24 czerwca 2018

Tydzień do wakacji.

Mamy niedzielę 24 czerwca Anno Domini 2018. Jakimś cudem nagle do wakacji letnich zostało tylko tydzień. W Belgii łazi się do budy do końca czerwca. Szok w trampkach jak ten czas leci. Dopiero był wrzesień, dopiero czekaliśmy na Boże Narodzenie, na wizytę babci i ciotki z Polski, na ferie wiosenne i wielkanocne i już wszystko minęło. Były urodziny 13 i 16, 46 i 6 no i moje 41 i znowu cholera wakacje. Szok. Po prostu SZOK. 

A teraz dni długie i dużo się dzieje, więc leci jeszcze szybciej. W tym tygodniu pracowałam po 8 godzin codziennie oprócz piątku, ale w piątek musiałam w końcu zajrzeć do biura, bo chyba ostatnio  byłam tam zawieźć zwolnienie na wiosnę i potem jakieś papierowe czeki, gdy byłam na zastępstwie u jakichś zacofanych klientów,  i mi sie sporo papierów nazbierało w teczce, bo moi klienci na szczęście już wszyscy nowocześni i używają elektronicznych czeków i nie muszę latać co tydzień do biura z tą makulaturą ani wypełniać nowego papierka za każdą godzinę roboty - no chyba by mnie szlag na miejscu trafił jakbym musiała ponad 30 czeków tygodniowo wypełnić - imię, nazwisko, podpis i ichni PESEL... Jeżu. A są takie baby co za Chiny nie chcą przejśc na elektroniczne czeki... Te ludzie to czasem sa dziwne....

Młoda w tym tygodniu miała testy. Jeździła rowerem mimo skręconej kostki. Jak mówiłam - dała rady! No, raz się gdzieś wykopyrciła na ścieżce rowerowej i obdarła kolano oraz łokietka, ale to nie śmiertelne rany były. Nie wiem, jak tam jej poszło, bo on zawsze mówi że do dupy i prawdy człowiek się dowie dopiero na wywiadówce. Jak dotąd większość tych "do dupy" testów okazywało się mieć całkiem przyzwoite wyniki, zatem jest szansa, że i tym rzem tak będzie. Wywiadówka dopiero w piątek. Dotąd trzeba żyć w niewiedzy niestety i niepewności. Ona chce zmienić szkołę teraz i uparła się iść w kierunku natuurwetenschapen, czyli nauk przyrodniczych. Chemia i fizyka jest u niej na 90%, natura też całkiem wporzo, tylko z matmą z 3 poziomu trochę ostatnio pojechała - co już chyba zresztą mówiłam. I tu mamy problem, bo jak teraz znowu za mało z testu to można zapomnieć o natuurwetenschappen w tym roku. I co wtedy? Ano diabli wiedzą! Można powtórzyć 2 klasę, co jakby lekko od czapy jest. Można pójść do innej szkoły, np technikum albo zawodówki czy też na inny bezmatematyczny kierunek liceum. Również od czapy, bo jej najbardziej podoba się chemia i fizyka i nie chce nawet słyszeć o innych kierunkach. Nie mam pojecia, co zrobimy z tym fantem w razie co. W czwartek już bedzie wiedzieć, jak poszło i jaki jej dali attest. I będzie tydzień czasu na zastanowienie, co dalej, bo trzeba potwierdzić zapis do nowej szkoły albo zapisać się do innej... Ech.

Póki co obie nastocórki mają wolne do czwartku. U Najstarszej w tym roku nie ma żadnych problemów. No nie żeby było wszystko idealnie, bo nauczyciele zawsze znajdą dużo rzeczy, które można by zrobić lepiej, dokładniej, szybciej, ładniej itd, ale oczekuję raczej drobnych uwag i co najmniej kilku pochwał, bo ja widzę u Najstarszej zmianę ogromną od września do dziś, a jeszcze większą, wręcz niepojętą pomiedzy końcem roku 3 lata temu a teraz... Ale o tym następnym razem.

U Młodego była wywiadowka w minionym tygodniu. Morze pochwał. Żadnych uwag krytycznych. Od września zaczyna prawdziwą szkołę. Wtedy pewnie zaczną się też kłopoty hehe.

Tymczasem - jak wiadomo - kopacze kopią w Rosji piłkę, a niektórzy lubią się temu przyglądać. Ja nie jestem fanem piłki nożnej w najmniejszym nawet stopniu. Mąż ogranicza swoje zainteresowanie do sprawdzenia w necie, kto wygrał i z kim. Jednakże jestem członkiem Komitetu Rodzicielskiego, który wpadł na pomysł, by w naszej szkole zorganizować oglądanie na wielkim ekranie, a raczej ekranach, pięciu ekranach. Po co? Ano żeby zarobić trochę kasy na naszą działalność, czyli dla szkoły. Podczas meczu sprzedaje się napoje i przekąski. W sobotę, kiedy to Belgia kopała z Tunezją, byłam akurat do pomocy. Masakra - pełna sala ludzi. W poniedziałek na pierwszym meczu było też mrowie. Stałam za barem z kilkoma innymi osobami (trudno powiedzieć ile było tych ludzi bo każdy gdzieś łaził, skądś przychodził, coś przenosił, donosił, kogoś zastępował na zmywaku, to znowu ze zmywaka ktos przyłaził do nas - młyn) i chwilami nie szło się wyrobić. Tłumy. Po meczu było zaplanowane bbq. Trzeba się było wcześniej zapisać, a zapisało się prawie 200 ludzi.... Nie wiem, co się działo, bo wcześniej się zmyłam do chaty.

Od rana pomagałam z Młodą przy krojeniu warzyw na sałatki, potem połowę meczu robiłam za barmankę. Miałam tam być do końca imprezy bo taki był plan, potrzeby i chęci, ale się poddałam po pierwszej połowie meczu i poszłam do domu leżeć. Wydawało mi się, że po ostatnich zabiegach u kinezyterapeuty mój kręgosłup ma sie dobrze. Jednak okazuje się, że moge pracować, mogę łazić, ale nie mogę stać długo w jednym miejscu. Do tego wczoraj rano obudziłam się z bólem w okolicach łopatki i łeb mi się nie kręci na karku jak powinien. Cosić się zablokowało. Może mnie przewiało jak w piątek jechałam w tę piekielną wichurę, a może zwyczajnie to od kręgosłupa. A może zwyczajnie się starzeję po prostu. Nic to, nie ważne - dziś jest tak samo. Zmęczenie oczywiście też ciągle sobie nie poszło... Rano wydawało się że jakby lepiej, ale to rano... Potem wziełam tabletkę przeciwbólową, a jeszcze bardziej potem poszliśmy do sąsiada na wino i wędzone ryby. Taka coroczna impreza. Wypiłam 3 kieliszki z 10 rodzajów, jakie były do spróbowania i stwierdziłam, że więcej nie wysiedzę, bo mi w każdej pozycji niewygodnie... Tak nie ma co z tą reką zrobić... 


Jak mnie wkurzają takie sytuacje. Jak tylko coś fajnego się dzieje, jest ładna pogoda, człowiek ma okazję gdzieś wyjsć, coś porobić to zaraz musi się coś wysrać... Dobrze, że mam ten hamak w werandzie, choć tyle przyjemności można zażyć spokojnie. Leżeć na razie mogę. Przynajmniej w hamaku, bo poduszka na łóżku już mi wczoraj przeszkadzała, ale i tak piorunem zasnęłam zaraz po 20tej i obudziłam sie o siódmej. 

A teraz pora znowu iść spać, bo po całodziennym nicnierobieniu człowiek taki zmechacony że ohoho.

Mam nadzieję, że do jutra mi wylezie ten diaboł z pleców, bo jeszcze by trza trochę popracować do urlopu. Już tylko miesiąc i moje wakacje. 




16 czerwca 2018

Czytać po polsku belgijskim dzieciom? Czemu nie

Nasze panie przedszkolanki wpadły na ciekawy pomysł - czytanie dzieciom w różnych językach. Belgijskie szkoły (i przedszkola) mają to do siebie, że w każdej prawie klasie są dzieci z różnych krajów, które w domu mówią w innym języku, niż ten którym posługują się w szkole. I tak jakiś czas temu panie zapytały innojęzycznych rodziców i dziadków, czy zechcieli by wpaść któregoś dnia  do szkoły i poczytać dzieciom coś w swoim języku ojczystym? Niektórzy zechcieli. 

Ja byłam w szkole w zeszłą środę poczytać bajkę o lwach, którą wcześniej musiałam przetłumaczyć z niderlandzkiego na polski. Tutaj jest seria dwujęzycznych książeczek nic-nac i po polsku też są, ale o lwach, który to temat właśnie przerabiano w szkole, nie było. Zatem pani wysłała mi książkę niderlandzko-turecką mejlem, ja przetłumaczyłam na polski i odesłałam, a pani wydrukowała, zalaminowała każda kartkę i zbindowała. Tak powstała niderlandzko-polska książeczka na potrzeby danej chwili. Oczywiście ja ją zaraz zepsułam - po przewróceniu drugiej kartki wszystko się rozsypało haha. Mistrzyni chaosu po prostu.


Wcześniej pani przeczytała tę samą książkę po niderlandzku, więc dzieci znały jej treść, a dzięki obrazkom mogły sobie przypomnieć, o co chodzi. Po zakończeniu czytania, wszyscy próbowali powtórzyć różne polskie wyrazy - najpierw te związane z tematem książki, a potem dzieci mogły same pytać o różne słowa. Dziwne było, że "mama" to "mama", ale "papa" to "tata". Super śmieszna okazała się "kanapka" - po niderlandzku "boterham". "Dziękuję" zaś jest wyrazem niewymawialnym ani dla dzieci, ani dla pani :-) Wybierając się do szkoły, kupiłam trochę polskich słodyczy - niestety w sklepiku były tylko Michałki i Mieszanka Wedlowska, a galaretki dla większości belgijskich dzieci są bleeee. Tak samo jak dla mnie większość belgijskich tak wszedzie zachwalanych czekoladek. No mówcie co chcecie, ale mne żadne belgijskie czekoladki nie przekonują, a próbowałam większości z tymi drogimi ręcznie robionymi włącznie. Fuj fuj fuj! Gorsze już są chyba tylko czarne żelki. Jedno, co na prawdę dobre jest w Belgii ze słodkich rzeczy to speculoos. Smarowidło już mi się trochę przejadło, ale ciastka chyba się nigdy nie znudzą pycha.

No ale dobraaa, wróćmy do szkoły, bo chciałam jeszcze opowiedzieć o jednym pomyśle, który mi się spodobał. W 3 klasie - jak wiadomo - uczą się liter, no i w klasie Młodego mają literkowy kufer. To taki zabawkowy kuferek - dość duży, cały oklejony literami. Ten kuferek poszczególne dzieci zabierają od czasu do czasu do domu, a pani wkłada tam literkę którą akurat przerabiają i zadaniem dziecka jest znaleźć w domu coś na tę literę i zabrać do szkoły. Nie może to być pierwsza lepsza rzecz, bo zabawa polega na tym, by reszta dzieci odgadła co siedzi w kufrze i zaczyna się na taką a nie inną literę. Młody przyniósł literkę K. Konijn czyli królik był świetnym pomysłem, ale się nie zmieścił do kufra. Koe, czyli krowa tym bardziej. Młody zabrał zatem malutką "kussentje" czyli poduszeczkę. Bardzo fajna zabawa i ciekawe zadanie domowe.

U starszaków też było ciekawie, choć już nie tak fajnie. We wtorek Młoda ze trzy razy rano powtórzyła, że mają ostatnią lekcję wuefu i że pewnie nauczyciel da im na koniec wycisk i że sie znowu upoci jak świnia. Miała ewidentnie jakoweś złe psieczucia, bo koło jedenastej zadzwonili do mnie ze szkoły i powiedzieli że Młoda siedzi w piwnicy w sali chorych. Już myślałam, że jak zwykle ból brzucha, a tu niespodzianka, coś nowego - skręcona kostka tym razem. Ha! I co ja niby mam uczynić z taką informacją będąc zajętą myciem czyjegoś sraczyka? Co, rowerem po nią pojadę i na szprychę ją wezmę?

Dobrze, że tata akurat był tego dnia w domu. Plany co prawda miał inne, niż siedzenie pół dnia na pogotowiu, no ale dobrze, że był i pojechał po tego lesera i zawiózł na pogotowie, gdzie jej kopyto sfotografowali i stwierdzili skręcenie. To nawet poszło szybko jak na szpital, ale potem czekali, i czekali, i czekali, i czekali... 4 godziny aż jakiś uczony w piśmie wypełni te wszystkie durne papiery. Młoda mało z głodu nie umarła, bo śniadania za wiele nie zjadła, a potem już nie było okazji się pożywić. Co gorsza swój telefon zostawiła nieopacznie w tornistrze, a  tornister tata zaniósł do domu, gdy wstąpili tam po dowód tożsamości Młodej. Jak żyć, panie, w takich warunkach - bez jedzenia, telefonu, kawy...? Do tego jeszcze mieli za mało drobnych na parkometr, a tam cywilizajca nie dotarła i parkometry na monety zamiast normalnie na kartę no i mieli tylko na godzinę, a parkingowy przylazł zaraz, jak tylko czas się skończył i wsadził za wycieraczkę świstek na 15€. No cóż, przy tym szpitalu nie dało się widocznie wjechać na parking dla karetek, jak to ostatnio zrobili, gdy Młoda miała zarządzone badania wszelkie. Nie to że specjalnie po chamsku, ale zwyczajnie zakręcony stresem przedszpitalnym M_Jak_Mąż po znalezieniu rzeczonego szpitala wjechał na pierwszy lepszy parking, jaki się napatoczył i dopiero potem zajarzył, że to był parking dla dostawcow i karetek haha. No ale co, VIPy przeco nie będą na zwyczajnym parkować c'nie? Nawet się nikt nie zapytał, czy im wolno.

Młoda na początku schodziła po schodach na zadku i wszystko kazała sobie wnosić i znosić do/z pokoju, a to laptop jej zanieś na dół, a to pić jej przynieś do pokoju. Potem skakała jak polny konik, czy raczej słonik, na jedenj nodze. A teraz chodzi jak Mżawka ze Smoka Wawelskiego się skradając. Jeszcze ma jeden dzień na ćwiczenie różnych metod poruszania, bo w poniedziałek trzeba przecie zasuwać rowerem do szkoły, wszak najważniejsze egzaminy do napisania zostały, a do tej budy nie da się inaczej dostać w czasie testów. Autobus za często się spóźnia, by ktoś ośmielił się zaryzykować. Zresztą 2 kilosy do przystanku też nie przefrunie raczej. Spóźnisz się 5 minut - do widzenia, po egzaminach. Zatem komu w drogę, temu rower. Że nie da się rowerem ze skręconą kostką? Eeee ja ze skręconą kostką pojechałam na obóz karate. 3 treningi dziennie codziennie i nie ma że boli :-) Biegałam na boso (znaczy jednym kopytem w bandażu) po 3 kilometry po asfalcie. Trochę dłużej mi zajmowało to niż innym, ale wojownicy się łatwo nie poddają. Trochę dłużej się goiło niż powinno, ale czego się nie robi dla swojego hobby i pokazania innym że nie jesteś cieniakiem :-) Ona też jakoś sobie poradzi, bo pewnie nie będzie mieć innego wyjścia... W ostateczności tata weźmie te 3 dni wolnego, ale to w ostateczności...


Mnie zaś się znowu cosik popsuło - energia się wyczerpała i nie może się naładować zwyczajnymi metodami. Przy przemęczeniu każą pić dużo wody. Piję dużo wody, mleka, soków, herbat i co 5 minut muszę siusiu, poza tym nic się nie zmieniło. Każą uzupełnić magnez - ja nie rozstaję się z tabletkami od dawien dawna. Dostałam też w aptece inne tabletki przeciw zmęczeniu - różne witaminy i minerały. Nie pomogły jak dotąd a już minęło sporo czasu. Zalecają jedzenie dużej ilości owoców. Uwielbiam owoce tak samo jak słodycze i zawsze jem dużo. Nie działa. Mówią, żeby ograniczyć kawę... Nie jestem fanem kawy. Piję 1-2 kubeczków (malutkich do expresu) dziennie i to z mlekiem i cukrem. Radzą więcej spać. Nie mogę spać więcej niż 8-10 godzin, bo nie mam na to czasu, a 8 nie pomaga. Poza tym musze często chodzić do wc, bo piję dużo wody i to mi przeszkadza w spaniu :-) Ma ktoś jeszcze jakieś superowe sztuczki, tricki, rady na przemęczenie? Tak, słyszałam że bezrobocie jest skuteczne, ale to z kolei na głowę szkodzi... Spróbuję dociągnąć do urlopu, ale jak poniedziałek będzie taki sam jak mijający tydzień to idę po wolne do doktora, bo to nima śmiocio jak masz zawroty głowy podczas jazdy rowerem albo chodzenia z wiadrami po schodach - zabić się można o ścianę albo żywopłot. Myślę, że wszystkiemu winna ta moja nienormalna przemiana materii - co zjem to się spali i dupa. Do roboty noszę masę żarcia - kanapki, termos herbaty, mleko, ciastka, owoce, woda. Często jeszcze u klientów kawa, ciastka, czekoladki. Pochłonę to wszystko i nadal czuję dziurę w brzuchu. Ktoś jeszcze tak ma? Czy to jest normalne? Wkurza mnie to już. Ostatnio mam też jazdę na chipsy. Nigdy nie przepadałam za chipsami - tam parę przechrupałam, ale teraz gdy znudziły mi się czekolady i ciastka żrę chipsy. Nie wiem, może mi soli brakuje w organiźmie? Lekarze mówią, że przy niskim ciśnieniu powinno się pić kawę i używac soli, a ja ani za tym ani za tym nie przepadam.... Ale chipsy ostatnio wcinam jak małpa kit. Kiedyś zobaczyłam że na paczce XXL napisali iż tam jest 6-8 porcji buachacha. Dla kogo? Bo ja to sama na raz opitalam :-)

1 czerwca 2018

To był maj... Maj jest zawsze NAJ!

W poprzednim wpisie mówiłam, że mamy w planach wycieczkę do zoo no i plany zostały zrealizowane pomyślnie... Prawie, bo niezupełnie wszystko odbyło się tak jak było wstępnie pomyślane. Najsampierw z rańca się okazało, że napieee... eee pada deszcz. Nic to - każdy rzucił się do swojego lapka czytać swoją najlepszą stronę meteorologiczną... Na jednej było że będzie pochmurno, na drugiej że będzie słonecznie, na trzeciej że będzie deszcz, zatem postanowiliśmy poczekać do południa z nosami przy szybie i zobaczyć, co się będzie działo... bo nadzieja umiera ostatnia. Nasza nie umiera nigdy.

Koło jedenastej pojawiło się słońce, więc czym prędzej wsiedliśmy do auta żeby zdążyć do tego zoa zanim słońce zmieni zdanie... Ale spoko, jak zaparkowaliśmy na zoowym parkingu, nadal świeciło w najlepsze i nawet dostałam od Młodej opierdziel, jak jej koło wuceta kazałam popilnować mojej kurtki przeciwdeszczowej, która zabrałam w razie wu, a która jest oczojebnieżółta i wypala oczy przy słoneczniej pogodzie, gdy komuś do łba strzeli się na nią gapić.

No ale to wszystko nic. Zoo jako takie uznało że nasza - a przynajmniej moja - wizyta nie jest tam mile widziana i zaraz przy wejściu dało nam to wyraźnie do zrozumienia. Coś mi NASRAŁO na plecy i wróbelek to to raczej nie był. Obstawiała bym bociana i cieszę się, że ma słaby celownik i nie trafił na głowę i że oprócz kurtki wzięłam też bluzę, którą mogłam zdjąć...  Dziękuję też Matce Naturze, że bizonom nie dała skrzydeł...

Na szczęście jestem uparta jak stara baba z Koluszek Większych i byle bocianie gówno nie wpłynie na zmianę moich planów. 

A w zoologu jak to w zoologu - dużo zwierzętów, a jeszcze więcyj człowieków, bo zoo przecież jest jednym z najlepsiejszych miejsc do wypadów wykendowych z dzieckami w każdym wieku.
Planckendael ma takie różne różności zainstalowane, gdzie dziecka i ich rodziciele mogą się pobawić, by nie znudziło się patrzenie na zwierzęta. No wiecie, takie różne utrudnienia i spowalniacze na drodze typu pieńki, tratwy, drabiny, liny, wigwamy... Młody prowadził, więc siłą rzeczy wiele z tego matka z ojcem też musieli  zaliczyć.
Młody popyla po pieńkach


inne pieńki



górą będzie fajniej - tamtędy chodźmy... dobrze że matka wzięła jak człowiek portki a nie np kieckę i stringi


olifanty

flamingos


Juliany
Zwiedziliśmy wszystkie kontynenty z wyjątkiem Europy, bo europejkie zwierzęta to widujemy na codzień na naszej wsi, poza tym nie będę oglądać zwierzat, które na mnie srają, a jeszcze poza tym byliśmy zmęczeni i każdy czuł że pora na małe conieco. 

M_JAK_MĄŻ wyguglował jakąś knajpę na fajnym zadupiu  po drodze z Mechelen i tam zatrzymaliśmy się  na popas. Fajne miejsce, dobre żarełko.






 Zoo jest fajne, ale to nie są tanie rzeczy - jakby nie patrzeć dla naszej Piątki trzeba wybulić ponad stówę na same bilety, a drugą na obiad, bo wiadomo jak człowiek cały dzień buja się z małpami po drzewach to obiadu nie ma komu gotować. No i przeco wiadomo że jak kto ugotuje i jeszczed pod nos podstawi to o wiele lepiej smakuje, a że każą płacić? Życie.

W inne wolne dni jednak relaksujemy się całkowicie za friko. Wyciągamy z Małżonkiem nasze dwukołowe bryki i popylamy po okolicy. Mamy na ten sezon taki głupi pomysł, by któregoś dnia przerowerować 100km na raz. Znaczy z przerwami na picie i jedzenie, bo niestety ja po pół godziny rowerowania jestem głodna jak wilk, po godzinie czuję czarną dziurę w brzuchu, bo dwóch jestem słaba jak g... a francowata migrena już zaczyna nieśmiało pukać w prawą stronę mojego czoła. 

Nasze rowerki na parkowisku rowerów przy knajpce i zapis trasy z endomondo
Dlatego ja - człowiek normalny inaczej - muszę na rower robić sobie kanapki. No, czasem zahaczamy o jakąś kanajpę by wypić kawę, wszamać lodzika, a czasem jeszcze popić czymś zimnym... 

Kriek czasem też... :-) W końcu to Belgia - ostatnio specjalnie przyjrzałam się dobrze - prawie każdy kto był w tej knajpie pił piwo i prawie każdy  (z wyjatkiem tych co z psem na nogach przyszli) przyjechał rowerem.

 A Kriek jest omniomniom ;-)

omniomniom

Gdy tak rowerujemy, spotykamy setki rowerzystów na trasie. Kiedyś liczyłam uparcie wszystkich mijanych i w ciągu godziny narachowałam coś koło setki w wieku różnym. Od czasu do czasu mijamy też dżokejów, czy jak się tam zwie kierowców koni. Nie dawno nawet widziałam konie zaparkowane pod knajpą. Cykłam im focię, bo byście może nie uwierzyli. 

konie zaparkowane pod knajpą
 U nas popularne są też rowery wieloosobowe i te też często przy niedzieli widujemy na trasie.

rowerowanie jest wielce OKEJ - nie ważne na czym
 Jak dotąd na raz przekręciliśmy 40 kilosów. Nie wiem, czy plan uda się zrealizować, bo poza tasiemcem jeszcze problemem jest zmęczenie, skurcze i kolana, które wszystkie mają jakieś sapy co do dłuższych tras. Jedzie się fajnie, kondycję mam doskonałą, ale na drugi dzień mój organizm domaga się duuuuużo snu, więc rowerownie w niedziele odpada totalnie, bo w poniedziałki trzeba o szóstej już pakować tornistry, a bywa że o piątej zaczynam gotować obiad na wieczór... Ale już tylko czerwiec i wakaaaaacje, znów będą wakaaaacje!!!! Będę spać do siódmej hurra alleluja sibą-sibą. Mam też z apteki trochę różnych piguł przeciwko zmęczeniu i skurczybykom. Może pomogą. 

Kolana może się pogodzą z zaistaniałą sytuacją, a jak nie, to ja się będę musiała pogodzić niestety z moim wiekiem... i pozostać przy moim hamaku w werandzie. Bo wiecie dobry hamak nie jest zły, a jak się ma w zasięgu dużą pakę chipsów, piwo czy fantę i czytnik ebooków to można każdy ciepły wieczór i weekend bardzo przyjemnie spędzić i przy tym zdrowo wypocząć po całodniowej harówie.

yes! weekend!

 A właśnie wczoraj pyknęło mi 41 wiosen. Zacny wiek, ale we łbie ciągle nasrane tak samo jak 20 lat temu HAKUNA MATATA.

Tak czy owak  41 rocznica mojego fantastycznego przyjścia na świat bez wątpienia wymaga wspomnienia, bo urodziny ma się wszak tylko raz w roku.

Tym razem moja rodzinka przygotowała dla mnie niespodziewankę. Znaczy to była taka częściowa niespodzianka, bo oni w ogóle nie umieją zachowywać tajemnicy jak się ich nie pilnuje, tylko co chwila się im coś wymsknie i idzie się domyśleć, że coś jest na rzeczy hehe. No ale na szczęście tylko domyślać...  Tak czy inaczej fajnie jest wrócić wieczorem z roboty, otworzyć drzwi a tu...

BALONY
KWIATY
PREZENTY
SZAMPAN
TORT 
no
 i 
RESZTA Z PIĄTKI 
Z UŚMIECHAMI OD UCHA DO UCHA


reszta z Piątki

Jak już mówiłam - takie chwile są nam wszystkim bardzo potrzebne, by wyrwać się choć na chwilę z życiowego szalonego kołowrotka i przypomnieć sobie, że mamy siebie, mamy tak wiele, mamy szczęście bo mamy siebie...

Prezenty też fajnie dostawać i fajnie od czasu do czasu poczuć się kimś wyjątkowym... 

Kupujemy sobie teraz sporo prezentów bo nas na to stać i korzystamy z tej okazji, wszak nie wiadomo jak długo dobra passa potrwa. Trzeba się cieszyć zanim przeminie. Carpe diem. 

Ludzie mówią, że nie ważne za ile, ważne że od serca, że liczy się pamięć. Oczywiście. Nie zmienia to jednak faktu, że jak człowieka stać kupić dla kochanej bliskiej osoby coś o czym marzy, co chciałaby mieć, czy co może się jej przydać to kupuje to z wielką przyjemnością. 
To z kolei nie zmienia faktu, że mnie cieszy tak samo prezent za 100€ jak samodzielnie wykonany. I tak od Młodej dostałam własnoręcznie namalowany obrazek który - jak wszystke inne prace dzieci - będzie mi zawsze przypominał, że mam zdolne, utalentowane, wrażliwe dzieci. Otrzymałam też kartkę z wzruszającym tekstem - nie żaden wierszyk z internetu tylko  kilka słów od serca, które mówią że mama jest kimś ważnym, w których zawarta jest OGROMNA PRAWDZIWA MIŁOŚĆ...

Nie ukrywam jednak, że do tej  różowej perfumy od  Narciso Rodriguesa, o której marzyłam od pierwszego powąchania  przez ostatnie pół roku (o czym nie zwahałam się napomknąć małżonkowi) sama mi się morda śmieje. Najpiękniejszy zapach jaki kiedykolwiek dane mi było wąchać, a teraz sobie nim pachnę i cieszę się jak dziecko. M_jak_Mąż przyznaje uczciwie, że w PL raczej nie kupił by mi perfumu za 400zeta, bo to by było żarcie na cały miesiąc. M postanowił podarować mi (i sobie?)...ładną bieliznę, co większe Młode zgodnie skomentowały przewróceniem poczami i "jezutato" a młodszy jeszczeniewtemacie Młody "kto kupuje mamie majtki na urodziny? - co to za prezent w ogóle". Całe życie z wariatami.

Jednak niestety sorry, przykro mi bardzo, ale mimo ich całych starań i tak sąsiedzi i  rozwalli dziś system. M_jak_Mąż już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że jego osobista prywatna żona więcej kwiatków dostała od sąsiada niż od niego hehe. No ale po kolei.

Wczoraj pracowałam akurat u sąsiadów a zarazem właścicieli naszej chałupy no i postanowiłam się pochwalić że mam urodziny. Upiekłam ciasto, kupiłam Nalewkę Babuni w polskim sklepie i dawaj do roboty. Sąsiad akurat był zajęty w swojej winnicy i nie było go w domu, ale z sąsiadką wypiłyśmy po kieliszeczku naleweczki. Złożyła mi życzenia, ja posprzatałam jej chatę i gicio... Dziś wróciłam z roboty a tu sąsiadka dzwoni i się pyta, czy jestem w domu i mówi, że zaraz wpadnie. Nie minęło 2 minuty przyszła ze storczykiem i butelką domowego wina i mówi, że ciasto było pychota a nalewka mężowi też smakowała i mówi  że on też zaraz przyjdzie. Patrzę, a ten idzie... z TACZKĄ! Przywiózł mi kwitnące kwiatki do posadzenia - jakieś 3 pnącza, 2 jakieś dziwne brązowe lilie i 2 cosie które wyglądają jak małe gerbery ale nie mam pojęcia jak się to zwie. Potem jeszce przywiózł ziemi do nich i kazał se wziąć donice ze sterty, która jest za naszym domem. Fajnie jest mieć sąsiada ogrodnika :-) CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI. 

To był piękny i ciekawy miesiąc - jak każdy maj. Miałam superowe urodziny. Można żyć dalej i czekać co kolejne dni interesującego przyniosą, bo przyniosą na pewno. Popatrzcie - piszę ten pamiętnik piąty rok i jeszcze się nie zdazryło, by nie było o czym pisać. Jak już to nie ma kiedy. Bo tematów nie trzeba wymyślać ani planować, wystarczy patrzeć, słuchać i notować. Życie jest fascynujące. Uwielbiam swoje życie.


20 maja 2018

Kto został rybką, kto modelką a kto zmienił pracę, czyli kolejna kartka z pamiętnika.

Pora zapisać kolejną kartkę w naszym internetowym pamiętniku, bo mamy za sobą tydzień pełen wrażeń.

M_Jak_Mąż stwierdził, że 5 lat w jednej firmie robić to dosyć i postanowił przenieść się do innej, no i właśnie w poniedziałek zaczął robotę w nowym miejscu. Stres był. 

Nie no, tak serio to w dawnej fabryczce od pewnego czasu nie przewala się z robotą - ludzie non stop są na zmiany wysyłani na DOPy, czyli tymczasowe bezrobocie, a to się człowiekowi tak średnio opłaca, bo wypłata ze związków odrobinę różni się od normalnej... Dlatego M na jednym z tych przymusowo wolnych dni udał się do VDAB (tutejsze biuro pracy) ze swoim CV i nakazał im poszukać nowej roboty. Okazało się, że pracy w jego zawodzie nie brakuje. Ledwie wrócił do domu, już zaczęli dzwonić ludzie z pierwszymi ofertami. Po tygodniu już miał wystarczająco interesujących ofert do przejrzenia.  Poszedł na kilka spotkań, wypytał o szczegóły, popróbował, pomyślał i zdecydował. Dotychczasowy pracodawca nie robił żadnych problemów - rozwiązali umowę za porozumieniem stron i załatwione. Póki co jednak M będzie przez kilka tygodni zatrudniony przez biuro pośrednictwa pracy, gdyż tak tutaj system funkcjonuje. W tym czasie ciągle może sprawdzać inne oferty i dopóki nie otrzyma stałej umowy bez problemu może pójść do jeszcze innej firmy, gdyby się trafiła atrakcyjniejsza oferta. Na razie jest jednak zadowolony, tylko lekko zdziwiony, że we flamandzkiej firmie we Flandrii wszyscy pracownicy mówią po francusku, wielu tylko i wyłącznie w tym języku. Belgia to jest dziwny kraj, bardzo dziwny...

* * *

Kolejne emocjonujące wydarzenie to pokaz mody w szkole Najstarszej. Nauczyciele i uczniowie kierunku MODA od kilku tygodni przygotowywali się do tego wydarzenia. Przygotowano program, plakaty, bilety, muzykę. Zebrano wszystkie szkolne prace, czyli spódnice i spódniczki, suknie, bluzy, torby, kapelusze, koszule i wszystko inne, co uczniowie uszyli na lekcjach w ostatnim czasie. Przygotowano dekoracje i wybieg dla modelek i modeli. Kupa roboty, ale efekty były niezłe.

Bilety kupiliśmy już jakiś czas temu, o czy, - zdaje się - już tu gdzieś wspominałam kiedyś. Impreza zaczynała się o 19tej w piątek. Gdy dotarliśmy na miejsce, na sali było już sporo ludzi. Przy wejściu można było kupić bony na napoje i popcorn. Dawano też miseczki z żelkami. Wydawaniem napojów i przekąsek zajmowali się uczniowie, nauczyciele i rada rodziców. Do picia można było dostać kawę, wino, piwo, colę, fantę itp. 

Uczniowie kierunku MODA przy drobnym wsparciu kilku uczniów z innej klasy (głównie chłopaków, bo na tym kierunku jest tylko jeden mężczyzna) oraz maluchów (zapewnie z rodzin modelek i nauczycieli) zaprezentowali własnoręcznie uszyte ubrania uzupełniane w razie potrzeby przez kupne.  Dodam tu, że oni szyją bardzo dużo i każdy co innego. Klasa Najstarszej szyje głównie spódnice, ale nauczyciel podaje tylko kategorię, np "spódnica jeansowa", czy "spódnica sportowa", po czym dziewczęta muszą znaleźć sobie w internecie spódnicę, jaką chcą sobie uszyć. Następnie pani pomaga w przygotowaniu wykrojów. Potem jadą z całą klasą na zakupy i kupuja odpowiednie materiały i dodatki, czasem każdy musi kupić we własnym zakresie wszystko co potrzeba. W końcu zabierają się za szycie pod nadzorem i pomocy nauczyciela. Ostatecznie jedna szyje kieckę długą, druga miniówę, jedna prostą i  wąską, druga rozkloszowaną z koronkami, guzikami czy innymi bajerami. Starsze klasy muszą też samodzielnie zaprojektować wiele ubrań. Dlatego na tym pokazie nie było nudno. Nam wszystkim w każdym bądź razie bardzo się podobało.

dekoracje

dekoracje

dekoracje przygotowane przez uczniów
 

modelki z klasy Najstarszej (ona 2 od lewej)

Nasza Najstarsza prezentująca strój sportowy (kiecka uszyta samodzielnie)
Okazało się, że najcichsza, najspokojniejsza i chyba najbardziej nieśmiała uczennica w całej szkole, czyli nasza córka, na scenie czuje się jak ryba w wodzie - zero zdenerwowania, onieśmielenia - jakby to był jej chleb powszedni. Nie było to dla mnie jakieś specjalne zaskoczenie, bo sama miałam zawsze podobnie - trudno mi było podejść i zagaić do koleżanki z klasy na przerwie, choć byłam lubiana, czy zgłosić się do odpowiedzi mimo najlepszych wyników w nauce,  ale nie miałam problemów z wyjściem na scenę i występem przed kilkudziesięcioosobową publicznością. 

Niemniej jednak ten występ dał mi wiele radości i szczęścia. Byłam (i jestem ciągle) dumna z mojej córki. Moja duma i poziom szczęścia jeszcze bardziej wzrósł, gdy po występach podszedł do nas dyrektor szkoły i zaczął wychwalać Najstarszą. Mówił, że wykonała kawał dobrej roboty - nie tylko na scenie, ale przez cały rok szkolny. Wszyscy zachwycają się jej kreatywnością, talentem artystycznym i krawieckim. Dyrektor wyraził swe zadowolenie, że mają taką uczennicę na pokładzie, a my jako rodzice i rodzeństwo pękaliśmy z dumy i szczęścia. Bo sukcesy naszych dzieci są przecież naszymi osobistymi sukcesami. Wszak to my te dzieci wychowujemy i pomagamy im odkrywać i zdobywać świat. Niejeden powie pewnie, że szkolne przedstawienie to żadne tam osiągnięcie, ale ja uważam, że jak ktoś nie potrafi się cieszyć z malutkich sukcesików, to i większych też nigdy nie doceni, a nawet nie zauważy i wiecznie będzie niezadowolony i nieszczęśliwy, i ciągle będzie tylko zazdrościł innym, bo przecież mają więcej, lepiej, cieplej...

My umiemy cieszyć się takimi drobiazgami, a na kłopoty patrzeć z dystansem i dlatego nasze życie jest ciągle pełne radości i frajdy.

* * *

W sobotę z kolei miał miejsce pokaz tańca i gimnastyki klubu, do którego należy nasza najmłodsza pociecha. Impreza miała tytuł "De Vier Seizonen", czyli cztery pory roku. Swoje umiejętności zaprezentowały wszystkie grupy tańca i gimnastyki od przedszkolaków do dorosłych. Nauczycielka Młodego sama też tańczy (hip hop, street dance) i występy jej grupy były po prostu świetne (bardzo w moim klimacie).
Grupa Młodego to oczywiście grupa przedszkolna, czyli dzieci od 2 do 6 lat. Słodziaki znaczy. Zatańczyli taniec rybek do piosenki K3 "Blup, Ik Ben Een Vis" (jestem rybką). 


Wszystkie rybki były w żółtych strojach i na żółto pomalowanymi buźkami. Przedstawienia maluchów zawsze są wzruszające. Jeszcze takie nieporadne, mylą krok, zapominają gdzie są i gapią się na coś zamiast tańczyć... 

Przezabawny moment był na końcu programu. Ktoś z organizatorów wpadł na genialny pomysł, by na końcowe wyjście (gdy wszyscy uczestnicy wychodzą na scenę) wypuścić dym. Malców nikt nie uprzedził chyba o tym zjawisku (a choćby nawet, to słyszeć a widzieć to dwie różne rzeczy), no i każdy maluch wchodząc na salę rozdziawial szeroko buzię, pokazywał palcem i wołał "O CHMURA". Co najmniej połowa zamiast stanąć na środku sali, gdzie powinna, szła pomacać chmurę - podskakiwali, próbowali uchwycić to dziwne coś... Każdy się chichrał :-)

Występ dodał Młodemu chęci do dalszego tańczenia i mówi, że na drugi rok będzie nadal chodził na tańce... a jak będzie większy to też na gitarę, bo "gitara jest najfajniejszym instrumentem, nawet cowboy może grać na gitarze" :-)

A jutro... 
wolny poniedziałek HURRA, bo Zielone Świątki w tym kraju to feestdag, czyli święto. 
Jak nie będzie padało, to...

IDZIEMY DO ZOO, ZOO, ZOO
idziemy do zoo, zoo, zoo...

12 maja 2018

Dla miłośników ptactwa wodnego i nie tylko. Fotorelacja z wycieczki do Zoutleeuw.

Kiedyś przypadkiem zobaczyłam w necie intrtygujace zdjęcia ludzi spacerujących po kładkach nad wodą. Okazało się, że to fajne miejsce znajduje się w naszej prowincji Vlaams Brabant. Co prawda na drugim jej końcu, czyli z 80 km od nas, ale postanowiliśmy się tam wybrać i zobaczyć to na własne oczy. Dziś rano Młody miał zajęcia z tańca, a w południe nastocóry miały fryzjera, ale o 14tej już były wystrzyżone i uczesane. Można było wyruszyć na wycieczkę. Co też niezwłocznie uczyniliśmy.

Było warto. To było bardzo udane popołudnie. Pogoda dopisała. Obeszliśmy jak należało całe jeziorko wkoło, czyli przetuptaliśmy jakieś 5,5km po drewnianych kładkach i polnych ścieżkach. Napatrzyliśmy się na różnego rodzaju ptactwo wodne i żabuchy. Posłuchaliśmy też ptasiożabiego koncertu. Na koniec oczywiście wypiliśmy kawkę i pochłonęlismy lodziki. Dzieci pobrykały trochę na wypaśnym placu zabaw i zabraliśmy się w drogę powrotną. W domu byliśmy koło 19tej.

Oczywiście jakby Was naszło się tam wybrać, to dobrze jakbyście jakiś aparat dobry ze sobą wzięli, bo srajfon robi niby lepsze zdjęcia niż noga od taboretu, ale tylko odrobinę lepsze. Ja nie dorobiłam się jeszcze dobrego aparatu, zaś ten który posiadam to beleco.

10 maja 2018

Rzeczy z drugiej ręki - belgijski sport narodowy :-)

W domu nauczono mnie, że trzeba szanować rzeczy, które się ma, nie wyrzucać bez potrzeby. Z rodziną bliższą i dalszą oraz znajomymi ciągle wymienialiśmy się ubraniami i butami, a także meblami, zabawkami i wieloma innym przedmiotami. Pamiętam, że niektóre ubrania, czy zabawki które komuś podarowaliśmy, za jakiś czas wracały, gdy pojawiały się w rodzinie młodsze dzieci. Przyjemnie było zawsze patrzeć, że jakieś inne dziecko najchętniej nosi ten sam sweterek co moja pociecha.
Z czasem pojawiły się w Polsce ciucholandy z używaną odzieżą z zagranicy, później znowu sklepy z różnymi rupieciami także przywiezionymi z zagranicy. Nie przewalało nam się z kasą i te zjawiska przyjęliśmy z wielką radością. Wreszcie można było się ubrać i kupić jakieś fajne rzeczy do domu. Jakże się dziwiłam, gdy w takim ciucholandzie spotykałam jakąś panią doktor czy innego bardziej zamożnego człowieka, bo przecież - myślałam - tych ludzi stać na nowe ubrania czy zabawki... Jeszcze bardziej jednak dziwiłam się tym, którzy nie mieli na chleb ani w ogóle na nic, ale uważali że rzeczy z drugiej ręki to wstyd, już lepiej nosić jedną bluzkę zarówno do kościoła jak i do stajni...

Dziś sama jestem tą osobą, którą stać na kupowanie wielu nowych  rzeczy i robię to z ogromną przyjemnością. Jednak nadal cieszą mnie wszelakie dary od znajomych oraz kupowanie rzeczy z drugiej ręki. Gdy zamieszkałam w Belgii zauważyłam dziwne zjawisko. Otóż okazało się, że Belgowie nie tyle, co nie wstydzą się kupować rzeczy z drugiej ręki, u nich jest to wpisane w tradycję. Czasem odnoszę wrażenie, że 2dehans to tutejszy sport narowodowy. Badania przeprowadzone w 2015 roku wykazały, że 4 na 10 Flamandów kupiło w przynajmniej jedną rzecz z drugiej ręki w ciągu roku. Najczęściej kupują używane ubrania, książki i dekoracje.

Dla Polaków mieszkających W Belgii jednak kupowanie czy branie za darmo rzeczy z drugiej ręki to WSTYD. Przekonałam się o tym wielokrotnie na własne uszy i oczy obracając wśród Polonii zarówno w realu jak i w sieci. Ktoś napisze na grupie, że oddaje coś za darmo lub chce sprzedać używanego , to od razu pomyje na niego i na potencjalnych nabywców, wyzywanie od polaczków-śmieciarzy, dusigroszów, kloszardów, a często i gorsze obelgi lecą... Coraz częściej dochodzę do wniosku, że polskie poczucie przyzwoitości i wstydu jest niekiedy co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć wypaczone... Wstyd pracować w konkretnych zawodach (patrz wpis o sprzątaczkach) - nie wstyd być bezrobotnym. Wstyd nosić używane rzeczy - nie wstyd używać "kurwa" jako przecinka, czy tłuc butelek pod domem po pijaku... (tak, w Belgii też). Nie dotyczy to na szczęście wszystkich rodaków... ale i tak węgiel w piwnicy kiełkuje, jak się słucha niektórych... Wszak przyjechaliśmy z tego samego kraju... i przez bałwanaów normalnym się potem dostaje...

Wróćmy jednak do tematu. Jako się rzekło, Belgowie (i chyba wiele innych narodów) lubi zakupy z drugiej ręki i nie są one dla nikogo niczym nieprzyzwoitym i pewnie dlatego pod tym względem kraj ten daje masę różnych możliwości na tego typu zakupy. Dla mnie bomba a debile niech mówią co chcą.

Pchle targi


Rommelmarkten - bo tak właśnie nazywają się one w Belgii (vlooienmarkt, czyli pchli targ - w Holandii) - należą do tutejszych tradycji. Te targi są dla Belgów nie tylko okazją do zakupu jakiejś tańszej rzeczy z drugiej ręki. Dla wielu Belgów to świetny sposób na spędzanie wolnego czasu - jeżdżenie od targu do targu, poszukiwanie perełek, skarbów, cudeniek, targowanie się. Są ludzie którzy uczestniczą w targach systematycznie jeżdżąc po całym kraju -  jedni kupują, drudzy sprzedają.

W każdej okolicy znajdziemy jakieś stałe targi staroci odbywające się zawsze w tych samych miejscach - jedne organizowane są co tydzień, inne zaś raz miesiącu. (klik) stałe targi w Be


Na pchlich targach można kupić prawie wszystko - używane ubrania, buty, zabawki, książki, płyty, meble, obrazy, rzeźby, żyrandole, różne urządzenia, narzędzia, przyrządy, dywany, doniczki i dziesiątki innych przedmiotów. Są to nie tylko rzeczy używane w ostatnich latach. Na takim targu można też kupić rzeczy pamiętajace nawet pierwszą wojnę światową, a bywa że i starsze. Po co to komu? Do kolekcji, jako dekoracja domu czy ogrodu, żeby przerobić na coś innego... Możliwości tyle, na ile fantazja pozwoli...
Zdjęcie ze strony: http://www.kwboostakker.be

Nieodłączną częścią wszelakich targów są oczywiscie stanowiska z gorącymi goframi i kawą, frytkami, hamburgerami, pieczonymi kurczakami, lodami, piwem. Od czasu do czasu towarzyszą im też różne drobne parady, pokazy lokalnych organizacji itp.

Na niektórych targach można kupić i sprzedać wszystko, na innych zaś znajdziemy rzeczy z konkretnej kategorii. Mamy więc np targi antyków, gdzie znajdziemy najdziwniejsze starocie, częstokroć badzo wartościowe, które jednak na takim targu można czasem kupić za kilka centów. Największy antiek- en brocantemarkt w Beneluksie odbywa się co tydzień w Tongeren. W każdą niedzielę od 6 rano do 13 można szukać prawdziwych skarbów u 350 handlarzy.

Byłam nie dawno z Młodą u nas na targu tylko popatrzeć, no to kupiłam koszyk dla morisów, a młoda jakieś pierdołki po 1 euro, które "po prostu są idealne" do jej celów (cokowliek by to nie było), a których mi by nawet do łba nie przyszło do ręki wziąć.

Kolejnym gatunkiem są kinderrommelmarkt, czyli targi artykułów dla dzieci - ubrania, zabawki, gry, rowerki, akcesoria, mebelki i wszystko inne co pod tą kategorię da się wcisnąć. Na takich targach starszaki przy pomocy rodzicow lub dziadków czasem rozstają się w końcu ze swoimi ulubionymi zabawkami, z których już wyrosły, ale których zawsze żal.

Interesujacymi zjawiskami są też ruilbeurs, czy verzamelmarkt, czyli targi kolekcjonerów. Znajdziemy tam m.in. znaczki, monety, pocztówki, płyty i masę innych rzeczy, które ludzie lubią kolekcjonować.

Strony, na których znajdziecie pchle targi w danej okolicy:


Wyprzedaże garażowe i "wystawki" przed domem.

Kiedyś wyprzedaże garażowe kojarzyły mi się głównie z amerykańskimi filmami, gdzie to zjawisko mogłam obserwować. Zastanawiałam się wtedy (i zastanawiam do dziś - choć w/w podejście Polaków  poniekąd to wyjaśnia)), dlaczego w Polsce nie ma czegoś takiego? Przecie to fajna sprawa, tutaj właśnie również znana. Co ciekawe w sąsiedniej gminie zaobserwowałam, że tu wyprzedaż garażowa jest zorganizowana przez gminę, czy jakąś tam organizację. Jest strona internetowa, gdzie podana jest data i tam każdy, kto ma coś do sprzedania, może się zgłosić podając swój adres. W wyznaczony dzień ludzie sprzedający używane rzeczy otwierają garaż albo wystawiaja kram przy drodze i zawieszają specjalne baloniki, tabliczki, żeby było z daleka widać, gdzie jest wyprzedaż. Gdy dom jest daleko od głównej drogi, to baloniki wiszą przy drodze wraz ze strzałkami, za którymi trzeba podążać, by znaleźć dany garaż. Dobry pomysł, bo jednego dnia można od razu objechać kilka garaży i upolować jakąś super okazję :-)
Djęcie ze strony: http://invlaanderen.be

Inna popularna metoda na pozbycie się niepotrzebnych rzeczy i kupienie czegoś okazyjnie to wystawienie rzeczy przed dom z numerem telefonu a czasem i ceną lub napisem "gratis". W ten sposób kupiliśmy kiedyś córce świetny rower za 50€. Najczęściej przed dom wystawiane właśnie są rowery, motory no i samochody z kartką, ale często widzę też opony samochodowe, jakieś meble. Te rzeczy oczywiście (poza samochodami i motorami) wystawiane są na dzień a na noc chowane do domu. Ta forma sprzedaży bardziej popularna jest na wsi, bo w niektórcyh miastach za wystawienie czegoś przed dom nawet z napisem "gratis" grozi otrzymaniem poważnego mandatu za zaśmiecanie albo blokowanie chodnika. W Belgii głupich przepisów bowiem też nie brakuje.
wystawka przed domem

Sklepy z rzeczami z drugiej ręki.


Najpopularniejsze sklepy to sieci Kringwinkel i Troc

Kringloopwinkel, kringloopcentrum,  kringwinkel to organizajca, która dba by używane przedmioty dostały swoje drugie życie. To zjawisko pojawiło się gdzieś w latach 80tych XX wieku i miało na celu zmniejszenia fali zalewajacych kraj śmieci.
Krinwinkel zbiera bowiem za darmo używane rzeczy od ludzi, sortuje je, naprawia, czyści i sprzedaje w korzystnej cenie.  Przy czy tym kringwinkel tworzy miejsca pracy dla ludzi z niskimi kwalifikacjami. Pracuje tam m.in. wielu obcokrajowców nieznających jeszcze dobrze języka.
W Belgii ta organizajcja ma około 120 sklepów, w Holandii jest ich grubo ponad 1000. Działanie tej organizacji wspierane jest przez pańswto.

Kringwinkel w najbliższej okolicy można znaleźć na stronie internetowej: https://www.dekringwinkel.be/zoeken/index.html
Wystraczy podać nazwę swojej gminy i w jakim promieniu (w km) ma komputer szukać. Tylko trzeba wiedzieć, że w każdym kringu znajdzie się co innego. Odwiedziłam ich już sporo  swojej bliższej i dalszej okolicy i tak np w Opwijk jest mały kring i jest tam wszystkiego po trochu - książki, zabawki, ciuchy, dekoracje, kilka mebli. W Londerzeel jest mnóstwo ubrań i róznych drobiazgów do kuchni czy dekoracji (kieliszki, talerze, wazony, figurki). W Dendermonde jest mały kring ale można tam kupić świetne rzeczy - zabawki, rowery, meble, jest też trochę ubrań. W Vilvoorde jest duży kring i tam można znaleźć wszystko. Świetny kring jest też w Hamme. Widziałam tam cudne meble i masę fantastycznych dekoracji czy kuchennych drobiazgów.  
foto ze strony https://www.dekringwinkel.be/

https://www.dekringwinkel.be/

https://www.dekringwinkel.be/

Oczywiście jest jedna zasada - nigdy nie ma tego, czego w danym momencie szukasz, ale zawsze jest coś,  co wcale potrzebne ci nie jest, ale po prostu czujesz, że musisz to kupić.  To samo dotyczy się rommelmarktów - jak już tam pójdziesz to nie wrócisz z pustymi rękoma :-)

Niektórze rzeczy można licytować przez internet i potem odebrać w danym sklepie

Troc to francuska sieć sklepów z używanymi rzeczami. Z tym że te sklepy funkcjonują trochę ianaczej, bardziej na zasadzie komisu, czyli nie zbierają śmieci za darmo tylko zwyczajnie skupują używane przedmioty od ludzi. Rzeczy są wyceniane przez trocowych ekspertów. Gdy przedmiot nie sprzeda się w danej cenie przez 2 miesiące,  zostaje przeceniony o 10% i potem ewentualnie co miesiąc o kolejne 10%. Pierwszy troc w Belgii otwarto w 1996 roku. Slepy troc można znaleźć w 6 europejskich krajach. Jest ich łącznie około 200.

W Trocu znajdziemy zarówno rzeczy używane wczoraj jak i 30 lat temu, a także całkiem nowe, np końcówki serii.
https://www.facebook.com/trocbelgium/

https://www.facebook.com/trocbelgium/

https://www.facebook.com/trocbelgium/

https://www.facebook.com/trocbelgium/

https://www.facebook.com/trocbelgium/

https://www.facebook.com/trocbelgium/ 

https://www.facebook.com/trocbelgium/

foto ze strony https://www.facebook.com/trocbelgium/

http://www.troc.com/be/
https://www.facebook.com/trocbelgium/

Kolejna sieć sklepów kupujących i sprzedających używane rzeczy to Ecoshop.


W Belgii znajdziemy też sklepy z australijskiej sieci Cash Converters, z tym że więszkość znajduje się w Walonii i Brukseli, czyli terenie dla mnie kompletnie nieznanym. We Flandrii mają tylka kilka sklepów, np w Antwerpii i Gandawie. Nie odwiedziłam jak dotąd jednak żadnego, więc nie będę zachwalać. Z tego, co widzę w necie - zajmują się bardziej handlem elektroniką, grami, AGD, biżuterią, zegarkami i tym podobnym rzeczami.

Poza wyżej wymienionymi jest jeszcze mnóstwo innych, w dużych miastach są sklepy jeszcze innych zagranicznych sieci, są też małe pojedyncze sklepiki w małych gminach.

U nas w gminie jest np Świat Alicji (Wereld van Alice) - bardzo interesujący ...dom. Na dole w salonie jest restauracja, czy raczej bardziej kawiarnia, gdzie można wypić kawę i przekąsić coś dobrego. Z salonu wchodzimy do pokoju w którym możemy kupić używane ubrania dla milusińskich. Na piętrze zaś jest pokój artystyczny. Tam można np zrobić urodziny dla dzieci, na których dzieci będą tworzyć jakieś cuda. Młoda tam kiedyś była i zrobiła z butelki i innych śmieci kręcącą się ośmiornicę na baterie. 

Internet

Belgowie kupują i sprzedają też mnóstwo rzeczy przez internet. 

Najpopularniejsze strony z przedmiotami z drugiej ręki to 2dehans i kapaza:

Inne to:

Popularny jest ponoć też e-bay

Tego zjawiska nie ma co opowiadać, każdy pewnie choć raz korzystał z polskiego allegro...

Ale opowiem o tym jak kupowaliśmy papugę, bo ubaw mieliśmy przedni i zastanawialiśmy się czy gość chce faktycznie tego ptaka sprzedać, czy tylko mu się wydaje, że chce...

Młoda po długich rozważaniach i przeczytaniu połowy internetu zdecydowała się w końcu na dokupienie przyjaciela dla Summer. Do sklepu, skąd mamy Summer, jest ze 30 kilosów więc postanowiłam poszukać czy ktoś na 2dehans się nie ogłasza. Ogłaszał się. No i dobra, napisałam do gościa z najlbliższej okolicy na czacie
- Dzień dobry, czy ma pan nadal te papużki do sprzedania?
Po dwóch dniach, gdy już miałam zagaić do następnego sprzedawcy, dostałam wielce wyczerpującą odpowiedź - Tak, mam.
Spoko. Mając na uwadze, że gość odpowiada bardzo rzeczowo na pytania, zadałam pytanie trochę bardziej skomplikowane. Mniej więcej w ten deseń, ino po niderlandzku - Fajnie, no to kiedy i gdzie mogłabym przyjechać, by kupić jednego ptaszka? - Dodałam też od razu swój numer telefonu i podałam w jakiej miejscowości mieszkam.
Po dwóch dniach odpowiedź na czacie - Świetnie. To ja do Pani zadzwonię.
Czekałam 2 dni na ten telefon i pomyślałam , że chyba trzeba potwierdzić, że zgadzam się by do mnie zadzwonił. Napisałam znów na czacie, że czekam na telefon. Po dwóch dniach faktycznie facet zadzwonił. Esemesa z adresem nawet dość szybko dostałam. Umówiliśy się na sobotę. Pan zapytal też koło której godziny będziemy. Odpisałam natychmiast pytając, czy 11 mu odpwowiada. Rychło na drugi dzień odpisał, że "świetnie". Kurde już myślałam, że papuga się zestarzeje i zdechnie, zanim dojdzie do tej transakcji. No ale w końcu się udało. Szare puchate nazwane Snowflake jest już w pełni zaprzyjaźnione z Summerem i już go nawet zdążyło róznych głupich rzeczy nauczyć, bo jakiś łobuz się trafił, ale o tym innym razem.

Ogłoszenia w gazetach

Podobnie jak w Polsce i każdym innym kraju, w Belgii też można dać ogłoszenie w gazecie. Tą metodą też można kupić i sprzedać różne rzeczy.

Inspiracje

Gdy pierwszy raz zajrzeliśmy do tych sklepów ze starociami czy na pchle targi , zachodziliśmy w głowę, po co ludziom te wszystkie strare rzeczy. No bo wiecie, oni tu sprzedają np stare grabie, motyki, lalki prababci, rozwalające się wózki dla dzieci pamietające na wygląd I wojnę światową, czy inne - wydawało by się - nieprzydatne rupieci. Odkąd łażę po różnych domach i ogródkach i odkąd bliżej zapoznaję sie z belgijską stroną internetu, zaczęłam jarzyć o co kaman. Po pierwsze Belgowie lubią otaczać się starociami. Nie wszyscy oczywiście, ale tutaj starocie to nie powód do wstydu. Ludzie lubią mieć w domu szafy po prababci i zabawki którymi bawił się dziadziuś czy tato. A jeśli już wybiorą starocie do dekorowania domu, to logiczne, że trzymają się tego stylu. Nawet ci, którzy mają domy w jakimś nowoczesnym stylu, lubią poustawiać tu i ówdzie jakieś chińskie wazy, zabytkowe świeczniki, czy inne duperelki. Po drugie tutaj - podobnie jak w Polsce - ludziom nie brakuje pomysłów na przerabianie śmieci na coś przydatnego. Wyżej wymienione sklepy częstokroć same się tym zajmują i potem sprzedają gotowe przedmioty, którym nadali nowe życie. Pokażę poniżej kilka pomysłów podkradzionych ze strony fejsbukowej TROC-a.

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium


https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium


https://www.facebook.com/trocbelgium


https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium


https://www.facebook.com/trocbelgium

skrzynka na listy  dla informatyka :-) https://www.facebook.com/trocbelgium


https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium

https://www.facebook.com/trocbelgium