23 lutego 2020

Dyspraksja i blizna w mózgu, czyli o tym, że jak długo szukasz, to znajdziesz :-)

Ostatnie dni dostarczyły nam bardzo interesujących ciekawostek o życiu. Okazuje się, że jak się wystarczająco długo szuka, to w końcu można coś znaleźć, nawet jak się nie wie, czego się w zasadzie szukało. 

Na ostatniej wizycie podsumowującej kilumiesięczne badanie na odddziale psychiatrycznym, dowiedzieliśmy się, że Młoda powinna zacząć terapię u specjalisty zajmującego się traumami. No i dobrze wiedzieć. Jednak póki co na żadne terapie się nie wybieramy. Młoda póki co ma dość psychologów,  psychiatrów, badań i lekarzy ogólnie i na razie całkowicie zrezygnowała z wizyt u psychologa. Te wszystkie spotkania i badania wszystkim nam w każdym razie bardzo pomogły, a już szczególnie samej zainteresowanej, która jako osoba wysoko wrażliwa i wysoko inteligentna doskonale to sobie wszystko do kupy poskładała i uporządkowała. Teraz buduje swój świat na nowo i ja wierzę, że jeśli to stworzenie  jest moją córką, to bez wątpienia teraz już sama sobie poradzi z porządkowaniem tego świata. My będziemy jej w tym pomagać i ją wspierać. A za jakiś czas być może, gdy uzna to za stosowne i potrzebne, wybierze się sama do odpowiedniego terapeuty, bo najważniejsze to wiedzieć, co jest problemem. Resztę już sobie człowiek powoli ogarnie samemu czy z pomocą innych.

Jednak ciekawszych rzeczy dowiedzieliśmy się po badaniach psychomotorycznych i neurologicznych. Badania przebiegały niezależnie od siebie u nieznających się specjalistów, tyle że na oba skierowała nas psychiatra, a ich wyniki okazały się zbieżne. Neurolog powiedział i pokazał nam na zdjęciach, że Młoda ma w mózgu malutką bliznę, która to blizna wskazuje, że albo w ciąży albo we wczesnym dzieciństwie musiało dojśc do jakiegoś urazu. Blizna w sumie - jak mówi neurolog dziecięcy ze szpiatala - nic specjalnie nie robi i nie jest groźna, ale MOŻE POWODOWAĆ PROBLEMY MOTORYCZNE... A to już coś. To w przypadku Młodej już wyjaśnia całkiem sporo. Szczególnie gdy doda się do tego wyniki badań psychomotorycznych.

Badania te wykazały bowiem (a raczej potwierdziły), że Młoda ma problemy z równowagą, ocenianiem odległości, szybkości, koordynacją, pisaniem, koncentracją itd itp. Po raz pierwszy w naszym życiu spotykamy się z takim terminem jak DYSPRAKSJA, a termin pojawia się właśnie w dokumncie opisującym przebieg i wyniki badań.  Już poczytałam na ten temat i wiem, że ten oto trudny wyraz może wyjaśnić sporą część problemów naszego dziecka, a samemu dziecku zapewnić proste akceptowalne wyjaśnienie jego"dziwnych zachowań" przed rówieśnkami i nauczycielami. Bo wiecie, nastolatki są upierdliwe, a często chamskie, bezwględne i wredne i jeśli jesteś inny niż wszyscy, czyli np inaczej chodzisz, inaczej trzymasz kredkę, inaczej się poruszasz to będą się śmiać, dokuczać, przedrzeźniać, pokazywać palcem, obrabiac dupę, izolować cię. Często jednak, jeśli masz na to papier, jeśli możesz wymienić nazwę swojej choroby, dysfunkcji, zaburzenia, które można sprawdzić w necie albo książce, mogą to zaakceptować i zrozumieć,  że masz prawo być innym i inaczej traktowanym... Czasem papier pomaga nawet w takich kwestiach. Czasem! A przy dyspraksji piszą też, że może być ona powodowana drobnymi uszkodzeniami mózgu, no i tu wystarczy dodać dwa do dwóch i nie trzeba tu być lekarzem.

Czekamy jednak teraz z niecierpliwością na wizytę u naszej psychiatry, by ona jako lekarz coś więcej na ten temat nam powiedziała i podpowiedziała, co z tym fantem można zrobić. Czekamy też, aż otrzymamy na piśmie oficjalne wyniki badań od neurologa, by i nasz lekarz rodzinny z całą dokumentacją się zapoznał.

Młoda też w końcu poznała swoją grupę krwi, bo sama neurologa poprosiła o to, bo skoro znowu pobierać jej mieli hektolitry krwi (ona boi się igieł), to choć tyle chciała z tego mieć pożytku. Okazuje się, że obie moje córki mają O plus, czyli zupełnie przeciwnie jak ja. Krewkarta przyjdzie razem z wynikami z laboratorium do domu, tak samo jak i faktura za owe badania. To na szczęście nie jest w Belgii drogie (przynajmniej jeśli się ma ubezpieczenie).

Fascynujące jest, ile to rzeczy może człowiek nie wiedzieć na swój temat. Można przeżyć życie nie wiedząc, że ma się jakąś bliznę w mózgu albo że ma się jakieś spektrum autyzmu, dyspraksję, czy że jest się wysoko wrażliwym tudzież w jeszcze jakiś  inny sposób wyjątkowym. Można mieć trudniej niż inni (albo łatwiej) w pewnych sytuacjach i można nie wiedzieć, że ma się ku temu jakis szczególny powód. Fascynujące.








16 lutego 2020

Gdy się zrobi za spokojnie, to pewnikiem coś pierd*lnie.

Przez kilka ostanich tygodni było u nas w miarę spokojnie i bezstresowo. Zaczęliśmy się nawet powoli w tym dziwnym nowym spokojnym świecie odnajdować.

Ja już się przyzwyczaiłam do życia bez pracy popołudniowej, a nie jest to, o dziwo, bynajmniej łatwe. Udało mi się jednak już opracować nowy program dnia i wdrażam się powolutku. Wstaję ciągle o szóstej i robię to samo, co robiłam wcześniej.  Odwożę Młodego pod szkołę i jadę do roboty. Do domu przybywam około południa, po czym, że tak powiem, zajmuję się domem. Różnica jest taka, że teraz o 18-tej czy 19 jestem gotowa z obowiązkami domowymi, podczas gdy wcześniej dopiero mogłam o tej porze zaczynać się za nie brać. Tak że ten - jest coolersko. 

Mam teraz dużo czasu. 

Podoba mi się to, bo teraz mam czas też dla siebie samej. Właśnie zaczęłam z tego korzystać i na dobry początek postanowiłam zapisać się do tych wszystkich lekarzy, których już dawno odwiedzić powinnam była, ale nie było czasu. Zapisałam się do rodzinnego na ogólne badania krwi, bo się zorientowałam, że ostatnio miałam  badania medyczne w ciąży z Młodym, czyli jakby dość dawno, a doktor się zgodził ze mną, że po czterdziestce jak najbardziej wskazane. Zapisałam się też do dermatologa, by obejrzał te wszystkie niezliczone brzydkie, małe i wielkie pieprzyki, które mi się pojawiły na grzbiecie i brzuchu  w ciągu ostatnich miesięcy, bo - jak to mówią - diaboł nie śpi, a rodzinny powiedział, że niektóre są podejrzne. Czekam już też na wizytę u gina, bo przegląd techniczny w moim wieku powinno się robić co pół roku, a ja już ze 3 lata nie byłam, ze wzgledu na brak czasu. 

Mąż i dzieci też dostrzegają pozytywne strony. Gdy wracają do domu, matka już tam jest i już coś ugotowała albo właśnie kończy i nie trzeba ciągle jeść mrożonej pizzy i mrożonych frytek. Matka jest w domu i można od razu opowiedziec jej dzień, ponarzekać, pośmiać się, przytulić, gdy trzeba. Mąż nie musi już sam wieczorem myśleć o gotowaniu, gdy przychodzi zmęczony całodzienną harówą. W weekendy ciągle oczywiście może się wykazywać w kuchni i gotować swoje ulubione potrawy. Mamy więcej czasu dla siebie wzajemnie. To jest piękne i dobre.

Dziewczyny czują się ostatnio dużo lepiej, co widać, słychać i czuć. Dużo ze sobą gadają, przezbywają się, droczą, wygłupiają, śmieją. Znowu mamy w domu zwariowane nastolatki pełne energii i dzikich pomysłów. Czuję się bardzo szczęśliwa, gdy na nie patrzę. 

Młoda o wiele częściej gada z polskimi internetowymi kumplami - krzyczą, śmieją się, kłócą, przeklinają. Opowiada czasem o nich i o tym, co tam razem odjaniepawlili. ŻYJE! Po prostu żyje i jest znowu zwykłą nastolatką. Ktoś, kto nie doświadczył tego co my, nigdy nie zrozumie, że można się cieszyć z tego, że nastolatka krzyczy przez internet  do kolegów coś w rodzaju "kurwa, ale wy jesteście popierdoleni" zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Ten ktoś nigdy by nie zrozumiał, dlaczego my się wtedy uśmiechamy pod nosem zamiast pójśc i zwrócić uwagę. Rodzice częstokroć nie zdają sobie nawet sprawy, jakie to szczęście, gdy dziecko się śmieje, gdy dziecko się wygłupia.

Młoda chodzi też do szkoły, wtedy co musi, ale - co najważniejsze - chodzi tam zadowolona (choć ciągle jest to dla niej ciężka sprawa, ciągle jest i chyba już zawsze będzie to problematyczne i cholernie trudne, bo nadwrażliwość potrafi zrobić z życia piekło, każdą normalną dla innych sytuację zamienia w koszmar). Coraz bardziej podoba jej się fotografia i - powiedzmy sobie szczerze - coraz lepiej się na tym zna. Zdobywa doskonałe punkty z wszystkich praktycznych przedmiotów i często pomaga nawet niektórym klasowym kolegom to czy tamto ogarnąć. Z ostatniego raportu wynika, że jest jedną z 2 uczniów w klasie, którzy osiągnęli poziom 90%. 

No i, jako że większości rzeczy uczy się  w domu, to i z fotografii z przyzwyczajenia też sobie często przygotowuje lekcje w domu i potem czasem są w szkole takie sytuacje, że mają coś w grupach przygotować na lekcji, a ona już to ma zrobione, więc reszta grupy szybko tylko odpisuje i oczywiście - jak to nastolatki - czym prędzej wołają do belfra, że oni są już gotowi, by wkurzać innych, a nauczyciel nieświadomy niczego pogania resztę klasy.

Widzimy też, że jej nowa przyjaźń też rozwija się i kwitnie, co owocuje coraz lepszym samopoczuciem i coraz ostrzejszą walką z przeciwnościami. Podejrzewamy nawet, że to może być nawet coś więcej niż zwykła przyjaźń i cieszymy się radością naszego dorastającego Dziecka. Czasem się mi w głowie nie mieści, że oto jestem matką dorosłych lub prawie dorosłych dzieci. Niesamowite.

Cieszymy się też z każdym dniem i z każdym miesiącem badziej i bardziej, że mieszkamy tutaj w Belgii, a nie w tym dziwnym kraju zwanym Polską... Na każdym kroku, każdego dnia przekonujemy się, jakiego mamy farta, że udało nam się stamtąd wyjechać. Nie wyobrażam sobie, by wiedząc to, co dziś wiem, mogła bym dziś mieszkać w Polsce i że moje dzieci miały by tam żyć... Warto było przeżyć do wszystko, warto było tyle poświęcić, by mieć to co dziś mamy i o czym w ojczyźnie nawet nie moglibyśmy marzyć, bo nawet nie wiedzieliśmy że istnieje... 

Jednakże, jeśli w domu Naszej Piątki z miesiąc jest spokojnie, z kilka tygodni nic się ciekawego, specjalnego nie dzieje, to zaczynamy trząść portkami, bo u nas jak się robi za spokojnie, to pewnikiem coś pierdolnie. A po przeżyciach i doświaczeniach ostatnich dwóch lat (i wszystkich pozostałych) niestety nie wrócilismy jeszcze do swojej zwyczajnej formy psychicznej. Na to potrzeba czasu. Potrzeba jeszcze wielu tygodni i miesięcy, a może i lat, by przestać się bać, by nie reagować tak emocjonalnie na każdą głupotę... Potrzeba czasu, by uwierzyć, że wszystko jest w porządku, że życie znowu jest normalne, by nie bać się o jutro ani o pojutrze, by nie wpadać w panikę przy każdym sygnale swojego telefonu, by nie bać się odbierać telefonów ze szkoły...

Co nie zmienia faktu, że po tym wszystkim, czego ostatnio doświadczyliśmy doceniamy wiele rzeczy bardziej i lepiej siebie samych i siebie wzajemnie rozumiemy. Jesteśmy znowu silniejsi i mądrzejsi niż byliśmy wczoraj czy przedwczoraj. Znowu się czegoś nowego nauczyliśmy i znowu wyciągnęliśmy właściwe wnioski na przyszłość. Na pewno się przydadzą.

W tym tygodniu po raz kolejny się potwierdziło, co powiedziałam powyżej i to że nam nie wolno niczego planować i z niczego się na zapas cieszyć. Cholernie tylko trudno jest tę mądrość zapamiętać, kurde.

Mąż obchodził urodziny i każde z nas coś w związku z tym zaplanowało... Szczegółów znać nie musicie, dość że wam powiem, iż kilka dni przed urodzinami małżonek miał wypadek w pracy i przez większość dnia przekiblował na pogotowiu. Nie był to jakiś straszny wypadek, ale zapewniam was, że roztrzaskany palec może człowiekowi aż nadto plany urodzinowe i w ogóle życie , a tym bardziej pracę,  skomplikować. No ale cóż, życie jest upierdliwe i skomplikowane. 

Na szczęście tym razem wybraliśmy na świętowanie pobliską restaurację, która okazała sie przy tym bardzo fajna i serwująca pyszne jedzenie, więc nie można powiedzieć, że urodziny się nie udały. Jednakowoż to wielce nie fair, gdy na urodziny człowiek dostaje w prezencie od losu taki ból i nieprzyjemności. 

W tym tygodniu z kolei świętuje Najmłodszy z Piątki i żywimy nadzieję, że tym razem los nam nie pokrzyżuje szyków. Zaplanowliśmy bowiem urodziny piżamowe, na które solenizant zaprosił najlepszych kumpli i kumpelki z klasy. Znowu robimy urodziny w domu, bo w zeszłym roku było całkiem fajnie. Zabawy mamy już przygotowane, poczęstunek zaplanowany, goście już potwierdzili przybycie a solenizant poinformował, jakie chce od nich prezenty w tym roku. Co może zatem pójśc nie tak? Wszystko! Rok temu też wszystko było przygotowane, pogoda wyśmienita, to  epidemia grypy zdziesiątkowała gości. Ha. Z losem jeszcze nikt nie wygrał. Dlatego nie zamierzam tu purca strugać. Po prostu poczekamy i spróbujemy dostosować się do zaisniałych okoliczności jakiekolwiek by nie były. Oby były po prostu zwyczajne, a my zrobimy z nich wyjątkowy moment, wszak takich dwóch jak nas pięcioro to ani jednego nie ma. 




15 lutego 2020

Mój mąż, czyli nawspanialszy i najprawdziwszy mężczyzna na świecie.

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami w zaczarowanym zamku mieszkała sobie piękna, mądra i bogata księżniczka... E nie, wróć! To nie ta bajka!

Ta bajka miała być o księciu,  w sensie o facecie, chłopie, mężczyźnie, kawalerze, który któregoś średniego z piękności dnia grudniowego przyjechał był na pierwszą randkę do wiedźmy, której nigdy wcześniej na oczy nie widział, a jeno na obrazku obejrzał.

Kawaler nie był ani specjalnie brzydki, ani specjalnie stary, ani nawet specjalnie wysoki. Nie był nawet obrzydliwie bogaty. Nawet głupi nie był. I konia nie miał, tylko jakiś śmieszny pojazd samojezdny o dziwnie japońsko brzmiącej nazwie... Trochę dziwne było, że kawaler ten już blisko 40 wiosny wypatrywał, a jeszcze żadnej dziewoi nigdy do domu nie sprowadził. I taki oto nicpoń porwał się do wiedźmy startować... I to takiej wiedźmy, która już jednego przegnała za góry za lasy i która miała dwoje podrośniętych upierdliwych wiedźmiątek.

Odważny ci on był. No.... 
Dość, że po drodze jakiegoś chwasta (zwanego potocznie różą) pochwycił i w ten oto rekwizyt zabezpieczony do wiedźmy drzwi żwawo zapukał... zadzwonił znaczy, bo pukanie ci akurat popsute było.

Wiedźma drzwi otworzyła, zielska zwanego kawą naparzyła..

I tu się bajka kończy a zaczyna się zwyczajne życie.

Wyobraźcie sobie teraz taką o to sytuację, w której blisko czterdziestoletni kawaler nie mający żadnych większych doświadczeń w mieszkaniu z kobietami ani tym bardziej w mieszkaniu z kobietami i ich dziećmi, z obchodzeniu się z tymi w ogóle, nagle przyprowadza do swojego malutkiego, przytulnego, wymuskanego mieszkanka kobietę z dwójką dzieci.

Czy ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić siebie w podobnej sytuacji?

Trzeba mieć jaja, by temu sprostać. Byle ciulik nigdy by nie dał rady. Byle dupek poddał by się w pierwszym tygodniu, a najdalej w drugim wyrzucił by tałatajstwo z chaty albo sam poszedł w pizdu.

Facet  bowiem zazwyczaj po to sobie bierze kobietę domu, by się cieszyć jej towarzystwem. By się bawić, by rozmawiać, by razem jeść i robić te wszystkie fajne rzeczy, które robią faceci z kobietami. A to kawaler był, który chciał się nacieszyć wszystkim co najfajniejsze w posiadaniu kobiety. Ale ta jego kobieta miała dwoje dzieci, z którymi facet musiał się ciągle tą kobietą dzielić. Dzieci, które wstawały raniutko i które przychodziły czasem w nocy, gdy coś złego im się śniło. Dzieci, które potrzebowały wiele uwagi i troski ze strony mamy.

Czy myślicie, że temu facetowi było łatwo? Czy myślicie, że go czasem ta sytuacja nie wkurzała. Kurwa, ludzie, przecież to prawdziwy facet z jajami a nie jakaś cipoląg w chujogniotach.
Nie raz zapewne przyszło mu się zastanowić, czy dobrze zrobił. Nie raz zapewne sytuacja go przerastała, a nerwy czasem zwyczajnie puszczały i nie raz zwyczajnie miał dość. Jak każdy w trudnej sytuacji. Nie raz zatem pierdolnął drzwiami albo cisnął jakąś kurwą czy chujem w bliżej nieokreślonym kierunku. Bo to prawdziwy facet a nie jakaś popierdółka.

Były też takie momenty, że któreś z dzieci zachorowało, a chorowały dosyć często. Wiecie, co robił wtedy ten facet? Robił to wszystko, co tylko prawdziwy facet z jajami jest w stanie zrobić. Ten facet siedział całe noce przy łóżku chorego dziecka. Ganiał do kuchni parzyć herbatkę. Potem ją studził i poił chore dziecko. Głaskał to chore dziecko po rozpalonej łepetynie. Zmieniał pościel, ścierał rzygi z podłogi, prał brudną bieliznę. Prawdziwy facet nigdy nie zostawia bowiem swojej kobiety w trudniejszych sytuacjach. Zawsze jest przy niej na dobre i na złe. Ten facet siedział przy dzieciach czasem całe noce, a rano szedł do pracy. Bo tacy są prawdziwi faceci.

Ale były też takie momenty, kiedy nikt nie chorował i wszystko było w najlepszym porządku. Co wtedy robił ten facet? Wtedy facet zabierał swoją kobietę i jej dzieci np do parku albo na plac zabaw, albo na lody, albo nad wodę, albo w jakieś inne fajne miejsce. Ten facet ganiał z dziećmi pomiędzy drzewami, popychał ich na huśtawkach, kręcił na karuzeli, śmiał się, żartował, nosił na barana, uczył jeździć na rowerach, obcierał śpiki, dmuchał na obdarte kolana, opierdalał obce  wredne bachory, które dokuczały dzieciom.

Facet ten dał obcym dzieciom wszystko, co tylko mógł dać. Dał im własny przytulny pokój, dał telewizję i internet, dał ciepło i spokój, dał im dom.

Przede wszystkim dał im jednak siebie i swoją przeogromną okazywaną na każdym kroku miłość i troskę.
Podarował im swój czas i swoje pieniądze. Ten facet stał się dla obcych dzieci tatą. To jest o wiele trudniejsze, niż bycie tatą dla swoich biologicznych dzieci. Choć jak wiadomo niektórzy frajerzy nawet tego nie potrafią. Żałosne dupki.

Jednak to nie wszystko. Ten facet spłodził też własnego syna - jak na prawdziwego faceta przystało - i zajmował się nim od pierwszych godzin troskliwie pełen dumy.

Ten facet jest wspaniałym ojcem dla wszystkich dzieci. 

Jednak wcale nie łatwo mu to przyszło wszystko ze sobą pogodzić i wszystko ogarnąć. To nie jest bynajmniej proste w takim układzie. Bo rozum rozumem a uczucia uczuciami. Nie jest chyba żadną tajemnicą, że wobec własnego biologicznego dziecka uczucia rodzica są rzeczą naturalną i cholernie silną. Z tym nie wygrasz. Uczucia wobec dzieci przysposobionych nie są naturalne. Nad nimi trzeba poprawcować, trzeba się ich nauczyć. To nie dzieje się w jeden dzień ani nawet w siedem. Choć jak ktoś z boku patrzy i i nigdy w takiej sytuacji nie był, to może sobie myśleć, że to łatwe, że wystarzcy chcieć i  że w ogóle wielkie mi tam mecyje. A to wielkie mecyje zdecydowanie. To była cholernie trudna sytuacja dla wszystkich. Kosztowała wiele nerwów, czasu i cierpliwości. Faceci nie raz jojczą, jakie to trudne jest ojcostwo, gdy mają raptem jednego małego bobaska. Ciekawe, co by ci biedacy powiedzieli, gdyby tak jak TEN FACET dostali na raz troje dzieci w różnym wieku? No ale z taką skomplikowaną sytuacją tylko prawdziwy facet może sobie dać rady.

Nie był to koniec sprawdzianu na prawdziwego faceta. Kolejną bowiem rundą były problemy finansowe. Kobieta nie mogła znaleźć pracy w nowym miejscu i facet dwoił się i troił, by jakoś swoją nową rodzinę utrzymać. Los jednak postanowił sobie poszaleć i sprawił, że facet nie mógł więcej pracować na cały etat, a co za tym idzie, zaczęło brakować forsy nawet na podstawowe rzeczy. Jak poradził sobie facet z tą sytuacją? Wyjechał do całkiem obcego kraju, gdzie udało mu się znaleźć robotę w swoim zawodzie. Facet jest dobry w tym, co robi i wszyscy go chwalą, a ci obcy ludzie szybko się poznali na fachowcu i na człowieku. Dlatego pomogli mu znaleźć mieszkanie dla rodziny, a nawet za niego poświadczyli wobec obcych ludzi i pożyczyli pieniądze na kaucję mieszkaniową. Byle komu nie pożycza się 2 tysięcy euro... 
Jednak TEN facet jest najwyraźniej godzien zaufania i da się to zauważyć nawet na pierwszy rzut oka. Bo taki jest prawdziwy facet. Wszyscy od razu wiedzą, że to jest Ktoś przez duże K.

Jeszcze nie wiecie najważniejzego o tym facecie. Ten facet nie wstydzi się łez. Ani łez smutku, ani łez wzruszenia. Ten facet nie wstydzi się okazywać uczuć. Ten facet uwielbia przytulać i być przytulanym przez swoją kobietę i przez swoje dzieci. Tylko prawdziwy facet może być tak uczuciowy.

Ten facet ponadto jest inteligentny, zna się na muzyce i filmach, a także lubi czytać książki i dyskutować godzinami na każdy możliwy temat

Zapomniałam prawie o jednej z ważniejszych cech prawdziwego faceta. Tylko prawdziwy facet potrafi zrobić pranie, posprzątać cały dom - zmienić pościel, zetrzeć kurze, odkurzyć, zmyć podłogi, umyć gary z pomocą zmywarki lub bez.
Tylko prawdziwy mężczyzna potrafi znaleźć w sieci nowe przepisy i ugotować według nich wspaniałe dania, kupując uprzednio wszystkie potrzebne produkty w kilku różnych sklepach, bo prawdziwy facet wie doskonale w którym sklepie są najlepsze warzywa, a w którym najtańsza mąka albo makaron, a u którego piekrza dostanie najpyszniejszy chleb czy bagietki.

Prawdziwy mężczyzna jest też doskonałym kochankiem i znawcą kobiecego ciała oraz kobiecych potrzeb, fanaberii a także pogromcą wszelakich babskich upierdliwości.
Tylko prawdziwy facet może to wszystko ogarnąć!


Wiecie gdzie mieszka ten najwspanialszy facet na świecie, o którym tu mówię?
Nie, no skąd moglibyście wiedzieć. 

Ja wiem gdzie on mieszka i wiem, że jestem prawdziwą farciarą mając takiego mężczyznę za męża.

Chcę Mu w tym miejscu serdecznie podziękować, za to 
że 10 lat temu przyjął mnie z moimi Córkami pod swój dach,
 że dał nam Prawdziwy Dom i Prawdziwą Miłość, 
że zawsze był i jest ze mną zarówno w tych wszystkich trudnych momentach jak i w tych chwilach pięknych i spokojnych. 
Za to, że jest tak wspaniałym tatą, a jak trzeba to nawet mamą.

A z okazji urodzin
 życzę Tobie, Mój Drogi Mężu,
 by kolejne dni,
 tygodnie, 
miesiące 
i lata
 przyniosły Ci 
wiele radości i dobrej zabawy,
 by były w miarę spokojne, ale nie nudne,
 by było przynajmniej tak jak jest
 a nigdy gorzej, 
by zdrówko Ci dopisywało
a sił ani cierpliwości nie brakowało do użerania się z przeciwnościami losu, 
nami i naszymi problemami

 i jeszcze 
spełniania kolejnych
 małych i dużych 
życiowych marzeń.







1 lutego 2020

Monchau. Urocze niemieckie miasteczko tuż przy granicy z Belgią.

W czasie ferii świątecznych byliśmy na wycieczce w Monschau
Miasteczko leży nad rzeką Rur w zachodnich Niemczech, nie daleko od Belgii i jakieś 40 km od Aachen (Akwizgranu). Miasteczko to odkryłam przypadkiem klikając sobie po instagramie. Nie żałuję, że tam pojechaliśmy. Zimno trochę było, ale mimo wszystko fajnie. Na pewno wybierzemy się tam ponownie w sezonie letnim, by połazić po górkach i posiedzieć nad wodą z piwkiem czy kawusią. Fantastyczne i urokliwe miejsce.

Monschau znajduje się na obrzeżach Narodowego Parku Eifel, a sam park też jest niczego sobie - jak widzę w internetach - i kiedyś musimy go sobie obejrzeć z bliska. 



Pieniądze na dzieci w Belgii, czyli jak to manna z nieba leci.

Zdarza mi się czasem gdzieś przeczytać lub usłyszeć, że w Belgii rodzice dostają kupę szmalu na dzieci od państwa. W ogóle że "socjal" jest wysoki no i zasadniczo, że euro tu na krzaku rośnie i tak dalej. Pomarzyć dobra rzecz, jak mówią, ale nie zaszodzi też orientować się z grubsza w faktach.
na leszczynie tylko kluski rosną, euro nie widziałam jeszcze

Na co zatem może rodzic liczyć w Belgii? 

W sumie to na sporo rzeczy. Przede wszystkim jednak może pracować i zarobić i to jest najważniejsze.

Rodzinne.

Wszyscy rodzice dostają tutaj  dodatek rodzinny, który wynosi według starych zasad (dzieci urodzone i przybyłe do Belgii do 2019 roku):
od ok 90€ na pierwsze, 
170€ na drugie 
i 260€ na kolejne dziecko
plus do tego dodatki wiekowe od 6tego, 12tego, 18tego roku życia w oszałamiajacych kwotach od 16€ do 60€.

Dla przykładu podam, że u nas wychodzi na troje dzieci łącznie jakieś 630€/mc. 

Jakby to na złocisze przeliczył, to może by było i dużo, ale my nie mieszkamy w PL, tylko w BE, gdzie wydajemy w euro, a ceny są europejskie i dla nas jest to po prostu 630€, to jak w PL 630 złotych tak mniej więcej. Dużo? Nie, ta kwota nie pokrywa nawet naszych wydatków na jedzenie ani tym bardziej na czynsz, ale dobrze, że dają - zawsze się przyda, choćby na ubrania dla dziecka czy faktury za szkołę.

Do tego jest jednorazowy dodatek szkolny w sierpniu: podstawowy w kwotach
od 20€ dla 3-4letnich maluchów
do 60€ dla dorosłych uczących się dzieci
plus inny dodatek zależny m.in. od tego do jakiej szkoły dziecko chodzi i od dochodu.

Rodzinne według nowych zasad. Na dzieci urodzone (i przybyłe do BE) po 2019 roku rodzic dostaje od 140€ do 290€ na dziecko miesięcznie zależnie od dochodu, sytuacji rodzinnej i wieku dziecka. Szaleństwo po prostu.
.
Jednorazowy dodatek za urodzenie lub adopcję  dziecka to w Belgii ok 1000€, wg nowych zasad na drugie i kolejne dziecko jest ok 500€.

Są też dodatki dla dzieci niepełnosprawnych, które wynoszą od 80-560€/miesięcznie zależnie od stopnia niepełnosprawności (wg nowych zasad).

Jedno, co mogę rzec to to, że z rodzinnego tutaj na pewno z dzieckiem nie wyżyjesz nie mając pracy, bo nawet na najniższy czynsz ci nie starczy, nie mówiąc o opłatach, jedzeniu czy przyodziewku.

Kolejną rzeczą, którą rodzice w Belgii dostają od państwa jest szkoła.

Król sponosoruje naukę najmłodszych, w związku z czym rodzice dzieci od 2,5 do 12 lat nie muszą kupować do szkoły prawie nic. Podręczniki, przybory, zeszyty i wszystkie inne rzeczy są w szkole, a rodzic kupuje tylko strój na gimnastykę, na basen, tornister i pudełka na jedzenie (kanapki, ciastka, owoce) oraz ROWER (przynajmniej u nas obowiązkowo jest mieć rower, bo czasem są wycieczki rowerowe i nikogo nie obchodzi skąd takowy weźmiesz, zresztą tu każdy ma porządny rower - to jest oczywiste, bo to Flandria). 
W belgijskich szkołach i przedszkolach nie serwuje się raczej jedzenia. W niektórych są zupy w sezonie zimowym czy inne tam ciepłe posiłki, ale oczywiście płatne. Dzieci mogą iśc na obiad do domu, bo przerwa obiadowa trwa godzinę. Jednak standardem są po prostu zwykłe kanapki i woda o 12 godzinie oraz ciastko lub owoc o godzinie 10tej. (tak, na cały siedmiogodzinny dzień!). 

W Belgii (mam na myśli Flandrię, bo inne regiony w detalach mogą się nieco różnić) są też obowiązkowe FAKTURY ZA SZKOŁĘ! Płaci się miesięcznie albo raz na trymestr zależnie od szkoły. Płacimy m.in. za różne kserówki, wydruki, wycieczki (także zagraniczne), obozy, niektóre programy i sprzęt komputerowy i wiele innych rzeczy zależnie od szkoły. (szkolne wycieczki i kilkudniowe obozy są tu obowiązkowe).
Płacimy też za świetlicę i to nie tylko tę przed lekcjami i po lekcjach, ale także opiekę na przerwie południowej! 

Faktury szkolne to wydatek od kilkunastu do KILKUSET euro na trymestr zależnie od rodzaju szkoły i kierunku. Podstawówka jest najtańsza, nienajgorzej jest też w zwykłym liceum. Jednak technika i zawodówki to już dosyć kosztowna edukacja.

Podręczniki i przybory do szkoły średniej kupuje się  we własnym zakresie.
Do tego dochodzą ewentualne wydatki na bilety miesięczne/trzymiesięczne czy roczne. Przypomnę, że tu do szkoły średniej idzie się mając lat 12 (słownie: dwanaście) i trzeba dojeżdzać rowerem (do 10 km standard) albo autobusami czy pociągami. Abonamenty szkolne są dużo tańsze niż dla dorosłych i stosunkowo chyba tańsze niż w Polsce, ale to zawsze wydatek. 

W końcu kwestia, która wielu Polakom mieszkającym w Polsce często umyka.

U nas w Belgii nie ma darmowej służby zdrowia. Jest tylko prywatna.

A to znaczy, że za każdą wizytę u lekarza, dentysty, psychologa, ortopedy,  logopedy,  w szpitalu, na pogotowiu trzeba zapłacić. Potem dopiero dostajemy ewentualnie częściowy zwrot kosztów od swojego ubezpieczyciela, zakładając że pracujemy i jesteśmy ubezpieczeni albo płacimy sobie ubezpieczenie na własny rachunek, co raczej bez pracy trochę może być trudne, bo tak serio to euro nie rośnie na krzaku, a państwo nie jest za bardzo skore do sponsorowania nierobów. 

Darmowe są tutaj okresowe badania dla dzieci oraz szczepienia obowiązkowe, których tu jest więcej niż w PL. Darmowa jest też podstawowa opieka dentystyczna dla dzieci do 18 roku życia (kontrolne wizyty, leczenie, plomby). Płacimy za wszystko, ale dostajemy 100% zwrot. Za aparat korygujący już jednak zabólimy z własnej kieszeni, a ubezpieczyciel odda tylko mały procent (u nas np aparat będzie kosztował 2,5 tysiąca €). No chyba że mamy opłacone ubezpieczenie dentystyczne, co jednak przecież też wiąże się z wcale nie małym systematycznym wydatkiem i czasem może sie zwyczajnie nie opłacać. 

Jest tu też ubezpieczenie szpitalne, które dobrze jest płacić, bo w razie trafienia do szpitala koszty liczy się w dziesiątkach tysiecy euro. No ale szpitalne ubezpieczenie też bynajmniej wszystkich kosztów nie pokrywa i często nadal trzeba kilkanaście albo -dzieciąt tysięcy euro zapłacić za pobyt swój czy dziecka w szpitalu.

Nie można zapomnieć też tutaj o ważnej sprawie. Zdrowie dziecka jest tu pod nadzorem państwa cały czas. Podczas badań okresowych, w szkole ludzie przyglądają się dziecku bardzo dokładnie i jesli ktoś twierdzi, że dziecko np ma zaniedbane zęby, krzywy kręgosłup, wadę wymowy, brakuje mu jakiegoś szczepienia czy zauważy jakikolwiek inny problem okołozdrowotny to zaraz wysyła do rodziców list z informacją, że powinni coś z tym zrobić. Olewanie problemu zasadniczo może się skończyć dla rodziców w sądzie. Zatem nie możesz tu powiedzieć - jak w Polsce - że nie masz hajsu, czy czasu na dentystę, psychologa, ortopedę.

To samo tyczy się mieszkania. W Belgii nie ma takiej opcji, by pięcioro dzieci gniotło się w 2 pokoikach. Tutaj każde dziecko ma mieć swój własny kąt i odpowiednie warunki do nauki i relaksu. Sprawdzają to w razie wątpliwości lub podejrzeń, a także strandardowo przy meldunku. Tutaj ci nikt nie powie, że przy dwóch dzieciach i trzecie sie wychowa. Jeśli rodziców nie stać na utrzymanie dziecka, to lepiej by nawet sie nie starali albo za wczasu pomyśleli o aborcji. No co? Takie są fakty, przed tym nie uciekniesz.

Mieszkam w tym kraju siódmy rok i dziś wiem, że tutaj nie możliwym jest utrzymanie rodziny z jednej pensji. Mówię oczywiście o zwykłych ludziach pracujących w zwykłych zawodach (pracownicy fizyczni, nauczyciele, urzędnicy, kierowcy, drobni przedsiębiorcy etc etc) nie o bogaczach. Nie ma też tutaj zbyt dużo zbyt długich urlopów (ani macierzyńskiego, ani wychowawczego, ani nawet zwykłego wypoczynkowego to tu nie nawaliło - ale o tym będzie kiedyś osobny wpis). Każdemu z rodziców przysługuje tutaj 10 dni BEZPŁATNEGO urlopu na opiekę nad chorym członkiem rodziny (dzieckiem, partnerem), który wypisywany jest przez lekarza. 

Dlatego tutaj większość rodziców płci obojga pracuje (ale też dlatego, że CHCĄ i że MOGĄ), a matki zaraz po urodzeniu dziecka zaczynają szukać żłobka (znalezienie miejsca często graniczy z cudem) albo niani, by jak najszybciej wrócić do pracy choćby na część etatu. Niektórzy rodzice pracują w domu, inni pracują na część etatu. Wiele mam (choć ojcom też się zdarza) nie pracuje w środy, bo wtedy szkoła jest tylko do południa i nie ma co zrobić z dzieckiem. Babcie i dziadkowie nie są tu specjalnie skłonni zajmować się wnukami i moim zdaniem mają świętą rację. Zresztą wielu emerytów nie ma tu czasu na wnuki, bo albo też sobie dorabiają (emerytury belgijskie nie zwalają z nóg), albo zajmują się swoim hobby, podróżują, a czasem zwyczajnie są starzy i chorzy, bo ludzie coraz częściej stosunkowo późno starają się o dzieci a to ma swoje konsekwencje.

A prawie zapomniałam o bardzo ważnych wydatkach na dzieci. Wydatki na zorganizownie czasu wolnego, czyli zajęcia pozalekcyjne oraz kolonie czy tam obozy (jak zwał tak zwał) oraz organizacja urodzin i inne różne "standardowe" imprezy, które co prawda nie są wedle prawa obowiązkowe, ale po pierwsze dosyć niekorzystnie są postrzegani rodzice, którzy dziecka nigdzie nie wysyłają na żaden obóz, do żadnego klubu sportowego, akademii muzycznej, a po drugie samo dziecko źle się może czuć, gdy będzie jedynym w klasie, które nigdzie nie bywa, nigdzie nie należy.  

Mam nadzieję, że choć część ludzi zrozumiała po co  napisałam ten post i że wcale nie po to, by się skarżyć ani użalać, ani też nie po to by pokazać jak mi ciężko w tej zagranicy.

Napisałam, żeby opowiedzieć po prostu jak jest i pokazać że tutejsze życie diametralnie różni się od życia w Polsce. Różni się standardem i poziomem życia, różni się oczekiwaniami społecznymi, różni sie rozwiązaniami i prawem. Ten wpis dotyczy sytuacji zwyczajnych, życia przeciętnego człowieka.

Mnie się podoba życie tutaj i wiele (pewnie nawet większość) belgijskich rozwiązań uważam za dobre i rozsądne. Euro na krzaku nie rośnie, ale człowiek ma możliwości, by zarobić to euro uczciwą pracą. Ceny mamy tu europejskie (czytaj: w chu wszystko drogie i z każdym miesiącem drożeje), ale ciągle człowiek może tu godnie żyć, a nie jak żebrak. 

A socjal? No cóż, to już inna historia na inny wpis. Uwierzcie mi jednak na słowo, że nikt Wam w Belgii niczego bez powodu za darmo nie da. No chyba że w łeb. Żaden kraj by do niczego nie doszedł ani niczego nie osiągnął, jakby rozdawał hajs na lewo i prawo za nic i promował nieróbstwo i żebractwo zamiast uczciwej pracy i nauki. Są jednak sytuacje szczególne, wypadki losowe, choroby, kiedy to człowiek potrzebuje specjalnego traktowania i tu dobrze jak pańswto wówczas pomoże. Pomagając rodakom miałam okazję się przekonać, jak pomaga Belgia ludziom w potrzebie w wyjątkowych, podbramkowych sytuacjach i kiedyś zapewne o tym napiszę. 


25 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika. Jak nam mija 2020?

Dawno już nie opowiadałam o naszym codziennym życiu, a kilka osób pewnie jest ciekawych, jak nam mija nowy rok. Zasadniczo widać już pierwsze oznaki wiosny (zdjęcia poniżej są z tego roku), a poza tym...



Póki co mija dosyć spokojnie. Już koniec roku upłynął nam w bardzo spokojnej atmosferze. A atmosfera jest spokojna, bo Młoda się znacznie uspokoiła. Odnalazła się na powrót w tej skomplikowanej rzeczywistości. Wyniki z egzaminów mają tu bez wątpienia spore znaczenie. Sporo bowiem osób (szczególnie belfrów i innych tam ludzi szkoły) było wyraźnie w szoku. Bo jak to jest możliwe, że dziecko nie chodzi do szkoły, a potrafiło tak świetnie napisać testy na koniec trymestru. Młoda miała mieć po feriach rozszerzone zajęcia. Znaczy miała więcej niż w poprzednich miesiącach chodzić do szkoły. Jednak zaraz po Nowym Roku zadzwoniła do mnie dyrektorka i powiedziała, że Młoda jest "genoeg slim" (wystarczająco mądra) skoro tak doskonale poradziła sobie z egzaminami ucząc się w domu i w związku z tym nie ma potrzeby częstrzego zaganiania jej do szkoły. Dodała, że Młoda jest tam oczywiscie zawsze mile widziana i jeśli ma ochotę, może chodzić więcej, ale oficjalnie pozostaje przy takim układzie jak było, czyli chodzeniu do szkoły tylko i wyłącznie na lekcje praktyczne z fotografii, a to jest po 2 godziny przez 2 dni i jeden dzień cały. Dwa dni ma całkowicie wolne. My tak sobie podejrzewamy, że poza egzaminami wpływ na te postanowienia dyrekcji i CLB mógł mieć też telefon psycholożki, która się wkurzyła niefajnym i głupim potraktowaniem Młodej przez panią z poradni i tam zadzwoniła do nich powiedzieć co o tym myśli. To jednak tylko przypuszczenia i domysły.
Najważniejsze, że Młoda im wszystkim udowodniła, że jest "genoeg slim" i że da sobie rady z samodzielnym studiowaniem w domu bez chodzenia do szkoły. A to zdecydowanie poprawiło jej samoocenę, a co za tym idzie pozwoliło na odzyskanie należnego spokoju. Mamy nadzieję, że będzie coraz lepiej. Choć ta pierońska nadwrażliwość niestety ciągle daje się jej we znaki. Pod tym względem bynajmniej nie jest normalnie i zwyczajnie. To ciągle jest życie z przeszkodami. 

Póki co dziś odwiedziła Największe Muzeum Czekolady z zapoznaną przypadkiem w pociągu koleżanką, która okazała się mieć bardzo podobne problemy do naszej Młodej i która tak samo jak Młoda też chodzi do szkoły w niepełnym wymiarze. Myślimy sobie, że taka znajomość może wiele naszemu dziecku (a także tamtemu) pomóc, bo wreszcie człowiek może być przez kogoś dobrze zrozumiany.  Trzymamy kciuki za tę przyjaźń. 

Poza tym ortodontka poczyniła już pierwsze kroki w instalowaniu metalowego rusztowania korygującego w paszczy Młodej. Młoda cieszy się, że będzie mieć ładne zęby, ale też trochę się niepokoi, jak to będzie z tym aparatem się żyło. No i jeszcze 2 zęby trzeba wyrwać, a jeden z nich dopiero co wyrósł, a wyrywania to nikt przecież nie lubi brrr.

Mentorka Najstarszej też nie dawno dzwoniła do mnie i mówiła, że Córa jakby ostatnio o wiele bardziej uważna i o wiele bardziej zorientowana, co w szkole się dzieje. Znaczy coraz rzadziej "zapomina" odrobić lekcji oraz przynieść potrzebnych materiałów na czas. Najstarsza sama ostatnio mówi, że pan od religii był bardzo zdziwiony, kiedy oddała zadanie haha. Bo ona nie lubi religii i uważa, że zadania sa głupie, więc co będzie odrabiać ;-) A kiedyś miała test z angielskiego i ja jej przypominałam  kilka razy, żeby sobie powtórzyła. W koncu w dzień testu pytam po lekcjach, jak poszło, a ta na to - Łatwy był ten test. ZA ŁATWY". No i faktycznie po punktach wnioskuję, że faktycznie musiał być łatwy, jak dla niej.

U Młodego nic się nie zmieniło. Ciągle z testów i zadań domowych przynosi  najczęściej 10/10. Teraz czeka z niecierpliwośicią na swoje urodziny, które zbliżają się wielkimi krokami. No i oczywiscie standardowo codziennie gra w Robloxa. Przed chwilą właśnie grał z klasowym kolegą i śmiał się przed kompem jak głupi, a pod szkołą już standardowym pożegnaniem drugoklasistów stało się "będziesz wieczorem online?". Poza tym Młody jest teraz codziennie głaskany w szkole, bo podczas świątecznej wycieczki do Niemiec zażyczył sobie na pamiątkę czapkę-kotka. To wyjątkowo słodki kotek i wszystkie dziewczyny (i chłopaki też) chodzą za nim i go głaszczą. Cała szkoła już zna naszego koteczka. A pasuje to do niego jak ulał, bo słodziak jest z tego naszego synka.

Ja z kolei pracuje o wiele mniej niż w poprzednim roku. Ciągle jednak jestem jakby na okresie próbnym, bo jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego nowego stanu rzeczy. Ilekroć przyjdę do domu, to ciągle mam w głowie, że zaraz muszę iść do kolejnego klienta. Ech ten głupi mózg.

Ale nie muszę (z wyjątkiem piątku) pracować po południu. Codziennie prawie gotuję i znowu zaczyna mi się gotowanie podobać. W ostatnim czasie bowiem znienawidziłam konkretnie to zajęcie. Bo wiecie, jak tak człowiek wraca do domu o 18-tej złachany jak koń po westernie marząc o tym by  wziąć gorący prysznic, zjeść coś dobrego  i się walnąć na kanapie, ale uświadamia sobie, że najpier w to musi coś ugotować, żeby zjeść i żeby wziąć prysznić, a dopiero potem może pomyśleć o kanapie. No i popierdzielasz do tej lodówki biegiem, po drodze tylko kurtkę zrzucając w salonie. Wyciągasz jakąś padlinę, rozmrażasz, gonisz po ziemniaki, pichcisz coś na szybko a potem pochłaniasz to w pośpiechu parząc sobie ryj. I już ci się nie chce ani kąpać, ani odpoczywać. Masz ochotę walnąć się w tych brudnych szmatach po prostu do wyra i spać, spać, spać. Człowiek jest tak złachany, że nie ma ochoty ani rozmawiać z rodzinką, ani nie ma sił myśleć o zadaniach, ani tym bardziej wysłuchiwać o czyichś problemach. Nie chce się kurwa zwyczajnie nic, gdy człowiek jest tak koszmarnie zmęczony po całym 9-godzinnym dniu na nogach bez najmniejszej choćby przerwy. Oczywiście ja jestem sprzataczką i wszystkiemu dam radę, ale kuźwa nawet sprzątaczka potrzebuje od życia też trochę przyjemności, luzu i frajdy a nie tylko zapiedalać i zapierdalać.

Teraz jest lepiej. 

Wracam do domu i biorę się za gotowanie. Mam czas by ugotować coś bardziej skomplikowanego. Mogę nawet w razie potrzeby jeszcze do sklepu skoczyć po pracy. Pomiędzy obieraniem, gotowaniem, smażeniem mogę nastawić pranie, posprzątać świnkom, przynieść trawy z łąki, wyprasować, poodkurzać i zrobić 800 innych rzeczy, które w domu do zrobienia są. Kurde, nawet mogę sobie książkę poczytać, bloga popisać, czy kawę lub herbatkę w spokoju wypić. Jacie! Potem jadę po Młodego pod szkołę. Robimy zadanie. Podaję mu jedzonko, robię gorącą czekoladę. Przytulam. Słucham szkolnych opowieści i heheszków. Mam czas na wszystko...


I teraz tak sobie myślę, że te wszystkie kury domowe, które wiecznie biadolą, jak to ciężko mają w domu, to powinny tak raz w życiu pójść na parę choć miesięcy do roboty na cały etat, a po robocie dopiero zrobić te wszystkie rzeczy, które tak ciężko zrobić będąc 24/24 w domu. Może by one wtedy doceniły to co mają i przestały narzekać na swoją "niedolę" i że chłop (zapierdalający jak dziki osioł  po 10-12 godzin) im nie pomaga.

No bo ja teraz bardzo doceniam, że zwyczajnie mam czas ugotować coś więcej niż spagetti, zupę z pudełka czy pizzę z folii.. Zapierdol uczy nas szanować czas i pracę oraz życie ogólnie. Najgorzej to jak człowiek ma za dużo wolnego czasu. Wtedy zaczyna mu się w dupie z nudów przerwacać i zaczyna wydziwiać, cudować i użalać się nad sobą.

Teraz idę oglądać z małżonkiem Netflixa, bo wieczorem w sobotę mamy na to czas.


18 stycznia 2020

W jakim języku mówi się w Belgii?

Postanowiłam napisać o językach w Belgii, bowiem czasem czytam wypowiedzi rodaków w internatach i aż mi się skarpetki filcują od tych mądrości. No bo weź, jak jakaś Grażyna się chwali, że mieszka w Belgii 10 lat a zaraz potem wymienia angielski jako język urzędowy... 
Inni przekonują naiwnych, że po angielsku dogadają się w każdym urzędzie... Taa...

Nie wiem, po co ludzie zakładają internet, skoro nie potrafią z niego zrobić użytku i sprawdzić choćby podstawowych informacji na temat kraju, do którego przybyli, tylko pitolą takie głupoty, że głowa mała. A kolejni to podłapią i bez weryfikacji podają dalej.
Czy to tak trudno wpisać pytanie w wyszukiwarkę? 
A może zdobywanie wiedzy boli albo powoduje wysypkę? 


Zacznijmy od faktów. W Belgii mamy 3 [słownie trzy] języki urzędowe: francuski, niderlandzki i niemiecki. Z tym, że to nie działa tak, jak się niektórym wydaje. To że jest trzy języki nie oznacza bynajmniej, że znając jeden z nich możesz się w całej Belgii dogadać czy pozałatwiać sprawy w urzędzie. 

Bynajmniej!

Każdy z tych trzech języków obowiązuje bowiem w innej części kraju. U nas we Flandrii (północna część kraju, czyli ta u góry) językiem urzędowym jest niderlandzki i w urzędach państwowych ten język jest obowiązkowy. We flamandzkich Urzędach Gminy nie dogadasz się w innym języku! Urzędnicy mają bowiem odgórny prikaz. Nie mogą rozmawiać z petentami w innym języku, nawet jakby po 8 różnych znali. Często nawet wiszą takie informacje w kilku językach na drzwiach, ścianach, okienkach. 

Oczywiście, jak się trafi na miłego urzędnika - tak jak było w naszym przypadku - to on może słuchać jak mówicie po angielsku czy francusku i odpowiadać po niderlandzku. W ten sposób można się dogadać, ale to raczej spotyka w małych gminach, a w miastach już raczej trudno. Swego czasu nawet mieliśmy o tym rozmowę na jednej z lekcji niderlandzkiego. Nasza docentka opowiadała, że już próbowali (oni, nauczyciele języków) kilka razy interweniować w urzędzie gminy i ogólnie próbować zmienić prawo, bo taki nauczyciel wie, że jak wczoraj przyjechałeś do Belgii, to wielce prawdopodobnie dziś nie mówisz jeszcze po niderlandzku, a pierwsze sparwy urzędowe załatwiasz w Gminie i musisz tam gadać po niderlandzku. Mało logiczne, ale cóż prawo jest jakie jest.

To samo tyczy się szkół.

We flamandzkich szkołach rozmawia się tylko po niderlandzku!!!

Mówię tu o kontakcie uczniów z nauczycielami i języku obowiązującym na przerwie.
Niektóre szkoły wyjątkowo pozwalają na rozmowy na przerwie w innych językach, ale nie jest to mile widziane. W niektórych jest całkowity zakaz i nieprzestrzeganie jest karane.

Rodzice kontaktują się z nauczycielami też tylko po niderlandzku. Przed wywiadówkami otrzymuje się informacje, że należy przyjść z tłumaczem, jeśli się nie mówi po niderlandzku. 

Wielu nauczycieli, czy też szkół w ogóle, jednak nie robi problemów i rozmawiają po angielsku, jeśli takowy znają, czy po francusku albo hiszpańsku albo niemiecku. Zwykle nie ma też problemu z zapisaniem dziecka do szkoły używając innego niż niderlandzki języka. Jednak, pamiętajcie, że mogą (i mają do tego pełne prawo) odmówić rozmowy w innym języku!

W innych miejscach zwykle o wiele łatwiej jest się dogadać w innym niż niderlandzki języku. Po angielsku czy francusku zwykle bez problemu dogada się człowiek u lekarza, prawnika, w urzędzie podatkowym, u mechanika, fryzjera, księgowego, w sklepie, restauracji i zwyczajnie z ludźmi. 

Pamiętać jednak należy, że po pierwsze ludzie nie mają obowiązku znać języków obcych ani tym bardziej w nich rozmawiać, a po wtóre każdy normalny człowiek najchętniej rozmawia w języku ojczystym, zwłaszcza w swoim własnym domu czy kraju. A jak się do kogoś przychodzi w gości, to wypada się dostosować do zasad i obyczajów u niego panujących a nie oczekiwać, żeby tubylcy się dostosowywali. Dla mnie jest to oczywiste, ale z moich obserwacji wynika, że dla innych już niekoniecznie. 

Co jeszcze istotne w kwestii Flandrii to fakt, że  przeciętny Flamand od małego nie lubi Walona oraz języka francuskiego, a fakt, że francuski jest pierwszym obowiązkowym językiem we Flandrii nie ma tu najmniejszego znaczenia. Frankofoni to zło! ;-)

Tak, francuski jest obowiązkowym językiem we flamandzkich szkołach od 5 klasy szkoły podstawowej. Język angielski, łacina, niemiecki, hiszpański, włoski (zależnie od szkoły i kierunku) dochodzą w szkole średniej. 

Znajomość francuskiego jest konieczna do otrzymania pracy w niektórych zawodach czy otwarcia własnej działalności.

Francuskim posługujemy się natomiast obowiązkowo w całej Walonii, czyli w południowej części. 
W Walonii jednak dogadanie się po niderlandzku gdziekolwiek to już  - z tego co mi wiadomo - graniczy z cudem. Nawet jak do knajpy wejdziesz i przywitasz się po niderlandzku, już cię nienawidzą. Mam kilka doświadczeń w tej kwestii. Wszystko jednak zależy od tego, na kogo się trafi. Ludzie są tylko ludźmi.

Po niemiecku mówi się w bardzo małej części Belgii, tuż przy granicy z Niemcami. Zasady jak wyżej.

Specyficznym miejscem pod względem języków (i nie tylko języków) jest stolica.

Bruksela jest oficjalnie dwujęzyczna. Wszystkie nazwy ulic, urzędów itp zapisane są w dwóch językach: po francusku i po niderlandzku.

Urzędnicy mają obowiązek rozmawiać w tych dwóch językach.

Teoretycznie tyczy się to też sklepów i wszystkich innych punktów usługowych, ale tylko teoretycznie. W praktyce jest tak, że w Brukseli coraz trudniej znaleźć kogoś, kto mówi po niderlandzku. W sklepach dziunie tylko buzie rozdziawiają i patrzą z nienawiścią na człowieka. Choć czasem z kolei bardzo ale to bardzo się starają (raczej w bardziej eleganckich sklepach i restauracjach niż na ten przykład w Quicku), by wszystko po niderlandzku powiedzieć, nawet jak widzą, że już po francusku żeś zrozumiał. Jak wszędzie i tu są ludzie i ludziska, a nawet trochę parapetów.

Z językiem angielskim Belgia nie ma nic wspólnego. Jednak większość ludzi w sklepach, urzędach, punktach obsługowych, informacyjnych, dworcach, restauracjach itd itp gada po angielsku przynajmniej na poziomie podstawowym. 

Nie należy też zapominać, że w Belgii mieszka masę różnych narodowości mówiących w domu najdziwniejszymi językami i dialektami. A ci wszyscy ludzie pracują w najróżniejszych miejscach na naróżniejszych stanowiskach i w najróżniejszych zawodach, w których częstokroć znjomość języka niderlandzkiego (czy francuskiego) nie jest tak istotna jak umiejętności, talenty i doświadczenie zawodowe. W zwiazku z tym często spotyka się na swojej drodze ludzi, którzy co prawda mówią w swojej pracy po niderlandzku (czy francusku), niektórzy mają nawet obywatelstwo belgijskie, ale ich język bardzo trudno jest zrozumieć ze względu na akcent, wymowę i w ogóle słabą tego języka znajomość. Ja słuchając takich ludzi, którzy przecudacznie wypowiadają poszczególne słowa i nawet jak wymawiają nazwę mojej miejscowości to nie jestem w stanie tego zrozumieć, to zawsze sobie uświadamiam, że mój niderlandzki prawdopodobnie brzmi dla nich i rodowitych Belgów podobnie haha. Ale to jest właśnie fajne w tym kraju - te wszystkie języki, ta wieża Babel. Dla człowieka wychowanego w Polsce, gdzie wszyscy mówią tym samym językiem to niesamowite doświadczenie i niezapomnianie pierwsze wrażenia. 

Szkoda, że wielu rodaków zamykając się tylko w polskojęzycznym środowisku i unikając kontaktu z innymi narodami, a częstokroć gardząc innymi i ich językami nie potrafi tego  niesamowitego zjawiska docenić i tym się cieszyć. 










10 stycznia 2020

Sprzątaczka na rowerze. Jeden dzień z życia.

Dzień jak co dzień. Wstałam o szóstej, obudziłam Najstarszą, nastawiłam pranie, zrobiłam sobie gorące kanapki, herbatę, kawę i to pochłonęłam w try miga. Potem zaniosłam zieleniny czworonożnym i obudziłam Młodego. Nasmażyłam mu naleśników na śniadanie. Potem wyszliśmy z domu, odstawiłam Młodego do szkoły i zasuwam sobie do klientki próbując nie przejechać dzieci i dorosłych pomykających w przeciwnym kierunku do szkoły chodniki-ścieżką rowerową. Nagle słyszę ten ulubiony przez wszystkich rowerzystów dźwięk: sSSSSSSSSS! Platte band! Kapeć w sensie. Się zatrzymałam i myślę, czy pchać to dalej czy cisnąć w krzaki a tu słyszę BIM-BAM z kościelnej wieży, co oznacza, że powinnam już być u klienta a tu jeszcze pół wioski do przebycia. Napisałam do klientki, przyczłapię za chwilę, po czym zaparkowałem złom za przystankiem i poszłam z trampka. Dobrze, że byłam już prawie na miejscu i tylko z 2 km musiałam tuptać. Całą drogę kombinowałem, jak wrócić na wioskę do drugiego klienta? Z buta 5 km to mi się nie chce, autobusy jeżdżą z 40 minutowym opóźnieniem to już wolę z trampka.... No ale klienta od razu zaproponowała, że mnie zawiezie po robocie do domu, a przy okazji skoczy sobie do Lidla... Dodam tutaj, że moja klientka ma 86 [słownie: osiemdziesiąt sześć] lat a prawo jazdy ma od ponad pięćdziesięciu lat. Uczyła się jeździć na ciężarówce swojego ojca mając lat 16. Wtedy - jak opowiada - nie było jeszcze praw jazdy, a jak później wprowadzili, to ten kto już jeździł, po prostu prawko dostał i tyle. 

To w ogóle jest przebabcia - już chyba kiedyś ją wspominałam tutaj - kobieta poza tym swoim mesiem, nie może się obejść bez smartfona i whatsaapa, z którego czatuje ze swoimi wnuczętami. Aktywnie uczestniczy w życiu facebookowym. Poza tym prowadzi też bloga, na którym pokazuje swoje robótki na drutach i wszystko, co fajnego uszyła. Lubi też robić zdjęcia, które oczywiście potrafi zgrać na kompa czy opublikować w sieci. Uwielbiam przyglądać się ludziom w tym wieku, którzy potrafią cieszyć się życiem i z niego korzystać i którzy z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy walczą z przeciwnościami losu, chorobami i niedomaganiami starzejącego się organizmu. To jest piękne i daje wiele nadziei na przyszłość. Znam bowiem też ludzi, którzy są w moim wieku a nawet i młodsi a są mentalnie staruszkami wiecznie na wszystko narzekającymi i użalającymi się nad sobą bez końca, których nic nie cieszy ani nie ciekawi... Bo lat ma się tyle, na ile się człowiek czuje i ile chce się mieć... 

U drugiej babci się z kolei dowiedziałam, że miała włamanie przed końcem roku, gdy wyskoczyła ze znajomymi na kolację. Złodzieje próbowali się też włamać do innych sąsiadów. To nie były pierwsze włamania i kradzieże w naszej okolicy. Często się słyszy o tym. U nas przeważnie wieczorami ktoś jest w domu, a w dzień sąsiadka filuje, ale takie zdarzenia przypominają, by mieć się na baczności, dobrze zamykać drzwi i furtkę, a gdy się wyjeżdża zawsze informować sąsiadów, że się nie wyprowadzamy i jakby meble ktoś wynosił to trzeba dzwonić po policję. 

Jakiś czas temu słyszałam też inną historię. Kobieta krząta się po domu i widzi jak jakieś auto pod dom podjeżdża. Nic to, może jakiś kurier, może to z gazowni albo Jehowi... Nikt jednak nie dzwoni, więc kobieta schodzi na dół zobaczyć kto to. No i widzi, że w jej ogródku za domem jacyś obcy czarnoskórzy ludzie rozkładają się w najlepsze z grillem... 
Kobieta zadzwoniła do rodziny i na policję. Przyjechali wszyscy. Okazało się, że ludziom się adresy pomyliły. Oni myśleli, że to dom znajomych, którzy pozwolili im u siebie grila zapalić. 
Wiadomo to normalne jest, że bierzesz grila, mięcho, wbijasz do znajomych na ogród i rozkręcasz imprezę nawet się z ludźmi nie przywitawszy... Co kraj to obyczaj.

A wracając do dnia dzisiejszego. Z tym głupim rowerem miałam zagwozdkę, bo teoretycznie w wypadku kapcia na drodze powinnam dzwonić na „Pechbijstand”, czyli po gości z lawetą, którzy teoretycznie powinni przyjechać i teoretycznie naprawić mi rower, co mam gratis od firmy. No ale już raz się zdarzyło, że sprawdziłam tę teorię w praktyce i wiem, że to straszna lipa. Wtedy czekałam godzinę na przyjazd prawie zamarzając na śmierć, a pan i tak wcale tego kapcia nie zrobił, tylko mnie zawiózł z tym szajsem do domu. Potem ja zadzwoniłam do mechanika (też gratis od firmy) i on powiedział, że tamci powinni byli naprawić i że on teraz nie może, bo jest chory i jeszcze długo chory będzie i kazali mi iść z rowerem do mechanika na miejscu....

Gdym sobie to przypomniała, stwierdziłam, że chyba lepiej skrócić procedurę i od razu uderzyć do tego ostatniego. Zwłaszcza że sklep rowerowy z serwisem jest ulicę dalej i mogę tam ten durny rower zapchać. I tak też zrobiłam. Małżonek po południu mnie podwiózł i zapchałam złom do serwisu. Ma być gotowe na jutro i kosztować 16€ (jeśli opona nie wymaga wymiany). No za takie pieniądze to serio szkoda czasu marnować na jakieś lawety-srety i mechaników opłacanych przez moje biuro. 

Teraz mogę iść spać spokojnie, a w poniedziałek spokojnie pojechać swoim rowerem do roboty.

Skończył się właśnie pierwszy tydzień, kiedy pracuję w mniejszym wymiarze godzin, ale póki co nie odczułam jeszcze żadnej różnicy,  bo jeszcze za dużo innych spraw na głowie, no i pierwszy tydzień po feriach to taki czas, kiedy człowiek musi się przestawić z trybu LUZ na tryb ROBOTA, co bynajmniej łatwe nie jest.

Teraz jest weekend i nic mnie więcej nie obchodzi.


5 stycznia 2020

Jak odkryliśmy naszą niezwykłość i co nam to dało.

W minionym roku wydarzyło się wiele istotnych rzeczy. Dzisiejszy wpis postanowiłam poświęcić temu, jak odkryliśmy naszą niezwykłość i co nam to dało.

Człowiek przychodzi na świat bez załączonej instrukcji obsługi. Nie dają nam schematu budowy, ani listy zainstalowyanych urządzeń. Nie zaświeca się też żadna lampka, gdy coś nie działa. Sami musimy wszystko odkryć krok po  po kroku. Co gorsza (albo lepsza - kwestia interpretacji) nie ma na świecie drugiego takiego samego egzemplarza żebyśmy mogli z kimś porównać czy kogoś wypytać co i jak, a każdy jest tak skomplikowany, że odkrywanie zajmuje nam całe życie i nigdy się nie kończy...

Tam ogólne zasady działania to ludzie dorośli zwykle znają i swoją wiedzę przekazują ludziom mniejszym. Tyle że diabeł tkwi w szczegółach... a w szczegółach różnimy się od wszystkich pozostałych modeli zupełnie, zaś próba użytkowania naszego modelu wedle instrukcji od innego może się źle skończyć niestety, a czasem zwyczajnie przynosi nieoczekiwane, inne od zamierzonych rezultaty...

Ja w tym roku zrozumiałam jak ważne jest, by odkrywać siebie, by w badaniach nie ustawać nigdy i by nie uwierzyć w błędne teorie typu "wszyscy jesteśmy tacy sami" "musisz być taki jak inni" "inni mogli, ty też możesz" itd.

Każdy ma inne cechy, inne wady, inne talenty, inne słabe i inne mocne strony. 

Ale to nie wszystko. Dziś wiem, że na świecie są ludzie zwykli i niezwykli. W tym roku odkryłam właśnie swoją niezwykłość i niezwykłość moich dzieci oraz partnera.

Odkryłam dwie ważne rzeczy, które zmieniły całkowicie moje spojrzenie na świat, a co za tym idzie sprawiły, że zrobiłam duży krok w swoim rozwoju i samodoskonaleniu. Sprawiły, że mogę być też lepszą matką niż byłam rok temu, czy dwa. Bo dziś wiem to, czego nie wiedziałam o sobie i o moich najbliższych wczoraj. 

W tym roku odkryłam, że jesteśmy niezwyczajni.

Wysokowrażliwi


Jestem niezwyczajna, bo jestem wysokowrażliwa. Moje dzieci są niezwyczajne, bo są wysokowrażliwe. Tacy się urodziliśmy, ale nikt nam nie powiedział, że to mamy ani nie nauczył jak trzeba się z tym obchodzić. 

Dopóki sobie nie uświadomiłam, że jestem wysokowrażliwa i nie dowiedziałam się, że ten system odbioru świata ma zainstalowane zaledwie 20% społeczeństwa, byłam święcie przekonana, że wszyscy myślą i czują tak samo jak ja i dlatego cierpiałam męki...

Cierpiałam męki, bo nie pojmowałam jak ludzie mogą robić takie czy inne rzeczy innym istotom, jak mogą się tak czy inaczej zachwowywać... A tu się okazuje, że oni nie widzą,  ani nie czują tego, co (i jak) ja widzę i czuję. Nie myślą też, tak jak ja myślę, bo ich mózgi zupełnie inaczej funkcjonują. 

Dziś wiem, że ja widzę, słyszę i czuję o wiele więcej niż pozostałe 80% (czy coś koło tego) ludzkości. Ja myślę szybciej i więcej niż te 80% ludzkości. Ja jestem niezwyczajna. Ja jestem wysokowrażliwa, a to ma swoje konsekwencje.

Dzięki swojej wyjątkowości intensywniej odbieram świat. Dzięki mojemu darowi mam doskonały kontakt z Matką Naturą i świetnie rozumiem innych ludzi, ale ogromna ilość odbieranych bodźców szybko wyczerpuje moje baterie i dlatego jestem wiecznie głodna i często potrzebuję przebywać w ciszy i spokoju, z dala od ludzi.  Dzięki swojej wyjątkowości częściej i intensywniej doznaję każdego bólu (fizycznego i psychicznego), częściej cierpię przez innych ludzi i mam skłonności do depresji. 

Dzięki swojej niezwyczajności czytam ludzkie emocje i uczucia jak z otwartej księgi, nawet jak nic o tych ludziach nie wiem. To jest diabelnie męczące i co gorsze, ja do tego roku nie wiedziałam, że inni ludzie tego nie potrafią! Przez to oceniałam innych po sobie. Błąd! Duuuży błąd.

Dziś wiem, że innym trzeba pobłażać, bo oni nie wiedzą co czynią, ale często mnie szlag trafia, jak musze proste rzeczy normalsom tłumaczyć po siedemset razy a oni i tak nie rozumieją, bo nie widzą tego co ja widzieć mogę wrrrr. 

Moje dzieci też są wysokowrażliwe. 

Niezmiernie cieszę się, że dokonałam tego odkrycia.

Trochę szkoda, że tak późno, że wcześniej mi nikt o wysokiej wrażliwośći nie powiedział, bo moglibyśmy uniknąć wielu problemów. Wiedząc bowiem, że moje dzieci są wysoko wrażliwe, mogę się o nie odpowiednio troszczyć, mogę im pomóc zrozumieć siebie i uczulić na to, że większość ludzi jest inna i że większość ich nigdy, przenigdy nie zrozumie. Mogę też wymagać od innych, by odpowiednio moje dzieci traktowali. Mogę innym uświadomić, że moje dzieci są wysokowrażliwe i jakie to ma konsekwencje. 

Gdybym ja sama wiedziała dawniej, co znaczy być wysokowrażliwym, żyło by mi sie na pewno lepiej. Mogłabym rozumieć, dlaczego czuję się inna, dlaczego rówieśnicy mnie nie rozumieją, a ja nie rozumiem ich. Dlaczego tak źle sie czuję wśród ludzi. Mogłabym dawno temu zrozumieć siebie i pokochać taką jaka byłam. Nie musiałabym udawać, nie musiałabym chować głowy w piasek i płakać nad swoim losem. Bo to ja jestem wyjątkowa, a reszta może mi co najwyżej zazdrościć, ha! Ale dobrze, że teraz to wiem i mogę się tym cieszyć każdego dnia. I wiem, że mam powody, by trzymać się od ludzi z dala.... Ludzie są męczący z tymi swoimi wszystkimi emocjami, którymi emanują, z tym hałasem jaki czynią...

Teraz wiem też, że gdyby nie ten właśnie dar, nie mogłabym tak doskonale rozumieć swoich dzieci i partnera. Uświadomiłam sobie, że gdybym była zwyczajna, nie była bym w stanie dziś tak dobrze pomagać moim Córkom, tak jak dziś im pomagać mogę. Wysokawrażliwość sprawia, że wiem, czego potrzebuje w danej chwili moje dziecko. Wiem, co mam mówić, bo wiem, co ono chce usłyszeć. To się tyczy nie tylko moich dzieci, ale i większości innych ludzi. Nie znaczy to oczywiście, że ZAWSZE mówię i robię to co czuję, że powinnam...
Złość, zmęczenie, a czasem zwyczajna przekora i upierdliwość każdą mi robić i mówić zupełnie co innego. Czasem nawet tego żałuję, ale tylko czasem...


Spektrum autyzmu

Moja Najstarsza też jest niezwyczajna, ale jeszcze w inny sposób. Jest teoria, że to jakieś spektrum autyzmu. Teoria ciągle nie potwierdzona na 100%, ale wystarczy, że dała mi do myślenia, że zwróciła uwagę, że moje dziecko jest niezwyczajne, a to jest ważne. Niezmiernie ważne.

Dlaczego, do jasnej ciasnej, nikt nigdy przez tyle lat mi nie zasugerował, że ona może mieć jakieś zaburzenie, że może powinnam zajrzeć do jakiegoś lekarza, że może powinnam coś poczytać?!

Dlaczego sama do cholery na to nie wpadłam?

Wszyscy wokół ciągle powtarzali, że moje dziecko jest inne, dziwne, nienormalne. Doszukiwali się problemu w jej otoczeniu, wychowaniu, mówili że to moja wina, bo jak matka jest nienormalna i dziwna to i dziecko nie może być normalne...?

Gdyby mi ktoś zasugerował autyzm czy coś w tym stylu, to może bym zaczęła o tym czytać, dowiadywać się i bym zrozumiała, że ona po prostu taka inna się urodziła i że trzeba ją inaczej traktować oraz wymagać, żądać od innych, żeby ją inaczej traktowali, a nie próbować ją zmieniać. 

Bo tak właśnie było. Przez kilkanaście lat ja i wszyscy inni próbowaliśmy ją ciągle zmieniać, naprawiać. Popełniłam ten sam błąd, który popełniono wcześniej wobec mnie. Chciałam, by była "normalna", by była jak inni, bo tego ode mnie, od nas oczekiwano. Dziś jestem zła na siebie, ale też z drugiej strony cieszę się, że w końcu to odkryłam...

Tu jest też inna strona problemu, która mnie wkurza, a o której już mówiłam w przypadku rozważań na temat depresji... TABU i MITY!
Nie wiedziałam wcześniej nic o autyzmie czy innych zaburzeniach, bo o tym się nie mówi. Albo inaczej, mówi się owszem, ale mówi się głupoty. Mówi się, że to choroby psychiczne, że to wina rodziców albo że to się po szczepieniu robi. No i to właśnie jest problem. O takich rzeczach się nie czyta, nie dowiaduje, bo to tylko patologia może mieć, bo moje dziecko przecież nie jest psychiczne... Nikt nie dopuszcza nawet takiej myśli, że coś może być z dzieckiem nie tak. Choroby, zaburzenia i dziwactwa dotyczą tylko i wyłącznie innych i to innych z patologicznych rodzin. Normalni wszka nie mają problemów. Nie mogą mieć. Bo to wstyd.

Zresztą, nawet jak już tutaj do Belgii się przeprowadziliśmy, gdzie o wiele bardziej zwraca się uwagę na dzieci i gdzie świadomość społeczna w tego typu kwestiach jest na trochę wyższym poziomie niż w Polszy, i gdy nam zasugerowano, że powinniśmy Córę poddać badaniom, bo wiele wskazuje, że może mieć jakieś zaburzenie, to my się broniliśmy przed tym.

A rodzina i inni zanjomi nas jeszcze w tym utwierdzali. No bo się bedą debile dziecka czepiać i szukać dziury w całym. Przecież to dobre dziecko. Przecież w dobrych rodzinach ludzie nie chorują ani nie mają zaburzeń. To nie wypada. To niemożliwe.

Jaki człowiek potrafi być głupi!

BO CO LUDZIE POWIEDZO.... jak się okaże że faktycznie ma autyzm, psychozę, czy diaboł wie co jeszcze... Co powiedzo, jak się dowiedzo, że chodzimy do psychiatry. No wstyd, WSTYD WSTYD!

Bo faktycznie ważniejsze są głupie ludzkie opinie niż dobro własnego dziecka. 

TAK PRZYZNAJĘ! BYŁAM GŁUPIA. Myślałam, że jak nie kupię termometru, to moje dziecko nigdy nie będzie mieć gorączki! Ot co.

Wolałam zamykać oczy i szukać usprawiedliwień, niż próbować dowiedzieć się, czy aby nie ma jakiegoś głębszego problemu.

Dziś jest mi wstyd za tamtą głupią siebie.

Dziś wiem, że moja Córka jest niezwyczajna. Nie wiem ciągle, czy to spektrum autyzmu, czy inny problem, ale po przeczytaniu wielu tektsów na ten temat i po rozmowach z różnymi ludźmi sama widzę, że ona jest inna niż reszta. Jeszcze bardziej inna niż ja. Niezwyczajna i niesamowita. Inna.

Inna, ale nie gorsza bynajmniej. Ona ma niezwyczajne, niesamowite, nieziemskie talenty, o których normalsi mogą sobie  co najwyżej pomarzyć. Jest inna, inaczej niż jej rówieśniczki się  zachowuje i wymaga innego niż one traktowania. I nie ma w tym nic złego, jak się co niektórym (albo i większości) wydaje. Bowiem dzięki swojej inności ma ogromny talent artystyczny i kreatywność do kwadratu i może tworzyć wyjątkowe rzeczy. Jej wyjątkowy sposów postrzegania i analizowania świata może być w przyszłości bardzo duzym atutem. Odkąd zrozumiałam na czym polega jej inność już nie widzę w niej biednego dziecka z problemami, którym trzeba się ciągle opiekować. Teraz widzę wyjątkową dziewczynę, widzę niesamowity potencjał, ale wymagający wielkiej troski i specjalnej uwagi. 

Zmarnowaliśmy 16 lat z jej życia próbując ją znormalizować i sprowadzić do normalnego poziomu, gdy ona jest stworzona do czego innego niż normalsi.

Ona jeszcze inaczej odbiera świat i jeszcze inaczej nań reaguje. Inaczej, nie znaczy gorzej!

Jednak lepiej późno niż wcale. Ważne, że dziś wiemy to co wiemy. Ważne, że w końcu odkryliśmy te wielkie prawdy i że od teraz możemy nasze życie i życie naszych dzieci uczynić znośniejszym. Że możemy dzięki naszym prywatnym epokowym odkryciom być lepszymi rodzicami, lepszymi partnerami dla siebie, że możemy siebie samych i siebie wzajemnie o wiele lepiej rozumieć, a co za tym idzie lepiej o siebie i swoich najbliższych dbać. Że dzięki tym odkryciom, możemy być lepszymi ludźmi i że osiągnęliśmy kolejny level życiowy i zdobyliśmy kolejne umiejętności.


Nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, by coś naprawić, by coś udoskonalić w swoim życiu i życiu waszych bliskich, by stać się lepszą wersją siebie.



4 stycznia 2020

Tradycje święta Trzech Króli w Belgii

Niektórzy rodacy twierdzą, że Belgowie nie mają żadnych świąt ani tym bardziej żadnych tradycji. Co lepsze, tego typu bzdury opowiadają swoim znajomym i rodzinie z Polski. No ale jak ktoś każde święta spędza  ojczyźnie, nie rozmawia z sąsiadami ani kolegami z pracy, a wszystkie interesy prowadzi tylko i wyłącznie z rodakami mimo 10 lat mieszkania na obczyźnie to co się też dziwować...

Ja tam jednak lubię poznawać kraj w którym mieszkam. Ciekawi mnie historia, legendy i tradycje. Zawsze z wielkim zainteresowaniem słucham Belgów opowiadających o swoim kraju i swoim życiu.

Lubię też potem tą wiedzą podzielić się z innymi, co też niniejszym czynię.

6 stycznia wypada święto Trzech Króli. 

W Polsce od pewnego czasu jest to dzień wolny od pracy. Tutaj, tak jak dawniej w PL jest to zwyczajny dzień roboczy, co nie znaczy, że nie ma święta.

Oczywiście, nie każdy jest katolikiem, nie każdy lubi obchodzić takie czy inne święta, ale to inksza inkszość.

Po niderlandzku Trzech Króli to Driekoningen. Drie [czyt. dri] znaczy trzy, trzech, troje. Koning to król, a koningen królowie. Mówimy też o Mędrcach ze Wschodu, czyli "Wijzen uit het Oosten".

W Belgii jest kilka tradycji związanych ze świętem Trzech Króli. Jednak najbardziej znane są dwie:

Chodzenie po kolędzie.


Dzieci (a czasem też dorośli) przyodziewają się w koce, obrusy czy płaszcze, jedno maluje sobie twarz na czarno i wszystkie zakładają korony. Po czym biorą gwiazdę na patyku, a czasem też latarenki, które wedle tradycji mają odganiać złe duchy i maszerują od domu do domu śpiewając:




Driekoningen, driekoningen,

Geef mij een nieuwe hoed,

Mijnen ouwe is versleten

Mijn moeder mag het niet weten...

(Trzej królowie, Trzej królowie
Dajcie mi nowy kapelusz
Mój stary jest zniszczony
Mama nie może się dowiedzieć...)





Driekoningentaart, czyli ciasto Trzech Króli

Jeśli ktoś mieszka w Belgii to na pewno już nie raz widział w piekarni czy w zwykłym supermarkecie ciasto z koroną. Ciasto może mieć różne formy i nazwy. Może to być tarta z ciasta francuskiego, może to być chałka z rodzynkami czy jeszcze jakieś inne ciasto.Wszystkie mają jedną wspólną cechę - korona i "ziarenko".

https://www.nieuwsblad.be/
W cieście znajduje się migdał, ziarno z czekolady, pieniążek albo figurka z porcelany, plastiku czy metalu. Te figurki mają często wartość kolekcjonerską i może to być wszystko. Najbliższe tradycji są Jesusek i król, ale dziś to raczej kwestia fantazji i może to być Myszka Miki. Do ciasta musi być dołączona korona.

Ciasto trzech króli, źródło: internet

Figurki z ciasta trzech króli, https://www.hetvirtueleland.be/

Trzech króli świętuje się wieczorem 5 stycznia albo 6 stycznia. Zabawa polega na tym, że wyżej wspomniane ciasto kroi się na tyle części, ilu jest biesiadników i komu trafi się "ziarenko", czyli ten midał, pieniążek czy figurka, ten zakłada koronę i zostaje królem dnia i może decydować w jakie zabawy będą się wszyscy bawić tego wieczoru czy popołudnia, o której dzieci pójdą spać itd. Oczywiście zabawa skierowana jest głównie dla małolatów, ale wszystko kwestia fantazji i poczucia humoru. W każdym razie trzeba uważać na zęby wcinając to królewskie ciasto :-)

Inne tradycje zależą od regionu i danej gminy. W jednym są imprezy dla dorosłych, w innym specjalne procesje...