być juz sucha, więc można meblować klasy, przykręcac tablice i sprzątać... Czy takie jaja tylko w Belgii...? Czy też jest to dziś trend światowy, że wszędzie roboty są robione na odpierdol z wielomiesięcznym opóżnieniem...? Ciekawam bardzo.

Może pójdziemy, bo jednak jestem ciekawa tej szkoły i efektów tego wiekopomnjego remontu seminarium, który mimo dwuletniego opóźniena wciąż nie jest dokończony...