Koniec leniuchowania, zaczął się rok szkolny i wszyscy od najmłodszego do najstarszego idziemy do szkoły.
Najwcześniej zaczął najmłodszy, bo już w ostatnim tygodniu wakacji pomaszerował pierwszy raz do szkoły, kiedy to odbył się wieczór powitalny (onthaalavond) przedszkolaków.
Otrzymaliśmy ładne kolorowe zaproszenie pisemne (najpierw mejlowe, później papierowe). Doro już nie mógł się doczekać tej pierwszej wizyty. Oczywiście zabrał na nią swój nowy plecak. Pusty bo pusty, ale z dumą niósł go na plecach i wołał "rychzak-rychzak!" (pisze się: rugzak). Ledwie weszliśmy do sali, Młody zabrał się za przeglądanie i testowanie wszystkich zabawek, zajrzał do każdego kąta. Inne dzieci nie budziły raczej jego zainteresowania. No z wyjątkiem jednego chłopca... "ON MA SMOOOCZ! HI-HI-HI...". No faktycznie, taki duży chłopiec ze smoczem to śmiesznie wygląda... ;-)
Ten tutejszy wieczór przywitalny to odpowiednik polskiego wrześniowego uroczystego rozpoczęcia roku. Tu 1 września jest już normalny siedmiogodzinny dzień szkolny. Natomiast podczas tego specjalnego wieczoru dzieci i rodzice mogli poznać wychowawczynię oraz innych przedszkolaków wraz z ich rodzicami, a także zobaczyć salę. Wychowawczyni oraz dyrektorka witały każdą rodzinę z osobna i każdego indywidualnie zapoznawały z podstawowymi zasadami panującymi w przedszkolu odpowiadając oczywiście na pytania. Dla tutejszych to pewnie nic nadzwyczajnego, wszak każdy z grubsza zna zwyczaje panujące w szkołach. Jednak dla mnie - obcokrajowca, ciągle próbującego jakoś belgijskie zwyczaje ogarnąć i się zastosować - mają tego typu wydarzenia duże znaczenie. Wreszcie np zrozumiałam o co chodzi z napojami w szkole. Wy się możecie śmiać z tego, bo niby bzdetny temat, ale ja nauczona wolną amerykanką panującą w pl w zeszłym roku nie wiedziałam m.in., że tu nie wolno nosić do szkoły innych napojów niż woda, mleko, mleko czekoladowe, sok jabłkowy i sok pomarańczowy. Potem się okazało, że mimo, iż dziewczyny właśnie jabcoka miały, to koleżanki mówiły im, że nie mogą tego pić. Kurde, co się nagłowiłam o co kaman. Dopiero teraz, gdy dostałam prosty regulamin dotyczący przedszkolaków, zajarzyłam: sok albo mleko jest tylko i wyłącznie do kanapek na południowej przerwie. W każdym innym momencie dzieci piją wodę. Przy okazji ciekawostka - w be można pić wodę z kranu! W szkole są dostępne kubki, można brać i pić wodę, kiedy się chce. I dlatego - co zaobserwowałam - dzieci, młodzież i dorośli bardzo często piją zwykłą czystą wodę. Na pewno o wiele częściej wybierają ten właśnie napój niż w pl. Nawet w "gościach" daje się zauważyć, bo proponują kawę lub wodę, ewentualnie alkohol. W pl zaś najczęściej słyszy się "kawa czy herbata". W be jakoś ta herbata jest mniej popularna chyba, niektórzy nawet nie mają takiego wynalazku w domu, choć w sklepach, tak samo jak w pl dosłownie zatrzęsienie smaków i aromatów herbat. Trudno tylko liściastą dostać w zwykłym markecie.
Z tymi szkolnymi napojami to wszystko jednak bardzo proste, prawda? Tylko trzeba, kurde, wiedzieć. Podobnie zresztą w kwestii pakowania jedzenia i w ogóle jedzenia. W pl jako się rzekło - wolna amerykanka, co kto je, kiedy je i w czym to przytarga do budy. Tu są ograniczenia spore i moim zdaniem to jest dobre rozwiązanie i to z kilku powodów...
Podobne zasady obowiązują maluchów, co starych koni. I tak np w całej szkole obowiązuje zakaz przynoszenia cukierków i chipsów. Nie wolno też pakować jedzenia w folię aluminiową. W ogóle kanapek nie mają tu zwyczaju w nic owijać. Przy okazji wytycznych dotyczących jedzenia stwierdziłam, że te wszystkie przenajdziwniejsze pojemniki na kanapkę, na banana, na jabłko, na ciastka, które w pl wydawały mi się interesującym, ale raczej średniorzydatnym gadżetem, tutaj są niezbędne, zwłaszcza w przedszkolu, gdzie maluch musi mieć wszystko odpakowane i obrane z woreczków, papierków, skórek itp. Co kiedy można, a nawet trzeba, spożywać też jest odgórnie nakazane. I tak maluchy na pierwszej przerwie o godzinie 10tej jedzą owoce (tylko i wyłącznie!). To czasem, jak Młody nie chce jeść rano nic, trochę mnie irytuje, bo musi o głodzie do południa siedzieć. Daję mu wtedy banana, bo jabłko na pusty brzucho niezbyt dobrze robi. Na przerwę obiadową przynoszą kanapki. Mogą też zjeść ciepły posiłek, jeśli rodzice im wykupili. Ja nie mam zamiaru kupować po zapoznaniu się z menu. Moje nic z tego pewnie by nie jadły... belgijska kuchnia... trzeba się przyzwyczaić dopiero.
Wiele dzieci idzie też na obiad do domu, bo jak już kiedyś pisałam, przerwa obiadowa trwa godzinę. Na popołudnie maluchy przynoszą ciastka lub gofry. Starszaki słodkie przekąski mogą jeść o 10tej, bo po południu już nie mają przerwy. Środa jest dniem owoców i nie wolno przynosić słodkości. Nie głupie są takie skonkretyzowane zasady jedzeniowe. Dobre i dla zdrowia, i dla porządku.
Młody jest dosyć zestresowany szkołą. Wydaje mi się, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę codnia. Z jednej strony ta szkoła jest taka fajna, tyle zabawek, rowerów, dzieciaków, a z drugiej strony tak ciężko wytrzymać siedem godzin bez mamy, a to mamusiowiec przecie okropny. Do tego jeszcze przez okna i szyby w drzwiach klasy czasem widzi siostrzyczki hasające w najlepsze ze swoimi kolegami i koleżankami, do których nie chcą go puścić... One za to czasem są wpuszczane do maluchów w celu uspokojenia brata i wytłumaczenia mu, że mama przyjdzie później... Faktu na pewno nie poprawia fakt nierozumienia co inni mówią. To wszystko przez cały dzień się zbiera i jakoś potem trzeba odreagować. Wścieka się więc z byle powodu i robi koszmarne awantury. Obawiam się, że nie tylko w domu... biedna wychowawczyni... ja mam tylko jedną sztukę i ciężko mi czasem znosić emocje Młodego, a ona całą gromadę marudzących, płaczących i irytujących się dzidziorów. Trzeba mieć zdrowie do takich berbeci, żeby się nie wściec i nie powywalać przez okno jednego z drugim, na co ja czasem mam ochotę, jak mnie nerwa weźmie... Ale Młody sobie radzi, z dnia na dzień mniej zdezorientowany i cielaczkowaty wychodzi ze szkoły. Zostaje tam natomiast bez większych problemów, czasem nawet matki nie pożegna, tylko pomaszeruje z wysoko podniesioną głową na szkolne podwórko trzymając siostry za łapki, śmiało powie "Dag!" do dyrektorki, która najczęściej odbiera dzidziusie w bramie.
Czasem to chyba aż za dobrze sobie radzi... W czwartek Młoda mi skarży:
- Mamo, nasz Niuniu pobił się dziś z jakąś Murzyneczką, aż pani ich musiała rozdzielać...
Hm, rośnie mam słodki aniołeczek... z różkami.
Dziewczyny może bez specjalnego entuzjazmu, ale tez bez narzekania, chodzą do szkoły. Zawsze trochę czasu musi minąć, zanim uczniowie zaakceptują fakt zakończenia wakacji. Więc nie ma na razie co się nad tym dłużej rowodzić.
Wszyscy powoli musimy się dostosować do zmian i do nowości. Młody zaczął szkołę. Tatuś i mamusia zaczną już w tym tygodniu wieczorny kurs językowy. M pierwszy a ja drugi etap. Ja po trochu popróbuję też zarobić wreszcie na swoje utrzymanie, a może przy okazji choć parę słów od czasu do czasu z kimś uda się zamienić po nl. Choć i tak już jestem zadowolona, że cokolwiek już kapuję i dwa, trzy zdania jestem w stanie sklecić i być przy tym zrozumiana. Jednak wnerwia mnie okropnie, że mówię coś, mówię i nagle brakuje mi jednego ważnego wyrazu, bez którego nie da się powiedzieć za chiny tego co się zaczęło, normalnie beznadziejna nieludzka. Jeszcze pół biedy jak rozmówca pomocny i podrzuci parę propozycji, bo się domyśli do czego zmierzam, ale nie zawsze tak jest... O jak to wkurza! Czasem przez jeden durny wyraz trzeba pół godziny naokoło dochodzić do rozpoczętego wątku. Ech. Ale parę osób mi powiedziało, że jak na 5 mięsiecy nauki to nieźle sobie radzę z nl. Wiecie jakie to budujące jest. Nawet jak się ma świadomość, że ciągle jest się na etapie raczkowania w tym języku, to jednak widzi się efekty nauki i to cieszy.
Równie motywyjąco podziałał na mnie wieczór portugalski zorganizowany przez koleżankę z kursu. Co prawda nie do końca udany, bo w ostatniej chwili się okazało, że kilka osób nie da rady przyjść. Koleżanka jednak zapowiedziała drugą edycję, na którą mamy nadzieję i reszta grupy dotrze bez kłopotów. Nie mniej jednak spotkanie to było bardzo sympatyczne i interesujące. Miałam okazję spróbować typowo portugalskiej kuchni, posłuchać portugalskiej muzyki i co najważniejsze stwierdzić, że jesteśmy w stanie przegadać 4 godziny używając naszego podstawowego języka niderlandzkiego, trochę pomagając sobie talentami aktorskimi oraz językiem francuskim, którym koleżanki mówią dobrze, a ja trochę rozumiem.
Choć muszę przyznać, że na początku byłam trochę zdziwiona pomysłem mojej portugalskiej koleżanki i miałam mieszane uczucia, co do takiej, dziwnej dla mnie, imprezy. Zanim jednak udałam się na to przyjątko, inna belgijska (choć z pl) znajoma zdążyła mnie oświecić, iż tutaj dość popularne są takie tematyczne imprezy, gdzie muzyka, wystrój, wyżerka połączone są jednym tematem. Dowiedziałam się przy tym, że Belgowie mają dość specyficzne podejście do organizacji przyjęć. Czasem mianowicie początek imprezy jest w domu - kawka, alkohol - a potem zabawa przenosi się do restauracji, gdzie każdy płaci za siebie. M był na takiej imprezce z okazji odejścia na emeryturę jednego z kolegów z pracy. Czasem idąc na przyjęcie do Belga trzeba się liczyć, że potem będzie składka po dajmy na to 20euro. Innym razem każdy przynosi coś do żarcia, by nie siedzieć przy pustym stole. Ot, co kraj to obyczaj. W każdym jest coś ciekawego i wartego poznania.
I pomyślałby kto, że dzięki kursowi językowemu można spróbować np portugalskiej kuchni... Nie myślałam nigdy, że kiedyś poznam ludzi z tylu różnych krajów. Od dawna mam znajomych na całym świecie, ale polskich znajomych. Pamiętam jak kiedyś z otwartą buzią niemal słuchałam opowieści o życiu sąsiadów w Australii, oglądałam zdjęcia sąsiadki modelki w zagranicznych pismach o modzie. Potem zagranicę zaczęli wyjeżdżać koledzy ze szkoły, z podwórka itd. Tak więc dziś oprócz Australii mam znajomych w Ameryce, Szwecji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Włoszech i cholera wie gdzie jeszcze. Czasem zazdrościłam im trochę, że poznają inne kraje, że mają tam znajomych. Teraz wreszcie sama mam okazję poznawać nowych ludzi i to z wielu krajów naraz. Jestem tu rok i poznałam już sympatyczną rodzinkę z Maroka, mam kolegów i koleżanki z Portugalii, Hiszpanii, Bułgarii, Ekwadoru, Brazylii, znam sympatyczne dzieciaczki z Chin, no i oczywiście trochę znajomych Belgów. W Belgii jest wielka mieszanina różnych narodowości, kultur i religii. Dzięki temu można poznać ludzi z różnych części globu i to jest fantastyczna sprawa.
7 września 2014
28 sierpnia 2014
nasza wakacyjna nauka domowa :-)
Przed wakacjami obiecałam sobie i dziewczynom, że przez wakacje będziemy ćwiczyć niderlandzki. Nie powiem, żeby spotkało się to z wielkim zachwytem... "wszystkie dzieci mają normalne wakacje, tylko my się musimy uczyć jakiegoś durnego języka..." Jednak wredna matka takie marudzenie jednym uchem wpuszczała, drugim wypuszczała, a godzinę dziennie i tak zamęczała tym głupim niderlandzkim swoje biedne dzieci. Najmłodsze oczywiście z całych swoich dwuipółletnich sił starało się temu przeszkodzić. Nie dałam się, choć czasem udało mu się mnie wściec i się nadarłam (nie)przyzwoicie, co jak wiadomo nie przynosi więkrzych skutków poza osobistym odwścieczeniem. No ale dobre i to. Zdarzało się też czasem, że to najmłodsze dziecię jako jedyne udzieliło prawidłowej odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie, co wywoływało powszechne opadnięcie kopar. Czasem się zapomina, że taki maluch ma bardzo podzielną uwagę i wie więcej niż się starym wydaje. I tak któregoś dnia - jak codzień - zaczynam tradycyjnie od prostych pytań przypominających. Proszę, żeby Młode przypomniały wszelakie znane im zwroty używane na przywitanie i pożegnanie. Dziewczyny myślami nadal mocno zakorzenione w Moviestarplanet czy podobnych okolicach patrzą na mnie mętnym wzrokiem, próbując zrozumieć, o co w ogóle mi chodzi... żal przerywać grę... no i - po minach poznaję - jedna czeka, aż druga odpowie... Doro w tym czasie przegrzebuje w skupieniu swoje zabawki. Powtarzam pytanie w sposób najbardziej zrozumiały, dając czas na pogodzenie się z brutalnym faktem pt "matka przylazła, czas na godzinę nauki". W tym momencie młody podskakuje, macha łapką i woła "Dag! Daaag!!!" (cześć!) śmiejąc się od ucha do ucha... Zaskoczenie, to łagodne określenie, którym można opisać to co malowało się na mordkach sióstr, a i pewnie i mojej. Uśmialiśmy się wszyscy do łez. Mały skubaniec.
Przez pierwsze 2 tygodnie głównie sprawdzałam, co wiedzą dziewczyny... Czytając ten tekst, niejeden pomyśli pewnie "uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia...". Hm, może moje umiejętności językowe w kwestii niderlandzkiego można określić co najwyżej skromnymi, jednak bez wątpienia swoje dzieci mogę już wiele nauczyć, mogę im pomóc lepiej zrozumieć, to co po części już wiedzą. Z nauką poprzez kontakt z innymi często jest wszakże tak, że z jakiejś sytuacji wnioskujemy i domyślamy się znaczenia pewnych zwrotów i rozumiemy, o co chodzi, ale często nie wiemy, co znaczą poszczególne wyrazy. Teraz często, gdy poznajemy z dziewczynami znaczenie poszczególnych wyrazów, one co jakiś czas wykrzykują np "a to o to im chodziło, gdy wołały..." - i tu słowo, które znały a nie wiedziały, co znaczy. Taki przykład z ostatniej czytanki. "Prikken" - dziewczyny mówią, że tak wrzeszczą dzieci jak się wrąbią w pokrzywy na szkolnym podwórku: "Prikken!Prikken!"... ale z tej sytuacji trudno wywnioskować, czy "prikken" oznacza pokrzywę, ból, swędzenie, czy też wołanie o pomoc, prawda? Z ostatniej naszej czytanki dowiedziały się, że to znaczy "kłuje". Zresztą ja mam to samo - słuchając tubylców, wielu rzeczy domyślam się z kontekstu, czy z gestów, a czasem dopiero za jakiś czas przypadkiem znajduję to czy tamto określenie w tłumaczeniu. Oprócz bajek próbuję też z coraz lepszymi efektami czytać gazetki lokalne, jakieś ulotki i temu podobne duperele. Taką metodą wszak nauczyłam się sama podstaw angielskiego, która to wiedza bardzo mi tu pomogła na starcie. Zakładam, że dobrze jest choć jeden, czy dwa wyrazy zapamiętać z każdego choćby najgłupszego tekstu, choćby jeden sens zdania nagle pojąć. Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka.
I dlatego właśnie postanowiłam uczyć się z dziećmi. Bo tak to właśnie jest, uczymy się razem - ja uczę je tego, co sama już wiem, a sama jednocześnie uczę się przy tym czegoś nowego wertując słowniki, gramatykę, bajki i inne teksty.
Jak organizuję nasze zajęcia?
Tutaj w be czytanie jest o wiele popularniejsze niż w pl. Zaglądam tu do księgarni i zawsze spotykam wielu ludzi w wieku różnym i co najważniejsze dla mnie, jest tu bardzo duży wybór książek do nauki czytania podzielonych na grupy ze względu na zaawansowanie. Co prawda książki to nie są tanie rzeczy, ale uważam, że warto kupić coś od czasu do czasu. Oczywiście mogę też iść do biblioteki i wypożyczyć za darmo. Jednak na swoich mogę sobie bazgrolić tłumaczenia na marginesach itp, no i mam malucha, który zapewne z tych książek kiedyś skorzysta, a kiedyś może następne pokolenie, tak jak było u mnie w domu. W każdym bądź razie najpierw kupiłam kilka książeczek dla dzieci dopiero uczących się czytać. Jednak doszłam do wniosku, że dla obcokrajowca te akurat nie są dobre, bo - może to wyda się komuś śmieszne - są tak proste, że bardzo trudne do tłumaczenia. Te teksty dla maluchów nie mają kropek ani przecinków, ani też dużych liter. To jest pięć wyrazów na krzyż, ale często nie mogę zrozumieć co znaczą. Właśnie najprawdopodobniej z braku dalszego kontekstu, tak potrzebnego do ogarnięcia całego sensu zdania przy braku znajomości wielu podstawowych słów czy zwrotów, które bez wątpienia są znane belgijskiemu cztero- czy pięciolatkowi.
Najbardziej przydatna do naszych potrzeb okazała się seria książeczek "oefenschrift begrijpend lezen", czyli ćwiczeń w czytaniu ze zrozumieniem. Teraz akurat przerabiamy książkę z grupy AVI4, czyli dla tutejszych drugoklasistów zdaje się. Zawiera ona krótkie, proste i zabawne opowiadanka oraz pytania do tekstu. Ja najpierw sobie zapisuję tłumaczenie całego tekstu zdanie po zdaniu, od czasu do czasu posiłkując się gugletłumaczem, a następnie czytam dziewczynom po jednym zdaniu, zaś one mają spróbować przetłumaczyć same. I powiem, że często nieźle sobie radzą. O ile akurat nie jest któraś sfochowana i mają ochotę, wszak różnie z tym bywa. Przeważnie nagroda czekająca np na koniec tygodnia uczciwej pracy jest skutecznym motywatorem o ile naturalnie nie jest ona mniejsza niż foch... Tak, ja uważam, że warto dawać dzieciom nagrody. U nas są to najzwyklejsze rzeczy, typu lody, chipsy, popularne ostatnio gumeczki do robienia ozdób, pojechanie do parku, pieczenie ciastek, czy inne pierdołki odpowiednie do zainteresowań i okoliczności.
Oprócz czytanek od czasu do czasu korzystam z ćwiczeń czy łamigłówek, których też w księgarniach nie brakuje. Wybieram zadania różne i kolorowanki, i matematykę, i krzyżówki, i inne. W każdym jest ważne samodzielne przeczytanie i zrozumienie polecenia po nl.
Korzystając ze swoich pomysłów i doświadczeń pedagogiczno-organizacyjnych oraz ćwiczeń podpatrzonych na kursie nl czy w książkach, wymyślam też własne zadania dla swoich pociech.
Może cudów nie osiągnęłyśmy przez wakacje, w końcu to tylko 8 tygodni, minus 3 tygodnie luzu kompletnego związanego z wyjazdem do pl i parę innych dni wyjątku od nauki. Jednak wydaje mi się, że coś nam szystkim z tego we łbach zostało, choćby te 10 nowych wyrazów, 5 zwrotów, czy 2 zdania. A może po prostu dzięki temu nie zapomnieliśmy tego wszystkiego, co już umiemy.
Oczywiście koniec wakacji nie oznacza końca wspólnych ćwiczeń. Przynajmniej taką mam nadzieję. Mam zamiar nadal wspólnie tłumaczyć bajki. Może uda się M też wciągnąć do zabawy. W końcu i on wreszcie odważył się na zapisanie się na kurs nl, choć baaatdzo mu się nie chce. Oł je, w drugim tygodniu września obydwoje zaczynamy kurs. Ja drugi etap, M_jak_Mąż pierwszy. Ja już nie mogę się doczekać. No co? po prostu się cieszę jak głupia, że wreszcie mam możliwość nauki języków, której to zachcianki nie mogłam zrealizować w pl. Tylko nie mówcie, że jak się chce, to można, bo to g...o prawda. Można - jak się chce i MA PIENIĄDZE i to częstokroć duże. Kiedyś mój nauczyciel sztuk walki będący jednocześnie wykładowcą uniwersyteckim planował zorganizowanie kursu języka japońskiego w Rzeszowiku, na który z wielką chęcią ja i kilku innych znajomych pisało by się, gdyby nie powalająca kwota jaką by ta przyjemność kosztowała, czyli jakaś połowa mojej ówczesnej wypłaty na miesiąc plus dojazdy do Rzeszowa. Z innymi bardziej popularnymi językami sprawa wcale lepiej się nie przedstawiała. W końcu zadupie to zadupie, nawet jak ktoś gdzieś próbował nauczać jakiegoś angielskiego czy francuskiego prywatnie, to po pierwsze dużo sobie za to krzykał, a do tego - jak mówili znajomi, którzy pochodzili na takie prywatne kursy językowe, a potem wyjechali zagranicę przetestować - całe gie można się było nauczyć. Dziś być może jest trochę lepiej pod względem dostępności i cen nawet na zadupiach, ale chyba dalej to jest nie lada wyzwanie, gdy mieszka się daleko od większego miasta. A szkoda.
Dlatego tak się cieszę i dziwuję zarazem, że tu na wsi można się za niewielkie w sumie pieniądze uczyć przeróżnych języków. Szkoda tylko, że mam już swoje lata i pewnie nie zdążę zbyt wielu się nauczyć. Na razie zastanawiam się, czy by od Nowego Roku nie spróbować też zacząć jednocześnie kursu francuskiego. Mam wątpliwości tylko czy chodząc na normalny kurs dla tubylców a nie dla obcokrajowców, bo chyba taki tu jest we Flandrii, dam radę. No i nie wiem w jakie dni będzie, czy nie będzie kolidował z moim lub męża nl. Bo od stycznia raczej są kursy 2 razy w tygodniu, żeby można było - jak mniemam - dogonić tych, co zaczęli te same kursy we wrześniu. Jednak okropnie mnie irytuje, gdy koledzy z kursu gadają ze sobą po francusku, a ja ani połowy nie rozumiem (ciut tam jarzę). Teraz właśnie jedna z koleżanek zaprosiła nas wszystkich do siebie na wieczór portugalski i obawiam się, że znowu będą mieć ze mną kłopot, przez nieznajomość francuskiego hehe. Jestem jedyną w grupie, która tym językiem nie mówi. Oczywiście dogadać się można, bo wszyscy już przecie trochę ogarnęliśmy nl, trochę pomagamy sobie angielskim, który prawie każdy trochę zna, trochę ja rozumiem po francusku, a reszta na migi i jakoś leci. Wszyscy na szcęście mamy równie głupie poczucie humoru i fantazję.
Jednak znajomość francuskiego na pewno by mi się przydała nie tylko ze względów towarzyskich, ale poszukiwania pracy i własnej satysfakcji oraz swobodnych wycieczek do Francji, gdyby mię taka ochota kiedyś naszła hehe. Stąd do Paryża rzut beretem przecie.
O moich postępach będę informować co jakiś czas. Nie wiem, czy kogoś w ogóle to obchodzi, ale uważam, że warto to opisywać, choćby po to, by samemu za jakiś czas przeczytać i powspominać.
Przez pierwsze 2 tygodnie głównie sprawdzałam, co wiedzą dziewczyny... Czytając ten tekst, niejeden pomyśli pewnie "uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia...". Hm, może moje umiejętności językowe w kwestii niderlandzkiego można określić co najwyżej skromnymi, jednak bez wątpienia swoje dzieci mogę już wiele nauczyć, mogę im pomóc lepiej zrozumieć, to co po części już wiedzą. Z nauką poprzez kontakt z innymi często jest wszakże tak, że z jakiejś sytuacji wnioskujemy i domyślamy się znaczenia pewnych zwrotów i rozumiemy, o co chodzi, ale często nie wiemy, co znaczą poszczególne wyrazy. Teraz często, gdy poznajemy z dziewczynami znaczenie poszczególnych wyrazów, one co jakiś czas wykrzykują np "a to o to im chodziło, gdy wołały..." - i tu słowo, które znały a nie wiedziały, co znaczy. Taki przykład z ostatniej czytanki. "Prikken" - dziewczyny mówią, że tak wrzeszczą dzieci jak się wrąbią w pokrzywy na szkolnym podwórku: "Prikken!Prikken!"... ale z tej sytuacji trudno wywnioskować, czy "prikken" oznacza pokrzywę, ból, swędzenie, czy też wołanie o pomoc, prawda? Z ostatniej naszej czytanki dowiedziały się, że to znaczy "kłuje". Zresztą ja mam to samo - słuchając tubylców, wielu rzeczy domyślam się z kontekstu, czy z gestów, a czasem dopiero za jakiś czas przypadkiem znajduję to czy tamto określenie w tłumaczeniu. Oprócz bajek próbuję też z coraz lepszymi efektami czytać gazetki lokalne, jakieś ulotki i temu podobne duperele. Taką metodą wszak nauczyłam się sama podstaw angielskiego, która to wiedza bardzo mi tu pomogła na starcie. Zakładam, że dobrze jest choć jeden, czy dwa wyrazy zapamiętać z każdego choćby najgłupszego tekstu, choćby jeden sens zdania nagle pojąć. Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka.
I dlatego właśnie postanowiłam uczyć się z dziećmi. Bo tak to właśnie jest, uczymy się razem - ja uczę je tego, co sama już wiem, a sama jednocześnie uczę się przy tym czegoś nowego wertując słowniki, gramatykę, bajki i inne teksty.
![]() |
| zbieramy po trochu różne belgijskie książeczki dla dzieci |
Jak organizuję nasze zajęcia?
Tutaj w be czytanie jest o wiele popularniejsze niż w pl. Zaglądam tu do księgarni i zawsze spotykam wielu ludzi w wieku różnym i co najważniejsze dla mnie, jest tu bardzo duży wybór książek do nauki czytania podzielonych na grupy ze względu na zaawansowanie. Co prawda książki to nie są tanie rzeczy, ale uważam, że warto kupić coś od czasu do czasu. Oczywiście mogę też iść do biblioteki i wypożyczyć za darmo. Jednak na swoich mogę sobie bazgrolić tłumaczenia na marginesach itp, no i mam malucha, który zapewne z tych książek kiedyś skorzysta, a kiedyś może następne pokolenie, tak jak było u mnie w domu. W każdym bądź razie najpierw kupiłam kilka książeczek dla dzieci dopiero uczących się czytać. Jednak doszłam do wniosku, że dla obcokrajowca te akurat nie są dobre, bo - może to wyda się komuś śmieszne - są tak proste, że bardzo trudne do tłumaczenia. Te teksty dla maluchów nie mają kropek ani przecinków, ani też dużych liter. To jest pięć wyrazów na krzyż, ale często nie mogę zrozumieć co znaczą. Właśnie najprawdopodobniej z braku dalszego kontekstu, tak potrzebnego do ogarnięcia całego sensu zdania przy braku znajomości wielu podstawowych słów czy zwrotów, które bez wątpienia są znane belgijskiemu cztero- czy pięciolatkowi.
Najbardziej przydatna do naszych potrzeb okazała się seria książeczek "oefenschrift begrijpend lezen", czyli ćwiczeń w czytaniu ze zrozumieniem. Teraz akurat przerabiamy książkę z grupy AVI4, czyli dla tutejszych drugoklasistów zdaje się. Zawiera ona krótkie, proste i zabawne opowiadanka oraz pytania do tekstu. Ja najpierw sobie zapisuję tłumaczenie całego tekstu zdanie po zdaniu, od czasu do czasu posiłkując się gugletłumaczem, a następnie czytam dziewczynom po jednym zdaniu, zaś one mają spróbować przetłumaczyć same. I powiem, że często nieźle sobie radzą. O ile akurat nie jest któraś sfochowana i mają ochotę, wszak różnie z tym bywa. Przeważnie nagroda czekająca np na koniec tygodnia uczciwej pracy jest skutecznym motywatorem o ile naturalnie nie jest ona mniejsza niż foch... Tak, ja uważam, że warto dawać dzieciom nagrody. U nas są to najzwyklejsze rzeczy, typu lody, chipsy, popularne ostatnio gumeczki do robienia ozdób, pojechanie do parku, pieczenie ciastek, czy inne pierdołki odpowiednie do zainteresowań i okoliczności.
Oprócz czytanek od czasu do czasu korzystam z ćwiczeń czy łamigłówek, których też w księgarniach nie brakuje. Wybieram zadania różne i kolorowanki, i matematykę, i krzyżówki, i inne. W każdym jest ważne samodzielne przeczytanie i zrozumienie polecenia po nl.
Korzystając ze swoich pomysłów i doświadczeń pedagogiczno-organizacyjnych oraz ćwiczeń podpatrzonych na kursie nl czy w książkach, wymyślam też własne zadania dla swoich pociech.
Może cudów nie osiągnęłyśmy przez wakacje, w końcu to tylko 8 tygodni, minus 3 tygodnie luzu kompletnego związanego z wyjazdem do pl i parę innych dni wyjątku od nauki. Jednak wydaje mi się, że coś nam szystkim z tego we łbach zostało, choćby te 10 nowych wyrazów, 5 zwrotów, czy 2 zdania. A może po prostu dzięki temu nie zapomnieliśmy tego wszystkiego, co już umiemy.
Oczywiście koniec wakacji nie oznacza końca wspólnych ćwiczeń. Przynajmniej taką mam nadzieję. Mam zamiar nadal wspólnie tłumaczyć bajki. Może uda się M też wciągnąć do zabawy. W końcu i on wreszcie odważył się na zapisanie się na kurs nl, choć baaatdzo mu się nie chce. Oł je, w drugim tygodniu września obydwoje zaczynamy kurs. Ja drugi etap, M_jak_Mąż pierwszy. Ja już nie mogę się doczekać. No co? po prostu się cieszę jak głupia, że wreszcie mam możliwość nauki języków, której to zachcianki nie mogłam zrealizować w pl. Tylko nie mówcie, że jak się chce, to można, bo to g...o prawda. Można - jak się chce i MA PIENIĄDZE i to częstokroć duże. Kiedyś mój nauczyciel sztuk walki będący jednocześnie wykładowcą uniwersyteckim planował zorganizowanie kursu języka japońskiego w Rzeszowiku, na który z wielką chęcią ja i kilku innych znajomych pisało by się, gdyby nie powalająca kwota jaką by ta przyjemność kosztowała, czyli jakaś połowa mojej ówczesnej wypłaty na miesiąc plus dojazdy do Rzeszowa. Z innymi bardziej popularnymi językami sprawa wcale lepiej się nie przedstawiała. W końcu zadupie to zadupie, nawet jak ktoś gdzieś próbował nauczać jakiegoś angielskiego czy francuskiego prywatnie, to po pierwsze dużo sobie za to krzykał, a do tego - jak mówili znajomi, którzy pochodzili na takie prywatne kursy językowe, a potem wyjechali zagranicę przetestować - całe gie można się było nauczyć. Dziś być może jest trochę lepiej pod względem dostępności i cen nawet na zadupiach, ale chyba dalej to jest nie lada wyzwanie, gdy mieszka się daleko od większego miasta. A szkoda.
Dlatego tak się cieszę i dziwuję zarazem, że tu na wsi można się za niewielkie w sumie pieniądze uczyć przeróżnych języków. Szkoda tylko, że mam już swoje lata i pewnie nie zdążę zbyt wielu się nauczyć. Na razie zastanawiam się, czy by od Nowego Roku nie spróbować też zacząć jednocześnie kursu francuskiego. Mam wątpliwości tylko czy chodząc na normalny kurs dla tubylców a nie dla obcokrajowców, bo chyba taki tu jest we Flandrii, dam radę. No i nie wiem w jakie dni będzie, czy nie będzie kolidował z moim lub męża nl. Bo od stycznia raczej są kursy 2 razy w tygodniu, żeby można było - jak mniemam - dogonić tych, co zaczęli te same kursy we wrześniu. Jednak okropnie mnie irytuje, gdy koledzy z kursu gadają ze sobą po francusku, a ja ani połowy nie rozumiem (ciut tam jarzę). Teraz właśnie jedna z koleżanek zaprosiła nas wszystkich do siebie na wieczór portugalski i obawiam się, że znowu będą mieć ze mną kłopot, przez nieznajomość francuskiego hehe. Jestem jedyną w grupie, która tym językiem nie mówi. Oczywiście dogadać się można, bo wszyscy już przecie trochę ogarnęliśmy nl, trochę pomagamy sobie angielskim, który prawie każdy trochę zna, trochę ja rozumiem po francusku, a reszta na migi i jakoś leci. Wszyscy na szcęście mamy równie głupie poczucie humoru i fantazję.
Jednak znajomość francuskiego na pewno by mi się przydała nie tylko ze względów towarzyskich, ale poszukiwania pracy i własnej satysfakcji oraz swobodnych wycieczek do Francji, gdyby mię taka ochota kiedyś naszła hehe. Stąd do Paryża rzut beretem przecie.
O moich postępach będę informować co jakiś czas. Nie wiem, czy kogoś w ogóle to obchodzi, ale uważam, że warto to opisywać, choćby po to, by samemu za jakiś czas przeczytać i powspominać.
22 sierpnia 2014
Zębowa wróżka - łatwe pożegnanie ze smoczkiem
Tuż przed wakacjami moja osobista siostra odkryła bezbolesny sposób na pożegnanie ze smoczkiem. Przed wyjazdem nie chciałam Młodego stresować pożegnaniem smocza, zresztą na drogę takie cuś do uspokajania się przydaje. Teraz jednak właśnie sposób ten wypróbowałam z powodzeniem, więc napiszę, gdyby ktoś potrzebował inspiracji w tej materii :-)
Moim nader skromnym zdaniem sposób lepszy niż wszystkie inne polecane na różnych portalach i w czasopismach dzieciowo-mamowych.
Jest to sposób na zębową wróżkę.
Ktoś zaraz się pewnie przyczepi, że co ma zębowa wróżka do smoczka i tak dalej. Więc na zaś powiem, że do tego zadania można wykorzystać Mikołaja, Królika Wielkanocnego, Domowego Skrzata, czy co tam fantazja podpowie, ważne by być przekonującym :-) Siostra skorzystała z pomocy Zębowej Wróżki, bo akurat starsze rodzeństwo zainteresowanego wcześniej wkładało pod poduszkę mleczaki, a wróżka wymieniała je w nocy na monety... Więc czemu by miała nie wymienić smoczka na zabawkę?
U nas nie było wzoru odpowiedniego, bo siostry za stare na wróżkę, ale pomysł mi się spodobał. Zwłaszcza, że wiedziałam, iż "gubienie" smoczka kończyło się rykiem na cały dom, a potem nieprzespaną nocą, bo dziecię me wrażliwe. Zaś fantazji nam nie brakuje wszystkim i to nam życie znacznie ułatwia.
Parę dni oswajaliśmy Młodego z tematem, wyjaśniałam, że wróżka zabierze smoczek włożony pod poduszkę, a przyniesie w prezencie jakąś fajną zabawkę, ale to on sam musi chcieć. W końcu nadszedł TEN DZIEŃ. Od dziewczyn wypożyczyliśmy specjalny woreczek na smoczek. Całą rodziną poszliśmy się położyć już o godzinie 19tej bo Młody już nie mógł się doczekać tej ważnej chwili :-) Wyczytaliśmy wszystkie książki, wybawiliśmy się Dżirafami i Tingłinami... Doro 3 razy żegnał się uroczyście ze smoczkiem, dawał mu "cuska", robił "pa-pa", pakował do woreczka i chował pod poduszkę w swoim łóżku, by po 10 minutach bardzo go potrzebować. Ledwie włożył do ust, zaraz mi oddawał. Ledwie oddał - zabierał z powrotem... Ech te rozstania... takie są trudne. Ostatecznie umówiliśmy się, że ostatni raz zaśnie ze smoczkiem, a mama potem schowa ten smoczek pod poduszkę...
Przyznam szczerze, obawiałam się, że na drugi dzień nie obędzie się bez płaczu, ale się obeszło.
Rano Doro szeroko się uśmiechnął na widok nowego autka stojącego na krześle koło łóżka, potem się "zawstydził" i udając że niczego ale to niczego nie zauważa i przyszedł do mnie na łóżko i tradycyjnie poprosił o smoczek. Gdy mu przypomniałam, co się stało ze smoczkiem, kazał przynieść kakao... Potem już tylko chwalił się wszystkim, że wróżka mu przyniosła auto i że on dał jej swój smoczek. Kilka razy w ciągu dnia padło jeszcze pytanie "gdzie mój smocz?", ale potem przypominał sam sobie transakcję z wróżką i nie było żadnych fochów, płaczów, krzyków, a dodam, że moje dziecko, podobnie jak jego tata, bardzo emocjonalnie podchodzi do życia, co daje się zauważyć na każdym kroku. Wieczorem - czego najbardziej się obawiałam - padło tylko jedno pytanie: "smocz?", ja odpowiedziałam "przecież wiesz...". Uśmiechnął się, przytulił i zasnął.
Moim nader skromnym zdaniem sposób lepszy niż wszystkie inne polecane na różnych portalach i w czasopismach dzieciowo-mamowych.
Jest to sposób na zębową wróżkę.
Ktoś zaraz się pewnie przyczepi, że co ma zębowa wróżka do smoczka i tak dalej. Więc na zaś powiem, że do tego zadania można wykorzystać Mikołaja, Królika Wielkanocnego, Domowego Skrzata, czy co tam fantazja podpowie, ważne by być przekonującym :-) Siostra skorzystała z pomocy Zębowej Wróżki, bo akurat starsze rodzeństwo zainteresowanego wcześniej wkładało pod poduszkę mleczaki, a wróżka wymieniała je w nocy na monety... Więc czemu by miała nie wymienić smoczka na zabawkę?
U nas nie było wzoru odpowiedniego, bo siostry za stare na wróżkę, ale pomysł mi się spodobał. Zwłaszcza, że wiedziałam, iż "gubienie" smoczka kończyło się rykiem na cały dom, a potem nieprzespaną nocą, bo dziecię me wrażliwe. Zaś fantazji nam nie brakuje wszystkim i to nam życie znacznie ułatwia.
Parę dni oswajaliśmy Młodego z tematem, wyjaśniałam, że wróżka zabierze smoczek włożony pod poduszkę, a przyniesie w prezencie jakąś fajną zabawkę, ale to on sam musi chcieć. W końcu nadszedł TEN DZIEŃ. Od dziewczyn wypożyczyliśmy specjalny woreczek na smoczek. Całą rodziną poszliśmy się położyć już o godzinie 19tej bo Młody już nie mógł się doczekać tej ważnej chwili :-) Wyczytaliśmy wszystkie książki, wybawiliśmy się Dżirafami i Tingłinami... Doro 3 razy żegnał się uroczyście ze smoczkiem, dawał mu "cuska", robił "pa-pa", pakował do woreczka i chował pod poduszkę w swoim łóżku, by po 10 minutach bardzo go potrzebować. Ledwie włożył do ust, zaraz mi oddawał. Ledwie oddał - zabierał z powrotem... Ech te rozstania... takie są trudne. Ostatecznie umówiliśmy się, że ostatni raz zaśnie ze smoczkiem, a mama potem schowa ten smoczek pod poduszkę...
Przyznam szczerze, obawiałam się, że na drugi dzień nie obędzie się bez płaczu, ale się obeszło.
Rano Doro szeroko się uśmiechnął na widok nowego autka stojącego na krześle koło łóżka, potem się "zawstydził" i udając że niczego ale to niczego nie zauważa i przyszedł do mnie na łóżko i tradycyjnie poprosił o smoczek. Gdy mu przypomniałam, co się stało ze smoczkiem, kazał przynieść kakao... Potem już tylko chwalił się wszystkim, że wróżka mu przyniosła auto i że on dał jej swój smoczek. Kilka razy w ciągu dnia padło jeszcze pytanie "gdzie mój smocz?", ale potem przypominał sam sobie transakcję z wróżką i nie było żadnych fochów, płaczów, krzyków, a dodam, że moje dziecko, podobnie jak jego tata, bardzo emocjonalnie podchodzi do życia, co daje się zauważyć na każdym kroku. Wieczorem - czego najbardziej się obawiałam - padło tylko jedno pytanie: "smocz?", ja odpowiedziałam "przecież wiesz...". Uśmiechnął się, przytulił i zasnął.
16 sierpnia 2014
O wakacjach
Z be wyjechaliśmy w piątek po południu... M wrócił z roboty, wszamaliśmy obiad, po czym pomyśleliśmy, że może sąsiedzi zaopiekowali by się naszym chomikiem i nie musielibyśmy go męczyć podróżą... Jakoś udało się dogadać po niderlandzku i chomik został odtransportowany do sąsiadów, gdzie został ulokowany obok klatek z kanarkami, a my wrzuciliśmy torby do auta i wyruszyliśmy w stronę pl. Planowaliśmy wyjechać około 21ej, ale skoro wszystko było gotowe, to przecie nie będziemy siedzieć i czekać niewiadomonaco... Więc o wpół do czwartej już byliśmy w drodze. Dziś powiem po raz kolejny: 1500 km to wciuldaleko... Młody trzy razy się wyspał i obudził a my dalej jechaliśmy i jechaliśmy... Po północy, gdy nadszedł ten najcięższy czas (kto ma za sobą noce czuwania, wie, że 3 godziny przed samym świtem są najgorsze, potem już jest ok), postanowiliśmy się choć chwilę sami zdrzemnąć. Jednak, gdy tylko się zatrzymaliśmy, Młody otwierał oczyska i rozpoczynał zadawanie pytań "ciemu stoimy", "gdzie tata poszedł?", "dzieczyny śpiom?", "DZIECZYNY ŚPIOM!?" ...No oczywiście w tym momencie spanie dziewczyn się kończyło, a o naszym wypoczynku można było zapomnieć :-) Tak więc tylko rodzinne odwiedzanie toalet, gimnastyka na parkingu, kawa, energy drink i dalej w drogę... Ja nie jestem kierowcą, więc całą odpowiedzialność za dotransportowanie nas na miejsce spadła na męża. Ten co prawda uwielbia jeździć, ale też od 25lat pracuje ciężko fizycznie i ma przesilone ręce i nogi, do tego nie dawne złamanie... Bez środków przeciwbólowych ani rusz... Ech, podczas jazdy okropnie cierpły mu nogi i bolały łokcie... Ale jakimś cudem dał radę. Najgorsze jednak było ostatnie 100 km po wiejskich drogach Lubelszczyzny, czasami dziurawych jak ser edamrycki, do tego wąskich i bez poboczy, a tu jak nie jakiś "Stasiek" z reklamówką w zaciasnych butach, to bizon z rozłożonym hederem, to znowu sarny z myślami samobójczymi... Kurde człowiek przez ponad tysiąc kilosów pomyka autostradą do 150 na godzinę, a tu nagle trzeba się "wlec" i jeszcze uważać na te wszystkie niespodzianki... i kolegów z suszarką w krzakach... Po nieprzespanej nocy w szumiącym, bujającym aucie to nie lada wyzwanie.
W kwestii drogi do pl muszę napisać jeszcze o jednym szoku drogowym, który związany jest z przekroczeniem granicy niemiecko-polskiej. Odnieśliśmy wrażenie, że w niektórych kierowców nagle diabeł wstępuje, gdy tę magiczną linię przekroczą. Jakby nagle kodeks ruchu drogowago i zwykła kultura przestawały obowiązywać po wjechaniu do pl. Sie pytam dlaczego? Dlaczego na polskiej autostradzie nie trzeba używać kierunkowskazu przy zmianie pasa? Dlaczego na polskich drogach ludzie głupio bawią się światłami awaryjnymi, które jak sama nazwa wskazuje, nie zabawie służyć mają? Dlaczego kierowcy, którzy przez Holandię i Niemcy jechali normalnie zgodnie z przepisami nagle w pl zaczynają zachowywać się jak banda bezmózgich idiotów, którzy stanowią zagrożenie dla siebie i dla wszystkich innych uczestników ruchu? Za małe kary? Za duże przyzwolenie społeczne? Czy tego i tego po trochu? No dobra, olać idiotów. Ważne, że dotarliśmy na Lubelszczyznę cało i zdrowo...
No z tym "zdrowo" to trochę się zapędziłam. Po przespaniu nocy na polskiej ziemi, rano na mordkach i innych częściach dwójki młodszych dało się zauważyć znajome kropki, no i trzeba było z radością oznajmić rodzinie, że mają niepowtarzalną okazję zarazić się belgijską ospą... Na pewno się ucieszyli, choć informację ową - trzeba im przyznać - przyjęli z kamienną twarzą...
Następny etap podróży, czyli moje i dzieci miejsce wakacyjnego pobytu osiągnęliśmy za dwa dni.
160 km w porównaniu z 1500km to śmieszna odległość, ale i tak dzieci mało jaja nie zniosły w samochodzie w oczekiwaniu na spotkanie z Bibką i Basterem, czyli swoimi ulubionymi kuzynami :-) Po roku mieszkania na równinach nasze stare podkarpackie górki jakieś większe się wydają. Ale górzysko, na którym mieszka ciotka nic a nic się nie zmieniło... Kto to widział mieć prawie pionowy dojazd do domu? Hehe. Chociaż z drugiej strony widoki stamtąd są niepowtarzalne. Szkoda tylko, że nie da się stamtąd zjechać rowerem... no w każdym bądź razie grozi to co najmniej inwalidztwem, a i wyjechać ciężko, dobrze, że auto daje radę, przynajmniej latem :-)
Wakacje uważam za udane. Dzieci wybawiły się codzień do upadłego, bo pogoda dopisała, więc i dupsko w basenie wymoczone za wszystkie czasy, i nogi wyskakane na trampolinie. Młody ledwie oczy otworzył rankiem, już szedł robić zium na zjeżdżalni, a za nim oczywiście Baster - kuzyn równolatek. I tak obaj przez dnie całe zium i zium wkoło. Nawet ospa nie powstrzymała żadnego z moich diabląt przed dzikimi harcami na ciotkowych górkach.
W drugim tygodniu wakacji wujek zabrał wszystkie trzy dziopy do Rymanowa Zdroju w celu odebrania dziadka z sanatorium. O, jaka cisza była przez cały dzień, gdy tylko maluchy zostały... A wujek wraz z dziadkiem i dziewczynami pozwiedzali najpierw Rymanów, potem pojechali poganiać po wielkich kamurach w rezerwacie Porządki. W planach były jeszcze ruiny zamku, ale burza owe plany udaremniła. Jednak i tak dziewczyny wróciły podekscytowane, roześmiane, zmęczone i w przemoczonych butach, bo przecież oglądanie wody z brzegu to żadna radocha...
Innego dnia wybraliśmy się całą gromadą do Głobikowej, by pokazać naszym chłopakom "prawdziwe dinozaury". Co prawda nie jest to jakiś bardzo rozbudowany i bogato wyposażony park jak chociażby w Bałtowie czy Inwałdzie, ale miejsce bez wątpienia warte zobaczenia, zwłaszcza, że od naszego miejsca wypoczynku praktycznie rzut beretem. Wszyscy też z zachwytem popatrzyliśmy przez lunetę z wieży widokowej na podkarpackie przepiękne górecki. Niestety jak zwykle było zamglone i Tatr nie udało się dojrzeć. Tam na miejscu wyczytaliśmy też, że stosunkowo nie daleko w Stobiernej można zobaczyć owady gigantusy, ale jako że pora na małe co nieco nadeszła, odpuściliśmy sobie dalszą wycieczkę i wróciliśmy do domu. Dzieci i tak wyglądały na zadowolone.

Poza tym oczywiście tradycyjnie - tak to w rodzinach świrusów bywa - jazda na kombajnie została zaliczona. To nic że potem wszystko swędzi i w nosie drapie, ważne, że jest co opowiadać :-)
Jechałam do pl z planami odwiedzenia wszystkich bliższych znajomych, gdyż nie wiem, kiedy następnym razem będę w pl i kiedy będzie okazja się widzieć z tymi czy tamtymi. No ale cóż, moje plany nie uwzględniły ospy. Ostatecznie nasze odwiedziny ograniczyły się do najbliższej rodziny...
Choć okazało się też, iż niektóre zupełnie przypadkowe spotkania z dawnymi znajomymi były dla tych znajomych wyraźnie niepożądane... Przeto może i korzystna dla niektórych okazała się nasza ospa, dzięki której oszczędzone im zostało oglądanie mojej facjaty....
Cóż mam pełną swiadomość, że ten i ów mógł poczuć się urażony moimi niefrasobliwymi tekstami niniejszego bloga itp. Niektórzy zaś - jak wnioskuje znajoma na podstawie swoich dawnych znajomych - nie mogą zdzierżyć, że takie buroki niewykształcone pojechały do Wielkiej Europy i nic nie robiąc żyją sobie w beztrosce i dostatku wielkim zbierając po prostu kasę leżącą grubą warstwą na zagranicznych chodnikach , a oni tam biedni za marne grosze muszą tyrać i nikt nie kce ich zabrać za granicę, buu... Kiedyś denerwowałabym się tym faktem niezmiernie, ale teraz to mi to wszystko zwisa i powiewa. Mam za sobą ten rozdział, te czasy, gdy trzeba było uważać na każde słowo i czyn, a wszelakie złe spojrzenia i niemiłe oraz krzywdzące słowa z pokorą przyjmować nawet pomimo pewności swoich racji, bo człowiek nie miał wpływowych znajomych, możliwości zmiany pracy i miejsca zamieszkania, bo był zależny od czyjegoś widzimisię... Jak dobrze, że to już mnie nie dotyczy i nie muszę się martwić, że czyjś foch utrudni mi przeżycie dnia. Teraz mogę po prostu powiedzieć "mam to gdzieś" i mieć to gdzieś i to jest fajne :-)
Co jeszcze mogę powiedzieć o naszych wakacjach? Np to że mimo iż były fajne, były też męczące. Teraz już wiem, że dwa tygodnie u rodziny to nie jest najlepsze rozwiązanie. Pozytyw taki, że można się nagadać z rodziną, dzieci mogą się wybawić razem. Nasi 2latkowie super się ze sobą bawili, prowadzili swoje pierwsze rozmowy, pierwsze bójki, dostarczając mnie i siostrze wielu powodów do uśmiechu i wzruszeń. Najlepszy był moment, gdy nie mogli dogadać się w kwestii mamy. Mój pokazując kuzynowi świeżo wyrwaną przeze mnie cebulę mówi: "patrz, moja mama dała mi cebulę". Na to stwierdzenie Baster patrząc na mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami protestuje: "to jest ciocia, tam jest mama" - i tu pokazuje na moją siostrę a swoją mamę. Młody na to: "nie! To jest mama, tam jest ciocia"...Podobny problem był z tatą - "dlaczego on mówi tata, przecież to wujek, tata jest w pracy...". Dobrze, że inne wujki, dziadkowie i babcie są tymi samymi ludźmi, bo kuzyni mogli by się znielubić.
Dwa tygodnie to jednak zbyt długo, by siedzieć komuś na głowie, żeby nie wiem jak miło było, bo ma się tę swiadomość, że komuś dezorganizujesz dzień i noc. Mam jednak nadzieję, że następnym razem to my będziemy gospodarzami i będzie okazja się odwdzięczyć :-) Teraz jednak dziękuję serdecznie wszystkim, dzięki którym nasze wakacje były udane. Ciotce i wujkowi za gościnę i cierpliwość (zwłaszcza w oczekiwaniu na łazienkę). "Babce" za pirogi i placki bidoki (oraz samoznikające gołąbki). Wujkowi i dziadkowi za zabranie hołoty na wycieczkę. Rodzinie męża za gościnę. Sorry za ospę i inne zło związane z naszym pobytem w pl.
I jeszcze jedna rzecz warta wspomnienia. Jakiś czas temu doszliśmy z M do wniosku, że związkowi dobrze robi odpoczynek od siebie, oczywiście sensownej długości. I tak oto urlop spędziliśmy prawie osobno. Prawie, bo w połowie urlopu się spotkaliśmy, by załatwić parę spraw. I teraz mogę potwierdzić, że warto pobyć trochę oddzielnie, by odpocząć od siebie, by zatęsknić, by uzmysłowić sobie, że jednak dobrze nam razem choć nie zawsze łatwo. Wracając do swojego domu jeszcze bardziej doceniamy swoją bliskość.
A powrót do domu dłużył się jeszcze bardziej, niż droga do pl. Choć trzeba przyznać Matka Natura sie postarała dostarczając interesujących wrażeń. Najsampierw podczas przemierzania Mazowieckiego doświadczyliśmy bliskiego spotkania trzeciego stopnia z nawałnicą. W pewnym momencie widoczność była zerowa. Cokolwiek zobaczyć można było tylko przez sekundę po przejechaniu wycieraczek, potem tylko strugi wody. Autostrada, nie ma gdzie zjechać, nie ma się jak zatrzymać, nic nie widać poza wodą i złotymi łańcuchami od czasu do czasu na nieboskłonie. Po prostu masakra. Co oczywiście niektórym porąbańcom nie przeszkadzało wyprzedzać busami... to co że nic nie widać, że auta wleką się, a kierowcy wypatrują świateł jadących przed nimi starając się nie wyjeżdżać poza swój pas i na nikogo nie wpaść, jak komuś się śpieszy do piekła.... Brak wyobraźni czy totalne zgłupienie?
Na szczęście burze mają to do siebie, że wcześniej czy później się kończą. Dobrnąwszy do jakiejś jadłodajni się zatrzymaliśmy i poszliśmy tradycyjnie rodzinnie do WujkaCesia, potem wypiliśmy najdroższą jak dotąd w pl kawę, bagatela 10 zeta za filiżanunię.... a tak podejrzane mi się wydawało, że na ścianach wiszą w rameczkach focie różnych celebrytów cyknięte w tym zajeździe.... Potem się okazało, że dwa kroki dalej był MacDonald w mordę jeża... No ale co tam - raz się żyje :-D Przez resztę dnia na niebie przed nami mogliśmy za to obserwować najpiękniejsze zjawiska: fikuśne chmury, fantastyczny zachód słońca, księżyc w pełni. Przez szybę pędzącego samochodu trudno robi się zdjęcia, ale niektóre całkiem się udały, by można sobie było kiedyś powspominać tę podróż.
Te dwa tygodnie raczej trudno nazwać wypoczynkiem, raz z powodu wspomnianego już siedzenia komuś na karku i dyskomfortu z tego wynikającego, dwa: z powodu spraw do załatwienia, trzy: różne wyjazdy, przejazdy, zakupy - rzeczy wyjątkowo wyczerpujące.
Tak więc po powrocie tym razem wspólnie orzekliśmy NIGDY WIECEJ w ten sposób nie spędzamy wakacji. Jeśli kiedyś jeszcze zechce nam się odwiedzania polandii całą rodziną, to albo samolot (gdy otworzą loty do rzeszowiku) albo jazda z przyczepą campingową, żeby kierowca mógł w miarę wygodnie odpocząć w trasie. Ewentualnie jazda z noclegiem koło granicy, bo to jest dla nas połowa drogi. Te wszystkie bajery jednak związane są z większymi kosztami. Do tego trzeba dodać wynajęcie jakichś pokoi, żeby nikomu życia nie komplikować, a i samemu odpocząć i pomieszkać swobodnie. Jak mniemam - w związku z powyższym finansowo o wiele taniej wyjdą wakacje w Belgii , Francji czy Holandii, a już na pewno droga krótsza, co dla mnie osobiście ma duuuuże znaczenie.
W kwestii drogi do pl muszę napisać jeszcze o jednym szoku drogowym, który związany jest z przekroczeniem granicy niemiecko-polskiej. Odnieśliśmy wrażenie, że w niektórych kierowców nagle diabeł wstępuje, gdy tę magiczną linię przekroczą. Jakby nagle kodeks ruchu drogowago i zwykła kultura przestawały obowiązywać po wjechaniu do pl. Sie pytam dlaczego? Dlaczego na polskiej autostradzie nie trzeba używać kierunkowskazu przy zmianie pasa? Dlaczego na polskich drogach ludzie głupio bawią się światłami awaryjnymi, które jak sama nazwa wskazuje, nie zabawie służyć mają? Dlaczego kierowcy, którzy przez Holandię i Niemcy jechali normalnie zgodnie z przepisami nagle w pl zaczynają zachowywać się jak banda bezmózgich idiotów, którzy stanowią zagrożenie dla siebie i dla wszystkich innych uczestników ruchu? Za małe kary? Za duże przyzwolenie społeczne? Czy tego i tego po trochu? No dobra, olać idiotów. Ważne, że dotarliśmy na Lubelszczyznę cało i zdrowo...
No z tym "zdrowo" to trochę się zapędziłam. Po przespaniu nocy na polskiej ziemi, rano na mordkach i innych częściach dwójki młodszych dało się zauważyć znajome kropki, no i trzeba było z radością oznajmić rodzinie, że mają niepowtarzalną okazję zarazić się belgijską ospą... Na pewno się ucieszyli, choć informację ową - trzeba im przyznać - przyjęli z kamienną twarzą...
![]() |
| "nasze wakacyjne górki" |
Następny etap podróży, czyli moje i dzieci miejsce wakacyjnego pobytu osiągnęliśmy za dwa dni.
160 km w porównaniu z 1500km to śmieszna odległość, ale i tak dzieci mało jaja nie zniosły w samochodzie w oczekiwaniu na spotkanie z Bibką i Basterem, czyli swoimi ulubionymi kuzynami :-) Po roku mieszkania na równinach nasze stare podkarpackie górki jakieś większe się wydają. Ale górzysko, na którym mieszka ciotka nic a nic się nie zmieniło... Kto to widział mieć prawie pionowy dojazd do domu? Hehe. Chociaż z drugiej strony widoki stamtąd są niepowtarzalne. Szkoda tylko, że nie da się stamtąd zjechać rowerem... no w każdym bądź razie grozi to co najmniej inwalidztwem, a i wyjechać ciężko, dobrze, że auto daje radę, przynajmniej latem :-)
Wakacje uważam za udane. Dzieci wybawiły się codzień do upadłego, bo pogoda dopisała, więc i dupsko w basenie wymoczone za wszystkie czasy, i nogi wyskakane na trampolinie. Młody ledwie oczy otworzył rankiem, już szedł robić zium na zjeżdżalni, a za nim oczywiście Baster - kuzyn równolatek. I tak obaj przez dnie całe zium i zium wkoło. Nawet ospa nie powstrzymała żadnego z moich diabląt przed dzikimi harcami na ciotkowych górkach.
![]() |
| Rezerwat Prządki - miejsce moich ulubionych rowerowych wypadów w dawnych czasach |
W drugim tygodniu wakacji wujek zabrał wszystkie trzy dziopy do Rymanowa Zdroju w celu odebrania dziadka z sanatorium. O, jaka cisza była przez cały dzień, gdy tylko maluchy zostały... A wujek wraz z dziadkiem i dziewczynami pozwiedzali najpierw Rymanów, potem pojechali poganiać po wielkich kamurach w rezerwacie Porządki. W planach były jeszcze ruiny zamku, ale burza owe plany udaremniła. Jednak i tak dziewczyny wróciły podekscytowane, roześmiane, zmęczone i w przemoczonych butach, bo przecież oglądanie wody z brzegu to żadna radocha...
![]() |
| Park dinozaurów w Głobikowej k/Dębicy |

Poza tym oczywiście tradycyjnie - tak to w rodzinach świrusów bywa - jazda na kombajnie została zaliczona. To nic że potem wszystko swędzi i w nosie drapie, ważne, że jest co opowiadać :-)
Jechałam do pl z planami odwiedzenia wszystkich bliższych znajomych, gdyż nie wiem, kiedy następnym razem będę w pl i kiedy będzie okazja się widzieć z tymi czy tamtymi. No ale cóż, moje plany nie uwzględniły ospy. Ostatecznie nasze odwiedziny ograniczyły się do najbliższej rodziny...
Choć okazało się też, iż niektóre zupełnie przypadkowe spotkania z dawnymi znajomymi były dla tych znajomych wyraźnie niepożądane... Przeto może i korzystna dla niektórych okazała się nasza ospa, dzięki której oszczędzone im zostało oglądanie mojej facjaty....
Cóż mam pełną swiadomość, że ten i ów mógł poczuć się urażony moimi niefrasobliwymi tekstami niniejszego bloga itp. Niektórzy zaś - jak wnioskuje znajoma na podstawie swoich dawnych znajomych - nie mogą zdzierżyć, że takie buroki niewykształcone pojechały do Wielkiej Europy i nic nie robiąc żyją sobie w beztrosce i dostatku wielkim zbierając po prostu kasę leżącą grubą warstwą na zagranicznych chodnikach , a oni tam biedni za marne grosze muszą tyrać i nikt nie kce ich zabrać za granicę, buu... Kiedyś denerwowałabym się tym faktem niezmiernie, ale teraz to mi to wszystko zwisa i powiewa. Mam za sobą ten rozdział, te czasy, gdy trzeba było uważać na każde słowo i czyn, a wszelakie złe spojrzenia i niemiłe oraz krzywdzące słowa z pokorą przyjmować nawet pomimo pewności swoich racji, bo człowiek nie miał wpływowych znajomych, możliwości zmiany pracy i miejsca zamieszkania, bo był zależny od czyjegoś widzimisię... Jak dobrze, że to już mnie nie dotyczy i nie muszę się martwić, że czyjś foch utrudni mi przeżycie dnia. Teraz mogę po prostu powiedzieć "mam to gdzieś" i mieć to gdzieś i to jest fajne :-)
Dwa tygodnie to jednak zbyt długo, by siedzieć komuś na głowie, żeby nie wiem jak miło było, bo ma się tę swiadomość, że komuś dezorganizujesz dzień i noc. Mam jednak nadzieję, że następnym razem to my będziemy gospodarzami i będzie okazja się odwdzięczyć :-) Teraz jednak dziękuję serdecznie wszystkim, dzięki którym nasze wakacje były udane. Ciotce i wujkowi za gościnę i cierpliwość (zwłaszcza w oczekiwaniu na łazienkę). "Babce" za pirogi i placki bidoki (oraz samoznikające gołąbki). Wujkowi i dziadkowi za zabranie hołoty na wycieczkę. Rodzinie męża za gościnę. Sorry za ospę i inne zło związane z naszym pobytem w pl.
I jeszcze jedna rzecz warta wspomnienia. Jakiś czas temu doszliśmy z M do wniosku, że związkowi dobrze robi odpoczynek od siebie, oczywiście sensownej długości. I tak oto urlop spędziliśmy prawie osobno. Prawie, bo w połowie urlopu się spotkaliśmy, by załatwić parę spraw. I teraz mogę potwierdzić, że warto pobyć trochę oddzielnie, by odpocząć od siebie, by zatęsknić, by uzmysłowić sobie, że jednak dobrze nam razem choć nie zawsze łatwo. Wracając do swojego domu jeszcze bardziej doceniamy swoją bliskość.
![]() |
| widok z wieży widokowej w Głobikowej k/Dębicy |
A powrót do domu dłużył się jeszcze bardziej, niż droga do pl. Choć trzeba przyznać Matka Natura sie postarała dostarczając interesujących wrażeń. Najsampierw podczas przemierzania Mazowieckiego doświadczyliśmy bliskiego spotkania trzeciego stopnia z nawałnicą. W pewnym momencie widoczność była zerowa. Cokolwiek zobaczyć można było tylko przez sekundę po przejechaniu wycieraczek, potem tylko strugi wody. Autostrada, nie ma gdzie zjechać, nie ma się jak zatrzymać, nic nie widać poza wodą i złotymi łańcuchami od czasu do czasu na nieboskłonie. Po prostu masakra. Co oczywiście niektórym porąbańcom nie przeszkadzało wyprzedzać busami... to co że nic nie widać, że auta wleką się, a kierowcy wypatrują świateł jadących przed nimi starając się nie wyjeżdżać poza swój pas i na nikogo nie wpaść, jak komuś się śpieszy do piekła.... Brak wyobraźni czy totalne zgłupienie?
![]() |
| jakaś burza na nas wali |
Te dwa tygodnie raczej trudno nazwać wypoczynkiem, raz z powodu wspomnianego już siedzenia komuś na karku i dyskomfortu z tego wynikającego, dwa: z powodu spraw do załatwienia, trzy: różne wyjazdy, przejazdy, zakupy - rzeczy wyjątkowo wyczerpujące.
Tak więc po powrocie tym razem wspólnie orzekliśmy NIGDY WIECEJ w ten sposób nie spędzamy wakacji. Jeśli kiedyś jeszcze zechce nam się odwiedzania polandii całą rodziną, to albo samolot (gdy otworzą loty do rzeszowiku) albo jazda z przyczepą campingową, żeby kierowca mógł w miarę wygodnie odpocząć w trasie. Ewentualnie jazda z noclegiem koło granicy, bo to jest dla nas połowa drogi. Te wszystkie bajery jednak związane są z większymi kosztami. Do tego trzeba dodać wynajęcie jakichś pokoi, żeby nikomu życia nie komplikować, a i samemu odpocząć i pomieszkać swobodnie. Jak mniemam - w związku z powyższym finansowo o wiele taniej wyjdą wakacje w Belgii , Francji czy Holandii, a już na pewno droga krótsza, co dla mnie osobiście ma duuuuże znaczenie.
22 lipca 2014
Wakacje w Polsce...?
Już dawno zrozumiałam, że nie mieszczę si w ramach tzw normalności i nawet się z tym pogodziłam... Ba, lubię siebie, cenię sobie swoją indywidualność i oryginalność. Jednak są takie momenty, że mnie samą dziwią własne odczucia i reakcje na wydarzenia i się zastanawiam dlaczego ja jakaś dziwna jestem :-)
Teraz właśnie też próbuję zrozumieć siebie... analizuję, myślę, kombinuję... A chodzi o prostą niby normalną sprawę... wakacje. Dokładnie wakacje w pl. W moich planach na najbliższe lata nie brałam pod uwagę wakacji w pl. Nastawiałam się raczej na zwiedzanie be. Myślałam, że raczej do nas ktoś przyjedzie... No ale jako, że mężowy majowy wyjazd na komunię się nie udał z powodu wypadku, przeto postanowił odwiedzić chrześniaka na wakacjach. Pierwszy plan przewidywał, że pojedzie sam, a my sobie tu posiedzimy, bo jakoś nie czuję potrzeby odwiedzania pl, no a dzieci mogły by chodzić codziennie na zajęcia wakacyjne, by bawić się i uczyć języka. Taki był mój plan. Jednak im bliżej było wakacji, dziewczyny coraz częściej pytały, czy pojadą do ciotki pobawić się z kochaną kuzynką Bibką albo czy oni do nas przyjadą?
W ostatecznym rozrachunku doszliśmy do wniosku, iż to jedne pieniądze, czy mąż pojedzie sam, czy pojedziemy całą piątką, jeśli chodzi o paliwo, a żreć trzeba tak samo tu czy tam, nawet w pl taniej wychodzi trochę, nocować można i pod namiotem, bo familia na wsiach mieszka i kawałek ogrodu się znajdzie, gdyby łóżek zabrakło :-) Siora ostatnio zaproponowała balkon... Też może być, jakby nie padało i komary zdechły hehe. Dodam, że mąż musi pojechać tak czy siak, bo jeszcze parę spraw jest w pl do załatwienia.
No i gicio, postanowiliśmy, że na wakacje jednak jedziemy do Polszy. Ku wielkiej radości dzieci, które od razu zaczęły szykować prezenty dla wszystkich babć, cioć, wujków, no i szukać po sklepach czegoś dla Bibki... żelki-rzemyki, chipsy z czekolady, mrówki do chleba... tyle w tej be jest słodyczy, których nie ma w pl, że nie wiadomo, co wybrać.... Tym oto sposobem mamy już wielką torbę z upominkami, w tym własnoręcznie malowane obrazy... W Aldi i Lidlu co jakiś czas można tu kupić dobre akcesoria plastyczne i to jest fantastyczna sprawa.... Tak więc Starsza ostatnio ćwiczy malowanie akrylowymi farbami. Efekty mi się bardzo podobają i myślę, że i ciotka, i prababcia też będą zadowolone z prezentów...
No ale dobra, czytacie, czytacie i dalej nie wiecie o co kaman. Gdzie ta moja dziwność? Chodzi naturalnie o to, że chyba jestem jedyną emigrantką, przynajmniej w grupie moich znajomych, która możliwość pojechania do pl traktuje bardziej jako przymus, konieczność niż cudny dar od losu.
Do niedawna wydawało mi się, że ludzie dzielą się na tych, którym lepiej na emigracji i takich, którym lepiej w kraju. Chodzi mi o samopoczucie, nie poziom życia. Jednak odkąd zaczął się sezon wakacyjno-urlopowy zbliżam się ku teorii, że ludzie dzielą się na takich, którzy lepiej czują się w kraju i mnie :-) Co dzień widzę na fejsie wpisy pełne tęsknoty do kraju, odliczanie dni, licytowanie kto wcześniej, kto szybciej jedzie do DOMU, czyli do pl... Jakby z więzienia wychodzili.... i to jest pewnie piękne, że tęsknią, że czekają, że chcą.... aczkolwiek dla mnie trochę niepojęte, bo ja nie czuję żadnej euforii na myśl o wizycie w Polsce.
Pewnie, że cieszę się na myśl o spotkaniu z babcią, rodzicami, rodzeństwem i td. Miło mi będzie spotkać znajomych na żywo. Przyjemnie będzie popatrzeć na "swoje" górki i lasy. Ale nie budzi to we mnie jakiejś euforii, ot jedno z wielu spotkań rodzinnych, jak wszystkie do tego czasu. Mieszkając u męża w mieście też raz, czy dwa razy do roku widywałam się z rodziną, więc żadna to nowość. A już na pewno nie widzę tej wycieczki jako jazdy "do domu". Już kiedyś pisałam, że mój dom jest tam, gdzie moje dzieci i mąż, bez względu na lokalizację. Teraz mój dom jest w be. Jestem tu naprawdę szczęśliwa. Więc wyjazd do pl to tylko najzwyczajniejsza wycieczka wakacyjna połączona z wizytą u rodziny, która mimo, że przyjemna to jednak hm ....szału nima. Równie, a może nawet bardziej, zadowalał by mnie wyjazd nad Morze Północne, w Ardeny, czy do Paryża - wycieczka jak wycieczka, dla mnie każda jest fajna... Jednak się zastanawiam, czy ze mną coś nie tak, że nie tęsknię za pl jak inni? Że nie odliczam dni, nie czekam na ten wyjazd jak na zbawienie... Bo nie czekam, choć myślę dzień noc... nawet spać czasem nie mogę, gdyż samą jazdę przeżywam jak mrówka okres. Nienawidzę jazdy samochodem, od dawnego wypadku wręcz panicznie boję się jeździć (mężowe wypadki też tego nie poprawiają), a do tego mam chorobę lokomocyjną. 1500 km razy dwa - ta odległość po prostu mnie przeraża, a to zdecydowanie nie sprzyja pozytywnemu nastawieniu do wizyt w pl. Jazda do Belgii była dla mnie koszmarem, którego miałam już nie powtarzać nigdy.... Jednak moje fanaberie nie mogą popsuć zabawy pozostałym. Na samolot nas nie stać, zresztą nie ma chyba nadal bezpośrednich lotów do Rzeszowa, a do Krakowa raczej bez sensu skoro stamtąd jest jeszcze ponad 300 km jazdy.... Więc staram się pogodzić z faktami - im bliżej wyjazdu, tym bardziej mi się ten pomysł nie podoba.... Mąż i dzieci chyba by nie przeżyli teraz zmiany planów wakacyjnych. Mam też nadzieję, że ospa się nie rozprzestrzeni na pozostałe dzieci, bo najstarsze właśnie skończyło chorować i mogłoby by to przysporzyć dodatkowego stresu na czas podróży. Wszak ospa to nic przyjemnego... Tak czy owak trzeba zacisnąć zęby i jakoś przeżyć tę podróż i jeszcze wymyślać jakieś zajęcia i zabawy dla wesołej gromadki byśmy się wszyscy bawili i nie oszaleli, z nudów dzieci, a ja z nerwów... Dlaczego ja tak nienawidzę jazdy a inni lubią? Dlaczego inni tak tęsknią za pl a ja nie? Czasem inność bywa niepokojąca albo wręcz irytująca nawet, a może zwłaszcza dla tego innego. Ech. Kurde, mógłby się chociaż ktoś za mnie spakować... Choć dziś już zrobiłam pierwszy krok w tym kierunku - przytargałam ze strychu torby. Na spakowanie mam jeszcze jakieś 3 dni, bo jechać mamy w piątek i w końcu trzeba będzie się za to zabrać :-/ Żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce... A dziewczyny liczą godziny....
Dziewczynom oczekiwanie umila zaplanowana na środę wizyta koleżanki. Właśnie planują, co też będą robić. Wcześniej Młoda oczywiście była u Marthe pochlapać się w dużym basenie i wróciła szczęśliwa. A ja cieszę się z nią, że ma koleżanki... mama Marthe powiedziała nawet: "beste vriendinen"... Młoda się nie może temu nadziwić, mówi: "ona mnie lubi, chociaż jestem z Polski i nie mówię dobrze po niderlandzku... I Lotte, i Nina, inne dziewczyny, i dzidziusie z przedszkola też mnie lubią..." Tak, to na prawdę czasami wydaje się dziwne, choć bez wątpienia miłe i budujące, że ludziom tutaj nie przeszkadza, iż jesteśmy z Polski i nie mówimy po niderlandzku, że mimo to nas lubią, chcą z nami rozmawiać, zapraszają do siebie, podarowują meble, warzywa, odzież... Zapytacie, co w tym dziwnego? Popatrzcie wokół siebie, poczytajcie opinie o rodakach za granicą, pomyślcie jak w waszej okolicy traktowało by się obcokrajowców nie mówiących po polsku,a zrozumiecie może, co mam na myśli, pisząc "dziwne".
Teraz właśnie też próbuję zrozumieć siebie... analizuję, myślę, kombinuję... A chodzi o prostą niby normalną sprawę... wakacje. Dokładnie wakacje w pl. W moich planach na najbliższe lata nie brałam pod uwagę wakacji w pl. Nastawiałam się raczej na zwiedzanie be. Myślałam, że raczej do nas ktoś przyjedzie... No ale jako, że mężowy majowy wyjazd na komunię się nie udał z powodu wypadku, przeto postanowił odwiedzić chrześniaka na wakacjach. Pierwszy plan przewidywał, że pojedzie sam, a my sobie tu posiedzimy, bo jakoś nie czuję potrzeby odwiedzania pl, no a dzieci mogły by chodzić codziennie na zajęcia wakacyjne, by bawić się i uczyć języka. Taki był mój plan. Jednak im bliżej było wakacji, dziewczyny coraz częściej pytały, czy pojadą do ciotki pobawić się z kochaną kuzynką Bibką albo czy oni do nas przyjadą?
W ostatecznym rozrachunku doszliśmy do wniosku, iż to jedne pieniądze, czy mąż pojedzie sam, czy pojedziemy całą piątką, jeśli chodzi o paliwo, a żreć trzeba tak samo tu czy tam, nawet w pl taniej wychodzi trochę, nocować można i pod namiotem, bo familia na wsiach mieszka i kawałek ogrodu się znajdzie, gdyby łóżek zabrakło :-) Siora ostatnio zaproponowała balkon... Też może być, jakby nie padało i komary zdechły hehe. Dodam, że mąż musi pojechać tak czy siak, bo jeszcze parę spraw jest w pl do załatwienia.
No i gicio, postanowiliśmy, że na wakacje jednak jedziemy do Polszy. Ku wielkiej radości dzieci, które od razu zaczęły szykować prezenty dla wszystkich babć, cioć, wujków, no i szukać po sklepach czegoś dla Bibki... żelki-rzemyki, chipsy z czekolady, mrówki do chleba... tyle w tej be jest słodyczy, których nie ma w pl, że nie wiadomo, co wybrać.... Tym oto sposobem mamy już wielką torbę z upominkami, w tym własnoręcznie malowane obrazy... W Aldi i Lidlu co jakiś czas można tu kupić dobre akcesoria plastyczne i to jest fantastyczna sprawa.... Tak więc Starsza ostatnio ćwiczy malowanie akrylowymi farbami. Efekty mi się bardzo podobają i myślę, że i ciotka, i prababcia też będą zadowolone z prezentów...
No ale dobra, czytacie, czytacie i dalej nie wiecie o co kaman. Gdzie ta moja dziwność? Chodzi naturalnie o to, że chyba jestem jedyną emigrantką, przynajmniej w grupie moich znajomych, która możliwość pojechania do pl traktuje bardziej jako przymus, konieczność niż cudny dar od losu.
Do niedawna wydawało mi się, że ludzie dzielą się na tych, którym lepiej na emigracji i takich, którym lepiej w kraju. Chodzi mi o samopoczucie, nie poziom życia. Jednak odkąd zaczął się sezon wakacyjno-urlopowy zbliżam się ku teorii, że ludzie dzielą się na takich, którzy lepiej czują się w kraju i mnie :-) Co dzień widzę na fejsie wpisy pełne tęsknoty do kraju, odliczanie dni, licytowanie kto wcześniej, kto szybciej jedzie do DOMU, czyli do pl... Jakby z więzienia wychodzili.... i to jest pewnie piękne, że tęsknią, że czekają, że chcą.... aczkolwiek dla mnie trochę niepojęte, bo ja nie czuję żadnej euforii na myśl o wizycie w Polsce.
Pewnie, że cieszę się na myśl o spotkaniu z babcią, rodzicami, rodzeństwem i td. Miło mi będzie spotkać znajomych na żywo. Przyjemnie będzie popatrzeć na "swoje" górki i lasy. Ale nie budzi to we mnie jakiejś euforii, ot jedno z wielu spotkań rodzinnych, jak wszystkie do tego czasu. Mieszkając u męża w mieście też raz, czy dwa razy do roku widywałam się z rodziną, więc żadna to nowość. A już na pewno nie widzę tej wycieczki jako jazdy "do domu". Już kiedyś pisałam, że mój dom jest tam, gdzie moje dzieci i mąż, bez względu na lokalizację. Teraz mój dom jest w be. Jestem tu naprawdę szczęśliwa. Więc wyjazd do pl to tylko najzwyczajniejsza wycieczka wakacyjna połączona z wizytą u rodziny, która mimo, że przyjemna to jednak hm ....szału nima. Równie, a może nawet bardziej, zadowalał by mnie wyjazd nad Morze Północne, w Ardeny, czy do Paryża - wycieczka jak wycieczka, dla mnie każda jest fajna... Jednak się zastanawiam, czy ze mną coś nie tak, że nie tęsknię za pl jak inni? Że nie odliczam dni, nie czekam na ten wyjazd jak na zbawienie... Bo nie czekam, choć myślę dzień noc... nawet spać czasem nie mogę, gdyż samą jazdę przeżywam jak mrówka okres. Nienawidzę jazdy samochodem, od dawnego wypadku wręcz panicznie boję się jeździć (mężowe wypadki też tego nie poprawiają), a do tego mam chorobę lokomocyjną. 1500 km razy dwa - ta odległość po prostu mnie przeraża, a to zdecydowanie nie sprzyja pozytywnemu nastawieniu do wizyt w pl. Jazda do Belgii była dla mnie koszmarem, którego miałam już nie powtarzać nigdy.... Jednak moje fanaberie nie mogą popsuć zabawy pozostałym. Na samolot nas nie stać, zresztą nie ma chyba nadal bezpośrednich lotów do Rzeszowa, a do Krakowa raczej bez sensu skoro stamtąd jest jeszcze ponad 300 km jazdy.... Więc staram się pogodzić z faktami - im bliżej wyjazdu, tym bardziej mi się ten pomysł nie podoba.... Mąż i dzieci chyba by nie przeżyli teraz zmiany planów wakacyjnych. Mam też nadzieję, że ospa się nie rozprzestrzeni na pozostałe dzieci, bo najstarsze właśnie skończyło chorować i mogłoby by to przysporzyć dodatkowego stresu na czas podróży. Wszak ospa to nic przyjemnego... Tak czy owak trzeba zacisnąć zęby i jakoś przeżyć tę podróż i jeszcze wymyślać jakieś zajęcia i zabawy dla wesołej gromadki byśmy się wszyscy bawili i nie oszaleli, z nudów dzieci, a ja z nerwów... Dlaczego ja tak nienawidzę jazdy a inni lubią? Dlaczego inni tak tęsknią za pl a ja nie? Czasem inność bywa niepokojąca albo wręcz irytująca nawet, a może zwłaszcza dla tego innego. Ech. Kurde, mógłby się chociaż ktoś za mnie spakować... Choć dziś już zrobiłam pierwszy krok w tym kierunku - przytargałam ze strychu torby. Na spakowanie mam jeszcze jakieś 3 dni, bo jechać mamy w piątek i w końcu trzeba będzie się za to zabrać :-/ Żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce... A dziewczyny liczą godziny....
Dziewczynom oczekiwanie umila zaplanowana na środę wizyta koleżanki. Właśnie planują, co też będą robić. Wcześniej Młoda oczywiście była u Marthe pochlapać się w dużym basenie i wróciła szczęśliwa. A ja cieszę się z nią, że ma koleżanki... mama Marthe powiedziała nawet: "beste vriendinen"... Młoda się nie może temu nadziwić, mówi: "ona mnie lubi, chociaż jestem z Polski i nie mówię dobrze po niderlandzku... I Lotte, i Nina, inne dziewczyny, i dzidziusie z przedszkola też mnie lubią..." Tak, to na prawdę czasami wydaje się dziwne, choć bez wątpienia miłe i budujące, że ludziom tutaj nie przeszkadza, iż jesteśmy z Polski i nie mówimy po niderlandzku, że mimo to nas lubią, chcą z nami rozmawiać, zapraszają do siebie, podarowują meble, warzywa, odzież... Zapytacie, co w tym dziwnego? Popatrzcie wokół siebie, poczytajcie opinie o rodakach za granicą, pomyślcie jak w waszej okolicy traktowało by się obcokrajowców nie mówiących po polsku,a zrozumiecie może, co mam na myśli, pisząc "dziwne".
15 lipca 2014
Co oni tu jedzą część 2
![]() |
| tort na rozpoczęcie wakacji |
Np udało mi się znaleźć, dzięki forumowiczkom ser nadający się do wszelakich serników, jest to ser z Colruyt'a.
![]() |
| eksperymentalny sernik z winogronem i truskawkami |
Co prawda lato, to nie dobra pora na serniki, ale przetestować musiałam :)
Nie zmienia to oczywiście faktu, że nadal niektórych rzeczy nie udało mi się znaleźć poza polskimi sklepami.
Ktoś kiedyś napisał w komentarzu, że pietruszka (korzeń) jest popularna teraz we Flandrii... No nie wiem gdzie? Ja przez rok ani razu się na nią nie natknełam ani u rolnika, ani w popularnych hipermarketach, ani w warzywniakach, ani na jarmaku. Jest coś, co wygląda jak pietruszka i podobno jest mylone z nią często, ale ja mam za sobą ponad 30 lat pracy na roli u rodziców, do tego ogarniam też gotowanie i wiem, że pasternak da się odróznić od pietruszki nawet bez próbowania i że nie nadaje się on na zastępstwo pietruszki, choć na pierwszy rzut oka baardzo tą przypomina. Jednak nie pachnie jak pietruszka, ani nie smakuje po pietruszkowemu. To bardziej taka zmutowana marchew. Pietruszkę w swojej kuchni zastępuję selerem, bo tego akurat stosunkowo łatwo znaleźć w belgijskich sklepach. Okazało się też, że liście pietruszki, czyli tzw nać też mogą sprawiać problemy, zwłaszcza jeśli po zakupy wysyła się chłopa, który raczej średnio ogarnia kucharzenie, a jeszcze gorzej niderlandzki... W be bowiem bardzo popularna jest trybula, która zamknięta w plastikowym pojemniku bardzo podobną jest do pietruszki i mimo, że w kuchni używana razem z pietruszką, to zastąpić jej nie może zwłaszcza w polskim rosole. Warto więc pamiętać o czytaniu etykietek: trybula to kervel, zaś pietruszka to peterselie. I tak oto powoli z dnia na dzień odkrywam uroki kucharzenia w be i doskonalę swoją znajomość języka niderlandzkiego w tematyce kuchni przeszukując belgijskie i holenderskie strony internetowe z przepisami.
Ostatnio np znalazłam fantastyczne przepisy na potrawy z cykorią na holenderskich stronach i teraz po trochu wypróbowuję. Do nie dawna nawet nie wiedziałam, że to dziwne warzywo wyglądające jak miniaturowa kapusta, a po nl nazywające się "witloof" to właśnie cykoria... Jakoś mi ta polska nazwa nie pasuje do tego warzywa... nie wiem dlaczego. W każdym bądź razie tutaj tego pełno wszędzie, więc w końcu musiałam sprawdzić z czym się to zażera, bo w pl to raczej rzadko spotykane... I muszę rzec, że gorzkawy smak cykorii świetnie komponuje się np z ananasem w sałatkach, ale z pomidorem i ogórkiem też tworzy świetny dodatek do mięsa i ziemniaków. Tak więc i w be można zrobić coś dobrego do jedzenia, z tym że zdecydowanie się trzeba przestawić z gotowania po polsku na gotowanie ...może nie po belgijsku, ale po swojemu, po nowemu i próbować różnych tutejszych często dziwnie wyglądających albo dziwnie nazywających się rzeczy.
Pisząc o fajnych, nowych a zjadliwych rzeczach w be, nie mogę zapomnieć o słodkościach. Pierwsza rzecz w której tu zasmakowałam od początku to ciastka speculoos i smarowidło do chleba o tej samej nazwie i smaku. Z tego, co się dowiedziałam, speculosy są w Belgii i Holandii tradycyjnymi ciastkami świątecznymi, coś jak w Polsce pierniczki na choinkę. Zresztą to także ciastka korzenne, jednak nie podobne do piernikow w smaku. Oczywiście, jak wszystko w dzisiejszych czasach, zajadane są przez cały rok. W kawiarniach belgiskich dodawane są do kawy gratis. Świetne do moczenia w kawie :-) W mleku zresztą też.
Druga dobra rzecz odkryta przez moje córki, to cakepops'y, czyli ciasteczkowe lizaki, ciasteczka na patyczkach jak mówią niektórzy. Nie wiem, czyj to wynalazek, wiem, że dobry. Cakepopsy można robić na 2 sposoby. Znaczy bazę cakepopsów robi różnie. Pierwszy to ubezpieczenie (albo kupienie) ciasta, ciastek, pokruszenie ich i wymieszanie z masą. Może to być nutella, mascarpone, albo masą maślana, byle się lepiło po zamieszaniu z ciastkami (pamiętacie polskie kasztany, ziemniaczki? - to samo). Z tego robi się kuleczki, nabija się je na patyki, moczy w albo polewa czekoladą i na koniec posypuje kolorowymi cukiereczkami. Można też zamiast czekolady zastosować kolorowe masy jak do tortów angielskich i porobić różne cudaki na praktykach. Druga baza to skorzystanie z foremki lub gofrownicopodobnej maszyny i ubezpieczenie kulek, które od razu można ociapać w czekoladzie bez paprania się przy robieniu kulek. Bez względu na metodę zabawa dla dzieci fantastyczna. No a lizaki mogą być doskonałym wesołym i kolorowym deserkiem na przyjęciu dla dzieci, a po zapakowaniu w woreczki można rozdać w szkole na urodziny.Jeszcze większą popularnością cieszą się tu babeczki, nie wiem dlaczego od pewnego czasu nazywane w pl mufinkami... A ponoć Polacy nie gęsi i swój język mają.... to samo się tyczy oponek, które teraz nagle nazywa się za obcokrajowcami donut'ami... Ech, czy my Polacy nie możemy mieć nic swojego? Wszystko trza z zagrabanicy małpować?
Ale nic to, jak zwał, tak zwał. Dość, że babeczki, muffinki są tutaj popularne, też tak jak wspomniane już lizaki się je ozdabia na ptzeróżne sposoby. Cup cakes, bo tak się nazywa zabawa w ozdabianie babeczek, jest powszechnym elementem przyjęć dla dzieci. W związku z tym w sklepach, także tych popularnych typu Lidl, Carrefour, Delhaize od groma jest przenajróżniejszych ozdóbek do ciastek: wiórki czekoladowe, kolorowe cukry, cukiereczki w najróżniejszych kształtach i kolorach, masy marcepanowe i inne we wszystkich kolorach tęczy, pisaki, żele... Cukierniczych raj po prostu... Za to nie robią tu, a jak robią to rzadko, wielgachnych, wymyślnych, pysznościowych tortów, jakie możemy podziwiać na polskich stołach. I tym oto stwierdzeniem kończę dzisiejszy post, bo pora zajrzeć do garów i dać się ponieść fantazji.
11 lipca 2014
bo czasem człowiek musi inaczej się udusi
W tytule oczywiście chodzi mi o to, że czasem trzeba się z kimś podzielić przemyśleniami, bo to nas zżera od środka.... No to jadziem....
Znowu czytamy wiadomości z Pl i znowu szlag trafia z okazji głupoty ludzkiej. Co sie do cholery z tym krajem porobiło? Czytam wiele mądrych komentarzy pod wiadomościami z pl. Wśród wypowiadających się są ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem, i małolaty, i emeryci, i robole, i magistry. Ja się pytam, gdzie oni są w takim układzie? Gdzie sie ukrywają i dlaczego? Czy wszyscy siedzą za granicą, czy jak? No bo skoro tyle mądrych, pomysłowych interesujących wypowiedzi widzę każdego dnia, to dlaczego w kraju z dnia na dzień jest gorzej? Znaczy ja sie domyślam tego stanu rzeczy. Moim zdaniem, za dużo podziałów i nienawiści miedzy zwykłymi ludźmi. Mimo, że każdy ma jakiś fajny, interesujący pomysł, jakąś receptę na poprawę sytuacji to jeden drugiego nie słucha jeden z drugim nie stanie ramie w ramię by domagać się swoich praw, by doprowadzić po trochu do porządku choćby w swoim najbliższym otoczeniu, w swojej wsi, w swoim mieście, w swoim powiecie, województwie. Nie da się, bo Iksiński nie będzie stał koło Zetowskiego. Bo Kowalski nie może zgadzać się z Nowakiem nawet jeśli by wstępnie te same zasady wyznawali. Co? Kowalski też tak myśli? To ja w zasadzie dziś właśnie doznałem olśnienia, zmieniłem zdanie, zmieniam poglądy, przecież Kowalski to głupek... O i tak to wygląda w Polsce. Niby każdy by chciał dobrze ale pod warunkiem, że sąsiad nie chce tego samego. Jeszcze jakis czas temu liczyłam, że cos sie może zacznie zmieniać w tym kraju na lepsze i może moje wnuki doczekają normalnej Polski. Teraz już nie mam złudzeń. Nie jestem co prawda ani politologiem, ani ekonomistą, ani socjologiem, ale nawet taki mały rozumek jakim włada zwykła kura domowa potrafi ogarnąć jak wygląda sytuacja tego kraju.W moich rodzinnych stronach nie ma jednej większej firmy, fabryki w promieniu mniej więcej 200km. Za to są gigantyczne lub liczne urzędy ZUSu, Urzędow Pracy, OPSów, Urzędów Gminy. Nawet z tak podstawową wiedzą jaką mam na ten temat wiem, że aby wszystko funkcjonowało dobrze muszą być odpowiednie proporcje roboli i urzędasów. Rozejrzyjcie się w okół. Myślicie, że są dobre proporcje?
Secundo ludzie pracują w młodym wieku, żeby wypracować sobie pieniądze na emeryturę, ale to działa tak, że to, co młode pokolenie wypracowuje dziś - otrzymują aktualni emeryci, zaś na emerytury pracujących dziś osób, będą pracować następne pokolenia. Im dłużej będzie pracować to pokolenie, tym później robotę dostanie następne. Naprawde nie trzeba być ekonomistą by zrozumieć tak prostą kwestię, że skoro moje pokolenie ma problemy z otrzymaniem jakiejkolwiek pracy, do tego musi pracować do 67 roku zajmując wszystkie dostępne miejsca pracy, to młodsze pokolenie praktycznie na tę prace nie ma szans. Dołączam do tego w swoje mózgownicy jeszcze 2 publikowane często przez gazety fakty: 1. masowa emigracja i 2. coraz mniej rodzących się dzieci. Polska się wyludnia jak krzyczą gazety. Wnioski nasuwają się same:
- nie długo (kilka lat?) powinno zacząć brakować pieniędzy na wypłaty emerytur
- nie długo powinno zacząć brakować pieniędzy na utrzymywanie urzędników, na utrzymywanie służby zdrowia i edukacji już brakuje od dawna
- w związku z powyższym mogą wzrosnąć podatki (bo skąd wziąć kasę)
- w związku z powyższym ludzie będą klepać biedę
W końcu i do Warszawki, Krakowiku itp też biedusia zajrzy, bo wszystko ma swoje granice. Wtedy zajarzą o co tyle hałasu było...
Już dziś - jak czytam od czasu do czasu w prasie krajowej - coraz więcej rodzin żyje na granicy ubóstwa. Co więcej, ubóstwo dotyczy także rodzin pracujących!!! (nie patologicznych)
Już te fakty są dla mnie wystarczające do stwierdzenia, że pokolenie moich dzieci ma marne szanse na normalne życie w pl, na założenie i utrzymanie rodziny.
Do tego ostatnio opublikowane opinie ludzi, którzy dokładnie znają realia naszego kraju, że pl istnieje tylko na papierze, a tak naprawdę to "ch ,dupa i kamieni kupa" ;-) Jakże trafne określenie!
Myślę, że tu nie ma sensu roztrząsać kto i po kiego pierona nagrywał polityków, jaki miał w tym interes, kto mu kazał itede itepe. No dobra można i pewnie nawet trzeba sie tym zając dla bezpieczeństwa kraju, ale dziwi mnie niezmiernie że to kto, poco? kiedy? dlaczego? jest ważniejsze od tego, co zostało ujawnione i to dla zwykłych ludzi...
Wyobraźmy sobie sytuację: jakiś gówniarz, którego nawet nie lubimy pokazuje nam nagranie ze swojego telefonu, jak nasz sąsiad wynosi z naszego domu telewizor, lodówkę, biżuterię itp, braki jakich to elementów już stwierdziliśmy wcześniej.... Nie wiem, jak wy, ale ja starałabym się w tej sytuacji wyjaśnić sytuację z sąsiadem (w taki czy inny sposób), doprowadzić do odzyskania swojej własności, odszkodowania, i ukarania sąsiada. Gówniarzowi, nawet temu nie lubianemu, bym podziękowała. No ale zapewne niektórzy - jak wynika z obserwacji bieżących wydarzeń w kraju - oskarżyli by niesfornego młodzieniaszka o nielegalne nagranie i psucie relacji sąsiedzkich, zastanawiali by sie bez końca po co teg gówniarz pałęta sie koło ich domu, z kim, jaki też miał w tym interes, kto mu kazał itede. Bo to Polska właśnie. Wszystko postawione na głowie.
Dziennikarze co chwila jakiś idiotyczny temat wydłubią i wałkują go tygodniami, miesiącami a w tym czasie osły z Wiejskiej robią co chcą, cegła po cegle, kamyczek po kamyczku, fabryka po fabryce sprzedają wszystko, co dawną Polskę tworzyło, bawią się... W
W tym momencie w zasadzie powinnam mieć to wszystko w nosie albo w innej części ciała, bo dziś to już nie mój cyrk, nie moje małpy... ale człowiek tam sie urodził, tam dorastał, tyle lat mieszkał, tyle lat pracował na ten kraj, tyle lat biedował w tym kraju, ma tam znajomych, rodzinę, z którą chciało by sie czasem zobaczyć. Chciało by się jadąc w odwiedziny widzieć ten dawny dom zadbany, radosny, bogaty, chciało by się odwiedzić czasem stare kąty i zobaczyć w nich szczęście i uśmiech, a nie tylko płacz i zgrzytanie zębów... Marzenie ściętej głowy. Prędzej cała rodzina wyjedzie zagranicę, niż życie w pl sie poprawi.
Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie irytuje w kraju, który przez długie lata był moim domem.Księża i - jak to ktoś ostatnio trafnie określił - próby zrobienia z pl skansenu katolickiego. Nie wiem, czy niektórym z nich w dupach się poprzewracało czy ki pieron?
Jako małolata wierzyłam księżom bez zastrzeżeń, wierzyłam że ksiądz i wiara to jedno. Jednak niektórzy z nich sami się postarali by w moich oczach stać się bandą zwykłych oszołomów. Wielu z Was pewnie się nie jest w stanie zgodzić z moją pokręconą teorią, że wiarę w Boga można oddzielić od wiary księżom. Ale ja tak robię. Wolno mi. Jak już mówiłam nie raz - nie uważam siebie za dobrą katoliczkę. Piszę jednak "katoliczkę", bo w takim kościele zostałam ochrzczona, przyjęłam pozostałe sakramenty, byłam wychowywana w katolickiej rodzinie. Jednak w co ja wierzę, to już mój osobisty interes, przynajmniej tu w Be. Bowiem w pl trzeba bardzo uważać w co się wierzy, co się mówi i robi.Czasem można zostać posądzonym o czary albo praktyki satanistyczne przez byle gest, czyn, rysunek, o czym dane mi się było przekonać kilkukrotnie. M.in. stąd mój nick netowy. Wiedźma to ja. Udało mi się zostać oskarżonym o działania z pogranicza czarnej magii. Nie wierzycie? Mój pierwszy stopień do piekła: przyznaję się bez tortur -czytałam i oglądałam i to z wielkim zainteresowaniem "Kod Leonarda da Vinci", ze 4 razy czytałam całą kolekcje przygód Harrego Pottera i do tego jeszcze oglądałam i o zgrozo pozwalałam oglądać moim córkom filmy z cyklu Harry i cośtam. No ale na miotle latałam od małego, więc niczego nowego się nie nauczyłam, czyli szału nima. Jednak drugi raz zgrzeszyłam organizując "tęczowe wakacje" dla dzieci. Kurde jak bum cyk cyk jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tęcza jest symbolem kochających inaczej, ale mi to uświadomiono i zwrócono uwagę, że będzie sie mi patrzeć na ręce podczas tych zajęć dla dzieci. Dobrze, że wtedy o gender nikt na wsi nie słyszał, bo dopiro by sie działo. No ale mam też na sumieniu nikczemny plan sprowadzenia pobożnych, niewinnych dzieci na drogę czarnej magii i satanizmu. Plan ten jednak został mi udaremniony poprzez radykalny zakaz organizowania muzycznego przedstawienia andrzejkowego z udziałem bab-jag (babów-jagów?). Jako odkupienie winy dostałam propozycję przygotowania jasełek... pf jak przystało na zagorzałą antychrystkę z propozycji owej nie skorzystałam (czytaj: po miesiącu prób i przygotowań do przedstawienia, które okazały się zwykłą startą czasu, byłam tak wkurwiona, że naprawdę miałam ochotę jakiś krwawy rytuał czarnej magii publicznie odprawić ku uciesze gawiedzi). To są anegdotki z mojego życia i pracy na stanowisku bibliotekarza w małej wsi. To jest polska rzeczywistość, gdzie w bajce o Jasiu i Małgosi doszukuje się wątków czarnomagicznych, gdzie w kreskówce o Żwirku i Muchomorku widzi się propagowanie homoseksualizmu. Gdzie nie można się po prostu fajnie bawić z dziećmi umilając im czas, żeby ktoś nie posądził o propagowanie zła lub nie podejrzewał o pedofilię. Gdzie stosowanie antykoncepcji traktuje się na równi z dzieciobójstwem. Gdzie ćwiczenie jogi jest zakazana przez kościół. Gdzie po złych wieściach wiesza się posłańca, zamiast szukać prawdziwych winowajców... ale o tym już było...
Kościół w pl dąży do samozagłady, ciągnąc za sobą całe państwo na zatracenie. Taka jest moja opinia.
Poznałam w życiu kilku księży z prawdziwego zdarzenia. Jakby więcej takich było, to pewnie kościoły w Pl pełne by były młodzieży, nie było by afer w kościele... i tych wszystkich głupot, które próbuje się (z dobrym skutkiem) wcisnąć wiernym. Ci dobrzy wg mnie księża mają duża wiedzę teologiczną, psychologiczną i kochają oraz doceniają ludzi bez względu na to kim są, nie muszą się więc odgradzać od społeczeństwa kratami w oknach, alarmami ani drutem kolczastym. Dla każdego człowieka drzwi u dobrego księdza są zawsze otwarte, taki ksiądz zawsze znajdzie czas, by porozmawiać, wysłuchać, poradzić, pocieszyć. Dobry ksiądz nie boi się trudnych pytań. Dobry ksiądz nie pogardza człowiekiem, tylko dlatego, że myśli inaczej niż on. Dobry ksiądz żartuje i się śmieje nie tracąc na tym ani szacunku ani powagi. Ilu takich znacie? Ja znam kilku. Takim księdzem był Karol Wojtyła , takim był ksiądz Twardowski, takim jest proboszcz z mojego miasta, takim widziałam mojego licealnego katechetę, takim zapamiętałam księdza urodzonego w mojej wsi... Wokół takich księży zawsze pełno ludzi, dzieci, młodzieży, dorosłych i to nie dlatego, że muszą, ale że chcą. To dzięki tym księżom zachowałam jakieś resztki wiary. Niestety w pl są tacy rzadkością, dlatego jest jak jest.
Poznałam osobiście takich, dla których ich własne, często porąbane idee są ważniejsze niż żywy człowiek, niż życie, zdrowie, uczucia tego człowieka. Pamiętam, jak poszłam zapytać, czy mogę ochrzcić córkę będąc samotną matką, bo nie mieszkałam z jej ojcem praktycznie od początku ciąży. Księżulo najpierw próbował mnie namówić na małżeństwo z tym pijakiem i nierobem. Gdy się nie zgodziłam, kazał mi z nim (ojcem dzieci) jechać na 3 dni do Częstochowy na msze dla alkoholików. Szczena mi opadła na glebę i się zapytałam jak on se wyobraża na 3 dni z 4 miesięcznym dzieckiem bez auta? Na co on mówi, żeby dziecko zostawic komu z rodziny na ten czas... Sie chamsko zapytałam na koniec, czy moje cycki też mam zostawić u rodziny, bo niemowlęta w taki idiotyczny sposób się odżywiają, a ja za ciul jasny nie dam rady latać przez cała Polske na karmienie... Wyobraźcie sobie, że i to go nie zgasiło - zaprawiony widać w bojach z kobitami, bo zaproponował mi późniejszy termin. No więc na odczepnego rzekłam "ok" i sobie poszłam. W końcu miałam dobre chęci, pomyślałam, że dobry to by był poczatek na odnowienie kontaktu z kościołem, ale nie było to dla mnie jakimś celem życia ten chrzest. Naiwnie liczyłam też na jakies dobre słowo, wsparcie, możliwość rozmowy z kimś poważnym, bo byłam w bardzo trudnej sytuacji psychiczno-rodzinnej, sama ze wszystkim. Potem oczywiście księżulo sam zaproponował chrzest, bo poniewczasie zajarzył, że w tym terminie, co on mówił, to dziecko będzie mieć ponad rok i może dziwnie wygladac w jego wspaniałym wzorowym kościele. Młodą ochrzciłam, ale powrotu do kościoła mi się odechciało. Dopiero później spotkałam normalnego księdza, o którym mówiłam i troche zmieniłam nastawienie do kleru pojmując, że wszędzie, także w kościele są ludzie i parapety. Ja jestem w stanie pogodzic się z faktem, że kościół nie chce ochrzcić dziecka samotnej kobiety, Ok. Ale do szlaka jasnego niech jej nie zmusza w imie chorei idei do poślubienia pijaka, złodzieja, czy innego palanta, który może tylko i wyłącznie zaszkodzić jej i dziecku. Ale co księża wiedzą o życiu rodzinnym, o rodzeniu, noszeniu ciąży, wychowywaniu, nieprzespanych nocach, życiu z pijakiem? Nie wiedzą nic i przeważnie nie chcą wiedzieć, bo po co?
No i jeszcze ostatni głośny temat temat z tabloidów. Aborcja i temu podobne.
Tak się składa, że ja akurat nie jestem przeciwnikiem ani antykoncepcji, ani in vitro, ani aborcji w określonych okolicznościach. Pod warunkiem, ze nie szasta się tym na prawo i lewo. Jak ze wszystkim - granice rozsądku. Uważam, że zarówno lekarz powinien mieć możliwość postępowania zgodnie ze swoimi przekonaniami i wiarą, ale takie samo prawo winna też mieć kobieta, wszak nawet w Polandii nie każda kobieta jest katoliczką, o czym zdaje się wielu zapomina. Porównywanie płodu ludzkiego do nic nie znaczącego warzywa, rzeczy - jak to czasem czynią zagorzali zwolennicy aborcji - wydaje mi się niesmaczne, bo jakby na to nie patrzeć jest on zalążkiem ludzkiej istoty... Nie mam odpowiedniej wiedzy, by ocenić, kiedy płód zaczyna cokolwiek czuć, ale jakos bardziej wierzę naukowcom i lekarzom, niż na ten przykład księżom, którzy przeważnie wiedzy odpowiedniej także nie posiadają. Tak czy inaczej uważam, że traktowanie kobiety jak inkubatora i zmuszanie jej do noszenia niechcianego dziecka albo dziecka, które ze względu na koszmarne wady genetyczne będzie cierpiało niepojęte męki po urodzeniu - jest tym bardziej chore. Płód może nie jest pomidorem, czy ziemniakiem, ale stanowi część kobiety, przynajmniej dopóki nie da rady sam przeżyć jako odrębny organizm, a tak jest do około 20 tygodnia. Ja nosiłam troje dzieci i na wszystkie czekałam z radością, w każdym, przypadku okazywało się, że dzieci będą zdrowe, ale mimo tego ciąża uprzykrzyła mi życie do granic możliwości. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musi się czuć np kobieta która nosi dziecko będące efektem brutalnego gwałtu. Nie wiem, jaki ja bym miała stosunek do takiej ciąży, bo nie byłam na szczęście w takiej sytuacji. Być może chciałabym urodzic takie dziecko, czekałabym na nie z radością, ale nie wiem tego na pewno, bo nie byłam w takiej sytuacji!!!! Gwałt to nie złamanie ręki na rowerze, to nie operacja wyrostka, to koszmar, trauma na całe życie. Skąd wiesz jak Ty bys zareagowała w takiej sytuacji?(używam rodzaju żeńskiego, bo facet w ciąży być nie może jak na dzień dzisiejszy) ....Nie wyobrażam sobie też bym miała urodzic dziecko, o którym bym wiedziała, że np nie będzie miało połowy głowy, mózg na wierzchu, wadliwe i źle funkcjonujące wiele organów, co będzie powodowało okropne bóle u tej istoty po urodzeniu. (takie podobno było dziecko znane z ostatniej afery) Tak łatwo było by Ci wybrać? albo donoszenie ciąży równające się z torturowaniem małego człowieka, który może z takimi wadami przeżyć najwyżej miesiąc a potem i tak umrze albo aborcję, która go zabije (jak zwał tak zwał), ale oszczędzi mu cierpienia. Wiecie na 100% co byście wybrali znalazłszy się w takiej sytuacji.? Bo ja nie wiem!!! I mam nadzieję, że takie wybory w życiu mnie ominą. Wiem za to jak bezduszni potrafią być niektórzy księża i lekarze wobec kobiet (i innych), jak niewiele obchodzi ich tak naprawdę los zwykłego człowieka. Wiem, bo przekonałam sie na własnej skórze, ze dla niektórych lekarzy i niektórych księży moje zdanie, moje samopoczucie, moje zdrowie, czy zdrowie mojego dziecka ma często znikome znaczenie. Nie chodzi tu bynajmniej o tak drażliwe tematy jak te powyżej, ale takie zwyczajne powszednie. Więc niech mi nikt nie pieprzy jacy to oni wszyscy nagle kurwa sa bogobojni, jacy etyczni, zwłaszcza w Polsce, gdy przeważnie mają cie w dupie i patrzą tylko jak na tym zarobić i zdobyć sławę.
Łatwo się niektórym wykrzykuje protesty przeciwko aborcji, in vitro, antykoncepcji, gdy ich to de facto nie dotyczy. Gdy nie muszą dokonywać takich wyborów. Jakże łatwo być przeciwnikiem aborcji gdy nawet zwykłej ciąży się nie doświadczyło, bo albo sie jest facetem albo małolatą. Jak łatwo jest potępiać innych siedząc z różańcem i gorącym kubkiem w fotelu i znając zło tylko z telewizji i opowiadań. Będąc małolatą też miałam ideały, wierzyłam księżom, lekarzom i kochałam swój kraj. Teraz wszystko to (z drobnymi wyjątkami) mam w dupie. Życie mnie nauczyło, że trzeba mieć jakieś własne zasady i tylko im byc wiernym, a reszta niech sie goni. Polska to jednak kraj wyzuty z tolerancji, szacunku dla innych poglądów niż własne, kraj w którym z wszystkich na siłe chce się zrobić pobożnych katolików, nawet, a może zwłaszcza jak tego nie chcą. W takich kwestiach jak aborcja księża i lekarze powinni wszystko wyjaśnić ze szczegółami - księża od strony religijno-moralnej, lekarze od medycznej, ale zdecydować powinna kobieta, bo to ona musi nosic ciąże, ona musi urodzić, ona musi wychować, ona musi cierpieć, ona musi utrzymać to dziecię. Żaden księżulo, żąden nawiedzony medyk nie da tej kobiecie złamanego grosza ze swojej kieszeni, żaden z nich nie wesprze jej nawet dobrym słowem w trudnych godzinach ciąży, połogu, opieki, wychowania. Zaden nie pomoże jej stawić czoła rodzinie i społeczeństwu, które w Polsce czerpie dużą radość w znęcaniu się nad "innymi", oczywiście "w imię boże".
Znowu czytamy wiadomości z Pl i znowu szlag trafia z okazji głupoty ludzkiej. Co sie do cholery z tym krajem porobiło? Czytam wiele mądrych komentarzy pod wiadomościami z pl. Wśród wypowiadających się są ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem, i małolaty, i emeryci, i robole, i magistry. Ja się pytam, gdzie oni są w takim układzie? Gdzie sie ukrywają i dlaczego? Czy wszyscy siedzą za granicą, czy jak? No bo skoro tyle mądrych, pomysłowych interesujących wypowiedzi widzę każdego dnia, to dlaczego w kraju z dnia na dzień jest gorzej? Znaczy ja sie domyślam tego stanu rzeczy. Moim zdaniem, za dużo podziałów i nienawiści miedzy zwykłymi ludźmi. Mimo, że każdy ma jakiś fajny, interesujący pomysł, jakąś receptę na poprawę sytuacji to jeden drugiego nie słucha jeden z drugim nie stanie ramie w ramię by domagać się swoich praw, by doprowadzić po trochu do porządku choćby w swoim najbliższym otoczeniu, w swojej wsi, w swoim mieście, w swoim powiecie, województwie. Nie da się, bo Iksiński nie będzie stał koło Zetowskiego. Bo Kowalski nie może zgadzać się z Nowakiem nawet jeśli by wstępnie te same zasady wyznawali. Co? Kowalski też tak myśli? To ja w zasadzie dziś właśnie doznałem olśnienia, zmieniłem zdanie, zmieniam poglądy, przecież Kowalski to głupek... O i tak to wygląda w Polsce. Niby każdy by chciał dobrze ale pod warunkiem, że sąsiad nie chce tego samego. Jeszcze jakis czas temu liczyłam, że cos sie może zacznie zmieniać w tym kraju na lepsze i może moje wnuki doczekają normalnej Polski. Teraz już nie mam złudzeń. Nie jestem co prawda ani politologiem, ani ekonomistą, ani socjologiem, ale nawet taki mały rozumek jakim włada zwykła kura domowa potrafi ogarnąć jak wygląda sytuacja tego kraju.W moich rodzinnych stronach nie ma jednej większej firmy, fabryki w promieniu mniej więcej 200km. Za to są gigantyczne lub liczne urzędy ZUSu, Urzędow Pracy, OPSów, Urzędów Gminy. Nawet z tak podstawową wiedzą jaką mam na ten temat wiem, że aby wszystko funkcjonowało dobrze muszą być odpowiednie proporcje roboli i urzędasów. Rozejrzyjcie się w okół. Myślicie, że są dobre proporcje?
Secundo ludzie pracują w młodym wieku, żeby wypracować sobie pieniądze na emeryturę, ale to działa tak, że to, co młode pokolenie wypracowuje dziś - otrzymują aktualni emeryci, zaś na emerytury pracujących dziś osób, będą pracować następne pokolenia. Im dłużej będzie pracować to pokolenie, tym później robotę dostanie następne. Naprawde nie trzeba być ekonomistą by zrozumieć tak prostą kwestię, że skoro moje pokolenie ma problemy z otrzymaniem jakiejkolwiek pracy, do tego musi pracować do 67 roku zajmując wszystkie dostępne miejsca pracy, to młodsze pokolenie praktycznie na tę prace nie ma szans. Dołączam do tego w swoje mózgownicy jeszcze 2 publikowane często przez gazety fakty: 1. masowa emigracja i 2. coraz mniej rodzących się dzieci. Polska się wyludnia jak krzyczą gazety. Wnioski nasuwają się same:
- nie długo (kilka lat?) powinno zacząć brakować pieniędzy na wypłaty emerytur
- nie długo powinno zacząć brakować pieniędzy na utrzymywanie urzędników, na utrzymywanie służby zdrowia i edukacji już brakuje od dawna
- w związku z powyższym mogą wzrosnąć podatki (bo skąd wziąć kasę)
- w związku z powyższym ludzie będą klepać biedę
W końcu i do Warszawki, Krakowiku itp też biedusia zajrzy, bo wszystko ma swoje granice. Wtedy zajarzą o co tyle hałasu było...
Już dziś - jak czytam od czasu do czasu w prasie krajowej - coraz więcej rodzin żyje na granicy ubóstwa. Co więcej, ubóstwo dotyczy także rodzin pracujących!!! (nie patologicznych)
Już te fakty są dla mnie wystarczające do stwierdzenia, że pokolenie moich dzieci ma marne szanse na normalne życie w pl, na założenie i utrzymanie rodziny.
Do tego ostatnio opublikowane opinie ludzi, którzy dokładnie znają realia naszego kraju, że pl istnieje tylko na papierze, a tak naprawdę to "ch ,dupa i kamieni kupa" ;-) Jakże trafne określenie!
Myślę, że tu nie ma sensu roztrząsać kto i po kiego pierona nagrywał polityków, jaki miał w tym interes, kto mu kazał itede itepe. No dobra można i pewnie nawet trzeba sie tym zając dla bezpieczeństwa kraju, ale dziwi mnie niezmiernie że to kto, poco? kiedy? dlaczego? jest ważniejsze od tego, co zostało ujawnione i to dla zwykłych ludzi...
Wyobraźmy sobie sytuację: jakiś gówniarz, którego nawet nie lubimy pokazuje nam nagranie ze swojego telefonu, jak nasz sąsiad wynosi z naszego domu telewizor, lodówkę, biżuterię itp, braki jakich to elementów już stwierdziliśmy wcześniej.... Nie wiem, jak wy, ale ja starałabym się w tej sytuacji wyjaśnić sytuację z sąsiadem (w taki czy inny sposób), doprowadzić do odzyskania swojej własności, odszkodowania, i ukarania sąsiada. Gówniarzowi, nawet temu nie lubianemu, bym podziękowała. No ale zapewne niektórzy - jak wynika z obserwacji bieżących wydarzeń w kraju - oskarżyli by niesfornego młodzieniaszka o nielegalne nagranie i psucie relacji sąsiedzkich, zastanawiali by sie bez końca po co teg gówniarz pałęta sie koło ich domu, z kim, jaki też miał w tym interes, kto mu kazał itede. Bo to Polska właśnie. Wszystko postawione na głowie.
Dziennikarze co chwila jakiś idiotyczny temat wydłubią i wałkują go tygodniami, miesiącami a w tym czasie osły z Wiejskiej robią co chcą, cegła po cegle, kamyczek po kamyczku, fabryka po fabryce sprzedają wszystko, co dawną Polskę tworzyło, bawią się... W
W tym momencie w zasadzie powinnam mieć to wszystko w nosie albo w innej części ciała, bo dziś to już nie mój cyrk, nie moje małpy... ale człowiek tam sie urodził, tam dorastał, tyle lat mieszkał, tyle lat pracował na ten kraj, tyle lat biedował w tym kraju, ma tam znajomych, rodzinę, z którą chciało by sie czasem zobaczyć. Chciało by się jadąc w odwiedziny widzieć ten dawny dom zadbany, radosny, bogaty, chciało by się odwiedzić czasem stare kąty i zobaczyć w nich szczęście i uśmiech, a nie tylko płacz i zgrzytanie zębów... Marzenie ściętej głowy. Prędzej cała rodzina wyjedzie zagranicę, niż życie w pl sie poprawi.
Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie irytuje w kraju, który przez długie lata był moim domem.Księża i - jak to ktoś ostatnio trafnie określił - próby zrobienia z pl skansenu katolickiego. Nie wiem, czy niektórym z nich w dupach się poprzewracało czy ki pieron?
Jako małolata wierzyłam księżom bez zastrzeżeń, wierzyłam że ksiądz i wiara to jedno. Jednak niektórzy z nich sami się postarali by w moich oczach stać się bandą zwykłych oszołomów. Wielu z Was pewnie się nie jest w stanie zgodzić z moją pokręconą teorią, że wiarę w Boga można oddzielić od wiary księżom. Ale ja tak robię. Wolno mi. Jak już mówiłam nie raz - nie uważam siebie za dobrą katoliczkę. Piszę jednak "katoliczkę", bo w takim kościele zostałam ochrzczona, przyjęłam pozostałe sakramenty, byłam wychowywana w katolickiej rodzinie. Jednak w co ja wierzę, to już mój osobisty interes, przynajmniej tu w Be. Bowiem w pl trzeba bardzo uważać w co się wierzy, co się mówi i robi.Czasem można zostać posądzonym o czary albo praktyki satanistyczne przez byle gest, czyn, rysunek, o czym dane mi się było przekonać kilkukrotnie. M.in. stąd mój nick netowy. Wiedźma to ja. Udało mi się zostać oskarżonym o działania z pogranicza czarnej magii. Nie wierzycie? Mój pierwszy stopień do piekła: przyznaję się bez tortur -czytałam i oglądałam i to z wielkim zainteresowaniem "Kod Leonarda da Vinci", ze 4 razy czytałam całą kolekcje przygód Harrego Pottera i do tego jeszcze oglądałam i o zgrozo pozwalałam oglądać moim córkom filmy z cyklu Harry i cośtam. No ale na miotle latałam od małego, więc niczego nowego się nie nauczyłam, czyli szału nima. Jednak drugi raz zgrzeszyłam organizując "tęczowe wakacje" dla dzieci. Kurde jak bum cyk cyk jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tęcza jest symbolem kochających inaczej, ale mi to uświadomiono i zwrócono uwagę, że będzie sie mi patrzeć na ręce podczas tych zajęć dla dzieci. Dobrze, że wtedy o gender nikt na wsi nie słyszał, bo dopiro by sie działo. No ale mam też na sumieniu nikczemny plan sprowadzenia pobożnych, niewinnych dzieci na drogę czarnej magii i satanizmu. Plan ten jednak został mi udaremniony poprzez radykalny zakaz organizowania muzycznego przedstawienia andrzejkowego z udziałem bab-jag (babów-jagów?). Jako odkupienie winy dostałam propozycję przygotowania jasełek... pf jak przystało na zagorzałą antychrystkę z propozycji owej nie skorzystałam (czytaj: po miesiącu prób i przygotowań do przedstawienia, które okazały się zwykłą startą czasu, byłam tak wkurwiona, że naprawdę miałam ochotę jakiś krwawy rytuał czarnej magii publicznie odprawić ku uciesze gawiedzi). To są anegdotki z mojego życia i pracy na stanowisku bibliotekarza w małej wsi. To jest polska rzeczywistość, gdzie w bajce o Jasiu i Małgosi doszukuje się wątków czarnomagicznych, gdzie w kreskówce o Żwirku i Muchomorku widzi się propagowanie homoseksualizmu. Gdzie nie można się po prostu fajnie bawić z dziećmi umilając im czas, żeby ktoś nie posądził o propagowanie zła lub nie podejrzewał o pedofilię. Gdzie stosowanie antykoncepcji traktuje się na równi z dzieciobójstwem. Gdzie ćwiczenie jogi jest zakazana przez kościół. Gdzie po złych wieściach wiesza się posłańca, zamiast szukać prawdziwych winowajców... ale o tym już było...
Kościół w pl dąży do samozagłady, ciągnąc za sobą całe państwo na zatracenie. Taka jest moja opinia.
Poznałam w życiu kilku księży z prawdziwego zdarzenia. Jakby więcej takich było, to pewnie kościoły w Pl pełne by były młodzieży, nie było by afer w kościele... i tych wszystkich głupot, które próbuje się (z dobrym skutkiem) wcisnąć wiernym. Ci dobrzy wg mnie księża mają duża wiedzę teologiczną, psychologiczną i kochają oraz doceniają ludzi bez względu na to kim są, nie muszą się więc odgradzać od społeczeństwa kratami w oknach, alarmami ani drutem kolczastym. Dla każdego człowieka drzwi u dobrego księdza są zawsze otwarte, taki ksiądz zawsze znajdzie czas, by porozmawiać, wysłuchać, poradzić, pocieszyć. Dobry ksiądz nie boi się trudnych pytań. Dobry ksiądz nie pogardza człowiekiem, tylko dlatego, że myśli inaczej niż on. Dobry ksiądz żartuje i się śmieje nie tracąc na tym ani szacunku ani powagi. Ilu takich znacie? Ja znam kilku. Takim księdzem był Karol Wojtyła , takim był ksiądz Twardowski, takim jest proboszcz z mojego miasta, takim widziałam mojego licealnego katechetę, takim zapamiętałam księdza urodzonego w mojej wsi... Wokół takich księży zawsze pełno ludzi, dzieci, młodzieży, dorosłych i to nie dlatego, że muszą, ale że chcą. To dzięki tym księżom zachowałam jakieś resztki wiary. Niestety w pl są tacy rzadkością, dlatego jest jak jest.
Poznałam osobiście takich, dla których ich własne, często porąbane idee są ważniejsze niż żywy człowiek, niż życie, zdrowie, uczucia tego człowieka. Pamiętam, jak poszłam zapytać, czy mogę ochrzcić córkę będąc samotną matką, bo nie mieszkałam z jej ojcem praktycznie od początku ciąży. Księżulo najpierw próbował mnie namówić na małżeństwo z tym pijakiem i nierobem. Gdy się nie zgodziłam, kazał mi z nim (ojcem dzieci) jechać na 3 dni do Częstochowy na msze dla alkoholików. Szczena mi opadła na glebę i się zapytałam jak on se wyobraża na 3 dni z 4 miesięcznym dzieckiem bez auta? Na co on mówi, żeby dziecko zostawic komu z rodziny na ten czas... Sie chamsko zapytałam na koniec, czy moje cycki też mam zostawić u rodziny, bo niemowlęta w taki idiotyczny sposób się odżywiają, a ja za ciul jasny nie dam rady latać przez cała Polske na karmienie... Wyobraźcie sobie, że i to go nie zgasiło - zaprawiony widać w bojach z kobitami, bo zaproponował mi późniejszy termin. No więc na odczepnego rzekłam "ok" i sobie poszłam. W końcu miałam dobre chęci, pomyślałam, że dobry to by był poczatek na odnowienie kontaktu z kościołem, ale nie było to dla mnie jakimś celem życia ten chrzest. Naiwnie liczyłam też na jakies dobre słowo, wsparcie, możliwość rozmowy z kimś poważnym, bo byłam w bardzo trudnej sytuacji psychiczno-rodzinnej, sama ze wszystkim. Potem oczywiście księżulo sam zaproponował chrzest, bo poniewczasie zajarzył, że w tym terminie, co on mówił, to dziecko będzie mieć ponad rok i może dziwnie wygladac w jego wspaniałym wzorowym kościele. Młodą ochrzciłam, ale powrotu do kościoła mi się odechciało. Dopiero później spotkałam normalnego księdza, o którym mówiłam i troche zmieniłam nastawienie do kleru pojmując, że wszędzie, także w kościele są ludzie i parapety. Ja jestem w stanie pogodzic się z faktem, że kościół nie chce ochrzcić dziecka samotnej kobiety, Ok. Ale do szlaka jasnego niech jej nie zmusza w imie chorei idei do poślubienia pijaka, złodzieja, czy innego palanta, który może tylko i wyłącznie zaszkodzić jej i dziecku. Ale co księża wiedzą o życiu rodzinnym, o rodzeniu, noszeniu ciąży, wychowywaniu, nieprzespanych nocach, życiu z pijakiem? Nie wiedzą nic i przeważnie nie chcą wiedzieć, bo po co?
No i jeszcze ostatni głośny temat temat z tabloidów. Aborcja i temu podobne.
Tak się składa, że ja akurat nie jestem przeciwnikiem ani antykoncepcji, ani in vitro, ani aborcji w określonych okolicznościach. Pod warunkiem, ze nie szasta się tym na prawo i lewo. Jak ze wszystkim - granice rozsądku. Uważam, że zarówno lekarz powinien mieć możliwość postępowania zgodnie ze swoimi przekonaniami i wiarą, ale takie samo prawo winna też mieć kobieta, wszak nawet w Polandii nie każda kobieta jest katoliczką, o czym zdaje się wielu zapomina. Porównywanie płodu ludzkiego do nic nie znaczącego warzywa, rzeczy - jak to czasem czynią zagorzali zwolennicy aborcji - wydaje mi się niesmaczne, bo jakby na to nie patrzeć jest on zalążkiem ludzkiej istoty... Nie mam odpowiedniej wiedzy, by ocenić, kiedy płód zaczyna cokolwiek czuć, ale jakos bardziej wierzę naukowcom i lekarzom, niż na ten przykład księżom, którzy przeważnie wiedzy odpowiedniej także nie posiadają. Tak czy inaczej uważam, że traktowanie kobiety jak inkubatora i zmuszanie jej do noszenia niechcianego dziecka albo dziecka, które ze względu na koszmarne wady genetyczne będzie cierpiało niepojęte męki po urodzeniu - jest tym bardziej chore. Płód może nie jest pomidorem, czy ziemniakiem, ale stanowi część kobiety, przynajmniej dopóki nie da rady sam przeżyć jako odrębny organizm, a tak jest do około 20 tygodnia. Ja nosiłam troje dzieci i na wszystkie czekałam z radością, w każdym, przypadku okazywało się, że dzieci będą zdrowe, ale mimo tego ciąża uprzykrzyła mi życie do granic możliwości. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musi się czuć np kobieta która nosi dziecko będące efektem brutalnego gwałtu. Nie wiem, jaki ja bym miała stosunek do takiej ciąży, bo nie byłam na szczęście w takiej sytuacji. Być może chciałabym urodzic takie dziecko, czekałabym na nie z radością, ale nie wiem tego na pewno, bo nie byłam w takiej sytuacji!!!! Gwałt to nie złamanie ręki na rowerze, to nie operacja wyrostka, to koszmar, trauma na całe życie. Skąd wiesz jak Ty bys zareagowała w takiej sytuacji?(używam rodzaju żeńskiego, bo facet w ciąży być nie może jak na dzień dzisiejszy) ....Nie wyobrażam sobie też bym miała urodzic dziecko, o którym bym wiedziała, że np nie będzie miało połowy głowy, mózg na wierzchu, wadliwe i źle funkcjonujące wiele organów, co będzie powodowało okropne bóle u tej istoty po urodzeniu. (takie podobno było dziecko znane z ostatniej afery) Tak łatwo było by Ci wybrać? albo donoszenie ciąży równające się z torturowaniem małego człowieka, który może z takimi wadami przeżyć najwyżej miesiąc a potem i tak umrze albo aborcję, która go zabije (jak zwał tak zwał), ale oszczędzi mu cierpienia. Wiecie na 100% co byście wybrali znalazłszy się w takiej sytuacji.? Bo ja nie wiem!!! I mam nadzieję, że takie wybory w życiu mnie ominą. Wiem za to jak bezduszni potrafią być niektórzy księża i lekarze wobec kobiet (i innych), jak niewiele obchodzi ich tak naprawdę los zwykłego człowieka. Wiem, bo przekonałam sie na własnej skórze, ze dla niektórych lekarzy i niektórych księży moje zdanie, moje samopoczucie, moje zdrowie, czy zdrowie mojego dziecka ma często znikome znaczenie. Nie chodzi tu bynajmniej o tak drażliwe tematy jak te powyżej, ale takie zwyczajne powszednie. Więc niech mi nikt nie pieprzy jacy to oni wszyscy nagle kurwa sa bogobojni, jacy etyczni, zwłaszcza w Polsce, gdy przeważnie mają cie w dupie i patrzą tylko jak na tym zarobić i zdobyć sławę.
Łatwo się niektórym wykrzykuje protesty przeciwko aborcji, in vitro, antykoncepcji, gdy ich to de facto nie dotyczy. Gdy nie muszą dokonywać takich wyborów. Jakże łatwo być przeciwnikiem aborcji gdy nawet zwykłej ciąży się nie doświadczyło, bo albo sie jest facetem albo małolatą. Jak łatwo jest potępiać innych siedząc z różańcem i gorącym kubkiem w fotelu i znając zło tylko z telewizji i opowiadań. Będąc małolatą też miałam ideały, wierzyłam księżom, lekarzom i kochałam swój kraj. Teraz wszystko to (z drobnymi wyjątkami) mam w dupie. Życie mnie nauczyło, że trzeba mieć jakieś własne zasady i tylko im byc wiernym, a reszta niech sie goni. Polska to jednak kraj wyzuty z tolerancji, szacunku dla innych poglądów niż własne, kraj w którym z wszystkich na siłe chce się zrobić pobożnych katolików, nawet, a może zwłaszcza jak tego nie chcą. W takich kwestiach jak aborcja księża i lekarze powinni wszystko wyjaśnić ze szczegółami - księża od strony religijno-moralnej, lekarze od medycznej, ale zdecydować powinna kobieta, bo to ona musi nosic ciąże, ona musi urodzić, ona musi wychować, ona musi cierpieć, ona musi utrzymać to dziecię. Żaden księżulo, żąden nawiedzony medyk nie da tej kobiecie złamanego grosza ze swojej kieszeni, żaden z nich nie wesprze jej nawet dobrym słowem w trudnych godzinach ciąży, połogu, opieki, wychowania. Zaden nie pomoże jej stawić czoła rodzinie i społeczeństwu, które w Polsce czerpie dużą radość w znęcaniu się nad "innymi", oczywiście "w imię boże".
30 czerwca 2014
Obiecana dawno historia kapliczki Boskapel w Buggenhout
Jakiś czas temu wspomniałam o kaplicy znajdującej się blisko nas. Z jej legendą zapoznał nas nasz znajomy, gdy pierwszy raz przyjechaliśmy w te okolice. Wtedy nie do końca wszystko zrozumiałam, bo facet opowiadał po angielsku, a moja angielszczyzna pozostawia sobie wiele do życzenia. Później jednak zaciekawiona pokusiłam się o przetłumaczenie dostępnych tekstów z Internetu i mam już pełny obraz historii tej kaplicy. Wczoraj akurat miałam okazję obejrzeć ją w środku, bo akurat była otwarta ze względu na wycieczkę rowerową, która rozpoczynała i kończyła sie przy tej kaplicy. O wycieczce za późno się dowiedziałam, więc nie mogłam uczestniczyć. Tak swoją drogą ciekawy pomysł - zwiedzanie na rowerach okolicznych kaplic i kościołów poświęconych Maryi... To przedsięwzięcie odbywało się w ramach obchodów 50-lecia koronacji Maryi z tej kaplicy. Ale miało być o kaplicy...
19 czerwca 2014
Ze szkolnego podwórka
Za tydzień moje córki zakończą pierwszy rok edukacji w belgijskiej szkole. Zanim wyjechaliśmy z kraju, miałam okazje zapoznać się z opiniami różnych ludzi na temat "polskie dziecko w zagranicznej szkole". Mam wielu znajomych, którzy wyjechali byli z dziećmi w różnym wieku do różnych krajów świata, przeczytałam też kilka wypowiedzi na forach Polonii w Internecie. Mam dzieciatych znajomych w większości krajów europejskich a także w Ameryce. Spostrzeżenia dotyczące reakcji dzieci na szkołę były różne, zależne od wieku dzieci, charakterów, umiejętności językowych zarówno dzieci jak i rodziców etc. Jednak co do jednego zgadzali się wszyscy moi znajomi oraz forumowicze. Twierdzili bowiem, że zagraniczne szkoły są o wiele bardziej przyjazne dzieciom niż polskie, że świetnie sobie radzą zarówno z obcojęzycznymi dziećmi jak i dziećmi np z problemami wszelakimi, że potrafią pomóc, że dzieci za granicą chętnie chodzą do szkoły, bo szkoła ich nie przeraża i nie nudzi. Dalej ci znajomi mówili, że nie mam się co martwić o dzieci, bo one będą zadowolone z zagranicznej szkoły mimo, że na początku niczego nie będą rozumiały. Informowali też, że zagranicą powtórzenie klasy to sprawa normalna, w tym sensie, że nie robi się z tego tragedii ani w rodzinie, ani w szkole, jak w pl. Dzieci nie są wyszydzane z powodu repetowania klasy, bo liczy się to by dziecko jak najwięcej się nauczyło, a nie by jak najszybciej się go pozbyć ze szkoły. Szczerze mówiąc dość sceptycznie byłam nastawiona do tych opinii, mając wrażenie, że mówią tak wszyscy bardziej po to by mnie pocieszyć, niż by stwierdzić fakty. Jednak dziś po roku pobytu zagranicą, po roku uczęszczania przez moje dziewczyny do szkoły, mogę rzec, że oni wszyscy wcale nie cyganili. Nie ściemniali nic a nic, mówiąc, że zagranicą dzieci lubią chodzić do szkoły. Moje dziewczyny pytane dziś, która szkoła jest fajniejsza bez wahania odpowiadają, że belgijska. Codziennie idą z radością do szkoły, wracają też raczej zadowolone. Oczywiście fochy też się zdarzają, bo czasem ktoś siniaka nabije na przerwie albo koleżanka dokuczy czy się obrazi, ale to tylko potwierdza, że życie szkolne toczy się właściwą ścieżką. Wszak co warta jest szkoła bez kłótni z koleżankami, głupich żartów, wspólnego rozrabiania etc?
Młodszej brakuje tylko polskiej przyjaciółki, z która poznała się na placu zabaw zaraz po naszym przyjeździe do nowego miasta, a potem się okazało, że są razem w zerówce i były praktycznie nierozłączne przez 3 lata. Moja pyskata, przebojowa, znana w całej szkole łącznie z gimnazjum, a tamta poważna, spokojna i prymus w klasie - doskonale się uzupełniały. Dlatego nie dziwię się, że tak za nią tęskni i ciągle wspomina. Czasem piszą sobie na nk lub skype, ale to już nie to samo - wiadomo.
W pl chodziły do 2 szkół - najpierw w małej wiosce, potem w mieście. W pierwszej było po kilkoro (3-10) dzieci w klasie i klasy łączone (np 0 z I, II z III itd), w drugiej klasy liczyły po 25 uczniów i więcej. Pierwszej groziła likwidacja (zakończona częściowym "sukcesem", bo teraz jest w niej 3 klasy tylko, reszta dzieci zaiwania 4 km do sąsiedniej wsi czasem busem czasem na butach). Druga szkoła miała chyba dość dobre układy z władzami albo/oraz wyjątkowo zaradnych nauczycieli, bo widać było, że są pieniążki zarówno na remonty, nowe wyposażenie, dekoracje jak i na masę zajęć pozalekcyjnych, prawie darmową świetlicę. Miedzy tymi szkołami jest ogromna różnica zarówno w kwestii podejścia do ucznia, rodzica jak i w kwestii możliwości (duży może więcej). Jednak jedno ich łączyło - dzieci za nimi nie przepadały i: albo co jakiś czas ogłaszały rano protest "ja dziś nie idę do szkoły, bo... (i tu jakiś powód: religia, angielski, sprawdzian etc)", albo mimo pójścia z ochotą wracały z bólem brzucha lub głowy (i to nie z powodu choroby) albo zmęczone jakby przez te 4 - 6 godzin szkolnych pracowały na budowie czy coś w tym stylu. No i oczywiście w obydwu zadawanych było kupę zadań domowych i to takich, przy których pomoc rodzica jest konieczna. Ja tak średnio musiałam poświęcić dziennie 2 godziny na odrabianie lekcji z dziewczynami. Najbardziej jednak wkurzały mnie zadania na weekend, ferie czy święta, bo ja uważam, że po to są ustalone dni wolne, żeby w nich odpoczywać i nabierać sił do dalszej pracy - wszystko jedno czy jest nią nauka czy praca zawodowa. Wypoczynek należy sie też chyba tak samo kujonom jak i trochę słabszym uczniom. W polskiej szkole nie ma takiej opcji - nauczyciele zadają na ferie, bo inaczej nie wyrobią się z programem. Rodzic musi uczyć dziecko w domu, bo inaczej nie da sobie ono rady. Kujon albo bardzo inteligentne dziecko być może ogranie samo, lecz przeciętnemu jest ciężko, a już wolniej rozwijające się czy mniej kumate nie ma szans. Wiem, bo jako samotna pracująca matka nie miałam czasu dla mojej starszej córki, wówczas pierwszoklasistki - rano wychodziłyśmy w tym samym czasie, a wracałam akurat by przytulić ja przed snem - i w drugiej klasie ona nie znała liter, nie umiała czytać etc. Na szczęście wtedy się przeprowadziłyśmy do mojego aktualnego męża i dopiero będąc na bezrobociu mogłam jej pomóc nadrobić zaległości , oczywiście do spółki z jej nową wychowawczynią, która siedziała z nią i kilkoma innym słabszymi dziećmi sporo po lekcjach.
Tutaj w be to ja nawet nie wiem, czego one się uczą danego dnia, no chyba, że mi opowiedzą, co robiły w szkole. Czasem mają coś zadane i przyniosą do domu jakąś kartkę lub książeczkę, czy też pracę techniczną do zrobienia, ale zadania domowe nie są praktyką codzienną. Uczniowie - jak już wspominałam wcześniej - nie mają dziesiątek podręczników ani zeszytów, które trzeba by było nosić do szkoły i z powrotem. Wszelakie materiały edukacyjne mają w szkole i tam z nich korzystają. Do domu - jeśli zaistnieje taka potrzeba, czyli coś zadadzą - przynoszą segregator (klaser) czy skoroszyt z kartkami. Ponadto dostają różne gazetki i książeczki do czytania. No, moje córki raczej proste kserowane teksty dostają albo proste książki z biblioteki, wszak dopiero raczkują jeśli idzie o czytanie. Tak więc widać, że w be to szkoła odpowiada za całą edukację dziecka. Rodzic jest powiadamiany o jej przebiegu raz na semestr, czyli 3 razy do roku. Dostaje wtedy raport pisemny (ocena postępów w nauce i zachowania) i może porozmawiać z nauczycielami podczas wywiadówki. Jednak nauczyciele nie oczekują, że rodzic będzie pracował z dzieckiem w domu. Oczywiście informują o brakach ucznia, nad którymi ten powinien popracować, proponują metody, sposoby, proszą o przypominanie dziecku o nauce, ale nie żądają by siedzieć z nim po lekcjach.U nas problemem np była tabliczka mnożenia i pani powiedziała tylko, że da im ćwiczenia dodatkowe do robienia w domu, żeby zwrócić na to uwagę, by ćwiczyły, powtarzały etc. Jednak jeśli dziecko ma problemy z tym czy tamtym, to szkoła sama próbuje znaleźć rozwiązanie. Oczywiście ważniejsze rzeczy omawiane są z rodzicami i wspólnie podejmuje się decyzje. Właśnie nie dawno miałam okazję zapoznać się z tym jak jak to wygląda w praktyce.
Jakiś czas temu byłam w szkole po zaświadczenie, że dziewczyny się tam uczą i przy okazji zapytałam o swoje córki. Wówczas dyrektorka powiedziała, że w czerwcu planuje spotkanie, na którym omówimy sobie na spokojnie sytuację dziewczyn i wspólnie zadecydujemy co do dalszego postępowania. I tak też się stało.
Oprócz mnie, naszej zaprzyjaźnionej tłumaczki i nauczyciela znającego obie dziewczyny oraz samej dyrektorki w spotkaniu tym wzięła też udział pani z CLB. ("CLB jest placówką oświatowo-wychowawczą udzielającą pomocy dzieciom i młodzieży. Każda szkoła we Flandrii współpracuje z taką placówką. W CLB pracuje zespół lekarzy, pielęgniarek, zespół pracowników pomocy społecznej, psychologów, pedagogów. Wspólnie ze szkołą ten właśnie zespół dba o to, by twoje dziecko w odpowiedni sposób rozwijało swoją wiedzę, talent i umiejętności" Więcej na stronie: o CLB po polsku.) . Sytuację moich córek dogłębnie przeanalizowano i omówiono pod każdym kątem zanim tam przyszłam. I po przedstawieniu mi owej sytuacji dyrektorka zaproponowała mi bardzo dobre i pomysłowe rozwiązanie. W pl pewnie taki bajer byłby nie zrobienia ze względu na mało elastyczny, żeby nie powiedzieć sztywny, system. Zanim przedstawię ten - zaskakujące dla mnie wychowanej w pl - pomysł, opowiem najpierw o problemach moich dziewczyn. Poza oczywistym dla wszystkich problemem językowym sytuacje utrudnia bardzo skomplikowana osobowość mojej najstarszej pociechy. Jako osoba zamknięta w sobie i do tego dobrze czująca się w swoim towarzystwie stanowi spore wyzwanie dla pedagogów, rodziców i kolegów. Nie szuka ona towarzystwa wśród rówieśników, więc mimo ich licznych prób zaprzyjaźniania się i chęci pomocy i tak trzyma się raczej z boku, a co za tym idzie trudniej jej idzie opanowanie języka. Nauczyciele nie mogą dokładnie stwierdzić ile umie, bo jeszcze nie próbuje mówić po niderlandzku. Wychowawczyni mówi, że widać, iż rozumie bardzo dużo. Jednak widocznie potrzebuje dużo więcej czasu, by odważyć się na mówienie. Wyjaśniłam im prawdopodobną przyczynę, którą upatruję w zerówce, kiedy to moje dziecię mające wtedy problemy z wymową - seplenienie plus jąkanie - było wyśmiewane przez rówieśników i wciąż porównywane do pyskatej i przebojowej młodszej siostry. Zgodzili się z moją teorią, że teraz, nie będąc pewną poprawności wypowiedzi, po prostu boi się mówić, żeby nie zostać wyszydzoną jak wtedy, gdy nie mówiła wyraźnie. No ale na to nic nie jesteśmy w stanie poradzić, po prostu potrzeba czasu, cierpliwości i wsparcia dla niej. I wiem, że w tej szkole, na to ostatnie także może liczyć zarówno ze strony pedagogów jak i dzieci.
Młodsza natomiast nie ma żadnych oporów przed gadaniem i kontaktem z rówieśnikami, a co za tym idzie coraz lepiej radzi sobie z językiem. Nie zmienia to faktu, że do pełnego opanowania niderlandzkiego jeszcze potrzebuje sporo nauki i ćwiczenia. Jednakowoż szkoła postanowiła, że może iść do następnej klasy. Z tym tylko, że jako iż ma trochę braki w podstawach matmy (pewnie brakuje tego roku, który opuściły), tego przedmiotu będzie się uczyć z czwartakami, zaś program z klas 5 i 6 być może będzie w stanie opanować w ciągu jednego roku, czyli w 6 klasie., bo twierdzą, że jest na tyle bystra. No a co do Starszej, to w zasadzie mogła by w tym roku wraz z pozostałymi iść do szkoły średniej, tylko wyłącznie do klasy B...
Tutaj wyjaśnię nietutejszym. W be po 6-klasowej podstawówce dzieci zaczynają szkołę średnią, która trwa następne 6 lat albo 7, jeśli wybierze się klasę B. Ta klasa B jest właśnie dla tych, którzy sobie z jakiegoś powodu nie najlepiej radzą z nauką, więc (z tego co się orientuję) trochę powtarzają z podstawówki, więcej tłumaczą, wyjaśniają niż w klasach A no i chodzi się tam o rok dłużej. Nie porównałabym tu jednak do polskiej szkoły o zaniżonym poziomie, bo w be mimo chodzenia do klasy B można skończyć studia - jak dzieci znajomej. W pl po pójściu do takiej szkoły albo do zawodówki dostaje się plakietkę "tępak" na całe życie mimo, że czasem wybór takiej szkoły to tylko chwilowe lenistwo, czy przemijające problemy psychiczne. To tak tytułem wyjaśnienia.
Zaś co się tyczy mojej osobistej córki, to jest też druga opcja, na którą się właśnie zdecydowałam. Od września będzie ona chodzić również do 5 klasy razem ze swoją siostrą. Są 2 powody, dla których szkoła postanowiła wysłać ją do 5 klasy zamiast zostawić drugi rok w szóstej. Po pierwsze w następnym roku będzie bardzo liczna klasa, bo ponad 20 osób i - jak stwierdziła dyrektorka - córka by zginęła w tej gromadzie, a 5 klasa jest mniej liczna. Po drugie będą we dwie. Być może młodsza ośmieli trochę starszą, wciągnie ją do towarzystwa (w zasadzie to już teraz na przerwach starsza często przebywa wśród koleżanek Młodszej), no i bez wątpienia jej pomoże. Bo teraz chodzi głównie o naukę języka w przypadku starszej, albowiem na drugi rok i tak pójdzie na 95% do klasy B. Tak, po 5 klasie pójdzie do szkoły średniej, nie będzie chodzić do szóstej klasy drugi raz.W pl raczej by raczej nie były możliwe takie skomplikowane manewry. Mało tego. Obie w tej piątej klasie będą chodzić na matmę do czwartej, zaś na niderlandzki do klas młodszych, które czytają jeszcze na głos. Piątaki bowiem czytają po cichu i nauczyciele nie mieli by możliwości oceniania ich postępów. Mają też spróbować uczyć je francuskiego, który też wchodzi w 5 klasie. Wydaje mi się, że to jest bardzo dobre rozwiązanie dla wszystkich. Tak czy owak jestem pełna podziwu dla możliwości szkół w Belgii, jestem wręcz zafascynowana tym jak bardzo są elastyczne, jak potrafią dostosować się do indywidualnych potrzeb jednostki.I znowu chciałabym zapytać naszych polskich ministrów, co stoi na przeszkodzie, by przyjrzeć się bliżej europejskim systemom szkolnym i trochę z nich odmałpować... a sorry zauważono, że w Europie i Ameryce dzieci w wieku 5 lat, a nawet młodsze, chodzą do szkoły.. tylko że to ciut za mało i wprowadzenie tego w pl bez pozostałych elementów zrobi więcej złego niż dobrego.
Jedyna rzecz, którą z polskiej szkoły wspominam z sentymentem to uroczyste rozpoczęcia i zakończenia roku. Tutaj zarówno początek jak i koniec roku to zwykły dzień szkolny. Nie ma więc wyjątkowych strojów, przemówień, wierszy i piosenek. A to jednak bardzo miłe szkolne akcenty. Jednak co kraj to obyczaj.
Na koniec wspomnę jeszcze o wycieczkach i wyjściach w których uczestniczyły klasy moich dzieci. Jak już mówiłam nie raz, belgijskie szkoły mają bogate życie. Od początku roku dziewczyny brały udział w najróżniejszych zajęciach. W Brukseli miały wycieczki całodniowe do parków, jedna pływała po kanale statkiem (czy czyms takim). Tutaj starsza zaliczyła 5 dniowy obóz sportowy nad morzem. Póżniej jeszcze dwa raz dzień sportu, na które jechali rowerami do sąsiedniej miejscowości a tam raz mieli zajęcia na sali na przeróżnych przyrządach i rywalizowali z innym szkołami., drugim razem rowery górskie i jazda konna. Młodsza zaś z okazji dnia sportu musiała wcielić się w role Indianina i w odpowiednich do tematu strojach wszyscy pojechali na rowerach do innej miejscowości, by tam posłuchać ciekawostek siedząc w wigwamach, postrzelać z łuku, pograć na bębnach itp.
Młodsza była też na wycieczce w ogrodzie zoologicznym Pairi Daiza, jakieś 80 km od nas. Tam można pogłaskać żyrafę po głowie, papugi siadają na ramieniu, pelikany dziobią po nogach - dzieci były zachwycone.
Starsza z klasą odwiedziła też Fort Breendonk.
Poza takimi większymi wycieczkami, dzieci były na łyżwach, na rolkach, w stolicy prowincji, wytwórni frytek, w firmie przetwarzającej śmieci, biegali po lasach, co 2 tygodnie jeździli na basen itd itp. Jednym słowem - cały czas się coś dzieje i jak tu nie lubić szkoły?
![]() |
| kumacie? ;-) |
Młodszej brakuje tylko polskiej przyjaciółki, z która poznała się na placu zabaw zaraz po naszym przyjeździe do nowego miasta, a potem się okazało, że są razem w zerówce i były praktycznie nierozłączne przez 3 lata. Moja pyskata, przebojowa, znana w całej szkole łącznie z gimnazjum, a tamta poważna, spokojna i prymus w klasie - doskonale się uzupełniały. Dlatego nie dziwię się, że tak za nią tęskni i ciągle wspomina. Czasem piszą sobie na nk lub skype, ale to już nie to samo - wiadomo.
W pl chodziły do 2 szkół - najpierw w małej wiosce, potem w mieście. W pierwszej było po kilkoro (3-10) dzieci w klasie i klasy łączone (np 0 z I, II z III itd), w drugiej klasy liczyły po 25 uczniów i więcej. Pierwszej groziła likwidacja (zakończona częściowym "sukcesem", bo teraz jest w niej 3 klasy tylko, reszta dzieci zaiwania 4 km do sąsiedniej wsi czasem busem czasem na butach). Druga szkoła miała chyba dość dobre układy z władzami albo/oraz wyjątkowo zaradnych nauczycieli, bo widać było, że są pieniążki zarówno na remonty, nowe wyposażenie, dekoracje jak i na masę zajęć pozalekcyjnych, prawie darmową świetlicę. Miedzy tymi szkołami jest ogromna różnica zarówno w kwestii podejścia do ucznia, rodzica jak i w kwestii możliwości (duży może więcej). Jednak jedno ich łączyło - dzieci za nimi nie przepadały i: albo co jakiś czas ogłaszały rano protest "ja dziś nie idę do szkoły, bo... (i tu jakiś powód: religia, angielski, sprawdzian etc)", albo mimo pójścia z ochotą wracały z bólem brzucha lub głowy (i to nie z powodu choroby) albo zmęczone jakby przez te 4 - 6 godzin szkolnych pracowały na budowie czy coś w tym stylu. No i oczywiście w obydwu zadawanych było kupę zadań domowych i to takich, przy których pomoc rodzica jest konieczna. Ja tak średnio musiałam poświęcić dziennie 2 godziny na odrabianie lekcji z dziewczynami. Najbardziej jednak wkurzały mnie zadania na weekend, ferie czy święta, bo ja uważam, że po to są ustalone dni wolne, żeby w nich odpoczywać i nabierać sił do dalszej pracy - wszystko jedno czy jest nią nauka czy praca zawodowa. Wypoczynek należy sie też chyba tak samo kujonom jak i trochę słabszym uczniom. W polskiej szkole nie ma takiej opcji - nauczyciele zadają na ferie, bo inaczej nie wyrobią się z programem. Rodzic musi uczyć dziecko w domu, bo inaczej nie da sobie ono rady. Kujon albo bardzo inteligentne dziecko być może ogranie samo, lecz przeciętnemu jest ciężko, a już wolniej rozwijające się czy mniej kumate nie ma szans. Wiem, bo jako samotna pracująca matka nie miałam czasu dla mojej starszej córki, wówczas pierwszoklasistki - rano wychodziłyśmy w tym samym czasie, a wracałam akurat by przytulić ja przed snem - i w drugiej klasie ona nie znała liter, nie umiała czytać etc. Na szczęście wtedy się przeprowadziłyśmy do mojego aktualnego męża i dopiero będąc na bezrobociu mogłam jej pomóc nadrobić zaległości , oczywiście do spółki z jej nową wychowawczynią, która siedziała z nią i kilkoma innym słabszymi dziećmi sporo po lekcjach.
![]() |
| w parku w Merchtem |
Jakiś czas temu byłam w szkole po zaświadczenie, że dziewczyny się tam uczą i przy okazji zapytałam o swoje córki. Wówczas dyrektorka powiedziała, że w czerwcu planuje spotkanie, na którym omówimy sobie na spokojnie sytuację dziewczyn i wspólnie zadecydujemy co do dalszego postępowania. I tak też się stało.
Oprócz mnie, naszej zaprzyjaźnionej tłumaczki i nauczyciela znającego obie dziewczyny oraz samej dyrektorki w spotkaniu tym wzięła też udział pani z CLB. ("CLB jest placówką oświatowo-wychowawczą udzielającą pomocy dzieciom i młodzieży. Każda szkoła we Flandrii współpracuje z taką placówką. W CLB pracuje zespół lekarzy, pielęgniarek, zespół pracowników pomocy społecznej, psychologów, pedagogów. Wspólnie ze szkołą ten właśnie zespół dba o to, by twoje dziecko w odpowiedni sposób rozwijało swoją wiedzę, talent i umiejętności" Więcej na stronie: o CLB po polsku.) . Sytuację moich córek dogłębnie przeanalizowano i omówiono pod każdym kątem zanim tam przyszłam. I po przedstawieniu mi owej sytuacji dyrektorka zaproponowała mi bardzo dobre i pomysłowe rozwiązanie. W pl pewnie taki bajer byłby nie zrobienia ze względu na mało elastyczny, żeby nie powiedzieć sztywny, system. Zanim przedstawię ten - zaskakujące dla mnie wychowanej w pl - pomysł, opowiem najpierw o problemach moich dziewczyn. Poza oczywistym dla wszystkich problemem językowym sytuacje utrudnia bardzo skomplikowana osobowość mojej najstarszej pociechy. Jako osoba zamknięta w sobie i do tego dobrze czująca się w swoim towarzystwie stanowi spore wyzwanie dla pedagogów, rodziców i kolegów. Nie szuka ona towarzystwa wśród rówieśników, więc mimo ich licznych prób zaprzyjaźniania się i chęci pomocy i tak trzyma się raczej z boku, a co za tym idzie trudniej jej idzie opanowanie języka. Nauczyciele nie mogą dokładnie stwierdzić ile umie, bo jeszcze nie próbuje mówić po niderlandzku. Wychowawczyni mówi, że widać, iż rozumie bardzo dużo. Jednak widocznie potrzebuje dużo więcej czasu, by odważyć się na mówienie. Wyjaśniłam im prawdopodobną przyczynę, którą upatruję w zerówce, kiedy to moje dziecię mające wtedy problemy z wymową - seplenienie plus jąkanie - było wyśmiewane przez rówieśników i wciąż porównywane do pyskatej i przebojowej młodszej siostry. Zgodzili się z moją teorią, że teraz, nie będąc pewną poprawności wypowiedzi, po prostu boi się mówić, żeby nie zostać wyszydzoną jak wtedy, gdy nie mówiła wyraźnie. No ale na to nic nie jesteśmy w stanie poradzić, po prostu potrzeba czasu, cierpliwości i wsparcia dla niej. I wiem, że w tej szkole, na to ostatnie także może liczyć zarówno ze strony pedagogów jak i dzieci.
Młodsza natomiast nie ma żadnych oporów przed gadaniem i kontaktem z rówieśnikami, a co za tym idzie coraz lepiej radzi sobie z językiem. Nie zmienia to faktu, że do pełnego opanowania niderlandzkiego jeszcze potrzebuje sporo nauki i ćwiczenia. Jednakowoż szkoła postanowiła, że może iść do następnej klasy. Z tym tylko, że jako iż ma trochę braki w podstawach matmy (pewnie brakuje tego roku, który opuściły), tego przedmiotu będzie się uczyć z czwartakami, zaś program z klas 5 i 6 być może będzie w stanie opanować w ciągu jednego roku, czyli w 6 klasie., bo twierdzą, że jest na tyle bystra. No a co do Starszej, to w zasadzie mogła by w tym roku wraz z pozostałymi iść do szkoły średniej, tylko wyłącznie do klasy B...
Tutaj wyjaśnię nietutejszym. W be po 6-klasowej podstawówce dzieci zaczynają szkołę średnią, która trwa następne 6 lat albo 7, jeśli wybierze się klasę B. Ta klasa B jest właśnie dla tych, którzy sobie z jakiegoś powodu nie najlepiej radzą z nauką, więc (z tego co się orientuję) trochę powtarzają z podstawówki, więcej tłumaczą, wyjaśniają niż w klasach A no i chodzi się tam o rok dłużej. Nie porównałabym tu jednak do polskiej szkoły o zaniżonym poziomie, bo w be mimo chodzenia do klasy B można skończyć studia - jak dzieci znajomej. W pl po pójściu do takiej szkoły albo do zawodówki dostaje się plakietkę "tępak" na całe życie mimo, że czasem wybór takiej szkoły to tylko chwilowe lenistwo, czy przemijające problemy psychiczne. To tak tytułem wyjaśnienia.
Zaś co się tyczy mojej osobistej córki, to jest też druga opcja, na którą się właśnie zdecydowałam. Od września będzie ona chodzić również do 5 klasy razem ze swoją siostrą. Są 2 powody, dla których szkoła postanowiła wysłać ją do 5 klasy zamiast zostawić drugi rok w szóstej. Po pierwsze w następnym roku będzie bardzo liczna klasa, bo ponad 20 osób i - jak stwierdziła dyrektorka - córka by zginęła w tej gromadzie, a 5 klasa jest mniej liczna. Po drugie będą we dwie. Być może młodsza ośmieli trochę starszą, wciągnie ją do towarzystwa (w zasadzie to już teraz na przerwach starsza często przebywa wśród koleżanek Młodszej), no i bez wątpienia jej pomoże. Bo teraz chodzi głównie o naukę języka w przypadku starszej, albowiem na drugi rok i tak pójdzie na 95% do klasy B. Tak, po 5 klasie pójdzie do szkoły średniej, nie będzie chodzić do szóstej klasy drugi raz.W pl raczej by raczej nie były możliwe takie skomplikowane manewry. Mało tego. Obie w tej piątej klasie będą chodzić na matmę do czwartej, zaś na niderlandzki do klas młodszych, które czytają jeszcze na głos. Piątaki bowiem czytają po cichu i nauczyciele nie mieli by możliwości oceniania ich postępów. Mają też spróbować uczyć je francuskiego, który też wchodzi w 5 klasie. Wydaje mi się, że to jest bardzo dobre rozwiązanie dla wszystkich. Tak czy owak jestem pełna podziwu dla możliwości szkół w Belgii, jestem wręcz zafascynowana tym jak bardzo są elastyczne, jak potrafią dostosować się do indywidualnych potrzeb jednostki.I znowu chciałabym zapytać naszych polskich ministrów, co stoi na przeszkodzie, by przyjrzeć się bliżej europejskim systemom szkolnym i trochę z nich odmałpować... a sorry zauważono, że w Europie i Ameryce dzieci w wieku 5 lat, a nawet młodsze, chodzą do szkoły.. tylko że to ciut za mało i wprowadzenie tego w pl bez pozostałych elementów zrobi więcej złego niż dobrego.
Jedyna rzecz, którą z polskiej szkoły wspominam z sentymentem to uroczyste rozpoczęcia i zakończenia roku. Tutaj zarówno początek jak i koniec roku to zwykły dzień szkolny. Nie ma więc wyjątkowych strojów, przemówień, wierszy i piosenek. A to jednak bardzo miłe szkolne akcenty. Jednak co kraj to obyczaj.
Na koniec wspomnę jeszcze o wycieczkach i wyjściach w których uczestniczyły klasy moich dzieci. Jak już mówiłam nie raz, belgijskie szkoły mają bogate życie. Od początku roku dziewczyny brały udział w najróżniejszych zajęciach. W Brukseli miały wycieczki całodniowe do parków, jedna pływała po kanale statkiem (czy czyms takim). Tutaj starsza zaliczyła 5 dniowy obóz sportowy nad morzem. Póżniej jeszcze dwa raz dzień sportu, na które jechali rowerami do sąsiedniej miejscowości a tam raz mieli zajęcia na sali na przeróżnych przyrządach i rywalizowali z innym szkołami., drugim razem rowery górskie i jazda konna. Młodsza zaś z okazji dnia sportu musiała wcielić się w role Indianina i w odpowiednich do tematu strojach wszyscy pojechali na rowerach do innej miejscowości, by tam posłuchać ciekawostek siedząc w wigwamach, postrzelać z łuku, pograć na bębnach itp.
Młodsza była też na wycieczce w ogrodzie zoologicznym Pairi Daiza, jakieś 80 km od nas. Tam można pogłaskać żyrafę po głowie, papugi siadają na ramieniu, pelikany dziobią po nogach - dzieci były zachwycone.
Starsza z klasą odwiedziła też Fort Breendonk.
Poza takimi większymi wycieczkami, dzieci były na łyżwach, na rolkach, w stolicy prowincji, wytwórni frytek, w firmie przetwarzającej śmieci, biegali po lasach, co 2 tygodnie jeździli na basen itd itp. Jednym słowem - cały czas się coś dzieje i jak tu nie lubić szkoły?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















