21 maja 2021

Ja - normalna inaczej i moje nienormalne życie

Mówię o sobie normalna inaczej, bo normalna nigdy się nie czułam. Zawsze byłam inna, dziwna, moje zachowania i zainteresowania zwykle odbiegały od ogólnie przyjętej normy. Dziś postanowiłam zebrać całe moje dziwne życie w jednym wpisie w celu uporządkowania swoich myśli, autoobserwacji i przemyśleń. 

Napiszę zatem dziś o mojej wersji normalności... 



Dzieciństwo i okres nastoletni normalnej inaczej

Z najmłodszych lat nie wiele raczej pamiętam. Do 6 roku przebywałam w domu z rodzicami, czasem nocowałam u babci i prababci. Pamiętam wiele ich ciekawych opowiesci, niektóre wydarzenia, ale niczego specjalnego o sobie sobie nie przypominam. No może z wyjątkiem tego, że jadłam z kurzego koryta ziemniaki ze śrutą i pokrzywami i dorośli uważali, że to śmieszne.

Do szkoły poszłam z radością w wieku 6 lat i zawsze tam z radością chodziłam. Nienawidziłam wakacji. Wolałam zawsze chodzić do szkoły. Od pierwszej do ósmej klasy szkoła była moim ulubionym miejscem. Szkoła średnia też była spoko. Alternatywą wszak była robota w polu albo zajmowanie się młodszym rodzeństwem, a poza tym w szkole zawsze można było się czegoś nowego dowiedzieć. 

Na początku w szkole miałam koleżanki, ale bardzo szybko się to zmieniło. Już w pierwszych latach znalazłam się na marginesie. Nikt mi jakoś specjalnie nie dokuczał, czy coś, ale też jakoś nikt się ze mną nie chciał przyjaźnić. Często byłam zwyczajnie niewidzialna. Z jakiegoś powodu byłam też raczej nietykalna - nikt mi nie dokuczał, nie wyśmiewał za bardzo. Chłopaki tylko czasem zauważali głośno, że się kiwam. Bo się kiwałam, gdy zatopiłam się w swoich myślach. Z czasem nauczyłam się nad tym panować i nie kiwać się w szkole ani innych miejscach publicznych, czy w ogóle przy ludziach. Jak nikt nie widzi, nie muszę się kontrolować.

Byłam nieśmiała, cicha, ale byłam najlepszą uczennicą. Tyle że nie odzywałam się niepytana i nigdy mi nie przyszło do głowy podnieść ręki nawet jak znałam odpowiedź i bardzo mnie korciło, żeby odpowiedzieć. Bałam się, że ktoś się będzie śmiał, jak się pomylę i że może moja odpowiedź nie jest poprawna więc niech lepiej powie ten, kto jest swojej odpowiedzi pewny. 

Zawsze miałam wszystko, co potrzeba do szkoły - podręczniki, blok, kredki - wszystko zadbane, czyste, kredki idealnie zastrugane, ułożone kolorystycznie (jak tęcza), książki i zeszyty oprawione. W piórniku porządek i full wypas,  bo rodzice wszystko mi kupowali, a ja bardzo się cieszyłam z każdej szkolnej rzeczy. Zawsze miałam zapasowy długopis, bo jakby tak atramentu w piórze zabrakło? Na punkcie szkolnych przyborów miałam lekką obsesję. Chętnie pożyczałam zapominalskim kolegom. Ale też nie mogło mi się w głowie pomieścić, że ktoś ma tylko jakiś obgryziony i niedobrze zastrugany kuciut ołówka albo że tylko jedną kartkę z bloku na plastykę (a jak się rysunek nie uda?), albo że bazgrze po książkach, że w ogóle niechlujnie ma w piórniku, tornistrze itd. Dla mnie było to niezrozumiałe i nie do przyjęcia.

Byłam sprytna i dosyć wysportowana, co na wf budziło szacunek a może nawet czasem zazdrość rówieśników. Zawsze chętnie też wybierano mnie np do gry w gumę na przerwach, bo dawałam duże szanse na wygraną. Najwyżej skakałam też przez kozła. Lubiłam w-f, ale także matematykę i biologię. 

W ostatnich klasach z kolei chłopaki i jedna koleżanka chętnie grali ze mną w szachy, bo w tym też byłam dobra. Poza grami i pomocą w zadaniach (typu: daj odpisać z zadanie majfy) raczej nikt mnie nie akceptował jako koleżanki. Trzymano się raczej na dystans, choć - jako się rzekło - nikt nie był niemiły. Przynajmniej ja to tak odbierałam, że poza interesami nie jestem nikomu do niczego potrzebna i zaakceptowałam ten fakt, choć było mi przykro, że nie mam przyjaciół. 

Czasem ktoś mnie zaprosił na urodziny, ale chyba tylko z grzeczności, w każdym razie wtedy zwykle czułam się jak piąte koło u wozu. Wiele rzeczy, zabaw czy zainteresowań rówieśników w ogóle nie rozumiałam albo uważałam za totalnie głupie. 

Czasem - w pierwszych klasach podstawówki - przychodzili do mnie rówieśnicy, ale zwykle wyglądało to tak, że oni bawili się ze sobą, a ja odchodziłam na bok i bawiłam się sama. 

Nie lubiłam nigdy typowo dziewczęcych zabaw. Nudne, głupie i niezrozumiałe. Lubiłam bawić się z chłopakami w wojnę, nawalać kamieniami, wspinać na drzewa, skakać do rzeki, jeździć na rowerach, budować szałasy. Kochałam wszelakie gry zarówno komputerowe, jak i planszowe, czy karciane. W ogóle często myślałam, że wolała bym być chłopakiem. Nie lubiłam też bowiem dziewczęcych ubrań, fryzur, nie interesowała mnie moda, kosmetyki ani nic z tych rzeczy. 

Czytałam tylko książki przyrodnicze, moje ulubione  czasopisma to były Świat Nauki, Wiedza i Życie. W tv oglądałam też głównie programy popularno-naukowe. Zainteresowania zupełnie niekompatybilne z zainteresowaniami rówieśników. Z filmów lubiłam s-f, fantasy, mordobicia, horrory, przygodowe oraz kreskówki. Filmy obyczajowe, romanse - moim zdaniem - były (i są) do niczego.

Nie znałam się na muzyce ani nie interesowałam piosenkarzami. Słuchałam i słucham pojedynczych utworów z różnych kategorii. Lubię zarówno muzykę klasyczną, jak i hiphop, techno, disco czy folk. Zdarza mi się słuchać jednego utworu po 10 razy pod rząd na zapętleniu, gdy mi się w danej chwili spodoba. Lubię ciągle piosenki dla dzieci.

W ogóle jako 15latka byłam zacofana dość jeśli idzie o wiedzę ogólną o społeczeństwie i życiu codziennym. W 7 czy nawet początkowo w 8 klasie nie miałam najmniejszego pojęcia, co to jest liceum, technikum, czy zawodówka. Nie wiedziałam, czym te szkoły się różnią i jak niby mam wybrać jakąś. O poważniejszych sprawach jak rząd, wybory i tego typu rzeczy to już w ogóle nic nie wiedziałam i niczego nie rozumiałam. Rówieśniczki były też przekonane, że nawet nie wiem, czym jest menstruacja i sobie trochę podśmiechujki robiły między sobą, a jedna taka miła i opiekuńcza traktowała mnie jak młodszą siostrę i trochę próbowała wysądować oraz uświadomić (to były te czasy, gdy dziewczyny jeszcze nie mówiły o TYM w wprost, gdy nie wolno było nazywać rzeczy po imieniu, więc było to trochę komiczne z dzisiejszej perspektywy patrząc), co trochę mnie w duchu bawiło, bo - jestem o tym do dziś święcie przekonana - tutaj akurat moja wiedza teoretyczna na tematy płci, menstruacji czy seksu była bardzo duża i raczej sporo większa niż koleżanek. Rodzice ze mną o tym nie gadali, ale matka miała w domu książkę o kobietach, którą przeczytałam uważnie. W bibliotece babcia też na mnie uwagi nie zwracała za bardzo, więc i tam wszystko z tej kategorii przestudiowałam dogłębnie, nie wyłączając działu dla dorosłych, który liczył raptem kilka książek, ale niektóre nawet ilustrowane.

W szkole doświadczyłam dziwnego zjawiska. Pod tablicą byłam głucha. Zdarzyło się, że czasem czegoś nie wiedziałam i koledzy mi podpowiadali, a ja nic. Pamiętam, że próbowałam z całych sił wyostrzyć jakoś słuch, by usłyszeć, co tam mówią, ale nigdy nie słyszałam. Byłam zła wtedy na siebie, bo jak to możliwe, że inni zawsze słyszeli podpowiedzi, nawet  najcichsze, a ja nigdy?! Jednak najgorzej było zawsze potem, gdy koledzy mówili, że jestem głupia, że się popisuję, bo przecież mi mówili, a ja zamiast powiedzieć, to stałam pod tą tablicą niczym zjeb. Nawet nie wiecie, jak to bolało wtedy. 

Szkolnych dyskotek nie lubiłam, bo czułam się na nich jak debil. Nie umiałam tańczyć ani nie wiedziałam, co mam tam robić. Rozmowy koleżanek były nieciekawe. Nie było jednej osoby, która podzielała by moje zainteresowania i fascynacje, która lubiłaby rozwiàzywać zadania matematyczne, chciała by podyskutować o życiu ptaków, żab, czy znałaby jak ja nazwy wszystkich roślin w polu i ogrodzie. Dyskoteka szkolna to było marnowanie czasu, w którym mogłam przeczytać jakąś książkę albo zająć się swoimi kolekcjami.  

Później Matka, babcia i inni dorośli wiecznie mnie próbowali przekonać do wyjścia z domu, do uczestnictwa w życiu nastolatków,  bo wszystkie normalne nastolatki muszą chodzić na imprezy, wszystkie normalne nastolatki mają koleżanki, żadna normalna nastolatka nie siedzi całe dnie w książkach. Ja nie wychodziłam, nie miałam koleżanek i siedziałam w książkach. 

A tego wszystkiego,  co fascynowało i zajmowało normalne nastolatki ja zwyczajnie nie rozumiałam. Nie rozumiałam ani nie czułam chęci do wyjścia na imprezy. Raz poszłam z bratem na festyn wiejski, by zobaczyć jak to jest. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że to nie dla mnie. Te tłumy obcych ludzi, z czego niektórzy pod wpływem alkoholu - przerażało mnie to. Panicznie się bałam, że ktoś do mnie nagle podejdzie. Hałas, smród ludzkich ciał, papierosów i alkoholu. Koszmar. Nie rozumiałam wtedy i nie rozumiem dziś, co w tym jest dla innych  ludzi przyjemnego, czy fajnego. Mnie taki tłum odraża! 

Wiecznie czułam się nie rozumiana, nieakceptowana, dziwna, inna, cudaczna, nieludzka, wybrakowana.Wstydziłam się siebie i nienawidziłam siebie. Zadawałam sobie całe życie pytanie, dlaczego nie jestem normalna...?

Swoją dziwnością wykazywałam się na każdym kroku.

Kolekcjonowałam najdziwniejsze rzeczy: historyjki z gumy Donald (ponad setkę), etykietki z butelek (krótko ale miałam sporo), opakowania z czekolad (te zbierałam jeszcze wciąż jako dorosła, a do dziś żałuję, że je w końcu wyrzuciłam, gdy dziewczynki się urodziły), znaczki (do dziś mam wszystkie 3 klasery). Często podziwiałam moje kolekcje w samotności, zmieniałam sposób segregowania, układałam na nowo. Zbierałam też pióra ptaków, opisując od jakiego gatunku pochodzą. Czasem wymieniałam się z kimś znaczkami, ale innym to hobby przechodziło w mig i oni porzucali albo zwyczajnie wyrzucali zbiory, a ja wtedy czułam niemal fizyczny ból, bo ja bym się nimi zaopiekowała, bo to były piękne znaczki, bo jak tak można w ogóle. Ja przywiązywałam się emocjonalnie do moich kolekcji.

Przywiązywałam się też do niektórych rzeczy i czułam się źle, gdy ktoś ich dotykał. Tu wspominam np moje figurki gliniane, które były dla mnie świętością i byłam cała w strachu, gdy ktoś mnie odwiedził i je brał do ręki. Nie rozumiałam innych dzieci, które nie szanowały swoich zabawek, np rzucały lalkami, że trzymały je gdzieś w schowku pod schodami bez należytego szacunku. U mnie wszystkie ulubione zabawki miały swoje miejsce i musiały być czyste, zadbane. Sporo przedmiotów z mojego otoczenia traktowałam, jakby były czymś żywym, co czuje, ma uczucia. 

Bardzo mnie bolało, gdy ktoś coś ode  nie pożyczył i nie oddał. Bardzo to zawsze przeżywałam, nawet jako dorosła. Do dziś pamiętam, że jedna klasowa koleżanka z liceum nie oddała mi nigdy moich ulubionych, porządnych czerwonych nożyczek, mimo że kilka razy ponawiałam przypomnienia o zwrocie. Do dziś nie lubię pożyczać ludziom ulubionych książek, czy płyt.

Jako dziewczynka wymyśliłam sobie alternatywny świat, do którego uciekałam w myślach w każdej wolnej chwili. Było w nim wszystko, czego nie miałam w realnym świecie. To mi pomagało przetrwać trudne dzieciństwo bez przyjaciół i zrozumienia. 

W liceum też nie potrafiłam się odnaleźć. Moja klasa była bardzo fajna. Było kilka osób, które działały mi na nerwy, onieśmielały, czy zwyczajnie ich nie lubiłam. Jednak większość miała podobne do mnie zainteresowania, lubili podobne rzeczy.   Chodziłam na biol-chem gdzie wszyscy lub prawie wszyscy lubili przyrodę i gdzie wszyscy byli inteligentni i zdolni. Lubiłam wśród nich przebywać i ich słuchać. Sama rzadko się odzywałam, no chyba że ktoś bezpośrednio do mnie się zwrócił. 

Szybko potworzyły się tam grupy koleżeńskie, ale ja nie należałam do żadnej. Tak samo jak w podstawówce zostałam na boku. Byłam akceptowana, tolerowana, większość była dla mnie bardzo miła, może mnie niektórzy nawet lubili, czasem ktoś do mnie zagajał, ale nie miałam swojej grupy. Próbowałam doczepić się do dwóch dziewczyn i nawet w miarę się udało, ale na dłuższą metę ja zwyczajnie nie potrafię się z nikim przyjaźnić. Nie idzie i tyle.

W tym okresie moim najlepszym kumplem, który rozumiał mnie nawet bez słów, był mój osobisty brat. Z tym gościem na prawdę świetnie się dogadywałam przez lata. Mieliśmy te same zainteresowania, to samo poczucie humoru i te same głupie pomysły. On mnie na prawdę rozumiał i podzielał mój sposób postrzegania świata i myślenia. Poza tym sporo czasu spędzałam w samotności przy książkach czy komputerze. Lubiłam też jako nastolatka samotne spacery po lesie i nad rzeką. Uwielbiałam  chodzić nad rzekę w nocy w czasie pełni i podziwiać wodne ptaki, słuchać odgłosów nocy. Nigdy nie bałam się samotnych wędrówek i bardzo mnie śmieszyło, że koleżanki boją się same wracać wieczorem do domu, czy wychodzić.  Bo czego się tu niby bać na wsi? 

Nie bałam się też żadnego psa. Uwielbiałam psy i ufałam im, a one mnie z jakiegoś powodu akceptowały i lubiły wszystkie. Zdarzyło się kilka razy, że bez zastanowienia podchodziłam do jakiegoś ogromnego i psiska i zaczynałam go głaskać i do niego gadać, a po chwili jacyś ludzie (najczęściej właściciele) przyłapawszy mnie na tym działaniu nagle prawie umierali z szoku, bo „do tego psa nikt nie podejdzie, bo by zachlał”, „tego psa boją się nawet domownicy”. Z psami dogadywałam się świetnie. Ja bałam się tylko ludzi. 

Rodzice i inni dorośli z rodziny i sąsiedztwa uważali mnie za nierozgarniętą, kompletnie niesamodzielną i nieodpowiedzialną nawet jak wkroczyłam w dorosłość, a w przypadku niektórych, jak mniemam,  to chyba nawet po mojej 30tce, czy 40tce się nie zmieniło. Ja sama jednak miałam i mam odmienne zdanie w tej kwestii. Jestem bez wątpienia inna, zachowuję się inaczej niż większość ludzi w moim wieku, ale głupia na pewno nie jestem. Nie uważam też bynajmniej, że kiedykolwiek brak mi było samodzielności, zaradności, czy odpowiedzialności. Tyle tylko, że ja zdecydowanie inaczej postrzegam świat, innymi kryteriami i ocenami się kieruję i inne mam potrzeby. Jeśli  czegoś nie robię, to zwykle dlatego, że nie uważam by zrobienie tego było akurat potrzebne. Jak mam bałagan, to dlatego, że mi on nie przeszkadza, a nie dlatego, że nie potrafię sprzątać. Jeśli ktoś uzna, że jednak nie potrafię sprzątać i postanowi zrobić to za mnie, na pewno nie będę go powstrzymywać. Zawsze byłam przekonana, że jak ktoś coś za mnie robi, to dlatego, że tego właśnie chce, że ma taką ochotę. Tak samo jak wtedy, gdy mnie czymś częstuje. Jeśli mam na coś ochotę, to biorę i długo byłam przekonana, że to jest oczywiste. Z czasem jednak zrozumiałam, że wcale niekoniecznie powinno się pozwalać coś komuś robić ani nie koniecznie dobrze widziane jest branie tego, czym nas częstują, a że nie rozumiem za bardzo o co chodzi, to przez długi czas starałam się jak najwięcej rzeczy robić samodzielnie i nigdy nikogo o pomoc nie prosić i nigdy nie częstować się niczym u nikogo, żeby nie wiem jak do tego zachęcali, bo wiele razy mnie opieprzono, że „chlałam jakbym w domu nie miała” albo że powinnam się wstydzić, że ludzie za mnie coś robią (jakbym kiedykolwiek komukolwiek kazała coś za mnie lub dla mnie robić). Jakiś czas temu jednak wreszcie doszłam do wniosku, że dorośli powinni brać chyba odpowiedzialność za swoje czyny i słowa i że dorośli chyba powinni potrafić samodzielnie ocenić, czy chcą mnie czymś poczęstować, czy nie albo czy chcą za mnie coś robić czy nie. Jak  mnie częstują - zawsze biorę, gdy tylko mam ochotę. Jak chcą coś za mnie lub ze mną robić, pozwalam i nie protestuję. Więc sorry, ale pretensje możecie mieć tylko do siebie, bo ja nigdy o nic nie proszę ani o nic nie żebrzę.

Dorosłość normalnej inaczej

W dorosłym życiu bardzo często zachowywałam i zachowuję się niestosownie wg powszechnie przyjętych norm. Od czasu do czasu ktoś mi o tym mówi w twarz. Innymi razy sama z czasem odkrywam, że pozostali tak się nie zachowują.

Jedną z najczęściej zaliczanych „wpadek” (z tych, które sobie dotąd uświadomiłam) jest niestosowne ubranie i w ogóle wygląd.

Myślę że ludzie uważają, że ja zasadniczo nie przywiązuję uwagi do swojego stroju, ale ja bardzo przywiązuję uwagę do ubrań. Tyle tylko, że dla mnie najważniejsze jest, by ubranie było tolerowane przez moje ciało, by nie sprawiało mi bólu, nie fundowało ogromnego swędzenia ani żadnego innego dyskomfortu. A niestety noszenie większości ubrań było by dla mnie koszmarem. Wełna, kaszmir i inne produkty odzwierzęce drapią mnie koszmarnie. Nawet 5% wełny w składzie materiału powoduje u mnie ogromne swędzenie i pieczenie skóry. To samo dotyczy wielu innych tkanin. Od dopasowanych, obcisłych ubrań boli mnie całe ciało, mam problemy z oddychaniem i w ogóle ogromny dyskomfort. Gdy widzę jakąś kobietę (nawet na obrazku) w obcisłych jeansach, to mnie wstrzącha. Normalsi pewnie mają podobne  odczucia np na widok golasa leżącego w pokrzywach. Jeszcze za młodego byłam w stanie znosić ten dyskomfort, by zyskać aprobatę koleżanek w klasie, czy potem w pracy. Ale po powrocie do domu pozbywałam się tej niewygodnej dekoracji z taką ulgą jak gipsu po 6 tygodniach od złamania kości. Teraz już nie jestem w stanie tolerować takich obcisłych jeansów nawet na chwilę, żeby nie wiem, jakie były miękkie. Ubranie musi być miękkie, luźne, wygodne.

Poza komfortem w moim przyodziewku liczy się, by mi się podobało. Moda i konwenanse nie miały nigdy dla mnie znaczenia. Ba, przeważnie w ogóle nie rozumiałam powodów noszenia czy nienoszenia danego stroju w takiej czy innej sytuacji, przez co pakowałam się w kłopoty. 

Pamiętam dwie takie niefajne sytuacje, ale pewnie było ich więcej, tylko nikt mi wyraźnie w twarz tego nie powiedział. Starałam się zawsze obserwować innych i robić to samo co oni, ale nie zawsze było to możliwe i wtedy drama. Raz, gdzieś na początku pracy w bibliotece szłam na imprezę pracowniczą. Ani nie wiem, co to było, ani w co się to dokładnie wystroiłam. Ważne że wtedy babcia też szła na tę imprezę i przyszła po mnie, a wtedy zasugerowała bym założyła coś innego, bo na taką imprezę nie pasuje raczej to co miałam na sobie. Ja miałam wtedy ze 20 lat, ale nie miałam pojęcia, że to jaka jest okazja ma znaczenie w kwestii ubrania. Dziś to wiem, ale nie powiem, bym rozumiała sens. Odnoszę jednak wrażenie, że normalne baby widzą w tym jakiś sens i logikę. Są tu jakieś normalne baby, które rozumieją, dlaczego nie mogę iść w ładnych spodenkach na imprezę pracowniczą? Albo na egzamin? Bo to była moja druga wpadka. Raz poszłam na egzamin w szkole pomaturalnej wystrojona w żółtą bluzkę i żółte spodenki. Krótkie, ale bardzo ładne. To były najładniejsze ubrania, jakie miałam, a wtedy nie miałam za dużo ubrań. Wszystkie były ze szmateksu (te żółte też), a mój status społeczny można było wtedy określić słowem „biedna”. Belferka była wielce oburzona moim ubraniem. Stwierdziła, że nie traktuję poważnie szkoły i egzaminu, no i jej samej. Wtedy w ogóle nie rozumiałam, o co jej chodzi. Nie wiedziałam, co jest nie tak z tym strojem i dlaczego nie jest dobry na egzamin, bo co moje gacie mają niby wspólnego z wiedzą z literatury starożytnej, czy katalogowaniem zbiorów? Potem się gdzieś dowiedziałam, że ktoś kiedyś ustalił, gdzie chodzi się w jakich gaciach i teraz trza tak robić. Sensu nie widzę do dziś i cieszę się, że tu w   Belgii nie ma aż takiego pojebania na punkcie ubioru, jak był dawniej w Polsce (teraz to nie wiem), choć trochę też jest.

Za gówniarza miałam też problem z butami, bo większość mnie uwierała, robiła pęcherze i gryzła do krwi.  Pamiętam, że wszyscy inni nie mieli takich problemów, tylko ja. Dziś jest duży wybór butów i stać mnie na porządne, wygodne, mięciutkie, więc mam łatwiej. Trzymam się kilku marek i już. Tylko dziś na obcasach nie mogę, ale to już chyba sobie zawdzięczam i chodzeniu na 6cm szpilach po 4km na nogach do roboty. Zasadniczo wybieram buty sportowe, miękkie i koniecznie na grubej miękkiej podeszwie, takie w których można bezboleśnie dużo chodzić. 

Problem tyczy się też makijażu i biżuterii. Podobam się sobie w ładnych ubraniach, makijażu, biżuterii, ale to wszystko powoduje u mnie dyskomfort. Czuję ciężar metalu przez cały dzień, gdy noszę kolczyki czy łańcuszek. Makijaż odczuwam jak ciało obce. Cały czas czuję na twarzy warstwę kosmetyku, żeby niewiem jak delikatny był. I nie, nie jestem w stanie się do tego przyzwyczaić. Wszak w poprzedniej pracy prawie codziennie się malowałam i nigdy ani na minutę nie przestałam czuć tapety na ryju. Każdego wieczora z ulgą ścierałam to z pyska. Z wiekiem się to tylko pogarsza. Teraz jeszcze oczy mnie pieką przez cały czas, choć kupuję tylko kosmetyki z wysokiej półki i dla wrażliwych. 

Perfumy, zapachy tak uwielbiane przez większość kobiet u mnie powodują mdłości, ból i zawroty głowy lub co najmniej zmęczenie. Dawniej za młodego jeszcze sporo zapachów tolerowałam, ale teraz nawet pachnące mydło do rąk, może być poważnym problemem. Do prania kupuję tylko i wyłącznie produkty bezzapachowe, bo w pachnącej choćby najdelikatniej pościeli bym nie spała (ból głowy, zmęczenie, mdłości). To samo dotyczy ubrań. Mogę używać niektórych perfum. Jedne, jak np zielona herbata, czy niektóre cytrusowe zapachy, mogę wytrzymać cały dzień, byle nie były intensywne. Innymi mogę się cieszyć przez chwilę, by potem dostać okropnej migreny. Większości nie toleruję w ogóle. Używam z przyjemnością pachnących kremów do ciała, byle znaleźć własciwy zapach. Do twarzy już jednak lepiej jak bezzapachowe, o czysto kremowym zapachu. 

Problem miałam też z włosami. Większość życia nosiłam długie, ale ciągle mnie drażniły i przeszkadzały. Dotyk pojedynczych włosów na twarzy, szyi to obrzydliwe uczucie. Rozpuszczone całkiem - nie lepsze. Ciasno zaplecione to ból głowy. Zero dobrych rozwiązań. Nienawidziłam mycia,suszenia, czesania. Nie rozumiem co jest fajnego w chodzeniu do fryzjera?! Dopiero po 40tce obcięłam pierwszy raz maszynką. Tyle lat zmarnowałam! Wreszcie czuję się dobrze, byle obcinać systematycznie na 13mm, bo poza 2 cm to  już dyskomfort. 

A metki u ubrań. Jeżu kolczasty! Nawet najmiększe są obrzydliwe. Jak ludzie mogą nosić ubrania z nieodciętymi metkami, przecież to tak koszmarnie drapie. Ja wycinam wszystkie. Jak się nie da odciąć porządnie normalnie, to wycinam kawałek ubrania, bo lepiej mieć dziurę, niż żeby drapało. 

Błyszczące dodatki podobnie. Dlatego nie kupuję odzieży z błyszczącymi nitkami czy innym tego typu gunwem.

Ostatnimi czasy, jeszcze zanim odkryłam, że moje dziwactwa mogą mieć przyczynę w wadzie mózgu i popsutej sensoryce, doszłam do wniosku, że w sumie to guzik kogo powinno obchodzić, co ja sobie na moją własną dupę zakładam albo czego nie zakładam i że mogę nosić co chcę i noszę, co chcę. Jak się komuś nie podoba, niech się nie patrzy! Ludzie dziś biadolą nad gejszami, którym ciasne buty deformowały stopy i powodowały ból albo nad gorsetami, które deformowały kobietom żebra i sprawiały ból, ale nie przeszkadza im to zmuszać mnie do noszenia drapiących, ciasnych, dopasowanych ubrań, które dla mnie są koszmarem. Bo w dresach wstyd chodzić. Choć teraz to akurat fancy i cool. Dla mnie bomba, bo wreszcie można se kupić wszędzie fajne dresy. 

Czasem zdarza mi się kogoś do domu zaprosić i on przychodzi, a wtedy zauważam kontrast. Ludzie mają głupi zwyczaj, by ubierać się elegancko, ładnie, jak idą w gości, a ja mam głupi zwyczaj w domu nosić wygodne ubrania. Czasem czuję się przez to głupio, ale rzadko kiedy za wczasu pomyślę, że powinnam się inaczej ubrać, jak goście przychodzą. 

Zasadniczo jednak nie zdarza się to często, bo nie często kogoś gościmy. Pod tym względem też jestem niezbyt normalna. Najlepiej czuję się bowiem w swoim własnym domu sama ze sobą i moją rodzinką. Lubię być sama. Lubię, gdy nikt mi nie przeszkadza. Lubię ciszę i spokój naszego domu. Reszta domowników podziela moje zdanie, bo oni też są normalni inaczej. 

Jest nas pięcioro, ale nasz dom jest cichutki. Nie mamy telewizora ani radia, bo to by nas denerwowało. Każde z nas lubi siedzieć w samotności przy komputerze, książce, czy słuchać swojej muzyki ze słuchawek. Wszystkim nam to odpowiada. Od czasu do czasu robimy coś razem albo po dwoje, troje. Czasami godzinami prowadzimy dyskusje na różne tematy. To nam wystarcza.

 Czasem jednak przychodzi taka chęć, by z kimś innym pogadać. Zdarza nam się kogoś zaprosić, ale to jest dosyć dla mnie trudne. Z jednej strony lubię gadać z ludźmi, lubię jak ktoś CZASEM do nas przyjdzie obcy, ale z drugiej strony czuję, że ta osoba, czy osoby zabierają mi czas, w którym mogłabym czytać, myśleć, pisać, mieć spokój.

 Ludzie normalni zwykle stawiają towarzystwo innych ponad samotność. U mnie jest inaczej. No i druga sprawa to te wszystkie ceremonie, które ciągle nie za bardzo ogarniam, mimo że już żyję 44 lata. Nie lubię ludzi niczym częstować, bo nigdy nie wiem, kiedy i jak mam zaproponować. Skąd inni ludzie wiedzą, kiedy zaproponować kawę, kiedy gin z tonikiem, kiedy postawić na stół sałatkę, a kiedy podać coś gorącego? Próbowałam czytać różne poradniki, sugestie ale nic mi to nie dało. Nie mam odpowiednich czujników sytuacyjnych i nie wiem tego. Dlatego ostatnio mówię do ludzi otwarcie, że zapraszam na kawę i ciastko, ale zastrzegam że niczego innego nie podaję. Kawę i ciastko daję zaraz jak przychodzą i tyle. Czasem pytam czy napiją się coli, wody itd. Chciałabym, by ludzie mówili, że są głodni, że chcą kanapkę albo  mają chęć na drinka. Bo np jak idziemy do lasu, to wiem że potem wszyscy będą głodni i spragnieni, ale jak siedzimy i gadamy to n ie wiem. Dlatego wolę też nie chodzić w gości, a już szczególnie do Polaków, bo ci zawsze szykują tony jedzenia, a potem ja czuję się głupio nie dając im jeść, gdy przyjdą z rewizytą.  U Belgów lepiej, bo kawa i ciastko to zwykle wszystko albo piwo czy winko i jakieś chipsy czy ser - dla mnie bomba. Z  dziećmi jest łatwo, one zawsze mówią, kiedy są głodne, a kiedy chcą pić. Przynajmniej flamandzkie, bo polskie często miały zakaz  od rodziców, jak pamiętam, choć teraz to nie wiem. 

No i najlepsze. Zawsze ćwiczę różne scenariusze, zanim ktoś przyjdzie. Ćwiczę potencjalne rozmowy w myślach albo i na głos.  Najintensywniej ćwiczę przebieg rozmów przed ważnymi oficjalnymi spotkaniami w szkole dziecka, urzędzie, u lekarza, ale przed normalnymi towarzyskimi spotkaniami też mi się zdarza. Po spotkaniu tym bardziej. Wtedy analizuję każde wypowiedziane zdanie i wymyślam, co lub jak można było to inaczej powiedzieć albo mówię o tym, czego powiedzieć zapomniałam. Powtarzam wszystko po kilkanaście (-dzieciąt?) razy od nowa, w różny sposób zmieniając wypowiedź.  To mi pomaga prowadzić kolejne rozmowy w przyszłości. Wiedzcie, że kiedyś w ogólnie nie umiałam rozmawiać z ludźmi? Dziś potrafię. Nooo, dziś mogę zagadać ludzi na śmierć, choć bardzo staram się nad ryjem panować i słuchać też drugiego. Ćwiczenie czyni mistrza. Obserwuję innych ludzi, oglądam filmy, czytam książki i uczę się w ten sposób, jak rozmawiać, jak się zachowywać. 

Nie mam też wyczucia czasu. Z tego powodu też lepiej, bym nie szła w gosci, bo nie wiem, kiedy mam iść do domu. Zdarzało mi się siedzieć u kogoś 7 godzin i dopiero jak ta osoba przybyła z rewizytą i po 2 godzinach zaczęła się zbierać mówiąc, że nie wypada nadużywać czyjegoś  czasu, zaczęłam rozumieć, że ja nadużyłam gościnności tej osoby. Skąd inni wiedzą, że już czas do domu?

Zdradzę Wam jeszcze jedną rzecz. Boję się telefonów. Nienawidzę nigdzie dzwonić. Nawet do  najbliższych jak mąż czy dziecko nie dzwonię bez lekkiego stresu. Nie wiem bowiem, czy to dobry moment, bo może ten ktoś jest teraz zajęty. Wolę jak ktoś dzwoni. No i jak już zacznę gadać, to nie mogę przestać. Łatwiej mi dzwonić do urzędu, bo tam wiadomo, że można dzwonić od tej do tej godziny i że odbieranie telefonów to ich praca. Do rozmów telefonicznych też się przygotowuję jak do ustnej matury z polskiego. Ćwiczę i ćwiczę, zanim wybiorę numer.

Nie toleruję ludzi nagle odwołujących wizytę bez specjalnego powodu a już szczególnie ludzi, którzy po prostu zapomnieli o naszym umówieniu. Te osoby rzadko mają jeszcze u mnie szanse na kolejne spotkanie. Ludzie, którzy choćby w najmniejszym stopniu próbują mi układać życie i mówić jak mam żyć, mogą od razu o mnie zapomnieć, bo nigdy więcej ich nie zaproszę. 

Ludzi, których uważam za głupich, bardzo trudno mi w ogóle tolerować.

Nie czuję naturalnej potrzeby przebywania wśród ludzi i podtrzymywania przyjaźni. Nie przywiązuję się do ludzi. Nawet najsuperowszych, najfajniejszych, najmilszych ludzi mogę nigdy ponownie do siebie nie zaprosić ani w ogóle się z nimi nie spotkać i nie będę tego odczuwać. Czasem z jakiejś okazji sobie o nich przypomnę i może nawet pomyślę, że już 3 lata ich nie widziałam, ale nigdy nie tęsknię za ludźmi. 

Dotyczy to też zresztą rodziny. Nie mam problemu z tym, że kogoś nie widuję. Widuję - dobrze. Nie widuję - drugie dobrze. Czyjaś śmierć też rzadko jest dla mnie jakimś specjalnie emocjonalnym przeżyciem. Logicznie stwierdzam, że tej osoby już nie ma i tyle. W ogóle o śmierci myślę jak o czymś naturalnym. Dla mnie śmierć nie jest niczym złym. Nie chcę by umierali ludzie czy zwierzęta, których kocham, ale rozumiem że taka jest kolej rzeczy. Sama też nie chcę teraz umierać, bo uważam, że tylko ja mogę zrozumieć swoje dzieci i dać im wsparcie, zrozumienie i pomoc. Wcześniej chciałam umrzeć i uważałam, że to dobre rozwiązanie odejść na zawsze, tylko innych było mi żal, bo wiedziałam że normalsi tego nie rozumieją. Samobójstwo uważam za jedno z możliwych rozwiązań w różnych sytuacjach, które jak najbardziej można brać pod uwagę. To tak jak z daniem komuś w zęby - często bierze się to pod uwagę, ale mało kiedy to robi wybierając choćby zadzwonienie po policję zamiast rękoczynów. 

Mam też mieszane uczucia co do dzieci.  Z jednej strony lubię dzieci, lubię jak bawią się u nas, ale z drugiej strony też czuję jakby zabierały mi mój czas i moją przestrzeń. Chodzi oczywiście o obce dzieci, nie moje. Cieszy mnie, że Młodego wszyscy lubią i chcą do niego przychodzić oraz go zapraszać. Dobrze dogaduję się z dziećmi i mam wiele pomysłów na zorganizowanie im zabawy. Cieszę się, jak ktoś do nas ma przyjść, ale z drugiej strony mnie to wkurza.

Moje relacje z własnymi dziećmi i małżonkiem też są dosyć specjalne. Nasze relacje, wychowanie dzieci opieram głównie na mojej własnej logice i wiedzy oraz na moich instynktach. Normy, zwyczaje i opinie reszty świata mam gdzieś. Jeśli moja metoda się sprawdza, to się jej trzymam. Jeśli nie, próbuję czegoś innego. Nie rozumiem np systemu kar i nagród. To nie ma u nas najmniejszego sensu. Nie wiem, czy sprostałabym wychowaniu dzieci neurotypowych, ale moje są takie jak ja. Też kierują się logiką, wiedzą, a są wszystkie trzy piekielnie bystre. Zarówno ja jak i one mamy zainstalowane fabrycznie poczucie sprawiedliwości, nie potrafimy kłamać ani oszukiwać. Znaczy technicznie potrafimy i to często lepiej, niż normalsi, ze względu na naturalną umiejętność ukrywania emocji i talent aktorski, ale powoduje to u nas ogromny dyskomfort. Jestem wręcz chorobliwie uczciwa, ale tylko wedle własnego światopoglądu. Prawa i zasady ustalane odgórnie przez obcych ludzi zazwyczaj nie mają dla mnie specjalnego znaczenia, jeśli przypadkiem nie pokrywają się z moimi zapatrywaniami na tę kwestię. Mogę spokojnie łamać regulaminy jeśli uznam, że w ostatecznym rozrachunku tak będzie dla mnie lepiej (biorąc pod uwagę ewentualne konsekwencje). Logika i wiedza  na pierwszym miejscu zawsze.

Ludzie w większych ilościach mnie męczą. Nie lubię zatem sklepów, targów, gwarnych restauracji, jarmarków, czy innych imprez. Nie lubię też małych sklepików, gdzie konieczny jest bliski kontakt ze sprzedawcą. Nigdy nie wiem, jak się zachować, co mówić. Wolę anonimowość.  Najlepsze zakupy to zakupy online, gdzie całkowicie unikam kontaktu z ludźmi. 

Potrafię dostosować się jednak do każdej grupy ludzi. Gdy rozmawiam z dziećmi, czuję się wewnątrz często sama jak dziecko. Gdy rozmawiam z nastolatkami, jestem nastolatką. W tym wypadku często wręcz zapominam, że mam 44 lata i  jestem całą sobą szaloną nastolatką. Przy rozmowach z babciami potrafię myśleć w babciowych kategoriach. Grube seksistowskie żarty chłopów śmieszą mnie tak, jakbym sama była chłopem i potrafię też odpowiednio odpowiedzieć. W towarzystwie ludzi kulturalnych, oczytanych i wysoko wykształconych, o dziwo, też zwykle świetnie się odnajduję. Czy ja gram? Każdy gra, ale ja potrafię chyba wyjątkowo dużo postaci zagrać. Najgorzej wychodzi mi chyba bycie sobą, bo to jest piekielnie trudne. Gdy jestem sobą, ludzie mnie pokazują palcami, wyśmiewają i hejtują. Lepiej zatem dla mnie, gdy gram. Choć w ostatnich latach coraz mniej mi na tym zależy, coraz częściej mam w dupie, co ludzie powiedzą, pomyślą, zrobią. Coraz łatwiej przychodzi mi powiedzenie temu czy tamtemu wprost „nie podoba się, to wypierd..j z mojego życia”. Odkryłam, że jak się posłuchają, to bynajmniej nie jest mi przykro, a wręcz czuję ulgę, powiew wolności i czuję, że to właśnie jestem ja. Osoba, która zawsze była dla wszystkich miła, choć nie zawsze chciała, ale powiedziano jej że tak trzeba. 

Zasadniczo o wiele lepiej od ludzi rozumiem zwierzęta. Moja ciotka polonistka i moja wychowawczyni z podstawówki jednocześnie, powtarzała mi ciągle, że nie żyję wśród zwierząt, tylko wśród ludzi i że powinnam też książki o ludziach czytać (bo w podstawówce tylko o zwierzętach czytałam). Zwierzęta jednak są o wiele bardziej dla mnie zrozumiałe. Kocham je i rozumiem. Zwierzęta nie wymyślają durnych, niezrozumiałych zasad. One zawsze są sobą. Tygrys jest tygrysem - wiesz, że może cię zjeść. Tygrys nie udaje kotka. Zawsze jest tygrysem. Kotek nie udaje wróbla. Jest kotem, który zjada wróble. 

Od czasu podstawówki przeczytałam setki książek o ludziach. Od czasów szkoły średniej bardzo intensywnie interesuję się psychologią, religią i resztą dziedzin pozwalających mi poznać człowieka. Czytałam nawet podręczniki akademickie z psychologii. Uważnie i dokładnie też ten gatunek obserwuję i uczę się. Jestem inteligentnym i pojętnym uczniem. Dlatego dziś już mogę całkiem dobrze udawać normalnego człowieka. Często ludzie nawet dają się  nabrać. 

Przez większość  mojego dotychczasowego życia, chciałam być jak inni ludzie, chciałam być normalna, czuć i myśleć normalnie, być rozumianą przez innych i samemu ich rozumieć. Chciałam pasować do reszty. Nie udało się. W ostatnim czasie doszłam do wniosku, że ludzie normalni wcale nie są fajni, że w sumie nie warto się z nimi zadawać, bo oni niczego nie rozumieją. Do tego zawsze chcą, by wszyscy byli jak oni i robili, to co oni, zachowywali się jak oni, czuli jak oni, myśleli jak oni. Tymczasem ja myślę dużo więcej i czuję dużo więcej, myślę i czuję zupełnie inaczej niż normalsi, co czyni ze mnie zupełnie inny gatunek człowieka. Gatunek, który nie jest z tym drugim za bardzo kompatybilny. Oni nigdy nie będą taka jak ja, czy moje dzieci, a my nie będziemy tacy jak oni. 

Z drażniących i męczących mnie rzeczy, to jeszcze warto wymienić alergię na niektóre rodzaje światła. Świetlówki były dla mnie zmorą, bo ja cały czas widziałam ich miganie. To był koszmar, aż się niedobrze robiło i oczy bolały. Teraz mam problem z niektórymi ledami. Gdy w pomieszczeniu jest niezbyt jasno, a świecą ledy na suficie, zaczyna mi się kręcić w głowie podczas ruchu.

Lubię słowa. Myślę słowami. Fascynuje mnie język mówiony i pisany. Lubię używać starych, rzadko używanych wyrazów i zwrotów. Kocham łamacze języka. Mam fioła na punkcie poprawności językowej, ale lubię też wymyślać nowe wyrazy, tworzyć własne zasady pisania i mówienia i bawić się tym, ciesząc  jak dziecko. Wkurza mnie, gdy inni tego nie rozumieją i się przypierniczają. Lubię wulgaryzmy. Bawią mnie i pomagają w wyrażaniu emocji. W ogóle pisząc i mówiąc odreagowuję stres. Słowami wyrażam moje emocje, myśli, uczucia. Piszę często listy do mojego męża, bo gdy mam dużo ważnych rzeczy do powiedzenia, to pisanie jest najlepszą metodą,gdyż wtedy nikt mi nie przerywa mojej wypowiedzi. Mogę napisać spokojnie wszystko, co chcę. Potem można o tym spokojnie rozmawiać nawet kilka dni. Do Młodych też czasem pisałam. Małżonek i Młoda też lubią mówić do mnie pisemnie.

Mam problemy jedzeniowe. Pierwszym z nich jest fakt, że muszę dużo jeść i często. Czasem mnie to irytuje, bo jedzenie to marnowanie czasu. Marzy mi się, żeby kiedyś wynaleziono tabletki, które zastąpią jedzenie. Była bym pierwszą, która kupiła by to hurtowo i wywaliła z domu gary, miski i kuchenkę haha. Czasem budzę się w nocy, bo jestem głodna i muszę isć coś zjeść - inaczej nie wyśpię się. 

Jedzenie mi czasem śmierdzi. Nie mogę jeść, gdy myłam ręce pachnącym mydłem. Nie mogę jeść, gdy ktoś obok mnie czymś (choćby szamponem czy proszkiem do prania) pachnie. Nie zjadłabym, gdyby w pobliżu był mokry pies. Nie mogę jeść ciepłych posiłków przy otwartym oknie ani tym bardziej na zewnątrz, bo mi wszystko śmierdzi mokrym psem. Nie mogę patrzeć, jak ludzie w knajpach na tarasach jedzą obiad. Nie pojmuję, jak mogą przełknąć takie śmierdzące jedzenie. My jemy tylko w środku, najlepiej z dala od innych ludzi.

Nie toleruję smrodu papierosów. Wyczuwam palaczy na kilometry i od razu mam ochotę puścić pawia. Gdy siedzę na dworcu i przychodzi ktoś, kto wyjmuje fajki, mam ochotę dać mu w ryj albo narzygać na buty i niewykluczone, że kiedyś to zrobię, bo dla mnie smród fAjek to piekło nie z tej ziemi.

Drażnią mnie też perfumy, czy nawet proszkiem pachnący ludzie, szczególnie w autobusie. Powinien być zakaz perfumowania się do autobusu czy pociągu. Dla mnie spora część tzw zapachów to smród jak dla normalsów zdechły kot czy krówskie łajno.

Nie lubię zimnych napojów. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy mi proponują albo i bez pytania podają zawsze napój z lodówki. Ja nie lubię pić zimnego! Nawet wina. Dlatego wolę czerwone, niż białe. Piwa też nie. Nie że od razu chcę pić ciepłe, o fu! Po prostu nie z lodówki. Lodów też za bardzo nie lubię, bo mi zimno w zęby i w brzuch od środka. 

W ogóle nie lubię zimna. Nienawidzę. Chciała bym, by zawsze było 25-30 stopni. Nie mogę nawet spać w chłodzie, bo budzę się co 5 minut i czuję zimno. 20 stopni to minimum do spania. 

Lubię chodzić na boso. Nie tylko po domu i po miękkiej trawie. Lubiłam ganiać po świeżo skoszonej łące, by czuć na stopach tę ostrą trawę. Czasem miałam pokłute stopy, ale lubiłam to i tak. Po ostrych kamieniach też fajnie się chodzi - ciekawe doświadczenie sensoryczne. Błoto również jest fajne. Ganianie po ciepłym asfalcie tuż po deszczu jest cudowne. Czasem chodziłam też na boso po śniegu. 

Ostatnio coraz bardziej jestem przekonana, że moja dziwność i nienormalność może mieć dosyć proste wytłumaczenie, które określa się mianem spektrum autyzmu.  Im więcej na ten temat czytam i rozmawiam, tym większą mam pewność, bo z każdą nową zdobytą na ten temat informacją i każdym nowym odkryciem kolejne puzzle mojego życia zaczynają nagle wskakiwać na swoje miejsce i wszystko do siebie nagle pasuje i wreszcie znajduje logiczne wytłumaczenie. 

Wiedzcie, że spora część moich opisanych tu dziwactw jest typowa dla kobiet ze spektrum autyzmu(autyzm u kobiet inaczej się objawia niż u mężczyzn).  Ja nie wiem, czy do nich należę, bo nie mam oficjalnej diagnozy. Mam tylko swoje podejrzenia, ale dziś wiem przynajmniej, że ze swoimi dziwactwami, swoją nienormalnością nie jestem sama na tym świecie, że ktoś inny też tak ma, że tych ktosiów są setki na świecie. Czuję się o wiele lepiej z tą świadomością. Nie jestem bowiem - jak się okazuje - takim aż wielkim wybrykiem natury. Po prostu mam drobną wadę mózgu i tyle ;-). W każdym razie wreszcie wiem, że moją nienormalność da się sensownie i logicznie wytłumaczyć, a to wiele dla mnie znaczy. Więcej niż pewnie ktokolwiek z was jest sobie w stanie wyobrazić. 

Jak już kiedyś tu wspominałam, ja jestem dla siebie bardzo dobrym terapeutą. Ciągle analizuję swoje zachowanie, uczucia, stan swojego ciała i umysłu oraz moje myśli, a potem porównuję to z dostępną i znaną mi wiedzą psychologiczną, historyczną, socjologiczną, medyczną. Wyciągam wnioski i w miarę możliwości zastosowuję w swoim życiu. Zwykle działa i zwykle bardzo pomaga. 



13 maja 2021

Majowo, a jakby nie majowo.

 Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do ciepła i upałów. Ten rok jest jednak dosyć zimny. Rok 2013, w którym przyjechaliśmy do Belgii też był zimny. Nawet gorzej chyba było, bo non stop lało. Zimne, deszczowe i monotonne były też kolejne lata naszego pobytu w tym kraju. Pamiętam nawet, że kiedyś dostałam od kogoś masę ubrań, a tam pełno koszulek na szelkach. Wysłałam wtedy wszystkie do Polski, bo tutaj zwykle przez cały rok jednego dnia nie było wystarczająco ciepłego na podkoszulek. Temperatura przez cały rok utrzymywała się na podobnym poziomie, a zima nie wiele różniła się od lata. W ostatnich latach coś jakby się zmieniło i w zimie pojawił się nawet śnieg i temperatury minusowe, a latem upały do 35 stopni.  Ostatnia zima była wyjątkowo zimna i śnieżna. Najzimniejsza w ciągu ośmiu lat, jakie tu mieszkamy. Wiosna też jest zimna, ale nie ma się raczej co temu bardzo dziwować, bo już gorzej bywało w Belgii. W ogóle nie jest przecież źle - wszystko kwitnie, mamy bardzo dużo słońca. Tyle, że często burze przechodzą albo jest chłodno jak na maj. Oczywiście ja bym też wolała upał, bo kocham gorąco, ale gdy tak się człowiek zastanowi, to wcale a wcale nie ma powodu do narzekań, jeśli idzie o pogodę. Inną kwestią jest stan pandemiczny i tu to już długa lista powodów do biadolenia się znajdzie. Nic nie jest przecież normalne i cały świat został odwrócony do góry nogami. Jednak to każdy ma u siebie, więc nie ma co o tym pisać.

Pandemia czy nie pandemia u nas jednak cały czas coś się dzieje, ciągle mamy nad czym myśleć i co robić. Nie jest raczej specjalnie nudno ani monotonnie.

W minionym tygodniach też trochę się działo. 



Po krótkiej przerwie wróciłam do zapisywania dzieci do różnych medyków i magików. Zapisałam Młodego do ortodonty. Pierwszy raz odkąd mieszkamy we Flandrii spotkaliśmy się z czasem oczekiwania dłuższym niż 4 miesiące. Młody ma wizytę na jesień 2022 roku. No ale tu nie ma i tak pośpiechu. U ortodonty można zacząć albo przed 9 urodzinami albo po 12tych , ale przed 15tymi. Jeśli Młody faktycznie, jak przewiduje nasz dentysta, będzie potrzebował aparat, to i tak będzie musiał czekać do 12 urodzin, w przyszłym roku będzie miał dopiero 10. 

Zapisałam go też do psychologa, ale tu już o niebo szybciej, bo wizytę mamy już na początku czerwca. Młody czeka z niecierpliwością, bo bardzo chce się dowiedzieć, jak radzić sobie z niepożądanymi, nadmiernymi emocjami, które bardzo mu się dają we znaki. Chodzi głównie o nieopanowane wybuchy złości i smutku. Wierzymy, że nasza pani psycholog coś nam rozsądnego podpowie. Chcemy też porozmawiać na temat przeskoczenia klasy, do której Młody już  jest przygotowywany. Psycholog na pewno zna takie przypadki i powie nam, jakie mogą być skutki uboczne, byśmy się mogli na nie przygotować lub im zapobiec. Rozmowa na pewno nie zaszkodzi. Mam też jeszcze inne pytania i wątpliwości, o których chcę pogadać z kimś znającym się na dziecięcych sprawach. Mamy dobrego psychologa w sąsiedztwie, więc czemu nie skorzystać z kilku porad. Nie kosztuje to wszak niewiadomo ile, a parę centów nawet z ubezpieczenia wracają. Pierwsza wizyta zwykle 60€, kolejne 50€. Badania diagnostyczne czy dłuższe terapie to już idą w setki, jednak na pewno i tak warto, bo zdrowie jest bezcenne, a psychiczne jest równie ważne jak fizyczne, a jedno od drugiego zależne i oba ze sobą ściśle powiązane. 

Jako się rzekło, Młody szykuje się do wielkiego skoku. W miniony poniedziałek byłam w szkole na rozmowie w tej sprawie. Ustalono, co następuje. Młody teraz napisze ważne duże testy, które pisze się na koniec trzeciej klasy, a potem będzie chodził po trosze na lekcje do czwartaków, by trochę nowych kolegów lepiej poznać i by na ich lekcjach powtórzeniowych liznąć trochę materiału z czwartej, do której normalnie nigdy nie będzie chodził. 

W tym tygodniu już Młody dostał w jeden dzień 3 testy z matematyki, które reszta dzieci będzie później pisać pojedynczo. Pisał je w osobnej sali i pani mówiła, by robił sobie przerwy albo nawet jeden odłożył na drugi dzień, ale Młody stwierdził, że takiej łatwizny to nie ma co dzielić i roztrzaskał je za jednym podejściem bez przerwy. 

Cieszy się, że pójdzie do piątej klasy i że wreszcie będzie mógł się może coś nauczyć ciekawego i ma nadzieję też, że może w tej nowej klasie dzieci nie bawią się już w te nudne „bobasowe” zabawy. Tam są szachiści, a jeden z nich już nauczył go kiedyś grać w szachy, więc może odnajdzie się w tej grupie, bo on nie lubi za bardzo zwykłego ganiania za piłką czy innych tego typu szaleństw, a raczej spokojne sensowne zajęcia. 

Nauczycielom i dyrektorce podoba się, że Młody ma kanał na You Tube. Nie ukrywam, że raczej odmiennej reakcji się spodziewałam, no ale człowiek nie przewidzi, czym drugiemu zaimponuje. Dyrektorka już kilka razy zagaiła do Młodego, że ma super kanał. Wychowawczynie co jakiś czas mówią w klasie, że oglądały nowe wideo Izydora i pytają, kto jeszcze oglądał. A Młody cieszy michę i śmieszkuje, że jest popularnym jutuberem, bo nawet Pani Dyrektor subskrybuje jego kanał. Śmieszki śmieszkami, ale ten kanał takna prawdę mu wiele dał. Po pierwsze pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Już się nie wstydzi podczas wypowiedzi przed klasą, a wstydził się wcześniej okropnie. Nauczył się też wiele o internecie, o zasadach, netykiecie i o tym, że bycie jutuberem to ciężka robota. Poznał różne programy do nagrywania i montażu wideo, poznał youtube i wiele ważnych zasad regulaminu. Uczy się też wypowiadać i mówić wyraźnie i coraz bardziej ciekawie i samodzielnie. Spróbował też różnych rzeczy i wiele się nauczył, bo pokazywaliśmy na tym kanale i gotowanie, i eksperymenty,  i rowerowe szaleństwa, i zwierzaki, a ostatnio całkiem samodzielnie zaczął nagrywać gry. Wypytał wujka o to, czym on nagrywa, poszukał tego programu, pobrał, samodzielnie zainstalował i rozkminił powoli, jak działa. Po czym zaczął nagrywać. Najpierw prosił mnie o tłumaczenie, ale potem sam nagrał w dwóch językach. Te umiejętności nie zginą, a kiedyś na pewno mu się przydadzą w życiu. Bowiem umiejętność szukania informacji, pomysłów, wiedza na temat tego, co ludzi interesuje oraz talenty gawędziarskie itp zawsze się przydają. Znajomość techniki też.


Posiadanie własnego kanału i te malutkie sukcesy dodają mu też skrzydeł i motywacji w codziennym życiu, bo „taki popularny jutuber niczego się nie może bać i wszystkiemu da rady”. Tak Młody się motywuje każdego dnia. Dodam gwoli ścisłości, że Młody doskonale wie, że nie jest popularnym jutuberem i wie już, że to nie takie proste, jak mu się wydawało, gdy sam nie miał kanału. Młody ma bardzo duże i dosyć dorosłe poczucie humoru. Jednak marzy o tym, że może kiedyś będzie popularny, co mu wolno, i cieszy się tym, że kilka osób z klasy, wychowawczyni a nawet Pani Dyrektor go ogląda. To popularność w sam raz na miarę dziewięciolatka i ma prawo się tym cieszyć i być z tego dumnym. 

Młoda tymczasem uczy się w domu pilnie wedle własnego planu i zapotrzebowania. Pierwszy egzamin już w tym miesiącu. Nie dawno byłyśmy zobaczyć, gdzie jest w Brukseli ta cała Komisja Egzaminacyjna i  okazuje się, że to raptem dwa kroki od Dworca Północnego dokąd od nas jeździ się autobusem. Na pierwszy egzamin na pewno z nią pojadę jednak, bo to zawsze raźniej, jak ma się świadomość, ktoś jest w pobliżu. Tak myślę. W wolnych chwilach łazi z aparatem i pstryka. Myślimy, gdzie by tu znaleźć dla jej jakieś praktyki, staże, czy choćby wolontariat. Zły to czas na naukę fotografii, zły to czas dla fotografów, gdy nie ma prawie wesel, komunii, koncertów, wystaw, turniejów sportowych. Jaki fotograf przyjmie ucznia, jak sam roboty nie ma. Poczekamy jeszcze trochę, może w końcu jakoś coś się zacznie kręcić... 

Powoli wszystko jakoś się nam układa i oby ta tendencja jak najdłużej się utrzymywała, bo spokój i bezpieczeństwo we własnym domu są najważniejsze. Reszta już jest mniej ważna.


Bruksela Północ







2 maja 2021

Gdy dyrektor szkoły organizuje specjalne zebranie dla twojego dziecka

 Mieszkam w tej Belgii już ósmy rok a ciągle nie może mi się w głowie pomieścić, że w szkole można dostać tyle wsparcia i pomocy dla ucznia, także dorosłego ucznia i to ucznia w jakiś sposób niepełnosprawnego. W Polsce można było czasem trafić na jakąś dobrą duszę, która pomogła, poradziła, ale to były małe (choć dla mnie matki i tak wielkie) inicjatywy prywatnych osób, dobrych wrażliwych nauczycieli.

We Flandrii fantastyczne jest jednak to, że tu szkoła pomaga z urzędu. Wiadomo, raz ta pomoc przynosi lepsze efekty, raz gorsze i nie zawsze człowiek jest usatysfakcjonowany, ale najważniejsze, że człowiek - uczeń, rodzic - nie pozostaje sam ze wszystkim. Dla nas obcokrajowców jest to szczególnie ważne, bo nie wychowawszy się samemu w tym kraju, człowiek często nie wie co gdzie jak i kiedy. Jak czytam czasem wypowiedzi rodaków, że tu ci nikt nie pomoże, to mi się scyzoryk otwiera w kieszeni. Bo tak, Poloczek jak ci nie zaszkodził, to już ci dużo pomógł. Tylko pytanie, czy na tej podstawie trzeba wyciągać wnioski dotyczące innych ludzi bez uprzedniego sprawdzenia faktów? Wielu (jeśli nie większość) tak robi i rozpowszechniają potem takie duby smalone w necie, nie rzadko dodając ZA ILE oni ci „pomogą”. Dlaczego znowu jadę na „swoich”, ano dlatego, że właśnie całkiem niedawno ktoś napisał taki a nie inny komentarz pod moim wpisem w necie na temat problemów dzieci. „no bo najgorsze to że tu musisz liczyć tylko na siebie, bo przecież Belgusy obcokrajowcowi  nie pomogą, bo oni tylko na swoich patrzą” powiedziała dziunia nie mająca nawet dziecka w szkole, ani - jak mniemam - żadnych większych problemów, bo ona wie, że „belgus nikomu nie pomoże”, bo tak przecież wszyscy rodacy mówią, a dziunia chłonie jak gąbka i powtarza dalej... Czasem to słów brak. Ale chuj im na grób. Ja tam swoje wiem, bo sama doświadczyłam na swojej skórze tych „złych belgusów” i „pomocnych rodaków”, ale głupie niech dalej wierzy tylko „swoim”.

Ta pandemia narobiła wiele zamieszania w szkołach. Wszystko jest o wiele trudniejsze i bardziej zagmatwane, niż wcześniej, ale tego nikomu nie trzeba tłumaczyć. I tak dobrze, że we Flandrii dzieci do szkoły przynajmniej mogły chodzić cały rok. Na głupich albo i głupszych zasadach, ale większość miała lekcje stacjonarne. Jak tak na tę Polskę patrzę, to nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji tamtejszej młodzieży. Koszmar po prostu. No ale nie o patologii miał być ten wpis. 

Nasze szkoły nie tylko uczą w czasie pandemii, ale też działają intensywnie na innych płaszczyznach. Kilka tygodni temu dostałam zaproszenie na zebranie online dotyczące mojej Najstarszej i jej przyszłości. Przypomnę tu dla porządku, że Najstarsza jest aktualnie w 5 klasie szkoły średniej zawodowej o kierunku moda. W zeszłym roku skończyła 18 lat, czyli nie podlega już obowiązkowi szkolnemu (w dowolnej chwili może zrezygnować z nauki). W zeszłym roku otrzymała też atest Spektrum Autyzmu, co pozwala jej oficjalnie korzystać z IAC (individueel aangepast curriculum), czyli uczyć się w normalnej szkole wg dopasowanego do jej potrzeb programu nauczania, korzystać z dodatkowej pomocy i wsparcia. Inaczej musiała by chodzić do szkoły specjalnej BuSO, bo od pewnego momentu nie radziła sobie ze zwykłymi wymaganiami, nawet mimo wielu ułatwień i pomocy dodatkowej. Ona jest bardzo inteligentna i dysponuje niesamowitymi talentami artystycznymi, manualnymi, sprawnościowymi i innymi (jest najlepsza w klasie np z angielskiego, z matmy, z wf, z szycia i projektowania) , ale ma problemy z m.in. socjalizacją, działaniem w grupie, tempem pracy, językiem niderlandzkim. 

Od pewnego czasu intensywnie zastanawia się nad zakończeniem nauki, bo kierunek moda, mimo że ma do niego predyspozycje i talent, zaczął jej się nudzić. A może zwyczajnie nie chce jej się już chodzić do szkoły, może - a raczej bardzo prawdopodobne - jest już zmęczona tymi wszystkimi doświadczeniami, przejściami, badaniami no i tą tzw pandemią, od której już zdrowym ludziom się rzygać chce, a co dopiero ludziom z problemami zdrowotnymi. 

My starzy nie wiemy za cholerę, co jej tak na prawdę doradzać, bo co w takich patologicznych czasach możesz dziecku doradzić? Nawet zdrowemu i w pełni sprawnemu dziecku trudno by było dziś  doradzać, a co dopiero trochę autystycznemu. Mówię, co myślę i co czuję, czyli że fajnie jakby chodziła jeszcze do szkoły, bo zawsze to coś się tam nauczy i dopóki chodzi do szkoły, nie musi się stawać dorosła i odpowiedzialna, nie musi chodzić do pracy i o nic się martwić. Ale dziś już wiem, jak źle się może skończyć chodzenie do budy na siłę. Zatem jak nie czuje się już na siłach, ma dość, uszami jej szkoła wychodzi, to może zakończyć to wszystko. Może zostać w domu i tyle....

Nauczyciele i dyrektor szkoły jednak nie odpuszczają. Próbują na rzęsach stanąć i uszami zaklaskać, byle tylko Nasza Najstarsza została w szkole. Bo - jak podkreślają za każdym razem - takie ma ogromne talenty, że grzech by było je zmarnować na jakimś sprzątaniu, czy innej słabej pracy. 

Kilka tygodni temu zaproszono mnie na zebranie online, by omówić tę sprawę, by coś razem zdecydować, a przede wszystkim by Najstarszą i mnie przekonać do niepoddawania się walkowerem. Był na tym zebraniu dyrektor, była mentorka, była asystentka Najstarszej (ondersteuner - babka która przyjeżdża do szkoły czasem i pomaga jej np w lekcjach, w ogarnięciu szkolnych spraw itp.), była babka z CLB (poradnia szkolna) no i w końcu babka z VDAB, czyli flamandzkiego biura pracy. Wszyscy próbowali nas  przekonać, że będą nas wspierać i pomagać w znalezieniu stażu dla Najstarszej i/lub pracy. O ile jednak sobie takiej pomocy życzymy. Babka z biura pracy obiecała zorganizować spotkania informacyjne umożliwiające nam zapoznanie się z możliwościami oficjalnej pomocy i wsparcia oraz rynkiem pracy jako takim z uwzględnieniem potrzeb, możliwości i ograniczeń naszej Córki. Byłam jak najbardziej tym zainteresowana. Wtedy oni nie byli pewni, czy jeszcze w tym roku szkolnym uda się procedurę rozpocząć i  takie spotkanie zorganizować, ale nie długo później zadzwoniła asystentka Najstarszej, by powiadomić o kolejnym zebraniu, tym razem stacjonarnym. 

Owo zebranie odbyło się w minionym tygodniu w szkole Najstarszej. Było to bardzo oficjalne zebranie szkolne, o wiele ważniejszym statucie niż jakaś tam zwykła wywiadówka, czy rozmowa z dyrektorem. Bowiem, jak powiedział dyrektor, sprawa dotyczy dziś tylko naszej córki, ale informacje zdobyte podczas tego zebrania oraz nawiązanie współpracy z pewnymi instytucjami jest też ważne dla szkoły w przyszłości, dla innych uczniów. No po prostu, Panie, czuję się zaszczycona, że dla nas specjalnie się takie  rzeczy robi, że dyrektor poświęca swój cenny czas. A taka ci powie, że “belgus ci na pewno nie pomoże”. Kurwa! 

Na zebraniu znowu była kupa ludzi. Tym razem oprócz babki z VDAB przyjechała też kobitka z GTB. To instytucja, która pomaga w poszukiwaniu pracy ludziom z ograniczeniami, niepełnosprawnością, a także ludziom, którzy np wiele lat przepracowali w jednym zawodzie, ale nagle są zmuszeni szukać innej pracy (choćby ze względów zdrowotnych). Te obie instytucje współpracują ze sobą, ale też z jeszcze innymi organizacjami i urzędami. Prowadzą oni poszczególne osoby indywidualnie, organizują im kursy i szkolenia, znajdują miejsca pracy, w których dodatkowo informują kierownictwo o potrzebach i ograniczeniach danej osoby. Osoba -  jak powiedziała ta pani - może się sprawdzić w różnych zawodach. Gdy nie odnajdzie się w pierwszym miejscu, próbuje w następnym i następnym. Wpierw jednak przeprowadzają wywiad z kandydatem, by dowiedzieć się o zainteresowaniach, umiejętnościach, czego nie toleruje, a czego chce spróbować. Czasem nawet jadą pierwszy raz z tą osobą autobusem z miejsca zamieszkania do miejsca pracy, by pokazać drogę. I temu podobne rzeczy. Oczywiście w teorii brzmi to zachęcająco i pięknie, ale nie wiadomo póki co jak to działa w praktyce. No i jaką to pracę ci znajdą tak na prawdę. Na pewno warto spróbować i na pewno warto wiedzieć, że ten kraj w ogóle ma takie możliwości. Dlatego też o tym opowiadam, bo już dziś wiem, że ludzie tu czasem czegoś szukają na tym blogu i że czasem nawet znajdują, czego szukali albo choć kilka wskazówek, gdzie mają szukać i do kogo pukać.  Wiem, bo niektórym chce się czasem napisać o tym w mejlu. 

Dowiedziałam się też trochę różnych innych ciekawostek i zebrałam trochę mniej lub bardziej przydatnych informacji. Dowiedziałam się np że słynny belgijski wychwalany hipermarket na wieść, że ktoś chodził do szkoły specjalnej od razu mówi „nie”nawet nie zainteresowawszy się możliwościami kandydata. Babka powiedziała, że jak  dotąd ani jednej osoby z BuSO od nich nie przyjęli. Poznałam też inne pochlebne i niepochlebne opinie na temat belgijskich sieci sklepów. W jednej z nich belferki myślą pytać o staż dla naszej Najstarszej. Inną z kolei odradzały krzycząc wręcz, żeby nawet nie próbować, bo fatalnie traktują tam ludzi i w ogóle masakra. Bowiem ich uczniowie tak złe doświadczenia mieli. Dobre są takie spotkania. Ile się można ciekawych rzeczy dowiedzieć potrzebnych i mniej potrzebnych. Były też poruszane tematy związane z finansami, z uzyskaniem zasiłków, z prawem do rodzinnego. To zbyt zamotane i skomplikowane bym to wszystko była w stanie ogarnąć rozumem i spamiętać, mimo robienia notatek. Dość rzec, że papierologia ponad wszystko. Dziesiątki atestów, zaświadczeń, badań, spotkań z lekarzami orzecznikami, czekania do odpowiedniego wieku....  by dostać np 300€ zasiłku miesięcznie w wieku 21 lat, czy coś w ten deseń. Ale i to dobrze wiedzieć, bo i z tym przyjdzie się zmierzyć. 

Dowiedziałam się ponadto, że nie trzeba przedstawiać w pracy żadnego zaświadczenia od doktora na temat autyzmu, a wystarczy poinformować pracodawcę o swoich ograniczeniach, preferencjach i możliwościach (samemu czy przez GTB). Jednak dokument oficjalny może zdecydowanie ułatwić przyjęcie do pracy, bo wiąże się z pieniążkami dla pracodawcy za zatrudnienie niepełnosprawnego. Załatwienie takiego dokumentu to oczywiście też papierologia, która nie wiadomo, czy się opłaca, bo może mieć też inne konsekwencje. Ot, nie każdy chce być traktowany jak niepełnosprawny umysłowo...

Zadałam też głupie pytanie o prawo jazdy. Mnie bardziej chodziło o to, czy nie ma przeciwskazań prawnych do zrobienia prawa jazdy dla autystyków, a dowiedziałam się, że można sobie załatwić ułatwienia na egzaminie teoretycznym i że można poprosić o zdawanie egzaminu w innym miejscu niż zwykle (autystycy się łatwo rozpraszają). Dobrze wiedzieć. Babka powiedziała, że sami musimy ocenić, czy Młode nadają się do jazdy i że to na własne ryzyko. No i to chciałam wiedzieć. 

W końcu kazali się Najstarszej ostatecznie zdecydować przez ten weekend, czy będzie kontynuować naukę w przyszłym roku, czy to jej ostatni rok. W pierwszym wypadku będą jej szukać tego miejsca na staż, w drugim wypadku pani z GTB założy jej dossier i rozpocznie procedurę szukania pracy.  

Zdecydowała się kontynuować naukę, bo „głupio tak teraz rezygnować”, skoro oni tak się starają i tak proszą, by chodziła dalej do szkoły. Jestem za. Przypomniałam jej jednak, że przerwać naukę może w każdej chwili, gdy uzna że tego chce. My poprzemy każdą jej decyzję. 

Te rozmowy trochę dodały mi otuchy i sił. Samemu bowiem człowiek jest w czarnej dupie, z której nie może znaleźć wyjścia, a już szczególnie w tej nowej  chorej rzeczywistości. Nieoceniona jest pomoc ze strony takich ludzi, którzy wiedzą, do jakich drzwi zapukać i którzy mają siłę przebicia dzięki instytucji, jaką reprezentują. Trzeba korzystać, dopóki chcą dziecko nasze wspierać. Im więcej się nauczymy, tym lepiej. Informacje i doświadczenia przydadzą nam się też przy wyprowadzania kolejnych dzieci w dorosłość. Zresztą ogólnie nie ma czegoś takiego jak nadmiar wiedzy. Nigdy nie wiesz, co ci się w życiu może przydać. 



 




28 kwietnia 2021

Mój syn jest za mądry na trzecią klasę.

 Zdechł mi laptop. Nnooo trochę mu w tym pomogłam, jak mnie wkurzyło, że co raz to coś przestaje działać. To był stary dobry HaPek w metalowej obudowie. Służył mi dobre kilka lat wytrwale. Do ostatnich chwil działał na siódemce (windows7) i DZIAŁAŁ mimo (a raczej dzięki) braku aktualizacji. Brakowało mu DELETE, SHIFTu i paru innych klawiszy, a mimo to trzymał się dzielnie. Wszystko ma jednak swoje granice. Zdechł. Być może sformatowanie dysku i postawienie systemu od nowa by coś pomogło, ale to by trza szukać starej siódemki, kombinować, a nie wiadomo i tak, czy jeszcze by pomogło. Nie chce mi się z tym certolić. 

Pora się rozejrzeć za jakimś małym jabłkiem... Póki co trzeba klikać z iPada. Niby nie najgorzej, ale są łatwiejsze sposoby na pisanie niż macanie tabletu. 



Wczoraj miałam wywiadówkę online u Młodego. Śmiesznie trochę z iPada, ale - jak to mówią - z braku laku dobry i kit. Młody ma w tym roku trzy wychowawczynie i nie, w Belgii nie jest to też normalne. Dwie może i tak, ale trzy to lekka przesada i w sumie nie wiem, co to ma na celu i dlaczego tak wyszło. W B klasie jest normalnie jedna Pani.  Ostatnio, po skargach rodziców, mają przynajmniej przez większość dni jedną juf (Pani), a w jeden dzień lekcje prowadzą dwie pozostałe. No, oprócz wychowawczyń mają jeszcze panią od w-f i nauczycieli od etyki i różnych religii. Młody chodzi na etykę. 

Na wywiadówce było dwie wychowawczynie. Normalnie na wywiadówki w naszej szkole  podstawowej uczniowie nie przychodzą (w wielu szkołach średnich jest to z kolei obowiązkowe). Jednak wywiadówka online, ma to do siebie, że jest w domu i dziecko może słuchać. Młody był zatem na wywiadówce i miał okazję od razu wyrazić swoje zdanie na pomysły wychowawczyń. A pomysły były różne, bowiem Młody jest dosyć problematycznym dzieckiem. Do niedawna po prostu tylko go chwalili, że świetnie sobie radzi ze wszystkim, że niebywale szybko liczy, że niesamowicie czyta. Nie mogli wyjść z podziwu, że tak doskonale radzi sobie z językiem niderlandzkim w mowie i piśmie, mimo że w domu mówimy po polsku. 

Od pewnego czasu jednak jego zdolności zaczynają być problematyczne dla nauczycieli i innych dzieci. Młody jest za szybki. Młody się nudzi, mimo otrzymywania trudniejszych zadań. Pani opowiadając śmiała się, że czasem są w szoku, bo jeszcze nie zdążyły skończyć tłumaczyć, o co chodzi w zadaniu, a Młody już zadanie rozwiązał i podaje rozwiązanie. Tymczasem pozostali dopiero próbują rozkminić, o co kaman.

Pytały się też, czy przygotowuje się do dyktand. Oni mają w każdy piątek dyktando, a wcześniej w poniedziałek  dostają listę słów do ćwiczenia. Obowiązkiem jest napisanie ich ze słuchu po trzy razy przed  dyktandem. Młody pisze raz, nie rzadko w piątek rano, a czasem w ogóle. Do czego przyznaliśmy się na wywiadówce. Na co Panie odrzekły, że normalnie dziecko dostawało by upomnienie a za którymś razem karę, ale Młody otrzymuje z dyktand przeważnie 10/10 punktów, więc bez sensu było by wymagać, by ćwiczył i go karać.

Zapytały Młodego, czy się nudzi w szkole. Ten odpowiedział, że i owszem. Nawet bardzo. To je martwi, bo nuda oznacza w konsekwencji niechęć do szkoły. 

W końcu powiedziały, że rozważane jest wysłanie go od września do piątej klasy. Teraz chodzi do trzeciej.  Jemu ten pomysł się podoba, ale z drugiej strony nie chce stracić świetnych klasowych kolegów. Klasę ma teraz świetną. Do wakacji jednak póki co jeszcze dwa miesiące, czyli całkiem sporo czasu. Na ten czas panie myślą, by uczyć go dodatkowo innych rzeczy. Zapytały, czy kosmos i planeta Ziemia go interesuje. O Taaak! No to zaklepane, będzie uczył się ponadprogramowych rzeczy. Ja mam jednak obawy, czy on już przypadkiem nie wie tego, czego one chcą go nauczyć hehe. Szkoła wszak nie jest jedynym źródłem wiedzy, a Młody lubi wiedzieć. Młody zadaje dziennie dziesiątki pytań. Młody szuka w internecie i w książkach. Ta kudłata główka pracuje na pełnych obrotach całe dnie. 

Myślą też o klasie kangoeroe (kangur), gromadzącej w naszej szkole zdolne starsze dzieci. Młody na to jak na lato. Gdy można tylko czegoś nowego się uczyć, to on jest zawsze na tak. A jak! 

Pamiętam jak Młody skończył 2,5 roku i nie mógł się doczekać na pierwszy dzień szkoły i już w niedzielę chciał iść. Dziś ma 9 lat i nadal lubi chodzić do szkoły. Nie lubi tam pewnych rzeczy, jak np etyki, gdzie „pani gada orzeczach, które on już od dawna wie, co jest kompletnie beznadziejne”. Nie lubi łobuzów i kolegów (nawet fajnych), którzy mu przeszkadzają w lekcji §” i jeszcze potem pani mnie ochrzania że to ja gadam, jak to ten cały czaas czegoś chce i  mnie wkurza!”.


Ciekawa jestem, co z tego wszystkiego wyniknie. W każdym razie jedno już wiemy - zdolne dziecko to też problem! Przeskoczenie klasy to jest poważna sprawa, która ma swoje dobre i złe strony. Nudzenie się na lekcjach to problem. Posiadanie takiego dziecka w klasie to nie lada wyzwanie dla nauczyciela. 

My, jako rodzice jesteśmy dumni i cieszymy michę, ale też niepokoimy się, bo nie sztuka podjąć głupią decyzję i potem pluć se w brodę. Już nie jedną taką żeśmy podjęli w stosunku do naszych dzieci, przez co te miały potem pod  górę i dostawały w dupę. 

Ech! Jak by się obrócił, dupa zawsze z tyłu.... a problemy do rozwiązania z przodu i nigdy się nie kończą. 



18 kwietnia 2021

My to jednak mamy farta w tej pandemii

Przydało by mi się kilka dni wakacji, ale takich serio serio. Wyjechać na kilka dni, najlepiej samemu w jakieś fajne miejsce, by można było zwiedzać, podziwiać, ale też trochę się porelaksować w spokoju bez myślenia o pracy, domu, dzieciach, o stu niezałatwionych sprawach. No po prostu "nic nie robić, nie mieć zmarwtień, chłodne piwko w cieniu pić..." Pomarzyć można. Wystarczyło by jednak, aby trochę ciepła stanęło i by można było w weekend pobyczyć się w hamaku we własnym ogródku i powygrzewać stare kości do słońca, nabrać pozytywnej energii. A i pojechał by gdzie po lasach, czy szuwarach połazić. Jednak do tego potrzebujemy ciepła, bo ostatnio bardzo źle znosimy wilgoć i zimno. Ale jest zimno i paskudnie. Nawet jak słońce świeci to zimno jak fiks. Niby wczoraj już było nienajgorzej - prawie cały czas świeciło słońce a i z 15 stopni ciepła było. O tak, tak mogo by już być choć z chwilę, ale niestety, zapowiadają opady deszczu na najbliższy tydzien i kolejny weekend. Nie pocziluje się zatem za długo.

Dzieciska siedzą w domu przy kompach - dwójka już trzeci tydzień, jedno już na stałe. Młoda zapisała się póki co na egzaminy z angielskiego - ustny i pisemny - i uczy się trochę z anglika i trochę z gegry, bo to dwa najłatwiejsze przedmioty do zdania.

Młodemu się okropnie nudzi, bo co samemu można robić całe dnie? Siostry są za stare by się z nim bawić. Ja chodzę do roboty, ojciec chodzi do roboty, a dzieci w domu. Pogra trochę i pogada przez internet z rówieśnikami albo kuzynostwem, poskacze po polu i nudzi się. Nudzi i nudzi. Wieczorem chodzi z tatą na spacery albo na boisko pokopać w piłkę, ale to mało. Czasem zagramy w karty czy nagramy jakieś wideo, ale to pikuś cały. On już przyzwyczajony do szkoły, że tam mu zajęcia cały dzień ktoś znajduje - nauka, zabawa, koledzy, koleżanki. Do domu przychodzi koło 16 i po całym dniu jest zmęczony więc wtedy z przyjemnością zasiada do kompa na chwilę, ale w ferie są nudy.

Jestem zmęczona wszystkim. Najmniej fizycznie, ale psychicznie bardzo. Ciągle coś do załatwienia, do zdecydowania, do przemyślenia, no i ta niekończąca się robota w domu, od której idzie kręćka czasami dostać. Przychodzę w południe z właściwej roboty z myślą, że tylko tą jedną rzecz zrobię, a potem pobawię się z Młodym. No i robię tę rzecz, potem jeszcze tylko to szybciutko, i to, i tamto, a jeszcze to i to prędziutko oraz to. No zrobione... Co? Mąż już przyjechał? Co tak wcześnie? Która to godzina? Jak to osiemnasta? Przecież jeszcze południowej kawy nie zdążyłam wypić. Z Młodym znowu się nie pobawiłam. I tak co dnia. Innymi razy postanawiam, że dziś nic nie robię - odpoczywam całe popołudnie, bo mam lenia i zmęczona się czuję. No a potem przychodzę do domu z pracy i jest jak wyżej. Czasem jestem zła sama na siebie, ale jakoś trzeba to wszystko ogarniać przecież - sprzątanie, pranie, zwierzaki, gotowanie... Jednak mam i takie dni, że przychodzę z tej roboty i nic mi nie idzie, latam w te i we wte bez głowy albo siedzę na kanapie i na niczym się skupić nie mogę ni chęci jakiejkolwiek znaleźć do roboty - totalny lag.

Najbardziej jednak wkurza zimno i pandemia trzymające nas uparcie w niekończącym się areszcie domowym. Z każdym dniem mam bardziej dość tej chorej pojebanej sytuacji. Każdy weekend ziąb i/lub deszcz, śnieg, mróz, syf, kiła i mogiła. Nawet oczu się rano nie chce otwierać i jakby nie zwierzaki, które najpóźniej o siódmej muszą zostać nakarmione i wypuszczone, to by człowiek z sypialni w ogóle najchętniej nie wychodził - tam mamy cieplutko i przytulnie i można by cały dzień książkę czytać... No ale wstaje się, zjada śniadanie, ogarnia co jest do ogarnięcia i od południa do wieczora Netflix, książka, telefon. Nic się nie chce. Nic a nic. Nie ma sił, nie ma chęci, nie ma nastroju, mózg chodzi na zwolnionych obrotach, a ciało na jeszcze wolniejszych. Jeszcze trochę takiej chujnej pogody, a wszystkich nas szlag trafi.

W piątek tak se myślę: pojechałabym nad morze połazić po plaży, na jakieś totalne zadupie, gdzie psy dupami szczekają a mewy nawracają bo nawet się nasrać nie opłaci, czyli np do Zeebrugge. Popatrzałam na pogodę i kazało, że w sobote ma być słonecznie, choć chłodno. Było by. Popatrzałam do apki pociągowej i już pojechane... "zgodnie z rozporządzeniem pjebańców od regulacji pandemicznych, w pociągach jadących na pomorze wszystkich naiwnych obowiązuje siadanie przy oknie, co oznacza że naiwni muszą kiblowac na stacji w pizdę długo, aż trafi im sie pociąg, w którym będzie wolne miejsce przy oknie". Cmoknijcie mnie zatem w dupę ze swoim jebanym morzem i swoimi jebanymi pociągami. Z Młodą rozmyslałayśmy, żeby do Doel pojechać, ale Młoda się obawia, że teraz, jak nigdzie nie można jeździć to i w opuszczonej wiosce może być tłoczno, bo co ludzie mają robić? Już każdemu się pierdolić zaczyna od siedenia w domu.

A jeszcze mnie naszło przeczytać ostatnie rozporządzenia wydane w tym tygodniu. Jebłam! I jeszcze leżę. Wie ktoś może, ile jest dokładnie tych lockdownów jeszcze zaplanowane? Bo teraz jest kolejne luzowanie, a potem zapewne lockdown wakacyjny... Bardzo chciałabym wiedzieć, jak długo jeszcze będziemy się w to bawić, bo ta zabawa jest strasznie głupia i nudna. 

Obserwując namiętnie instagrama i czasem fb widzę, że nie tylko ja mam już po dziurki w nosie tego wszystkiego. Zewsząd słychać rozdzierające i pełne rozpaczu wołanie: "LITOSCI! POTRZEBUJEMY WIOSNY!" "DAJCIE CHOĆ ODROBIĘ CIĘPŁA I SŁOŃCA!"

Ludzie porozdzielani z bliskimi i przyjaciółmi, uwięzieni w domach usychają z tęsknoty, gnębieni przez media  wizjami  nieuchronnej śmierci oraz nadchodzącego końca świata umierają powoli ze strachu i przerażenia. Boją się wyjść z domu, przytulić bliską osobę, podać rękę sąsiadowi. Nawet takie nielubiane rzeczy jak codzienna robota czy durne cholerne zakupy, na które tak wszyscy jeszcze do niedawna pospułu narzekali, dziś stały się nagle marzeniami, bo i te ochydne zajęcia zostały nagle zabronione. Ludzie boją się ruszyć, zaprotestować, przeciwstawić gnębieniu. Spora część zaczyna bać się własnego cienia. Wszyscy czekają na koniec tego terroru, ale coraz bardziej tracą na to nadzieję albo obawiają sie wpadnięcia z deszczu pod rynnę, bo coraz więcej ludu zaczyna już widzieć oczami wyobraźni dalsze nieuchronne konsekwencje tej głupiej zabawy i to dopiero napędza im strachu...

Pandemia jest nowym zjawiskiem i nikt nie wie, czego się w tej sytuacji może spodziewać, ale są na tym świecie rzeczy, które wszyscy dobrze znają. Do takich np należą nadchodzące po sobie w określonej kolejności pory roku. I tak wszyscy czekali masowo na nadejście upragnionej wiosny, na jedną pewną w tym świecie rzecz. Bo każdy wie, że jak jest wiosna, to można pójść grzebać w ogródku, w polu, czy choćby na balkonie kwiatki sadzić, że można pojeździć rowerem z dziećmi, pospacerować, pobiec do lasu i nad staw i zapomnieć o tym co złe choć na chwilę. Wystawić twarz do słońca, pooddychać świeżym wiosennym powietrzem, powąchać kwiatów i nacieszyć się barwami oraz śpiewem ptasząt.

 A wiosna nie przychodzi. 

Pozbawia ludzi nadziei, przedłuża i zwiększa ich niedolę. Dlatego tak bardzo intensywnie, myślę,  odczuwamy i przeżywamy wszyscy tego roku opóźnienie wiosny (bo przecież nie raz już się takie coś w naszych dziajach zdarzało, a takiej dramy jak w tym roku nie widziałam). U nas w tym momencie na szczęście nie ma już śniegu, wszystko wokół kwitnie, pachnie i śpiewa. Widać wiosnę przynajmniej, ale zimno dosyć jak na belgijski kwiecień, zaś my wszyscy mamy dosyć siedzenie w domu w całkowitym zamknięciu. Już tyle czasu nie byliśmy ani w kinie, ani w knajpie, ani w zoo, ani na żadnej wesołej rodzinnej wycieczce, a i szkolne wycieczki też są odwołane. Nuda do kwadratu. 

Ja próbuję coś wymyśleć, żeby gdzieś pojechać razem, coś fajnego porobić, ale to nie proste, bo wiele rzeczy jest zamkniętych, a dla nas sporo nieosiągalnych ze względu na zdrowie i inne osobiste ograniczenia. Wkurw bierze jednym słowem. Nic nie cieszy, nic się nie chce.

Mamy jednak farta...

Mamy farta, bo ciągle pracujemy obydwoje tak jak pracowaliśmy bez żadnych najmniejszych zmian. Na razie, bo w zawodzie małżonka już coraz wyraźniej widać pierwsze konsekwencje pandemii i durnych postanowień z góry - coraz mniej roboty. Ale - odpukać - jeszcze jest. Jego koledzy po fachu z innych karoserii już pracują zaledwie po 3 dni w tygodniu, a są i tacy co raptem roboty na jeden dzień w tygodniu znajdują. Wiecie co to znaczy pracować nagle na 3/5 etatu, podczas gdy na 5/5 ledwie na opłaty na styk starcza? My jeszcze pracujemy normalnie, ale niestety zewsząd już słyszymy głosy na temat problemów z pracą. Mamy też tego farta, że jesteśmy nauczeni żyć z dnia na dzień i cieszyć się małymi rzeczami. Na szczęście nie mamy żadnych oszczędnosci, które moglibyśmy stracić. Nie mamy żadnych wielkich kredytów, których za jakiś czas być może nie mielibyśmy czym spłacać. Nie jesteśmy właścicielami restauracji, salonów piękności, biur turystycznych, hoteli,  czy producentami żywności, których to rzeczy jeszcze nie dawno człowiek mogł drugiemu zazdrościć, a dziś się cieszy, że jest zwykłym pospolitym robolem i nic nie ma wiele do stracenia. 

Mamy też tego farta, że jesteśmy introwertykami, którzy i bez pandemii trzymali się z dala od innych homo sapiens, a przy tym nie posiadamy żadnej rodziny w okolicy, której by nam mogło brakować, wiec z ze zmienianej codziennie liczby dozwolonych kontaktów tylko się śmiejemy. Ekstrawertykom nie zazdroszczę.

Mamy tego farta, że jest nas w domu pięcioro i bardzo się wszyscy lubimy, lubimy ze sobą przebywać, lubimy ze sobą gadać i tematów nam nigdy nie brakuje. Mamy tego farta, że nie ma w domu sytuacji konfliktowej, że nikt nie nadużywa alkoholu, narkotyków, że nawet nikt nie pali, że nie ma przemocy ani fizycznej, ani słownej, że jest tylko wzajemne zrozumienie i radość z współistnienia. Ale nie każdy ma tyle szczęścia.

Mamy tego farta, że mieszkamy na wsi i to z dala od centrum, za to blisko lasu i szerokich pól. Wokół mamy miłych przyjaznych samodzielnie myślących ludzi, którzy pandemicznych nakazów i zakazów przestrzegają tak jak i my, czyli dosyc  umiarkowanie, kierując się głównie rozumem i zdrowym rozsądkiem niż strachem. Nie wiem, jak żyją dziś rodziny mieszkające w klitce w bloku w centrum miasta. Nie wyobrażam sobie nawet.

Mamy tego farta, że wynajmujemy blisko 200metrowy dom z ogrodem, że każdy ma swój własny ogromny pokój, do tego salon, kuchnię i ten ogródek. Że każdy ma swój komputer, swój telefon i tablet, że mamy internet, rodzinnego Netflixa, rodzinnego itunesa, dostęp do książek zwykłych i elektronicznych, że wszystko możemy kupić online. Wiem jednak, że nie każdy ma takie możliwości i to mnie przeraża.

Mamy tego farta, że każde z dzieci doskonale umie posługiwać się komputerem i internetem oraz 3 językami i że mogą ciągle być w kontakcie z rówieśnikami z całego świata i że korzystają z tego.

Mamy tego farta, że w domu mamy aktualnie 9 zwierzaków, które wszyscy uwielbiamy i którymi możemy się zajmować, na które możemy każdego dnia patrzeć, obserwować, karmić, głaskać, przytulać, gadać do do nich i o nich.

Mamy tego farta, że u nas szkoły są normalnie otwarte, że wszystkie przedszkolaki i podstawówki pracują normalnie od początku roku szkolnego i dzieci uczą się normalnie i normalnie z rówieśnikami spotykają, a nawet tych koszmarnych chorych i nic wiele nie dających masek nie musza nosić. A i średnie szkoły w dużej mierze prowadzą lekcje stacjonarne w tym roku szkolnym, a tylko częściowo online...

Mamy tego farta, że u nas służba zdrowia ciągle bez większych przeszkód normalnie funkcjonuje. Tu nie ma problemu pójśc do dentysty, ortodonty, dowolnego lekarza rodzinnego czy specjalisty. Także psycholodzy, kinezyterapeuci, logopedzi itd przyjmują normalnie. Lekarz przyjeżdża też na wiztyty domowe zwyczajnie jak przed pandemią. Normalnie odbywają sie planowane zabiegi, badania i operacje w szpitalach. Gdy patrzę na to, co się dzieje w Polsce, to mam gęsią skórkę.

Mam dość tej pandemii, ale cieszę się, że jestem tu gdzie jestem, że jestem kim jestem i że jestem z kim jestem. Trafiło mi się to życie jak ślepej kurze ziarnko.

ednak chcę, żeby już było ciepło, bo zimna nie lubię. I chciałabym jeszcze kiedyś normalnie żyć, normalnie podróżować, normalnie do knajpy wyjść... Takie drobne marzenia....









17 kwietnia 2021

Ona i ja.

Nie dawno otrzymałam wiadomość, że odeszła kobieta, która mnie urodziła, karmiła, ubierała i wychowywała. Matka. 

Jej życie raczej do najłatwiejszych nie należało, ale też chyba i nie było najgorsze... Czy przeżyła je dobrze? Czy wykorzystała szanse dawane przez los? Czy była szczęśliwa...? Na te pytania odpowiedzieć mogła  tylko ona, ale już nie odpowie. Odeszła i wszystkie swoje tajemnice zabrała ze sobą na zawsze. 

Ja mogę odpowiadać tylko i wyłącznie o swoich uczuciach, myślach i emocjach. I opowiem, bo czuję taką potrzebę, a uważam że mam do tego pełne prawo, by o tym napisać.  Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi miał tego za złe i  nikt nie poczuje się urażony... Pamiętajcie tylko, by nie mierzyć mnie swoją miarą, bo nie stoicie w moich butach. Ja to ja, a ty to ty. Inaczej nie będzie.

Ostatnie lata bardzo mnie zmieniły. Wsześniejsze też, bo z każdym rokiem i z każdym doświadczeniem życiowym się zmieniam, ale te dwa ostatnie były bardzo trudne z różnych względów. Moja psychika została kompletnie przeformatowana i chyba jeszcze nie wszystko zostało z powrotem zainstalowane, bo nie wszystko mi działa jak należy, a może zwyczajnie nigdy zainstalowane nie było i dlatego nie czuję tego co ludzie zwykle czują w podobnej sytuacji. No ale po kolei.

Mieszkałam z Moją Matką w pod jednym dachem przez ponad 30 lat. To długo, bardzo długo, ale co z tego wszystkiego czasu, gdy nigdy nie byłam z nią na prawdę blisko, nigdy się na prawdę nie rozumiałyśmy. Nie byłam zdecydowanie córeczką mamusi. Poza tym ona nigdy nie okazywała zbytniej czułości (takie raczej były czasy) więc i więź nie miała za bardzo jak się wykształcić, tak myślę. 

Byłam pierwszą córką, najstarszą córką , ale córką zupełnie do niczego. Ja jakoś nigdy nie spełniłam Jej oczekiwań, nigdy nie byłam taką, jaką Ona chciała bym była. Takie w każdym razie zawsze odnosiłam wrażenie. Byłam raczej czymś  odwrotnym do Jej oczekiwań co do córki. Dlatego pewnie, a może mimo tego, nigdy nie udało mi się zasłużyć na najmniejszą pochwałę, na akceptację, nigdy nie udało mi sie jej niczym zadowolić ani tak na prawdę ucieszyć, choć ciągle się starałam robić wszystko najlepiej jak potrafiłam. Moje  życiowe wybory nie były zwykle pochwalane. Na wsparcie i zrozumienie też raczej nie miałam co liczyć. Z większością poważniejszych probemów osobistych zostawałam sama, nierozumiana przez nikogo, a ona była gdzieś z boku zagoniona swoimi problemami, których nigdy jej nie brakowało. Okazywanie uczuć raczej słabo jej szło i ja nawet chyba wiem dlaczego, ale skoro ona o tym nie mówila, to ja też nie muszę. Dość, iż powiem, że i Ona dostała od życia w dupę nie raz i nie dwa. Przeżyła swoje. Ozapierdalała się za dziesięc bab. Otrapiła. Nie zamierzam sie tu z nią licytować na przeżycia i doświadczenia, bo Jej były inne niż moje, bo ona żyła w innych czasach i innym świecie niż ja żyję, bo ja myślę inaczej niż Ona myślała, ale wiem, że nie miała łatwo, a wszystko, co kiedykolwiek przeżyła odcisnęło na niej swoje piętno. 

Nie byłyśmy w każdym razie sobie nigdy bardzo bliskie. Była moją Matką a ja Jej córką i nic tego nie zmieni. Karmiła mnie, zmieniała pieluchy, opiekowała się mną w chorobie i we wszystkich innych dniach... Po prostu robiła to wszystko, co robią matki na całym świecie. Była matką. Starała się jak mogła, co oczywiście - jak w przypadku wszystkich pozostałych matek ze mną włącznie  - efekty dawało różne i różnie się objawiało, a co nie zawsze nam gówniarzom, a potem dorosłym dzieciom się podobało... Rola matki to trudna sprawa - musisz grać jak najlepiej, ale nikt nie daje ci scenariusza.

Na pewno nie byłam idealną córką dla Niej, a Ona nie była idealną matką dla mnie. Bardzo się różniłyśmy i to chyba pod każdym względem. Choć i kilka podobnych cech by się znalazło, jakby się dobrze przyjrzał...
Nie była na pewno złą matką, bo jakby nie patrzeć, przeżyłam całkiem nieźle dzieciństwo, nienajgorzej młodość i  dorosłość, a to że nie zawsze było cukierkowo...,no cóż, a czy tak nie jest gdziekolwiek...?

Ogarniałyśmy razem dom, starałam się pomagać jej w polu, dzieliłam się zarobionym groszem, gadałyśmy o tym i o tamtym, wiele rzeczy wspólnie robiłyśmy w ogóle, jak to w domu w babskim świecie, ale czułej więzi za bardzo nie było, a jeśli nawet była, to bardzo mało odczuwalna. 

W końcu nadszedł ten dzień, w którym opuszczałam dom rodzinny. Jej się to z jakiegoś powodu bardzo nie podobało, bo na pierwszą wieść o moim postanowieniu, przestała ze mną rozmawiać, więc pakowałm się w samotności i po cichu. Matka wypowiedziała tylko jedno zdanie na pożegnanie. Cztery słowa, które sprawiły, że coś we mnie na zawsze umarło. "Pamiętaj, powrotu nie ma!". Wiem, że czasem mówi się co innego, niż się myśli, co innego niż by się chciało powiedzieć, ale nie da się odsłyszeć tego, co się usłyszało, a ja ten moment, te kilka sekund mam w głowie od ponad 10 lat i bolą tak samo jak wtedy, choć potem nadal przez długi czas byłyśmy zwyczajną matką i córką, ze zwyczajnymi relacjami, tyle że na odległość. Odległość, która rosła z każdym dniem, nawet jak fizycznie się nie zmieniała. 

Najpierw zamieszkałam od Matki dosyć daleko. Sto kilometrów to kawał drogi. Gdy nie masz pieniędzy na bilet ani na paliwo, to nawet bardzo duży kawał drogi. Wręcz przepaść. Tyle, że był skype... ale skype to nie to samo co siedzenie przy jednym stole. 

Potem zamieszkałam jeszcze dalej,  15 razy dalej, a odległość rosła i rosła.... Telefony dzwoniły coraz rzadziej, aż w końcu zamilkły na zawsze. Najwyraźniej wszystko zostało powiedziane, co powiedziane być miało. Tak, tak myślę, bo zakończenie kontaktu okazało się dla mnie czymś naturalnym i w ogóle mi tego nie brakowało. Cóż, moje życie toczy się tutaj pełną parą od 8 lat i mam czym żyć, z kim żyć i dla kogo żyć każdego dnia, a żyje dosyć intenstywnie, bo dużo się dzieje...

Odwiedzić nikt mnie nie chciał, więc i ja odwiedzin zaniechałam (no, tu jeszcze inne czynniki wchodziły w grę, ale o tym już nie raz było). Nie widywałam zatem Matki przez ostatnie 5 lat co najmniej.  Pięć lat to długo. Nie rozmawiałam z nią od dwóch z hakiem. Dodam tu gwoli ścisłości, że to ja postanowiłam zerwać kontakt na zawsze po sugestii siostry, że powinnam  się trzymać z dala , bo "tam jestem już spalona"...  I dobrze się stało, że to powiedziała, bo trudno domyślać się , co ludzie o tobie myślą i mówią, gdy mieszkasz od nich 1500km i nie widujesz się z nimi. Czasem możesz sobie siedzieć zadowolony i dumny z siebie łudząc się naiwnie, że cię kochają, że tęsknią i tak dalej, a tymczasem rzeczywistość może przedstawiać się z goła inaczej... Z domu wyprowadziłam się dobrowolnie i z radością. Dobrowolnie i w pełni władz umysłowych podjęłam decyzję o emigracji, której bynajmniej nie żałuję. Mój dom jest teraz tutaj w Belgii, co podkreślam na każdym kroku, przy moim mężu i z moimi dziećmi i to jest dla mnie najważniejsze. Pogardziłam życiem w Polsce, więc powinnam się trzymać z dala, bo już tamtego życia nie rozumiem. I to jest w dużej mierze racja, to ma nawet sens. 

Nie jest jednak zbyt miło, gdy człowiekowi to uświadomią - człowiek jest zły, wkurzony, ma żal do wszystkich... ja nie byłam zła, ja byłam wściekła i miałam przeogromny żal do wszystkich o wszystko, bo stało się to w najgorszym momencie, w jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu, w ogóle jak dotąd  chyba najtrudniejszym, w takim gdy wyjątkowo potrzebowałam  wsparcia i zrozumienia, a nie dopierdalania, podśmiechujek i wytykania jakiś pojebanych błędów z przeszłości... (no, jak widać nadal mam żal, bo same mi się te słowa cisną pod klawisze, ale chuj, było minęło i nigdy nie wróci). Jednak ostatecznie dobrze jest być śmiadomym, by podjąć jakieś kroki, by coś zmienić. Ja zrobiłam, co uznałam za słuszne - nagle przestałam dzwonić do Matki - i okazało się, że to była dobra decyzja dla mnie. Czy dla innych także,  to nie jestem na 100% pewna, ale zakładam, że gdyby Matka uważała inaczej, to by się zwyczajnie odezwała i zapytała , co tak nie dzwonię, czy coś. Nie stało się tak jednak nigdy, zatem pozostaje mi wierzyć, że też była również zadowolona z tego stanu rzeczy. Choć znając ją i menatlność ludzi ogółem, to można też podejrzewać, że mogła mieć mi za złe, iż nie daję znaku życia, ale w swojej upartości nie pozwolić sobie na to, by pierwszemu się odezwać. Bo nie. Ludzie tak czasem mają. Teraz to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia ani dla mnie, ani tym bardziej dla Niej. Ona ma już spokój. Jej już jest wszystko jedno. Ona już odpoczywa wiecznym snem. Już o nic się martwić nie musi ani niczym przejmować. Ja tam też nie zamierzam się nad tym zbytnio pochylać. Było minęło. 

Tak czy owak minęło ponad 10 lat od mojego odejścia z domu rodzinnego, od wyjechania z mojej rodzinnej wioski w świat. 
Ponad 10 lat dystansu.
 Ponad 10 lat bez wspólnego świętowania wszelakich świąt.
Ponad 10 lat od wspólnego przeżywania kłopotów i radości. 
Ponad 10 lat życia w dwóch różnych światach, różnych realiach, innej rzeczywistości.

Po takim czasie nie wiele już miałyśmy z matką ze sobą wspólnego poza biologią, czyli tzw więzami krwi. Ostatnie lata już bardzo wyraźnie pokazały, jak mało nas tak na prawdę łączy, jak słabo się wzajemnie rozumiemy. Gadałyśmy nie raz całymi godzinami przez skype, ale to było zwyczajne gadanie, jak to baba z babą, pierdolenie o Szopenie - wymiana plotek, uwag o pogodzie, polityce, chwalenie się nowymi szmatami, czy garnkami. Nigdy nie mówiłyśmy o uczuciach, nigdy się nie zwierzałyśmy sobie, bo ja wiedziałam, że nadajemy an zupełnie innych falach w tej materii, a i Ona pewnie też to czuła. Opowiadałam czasem o naszych problemach, ale widziałam wyraźnie, że się nie do końca rozumiemy, bo ona myślała w kategoriach i standardach polskich, a ja w tutejszych. 

Myślę, że ludzie czasem nawet nie zdają sobie sprawy, co to znaczy mieszkać w dwóch różnych miejscach na Ziemi, które różnią się nie tylko kulturą i językiem, ale każdym najdrobniejszym szczegółem dotyczącym życia codziennego. Inaczej się zarabia, na co inne się wydaje. Inaczej się myśli, inaczej żyje. Opowiadanie o tym to jedno, a poczucie tego, to zupełnie inna sprawa. Ja w ostatnich latach już zupełnie nie rozumiem sposobu myślenia wielu Polaków mieszkających w Polsce i czuję że oni nie rozumieją mnie. Przepaść rośnie z każdym rokiem i mojej rodziny to także dotyczy, a może nawet zwłaszcza rodziny. Może gdybym żyła w rozkroku, jak żyje wielu - pół tu, pół tam, tu zarabiam tam wydaję, tu żyję fizycznie, a tam mentalnie, każde święta do Polski, a od Belgów trzymać się z dala... - to może by było inaczej w stosunkach z Moją Matką i resztą Rodziny, ale ja nie chciałam tak żyć. Nie wyobrażam sobie nawet takiego życia. To nie dla mnie. Ja wyjechałam na zawsze. Fizycznie i mentalnie. Spaliłam mosty. Zerwałam więzi. Zrobiłam to dla siebie samej, dla własnego dobra, choć niektórych to pewnie bolało i boli nadal. Wielu nie rozumie. Jednakże to ja decyduję o swoim życiu, o tym jak chcę je przeżyć i z kim, a nie inni, żeby nie wiem jak kiedyś byli mi bliscy. Ja żyję dla siebie i swoich dzieci oraz małżonka, nie dla innych, czy to się komu podoba, czy nie.

Czy jest zatem czymś niezwykłym, że całkowite zerwanie kontaktu przyszło mi tak łatwo? Nie. Była to raczej naturalna kolej rzeczy. 

Czy należy się zatem dziwić, że wieść o odejściu Naszej Matki nie była dla mnie jakimś ogromnym przeżyciem? Raczej nie. Z mojego świata odeszła już ona bowiem wcześniej. Odchodziła krok po kroku, dzien po dniu, coraz dalej i dalej. Tyle, że  wtedy ciągle żyła dla innych i żyła z innymi. A ja wiedziałam, że tam żyje, istnieje, troszczy się o wszystko, kręci po domu i podwórku, że gdzieś tam żyje swoim życiem. Ja jednak żyje tutaj swoim i tamto mnie aż tak bardzo nie interesuje, choć mam świadomość, że ludzie oczekują ode mnie czego innego i czego innego się po mnie spodziewali, i że nikt by nie przypuszczał ... że ja kiedykolwiek postanowię być po prostu sobą.

To nie jest jednak tak, że śmierć Mojej Matki w ogóle mnie nie obeszła. Obeszła, ale tak bardziej spokojnie, bez wielkich emocji. Zwyczajnie, jak odejście każdego człowieka, którego się dobrze znało. Smutek. Świadomość bezpowrotnego zakończenia czegoś istotnego.  Oto kolejna osoba zniknęła z tego świata i już jej nie będzie. Już nikogo nie opieprzy, nikogo nie rozśmieszy, z nikim się nie pokłóci ani nikomu nie pomoże. Pisząc te słowa zastanawiam się nawet, czy oczekiwałam  po sobie jakiejś innej reakcji? Czy powinnam czuć coś innego? Trudno orzec, ale raczej znowu żyłam oczekiwaniami innych wobec mnie... Ja jedyne co czuję to brak uczuć, ale na (nie)szczęście to dotyczy też wielu innych dziedzin życia, więc jakoś specjalnie akurat tego nie zamierzam teraz rozkminiać...

Moja Matka była lubiana i szanowana przez większość ludzi. Pomagała ludziom, gdy mogła. 
Pełniła wiele życiowych ról i w wielu z nich była na pewno mistrzynią, a w niektórych może nawet supermenką. Matka miała mnóstwo talentów i to dosyć czasem oryginalnych jak na babę. Kurde, nie wiele jest rzeczy, na których choć trochę by się nie znała. 

Matka była dobrą gospodynią. Czasem się wydawało, że miała z 8 rąk, bo tyle rzeczy na raz ogarniała - dom, dzieci, stajnia, uprawy, zakupy, a i kawka u koleżanki czy sąsiadki też się wypiła i plotki się poplotkowały. 

Umiała pysznie gotować i piec. Piekła najlepszy chleb w całej wsi w piecu opalanym drewnem. Dla mnie piekła zawsze tort z truskawkami na urodziny i to jest chyba jedno z najmilszych moich  z nią wspomnień. Ten tort dla mnie. Zawsze. Co roku. 

Umiała też szyć. Już jako nastolatka - jak opowiadała - szyła sobie sukienki, bluzki a nawet płaszcze. Jako dorosła szyła dla ludzi na zamówienie, choć nigdy nie chodziła do żadnej krawieckiej szkoły ani nie brała lekcji szycia. Robiła ponadto na drutach, szydełku, maszynie. Mieliśmy piękne włóczkowe ubrania za gówniarza - sukienki, spodnie, czapki, kapelusze, swetry -  jak tylko oczywiście udało się jej kawałek włóczki zdobyć, co dawniej wcale takie łatwe nie było. Ale to nic, wiele bab to wszak potrafi.
 
Moja Matka jednak potrafiła też pomalować mieszkanie, naprawić cieknący kran, zrobić nową półkę, a nawet zreperować odkurzacz, maszynę do szycia czy radio, bo z zawodu była wszak elektrykiem. Znajome i sąsiadki wiecznie do niej przychodziły ze swoim posputym sprzętem, a ona naprawiała.

 Reperowała też samodzielnie swój motorower, którym wszędzie za młodu zasuwała. Kapeć, sprzęgło, silnik - to dla naszej matki była bułeczka z masełkiem, wszystko zreperowała sama. No tata jej czasem pomagał, jak miał czas, ale i bez pomocy ogarnęła.

Mało tego, jeździła traktorem niczym stary traktorzysta, mimo że nie miała uprawnień za bardzo do kierowania takim pojazdem. Wykosiła kosiarką łąkę, zaorała pole, wykopała i zwiozła buraki. 

Ogarniała też komputery i internety i to nie jak większość bab w jej wieku, że tam fejsbuka se umie włączyć, jak jej kto konto zrobi. Ona sama ogarniała takie rzeczy. Wszystko w necie potrafiła znaleźć, poczytać na temat prawa, nowinek, możliwości, nawet kupowała to i owo online i to od dawna. 

Ktoś potrzebował pomocy, to też zaraz szła. Lubiła też dobrą zabawę - wesele, sobótki, imieniny koleżanek, festyn na wsi - lubiła dobrą zabawę, tańce, śpiewy, wygłupy...

Kurde nawet w zespole kiedyś grała i śpiewała razem z ojcem innymi ich kamaratami. A tak, bo na gitarze też umiała grać, przynajmniej za młodego.

W każdej pracy, której kiedykowliek się podjęła też ponoć ją chwalili, a ja nie mam powodów by temu nie wierzyć, bo Ona serio wszystko umiała. To była dosłownie taka babska złota rączka.

 I nie mam wątpliwości, że wszystkim, którzy ją tam znali, będzie jej brakować, że ludzie będą ją dobrze wspominać. Myślę, że miała dosyć trudne, ale z drugiej strony ciekawe, bogate i kolorowe życie. Spróbowała różnych rzeczy, zrobiła trochę dobrego dla świata, poznała różnych ludzi... 

A teraz odpoczywa. 





14 kwietnia 2021

Sprzątanie. Co lubię, a czego nienawidzę w tej pracy?

 Jedni mówią sprzątaczka, inni pomoc domowa. To drugie jakby lepiej brzmi, ale i tak na to samo wychodzi. 

Pracuję w tym zawodzie szósty rok, czy nawet już siódmy i ciągle jestem zadowolona. Ba, teraz jestem chyba bardziej zadowolona, niż na początku, bo dziś jestem dobra w tym co robię i raczej łatwo mi to przychodzi. O tym, co ogólnie myślę o tej robocie, napisałam już raz dosyć obszerny artykuł, który nota bene jest jednym z najczęściej wyświetlanych tekstów na tym blogu Jak to okropnie być sprzątaczką. Pojawił się on  też swego czasu w druku w polskiej gazetce "Antwerpia Po Polsku", czyli że temat cieszy się zainteresowaniem.

Dziś postanowiłam opowiedzieć, co najbardziej mi się w mojej pracy podoba, co lubię, a czego nie lubię, nie znoszę, nienawidzę. Oczywiście to jest moja mardzo subiektywna opinia, z lektury wypowiedzi sprzątaczek na fb i rozmów zwyczajnych z koleżankami po fachu wiem, że rzeczy, których ja nie znoszę, dla innych są fajne i odwrotnie.

Czego nie lubię w tej pracy?

1. Niektórych zachowań klientów. 

 Niektórzy klienci przyczepiają się do jakichś śmiesznych drobiazgów, jak kurz na haczyku i to jest lekko irytujące, ale o wiele bardziej niepokoją mnie ludzie, którzy nigdy nie mają żadnych uwag - ani pozytywnych, ani negatywnych, bo zwyczajnie nigdy nie wiem, czy są zadowoleni, czy nie. Ja lubię wiedzieć, co robię źle aby móc to ewentualnie poprawić, co czasem wcale nie jest trudne, a wynika tylko z tego, że mój pogląd na słowo "posprzątane" jest inny niż klienta.

 Nie lubię ludzi, którzy patrzą mi na ręce i komentują moje poczynania na każdym kroku, bo mnie to stresuje. Zza mało produktu dałaś, za dużo produktu dałaś (ja stosuję się zwykle do zaleceń producenta produktu, ale klient czasem wie lepiej), nie z tej strony miotły stoisz ;-)

2. Nie lubię sprzątać zaniedbanych domów, gdzie np klamki odpadają, pościel jest podarta. Co z tego, że posprzątam, umyję okna, zmienię pościel jak wszystko nadal wygląda jak ukradzione bezdomnym, tyle że czyste. To drażni moje poczucie estetyki.

3. Nie lubię też domów zagrandzonych, gdzie panuje totalny bałagan i chaos - wszędzie leżą zabawki, ubrania, sprzęty. Na zbieranie czy przestawianie tego wszystkiego marnuje kupę czasu, w którym mogłabym zająć się prawdziwym sprzątaniem i faktycznie cały ten dom posprzątać, a nie tylko w małej części. Z takich domów nigdy nie wychodzę usatysfakcjonowana, mimo że klient i tak jest zadowolony, bo jeszcze mnóstwo rzeczy widzę do zrobienia.

4. Nie znoszę domów, w których podczas sprzątania ganiają dzieci i zwierzęta albo dorośli łażą w te i wewte. Sprzątasz kuchnię a ci przychodza jeść, potrzebujesz nabrać wody, a ktoś się kąpie, zabierasz się za odkurzanie, a tu goście jacyś przychodzą na kawę. Nie cierpię pracować podczas wakacji i ferii oraz lockdownów, gdy wszyscy są w domu

5. Wkurza mnie zbieranie brudnych majtek i osmarkanych chusteczek z podłogi, bo dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiego człowieka oraz wyraz zwyczajnego prostactwa.

6. Irytuje mnie brak należytych materiałów do sprzątania albo kupowanie przez klientów najtańszych gównianych produktów i materiałów. Wolę, jak ktoś ma dwie dobre ścierki i jeden produkt do wszystkiego, ale dobry, niż gdy ma 50 chujowych ścierek i 30 chujowych produktów np z jakiegoś tam actiona. Ludzie, którzy sami sobie kiedykolwiek dom sprzątali, potrafią znaleźć tanie, ale porządne produkty i takie zazwyczaj mają.

7. Nienawidzę większości produktów w spray'u, a w szczególności do prysznica. Każdy wie, że są diabelnie szkodliwe i ja po kilku latach już to wyraźnie czuję. Przy myciu prysznica niektórymi produktami, kicham, smarkam, oczy mi łzawią, mam problemy z oddychaniem (zajebiście jest być wwo). Na szczęście jest kilka dobrych marek no i zwykły kurde ocet, których mogę spokojnie używać.

8. Nienawidzę zapachu chloru (tutejszy javel, bleekwater) i cieszę się, że wreszcie został oficjalnie zakazany w naszej pracy!

9. Jest też lista zwyczajnych zajęć, które każda pomoc domowa wykonuje, a których ja nie lubię, nie znoszę albo nawet nienawidzę. Na pierwszym miejscu jest prasowanie. Sama wolę chodzić w zmiętych ubraniach, niźli stanąć do żelazka. U klientów nie godzę się w ogóle na prasowanie (infomuję zwykle już na pierwszej wizycie). Kolejne to roboty sezonowe jak mycie lodówki, piekarnika itp. Robię, bo muszę, ale bez antuzjazmu. Mycie kabiny prysznicowej. Sama czynność jest wporządku, tylko że często jestem do połowy mokra, bo zwykle trzeba wejść do środka, żeby wszędzie sięgnąć i potem spłukać, a buty i rękawy wtedy mam często pełne wody. Zdarza się też wihajster od prysznica pomylić i puścić wodę z góry prosto na głowę haha. Obrzydliwość.

10. Nie lubię sprzątać małych, ciasnych mieszkań, gdzie w pokojach nie idzie się wyrobić z odkuzraczem czy mopem, bo jest tak ciasno.

Co lubię

1. Lubię to, że sama ustalam, ile i w jakich godzinach chcę pracować. W każdy dzień zaczynam i kończę o innej godzinie, bo tak mi pasuje, że mogę dowolnie sobie dobierać nowych klientów i rezygnować ze starych, gdy tylko poczuje taką potrzebę.

2. Lubię to, że pracuję codziennie w innym miejscu, w różnych warunkach, u innych ludzi i że mam takie urozmaicenie.

3. Bardzo mi pasuje sprzątanie pustych domów, gdy mogę sobie całkowiecie dowolnie moją robotę planować. A że poszczególne  czynności wykonuję dziś rutynowo, mogę się oddawać rozmyślaniom na dowolne tematy.

4. Jednak praca u klientów, którzy są w domu też jest fajna, bo zawsze można kilka słów zamienić, czegoś nowego się o życiu dowiedzieć, posłuchac miejscowych plotek. 

5. W tej pracy fajne jest to, że mogę podglądać i testować różne rzeczy - różne odkurzacze, ścierki, produkty, ale też oglądam i testuję różne podłogi, szafki, krany, lodówki. Podglądam różne rozwiązania dla domu - widzę co jest dobre, a co się słabo sprawdza. Podglądam też, co ludzie jedzą, czym się myją, w czym piorą, co noszą, jak dekorują domy itd itp. Dla ludzi myślących i ciekawych wszystkiego, to jest fantastyczna sprawa.

6. Kocham to, że po zakończeniu pracy, zamykam drzwi i więcej ani jednej myśli tej robocie nie muszę poświęcać, tylko zajmować się swoim życiem. Oczywiście czasem tam opowiem jakąś hecę małżonkowi albo ponarzekam na coś, ale nic nie muszę - tak jak to np miało miejsce w mojej poprzedniej robocie - pracując w bibliotece cały czas o każdej porze dnia i nocy, w czasie weekendu, wakacji wciaż  rozmyślałam nad nowymi pomysłami dotyczącymi imprez itd,  wszędzie szukałam pomysłów, czytając dowolną książkę zawsze się zastanawiałam dla których czytelników się nadaje.

7. Moje ulubione czynności i zadania to: mycie okien i składanie prania. No po prostu uwielbiam te zajęcia. 

8. Lubię, że ta praca jest tak różnorodna, że u każdego klienta robię praktycznie co innego i w zupełnie inny sposób, że każdy ma inne życzenia i oczekiwania, że czynności mniej fajne mogę mieszać ciągle z czynnościami lubianymi.

9. Lubię być chwalona przez klientów, a dosyć często się to nawet zdarza, co oznacza, że jestem dobra w tym co robię, a to daje mi wiele satysfakcji.

10. Lubię oglądać efekty swojej pracy. Lubię kończyć sprzątanie widząc wyraźną różnicę pomiędzy mieszkaniem, do którego przyszłam rano i tym samym mieskaniem po 4 godzinach mojej pracy. 


4 kwietnia 2021

Gdy wybuch wulkanu emocji poczyni szkody i popłynie fala łez.

 Młody - tak samo jak reszta z Piątki - należy do osób wysoko wrażliwych (wwo).  To znaczy, że odbiera świat o wiele intensywniej niż normalsi. Gdy inne dzieci po trzygodzinnej imprezie urodzinowej pełnej szaleństw mają siłę i chęci popędzić jeszcze na trening piłki nożnej, a potem jeszcze na wiejski festyn z karuzelami i wieczorem jeszcze brykają po domu, tak nasz Młody po urodzinach wraca do domu złachany jak koń po westernie i musi posiedzieć w ciszy, pooglądać jakiś spokojny film czy nawet się chwilę położyć, bo takie urodziny to dla wwo za dużo wrażeń, za dużo emocji. Z jednej strony jest superowo, coolersko i fantastycznie, ale to męczy. To samo dotyczy zresztą nastoletnich czy dorosłych wysoko wrażliwych. 

Młody bardzo wszystko emocjonalnie przeżywa - bardzo łatwo i intensywnie się smuci, irytuje, czy złości, ale i radość, żarty czy wygłupy także przeżywa super intesywnie. To istny mały wulkan emocji.

Życie wysoko wrażliwych jest bez wątpienia ciekawsze, bogatsze i intensywniejsze niż pozostałych, ale też trudniejsze i bardziej męczące. Z emocjami trudno jest sobie poradzić czasem. Tak mocne emocje piekielnie trudno jest kontrolować i ujarzmić. 

Historia z ostatnich dni. 

Tata obiecał Młodemu, że jak wróci z pracy i wykonamy zaplanowaną robotę w werandzie, to pojadą do sklepu, by Młody mógł wydać swoje oszczędności na to, co sobie zaplanował. Niestety robota się przeciągnęła i nie udało się dotrzymać obietnicy, bo sklep zamknięto, czyli wyniknęła dość niefajna   sytuacja. Tata przeprosił Syna wyjaśniając powód i powiedział, że pojadą zaraz rano następnego dnia. Syn zrozumiał sytuację, powiedział "okej", ale był zły. 

BARDZO ZŁY!

Poszedł do swoje pokoju odreagować, jak zawsze to robi w trudnych sytuacjach. Ale złość tym razem musiała być ogromna , bo po dłuższym czasie Młody przyszedł ze śladami łez w oczyskach i oznajmił z ogromnym miażdżącym serce smutkiem, iż był tak zły, że zniszczył całkowicie jedną ze swoich książek i teraz jest mu bardzo smutno. 

No faktycznie, książka jest podarta na drobne strzępy. To była książka o seksie, którą mu jakiś czas temu kupiłam w sklepie z rzeczami używanymi i którą właśnie zaczął czytać. Dlatego właśnie to ona została zniszczona wybuchem małego wulkanu ogromnych emocji, bo była pod ręką.

Dziś trochę o tym gadaliśmy i próbowaliśmy wymyśleć jakieś bezpieczniejsze metody upuszczania nadmiaru emocji, choć przyznałam mu, że podarcie książki to bardzo dobry pomysł, tyle że książka niewłaściwa, bo jeszcze nie przeczytana a fajna i ciekawa. Powiedziałam, że stare gazety, reklamy ze sklepów czy stara, głupia,  niepotrzebna książka może być o wiele lepszym wyborem, jeśli już chce coś targać. Papier to wszak bardzo dobra metoda na odstresowanie. Kartki można drzeć, miąć w kule i rzucać nimi w ścianę albo je deptać, czy kopać.

Wykrzyczenie złości na poduszkę i zbicie jej - metoda polecana przez wielu dorosłych ludzi w necie - też zdaje się mu odpowiadać. Już to czasem testował wcześniej. 

Mówiliśmy też o zapisywaniu i rysowaniu emocji, ale to musimy dopiero spróbować robić.

Na codzień Młody zrzuca swój zwykły emocjonalny balast gadając i opowiadając. Opowiada przez całą drogę ze szkoły do domu. Potem jeszcze czasem kontynuuje w domu. Relacjonuje przebieg każdego dnia. Mówi, co zdarzyło się fajnego, co go zdenerwowało, co zaniepokoiło, a co zasmuciło. 

Wieczorem z kolei często, niemal codziennie, o ile pogoda nie jest wyjatkowo wredna, chodzi z tatą na długie albo krótkie spacery. Wędrują różnymi drogami , czasem po kilka kilometrów, a Młody wtedy opowiada wszystko tacie, dzieli się wątpliwościami na temat życia i uczuć, zadaje dziesiątki pytań. Myślę, że to mu bardzo pomaga z ogarnianiem emocji i nie tylko. Gdy tak się spaceruje po nocy, nikt nie przeszkadza, nic nie rozprasza, ma się tatę i taty uwagę tylko dla siebie. To jest dobre. Tata też lubi te spacery z synkiem, choć nie zawsze fizycznie mu się chce, gdy przychodzi zorany z roboty.

Młoda tak lubi czasem chodzić ze mną. Gdy źle się czuje, gdy łapie doła, czy coś ją bardzo z równowagi wyprowadzi to też dobrze pójść z nią do lasu albo zrobić rundę po pustych polach z aparatem czy bez i pogadać o wszystkim, dać upust emocjom, ciężkim myślom i uczuciom no i pozbyć się  nagromadzonej złej energii poprzez wysiłek fizyczny. Innymi razy siedzimy po prostu u niej w pokoju, patrzymy na pierzaste papuzie głuptaski i gadamy o różnych sprawach. Wygadanie się pomaga. Gdy coś lub ktoś jej nagle bardzo ciśnienie podniesie, ale nie wymaga to zbytniej rozkminy, to zwyczajnie idzie sobie do szopy skopać i sprać wora. 

Zdarza się jednak i tak, że te metody są za słabe, że zdarzenie jest wyjątkowo silne, a wtedy... śpiewa i rysuje... ale nie kredkami na kartce, tylko czymś ostrym na skórze. I to jest - moim zdaniem - tak samo (albo bardzo podobnie) jak z tą podartą książką na strzępy. Emocje ujdą, ale potem boli. Książki ani skóry nie da się posklejać, a nawet jak się uda, to ślady pozostają na zawsze, by upamiętniać te złe chwile. A to już nie jest dobre i dobrze, jak da się tego uniknąć. Cóż, czasem łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo emocje to trudna sprawa.

Emocje są nam wszystkim bardzo potrzebne. Bez emocji długo byśmy nie przeżyli na tym świcie,  ale czasem są tak cholernie trudne do ogarnięcia, do zrozumienia, do opanowania. Rozmawiamy o tym z naszą młodzieżą, z partnerem, a czasem sami ze sobą, co nam się tam we środku kotłuje. 

Uczymy się coraz lepiej sobie z emocjamii radzić, panować nad nimi, robimy postępy, ale to nie łatwa sztuka i nie wiem, czy kiedyś osiągniemy w niej mistrzostwo.