23 września 2020

Wycieczka do Zwolle. Gdy wybierasz w rozkładzie 1 przesiadkę a 3 dostajesz gratis ;-)

Na wakacjach dobrze jest odpocząć nie tylko od pracy, ale i od części rodziny. Tak przynajmniej my uważamy i u nas się sprawdzają wakacje i odpoczynek w mniejszych grupach. Choć nie bez znaczenia jest tu zapewne fakt, iż jesteśmy rodziną patchworkową... 

I tak w tym roku męska część rodziny urlopowała się w Polsce, a żeńska w Holandii, a razem zaś czilowaliśmy się w Belgii.

W niniejszym wpisie opowiem o naszej wycieczce do Holandii.

 Do końca w sumie nie wiedzieliśmy, czy to się uda, bo z tym nowym dziwnym wirusem to nic teraz nie jest pewne. Zrobiłam jednak rezerwację noclegu i kupiłam bilety na pociąg no i czekałyśmy. Gdy już było bliżej jak dalej do planowanego wyjazdy zaczęła rosnąc nagle liczba zakażeń covid-19, a żeby było mało wrażeń, to któregoś dnia Młoda postanowiła dosyć spektakularnie zejść ze schodów z kubkiem i po tym przedstawieniu jej kostka znowu zrobiła się bardzo gruba, palec u nogi i palec u ręki nabrały ciekawej kolorystyki, ale najważniejsze że kubek się nie stłukł...

Ostatecznie jednak wyjazd doszedł do skutku. Wybrałyśmy się do Zwolle w prowincji Overijsel. Dlaczego tam? A dlaczego nie? Jedna z dużych ma tam internetową psiapsiółę i stwierdziłyśmy, że można połączyć spotkanie w realu z wycieczką wakacyjną. 

M_Jak_Mąż odwiózł nas o świcie na dworzec do Mechelen, bo tak łatwiej niż z naszego zadupia się pociągiem telepać. W planach miałyśmy jedną przesiadkę w Rotterdamie... 

Rotterdam

W planach, to znaczy zgodnie z rozkładami jazdy. Rzeczywistość jednak jak zwykle okazała się o wiele bogatsza we wrażenia i ciekawsza. Gdy już zostało nam pół godziny jazdy do punkku docelowego, nagle nasz pociąg się zatrzymał... Gdzieś w polu. Przez głośniki nadano komunikat, że pociąg jadący przed naszym uszkodził trakcję elektryczną i dalsza jazda nie będzie możliwa i że o szczegółach powiadomią za chwilę, jak sami będą wiedzieć. HA HA HA BARDZO ŚMIESZNE.

Za chwilę przeszli konduktorzy z kluczem i otworzyli wszystkie okna, bo klimatyzacja przestała działać. A że było już po 10tej to i coraz cieplej zaczęło się robić w wagonach, bo to było w upały akurat... COOL

Potem było kilka komunikatów na temat tego, czego nie wiedzą i że jak będą wiedzieć to powiedzą.

I że może będą nas ewakuować autobusami...

W końcu mieli prawie dobrą wiadomość, a "prawie" w tym wypadku robi ogromną różnicę. Powiedzieli, że uda się na chwilę włączyć prąd i uwaga... będziemy mogli WRÓCIĆ DO POPRZEDNIEGO DWORCA. I że stamtąd z peronu takiego i toru takiego jedzie pociąg do gzdieśtamgdzieśtam a z toru takiego a takiego gzdieśtamgdzieśtam... Dziękuję do widzenia miłej dalszej podróży. 

Problemy na torach w Holandii to świetna okazja, by się przekonać jaka jest różnica pomiędzy flamandzkim niderlandzkim a holenderskim niderlandzkim. - Co on tam namymlał przez ten mikrofon? - Pytam dziewczyn. One wzruszają ramionami i rozkładają ręce. Też zrozumiały tylko słowa "tor", "pociąg" i "do widzenia" hahaha.

Wiadomo, że jak kupiłam bilety do Zwolle to chcę dojechać tylko do Utrechtu. 

Najpierw zmarnowałyśmy trochę czasu na zwykły pospolity wkurw (ja) i narzekanie (ja). Najstarsza nie ma zainstalowanego stresu. Młoda jest młoda i trzeźwo myśli i szybko znalazła holenderską stronę lini kolejowych i zaczęła obczajać pociągi. Ja oczywiście wiem wszystko lepiej i poszłam się zapytać w informacji... No poszłam, taa.... nie tak hop siup. najsampierw bowiem trzeba było zrozumieć, jak otworzyć bramki biletem elektronicznym. Młoda odkryła, że dobrze jest kod na smartfonie powiększyć, wtedy skaner to odczyta. Otwarło! No i dobra człowiek powiedział to samo co Młoda, że ten i ten tor ale można też z tamtego i tamtego. Poszłyśmy  na ten i ten. Patrzyłyśmy na kawki.... 

Wiecie, że oni tam na stacji żebrzące kawki mają zamiast gołębi jak na normalnych dworcach..?!

Patrzyłyśmy na te durne kawki. Gadałyśmy. W końcu patrzę za siebie, a tam konduktor właśnie odgwizduje odjazd NASZEGO POCIĄGU, bo jednak tor ten-a-ten A a ten-a-ten B to kuźwa różnica jest. Pociąg z trzema przesiadkami z głowy. Został ten z dwoma przesiadkami odjeżdżający z tamtego i tamtego toru. Nie było ani A ani B.

Poszłyśmy tam. Wsiadłyśmy. Po kilku stacjach przesiadłyśmy się do kolejnego, jak się okazało bez klimy, który jedzie godzinę do Zwolle. Po sprawdzeniu biletów konduktor przełaził spowrotem na początek pociągu i kazał zdjąć młodym buty z siedzeń. Potem uszedł kawałek i wrócił, by powiedzieć, że jak nam gorąco, to możemy pójśc na koniec wagonu, gdzie jest chłodno... 

Lepiej późno niż wcale. 

Faktycznie było chłodniej.

W międzyczasie przemejlowałam do hotelu, by poinformować o spóźnieniu. Mieliśmy być w na miejscu przed 11 a dotarliśmy na 14. Czekali na nas. Chyba sprawdzili informacje, bo znali szczegóły wydarzeń na torach. 

Z przygodami, bo z przygodami (w końcu co to za wkacje bez przygód!), ale dotarliśmy do naszego celu.  Nasza noclegownia okazała się taka, jak była pokazana w internetach, no po prostu fantastyczna. 

Pelsertoren

B&B Pelsertoren

nasz pokój w Pelsertoren


Na szczyt wieży można sobie było wyjść i popatrzeć na dół

widok z naszej wieży

dosyć wysoko...

widok z naszej wieży

na szczycie Pelsertoren


schody na szczyt wieży


widok z wieży na Peperbus


widok z naszej wieży


Nie ukrywam, że ja tam do tego Zwolle to głównie dla tego noclegu właśnie jechałam, bo ja to wszak nie jestem normalna. Szukając informacji o tym miasteczku natrafiłam na zdjęcie fragmentu zabytkowego muru miasta i wieży Pelsertoren, przy czym stało napisane, że tam można nocować i że na wieży można się relaksować i patrzeć sobie na miasteczko. No to jak chcę tam przenocować. Noooo, gdyby nie pandemia, to takie miejsce już przed wakacjami dawno by było zajęte, ale koronie zawdzięczamy, że było wolne więc od razu zarezerwowałam. 

A to hotel akuratny na czas pandemii, bo jest tam raptem 3 pokoje. Nam dostał się ten na samym dole i cieszyłyśmy się osobnym wejściem. Zresztą poza nami była tam tylko jedna para, czyli bezludzie totalne.

Wieża, która nazywa się Pelsertoren - jak nie trudno się pewnie domyślić - znajduje się w centrum miasteczka. Do rynku głównego jest z 5 minut marszu i wszystkie co ciekawsze obiekty są praktycznie tuż obok. W każdym razie większość tych, które chciałam zobaczyć, były tuż obok. I dobrze, bo jako się rzekło, to był czas upałów i maszerowanie na dalsze trasy raczej się nikomu nie uśmiechało. Innym razem pojedziemy zobaczyć resztę rzeczy. Polubiłam od razu to miasteczko - jest niewielkie, spokojne i piękne.

Wieża Pelsertoren i kawałek murów miasta

okolice Pelsertoren


inny widok na Pelsertoren



Nieopodal Pelsertoren jest najpiękniejsza księgarnia, jaką w życiu widziałam. Waanders in de Broeren. W zeszłym roku w Maastricht odwiedziłyśmy podobną, ale ta ze Zwolle bije tamtą na głowę. Obie znajdują się w starym kościele Dominikanów i obie są fascynujące, ale w Zwolle poza tym, że jest przepięknie, to jeszcze mają tam kawiarnię, w której można sobie czytać książki z księgarni, a także restaurację.
















Koło księgarni znajdziemy też inną ocalałą wieżę z dawnych murów miasta. Wijndragerstoren. W tej wieży jest urokliwa kawiarenka z, jak powiadają, najpiękniejszym tarasem w mieście. Znajdują się bowiem nad samą wodą. Wieża straciła swoją militarną fukcję w XVII wieku, po czym służyła różnym celom. Swoją siedzibę miał tam cech winiarski (stąd nazwa: wijndragers - nosiciele wina), była też magazynem i w końcu fabryką musztardy. Fabryka przeniosła się potem w inne miejsce, ale nadal produkuje sosy i musztardy pod nazwą De wijndragers.





Od wieży szybko dojdziemy do rynku, gdzie spotkamy Szklanego Anioła, który jest nieuzbrojoną wersją Michała Anioła i stoi na rynku od 2010 roku. Stare opowieści mówią, że dawno dawno temu w tym miejscu ponoć znajdzował się pręgież, a nieopodal był szafot, na który skazańcy maszerowali dzisiejszą uliczką Korte Ademhalingssteeg. Mówi się, że jak ktoś nie zrobił sobie zdjęcia pod aniołem to nie był w Zwolle... 



Normalna wersja Michała Anioła znajduje się tuż obok na wieży gotyckiego  Kościoła Świętego Michała. Zaś święty ten jest patronem miasta.

Tuż obok kościoła i Anioła jest anielska knajpeczka De Engel i tam właśnie zaserowowano nam iście królewskie śniadanie, które wykupiliśmy wraz z noclegiem. Nie obyło się bez heheszków, bo sery i wędlinę podano nam na sznurze przypięte spinaczami, z czego podśmiewał się pan śniadający obok razem ze swoim psem. A pies jak to pies (rasa a la mała krowa) przystawił nos do naszego "prania" i zaczął się oblizywać. Pan kilka razy musiał go wołać, zanim Pan Pies zdecydował się posłuchać. Inni a my z nimi nieźle się uchachaliśmy.

nasze śniadanko



Nie daleko od rynku jest słynna "pieprzniczka", czyli Peperbus, czyli wieża Bazyliki Matki Boskiej Wniebowziętej, która wyraźnie góruje nad całą resztą zabudowań. 






Z rynku nie daleko mamy do muzeum De Fundatie. Dla nas interesujące było ono głównie z wierzchu, bo budynek jest dosyć oryginalny i przyciągający wzrok. Na sztuce się nie znam ani za bardzo nie interesuję, więc nawet mi nie przyszło do głowy, by wchodzić do środka.



Z ciekawszych obiektów wymienić jeszcze należy bez wątpienia Sassenpoort, niegdysiejsza brama miasta.



Dalej pokażę obrazki, znaczy zdjęcia z naszej wycieczki. Na koniec muszę jeszcze wspomnieć naszą podróż powrotną, bo i ta nie przebiegła wedle planu. W Zwolle wsiadłyśmy w pociąg do Rotterdamu, gdzie miałyśmy się przesiąść. W trakcie podróży poinformowano nas, że pociąg jedzie tylko do Goudy, gdyż jakiś inny pociąg się rozkraczył na torach i przejazd jest utrudniony, bo jeden tor jest zablokowany, co znaczy że tylko niektóre pociągi jadą do Rotterdamu. Ten akurat NIE JEDZIE. Następny jedzie. Następny był za godzinę. 























































ślad nowych czasów na dworcu kolejowym









12 września 2020

Pierwsze zakażenie koroną w szkole Młodej i inne ciekawostki z minionego tygodnia.

Młody

U Młodego w szkole nic się ciekawego nie działo w tym tygodniu. Za to w piątek dotarło nasze zamówienie z Caviadraadkubus i nasze świnki dostały nowy piękny dom, a to z kolei oznacza wielką zmianę dla Młodego. W wakacje obiecaliśmy mu bowiem, że od września będzie mógł zabrać swój komputer do swojego pokoju. Żeby to było możliwe, trzeba było zabrać świński wybieg z jego pokoju, a żeby zabrać wybieg, trzeba było zainwestwować w nowe lokum, które zmieści się w miejscu komputera pod schodami w salonie. Skoro już zabrałam się za odpinanie kabli od kompa i wyciągnęłam go z kąta, to postanowiłam go ogarnąć trochę. Borze zielony, takiego siedliska kurzu to dawno nie oglądałam, a jestem wszak sprzątaczką i nie jedno już w życiu widziałam. Zużyłam całą puszkę sprężonego powietrza, pędzelek prawie wyłysiał od zamiatania, a i odkurzacz miał co robić. 

Młody był tak podekscytowany tą wielką zmianą, że pozwolił wyrzucić większość zabawek. Coś ze 4 wielkie torby wywieźliśmy do Kringwinkel (rzeczy z drugiej ręki w Belgii - kliknij tutaj). Inne torby przekazaliśmy znajomym, których pociechy są trochę od Młodego młodsze. Trochę rzeczy powędrowało na strych, a trochę do parku kontenerowego. Kto by pomyślał, że w małym pokoiku może się zmieścić aż  tyle rupieci?

Teraz pokój Młodego wygląda o wiele doroślej i jakby więcej miejsca ma. Zostały tylko książki, wojsko i ulubione pluszaki oraz  parę co fajniejszych pojazdów. Jeszcze nie wiemy, jak to wszystko będzie funkcjonować, ale ufamy, że nasz ośmiolatek jest wystarczająco rozgarnięty, ma dostateczną wiedzę na temat korzystania z sieci i netykiety i że jest wystarczająco dorosły, by udźwignąć tę odpowiedzialność jaką jest posiadanie kompa we własnym pokoju, czyli bez stałego nadzoru starych. No ale to wyjdzie w praniu. Być może trzeba będzie zmodyfikować zasady i przykręcić śrubę, ale może nie... Na dzień dobry udało  mu się stworzyć problem techniczny, którego rozwiązania nikt w domu nie znał, czyli zamienić w klawiaturze strzałki z literami A, W, S, D. Na szczęście starsza siostra wspomogła i kazała zapisać Młodemu adekwatny naprawczy skrót klawiaturowy na przyszłość. 



Świnie zaś czują się w salonie wyśmienicie. Stamtąd o wiele lepiej słychać otwieranie lodówki i szuranie workami, które to dźwięki oznaczają  wydobywanie warzyw. Można utać za każdym razem, gdy się te dźwięki słyszy (kot miauczy, pies szczeka, świnie utają: uut uut uuut!), bo a nuż przyniosą coś na ząb.

Młoda 

Młoda już zaczęła odczuwać konsekwencje chodzenia do szkoły i już zaczyna chorować. Objawy grypy żołądowej mogą co prawda świadczyć o zwyczanej grypie żołądkowej, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, podejrzewam szkołę. Młoda choruje na szkołę. 

W czasie wakacji bardzo dobrze się czuła i w związku z tym postanowiła spróbować chodzić do szkoły normalnie. A i ja miałam nadzieję, że może akurat już będzie dobrze szło. Figa! Nie pójdzie. 

Młoda wywęszyła zatem, kto jest coachem czwartoklasistów i natychmiast upisała mejla do tej pani ,informując że chce, tak jak w tamtym roku, uczyć się w domu, a w szkole tylko praktykę robić. Coach odpisała natychmiast Młodej i zaraz też zadzwoniła do mnie, by powiedzieć, że do nauki w niepełnym wymiarze potrzebny jest atest od lekarza, a także omówienie sprawy na radzie pedagogicznej i konsultacja z poradnią CLB. Biurokracji niestety nie przeskoczy. Na szczęście rada pedagogiczna zbiera się już w najbliższym tygodniu i coach ma przedstawić sprawę Młodej. Do psychiatry jest Młoda  umówiona na kolejny miesiąć i doktor obiecała wypisać wszystkie potrzebne atesty. 

Zakładamy, że rada i poradnia nie będą znowu cudować i wydziwiać, i że znowu nie trzeba będzie, by psychiatra spotykał się osobiście z ministrem edukacji, aby uzyskać specjalne zezwolenie dla Młodej... Z biurokracją nigdy nic nie wiadomo... Papierki zawsze najważniejsze. Zdrowie i dobro dziecka nigdy nie jest tak ważne jak świstek papieru i szkolne regulaminy. 

Młoda posiedziała sobie 2 dni w domu, w dużej części w wucecie. W tym czasie otrzymaliśmy mejl ze szkoły, że w klasie takiej i takiej potwierdzono jedno zarażenie covid-19 i że CLB wyśledziło, że osoba ta miała dużo kontaktu z uczniami z klasy takiej i takiej, w związku z czym obie te klasy idą na kwarantanne i że to dotyczy tylko i wyłącznie tych dwóch wymieninych klas i  że dla reszty nic się nie zmienia, i że resztę nadal dotyczy obowiązek chodzenia do szkoły codziennie. 

Tak oto już wiem, jak wygląda sytuacja w szkole, gdy potwierdzą że jakiś uczeń ma koronę i cieszę sie, że jest w miarę zwyczajnie. Choć w radiu mówili też, że jakieś przedszkole przeszło na zajęcia online, bo w czasie lockdownu świetnie sobie radzili... Rodzice na pewno są zachwycieni... Szczególnie ci, którzy nie mogą pracować w domu i nie mają żadnego sponsora, który będzie na nich orał, gdy oni będą zajmować się dziećmi. 

W szkole Młodej przewidziano też już wywiadówkę organizacyjną ON-LINE na najbliższy tydzień. Jestem ciekawa, jak to będzie wyglądało w praktyce. Napisali, że uczniowie dostaną link dla rodziców i przysłali obrazkową instrukcję, jak ogarnąć rozmowę wideo, co mnie uchachało przednio. Jak włączyć kamerę, jak włączyć mikrofon.... Oj, będzie zabawa, jak te 25 dzieci i rodziców plus wychowawcy będzie próbowało to jakoś ogarnąć :-) No, ale ważne, że coś się dzieje, że szkoła umie coś zorganizować, bo mam porównanie z drugą szkołą, która nie umie... 

Najstarsza

Najstarsza świetnie sobie radzi o jednej ręce. Młoda mówi, że ona ma problem wydostać się na strych Najstarszej z dwoma zdrowymi rękami (bardzo strome schody i klapa), a siostra z ręką na temblaku i drugą pełną różnych rzeczy biega sobie po tych schodach w te i wewte niczym akrobatka. 

Za to szkoła Najstarszej to już mnie całkiem osłabia. Totalna porażka i nieporozumienie. 2 tygodnie szkoły, a tu człowiek nie ma ani smartschool, ani żadnej innej alternatywy do komunikacji z nauczycielami, poradnią, czy czymkolwiek innym. Dwie belferki zaprosiły uczniów do googlowego classrooma, gdzie jedna zamieszcza ładnie materiały do lekcji i to wszystko. Najstarsza napisała do drugiej (ulubieńszej) mejl z prośbą o jakiś kontakt do mentora czy innych nauczycieli, bo chciała ich prosić o wysyłanie zadań, czy choćby tematów lekcji, ale bez odpowiedzi. Spoko. Duża będzie se zatem siedzieć miesiąc w domu i nic nie robić, bo nie wie, co oni tam robią w szkole i nie ma się kogo zapytać. Poza tym nie ma podręczników do podstaowych przedmiotów i nie wiadomo, czy oni jej tam zamówili, jak obiecali i nie ma się kogo zapytać. Kompletnie nic nie wiadomo. Co za burdel! A to była taka fajna szkoła, dopóki była to jedna mała szkoła a nie jakiś moloch zbudowany z  kilku różnych szkół. Co jest do wszystkiego, to jest do niczego - wiadomo nie od dziś. Potem oczywiście będą jojczyć i narzekać, że Najstarsza nic nie zrobiła, że ma braki i w ogóle... Dobrze, że powtarza klasę to nic tak na prawdę nie traci, ale wkurza mnie takie podejście. Zastanawiam się, co oni kuźwa całe wakacje robili, że dziś nic nie ma przygotowane i że po przymusowej nauce online, która całkiem sprawnie przecież przebiegała, oni dziś nie mają żadnego systemu szkolnego działającego? Żenada.


6 września 2020

Pierwszy tydzień września za nami. Było ekscytująco.

 Pierwszy tydzień września za nami. Było ekscytująco.

Jak wiadomo, ja nie należę do osób padających na twarz przed wirusami w koronach. Nie boję się tylko dlatego, że ktoś odkrył, iż nowa grypa jest ociupinkę bardziej śmiertelna od swoich poprzedniczek. Wielkie mi tam ajwaj. Jednak obserwuję z wielkim zainteresowaniem to, co się dzieje i próbuję jakoś się do tego dostosować, bo nie mam innego wyjścia. Wszak muszę żyć w tym cyrku, bo nie mam akurat żadnej innej planety na podorędziu, dokąd mogłabym się wyprowadzić z Resztą z Piątki. A jakoże mój blog jest pamiętnikiem, to teraz każdy wpis praktycznie związany jest z covid-19, bo nie da się przed tym uciec za diabła. Choć staram się jak mogę ;-)


Młody był wielce podekscytowany rozpoczęciem roku szkolnego. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zobaczy wszystkich swoich klasowych kolegów. W pierwszy dzień darł rowerem do szkoły pod górkę, tylko gwizdało i nawet ani razu nie poskarżył się, że daleko (ciutkę ponad 1 km, ale pod górkę). Jechałam elektrykiem na baterii na 2 biegu, gdy zwykle wyłączam silnik i wlekę się jak żółw z anemią. Bardzo mu się śpieszyło do szkoły, co bardzo mnie raduje.

Jak wygląda nasza podstawówka w czasie korony?

W podstawówce bardzo sprytnie sobie poradzili z ruchem podszkolnym z okazji korony, ale jak dla mnie tak powinno i mogło być już dawno. Przypomnę tu dla ewentualnych nowych czytelników, że w Belgii wszystkie szkoły są ogrodzone i rodzicom nie wolno pałętać się po terenie szkolnym, a wszystkie lekcje w każdej klasie i w całym kraju zaczynają się o tej samej godzinie i o tej samej kończą. Rano zatem przyprowadzamy dziecko POD SZKOŁĘ, gdzie jest odbierane przez jakiegoś nauczyciela  a wieczorem je odbieramy. 

Rano jest normalnie - przyprowadza się smrola pod bramę (pirszoroczni z klasy wstępnej przedszkola czyli 2,5latki mogą wejść z mamą do szkoły i tam sie pożegnać, ale to 5 dzieci na krzyż). Tyle, że teraz wywalili jedno pole płotu odgradzającego parking rowerowy od podwórka i starszaki (od 1kl podstawówki) wchodzą tamtędy na podwórko, a przedszkolaki starą drogą na swoje podwórko (u nas są osobne podwórka dla przedszkola i podstawówki, choć połączone kilkoma furtkami i szkołą. Wszyscy muszą użyć żelu antybakteryjnego, którego flaszki z dozownikami są wszędzie - przy bramie głównej, przy drzwiach, pod klasą, w klasie itd itd. (Ile to musia ło kosztować? I kto za to zapłaci?!) W każdej klasie są też umywalki, więc można też myć łapy wodą i się myje, bo nauczyciele każą to robić, co chwilę. Wreszcie bachory mają czyste ręce haha.

Po południu wymyślili bardzo fajne rozwiązanie jednak. No, ale to jest możliwe w naszej w szkole, która ma kilka bram i kilka (naście?) wyjść, a nie każda ma. Starszaki podzieleni są na 3 grupy:

1. Dzieci, które same wracają do domu i które są przeprowadzane na skrzyżowaniach przez nauczycieli 2. Dzieci, które nie mają rodzeństwa w przedszkolu.

3. Dzieci, które mają rodzeństwo w przedszkolu.

Każda grupa zbiera się w innym miejcu zabrawszy uprzednio swoje rowery, hulajnogi czy deskorolki z parkowiska.

Przedszkolaki czekają w klasach, bo każda klasa ma własne wyjście na podwórko i rodzice najpierw idą po ewentualnego starszaka z grupy 3, a potem maszerują w koło szkoły i zabierają swoje maluchy z klas, po czym kierują się do małej furtki z drugiej strony szkoły.

Rodzice niemający maluchów w przedszkolu, kierują się od razu do grupy 2, biorą swoje dziecko i ewentualnie dzieci sąsiadów, co do których mają pisemną zgodę na zabranie (nikt ci tu nie da dziecka bez zgody! w jednorazowych nagłych wypadkach wystarczy telefon do szkoły, że ten i ten zabierze twoje dziecko) i maszerują do dużej bramy wjazdowej, która też jest z innej strony niż normalne wejście dla pieszych.

Jak dla nas tak już może pozostać na zawsze. Wreszcie nie ma chaosu i przepychania (przypominam - tu wszystkie dzieci od 2,5 do 12 lat wychodzą o tej samej godzinie,), nikt sie nie pcha pod prąd z rowerem, parasolem, wózkiem dla dzieci. Jest ruch jednokierunkowy. Dla mnie bomba, bo nienawidzę nieskoordynowanych tłumów.

Co dzieje się w szkołach średnich w czasie korony? 

O ile w podstawówce widać  w miarę logiczne rozwiązania i dostosowanie sie do wytycznych Rady Bezpieczeństwa (patrz poprzedni wpis), tak w średniej jest raczej cyrk na kółkach i jaja jak berety. Pomysły szkół średnich naszych dzieci skłaniają do głębokiego zastanowienia się nad tym, ile w tej tzw pandemii i tej historii o tzw strasznym wirusie jest prawdy i o co tu tak na prawdę komuś chodzi i czy w ogóle co coś chodzi i  komu... Może jak kto jest mało myślący i mało spostrzegawczy a do tego zdominowany przez strach, to nie zauważy niczego dziwnego w tym, co ja widzę i nie będzie tego rozkminiał, ale ja tam lubię jak mi wszystkie puzzle do siebie pasują...

No bo kurde, z jednej strony poustawiali wszędzie te dozowniki z żelem odkażającym, każą myć te ręce, każą zachowywać 1,5m dystansu, wymagają noszenia masek na lekcjach itd itp, a z drugiej strony inne działania szkoły - MOIM NADER SKROMNYM ZDANIEM - przeczą temu, co każą i temu, czego wymagają od uczniów...

W klasie Młodej w zeszłym roku było 16 uczniów na fotografii, bo tyle zwykle jest w tej szkole uczniów na fotografii, bo taką ilość jest w stanie ogarnąc belfer i taka ilość mieści się w sali. W pracowni fotograficznej mieści sie max 10 ludzi i dlatego oni mają dwóch belfrów do fotografii i dzielą klasę na 2 grupy. No ale w tym roku klasa liczy sobie 25 uczniów! Młoda opowiadała, że jest taka sala w Domu Kreatywnym, gdzie mieści się normalnie 15 osób, no ale okazuje się że i 25 się zmieściło. Pani tylko musiała swoje biurko odstąpić...

Pytam Młodej, czy stoliki są oddzielone od siebie, tak jak kazali? Są. Teraz stoją 5 mm jeden od drugiego xD.

Interpretacja nakazów, jak powszechnie wiadomo, może być różna, a pomysłowość ludzka nie zna granic. Jak zakazali urządzać imprez na 1000 osób, to ludzie sprzedawali tylko 999 biletów, tak że ten...

Szkoła Najstarszej poszła dalej. Z okazji pandemii (no dobra, pomimo) postanowiono połączyć do kupy dwie szkoły średnie na wiosce. Niby nic złego, ale teraz uczniowie przechodzą na poszczególne lekcje z jednej szkoły do drugiej (zwykle na przerwie południowej bo - było nie było - to jest około kilometra drogi) albo jeden dzien mają tu, a drugi tam. Niby nic nadzwyczajnego, ale skoro Rada Bezpieczeństwa i inni tam eksperci zalecali, żeby uczniowie teraz w czasie korony jak najmniej zmieniali sale (SALE!), to dlaczego szkoła akurat teraz każe uczniom łazić ze szkoły do szkoły? O salach już nawet nie mówię... Najstarsza pokazała mi plan lekcji. Któryś tam dzień 6 lekcji CPL (commersiele presentatie en lifestyle) pod rząd, ale każda lekcja w innej sali i na innym piętrze. I taki jest cały tydzień - każda lekcja w innej sali. A przerwa? Chaos kontrolowany. Duża mówi, że przedtem to było w szkole fajnie, spokój, cisza, mało ludzi, a teraz są koszmarne tłumy jak przylezą ci z tej drugiej szkoły. Nawet gdzie stanąć na podwórku nie ma. A na podwórku nie nosi się przecież masek (na razie). Można jeść na podwórku albo w jadalni, ale trzeba raz wybrać, gdzie sie je. Nie można zmieniać. Przy czym w jadalni są automaty z jedzeniem (kanapki, napoje - zdrowe). Jak jesz w sali, możesz z nich korzystać. Jak jesz na podwórku to nie możesz. I bądź tu mądry.

Mnie to tam równo w paski, czy oni siedzą w klasie osobno czy w 5 przy jednej ławce, ale to wszystko jest zwyczajnie zabawne i po prostu ciekawe, ale też durne do kwadratu. Bo co jak co, ale od szkoły to ja bym jednak oczekiwała jakiejś logiki i konsekwencji.

Jak wygląda test na covid-19 w Belgii?

Jednak dla nas osobiście szkoła w tym tygodniu była mniej ważna. Mieliśmy bowiem o wiele ciekawsze zdarzenia w kalendarzu. Pierwszego września Najstarsza miała zaplanowany ten głupi test na covid-19. Dalczego głupi? Ano dlatego, że moim skromnym zdaniem, na co wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi to pic na wodę fotomontaż...Ci którym wyszło pozytywnie MAJĄ koronę, a ci którym wyszło negatywnie MOGĄ MIEĆ koronę. Jutro będzie padać albo będzie słonecznie - powiedział mój test na pogodę.

Tak czy siak ten głupi test jest ohydny i obrzydliwie nieprzyjemny, ale daje się przeżyć (choć życzę go tylko tym, których nie lubię). Trwa 5 minut (u nas, bo za inne miejsca nie odpowiadam). Przychodzi się do punktu testowego ze skierowaniem od lekarza lub ze szpitala oraz z dowodem osobistym. U nas punkt testowy zorganizowano koło szpitala w specjalnie w tym celu przywiezionych skądsiś budkach-panelokach. Wchodzi się do budy, gdzie skanuje się dowód w czytniku. Przypomnę, że  belgijskich dowadach z chipem jest zapisany adres i ubezpieczenie, ale po skorzystaniu z czytnika pojawiają się  także wszystkie inne dane, które są przyporządkowane do naszego numeru (ichni PESEL),a które w danej bazie danych zostawiliśmy. W tym wypadku to nazwisko i dane lekarza prowadzącego, cel badania i pewnie w cholerę innych rzeczy medycznoszpitalnych.

Potem wkładają długi wycior przez nos prawie że do mózgu, obracają, wyjmują i chowają do słoiczka. Wynik jest na drugi dzień. Nam powiedzieli, że jak negatywny, to nie będą dzwonić, czyli spokojnie można iść na zabieg. Czy jednak negatywny test oznacza brak zakażenia covid-19 to już bym nie była taka pewna, ale jak mus to mus.

Zabieg. Usuwanie cysty na nadgarstku.

Zabieg Najstarsza miała w piątek. Dzień wcześniej - zgodnie z tym, co kazało w instrukcji ze szpitala - zadzwoniono do nas, by poinformować nas, że mamy być na 7.15 na chirurgii, że córka od północy nie może pić, jeść ani palić i że ma mieć ze sobą wszystkie zalecane dokumenty. Rano stawiliśmy się na chirurgii i wtyknęliśmy dowód do czytnika, skąd już pani w okienku wiedziała, kto jest naszym lekarzem rodzinnym, jaki mamy adres i nr telefonu, po co i do kogo przyszliśmy. Zapytała o ubezpieczenie szpitalne. Nie mamy. Zapytała, jakie atesty i zwolnienia (do szkoły, pracy) będą nam potrzebne. Przypięła córce bransoletkę z kodem paskowym i nazwiskiem i kazała czekać w poczekalni. A za chwilę przyszła pielęgniarka i zabrała Dużą. Uprzednio zapytała, czy Duża ma telefon i powiedziała, że około 10 godziny Duża, będzie mogła po mnie zadzwonić. Duża nie zadzwoniła, bo wolała się czilować w spokoju. Typowe dla niej. Gdy minęła 11 w końcu zaczęłam się niepokoic i zapytałam w okienku, czy mogą sprawdzić jak tam sprawy. Babka natychmiast zadzwoniła na oddział i pokazała, gdzie mam iść. 

I znowu po raz kolejny się zdziwiłam, że tutaj w szpitalu ci wszyscy ludzie są tacy mili, uprzejmi, uśmiechnięci, że nikt nigdy nie warczy na człowieka. Nie ważne czy to pielęgniarz, doktor czy salowa. Cholera, ciężko jedno od drugiego nawet odróznić, bo w ogóle nie widać różnicy w zachowaniu ani traktowaniu ludzi. Oni są tu wszyscy równi i tak samo sie wszyscy do obcych ludzi odnoszą. Oczywiście każdy ma czasem zły dzień i muchy w nosie, ale to czasem i bardzo rzadko to tu widać. Wszyscy tu są na TY i to jest fajne. Do lekarza można mówić panie doktorze, czy pani doktor, ale wcale nie trzeba. Mówisz per ty i też jest okej. 

Doktorka Najstarszej miała jeszcze jakiś inny zabieg, jak przyszłam na salę. Za chwilę jednak wparowała i drze się "wszyscy możecie iść do domu!", a było tam całkiem sporo ludzi. Potem jednak podeszła do reszty personelu , przypomniała o wydrukowaniu zwolnień i recept, a potem podchodziła do pacjentów po kolei. "Hej Zuzanna, jak tam? Nie boli...?" Jak stara znajoma albo jakaś ciotka a nie doktorka. Lubię to. 

Podobał mi się też układ sali. Personel był na środku sali z całym swoim majdanem  (komputery, strzykawki, kroplówki i takie tam) a pacjenci na łóżkach rozstawionych promieniście wokół pod ścianami. Każde łóżko oddzielone miniścianką i posiadajace zasłonkę, by każdy miał trochę intymności. Do tego na sali dwie toalety...

Może dla was to zwyczajna zwyczajność i nie ma się co podniecać, ale ja miałam kilkukrotnie przyjemność doświadczyć polskich, czyli trochę innych warunków szpitalnych, toteż ciągle się dziwuję, że można tak po ludzku być traktowanym w szpitalu, a nie że latasz z gołą dupą po korytarzu, że stoisz w kolejce do kibla i prysznica, że w sali masz zimno jak w psiarni, że w recepcji traktują cie jak jakiegoś menela, że każdemu najbardziej  gównianemu doktorkowi wydaje sie, że jest bogiem, a pielęgniarki wylewaja na ciebie swoje żale, bo im się w życiu nie układa. I nawet nie próbujcie mnie przekonywać, że w Polszy "teraz to już się zmieniło" (często widuję takie bzdurne wpisy w sieci), bo zaledwie kilka tygodni temu teściowa musiała błagać o ściągnięcie gipsu , a pierdolnięte coś, co tam nazywają nie wiadomo czemu  lekarzem kazało jej UWAGA "krowy iść paść", zaś plebs czekający w poczekalni jeszcze przekonywał, że nie może się kłócić ani iść do ordynatora, że ma zwiesić głowę i najlepiej do do dupy wleźć bo "to przecież PAN DOKTÓR... Średniowiecze!

No ale tutaj mamy wszystko płatne, nie ma darmowej opieki medycznej i to pewnie robi różnicę. Za każdy zabieg, każdą wizytę, za każde przyjęcie na pogotowie trzeba zapłacić z własnej kieszeni, a nie są to małe kwoty. Dniówka, w sensie pobyt na tym oddziale to trochę ponad 500€, do tego chirurg, anestozjolog, medykamenty itd. Fakturę dostaniemy gdzieś za 2 miesiące, ale spodziewam się raczej grubo ponad tysiąc euro. Oczywiście sporo na pewno pokryje ubezpieczyciel, ale to i tak nie są tanie rzeczy. Przy poważnieszych operacjach, chorobach trzeba wydać fortunę na szpital, nawet jak się posiada ubezpieczenie szpitalne. No ale coś za coś. Belgia jest w czołówce, jeśli idzie o opiekę medyczną. Co widać słychać i czuć, a już szczególnie, gdy wcześniej poznało się organoleptycznie taką opiekę medyczną, jaka była i jest w Polsce.

Problem mamy tylko z brakiem lekarzy, o czym słyszałam już wcześniej, ale teraz właśnie udało nam się to potwierdzić. Najstarsza dostała zwolnienie tylko na dzien zabiegu, a nie bardzo jest w stanie dostać sie do szkoły o jednej ręce, bo trzeba dojechac na dworzec kolejowy rowerem a to jest prawie 5km. Zwolnienie z wf to też o wiele za mało, gdy chodzi się do szkoły zawodowej, gdzie większość lekcji wymaga sprawnego posługiwania się obydwiema rękami. Dlatego musimy zdobyć dla niej zwolnienie ze szkoły. A tu pech, nasz rodzinny jest do połowy września na wolnym. W okolicy mamy sporo innych lekarzy rodzinych, nawet u nas na wiosce jest drugi, ale niestety większość nie przyjmuje nowych pacjentów. Ponad 10 doktorów tak miało napisane w necie. To dało nam trochę do myślenia, bo nasz rodzinny lada moment pewnie pójdzie na emeryturę, a wtedy cała kupa ludzi będzie musiała znaleźć nowego doktora. Dlatego myślimy, że dobrze iż akurat tak się złożyło, że musimy szukać lekarza. Zapisałam Najstarszą i Małżonka do jakiegoś młodego doktora. Trochę daleko od domu i będę szukać nadal po okolicy także w sąsiednich gminach, ale tego sprawdzimy. Może akuratnie fajny gostek i zostaniemy tam.

W minionym tygodniu Młoda wreszcie dokończyła zakładanie pierwszej połowy aparatu na zęby. Na razie ma górę, ale i tak ją już boli i utrudnia życie. Śmieje się, że taraz bedzie jej się maska do aparatu przyczepiać jak otworzy buzię, więc to kolejny powód, by nie chodzić do szkoły. Na razie jednak nie ma rodzinnego a do psychiatry jeszcze nie udało się zarejestrować, bo za dużo się działo. W szkole zaś jeszcze nie wiadomo, który opiekun ma klasę Młodej pod nadzorem ani kto w poradni odpowiada za tę szkołę. Smartschool też jeszcze nie do końca działa więc i z mejlowaniem trzeba poczekać. Nie bedzie też pewnie spotkań organizacyjnyuch z wychowawcami, no chyba że zrobia online, jak już system zacznie działać prawidłowo.

To był tydzień pełen wrażeń i zleciał jak z bata trzasnął. Udało mi się też zmienić mój plan tygodniowy w biurze. Teraz mam wszystko, jak należy. Najważniejsze, że klienta z dwupietrowym domem udało mi się wreszcie przenieść na poniedziałek rano. Domy dwupiętrowe z dwoma salonami, dwoma pokojami dziecinnymi i włochatymi zwierzętami to nie jest robota na piątek po południu, gdy już człowiekowi się marzy weekendowe wypoczywanie. Ogarnięcie takiej chaty w 4 godziny to jest zapierdol i wolę to robić w poniedziałek rano, gdy jeszcze mam pełno energii. Poza tym teraz mam tydzien równo wypełniony, a nie że jeden dzień do wieczora a drugi dzień wolny. 

Początek września to zawsze dziwny okres i trzeba opracować nowe zasady, nowe schematy i nauczyć się z nimi żyć. Każdy rok przynosi coś nowego. 



 

26 sierpnia 2020

Rozpoczęcie roku szkolnego 2020-21 w Belgii. Jak to będzie wyglądać od września?



1 września rozpoczyna się nowy rok szkolny. To nie będzie normalny rok bez wątpienia. Jestem ciekawa, jak to będzie wyglądać w praktyce. Wiem już jednak jak będzie wyglądać w teorii. Napiszę w punktach ku pamięci własnej  i informacji zainteresowanych.


W BELGII

Wszyscy uczniowie szkół podstawowych i średnich oraz przedszkoli idą normalnie pierwszego września do szkoły. 

Startujemy w kodzie żółtym, który oznacza, że istnieje ryzyko zakażenia covid-19, ale jest ono niskie. Co oczywiście może się zmienić na inny kolor...

Wszystkich uczniów obowiązuje kwarantanna po powrocie z krajów oznaczonych kodem czerwonym. Jeśli szkoła się dowie, że uczeń powrócił z kraju z kodu czerwonego i nie został poddany testom oraz kwarantannie ma ona prawo odesłać go do domu.

Pozostali ucznowie MUSZĄ iść do szkoły, więc nie można ich zostawiać w domu. Jeśli uczeń należy do grupy podwyższonego ryzyka, może się postarać o atest od swojego lekarza.

Świetlice i internaty będą normalnie otwarte, ale oczywiście obowiązują pewne zasady bezpieczeństwa.

Uczniowie w szkole podstawowej nie muszą nosić masek, a nauczyciele i pozostały personel mają nosić maski, jeśli odpowiedni dystans nie bedzie mógł zostać zachowany.

W szkołach średnich wszyscy muszą nosić maski - zarówno personel jak i uczniowie. Tylko podczas przerw na świeżym powietrzu i zajęć sportowych można będzie zdejmowac maski.

Także wszyscy rodzice i opiekunowie przyprowadzjący i odbierajacy dzieci ze szkoły muszą nosić maski.

Gdy w klasie ktoś okaże się zarażony wirusem covid-19, cała klasa idzie na kwarantannę i podejmowanie jest śledzenie kontaktów zarażonego ucznia (w BE jest powołana do tego go specjalna jednostka, a w szkole będzie współracować z CLB), by wyłapać w szczególności dzieci z wysokiego ryzyka. Pozostali uczniowie chodzą nadal normalnie do szkoły.

Gdy dziecko zachoruje w szkole, natychmiast ma być zabrane z klasy i ma czekać aż rodzic go odbierze (w niektórych flamandzkich średnich szkołach uczniowie mogą samodzielnie wracać do domu za zgodą telefoniczną rodziców, w innych zawsze rodzic musi odebrać osobiście). A wszystko czego dotykał uczeń musi zostać odkażone. Gdy się okaże, że uczniowi wyjdzie pozytywny wynik testu na koronę, to będą się kontaktować z wszystkimi, z kim uczeń miał kontakt.

W szkole podstawowej wycieczki jedno i kilkudniowe mogą się odbywać normalnie. W średniej są odwołane wszystkie wyjazdy z wyjątkiem lekcji pływania i lekcji praktycznych.

Urodziny w klasie mogą być świętowane i można przynosić poczęstunek, ale nie zaleca się poczęstunku własnej roboty, a coś gotowego najlepiej zapakowanego dla każdego osobno.

W klasach mają być jak najczęściej otwarte okna, nawet jak będzie zimno. 

Mycie i odkażanie rąk to priorytet i zapewne będą szkoły tego pilnować.

.......................................................................................................................................

Niestety nie mówią, jak zrobić, by być zrozumianym i słyszanym przez maski.

Dziś rozmawiałam też z zaprzyjaźnionymi  nauczycielami ze szkół średnich  i oni cienko to widzą. Zastanawiali się też np jakim cudem mają rozpoznać i zapamiętać nowych uczniów, którym teraz widać będzie tylko oczy znad maski. Nie wyobrażają sobie w ogóle normalnego prowadzenia lekcji w takich okolicznościach. Wkurza ich, że nie wiadomo jak długo takie nienormalne warunki będą obowiazywać. Obawiają się też sezonu grypy i przeziębień, bo to będzie jeden wielki cyrk.






23 sierpnia 2020

Wakacje 2020. Najlepsze wakacje ostatnich lat. Kartka z pamiętnika.

W grudniu zeszłego roku nasz statek wypłynął w końcu na spokojne wody. Od tego czasu dryfujemy sobie w miarę spokojnie przez morze życia. Ponad pół roku bez sztormu i większej burzy to dosyć długi czas. Z czego należy wnioskować, że pewnie nie długo coś zacznie się dziać ciekawego. Jednak póki co delektujemy się tymi rajskimi dniami.

Niektórzy się pewnie dziwią, bo jakże to tak, co ja gadam, a covid, a lockdown i cała ta panika okołokoronna...? Ja wam na to powiem, że ja się z tego śmieję, bo - zapewniam was - że ta cała durna korona to dla nas prywatnie jeden wielki śmiech, mały pikuś, bułeczka z masełkiem przy tym, co przeżyliśmy w ostatnich latach. Jak bum cyk cyk. 

Co dla mnie oznaczał lockdown? No, że do pracy parę tygodni nie szłam, za co w ostatecznym rozrachunku otrzymałam więcej forsy, niż jakbym szła, czyli że doprawdy katastrofa - nic nie robić a zarobić buachacha. 

Dzieci do szkoły nie musiały chodzić. Może reszcie świata było z tym źle, ale dla nas introwertyków, wysokowrażliwych, aspołecznych ludzi to po prostu rewelka, gdy nie musisz wychodzić z domu i przebywać przymusowo wśród tłumów ludzi.

Ten nowy wirus i skądinąd raczej niepotrzebny lockdown dla nas były bezcennym darem od losu, bo mogliśmy w spokoju zdrowieć i wracać do normalności.

W końcu przyszły wakacje i całkowity luz. W końcu nie trzeba było myśleć o żadnych zadaniach, szkołach, martwić się, co jutro ogłoszą i jakie nowe obostrzenia tudzież poluzowania wprowadzą. Pracuję teraz w większość dni tylko do południa, a co za tym idzie, miałam mnóstwo czasu na relaks i odpoczynek. Korzystałam z tego wolnego czasu i pięknej letniej pogody do bólu. Spędziłam wiele godzin siedząć w ogródku z książką, przekąską i pysznymi napojami. Przetestowałam na spokojnie kilka kolejnych belgijskich gatunków piw - codziennie pijąc inne i dostarczając moim kubkom smakowym nowych wrażeń. Dzięki tym ogrodowym wakacjom jestem nieziemsko opalona. Nigdy nie miałam takiej pięknej opalenizny mimo usilnych starań. No, w Polsce nie da się tak pewnie opalić, bo tam słonko jakoś inaczej operuje. Przede wszystkim jednak jestem wreszcie na prawdę wypoczęta. Moja psychika jeszcze potrzebuje kilku miesięcy albo i kilkunastu, by osiągnąć normalny stan, ale mimo wszystko jest bardzo dobrze. Czuję się wyśmienicie.

Niniejszym muszę uznać wakacje 2020 za najlepsze wakcje ostatnich lat albo nawet najlepsze, najspokojniejsze i najfajniejsze wakacje w moim życiu.

Mimo koronnych utrudnień udały się też wszystie nasze zaplanowane wyjazdy.

Chłopaki byli kilkanaście dni w Polsce, gdzie Młody wybawił się z kuzynostwem do upadłego i z radością wracał do domu. Dzięki koronie drogę mieli spokojną, bo sporo plebsu zostało w domu :-) W hotelu też tłumów nie było i noclegi przebiegły bez kłopotów.

Jednodniowa zupełnie nieplanowana wycieczka, czyli wyjazd spontaniczny w Ardeny, o którym już tu opowiadałam, też się nam udał super. Szkoda tylko, że Młoda spadła ze chodów wczesniej i nie mogła jechać z nami, bo to dosyć fotogeniczne miejsce i mogła by sobie pocykac fotek. 

Na szczęście jej noga zdążyła wydobrzeć przed wyjazdem do Holandii, a dzięki koronie mogłyśmy przenocować w wyjątkowym miejscu, które w normalnych okolicznościach było by bez wątpienia zajęte już z pół roku wcześniej :-) Trochę obawiałam się podróży w masce, ale w sumie niepotrzebnie. Jak się przyzwyczai to i wisieć dobrze haha. Okazuje się, że można pić i jeść w drodze, no i - co najważniejsze - w Holandii nie trzeba zakrywać ryja na dworcu ani w żadnym innym miejscu, co bardzo nam się podobało. Jaja tylko były z pociągami, ale o tym i o całej wycieczce będzie osobny wpis.

W minionym tygodniu zupełnie niespodzianie odwiedziła nas koleżanka Młodego i razem bawili się wyśmienicie. Stworzyli kilka dzieł sztuki za pomocą farb akrylowych i różnych akcesoriów. Najbardziej spodobało się wyciskanie dużej ilości różnych kolorów farb na płótno czy tekturę i rozgniatanie tego przez folię do pakowania żywności. Farba jest fajna w dotyku przez folię, co było ekscytujące dla obojga. Poza tym daje to ciekawe efekty wizualne. Nie ma to jak tworzenie pięknych abstrakcji!

Wczoraj z kolei Młody był na przyjęciu urodzinowym klasowego kolegi, które odbyło się w krytym placu zabaw. Bractwo bawiło się wyśmienicie. W czasie korony te miejsca są super na urodziny, bo jest mało dzieci i można się spokojnie wyszaleć nie stojąc w kolejkach do zjeżdżalni i nie wpadając co 5 minut na inne dziecko. Jednym słowem same pozytywy z tego wirusa haha.

Niestety wakacje mają się ku końcowi. A we wrześniu zaczynają się schody... Mam wiele obaw co do początku roku, bo to jedna wielka niewiadoma.

Wrzesień bez wątpienia zaczniemy ciekawie. Już w pierwszym tygodniu Młoda ma mieć założoną resztę aparatu na zęby (w końcu!!!), czego się trochę boję, bo dla Niej noszenie tego żelastwa może okazać się wyjątkowo bolesne i kłopotliwe. Wysoka wrażliwość ma bardzo wiele negatywów i niski próg bólu oraz dyskomfortu bez wątpienia do nich należy. No i jedzenie w tym... Teraz już jest co dobrego, a co dopiero z tym druciakiem w pyszczychu. No, ale to takie obawy na zapas, strach przed nieznanym. Mam nadzieję, że będzie lepiej niż przewiduję. No i Młoda będzie mieć piękne zęby potem i to jest najważniejsze.

Najstarsza w tym samym tygodniu ma być operowana. Wcześniej oczywiście będzie test na covid-19. To nie jest dobry czas na zabiegi pod narkozą, bo trzeba mieć na uwadze to skurczysyństwo wiszące w powietrzu. Duża już jednak ma dość tej bulwy na nadgarstku, która przeszkadza jej na każdym kroku i powoduje ból. Ortopeda stwierdził, że cysta jest duża, ale przez ostatnie tygodnie to się jeszcze wyraźnie powiększyło. Niby to prosty zabieg, a człowiek młody i odporny, ale wiesz, kiedy coś pójdzie nie tak...? Mam trochę cykora. Najstarsza się na szczęście nie boi ani nie stresuje, co bardzo mnie cieszy. 

Do tego oczywiście dochodzi fakt, że wszyscy idą do szkoły. Rzecz niby do niedawna normalna, ale teraz to będzie dosyć ciekawe doświadczenia, że tak powiem... Tam podstawówka to spoko, bo dzieci nie musza mieć masek, ale w średniej to sobie jakoś nie mogę wyobrazić. Jakby nie patrzeć czasem sama muszę tę szmatę na ryj założyć i wiem, jakie są tego konsekwencje. Po pierwsze primo szybko się męczę, a po godzinie zaczynam mieć lekkie zawroty głowy. Nie testowałam tego gówna dłużej niż 3 godziny i to z przerwami, więc nie wiem, po której godzinie mogła bym ewentulanie stracić przytomność, ale szczerze mówiąc zwyczajnie nie wyobrażam sobie, by ludzie musieli nosić maski całe dnie. No a właśnie muszą. W szkole muszą mieć zatkane gęby w klasie (na przerwie na podwórku nie muszą, uff! - chwała Belgii za wszystkie przerwy na świeżym powietrzu), poza szkołą muszą mieć zatkane gęby w pociągu i na dworcu. A także na mieście w niektórych miejscach.

 I tak, oczywiście są ludzie (podejrzewam nawet większość), dla których nie ma znaczenia czy mają ryj zatkany czy nie zatkany, bo  im to nic nie robi, ale są ludzie, którzy mają wrażliwość znacznie większą niż głaz oraz tacy, którzy mają takie czy inne problemy zdrowotne i im niestety robi. No, chyba, że założymy iż szkoła teraz będzie dostępna tylko dla zdrowych, czyli dla równiejszych pomiędzy równymi... To w sumie by było jakieś rozwiązanie... i nawet była bym za... Fajnie by było, żeby można było odtąd dobrowolnie wybrać nauke online w tych niecodziennych okolicznościach. 

Po drugie primo - nie wiem jak inni - ale ja kurde nie rozumiem ludzi, gdy mają maskę. Rzadko mam okazję rozmawiać z zamaskowanymi, ale i tak mam dość. Pięćset razy się pytam i nadal nie wiem, co ktoś powiedział. Wyobrażacie sobie lekcje prowadzone przez zamaskowanego belfra dla zamaskowanych uczniów? Ja sobie wyobrażam i nie podoba mi się, co widzę. Młoda mówi, że nauczyciele będą mieć w końcu pewnie takie aparaty, jaki miała jedna z jej nauczycielek w którejś z poprzednich szkół, czyli mikrofonik przy buzi i głośniczek. Jak się wkurzyła, jak dała na full, tak na drugiej wsi było jej kazanie słychać hehe. 

Wiele dzieci mówi też bardzo cicho, a z maską nie można przy tym widzieć ust. Już widzę te lekcje w maskach... Będzie ciekawie i będzie irytująco.

Dobrze, że szkoły będą otwarte i że lekcje będą normalnie, bo dla wielu dzieci, młodych ludzi to bardzo, ale to bardzo ważne. Introwertyków, którzy dobrze się czują w swoim domu z dala od ludzi jest przecież mniej niż reszty. Nie każdy radzi sobie też z samodzielną nauką. Ważne to też dla rodziców, by mogli normalnie pracować. Ale ...to będzie bez wątpienia interesujący rok szkolny. W ciekawych zyjemy czasach, oj ciekawych.

My postaramy sobie pozałatwiać zwolnienia od obecności w szkole, bo już teraz wiemy, że obecność w szkole nie jest jakoś specjalnie człowiekowi do szczęścia potrzebna, a nawet wprost przeciwnie. Ileż człowiek rzeczy się nauczył dzięki problemom i dzięki pandemii. Ha!

Najstarsza po operacji nie będzie mogła ruszać ręką 6 tygodni, czyli półtora miesiąca szkoły powinna mieć teoretycznie z głowy, bo nie da rady do szkoły dojechać, a że powtarza klasę i  szkoła ma doświadczenie w wysyłaniu zadań online, nie powinno być problemów ze zorganizowaniem nauki dla niej. Taką mam przynajmniej nadzieję. Po pierwszym trymestrze skończy 18 lat i skończy się dla niej obowiązek nauki, co w razie problemów ze szkołą zaowocuje zakończeniem edukacji wraz z końcem roku 2020. Ale pożyjemy zobaczymy. Może akurat będzie kontynuować naukę, kto to wie dziś.

Młoda próbowała umówić się ze swoją psychiatrą, by od razu od września dostać dokumenty uprawniające do częściowej nauki w domu, ale ta akurat się wakacjuje. Nic to, w razie co, to i rodzinny napisze stosowny papierek. Jednak Młoda najpierw pójdzie do szkoły zobaczyć jak jest, kogo ma teraz w klasie (bo na pewno ktoś przybył i ktoś wybył, w końcu to Belgia i ludzie non stop zmieniają szkoły i kierunki). Zobaczy też, jak będzie się czuła w szkole , jak bedzie znosić cały dzień wśród ludzi, hałas,  smrody i podróże pociągiem, i ogólnie, czy jest coś lepiej niż rok temu. Będzie pewnie też spotkanie z wychowawcami i poradnią. No i nie zapominajmy o szanownej koronie. Młoda chodzi do dużej popularnej szkoły w dużym popularnym mieście, gdzie uczą się dzieci z różnych regionów (w tym z Antwerpii i Brukseli) i gdzie jest spora szansa, że już w pierwszych tygodniach będzie kilka osób zawirusowanych, a co szkoła wtedy zrobi, to dokładnie dziś nie wiadomo, bo każda szkoła ma pewnie własne pomysły a scenariusze i wytyczne Rady Bezpieczeństwa dotąd nie są gotowe (poprzednie przygotowane na początku wakacji wywalili właśnie w zeszłym tygodniu do kosza).

Mamy zatem dużo nie wiadomych, a ja nie lubię mieć dużo niewiadomych, bo mnie to stresuje. Nic sobie człowiek nie zaplanuje w takich okolicznościach, a my tu jeszcze mamy w tym roku co najmniej dwie ważne okazje do poświętowania i bardzo chcielibyśmy je jakoś wyjątkowo przeżyć i zorganizować, ale cóż, jedyne co można w takiej sytuacji to czekać z szeroko otwartymi oczami i uszami, by złapać za ogon każdą przechodzącą okazję i wydusić z niej jak najwięcej szczęścia, zabawy i radości. Dobrze, że nie jesteśmy ludźmi, którzy nie umieją żyć inaczej jak z kalendarzem i zegarkiem w ręku. W takich dziwnych szalonych czasach dobrze jest być normalnym inaczej. Dobrze jest umieć korzystać z chwili, płynąć z wiatrem i odnajdywać się szybko w każdej sytuacji.

Płyniemy zatem dalej spokojnie czekjąc na kolejną burzę, na którą na pewno nie jesteśmy przygotowani, ale i tak damy rady, bo jak nie my to kto...


11 sierpnia 2020

O tym jak zaczęłam samodzielnie myśleć i co z tego wynikło. Stop Bzdurom

Jakiś - spory już - czas temu ludzie oświadczyli, że się zmieniłam odkąd wyjechałam z Polski. Mówili to zarówno dalsi jak i bliżsi znajomi. Nie było to bynajmniej zwyczajne stwierdzenie faktu, czy tym bardziej komplement. Ludziom nie podoba się, gdy ktoś nagle przestaje się zachowywać tak samo jak oni. Gdy zachowujesz się inaczej niż reszta i jesteś inni niż reszta, znaczy jesteś bez wątpienia zły, głupi, popieprzony lub chory psychicznie.

Ja wiem, że się zmieniłam. Mam pełną tego świadomość i bynajmniej się tego nie wstydzę, o czym zresztą pisałam tu już kilkukrotnie. Ba, ja jestem dumna, że się zmieniłam, bo uważam, że to są bardzo pozytywne zmiany, że dziś jestem kimś o wiele lepszym niż byłam 5, 10 czy 15 lat temu.

Bez wątpienia nie jestem tą Magdą, która przyjechała tu 7 lat temu. W Belgii dokonałam bowiem kilku całkim sporych odkryć, zrozumiałam wiele rzeczy, po czym zaczęłam się uczyć żyć od nowa i po nowemu myśleć... 

Zrozumiałam przede wszystkim w jakim zacofaniu żyłam w Polsce i o ilu sprawach nie miałam bladego pojęcia albo to pojęcie miałam niewłaściwe,  błędne. Zrozumiałam między innymi, jak wiele złego uczyniła mnie i moim najbliższym katolicka ideologia... To jednak osobny temat.

Dziś wiem, jak daleko jest Polska za resztą Europy pod wieloma względami i jak bardzo ludzie boją się tam zmian, nowoczesności i postępu, no i wiem też dlaczego tak jest... 

Wiem też, że gdybym tam mieszkała do dziś, to bym się nie zmieniła (na pewno nie aż tak). Nadal bowiem żyłabym w niewiedzy i uznawała za dobre i normalne rzeczy, które dobre i normalne nie są, bo zwyczajnie nie miałabym możliwości porównania tamtych polskich realiów z innymi realiami, nie mogłabym spojrzeć na świat z innej niż polska (polsko-wiejska) perspektywy, czyli nadal całe gie wiedziała bym o życiu, ale za to bez wątpienia była bym przekonana, że jednak wiem wystarczająco. 

Wiele rzeczy, które tam w Polsce wydawały mi się nie do pomyślenia i nie do przyjęcia, dziś są dla mnie normalne, zwyczajne i oczywiste. No i odwrotnie. Niektórych rzeczy tam za normalne uznawanych, człowiek wręcz powinien się wstydzić...

Cieszę się niezmiernie, że dostałam taką ogromną szansę od życia, że dane mi było odkryć inny, lepszy, piękniejszy świat. Nie mogę tylko pogodzić się z tym, że tyle lat żyłam w takiej niewiedzy i złudzie słuchając tego, co mi mówili wszyscy, którzy byli wokół mnie i wierząc im na słowo bez (możliwości) sprawdznia, jak jest w rzeczywistości. A niestety mieszkając w polskiej wioseczce na totalnym zadupiu żyje się obok życia, obok świata, choć wtenczas ta wioseczka wydaje się całym światem a panujące w niej zasady, wierzenia, prawa, mądrości wydają się jedynymi słusznymi w galaktyce. Wszystko inne wydaje się złe, niewłaściwe, niepożądane i głupie, tylko dlatego że inne i obce.

Wiem też, że wielu ludzi nawet jak wydostanie się z tego małego zamkniętego świata, nie potrafi dostrzec ani zaakceptować reszty świata takim jaki jest na prawdę. Niektórzy nie chcą widzieć, mają klapki na oczach, inni się boją zmian, jeszcze inni mają za mało chęci, wrażliwości czy inteligencji, a może i czasu, by zrozumieć na co patrzą i by to jakoś wykorzystać i coś z tymi faktami zrobić choćby dla samego siebie.

Odwagę trzeba mieć na pewno albo mieć, jak to mówią, wyjebane, bo - jak wspomniałam na początku - gdy człowiek nagle zacznie się inaczej zachowywać i inaczej myśleć, jest natychmiast skreślony w dawnym środowisku. Można oczywiście próbować przekonywać znajomych i rodzinę do swoich racji, ale w moim przypadku spowodowało to, że teraz "jestem tam spalona". 

Trudno. Ich strata. Choć to przykre, że spora część z rodziny i dawnych znajomych już nigdy mnie nie zrozumie, nigdy nie zaakceptuje nowej mnie i moich - dla nich totalnie porąbancy i chorych - poglądów, bo ja jestem kilka kroków do przodu a oni ciągle w tym samym miejcu, a odległość pomiędzy nami rośnie z każdym dniem. Ciężko się  czasem pogodzić z tym, że ludzie, którzy byli kiedyś dla mnie ważni, którzy wydają się fajni, dobrzy i w ogóle,  nie chcą zobaczyć tego, co im się pokazuje, że wolą żyć z klapkami na oczach i zatyczkami w uszach, że wierzą w jakieś bajki a ignorują fakty, ignorują postęp i wiedzę. Że nie chcą się zmienić i póść z postepem. No ale są też na szczęście wśród nich tacy, którzy widzą, słyszą i rozumieją, którzy potrafią samodzielnie myśleć i którzy nawet nie musieli opuszczać ojczyzny, czy swojej wioski, a często nawet własnego domu (bo wiedzą, do czego jest  Internet) by zrozumieć, że poza tą skądinąd sympatyczną  pipidówą istnieje ogromny, interesujący,  fantastyczny świat pełen fascynujących ludzi, zjawisk, kultur, wierzeń i pomysłów na życie. 

Teraz obserwuję po trochu tę całą drakę z lgbt w Polsce i szlag mnie trafia, że ludzie mogą by ć aż tacy głupi, wredni i zacofani. No ale cóż, ja byłam taka sama kilka lat temu. Zacofana i głupia. Niby mi się wydawało, że jestem tolerancyjna i w ogóle. No i faktycznie WYDAWAŁO MI SIĘ. Tymczasem uważałam tak samo jak dziś wielu tzw "tolerancyjnych" ludzi w Polsce (i nie tylko), niech se ten gej, lesbijka, Żyd, Jehowy, Czarny itd żyje po swojemu, ale żebym nie musiała ich oglądać, żeby nie obnosili się ze swą "innością", nie manifestowali tego, że są inni niż ja.

A FIGA! To o wiele za mało, by nazwać siebie osobą tolerancyjną i dobrym człowiekiem.

Dopiero, gdy przestajesz dostrzegać te "inności" i to z nimi się "obnoszenie", a zaczynasz dostrzegać swoją inność i obnoszenie się z nią, możesz powiedzieć, że dorosłeś do bycia tolerancyjnym. 

Trzeba zacząć zauważać ludzi dobrych i złych a nie czarnych, białych i tęczowych, czyli  po prostu zwycajnie kurwa LUDZI. Ludzi, którzy chcą kochać i być kochanymi. Ludzi, którzy wszyscy jak jeden mają prawo się bawić, mają prawo czasem zaszaleć a nawet odwalić coś głupiego. Ludzi, którzy mogą do ręki wziąć pędzel by malować, łopatę by pracować albo broń by zabijać. Kolor skóry i orientacja seksualna nie ma z tym nic wspólnego, co wybiorą, ale już traktowanie drugiego człowieka ma duże znaczenie. Bo to 

TWOJA pogarda

TWÓJ brak szacunku

TWOJA nienawiść

TWOJA nietolerancja

TWÓJ brak zrozumienia i akceptacji

może spowoować, że w końcu komuś puszczą nerwy, że się wkurwi i zacznie siać zniszczenie a może nawet da ci po ryju. Ale wtedy nie miej do niego pretensji a tylko do siebie i tych którzy razem z Tobą ciskali w tego kogoś powyższymi kamieniami. 

Bo każdy chce żyć godnie. 

Każdy chce żyć po swojemu i samemu o sobie decydować.

Każdy che być wolny i mieć takie sama prawa jak reszta.

Każdy chce być sobą na tyle, na ile się da.

Każdy ma prawo tego żądać. 

Nie tylko TY.

Mnie potrzeba było kilku lat pomieszkania w Belgii, w tym kraju, w którym obok siebie mieszkają ludzie z całego świata, z różnych krajów, kultur, wyznań, poglądów, różnych orientacji seksualnych, by zrozumieć, że to jest fantastyczne. To jest coś pięknego i niesamowitego spotykać tych wszystkich ludzi na ulicy i różnych imprezach, patrzeć jak ze sobą rozmawiają, jak razem się śmieją, razem smucą, razem cieszą. Zobaczyć, że nie trzeba nikogo nienawidzić, nikomu udowadniac swojej wyższości, można być tym kim sie chce. I zrozumienia, że można do tej różnorodnej grupy należeć, gdy tylko się chce. Wystarczy zaakcpetować ich istnienie. Ich wszystkich oraz każdego z osobna takimi jacy są i jacy chcą być. Nie pouczać ich, nie porównywać z sobą ani z innymi, nie próbować ich zmieniać. Po prostu być.

Na początku to wszystko jest dosyć dziwne, zaskakujące, a nawet szokujące. Człowiek patrzy na to jak na jakiś film i nie może się nawierzyć, że tak można, że nikt temu się nie dziwi, nie pokazuje palcem, nie wykrzykuje pogardliwych słów... Potem się przyzwyczaja i zaczyna się dziwić jak inni się dziwią.

No dobra dobra, bo znowu ktoś nie zrozumie.... Belgia to nie jest raj na Ziemi. Jako się rzekło, są ludzie dobrzy i źli i tego kraju też to dotyczy jak najbardziej. Tak samo jak na całym świecie mamy w Belgii przestępców, morderców, pijaków, gwałcicieli, pedofili i całą masę innej patologii.  Zdarzają się ataki i ogólnie konflikty na tle rasowym, religijnym itd Jednak nie ma porównania z Polską jeśli idzie o tolerancję i akceptrację różnic pomiędzy ludźmi. 

Tutaj społeczeństwo nie ma ogólnie problemu z LGBT ani z flagami tęczowymi. Na każdym urzędzie, bibliotece a nawet i kościele wiszą flagi LGBT z różnych okazji i nawet nikt tego nie zauważa. Na ulicach spotyka się facetów trzymajacych się za ręce czy całujące się dziewczyny i nikt na to nie zwraca uwagi. W szkołach średnich - jak donoszą Młode - ludzie wiedzą, kto z kim chodzi, która dziewczyn ma chłopaka a która dziewczynę. Nikgo nie dziwi też widok dwóch chłopaków migdalących się do siebie na szkolnym podwórku. Dodam, że Młode chodzą do szkół katolickich, w których wiszą krzyże na ścianach a czasem się chodzi na mszę do kościółka. Czasem tam jednak też wiszą tęcze lgbt z takiej czy innej okazji. Żaden tam szał. Żaden też szał, gdy tu jakiś facet przedstawia nam swojego męża albo kobieta żonę. Bez cienia wstydu czy zażenowania Belgowie opowiadają o gejach i lesbijkach w rodzinie, bo to jest tutaj czymś normalnym, zwyczajnym, pospolitym. Dla tubylców było by dziwne, że ktoś się temu dziwi.


Belgijskie prawo zakazuje dyskryminacji ze względu na orientację seksulaną w różnych dziedzinach życia, w tym w pracy. Nie ma też problemu z przyjęciem do wojska. Są na to przewidziane różne paragrafy w kodeksie karnym. W Belgii można zawrzeć małżeństwo z osobą tej samej płci i adoptować dziecko. Dla mnie bomba, bo nawet jak moje córki wybiorą kobietę za partnerkę to ciągle mogę zostać babcią :-)

Można? Można i tak się robi, tak się żyje w normalnych cywilizowanych krajach. 

Dlaczego zatem nie można w Polsce? Dlaczego tam człowiek tak nienawidzi drugiego człowieka i tak drugim człowiekiem gardzi? Dlaczego w imię jakiejś chorej ideologii człowiek człowiekowi niszczy życie? Nie mogło by być tam jak w normalnych krajach?

W głowie mi sie nie mieści, że tam politycy i inni ludzie ze świeczników jawnie nawołują do nienawiści i dyskryminacji i  że co najmniej połowa Polaków im w tym kibicuje. Szok i niedowierzanie. W jakiej epoce jest ten kraj w tym momencie? Bo na pewno nie w XXI wieku. Mam nadzieję, że w końcu się ta hołota doigra, ale niestety jak Polska dostnie po dupie od UE czy innych organizacji międzynarodowych to zwnowu będzie płacz i zgrzytanie zębów i szukanie winnych, a wini będą oczywiście wtedy geje, Żydzi, Ukraińcy albo pielęgniarki czy rolnicy, bo na pewno nie żaden poseł, prezydent, burmistrz, czy biskup, który próbują trzymac ten kraj za wszelką cenę w średniowieczu i trzymac ludzi za mordy, byle tylko se dupy napchać czyimś kosztem. Amen.

Powiem po raz nie wiem który: 

JAK DOBRZE, ŻE JUŻ TAM NIE MIESZKAM! 

Trzymam kciuki i kibicuję wszystkim ludziom z LGBT oraz sympatykom, kibiciuję kobietom walczącym o prawa do decydowania o swoim ciele i wszystkim innym, którzy mają dość średniowiecznej ideologii i  starożytnych praw, którzy się buntują i którzy walczą z patologią i zacofaniem, którzy walczą o swoje prawa i swoją i innych lepszą przyszłość. 

Piszę to wszystko jednak jako zwykły obserwator życia, co mi wolno.  Polska już nie jest moim krajem i specjalnie się mieszać do tamtejszych spraw nie zamierzam, a fajnie by było, żeby i w tym dziwnym zakątku Europy ludzie mogli żyć normalnie, być sobą i kochać kogo chcą.

9 sierpnia 2020

Gdzie wybrać się w Belgii w upalny dzień z dzieckiem? W Dolinę Ninglinspo w Ardenach.

Wczoraj było blisko 40 stopni w niektórych miejscach, a my urządziliśmy sobie wycieczkę jednodniową w belgijskie góry. Pogoda - jak się okazało - idealna na odwiedzenie tego miejsca, bo cała nasza trasa była w cieniu, a przy tym było wystarczajaco ciepło, by dziecko mogło się chlapać w wodzie. Tam chlapać, Młody był mokry po same uszy i brudny jak dziczek.

Wskakiwanie do wody to jednak tam normalne nie tylko wśród maluchów, ale także nastolatków i dorosłych. Dlatego, gdy tam się wybierzecie, to nie ubierajcie się zbyt ładnie. Dla dzieci polecam buty do łażenia po wodzie albo - jak w naszym przypadku - zwyczajne stare adidasy.


Na trasie obowiązkowe są maski...↑↑↑

Przynajmniej teoretycznie. Znaczy sa tabliczki informujące, że maski są obowiązkowe, a co za tym idzie ZDEJMUJECIE JE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, bo prawo zapewne przewiduje mandaty... Jest jednak dość miejsca, by zachowac dystans...

Bo wysiadnięciu z auta każdy zakłada maskę, bo inni mają maski i bo są tabliczki...

Zgodnie z moimi przewidywaniami jednak po kilku krokach wiekszość ludzi ma maski na łokciach, na brodzie, w ręce lub kieszeni. Im dalej w las tym masek mniej widać ;-) Nikt normalny nie będzie szedł pod górę w upał z zatkaną buzią. Trasa, którą przebyliśmy ma bowiem 6,5 km i maszeruje się około 2 i pół godziny. 

Znaczy tyle to dorośli maszeruja raczej, bo z ośmiolatkiem jakieś pół dnia zajmuje, gdyż taki musi obejrzeć każdy kamień od spodu, zmierzyć głębokość strumyka na każdym odcinku i wspiąć się wszędzie, gdzie wspiąć się da... a na koniec trzeba go nieść, bo małe nogi odmówią w koncu współpracy :-D 

Jeszcze dziś jest zmęczony i mówi, że nogi mu nie działają, ale jest zadowolony, bo bardzo mu się podobało. Najstarszej też się bardzo podobało. Fotografka niestety nie mogła pojechać albowiem kilka dni wcześniej dokonała dosyć spektakularnego zejścia ze schodów i woli poruszać się aktualnie po płaskim terenie bez kamieni i konarów na drodze. Może wybierzemy się tam raz jeszcze w pełnym składzie za jakiś czas, bo na prawdę warto.

Gdzie byliśmy dokładnie? Ano w Dolinie Ninglinspo. Ninglinspo to jedyny w Belgii strumyk górski.

Adres do wklepania w nawi to:

Le Ninglinspo, Sedoz (numer jaki chcecie - nie ma znaczenia), 4920 Aywaille

W takie dni na parkingach raczej ciężko miejsce znaleźć. Parkuje się przy drodze, ale i tu trzeba mieć farta albo wyjechać odpowiednio wcześnie.

Dla tych, którzy panicznie boją się korony nie polecam, bo tam są ludzie, dużo ludzi.

Ludzie jednak NIE pchają się na drugiego i raczej omijają. Poza tym to las, kamienie i górki. Każdy znajdzie mozliwość ominięcia tłumów i miejsce dla siebie. No, przynajmniej o tej porze roku, bo w deszczowych porach, gdy wody w strumyku więcej, to zupełnie inna historia...

Poniżej pokażę kilka fotek, ale zachęcam też zajrzenia na kanał Młodego, gdzie czeka przygotowany przez nas filmik z naszej wycieczki i o tym, jak bawił się Epicki Izydor w Ardenach. Link na samym dole!


Na początku wszyscy założyliśmy maski, bo inni ludzie też zakładali po zobaczeniu tabliczek "maski obowiązkowe".
































27 lipca 2020

Druga fala wirusa rozpoczęta. Nowe obostrzenia od środy 29 lipca

Od jakiegoś czasu rośnie w Belgii liczba nowych zachorowań na koronę (covid19). Rośnie dość szybko, a tymczasem ci, którzy podejmują decyzje w kwestii nowych zasad, nie potrafią sie dogadać. Lepiej, każdy mówi co innego. Nawet po obradach przy tym samym stole wydają różne oświadczenia dla społeczeństwa. Ot, Belgia.
Największe siedlisko wirusa znajduje się teraz w Antwerpii i choć stamtąd już dawno dochodziły głosy o wprowadzeniu lokalnego lockdownu, to Rada Bezpieczeństwa zdawała się ich nie słyszeć. Gdy w końcu się ogarnęli, to już się rozlało... 
Dziś w trybie pilnym się zebrali, by podjąć nowe decyzje. No i od srody 29 lipca robimy krok do tyłu. 
- każda rodzina może mieć tylko 5 stałych kontaktów (dzieci poniżej 12 lat się nie liczą); zachowanie odległości lub maski zalecane
- imprezy ograniczone do 100 osób w środku i 200 na zewnątrz; maski obowiązkowe
- spotkania ze znajomymi i rodziną do 10 osób (nie licząc dzieci do 12 lat)
- w restauracji do 10 osób przy jednym stole (dodam, że przemieszczać się można w knajpie tylko do wc i wtedy trzeba mieć maskę)
- śluby - na ceremoni do 100 osób, na przyjeciu do 10
- zalecana praca w domu
- zakupy dla przyjemności odpadają; Zakupy można robić tylko w pojedynkę (z wyjątkiem dzieci i osób które wymagają osoby towarzyszącej); czas na pobyt w sklepie ograniczony do 30minut
- obowiązek rejestracji na zajęcia sportowe i do centrów wellness
- darmowe bilety pociągowe dostępne dopiero od września (no i to mnie wkurzyło!!! bo chciałam w sierpniu jeszcze pozwiedzać za free - bilety te są przewidzaine dla każdego mieszkańca Belgii i miały być dostępne do zamówienia od początku sierpnia a do użytku od 17/8. Czekałam na ten dzień! A teraz mówią , że najwczesniej 7/9. O ile w ogóle. (kto ciekawy szczegółów to niech kliknie: TU

Dla Antwerpii mają być jeszcze specjalne obostrzenia.


Dyspraksja. Co to takiego?

Uwaga. Wpis poniższy jest opisem prywatnych doświadczeń i spostrzeżeń autora, a nie publikacją  medyczną. Z pytaniami, wątpliwościami radzę skierować się do lekarzy i specjalistów. 

Dyspraksja  to inaczej  upośledzenie koordynacji ruchowej, syndrom niezgrabności ruchowej, dysfunkcje neurorozwojowe.

Dziwnie brzmi? Zapewniam was, że jeszcze dziwniej się objawia, a najgorsze, że dla wielu osób (w tym nauczycieli, rodziców a nawet lekarzy) to często powód do drwin, podśmiechujek, karania na każdym kroku, a każdy krok jest dla dyspraktyka trudny.

Poczytajcie i pięć razy się zastanówcie, zanim ciśniecie kamieniem swojej głupoty i ignoracji, zanim wyrządzicie komuś krzywdę i zniszczycie życie.

Życie z dyspraksją to życie na poziomie hard.


Co to tak na prawdę znaczy mieć dyspraksję? Jak żyje się z dyspraksją?

Dyspraksja jest wtedy, gdy...

Masz 15 (24, 55, 105)  lat, a ciągle nie potrafisz:

- zasznurować butów
- posługiwać się jednoczesnie nożem i widelcem
- złapać piłki
- rzucić piłką do określonego celu
- nalać soku do szklanki bez zalania całego stołu
- rozróżnić lewej ręki (ani nogi) od prawej
- stać na jednej nodze
- przejśc prosto po narysowanej linii
- kolorować obrazka bez wyjeżdżania za linie
- panować nad emocjami


Do twoich wybitnych talentów należą:

- wpadanie na drzwi, drzewa, latarnie, szafy i ściany,
- spadanie ze schodów, huśtawek, krzeseł, łóżek, a nawet z tego, z czego teoretycznie spaść się nie da, 
- wpadanie na ludzi,
- wjeżdżanie rowerem w słupy lub zaparkowane samochody,
- potykanie się o narysowane na drodze linie, cień lub powietrze,
- potykanie się o własne nogi,
- zrzucanie i upuszczanie różnych mniej lub bardziej wartościowych przedmiotów na ziemię,
- oblewanie się piciem i brudzenie jedzeniem,


Na rowerze po 10 latach praktyki jeździsz jak początkujący 3-latek. (Samochodem czy motorem lepiej byś nawet nie próbował).

Gdy próbujesz coś podnieść z podłogi, musisz 5 razy próbować zanim sie uda, nie raz przy tym w coś przydzwonisz albo przewrócisz.

Gdy chcesz pokazać kierunek ręką, na pewno uderzysz się przy tym o coś lub kogoś walniesz.

Gdy stoisz za długo w jednym miejcu, prawdopodobnie się w końcu przewrócisz.

Powtarzasz za ludźmi pytania na głos, bo inaczej twój mózg nie zrozumie pytania.

Kilka razy pytasz o to samo, a i tak nie zdążysz zapamiętać odpowiedzi.

Nie potrafisz przeczytać tego, co sam napisałeś.

Nienawidzisz zajęć ruchowych, sportu i w-f.

Przechodząc przez drogę możesz wpaść pod auto, bo wydaje ci się, że auto jest wystarczająco daleko i jedzie powoli, gdy ono jest blisko i jedzie szybko.

Twój mózg nie potrafi właściwie oceniać przestrzeni. Czasem więc wydaje ci się, że przedmiot nie zmieści się w danym miejscu, a gdy spróbujesz go tam umieścić, okazuje się, że obok jeszcze by stanęło 2 żyrafy i słoń. Gdy zaś wydaje Ci się, że w pomieszczeniu spokojnie zmieścisz słonia, okazuje się że nawet zając się nie zmieścił.


Tak w przedstawieniu bardzo obrazowym wygląda codziennie życie dyspraktyków. Proste dla normalsów czynności dla dyspraktyka są rzeczami niewykonalnymi.

U naszej Młodej stwierdzono dyspraksję kilka miesięcy temu po wielu najróżniejszych badaniach, jakim została poddana. Ma ona jednak to coś od urodzenia, tylko nie wiedzieliśmy, że ma. Bynajmniej nie dlatego, że nie było widać, tylko, że nie wiedzieliśmy, na co patrzymy. 

Młoda od małego była rozpoznawana jako bardzo hałaśliwe dziecko. Jednak, jako że jej hałasliwość była raczej pozytywna (np niezmiernie głosny śmiech), nikt się tym nie zajmował specjalnie.

Zawsze, odkąd pamietam, miała wyjątkowy talent do rozbijania się. Nie było dnia, by nie wróciła z placu zabaw z informacją (i objawami), że
- spadłam z huśtawki, 
- spadłam ze zjeżdżalni
- spadłam z ławki
- przewróciłam się
- wpadłam na drzewo, na kolegę, na słupa, na kamień, ławkę, kota, kosz na śmieci...
itd itp

Długo używała małpiego chwytu do trzymania kredki, przy czym ściskała te kredkę tak mocno, że prawie soki puszczała. 

W przedszkolu pani któregoś dnia powiedziała, że chyba jeszcze Młodej się dobrze nadgarstek nie wykształcił, czy tam nie wyrobił, bo jak na sześciolatkę, bardzo źle radzi sobie z trzymaniem pisadła i rysowniem lini.

Miała ogromne problemy z opanowaniem jazdy rowerem w wieku wszesnoszkolnym.

To są tylko rzeczy, które z jakiegoś powodu pamiętam w tym momencie, a które wyraźnie świadczą o dyspraksji, gdy razem sie je zestawi i ma wiedzę, czym ta dyspraksja jest. Które to rzeczy jednak nie są same w sobie jakimiś koszmarnym problemem, o które robi się halo, gdy się je u dziecka spostrzeże. 
Przynajmniej dopóki dziecko jest małe. Schody zaczynają się, gdy dziecko trochę podrośnie i stanie się nastolatkiem, a niezgrabność stanie się poważnym problemem. 

Co wy pomyslelibyście bowiem o nastolatku, który nie potrafi złapać piłki ani nią rzucić porządnie? 
Fajtłapa! Łamaga! Ofiara losu!

Co pomyśleli byście o nastolatku, który chodzi zataczając się czasem i rozkładającym co chwilę rece na boki, by złapać równowagę i przewracajacym się na równej drodze?
Naćpany? Pijany?

Co pomyślelibyście o nastolatku, który wiecznie chodzi posiniaczony i podrapany?
Patologiczna rodzina?

Bez wątpienia nie mielibyście dobrego zdania na temat takiego nastolatka i rówieśnicy naszej Młodej też nie mieli... i dostawało jej się za to,  że jest inna, że jest dziwna. 

Co jest powodem, że człowiek ma dyspraksję?


U naszej Młodej prawdopodobnie mała blizna w mózgu, która też zupełnie przypadkiem została wykryta, a która powstała jeszcze w życiu płodowym albo we wczesnym dzieciństwie.

Jednak czasem nie ma żadnego specjalnego powodu. Po prostu taki się człowiek rodzi i już. Człowiek wszak, wbrew temu co się niektórym wydaje, nie jest bynajmniej istotą doskonałą, a tylko dziwnym efektem ewolucji pełnym pomyłek architektonicznych i braków technicznych. Co jeden to lepszy od drugiego. 

Czy dyspraksję można wyleczyć?

Nie. Trzeba nauczyć się z nią żyć, choć dzięki różnym terapiom i ćwiczeniom można PONOĆ trochę poprawić swoje umiejętności. Do tego etapu jednak jeszcze nie dotarliśmy, zatem nie będę się tu więcej wymądrzać.











20 lipca 2020

To znajomym się płaci?!

Znajomi zaproponowali Naszej Młodej wakacyjną pracę - petsitting, czyli opiekę nad zwierzętami podczas ich pobytu na wakacjach. 
Kilka dni przed wyjazdem Młoda poszła omówić szczegóły i poznać zwierzaki. Trójka dzieciaków już czekała na nią przy drzwiach, by pokazać osobiście Młodej swoje pupile. Kłócili się, kto pierwszy i kto co opowie. I tak Młoda poznała króliki, koty i kury.
Potem dorosła część rodziny omówiła warunki, zapłatę i zasady bezpieczeństwa.
Ośmiolatek bacznie się temu przysłuchiwał i w końcu zapytał podśmiechując się półgębkiem:
- Ale to żart?
- Co jest żartem?
- No z tymi pieniędzmi...
- Uważasz, synku, że za mało?
- NO NIE! W OGÓLE! Przecież to siostra Izydora! Znamy ją. Mieszka niedaleko. To dlaczego będziecie jej płacić?!
- Ona też ma teraz wakacje i to będzie jej wakacyjna praca. Opieka nad zwierzętami to spory obowiązek. Musi przychodzić do nas dwa razy dziennie i zajmować się naszymi kurami, królikami i kotami, bo nas nie będzie...

Chłopak wydawał się słabo przekonany, ale Młoda stwierdziła, że wcale mu się nie dziwi, bo skoro on swoimi zwierzakami zajmuje się za darmo, to niby czemu inne dziecko (co z tego, że trochę starsze) do tego znajome ma za to dostawać hajs...? Toż to jawna niesprawiedliwość c'nie. Logika dziecięca czasem trochę odbiega od dorosłej. 

Choć to też pewnie zależy od tego, czy dziecko dostaje pieniądze od rodziców i na jakich zasadach. 
Moje dzieci dostają kieszonkowe, dostają też czasem pieniądze na specjalne okazje typu urodziny, dzień dziecka itd - zamiast prezentu rzeczowego.

Płacimy im też za wykonaną pracę. Nie, za wynoszenie śmieci, usmażenie naleśników, umycie kabiny prysznicowej czy posprzątanie u własnych zwierząt NIE DOSTAJĄ hajsu. Jednak czasem w domu znajdzie się takie czy inne zadanie specjalne, za które oferujemy własnym dzieciom zapłatę.
Ja bowiem też dostawałam pieniędze za niektóre prace w domu czy w polu, gdy sama byłam gówniakiem i bardzo sobie to ceniłam. Bowiem posiadanie własnych pieniędzy to bardzo ważna sprawa dla dziecka, tak samo jak dla dorosłego... 

Na początku wakacji Młoda np dostała propozycję wyczyszczenia papierem ściernym i pomalowania lakierem naszego kuchennego stołu. To zajęcie nie mieści się w kategorii "typowe zajęcia domowe" i dlatego było płatne. Podejrzewam, że spora część dorosłych (szczególnie płci żeńskiej) nawet by nie wiedziała, jak jak się za to zabrać hehe. Młoda już robiła to w zeszłym roku u znajomych (też robota wakacyjna) i ma wprawę. Uwinęła się raz-dwa i mamy stół jak nowy.
Najstarsza z kolei jest w trakcie szycia zasłon, za którą to robotę otrzyma stosowne wynagrodzenie. Tylko, że jej aż tak bardzo na pieniądzach nie zależy, jak młodszej siostrzyce, zatem i nie spieszy się z robotą. No ale co, ma całe wakacje ku temu.

Jeden z drugą się może zastanawiać po co gówniakowi pieniądz, skoro gówniak dostaje od starych wszystko, czego potrzebuje. Owszem, dostaje wszystko, czego potrzebuje, ale każdy - także dziecko - ma swoje fanaberie i tajne potrzeby, o których finansowanie lepiej starych nie prosić.

Ja sama jestem dorosła i miałam okazję przez kilka lat być na utrzymaniu małżonka. To nie było fajne. To wstyd nie miać własnych pieniędzy i musieć o wszystko prosić. Czasem jest to wręcz totalnie bez sensu.

Czym innym jest bowiem kupowanie ziemniaków, cukru czy ubrań dla dzieci za pieniędze zarobione przez partnera, a czym innym jest kupowanie sobie kosmetyków, ładnych majtek, czy piwa. Mój partner nie miał by nic przeciwko temu, gdyby oczywiście zarabiał z kilka tysicy więcej, ale mimo wszystko ja na własne fanaberie zdecydowanie wolę wydawać własne pieniądze. Nie mówię już nawet o prezentach dla partnera - Stary, daj mi stówkę, bo chcę Ci kupić prezent na urodziny! - Muachachachacha!!! 

Dzieci mają tak samo. Chcą mieć pieniądze, choćby parę centów, które mogą wydać na co im się żywnie podoba bez tłumaczenia się starym. 

Dlatego Młoda zadowolona jest ze swojej pracy, bo nie dość że zarobi kilkadziesiąt euro,  to jeszcze robi, to co lubi. Przy okazji odkryła, że koty ją lubią i bardzo dobrze się z tym gatunkiem dogaduje. Niestety koty nie są kompatybilne z ptakami, zatem nawet nie będzimy rozważać zakupu własnego kota. Psa też nie. 6 sztuk zwierząt na razie nam styknie.