30 listopada 2019

2 tygodnie pełne wrażeń, czyli tzw szara codzienność xD

Są takie momenty, że chciałabym wysiąść z tego życia i posiedzieć sobie dla odmiany w spokoju przez kilka tygodni i niczym się nie martwić, nie przejmować, nie denerwować. Ot po prostu siedzieć i lampić się przez okno na płynące chmury nie licząc godzin i lat... 
A tymczasem jest tak jak jest. Czasem trudno, czasem śmiesznie, czasem strasznie albo irytująco. Czasem  nerwy odmawiają posłuszeństwa. Czasem mamy zwyczajnie dość! 

Poniedziałek w poprzednim tygodniu. Wychodzę rano do roboty po drodze odprowadzając Najmłodsze pod szkołę. Pracuję sobie luzacko 4 godziny. Kończę przed czasem i pełna zadowolenia z dodatkowych zaoszczędzonych właśnie 10 minut życia mam  wyruszać do kolejnego klienta, gdy otrzymuję telefon od Dziecka...

- Wjechałam w coś rowerem. Wszystko mnie boli, z nosa i ust leci mi krew. Jeszcze nigdy tak nie miałam. Rowerem nie da się już jechać. Nie wiem, co robić...

A ja mam tylko rower, w którym właśnie się  bateria rozładowała... Też nie wiem, co robić... choć niby jestem dorosła, więc powinnam wiedzieć ZAWSZE, co robić...
Popitalam tym rowerem bez baterii te 6 km jak przeciąg, by zobaczyć na własne patrzały, co też tam się faktycznie wydarzyło.

Zobaczam i widzę mega śliwę na czole, nos spuchnięty i niebieski, trochę innych siniaków i obolałych miejsc i rower faktycznie już nigdzie więcej nie pojedzie, bo kierownica się nie kręci... Jak to się mogło stać? Jak jak? Normalnie!

Rower. Deszcz. Kaptur na głowie. Złość. Słup. ŁUP!

A ja za kilka minut zaczynam pracę 5 km od tego miejsca i nie mam czasu. Tzeba szybko myśleć.

Dzwonię do klienta i mówię, że przyjdę później, jak znajdę kogoś kto mi dziecko zawiezie do domu. Klient się oferuje, że zawiezie dziecko razem z rowerem do domu. Dobrze, że są też tacy dobrzy ludzie na świecie.

Przyjeżdża. Zabiera. A ja popitalam swoim rupieciem bez baterii i zabieram się od razu za sprzątanie, bo jakoś ochota na jedzenie mi przeszła nagle bezpowrotnie.

Dziecko pisze sms, że obdzwoniło doktora i że ten je przyjmie za godzinę. Po godzinie dzwoni, że lekarz stwierdził, iż nos prawdopodobnie złamany, ale nie trzeba nastawiać, a tylko parę dni poczekać aż się zrośnie. Powiedział, że parę dni pewnie będzie wszystko bolało, przepisał przeciwbólowe i na drugi dzien kazał jechać ostrożniej i patrzeć, gdzie się jedzie. 

Tata się wieczorem dziwi, że doktor nie dał zwolnienia do końca tygodnia.
- Tato! Przecież na nosie nie jeżdżę, to mogę jechać do szkoły, c'nie...?

Jechać, tylko czym? Rower przeco nie działa.

Tata przeszukuje internet i zamawia jakiegoś szarego niebieskiego  (co ja wiem o kolorach) b'twina, bo co to trzeba lepszego na dojazdy do stacji, na której nota bene rowery często znikają, tak samo jak i na innych stacjach i wszystkich innych miejscach w Belgii (kradzieże rowerów to sport narodowy). Co prawda te 200€ było na co innego, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz! Bez roweru nie da się żyć, bo do stacji 5 km. Przez parę dni Dziecko korzysta z roweru taty, ale to stres, bo to rower trochę lepszy niż b'twin i wolelibyśmy, by jednak nie zniknął ot tak. No i to męski rower z ramą, czyli niebezpieczny dla szalonych i szybkich nastolatek.

Na drugi dzień Młoda opowiedziała klasowym kolegom, co odjaniepawliła, a koleżanka na to
 - Spoko, znam ten ból. Kiedyś jadąc na deskorolce zagapiłam się na stopy i też przypieprzyłam w słupa. 

Zatem wychodzi na to, że wszystko mieści się w standardach życia nastolatków :-)

Ale nie znacie jeszcze najlepszego. Ja przepracowałam po południu pięknie te 4 godziny. Zarejestrowałam te robotę jak zwykle z aplikacji i wróciłam do domu. A we wtorek pod szkołą zagaja do mnie inny klient z pretensjami, że dlaczego to niby nie posprzątałam u niego i kim ja w ogóle myślę, że jestem... 

Co...?! No jak miałam posprzątać, skoro w ten poniedziałek przecież kolej drugiego klienta!

Sprawdzam agendę elektroniczną, by mu pokazać.... 

no i faktycznie 
....pracowałam nie tam gdzie trzeba ha ha ha!!! 

Teraz to trzeba odkręcić jakoś, by wilk był syty i owca cała! 
Plan jest prosty. Przepracowane godziny będą na zaś, czyli na potrzebny wolny dzień, a nieprzepracowane odrobię w środę po południu. A biuro się poprosi, by poprawiło rzekomo błędnie zarejestrowane godziny (oni nie muszą znać szczegółów). 

Pytanie tylko jedno, czemu tamten klient nic nie powiedział, że ja we zły poniedziałek przyszłam sprzątać, hę...? 

Ano nie powiedział, bo - jak się okazuje - sam był święcie przekonany, że to własnie TEN poniedziałek. A wszystkiemu winny poniedziałek 11 listopada, kiedy to było wolne i wszystko się ludziom pokałapućkało we łbach. 

Jaja jak berety!

Dobra. Najważniejsze, że udało się z tego wybrnąć, bo klienci bez wydziwiania zaakceptowali mój chytry plan.

Niestety w międzyczasie było to nieszczęsne spotkanie w CLB, gdzie się przekonaliśmy, że znowu nam się jakiś wredny babiszon trafił, który nichuchu nie rozumie, ale uważa, że wszystko wie lepiej.
Wredna, niemiła suka potrafiła Dziecku w oczy powiedzieć, że jak nie będzie chodzić do szkoły, to skierują sprawę do sądu. No przepizda normalnie.

No tak, wszyscy wiemy, że w Belgii taka jest procedura przy wagarowaniu. Pytanie tylko, czy  nioeobecność z powodu choroby to ciagle wagarowanie?! No i KTO NORMALNY mówi takie rzeczy do człowieka chorującego na depresję, a już szczególnie do dziecka...?!!! Normalny - moim nader skromnym zdaniem - raczej nikt. 

Szlag by ich najjaśniejszy trafił! Nie ważne, że dziecko idąc do szkoły cierpi niesamowicie. Nie ważne, że może z tego powodu targnąć się na własne życie, bo mówiło o tym otwarcie nie raz i nie dwa. Ważne, że trzeba chodzić do szkoły. Kurwajapierdolę!

Zdrowie i życie dziecka jest NIE WAŻNE! Szkoła jest najważniejsza!

Tę teorię potwiedza niestety sporo naszych belgijskich znajomych. Szkoła ponad wszystko. Tak porobiło się w ciągu ostatnich lat i chyba już nie da się tego odwrócić, a coraz więcej dzieci cierpi z tego powodu.

Młoda opowiedziała o tym swojej psycholożce i mówi, że babka się wkurzyła i obiecała, że natychmiast skontaktuje się z poradnią. Może ona im wreszcie uświadomi, jaki jest problem i wtedy zrozumieją barany w czym rzecz, bo mnie i Młodej to tacy słuchac nie będą, bo co takie przygłupawe Polaczki mogą wiedzieć. Ta baba to ten typ człowieka, który jeszcze cię nie poznał a już ocenił i sklasyfikował. Mało mózgu, mało wrażliwości, ale ego do nieba. Taki już cię nie posłucha, bo uważa się za kogoś lepszego i ważniejszego. Taki zrobi wszystko, by pokazać swoją władzę i swoją wyższość. Spotkałam już takich na swojej życiowej drodze sporo, więc wiem o czym mówię. Jedyna nadzieja wtedy w innych ludziach. Jednak muszą to być ludzie, którzy pełnią jakieś znaczące role w społeczeństwie, są kimś ważnym, jakimś autorytetem, bo zwykłego plebsu takie mendy nigdy nie słuchają. I muszą być to ludzie, którzy sami coś wiedzą, bo ona się kontaktowała z lekarzem rodzinnym, który wie że Dziecko ma częste problemy żołądkowe i wie, że leczy się na depresję, ale nie zna szczegółów. Kontaktowała się też z psychiatrą, który widział dziecko 2 razy i nawet mu leki przepisał, ale nie zajmuje się psychoterpią, a co za tym idzie - nie zna szczegółów zbyt wiele.
Na szczęście nauczycieli i wychowawców oraz całą klasę ma Młoda fajnych i większość zdaje się rozumieć wszystko i akceptować takim jakie jest. Klasowi koledzy jej pomagają, gdy trzeba i - co najważniejsze - nie zadają głupich pytań. 

Młoda póki co PRÓBUJE chodzić do szkoły wtedy, co ma chodzić, czyli na praktyczne lekcje fotografii, czyli 2 razy po 2 godziny i jeden dzień cały. Uczy się też dużo w domu z pozostałych przedmiotów, bo już za tydzień zaczynają się egzaminy i chce je dobrze napisać. Ja zaś wzięłam trochę urlopu, by móc z nią na te egzaminy jeździć i czekać na nią pod szkołą. Egzaminy ma przez 6 dni - 3 dni po jednym przedmiocie i 2 dni po 2 przedmioty. Najbardziej ciekawi nas egzamin z religii,  bo egzamin z religii ma pierwszy raz, choć to już trzecia szkoła katolicka, do jakiej chodzi. Poza tym standardowo będzie matma, geografia, historia, niderlandzki i coś z teorii fotografii. Najważniejsze, że w tym roku nie ma egzaminu z francuskiego. YES! Trzymajcie kciuki za powodzenie na egzaminach grudniowych i by depresja nie dała rady tym razem jej pokonać.

Potem od stycznia ma chodzić do szkoły 2 dni po pół dnia, środa wolna, czwartek cały i próbować też w piątek. O piątek będziemy jeszcze dyskutować, bo to może być o ten jeden dzień za dużo... Ale to po Nowym Roku. Teraz egzaminy i zasłużone dwutygodniowe ferie świąteczne dla wszystkich. Żeby trochę odpocząć i zluzować majty.

Pomiędzy tymi zdarzeniami były jeszcze jakieś spotkania z różnymi mądrolami, ale już nic szczególnego w sumie się nie wydarzyło do minionej środy, kiedy to nasz piec odmówił posłuszeństwa i do tego momentu nie mamy ogrzewania ani ciepłej wody, a tu temperatura na zewnątrz akurat na lekkim minusie. 

Jak nie urok, to sraczka!

Dobrze, że dziś słonecznie, to się w domu nawet nagrzało. Spec był wczoraj coś koło 22giej i stwierdził, że być może wie, co się potentegowało, ale musi zadzwonić do jakiegoś kogoś, kto tę część powinien mieć w domu niepotrzebną, bo zamówić się tego gówienka osobno nie da, a już na pewno nie na wczoraj. Ma przyjść dziś znowu wieczorem, bo zawalony robotą i wcześniej się nie da... Dobrze, że to znajomy właścicieli domu, bo tak normalnie to pewnie by z tydzień trzeba było czekać, kto wie. Oczywiście nie można być pewnym, czy on to dziś naprawi, bo nie wiadomo, czy się da. Z tym nowoczesnym sprzętem, gdzie nadźgane elektroniki, zwykle trudno tak na pierwszy rzut oka ocenić, co się stało. Nawet jak maszyna sugeruje taki a taki problemem wyświetlając kod błędu, to nikt nie wie, ile poza tym błędem jest jeszcze innych. Teoria mechanika mówi, że jak jedno jest zepuste, to pewnie i 7 innych przy tym.


Póki co mamy weekend.  Ekspres do kawy i kuchenka na razie działa. Woda w kranie jest. Komputery też działają i Netflix. Mamy też koce i dwa grzejniki elektryczne, a sąsiadka mówiła, że możemy przyjść po taki duży, którym garaż ogrzewają, jak tam imprezę robią... No i mieszkamy w Belgii a tu temperatura raczej poniżej minus 5 nie spada. Nie w takich warunkach się żyło i dało się przeżyć to i tera damy rady :-)

Mikołąj jak już co zapakuje...
A dziś Mikołaj przyniósł dzieckom symboliczne prezenty, bo mówił, że skoro rodzice pod choinkę kupują to on się jakoś wysilał nie będzie...

Młody dostał wymarzoną cyjankową koszulkę z Robloxa i Enderdragona. Ucieszony do kwadratu.

Młoda dostała maskotkę tukana, którego się podgrzewa w mikrofalówce i który przez 2 godziny ma potem grzać i pachnieć lawendą. Przetestowany. Ledwo co się mieści w mikrofali, ale potem pachnie niesamowicie i grzeje! Myślę, że będzie też ogrzewał jej duszę, bo jest po prostu śliczny, a ona kocha ptaki. W razie gorączki tukana można ponoć wkładać do lodówki i on ma potem chłodzić.

Najstarsza dostała wiszący fotel do zawieszenia na swoim magicznym strychu. Będzie się mogła czilować w tym hamaku całą zimę i lato.


Drobne przyjemności i spełnianie marzeń dzieci to bardzo ważna i potrzebna rzecz, szczególnie w takich trudnych pełnych problemów czasach. Przed nami jeszcze urodziny dziewczyn i choinka, pod którą na pewno coś miłego włożymy, żeby osłodzić im życie choć na chwilę. A ja lubię kupować im prezenty.  Lubię zgadywać, co mogły by chcieć.Uwielbiam patrzeć jak się cieszą, gdy trafimy z upominkiem...






11 listopada 2019

O tym jak to zajebiście było żyć w latach 70-tych, 80-tych i ile tego syfu w nas zostało...

W internetach ciągle i systematycznie widuję wzmianki o tym, jakim to jestem szczęściarzem, że urodziłam się w latach 70tych... Krew mnie zalewa za każdym razem, gdy to widzę.

No bo zaiste te lata siedemdziesiąte, osiemdziesiate, dziewięćdziesiąte są wyjątkowo wyjątkowe i najlepsze z najlepszych.

Srali muchy będzie wiosna, będzie lepiej trawa rosła.

Pewnie, że gdym jeszcze na poziomki z drabiną chodziła, a na indyka wołała żandarm, to przydarzyło mi się dużo fajnych rzeczy, ale to kuźwa nie dlatego, że czasy były lepsze tylko dlatego, że miałam mało lat, gówno wiedziałam o życiu i wszystko wydawało mi się proste i czadowe.

Czasy zaś bynajmniej dla mnie fajne nie były (choć mają też pozytywne aspekty i  fajne rzeczy miały miejsce) i nie chciałabym, by moje dzieci musiały w podobnych czasach żyć. 

Sporo ludzi w tych przygłupawych postach, wpisach, memach wychwala m.in. możliwość bawienia się całych grup dzieci na blokowisku czy ganiania po całej wsi. Mówią, że wtedy dzieci (czyli my) mogły się bawić swobodnie, wręcz ryzykownie, bez nadzoru, że mogły się brudzić itd.
Nooo.... bo dzisiejsze dzieci to nie mogą tego robić.... HELOŁ!
Ale niby dlaczego nie mogą?!
Kto im zabrania?
 Kim są rodzice tych dzisiejszych "biednych" dzieci?
Czy to aby przypadkiem nie to cudowne pokolenie lat 70-tych, 80-tych, 90-tych, hę? 

Dlaczego zatem wasze dzieci mają takie nieszczęśliwe dzieciństwo?
Dlaczego niby nie pozwolicie się im bawić na tym blokowisku czy wiosce bez nazdoru?
Dlaczego nie pozwolicie im ganiać samopas i ryzykować życia i zdrowia?
Dlaczego nie pozwolicie kolegom waszych dzieci bawić się u was w domu, w garażu, w stodole?
Dlaczego nie pozwolicie waszym dzieciom się brudzić, taplać w błocie, bić z kolegami, ciskać kamieniami itd?
Dlaczego najchętniej dajecie im do zabawy komputer i tablet?

To wy - cudowne pokolenie lat 70,80,90 wychowaliście albo wychowujecie dzisiejszą młodzież i dzisiejsze dzieci i biadolicie nad tym, że mają kitowe życie. Troche jakby z dupy c'nie? 

Sorry, ale ja nie mam problemu z dzisiejszymi czasami i zabawami dzisiejszych dzieci czy młodzieży. Moje dzieci bawią się w błocie, wspinają na drzewa, łapią pająki, gdy tylko chcą. Ba, w moim kraju jest to jak najbardziej normalne i oczywiste. Tutaj dzieci tak robią i to nawet a może zwłaszcza w szkole i nikt nie ma z tym problemu. I podejrzewam, że nie jestem jedynym rodzicem, który nie ma nic przeciwko temu ani moje dzieci nie są jedynymi, które mają luz.

To nie przeszkadza jednak moim dzieciom ani ich rówieśnikom korzystać z dzisiejszych wynalazków i dóbr, które przyniósł nam (i przynosi ciągle) rozwój cywilizacji. Powiem Wam, że jakoś głupawe mnie samej się wydaje, bym dziś miała siedzieć wieczorami przy lampie naftowej i haftować albo skubać gęsi, gdy mogę dzięki wynalazkom techniki poznawać świat, uczyć się, nawiązywać nowe znajomości z ludźmi z całego świata,  pisać bloga, oglądać Netflixa, grać w sieci itd. Co w tym niby złego? 

Bo ludzie sie dziś nie odwiedzają... ?

A po cholerę, jak mogą do siebie wysłać sms-a, pogadać przez telefon, skype czy whatsappa? Kto chce kogoś odwiedzić, to odwiedza. U nas ludzie nawet dzwonią i się pytają drugiego, czy i kiedy mogą wpaść na kawę albo się umawiają w knajpie, a nie wwalają się na krzywy ryj bez pytania i nie zawracają gitary, gdy człek zajęty swoimi sprawami.

No wiadomo, jak kto bezrobotny, to pewnie mu się nudzi całe dnie w chacie, ale na to jest rozwiązanie - znaleźc sobie pracę albo przynajmniej jakieś konstruktywne hobby i zacząć żyć tu i teraz pełnią życia, a nie tylko patrzeć na zdjęcia z podstawówki umieszczane przez klasowe koleżanki na fejzbuku, narzekać na czasy i użalać się nad sobą.

Po co tkwić w średniowieczu, czy choćby w latach siedemdziesiątych naszego stulecia, jak życie się zmienia, ewoluuje, nauka i technika się rozwija i to w ogromnym tempie...? Dlaczego dziatwa miała by jak te przygłupy ganiać za kotami po wsi i nie mieć z tego żadnego pożytku, skoro może się rozwijać, uczyć, poznawać świat, bawić i sięgać po nieosiągalne dzięki coraz lepszym i doskonalszym wynalazkom aktualnych czasów. To jest fantastyczne, niesamowite, doskonałe, przednie, fantastyczne i cudowne, że dziś mamy to, czego nie mieliśmy wczoraj.

Nie znaczy to też jednak, że dziecka nie mogą wychodzić na podwórko od czasu do czasu. Ale najpierw niech sami rodzice dadzą im może dobry przykład, co?

Poza tym te "cudowne" lata mojego dzieciństwa i wczesnej młodości pozostawiły we mnie ślady nie do zatarcia i nie do zapomnienia.

Nie dawno rozmawialiśmy o tym z małżonkiem, ile gówna z "tych cudownych czasów" siedzi w nas do dziś i jaki okropny wpływ ma na nasze dzisiejsze życie i na to kim jesteśmy i co robimy naszym dzieciom.

Doprawdy ktoś normalny może uważać za wspaniałe czasy naszego dzieciństwa? Czasy w których...

...bicie i katowanie dzieci było czymś normalnym, oczywistym i w pełni akceptowalnym przez wszystkich

...poniżanie i wyśmiewaie dzieci przez sąsiadów, nauczycieli, kolegów i rodziców było czymś normalnym i akceptowalnym.

...traktowanie dzieci i młodzieży jak debili, jak gorszy gatunek, jak nierozumne istoty było normą.

...ciężka praca fizyczna i narażanie zdrowia i życia dzieci przy tej pracy było normą.

...nie wolno było mówić o "TYCH SPRAWACH" i nazywać "TYCH RZECZY", "RZECZY ZAKRYTYCH" po imieniu, czyli tematy płci, dojrzewania, seksu, antykoncepcji, miłości były tematami tabu.

...nie liczyło się zdobywanie wiedzy, kształcenie, najważniejsze to było mieć robote, wyjść za mąż i narodzić dzieci, bez zwracania uwagi na to, czy będzie człowieka stać na zapewnienie im godnego życia, bo "przy pięciu to i szóste się wychowa..."

...gdy ludzie gniotli się po 10 sztuk w jednym domu, gdy dziadkowie mieszkali z dziećmi i  z wnukami, gdy starzy bzykali się przy dzieciach po ciemku i pod kołderką

...gdy facet w sukience dyktował ludziom, jak mają żyć, z kim spać i co jeść a do tego był nietykalny i święty

...gdy ten sam facet w sukience mógł bezkarnie wkładać dziewczynkom ręce pod bluzki i spódniczki na tzw lekcjach religii i ludzie, w tym rodzice się tylko z tego śmiali, bo przecież księdzu wszystko wolno a dziewczynkom (czy tam chłopcom) przecież się nic nie dzieje...

...gdy chłopcy w wieku nastoletnim obmacywali swoje rówieśniczki a dorośli mówili, że "przecież muszą się wyszumieć" i "to normalne"

...gdy znęcanie się nad zwierzętami, trzymanie ich w koszmarnych warunkach, bicie, kopanie, głodzenie było w pełni tolerowane, a wszyscy którzy próbowali zwierząt bronić, byli uznawani za idiotów

...gdy nauczyciele mogli bić, wyśmiewać i poniżać uczniów przy każdej okazji

...gdy chodzenie do ginekologa, dentysty, czy innych tam specjalistów było zbędna fanaberią

...gdy nie było prądu, gazu, wszelakich urządzeń, maszyn i wszystko albo większość rzeczy trzeba było robić własnymi łapami

...gdy niemowlaki karmiło się na godziny, a przytulanie, chwalenie i wspieranie dzieci często było uważane za naganne

...gdy baby były od gotowania, zajmowania się dziećmi i sprzątania, a facet był wyśmiewany gdy chciał się tym zajmować

...gdy w sklepach nic nie szło kupić, jedzenie było na kartki, buty na talony,  a po chleb i srajtaśmę stało się godzinami w kolejkach



Tak, zajebiste było to, że my na wsi nigdy nie mieliśmy wakacji, bo trzeba było zapierdalać w polu.

Superowe było to, że kąpaliśmy się często w zimnej wodzie, że nie rzadko siedzieliśmy w zimnie i przy świeczkach, że mieliśmy jedno ubranie  kościołowe i jedno połatane, zniszczone na codzień i do szkoły. 

Ekstra było to, że włosy myło się raz na tydzień albo i na dwa tygodnie, bo trzeba było oszczędzać wodę, mydło i szampon. Jeszcze lepsze było to, że mama kupowała mi (jak i inne mamy swoim córkom) jeden dezodorant na rok, bo tylko na tyle było ją stać. 

Fajne było to, że nikt prawie nie miał samochodu, mało kto miał rower i wszędzie trzeba było zasuwać na nogach, a do najbliższego przystanku pociągu czy autobusu było blisko 3 km, a te jeździły jak im się podobało, a zasadniczo rzadko i do tego były brudne i cuchnące (wolno było palić w autobusie i pociągu, a także w szpitalach i przychodnaich - już samym wspomnieniem rzygam). 

Świetne, że na wiosce był jeden telefon i jak komuś zdarzył się wypadek, to trzeba było zasuwać na nogach i prosić by ten zadzwonił po pogotowie... które czasem nawet przyjeżdżało o ile warunki były sprzyjające.

Nigdy nie zapomnę też tego siedzenia w szkole o głodzie po 10 godzin, bo w domu często nie było niczego, co można by do szkoły zabrać poza podpleśniałym chlebem i twardym masłem. Kurde jak ktoś w klasie był czasem przy forsie i kupił paluszki, zwykłą bułkę czy chrupki to cała klasa się od razu rzucała.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, bo w tych czasach było mnóstwo rzeczy, które mi się nie podobają. Każda z tych wymienionych rzeczy miała wpływ na to, kim dziś jestem i niestety nie zawsze był to wpływ pozytywny. O ile praca od małego i ogólne stosunkowo trudne warunki życia pozwalają mi docenić to dobro, które mam dziś, tak wpływ ówczesnych metod wychowawczych, podejścia do dzieci i ogólnych norm społecznych odbił się na mojej psychice bardzo niekorzystnie. 

Wiele rzeczy uświadomiłam sobie dopiero nie dawno podczas lektury książek, czasopism (i internetu) z zakresu psychologii, rozważań własnych, dyskusji z małżonkiem, dziećmi i innymi członkami rodziny oraz spotkań z psychiatrami czy psychologami. Dla osób wysokowrażliwych do jakich należę ja i moja rodzinka wpływ tego, czego doświadczaliśmy w dzieciństwie i wczesnej młodości jest niesamowity. Niesamowicie negatywny!

To jak nas wychowywano i jak nas traktowano i co nam - chcąc lub nie chcąc - wpojono, NIESTETY często odbija się teraz w tym, jak traktujemy nasze własne dzieci. Powiem więcej - ja z małżonkiem, gdy jakiś czas temu nagle uświadomilismy sobie pewne rzeczy, bynajmniej nie byliśmy zachwyceni, tym co robiliśmy zupełnie nieświadomie naszemu potomstwu i sobie nawzajem, a co zdecydowanie ma swoje źródło w tych "cudownych czasach" naszego dzieciństwa.

Rozmawialiśmy o tym z naszymi dziećmi i pewne rzeczy próbujemy naprawić w sobie i naszym zachowaniu oraz w naszych wzajemnych relacjach. To wcale nie proste jest wydobyć się z błędnych przekonań, w których tkwiło się latami, częstokroć zupełnie nieświadomie.

Tymczasem już samo katolickie życie na klęczkach i wieczne bicie się w piersi  "mea culpa mea culpa"  to niezła patolka. I nie mówię tu bynajmniej o śmiesznych gestach kościołowych tylko całym życiu nawet zupełnie niepobożnego i nawet niewierzącego tzw katolika. Bo przecież jesteśmy niczym,  jesteśmy nędznymi robakami, nie możemy się chwalić, nie możemy być dumnymi z niczego, gdy nas kopią, leją po pysku, gardzą nami, mamy to przyjmować z pokorą, bo tylko wtedy będziemy uznani za dobrych. Gdy oddamy kopa to będzie się nami gardzić... Baba ma znosić ból miesiączkowy i porodowy cierpliwie bez cudowania, ma usługiwać chłopu, bo taka jej rola wyznaczona od bozi... Słyszałam takie teksty nie raz od innych bab. Każdy niekatolik to zło. Nie ważne, jakim kto jest człowiekiem, ważne że nie chodzi do kościoła albo ma innego bozię, a już jest zły. Nie ważne czy wierzysz czy nie wierzysz - masz postępować po bożemu na każdym kroku koniec kropka. Każda dziedzina zycia podporządkowana temu co księżulo kiedykolwiek powiedzieli. Na wydobycie się z tej patologii potrzeba lat.

Nie wiem jak wy, ale ja gotując w piątek kurę czy schabowy  za każdym razem uświadamiam sobie, że jest PIĄTEK. Niby nic, niby śmieszna sprawa, bo przecież od wielu, wielu lat nie ma dla mnie znaczenia czy jest niedziela, piątek, czy nawet WIELKI piątek - jeśli mam ochotę na mięso - jem mięso, jeśli mam ochotę na lody, jem lody, ale gdzieś w podświadomości pozostaje ta myśl, że kiedyś bym za to dostała w pyszczycho.

Uświadomiłam sobie wiele takich z pozoru nic nie ważnych głupich przyzwyczajeń z dawnych czasów. Z tym, że niestety nie wszystkie są takie śmieszne, jak kwestia piątkowego menu... Nie mówcie mi zatem, że nasze dziecińswto było zajebiste i że w cudownych czasach żyliśmy, bo to guzik prawda.

Ja cieszę się, że moje dzieci mają lepiej. Cieszę się, że mają pełną lodówkę, że mogą próbować najdziwniejszych owoców, słodyczy, potraw, że mogą korzystać z dzisiejszych wynalazków, postępów i odkryć w medycynie, technice itd, Świetnie, że dziś w sklepach jest mnóstrwo ubrań, zabawek, kosmetyków, które możemy sobie i dzieciom kupować bez ograniczeń. Superowo, że życie ułatwiają i uprzyjemniają nam najnowsze wynalazki.

Nie pojmuję zupełnie jak ludzie mogą nie doceniać tego, co mają dzięki postępowi, odkryciom, wynalazkom.

Czasem mnie to nawet śmieszy albo wręcz irytuje, gdy taka dziunia jedna z drugą krzyczy na cały świat, że tęskni za latami siedemdziesiątymi ale jednocześnie mało się nie zesra, gdy jej się nagle smartfon, zmywarka do naczyń czy pralka  zepsuje, gdy fejzbuk ma piętnastominutową awarię albo na 10 minut wyłączą prąd. No bo wiadomo w żelowych paznokietach ciężko może być myć gary albo prać własne majtusie, no i ile czasu to zajmuje. Jak to myć gary, czy robić pranie w baliji, gdy w telewizyi serial leci albo inny tam tok szoł. Jak to żyć bez telefonu?! Przecież do psiapsóły to ze 2 kilometry jest, a to za daleko by iść na nogach...

A ja się doskonale czuję we współczesności.

Uwielbiam wynalazki i cieszę się, że moje życie jest dzięki temu łatwiejsze, niż było 40 lat temu. Podoba mi się to, że każde moje dziecko ma własny komputer i własny telefon czy tablet z dostępem do internetu.

Fajnie, że mogę robić zakupy bez wychodzenia z domu i że mogę sobie kupować rzeczy w dowolnym kraju, nawet w Chinach.

Super, że gotowanie, pranie czy sprzątanie jest dziś łatwiejsze niż było w czasach moich rodziców czy dziadków, bo dzięki temu mam więcej czasu dla siebie.

Cieszę się bardzo, że wiele się zmieniło w medycynie, że z każdym rokiem więcej chorób da się szybko wykryć i coraz więcej jest uleczalnych, że wizyta u dentysty jest dziś praktycznie bezbolesna, że poród jest bezpieczny itd.

Fantastycznie, że dziś jest o wiele lepsze niż 40 czy tym bardziej 80 lat temu podejście do dzieci, wychowania, zdrowia fizycznego i psychicznego, seksualności, religii, przyrody, że dzieci i zwierzęta mają swoje prawa, które się egzekwuje, że mamy nieograniczony dostęp do wiedzy, z której możemy korzystać, by wiedzieć więcej i żyć lepiej i bardziej świadomie podejmowac decyzje...

Oczywiście i w tych czasach znajdzie się różne wady i niedoskonałości. Tylko po co? Po co szukać dziury w całym i tęsknić do czegoś co minęło i nie wróci? Nie lepiej cieszyć się z pełną  świadomością tym co się ma tu i teraz, zanim to przeminie? A przeminie i nie wróci, a wy się obudzicie wtedy i znowu będziecie biadolić, że nie korzystaliście wtedy jak można było, a teraz już za późno...




31 października 2019

O akcji ratunkowej dla jeżyka, strasznym clownie i reszcie nudnego tygodnia

Piszę tego bloga 6 lat i jak dotąd nie brakło mi tematów. Wprost przeciwnie - zwykle  brakuje mi czasu albo sił, by spisać to wszystko, co bym chciała. Nie zazdroszczę tym, co mają tak nudne życie, że muszą żyć życiem innych ludzi i to częstokroć życiem nieprawdziwym, bo tylko z filmu czy literatury. Moje życie jest fascynujące, ciekawe, pasjonujące i niesamowite, czasem aż do przesady, czasem aż się ma dość przygód, wyzwań i kopniaków od upierdliwego losu. Przeważnie jednak jest po prostu ciekawie.

nowe hobby naszego siedmiolatka

Szkoła. Wywiadówka. 

Ostanie dni były całkiem dobre. Nie obyło się bez stresu, bo - nie ukrywam - że cykałam się przed wywiadówką u Młodej. No bo wiecie - chodzimy, piszemy, dzwonimy do szkoły, poradni i ogólnie zawracamy dupę połowie świata, by zwrócić uwagę na jej problemy, by poprosić o pomoc, zrozumienie i wsparcie, ale też zawsze coś obiecujemy od siebie dać. Obiecujemy, a potem nie jesteśmy w stanie tych obietnic dotrzymać, bo się okazuje, że przeliczyliśmy się z własnymi siłami, że porwaliśmy się z motyką na słońce.... I tak - jak wspominałam - ugadaliśmy że Młoda będzie chodzić na zajęcia praktyczne, a teorię będzie próbować ogarniać w domu. Załatwiliśmy te wszystkie atesty, zezwolenia, ułatwienia i tak dalej. Niestety okazuje się, że dla Młodej wyjście do szkoły nawet na ulubione zajęcia jest częstokroć ponad siły. Nie zawsze, ale często. Dlatego właśnie bardzo się denerwowałam, bo co sobie cholera o nas pomyślą, co powiedzą w takiej sytuacji. No łazimy, biadolimy, obiecujemy, szkoła robi wszystko by pomóc, dostosowuje się a z naszej strony kicha.  Dlatego miałam cykora przed spotkaniem z wychowaczynią. Okazuje się że zupełnie niepotrzebnie.

Wychowawczyni powiedziała, że najważniejsze jest, by Młoda poczuła się lepiej. Powiedziała, że jak źle się czuje, ma zostać w domu, choć w szkole jest zawsze mile widziana. Powiedziała, że po tych kilku testach i zadaniach z różnych przedmiotów, na których była, już widać, że Młoda jest zdolna i że spokojnie da sobie radę z nauką. Zapytała, czy nauczyciele mają jej wysyłać zadania, by mogła zdobywać dodatkowe punkty siedząc w domu. Uf. Ulżyło mi. Wychowawczyni powiedziała ponadto, że to dorastanie, małpi czas, szaleństwo hormonów i że ona jest pewna, iż w przypadku Młodej to na pewno ma duży wpływ i że trzeba poczekać aż się hormony uspokoją, bo wtedy będzie jej łatwiej zapanować nad wysoką wrażliwością i wyrwać się ze szponów depresji. Ona może mieć rację.

Poza tym mówiła, że ważne by Młoda miała dobrego terapeutę, że jak jeden nie pomaga to szukać innego... Potwierdziła też (podobnie jak wszyscy inni nasi znajomi), że w UZ w Brukseli mają świetnych specjalistów, że faktycznie warto tam robić badania czy się leczyć.

Powtórzyła też to samo co mówiła na pierwszym spotkaniu organizacyjmym do wszystkich rodziców - że można do niej zawsze przyjść, że można napisać email o każdej porze dnia i nocy i  że ona odpowie tak szybko jak tylko będzie mogła. I tak, w Belgii nauczyciele odpowiadają na e-maile także w weekendy a czasem też w nocy, choć wiadomo że kultura nakazuje im byle czym głowy nie zawracać. Po raz kolejny się przekonuję, że na Flamandzkich nauczycieli można liczyć.

Jak zrobić strój Clowna w 15 minut?


W szkole Młodego był dzień Halloween. Od czasow zmiany dyrektorki już nie jest tak czadowo, jak było za poprzedniej i mimo, że niby każdy mógł przyjść do szkoły przebrany, to w tym roku tylko nieliczni z tego skorzystali. No ale cóż - rodzice nie dostali żadnej oficjalnej informacji na ten temat. Nie było mejla ze szkoły, nie było wpisu w agendzie więc każda gapa zapomniała o tym mamie powiedzieć na czas albo mama nie uwierzyła... Nie było też - jak w poprzednich latach - konkursu na najfajniejsze przebranie. Były jakieś zabawy i słodycze, ale bez szału. Młody jednak był wielce zadowolony ze swojego przebrania, które Matka przygotowała na łapu-capu, bo przypomniała sobie o tym o 20tej wieczorem, gdy już była w piżamie i szykowała się do łóżka hahaha.

No, sama to nawet by se w ogóle nie przypomniała, gdyby Syn się nie spytał, co z tym strojem klauna na jutro...

Ale co? Ja nie przygotuję kostiumu Pennywise'a na poczekaniu? JA!? W końcu przecież jestem sprzątaczką - mogę wszystko!

Co potrzeba? Jakąś starą białą koszulkę, sweter, koszulę, cokolwiek białego.
Jakieś guziki wielkie albo pomponiki, albo czerwony materiał do zrobienia kulek, albo czerwony mazak do namalowania guzików.
 Mieliśmy dwa pomponiki dekoracyjne i białą koszulkę z długim rękawem. Znalazł sie też kawałek starej firanki i sznurówki do butów z których powstała kryza.
Do tego szare dresy.
Strój strasznego clowna gotowy w 15 minut. Mogę być z siebie dumna haha.

straszny clown
Rano wymalowałam pysio białą farbą do twarzy i zrobiłam makijaż Pennywise'a czerwoną i czarną kredką. Potem ubrałam Młodego w worek na śmieci, postawiłam włosy na gumie i pomalowałam czerwonym sprayem.

Pewnie niektórzy się dziwią, że też akurat miałam w domu czerwony spray do włosów i farby do makijażu. No cóż - ja jestem normalna inaczej. Może nie mamy w domu takich dziwnych  rzeczy jak babskie cienie do powiek, szminki, tusz do rzęs czy lakier do paznokci, ale zwykle mamy różne peruki, okulary, stroje, najdziwniejsze materiały artystyczne i dekoracyjne, farby, spraye i inne fajne drobiazgi, którymi można się bawić.

Gdy jechaliśmy do szkoły, ludzie machali Młodemu z samochodów, a ten i ów pokazał kciuk w górę. Młody był zachwycony. W szkole też od razu wszyscy do niego przybiegli i mówili, że ma coolerski strój. Tylko, że wtedy pojawił się jeden taki starszak w kompletnym stroju Pennywise'a i zabrał Młodemu cały fejm. Mimo to Młody był wielce zadowolony z tego przebrania. Wieczorem nawet nie chciał się iść kąpać, bo tak mu się podobało bycie strasznym clownem.

Dobrze jest bowiem czasem pobyć kimś innym. Dobrze jest czasem zrobić coś szalonego. Zabawa i wygłupy są nam wszystkim bardzo potrzebne, by dać upóst nazbieranym złym emocjom.


Relaks w lesie.


Miniony tydzień był bardzo ciepły. Termometry pokazywały nawet 20 stopni i można było ganiać jeszcze w krótkich portasach. Korzystaliśmy z tej pogody. Młody doskonalił swoją jazdę na rolkach. W sobotę i w niedzielę spędziliśmy w lesie. Młody robił zdjęcia grzybom za pomocą mojego iphone'a, a Młoda robiła zdjęcia Młodemu za pomocą swojego Nikona. Młody właził na powalone drzewa, ganiał, macał i wąchał grzyby.

Ja też robiłam zdjęcia i oglądałam niezliczone gatunki grzybów. M-Jak-Mąż po prostu spacerował. W lesie było setki ludzi - dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie. Ludzie z psami wszelakich ras. Ludzie pieszo, na hulajnogach i na rowerach.


Młoda zauważyła, że w Polsce to ludzie idą do lasu zbierać grzyby, a w Belgii wszyscy je fotografują. No serio, mnóstwo osób w każdym wieku robiło zdjęcia grzybom, drzewom i sobie na wzajem.
Dodam gwoli ścisłości, że w Belgii nie wolno zbierać ani tym bardziej niszczyć grzybów. Mandaty są dość wysokie (nawet kilkaset euro) . I bardzo dobrze. Dzięki temu las jest piękny i niesamowity jesienią.

Młody pytał, czy w tym lesie są jeże i czy jest szansa, że go spotkamy. Odpowiedziałam mu, że są, ale w dzień raczej nie spotkamy, a poza tym pewnie już szykują się do spania gdzieś pod listkami. Młody był zawiedziony, bo - jak oznajmił - bardzo lubi jeże, ale jeszcze nigdy nie widział prawdziwego jeżyka.


Akcja ratunkowa dla jeżyka


No i proszę Matka Natura spełniła jego życzenie już na następny dzień. Młody nagle wyjrzał przez okno i z głośnym okrzykiem wybiegł przed dom.

- Maamoo, jeż! Jeeeż! Prawdziwy jeeeeżyyyyk!

Wyszłam za nim, a i Młoda z góry też przybiegła zobaczyć co to też za rwetest. Faktycznie drogą maszerował mały jeżyk. Samiuteńki bez mamusi. Maleństwo schowało się za wielką doniczkę przy murze. Doszliśmy do wniosku, że coś się musiało niedobrego wydarzyć w życiu tego stworzenia, bo samotne małe jeże wędrujące drogą w samo południe to nie jest normalne zjawisko. Młoda postanowiła zanieść go do schroniska. Od nas do schroniska dla dzikich zwierząt jest jakieś 4 kilometry, ale Młoda uparła się iść na nogach, bo dla życia jeżyka warto podjąć się takiego trudu.

No i poszła niosąc jezyka w pudełku po butach, gdzie siedział sobie na miękkim ręczniczku i przykryty siankiem pożyczonym od królika. Gdy wróciła, stwierdziła że kopyta jej zaraz odpadną, ale też była z siebie dumna i zadowolona.  Opowiadała, że w drodze spotkała sympatyczną babcię spacerującą z pieskiem, która  do niej zagaiła i zaczęła pogawędkę. Babcia zajrzała do pudełka, pogłaskała jeżyka i opowiedziała, że też różne biedne stworzenia do schroniska nosiła.

Jestem dumna z mojej córki i wiem że każde stworzenie małe i duże może liczyć na jej pomoc. Empatia to wielka zaleta i moc wysokowrażliwych osób. Młody też ma ten dar. Cały wieczór się martwił o jeżyka. Zastanawiał się, czy możliwe, że ktoś znalazł jego mamę, bo może spotka ją tam w schronisku... Powiedziałam mu, że na pewno spotka tam inne zwierzątka, może nawet inne jeżyki, że dobrzy ludzie się nim zaopiekują, że jest tam lekarz dla zwierząt, że jeżyk będzie tam bezpieczny i będzie miał tam ciepło i jedzenie, a na wiosnę, gdy dorośnie, wypuszczą go do lasu, gdzie spotka się z innymi jeżami a może nawet ze swoją mamą albo rodzeństwem. To go uspokoiło i mógł iść spokojnie spać... Tyle że sam zaczął źle się czuć i wyskoczyło mu 38 stopni. 

Urlop. Ortodonta. Choroba


Cieszę się zatem, że mam urlop i mogę z nim spędzac dużo czasu. Wce wtorek do południa miał gorączkę i dużo spał, a jeszcze wiecej się przytulał. Po południu jednak rozebrał sie nagle z gepardowego onesie i kazał dać sobie normalne ubranie i włączył komputer, by sobie zagrać. Super, bo akurat Młoda miała wizytę u ortodonty i musiałyśmy skoczyć do centrum rowerami.

Ortodontka zrobiła odciski japy Młodej, co kosztowało mnie 120€, z czego ubezpieczyciel ma oddać 74€. Następną wizytę ustaliła na ferie świąteczne, kiedy to nam powie, czy trzeba wyrywać 2 zęby u dołu, czy też od razu da się zamontować aparaturę korygującą. Potwierdziła też, że otrzymała mejlem dokumenty od naszego ubezpieczyciela. My też otrzymaliśmy mejlem te dokumenty, w których informują nas, że otrzymamy 375 € zwrotu za aparat. No szał po prostu, przy cenie 2.500€ No, ale lepszy rydz niż nic.

W nocy Młody spał znowu ze mną, a tata u Młodego. Choć nie wiem, czy to można nazwać spaniem. Młody przez większość nocy miał gorączkę, a u niego gorączka to okropne zjawisko. Temperatura rośnie gwałtownie do 39, a Młody ma dreszcze. Po czym równie gwałtownie spada, a Młody się poci i majaczy. Gada od rzeczy, łapie coś w powietrzu i gada do tego, próbuje też czasem gdzieś iść. Masakra. Tej nocy trzy razy zmieniałam mu kompletnie mokrą od potu piżamę. Rano nie pamiętał nic i był zdziwiony, że ma inną piżamę.

Potem postanowił znowu pooglądać "Było sobie życie", który to film odkrył nie dawno na Netflixie. Uważam, że to bajka akuratna na czas choroby. Od razu człowiek lepiej się czuje, jak sobie uświadomi, że w środku mu samolocki latają i żołnierze bronią nas przed wirusami haha. Ale tak serio to ta bajka jest niesmowita. Uwielbiałam ją oglądać za gówniarza i wiele mnie ona nauczyła o moim ciele. Potem poleciłam ją moim córkom i one też oglądały z wielkim zainteresowaniem. Nawet teraz, jak Najstarsza zobaczyła, że Młody to ogląda od razu się przysiadła i wielce się uradowała, gdy powiedziałam jej, że to z Netflixa i że jest nawet w polskiej wersji językowej. Ona stwierdziła, że woli po angielsku i poszła szukać u siebie. Netflixa mamy bowiem wykupionego na 5 stanowisk, więc każdy ma własny profil i może oglądać na własnym laptopie.

Belgisjkie szpitale. 

Wczoraj mieliśmy zaplanowane dwa badania neurologiczne, ale jakaś babka zadzwoniła i powiedziała, że doktor zapisał im to badanie na 15.30 a one pracują tylko do 16, podczas gdy badanie trwa około godziny. Pytały, czy możemy przyjśc rano, ale my mamy wieczorem jeszcze inne badanie w tym samym szpitalu  i 2 razy nie zamierzam tam jechać pociągiem. Złaszcza że nie było wiadomo, jak Młody będzie się czuł i czy może cały dzien siedzieć sam. Znaczy z Najstarszą, ale to nie wiele zmienia, bo siostra to nie mama. Drugie badanie jednak odbyło się normalnie, a nawet wcześniej, bo z godzinę wcześniej dotarłyśmy do poczekalni i doktor kazał nam nigdzie nie łazić, bo może uda mu się wcześniej Młodą przyjąć. I tak się stało.

Ze szpitalami jest tak, że człowiek nigdy nie wie, ile mu zajmie zarejestrowanie się, bo nigdy nie wiadomo ilu ludzi wtedy przyjdzie i ile okienek będzie otwartych. Choć proces rejestracji w belgijskich szpitalach jest bardzo nowoczesny. W tym, w którym byłyśmy wczoraj wygląda to tak, że przy wejściu wtyka się swój dowód do specjalnego czytnika i to ustrojstwo drukuje nam numerek. Idziemy do poczekalni i czekamy aż nasz numerek pojawi się na ekranie wraz z numerek okienka, do którego mamy iść. Gdy podchodzimy do okienka, tam pani (lub pan) już wie o nas wszystko, bo urządzenie przy wejściu pobrało dane z naszego dowodu. Mają więc nazwisko i adres oraz przypisane do nas wizyty, czy informacje o ewentualnym przyjęciu do szpitala, a także informacje o ubezpieczeniu. Jeśli byliśmy już kiedykolwiek w tym samym szpitalu to mają też nazwisko lekarza rodzinnego, adres mejlowy, numer teefonu i wszystko inne. Rejestracja trwa zatem 2-5 minut, nie licząc oczywiście czasu oczekiwania na dojście do okienka, bo to może trwać i godzinę w godzinach szczytu, a innym razem jeszcze dobrze ci się numerk nie wydrukuje a już świeci się on na tablicy. W okienku dostaje się różne dokumenty i wskazówki co do kierunku marszu na dany oddział. Zwykle trasy są oznaczone numerami i trzeba śledzić strzałki w korytarzach. Czasem dla ułatwinia są jeszcze kolorowe kreski albo inne znaczki na podłodze i wtedy pani w okienku mówi "podążaj za żółtą kreską"...


Miniona noc znowu była z gorączką, ale teraz Młody znowu gra na kompie, czyli bedzie żyło :-)

Bardzo się cieszę, że mam ten urlop, bo chyba bym fiu bziu dostała, gdyby musiała teraz do pracy jeszcze chodzić. Wielce prawdopodobne, że zostawię połowę moich klientów po Nowym Roku, żeby pracować tylko do południa, bo tym systemem w takich a nie innych  okolicznościach zwyczajnie długo nie pociągniemy. Z jednej strony pieniądze są nam teraz bardzo potrzebne i te kilkaset euro  miesięcznie mniej, pewnie zrobi różnicę, ale z drugiej strony za te kilkaset euro zdrowia żadne z nas sobie nie kupi. Wszyscy się zgadzamy co do tego, że gdy matka będzie po południu w domu, może to mieć bardzo pozytywny wpływ na nasze życie i zdrowie.





28 października 2019

Śmiertelnie poważnie o tym jak zaplanować swój pogrzeb

Jesień to czas wspominania zmarłych i reflekcji nad śmiecią.  

cmentarz Dieweg w Brukseli
W internetach pewnie już zaczęły się te coroczne bezsensowne kłótnie na temat wyższości poszczególnych świąt zmarłych z różnych epok i regionów świata... Ja jednak dziś nie o tym. Dziś postanowiłam pomyśleć o śmierci własnej i o tym wszystkim, co mogę z nią zrobić. 

Ludzie jakoś tak mają, że nie chcą za bardzo gadać ani myśleć o swojej śmierci. To jest dziwne, bo przecież to jest jedna z tych rzeczy, która w 100% bez wyjatków dotyka każdego. Co więcej nikt, ale to NIKT nie wie, kiedy ta chwila nadejdzie, a nadejść może o dowolnej porze dnia i nocy zupełnie nieoczekiwanie bez zapowiedzi.

Cmentarz Dieweg

Co by było, gdybym nagle zmarła? I nie mówcie mi, że jeszcze powinnam spać spokojnie, bo wystarczy posłuchać wiadomości, popatrzeć na statystyki.... O, teraz w Polsce przy okazji Święta Zmarłych to będzie można dobrze zaobserwować. Jestem pewna, że zginie jak zwykle wiele osób w wypadkach drogowych. Wiele osób umrze nagle i na pewno żadne z nich nie myśli teraz, że za rok to na jego grobie zapłonie świeczka... Tu jak i w pozostałej części świata też jest sporo wypadków śmiertelnych na drodze, w pracy, czy choćby  w domu. Ludzie zapadają też każdego dnia na różne śmiertelne choroby. Nie można się  zatem głupio upierać, że mnie to nie dotyczy, bo śmierć akurat dotyczy każdego.

Jakbym tak jutro miała wyciągnąć kopyta, to chciałabym mieć pewne rzeczy zaplanowane, bo ja nie lubię się zdawać na decyzję innych w moich osobistych sprawach. Nie wiem jak wy, ale mnie NIE jest wszystko jedno, co ze mną zrobią po śmierci. Nie chcę za jasną cholerę, by moje zwłoki zostały pochowane w całości i by żarły je robale. O FU! Szanująca się wiedźma powinna zostać spalona, a prochy powinny spocząć w jakimś ładnym miejscu, ale nie w wodzie brrr i najlepiej nie w urnie, bo nie lubię ciasnych pomieszczeń... No ale dobra, do rzeczy.

Belgia daje wiele możliwości i sposobów na rozporządzenie za życia swoją śmiercią.

Sfinansowanie pogrzebu

Zacznijmy od spraw finansowych, czyli od tego, na co mnie na dzień dzisiejszy na pewno nie stać, bo jak piszą w internecie, przeciętny pogrzeb średnio kosztuje od 3 do 6 tysięcy euro, z tym że jak wynika z badań w Walonii jest zawsze kilkaset euro taniej niż we Flandrii.

Co mogę  teoretycznie zrobić w tej sprawie? Mogę wykupić sobie ubezpieczenie pogrzebowe, na które będę płacić np 10 czy 20 lat w ratach miesięcznych, trzymiesięcznych czy rocznych. Nie zorientowałam się jeszcze w kwotach, ale być może warto to rozważyć, by nie stawiać najbliższych swoją śmiercią w kłopotliwej sytuacji. Mogę też w banku założyć specjalny rachunek pogrzebowy i tam se odkładać na tę ostatnią chwilę.

Dobrze wiedzieć, że jak zmarły nie ma rodziny lub tej rodziny nie stać na zorganizowanie pochówku, to państwo pokryje podstawowe rzeczy formalne... no bo w sumie jakie mają wyjście... umarlaka nie mozna wyrzucić na śmietnik przecież.

Kwestia ostatniej woli. 


Tutaj możliwości są różne. Nas ten przykład u nas w Urzędzie Gminy można kazać zapisać, co się ma stać z naszym ciałem po śmierci. W swojej ostatniej woli możesz podać:
- czy wybierasz pogrzeb tradycyjny czy kremację 
- wedle jakiej filozofii/religii ma się odbyć ewentualna ceremonia pogrzebowa
- w jakiej gminie (na terenie Flandrii) mają spocząć prochy
- czy masz kontrakt pogrzebowy (kontrakt pomiędzy osobą prywatną a notariuszem, zakładem pogrzebowym, ubezpieczycielem...)

Kremacja i pogrzeb tradycyjny.


Kremacja to szeroki temat. Nie długo pewnie będzie można wybierać pomiędzy spalaniem a kremacją wodną. Ta pierwsza odbywa się w specjalnym piecu w temperturze 700-1200 stopni Celsjusza, druga w roztworze wodorotlenku potasu podgrzewanego do 180 stopni ale w wysokim ciśnieniu, żeby się truposz nie gotował. W obydwu przypadkach ze zwłok pozostają tylko kości (i ewentualne metalowe protezy), które się potem mieli na proch (no, bez metali naturalnie). 

rozsypywanie prochów https://uitvaartvlaanderen.be/
Urnę z prochami można pochować normalnie na cmentarzu w grobie, grobowcu czy columbarium (mur z urnami). Można rozsypać nad belgijskim morzem albo na specjalnych łąkach przy cmentarzach. Można też rozsypać prochy w innych miejscach, ale tylko jeśli zmarły wyraził za życia taką wolę!

Od pewnego czasu każda gmina może wedle własnego widzimisię wyznaczyć u siebie takie miejsca, bo byle gdzie w przestrzeni publicznej czyichś prochów się LEGALNIE nie rozsypuje (nielegalnie i owszem).
W Antwerpii ponoć można rozsypywać prochy gdzieś wzdłuż Skaldy. W okolicach Dendermonde też nad tym dumają, ale nie mogą się zdecydować, gdzie...

Można też przechowywać urny w innych miejscach niż cmentarz, na przykład w domu. Można nawet zlecić wykonanie biżuterii zawierającej prochy zmarłego, by móc zawsze je nosić przy sobie... Dzielenie prochów czy wykonywanie bizuterii spotyka się we Flandrii o wiele częściej niż  w Walonii, gdzie dopiero nie dawno coś takiego stało się możliwe.

No ale dobra, bez przesadyzmu... nie wiem, czy bym chciała by moi bliscy nosili przy sobie moje prochy... A co, jakby zgubili...? "Nie uwierzysz co się stało! Zgubiłam mamusię!" Buachacha!

Można też pochować urnę w specjalnym lesie pogrzebowym pod warunkiem, że jest ona biodegradowalna (trudny wyraz). Bardzo często te urny mają w sobie nasionko drzewa, które z czasem ma się stać naturalnym pomnikiem (zakładając, że wyrośnie). Ta opcja nawet mi się podoba. Tylko, czy jak drzewo by zeżarło moje prochy to czy ono było by normalne? 

W kwestii zwykłego pochówku zaciekawil mnie inny ekologiczny pomysł praktykowany  już w niektórych krajach (w Belgii w rozważaniach), czyli tzw kompostowanie zwłok... Zwłoki owija się jakimś łatwo degradowalnym materiałem oraz kompostem (drewno, liście) i przysypuje ziemią. natura szybko robi swoje. Nie powiem jednak, żebym chciała być skompostowana. 

W Waloni zaś od kwietnia tego roku są dostępne trumny tekturowe i wiklinowe, które umożliwiają szybsze rozkładanie się zwłok. 

Inne ciekawostki.


W Belgii jest tendencja do zamieniania cmentarzy w parki, czy jak kto woli parko-cmentarze. Dużo drzew, ławek i takie tam. Nie ukrywam, że to bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Cmentarz jest o wiele przytulniejszy.

W kwestii pochówku trzeba tutaj wykupić koncesję na maksymalnie 50 lat. Bez wykupienia koncesji grób po 10 latach jest sprzątany i chowa się tam kogoś innego. Jedna znajoma babcia wpomniała kiedyś o tym, że od śmierci jej małżonka minęło ponad 11 lat i ona już nawet na jego grób nie może pójść, bo już go nie ma. Przykre to.

foto z internetu
Kolejna ciekawostka nie znana mi z PL to listy (kartki) pogrzebowe, które rozdaje się lub wysyła wszystkim bliskim znajomym zmarłego - sąsiadom, kolegom z pracy, rodzinie itd. Kartki te wyglądają podobnie jak inne kartki okolicznościowe (urodzinowe, ślubne itd), zwykle są składane i na pierwszej stronie częstokroć widnieje zdjęcie zmarłego albo zwyczajnie kwiat, zwierzę czy jakiś inny motyw. W środku znajdziemy zwykle jakiś cytat oraz informację, że w dniu tym i tym odszedł ten i ten oraz mnóstwo innych informacji. Są informacje o członkach rodziny (dzieci, partner, rodzice), adres zamieszkiwania, informacje na temat domu pogrzebowego, ceremonii, ostatniego pożegnania, stypy. Często podaje się też czy można przynieść kwiaty, wiązanki (bo tu nie jest to bynajmniej oczywiste - często wręcz zakazane). Z tym że listy pogrzebowe popularne są we Flandrii, a już w Walonii częściej ludzie wybierają ogłoszenie w gazecie.
Inny rodzaj kartek pogrzebowych to kartki z kondolencjami, które tutaj też są dosyć popularne.


Czy ze swoją śmiercią można zrobić coś dobrego? 


Ano można zrobić dwie ważne rzeczy. Można zostać dawcą organów albo przeznaczyć swoje zwłoki do badań naukowych.

W tej pierwszej kwestii w sumie nic nie trzeba robić, bo wedle belgijskiego prawa każdy, kto przebywa w Belgii oficjalnie i jest zapisany w rejestrach co najmniej 6 miesięcy, jest wpisany jako potencjalny dawca organów. Jednak żeby rodzina nie miała w tej kwestii nic do gadania, lepiej potwierdzić to za życia albo wprost przeciwnie - kazać zanotować w urzędzie, że nie wyraża się zgody.

Żeby przeznaczyć swoje zwłoki do badań, trzeba się skontakotwać z wybranym przez siebie uniwersytetem belgijskim i za pomocą specjalnego formularza zgłosić swoją ostatnią wolę, która zostanie zapisana w urzędzie.

Eutanazja.


W temacie śmierci nie można zapomnieć o tym, że w Belgii istnieje możliwość eutanazji i tutaj też już dziś możemy sobie zapisać formalnie nasze życzenie. Wypełniając specjalny formularz w obecności dwóch świadków, którzy nie mają korzysci z naszej śmierci, możemy sobie zastrzec eutanazję (lub jej zabronić) w sytuacji gdybyśmy się znaleźli nagle w jakiejś sytuacji, gdy nie będziemy mogli samodzielnie o tym decydować (wszak rodzina nie zawsze wie, czego sobie ktoś życzy), a okoliczności będą z katagorii beznadziejne.


Święto Zmarłych.


Na koniec w kwestii śmierci dodam jeszcze tylko (bo wiem że niektórzy mają co do tego poważne wątpliwości), że tutaj tak samo jak w Polsce pierwszego listopada obchodzi się Wszystkich Świętych, czy - jak kto woli - święto zmarłych.  Tutaj jest to też dzień wolny od pracy (w tym czasie wypadają też tygodniowe ferie jesienne - nawiasem mówiąc). Tutaj także - tylko nie tak masowo i obowiązkowo jak w Polsce - ludzie odwiedzają w tym dniu groby swoich bliskich, by złożyć na nich kwiaty, czy wieńce albo inne dekoracje i w skupieniu wspomnieć najbliższych.. Nie jest natomiast popularne zapalanie zniczy. Belgijscy katolicy za to często zapalają specjalne świece w domach w różnych intencjach - zarówno dla ludzi żyjących jak i zmarłych. W rocznice śmierci bliskich zaś - tak samo jak w PL - proszą to msze wspominkowe w kościołach. 



19 października 2019

Kto żyje szybko, wolno się starzeje.

W poprzednim poście napisałam, że byliśmy na spotkaniu wprowadzjącym do badań, po którym zostaje się wpisanym na listę oczekujących. Zwykły czas oczekiwania na rozpoczęcie badań w PAika (dziecięcym oddziale psychiatrycznym) to kilka tygodni, czyli około miesiąca... Tymczasem z jakiegoś dziwnego powodu ja już w poniedziałek dostałam przypomnienie, że mamy pierwsze spotkanie w czwartek. PRZYPOMNIENIE o spotkaniu, o którym się nie wiedziało. Można i tak. Zadzwoniłam do szpitala i potwierdzili tam, że faktycznie mamy już rozpisane badania. No i w czwartek było pierwsze. Ostatnie jest zaplanowane na luty następnego roku, czyli całkiem nieźle.
Odwiedziliśmy też neurologa, który po wysłuchaniu naszej długiej i skomplikowanej opowieści zlecił wykonanie różnych badań. Na dzień dobry wysłał Młodą na badania krwi. Aaaaaaaaaaa! Młoda boi się igieł. Doktor przekonywał ją, że na oddziale dziecięcym są superowe pielęgniarki, które przecież nawet dzidziusiom potrafią pobrać krew. A Młoda na to
 - Tak, ale dzidziusie nie potrafią biegać, więc nie uciekną...


Doktor nieźle się uśmiał.... Trzeba wam wiedzieć, że w Belgii w szpitalach na oddziałach dziecięcych pracują faktycznie superowi, fantastyczni lekarze i pielęgniarki, którzy mają świetne podejście do dzieci, cierpliwość i poczucie humoru.  Nie ma się co obawiać, że dziecko (nawet jak to dziecko jest wyrośniętą nastolatką) usłyszy jakieś przygłupawe  uwagi, czy że ktoś będzie się z niego śmiał. 
Do pobierania krwi u Młodej było 3 wesołe panie, które cały czas Młodą zajmowały żartami. Jedna powiedziała, żeby Młoda złapała pielęgniarkę za rękę i mocno trzymała, to wtedy jej nie będzie nic bolało tylko tą pielęgniarkę. Młoda miała niezły ubaw i mimo ogromnego stresu cały nieprzyjemny zabieg zniosła całkiem dobrze. Tyle że potem ręka bolała ją niemiłosiernie, bo do badań rozpisanych  przez neurologa potrzeba było 13 (słownie: TRZYNAŚCIE) fiolek krwi. Najważniejsze że najgorsze badanie za nią. A przed nią jeszcze EEG, PET i NMR ale w innych terminach. 

W nocy po pobraniu krwi nie mogła spać z powodu bólu. Uroki bycia wysokowrażliwym - ból odbiera się o wiele silniej niż będąc normalnie wrażliwym. Na drugi dzień oczywiście nie poszła do szkoły, bo nie była w stanie z powodu stresu poprzedniego dnia i bólu. Wymieniła za to kilka mejli ze swoim coachem w sprawie częściowego chodzenia do szkoły. No i się dowiedziała, że to jednak nie dyrektor musi przemyśleć, jak napisałam w poprzednim poście, ale dyrektor musiał napisać w tej sprawie do ministerstwa  i teraz czekają na odpowiedź... No to czekamy sobie, a czas płynie. Tymczasem już minął pierwszy etap roku szkolnego. W piątek dziatwa odebrała pierwsze raporty. W tym tygodniu odbywają się wywiadówki i rozmowy uczniów z wychowawcami czy mentorami. 

W następny poniedziałek zaczynają się tygodniowe ferie jesienne, z których i ja postanowiłam skorzystać, z nadzieją że choć trochę się zregeneruję i zrelaksuję. Jestem okropnie zmęczona psychicznie. Chwilami mam spore problemy z normalnym funkcjonowaniem w pracy i życiu codziennym, bo taki mam we łbie kołowrotek. Dzień-noc w ciągłym napięciu, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejna godzina i czy po burzy nadejdzie spokój czy raczej kolejna burza. No i do tego trzeba jakoś pogodzić ogarnianie domu, pracę i te wszystkie spotkania z lekarzami, szkołą, poradniami, szpitalami, dentystami, psychologami. Trzeba pamiętać, by na czas wziąć urlop (zawsze z tygodniowym wyprzedzeniem, bo jak nie to się burzą) albo kombinować z klientami, by przyjść do nich w innym terminie. Od czasu do czasu dobrze jest ugotować jeszcze coś ciepłego do jedzenia, jakieś pranie zrobić, na zakupy skoczyć, czy cholera zwyczajnie do kina wyjść, książkę przeczytać, pogadać do drugiego człowieka.... O niczym nie zapomnieć, niczego nie przegapić. Czasem mózg mi laguje. M-jak-Mąż rzadziej chodzi na te wszystkie spotkania, ale za to na jego głowie są  zakupy jedzeniowe i płacnie niekończących się faktur w miarę na bieżąco. Resztę zadań wykonujemy na zmiany albo razem. Kto pierwszy ten pierze, kto szybszy ten gotuje. 

Jednak są też takie momenty jak w piątek, gdy przychodzi takie olśnienie... 

Kurde, dopiero ósma godzina rano, a ja już...

- zaliczyłam kilka kolejnych leveli w Candy Crusch Saga (od tego zawsze zaczynam dzień, to poranna gimnastyka mózgu)
- zrobiłam jedno pranie, 
- posprzątałam łazienkę, 
- ugotowałam obiad, 
- zrobiłam dziecku i sobie kanapki do szkoły i pracy, 
- przyniosłam trawy z łąki dla zwierząt i je nakarmiałm
- zjadłam sniadanie
- wypiłam kawę
- odprowadziłam dziecko do szkoły
- już jadę do pracy
- zrobiłam zdjęcie dyń na Instagram, bo pierwszy raz nie padało, gdy koło nich przejeżdżałam




Jestem z siebie dumna.

Myślę, że kto żyje tak szybko jak my, ten nie będzie miał czasu, by się zestarzeć.



Dziś wybieram się z córkami do kina na Maleficent 2... albo z jedną córką, bo nigdy nie wiadomo czy Najstarsza się nie rozmyśli. Nie zdążyłam obejrzeć części pierwszej, ale myślę że Młoda mi streszci w drodze do kina. 

W tym tygodniu kupiliśmy też naszym świniom nowy domek. Śmiechu było co niemiara, gdy te głupole zaczęły podgryzać domek z każdej strony niczym Jaś i Małgosia chatkę z piernika. Odkąd zabraliśmy im klatkę z wybiegu, zaczęły powoli z tego wybiegu wreszcie normalnie korzystać. Wychodziły coraz dalej i dalej, a teraz już panoszą się na całym terenie. Bardziej się też oswoiły. Obie uwielbiają by je głaskać i drapać za uszami i pod szyją. Słuch toto też ma niczego sobie. Mieszkają na pierwszym piętrze u Młodego w pokoju, ale doskonale słyszą gdy ktoś otwiera lodówkę na dole w kanciapie, gdy Młoda szura paczką z chipsami a nawet gdy ktoś przechodzi pod oknem po chodniku. Wszystkie te odgłosy kojarzą im się z dostawą trawy i cykorii, każdy z tych odgłosów wywołuje głośne TIJUT! TIJUT! TIJUT! TIJUT!

Dobra chatka omniomniom!

Sara poszerza okno

Niko poszerza drzwi

Sara
Świnki, Królik, Papugi to nasze promienie słońca, nasza wielka radość, nasz relaks, nasi przyjaciele, nasza przyjemność, nasze małe okruchy szczęścia, nasza terapia. Uwielbiamy się nimi zajmować, kupować im nowe rzeczy, troszczyć się o nie, głaskać je i na nie patrzeć. Wszystkim nam poprawia sie nastrój przy tych wszystkich głuptasach.


kąpiel



zmokła kura


13 października 2019

Zaświadczenie od lekarza na wyjście do toalety w czasie lekcji, czyli szkoła po belgijsku.

Kolejny szalony tydzień zamknęliśmy z ulgą.

W poniedziałek Młoda znowu zaniemogła i poszła do lekarza, bo znowu pojawiły się poważne problemy żołądkowe. Dostała zwolnienie do środy. W środę po południu pojechałyśmy obie na omówione spotkanie do CLB, gdzie poza pracownikiem tejże poradni spotkałyśmy się też z coachem uczniowskim, czy jak kto woli leerlingbegeleider-em (przewodnik uczniowski - jakby odpowiednik polskiego pedagoga szkolnego).

Oni przypomnieli nam, że trzeba chodzić do szkoły, a my powiedzieliśmy że bedziemy próbować, ale to wcale nie takie łatwe jak się im - zdrowym ludziom - wydaje i że nie wiemy, czy się uda.

Nie no, tak serio to panie wysłuchały, tego co miałyśmy do powiedzenia, ze zrozumieniem. Zapisały sobie kontakty do lekarza domowego, psychologa i psychiatry, z którymi to osbami miały się skontaktować, by dopytać o szczegóły i poprosić o ewentualne dokumenty potwierdzające, że moja Młoda wymaga specjalnego traktowania w szkole ażeby mogła się uczyć.

Coach zgodził się opowiedzieć klasie Młodej o jej problemach z nadwrażliwością i już na drugi dzień wpadła nagle do klasy podczas lekcji i opowiedziała, co miała opowiedzieć. Koledzy zadawali całe mnóstwo pytań, na które coach sama odpowiadała. Młoda była pod wrażeniem i mówi, że pani musiała niezły research przeprowadzić, bo była obcykana w temacie. Okazało się , że jeden z kolegów też jest wysokowrażliwy, ale nie aż tak ja Młoda. Gadali dobrze ponad godzinę. Wiadomo, po części dziatwa przeciągała, żeby lekcja zleciała, ale po części - jak zauważa Młoda - jednak na prawdę byli bardzo zainteresowani tematem i dyskutowali o tym długo. 

Drugim naszym pomysłem i wnioskiem do CLB (popartym przez psychiatrę) było chodzenie do szkoły na pół gwizdka. Panie odebrały bardzo pozytywnie pomysł chodzenia do szkoły tylko przez 3 dni na fotografię i studiowanie pozostałych przedmiotów w domu. Zasugerowały nawet, że spokojnie mogła by tylko zaliczyć grudniowe egzaminy, a praca dzienna wraz z testami była by jej odpuszczona. Potem - gdyby wszystko szło dobrze - od stycznia można by dodawać jej zajęć. Jednak o tym musi zdecydować dyrektor szkoły. No i tu mamy problem. Młoda opowiada, że coach była zdziwiona, że nie wiadomo czy się zgodzą na takie rozwiązanie, że teraz będą o tym dyskutować, a ona (coach) była pewna, że to kwestia podpisania dokumentów i że Młoda może zaczynać ten system od poniedziałku. FIGA! Dyrektor będzie myślał, czy to ma sens, czy tak wolno, czy to jest dobre... Trochę dziwne, bo psychiatra powiedziała, że to zależy głównie od CLB. No ale co szkoła to inne zasady. To już wiem od jakiegoś czasu.

No i teraz najlepsze. Nie wiem, czy wiecie, ale w Belgii nie wolno wychodzić do wuceta w czasie lekcji. Od załatwiania tych rzeczy są dwie przerwy. No i z jednej strony dobrze, bo wiadomo jak przeszkadza wszystkim, gdy ludzie co chwilę wychodzą, wchodzą i robią zamiesznanie. Normalnie zdrowy człowiek bez problemacji wytrzyma od przerwy do przerwy bez chodzenia do kibla. W pracy tak samo przecież trezba wytrzymać. Jednak czasem się zdarza, że człowiek zachoruje czy też zwyczajnie ma niestarawność i co wtedy? No, lepiej wtedy nie iść do szkoły. I tak się zwyle robi, bo niestrawność czy grypa żołądkowa trwa przecież krótko. Gorzej jest, gdy ktoś - tak jak nasza Młoda - ma problemy żołądkowe ze stresu a na stres jest kompletnie nieodporna, czyli powiedzmy to wyraźnie - ma niekończącą się biegunkę, a od czasu do czasu wymiotuje. Nie wiele jest dni bez ganiania do sraczyka co godzinkę czy czasem co pół. 

Dlatego właśnie zapytałam miłych pań, czy Młoda mogła by otrzymać jakąś pisemną zgodę od dyrekcji czy CLB na wychodzenie do toalety, gdy musi, bo często ona nie idzie do szkoły z tego powodu. Zwyczajnie boi się, że nie wytrzyma całą lekcję i popuści w spodnie. A nie trudno sie domyśleć jak stesująca jest taka świadomość, że nagle zacznie się wam kupę i nie będziecie mogli pójśc do kibla, bo nie wolno. No i owszem nie ma sprawy, tylko musimy poprosić lekarza rodzinnego o takie zaświadczenie...

Zaświadczenie...?! ...nic to, jak trza to trza - poszłam do lekarza zaraz w czwartek po robocie, bo akurat wtedy jest bez umawiania. A ten na to "CO?! ZAŚWIADCZENIE OD LEKARZA NA WYJŚCIE DO TOALETY?!! TO JEST NIEDORZECZNE!!! Przecież o takich rzeczach to szkoła chyba sama może zdecydować..."

Potem zapytał się, czy oni aby wiedzą o jej problemach z nadwrażliwością i podatnością na stres. Potwierdziłam. On pokręcił jeszcze raz głową z niedowierzaniem, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł i zaczął myślec nad zaświadczeniem. Nie wiedział, co niby ma w takim zaświadczeniu napisać, bo przecież obowiązuje go tajemnica lekarska, ale w końcu napisał jakichś mądrze brzmiących głupot i że ta a ta musi wychodzić do toalety kiedy chce, także w czasie lekcji. 

Czyli jednak nie mam monopolu na głupie pomysły haha.

W CLB załatwiłyśmy też, że Młoda może jeść w innym miejscu niż jadalnia i podwórko, jak reszta szkolnej braci. Okazało się, że w szkole jest specjalna sala komputerowa, która jest otwarta podczas południowej godzinnej przerwy, gdyby właśnie jakiś uczeń szukał na ten czas spokoju albo chciał sobie popracować nad jakimś zadaniem. Jest tam też ławka bez komputerów, przy której Młoda może zajadać. Coach dodała, że ta sala nie jest zbyt popularna i rzadko ktoś tam chodzi. My się śmiejemy, że skoro inni tak samo jak my nie wiedzą o jej istnieniu to dziwne jakby miała być popularna, no ale szczegół, może wszyscy poza nami to wiedzą. Choć wątpię. Ta szkoła jest bardziej skomplikowana w budowie niż Hogwart. Uczniowie  na początku roku dostali mapę, by się nie zgubić. Młoda należy co prawda do "Domu Kreatywności", ale niektóre lekcje mają w innych domach.

W czwartek Młoda była w szkole, bo cały dzień mają zajęcia praktyczne. Pogoda była ładna, więc poszli na miasto ze sprzętem. Takie zajęcia nawet się  Młodej podobają. Opowiada, że jest luz i nauczyciele specjalnie nie pilnują. Przed wyjściem dostają tematy i wytyczne, co do ilości wymaganych zdjęć. Potem biorą aparaty i statywy i idą w miasto i jak zauważą coś co uważają za interesujące, to rozstawiają sprzęt i cykają fotki. Co niektórzy wstępują po drodze do Panosa albo innego tam przybytku z jedzeniem i maszerują dalej żrąc bułę albo czekoladę. Po powrocie do szkoły włączają komputery i zajmują się obróbką zdjęć.

W piątek byliśmy w PAika w UZ na spotkaniu wprowadzającym w związku z planowanymi badaniami. Nic ciekawego. Po spotkaniu z doktorką postanowiłyśmy przejść kilka przystanków z trampka, bo potrzebowałyśmy znaleźć się w sklepie - ja po buraczki na barszczyk, a ona po coś dobrego i niezdrowego. Do najbliższego sklepu było jakieś 2 km, czyli niezbyt daleko musiałyśmy iść, ale potem się okazało, że autobus jest za godzinę... Godzinę da się czekać, ale gdy potem JAK ZWYKLE złom przyjeżdża spóźniony o 20  minut to już zaczynają nerwy brać...

W sobotę zaraz z rańca  przydarła sąsiadka się zapytać, czy chcę sok z winogronu na galaretkę. Chciałam ze 2 litry, no ale dostałam wiaderko. Słoików też dostałam, więc tylko po cukier żelujący musiałm się do sklepu pofatygować. A winogron w tym roku niesamowicie słodki. OMNIOMNIOM! Winogronu też dostaliśmy po raz kolejny w sezonie.

Wieczorem poszliśmy sobie z M-Jak-Mężem do kina na Gemini Man. Nie było zbyt wiele osób na tym seansie, ale film spełnił nasze oczekiwania w 100% - taka bajeczka w sam raz na relaks po męczącym tygodniu, a motyw klonowania ludzi jak zwykle uruchomił reflekcje na tan temat i będziemy mogli o tym znowu podyskutować w wolnej chwili.