15 kwietnia 2015

trochę wspomnień, trochę jedzenia i takie tam tentegesy

Gdy w 2010 roku przeprowadziłam się do mojego nowego faceta wraz z dziewczynami nie mogłam się nacieszyć jego, a od wtedy naszym, WŁASNYM mieszkaniem, w którym można robić, co się chce i kiedy się chce, nikt nie zagląda, nie komentuje, nie trzeba czekać w długiej kolejce na kibel, nie trzeba pchać się do koryta, żeby choć gryza chapnąć itd itp (kto dzieli dom z wieloma osobami, ten pewnie wie o czym mowa). Było nam tam bardzo fajnie przez te 3 lata, które tam mieszkaliśmy. Dziś jednak z perspektywy czasu i okoliczności już trochę inaczej to widzę. Nadal tamtą przeprowadzkę i decyzje uważam za słuszną, jednak odkąd poznałam, co to znaczy DUŻE, PRZESTRONNE mieszkanie, z tamtego zachwytu się zaczynam śmiać. Ale dzięki tamtym i innym doświadczeniom, tym małym krokom ku lepszemu mogę jeszcze bardziej docenić każdą chwilę naszego życia i tego, co mamy teraz.
Najsampierw miałam swój pokój, potem dzieliłam go z moimi dziewczynkami, całe nasze 16 metrów kwadratowych - czad. Potem mieliśmy 35 metrów na 5 osób. A potem przywiało nas do stolicy UE, gdzie wynajmowaliśmy 100 metrowy apartament z wielkim ogrodem. 3 pokoje, salon, kuchnia i piwnica, po 3 latach w kawalerce to po prostu ogromna przestrzeń. Ktoś może się zastanawia, po cholerę nam było takie giga mieszkanie, gdy nie mieliśmy zbyt wiele kasy i skoro na 35 metrach się mieściliśmy wcześniej? Cóż Belgia to nie Polska. Tutaj chcąc mieszkać legalnie z rodziną, trzeba tej rodzinie stworzyć odpowiednie warunki. Nie zameldujesz się, jeśli nie masz pracy lub nie udowodnisz, że masz tu za co żyć. Nie zameldujesz dzieci, jeśli policja nie potwierdzi, że każde z nich ma tu swój własny kąt, czyli przy trójce dzieci nie ma mowy o zamieszkaniu w dwupokojowym mieszkaniu. No i bardzo dobrze.

Teraz mamy do dyspozycji cały piętrowy domek z małym ogródkiem i małym budynkiem gospodarczym zwanym szopą. I to jest super, że człowieka na to stać... W naszej kuchni w pl mieściła się spokojnie jedna osoba. Jak kogoś drugiego nagle przydarło w celu zrobienia sobie np kawy, nijak nie szło się pomieścić. Do tego część rzadko używanych rzeczy, ziemniaki, dżemy itp trzymaliśmy w piwnicy 4 piętra niżej. W okresie letnim w naszym mieszkanku 35metrowym na 4 piętrze było bardzo gorąco. Już po zagotowaniu wody na herbatę zaczynała się tam robić sauna. A gotowanie to było dopiero zabawne ani garnka gdzie postawić ani się obrócić... Ale co tam i tak gotowałam, nawet chleb sobie czasem piekłam, jak mnie naszło. Ba, w tej giga kuchni upiekłam tort, ciastka i parę ciast na przyjęcie z okazji naszego ślubu. Jednak dziś nawet w myślach nie mam ochoty wracać do tamtego mieszkania. 5 osób na 35 metrach kwadratowych to jest męczarnia, nie życie. Jak to mawiają - gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Pomieściliśmy się nawet z łóżeczkiem dla niemowlaka, wózek już niestety musiał siedzieć na klatce schodowej, sąsiedzi pewnie nie byli tym zachwyceni, ale i im też się zdarzało dziwne rzeczy trzymać przed wejściem. Gdy napisałam słowo "wózek' przypomniało mi się jak ten wózek (ciężki jak szlag) nosiłam na 4 piętro (niby 3cie, ale plus tzw 'wysoki parter'- określenie którym urzędnicy bronią sie przed przymusem instalowania windy w bloku) i znosiłam na dół częstokroć razem z Młodym we środku, a często też razem z zakupami. Uff, już zanoszenie do domu brzuszyska w ósmym, dziewiątym miesiącu ciąży wraz z dwoma torbami zakupów było cholercia męczące. Dla mnie - wysportowanej, ale już 35-letniej wtedy ciężarówy, było to czasem nie lada wyzwaniem. Zadanie na pewno dużo cięższe niż dajmy na to dzisiejsze dojazdy na rowerze do pracy z pracą włącznie. Zdarzało mi się wisieć na poręczy w połowie drogi w celu złapania tchu, a czasem i kilka przystanków trzeba było zrobić. Było, minęło, ale czasem się wspomina. Hm, swego czasu odwiedziłam portugalską koleżankę, która mieszka na drugim i zarazem OSTATNIM piętrze i byłam wtedy bardzo, ale to bardzo zdziwiona, że oni tam mają windę... DWA PIĘTRA i WINDA - normalnie szok w trampkach.

 Jeszcze zanim wyemigrowaliśmy, małżonek zachęcając mnie do pozytywnego rozpatrzenia propozycji przyjazdu do be zachwalał mi wielkość kuchni, w której będę mogła realizować swoje fantazje kulinarne. No duża to ona była, ale beznadziejnie rozplanowana. Tego jednak facet nie mógł ocenić, bo mimo, że umie gotować, jeśli chce, to stosunkowo rzadko z tej umiejętności korzysta. W kuchni było troje drzwi, z czego jedne usadzone pomiędzy kuchenka i zlewem - to geniusz musiał wymyśleć. Musiałam zamykać wiecznie te drzwi na klucz, żeby mi ktoś nie otworzył, gdy będę wrzątek niosła z kuchenki... Ale to wszystko pikuś. Przestrzeń szybko ogarnęłam i rozmieściłam swoje kuchenne gadżety w sensowny sposób. Problemem stało się w be gotowanie z zupełnie odmiennego powodu, a mianowicie z braku materiału do gotowania. Na początku mieliśmy jakieśtam zapasy zabrane z pl, jakiejś padliny zwanej mięsem i ziemniaków się dokupiło, no i z głodu człowiek nie zdechł. Jednak w końcu zapasy się wyczerpały i trzeba było zacząć szukać ich po sklepie. Tutaj warto nadmienić (dla tych, którzy nie czytali początkowych wpisów), że mieszkając w bxl nie mieliśmy Internetu, zaś słownik jaki zakupiliśmy przed wyjazdem nadaje się co najwyżej na podtarcie tyłka i to nie bardzo. W nagłych potrzebach korzystaliśmy z Internetu w kafejkach albo próbowali złapać darmowy przez wifi z telefonu. Z tym, że każdy kto ma ruchliwe 2-letnie dziecko, wie, że z takim ziółkiem korzystanie z kafejki jest niemalże niemożliwe do wykonania, zaś darmowe wifi łapało tylko w jednym miejscu koło carrefour'a i to przy odpowiedniej pogodzie. W każdym bądź razie byliśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie i swojego nosa. Tak więc na początku nie mogłam w sklepach znaleźć wielu produktów - o czym już pisałam kiedyś. Przekonałam się też wówczas, że Belgowie trochę inne rzeczy i inaczej jadają niż my. Widziałam bowiem na półkach wiele produktów, co do zastosowania czy użycia których nie miałam zielonego pojęcia, zaś tych których poszukiwałam nie mogłam znaleźć w ogóle. Do tego bardzo krucho było z kasiorką i trzeba było bardzo, ale to bardzo oszczędnie ją wydawać. Kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i najtańsze, jakie udało się znaleźć. Dziś też staramy się kupować najtańsze produkty, ale wiemy, które nie odbiegają jakością czy tam smakiem od droższych. Czasem po prostu tańsze wcale się nie opłaca, bo albo nie da się tego zeżreć albo trzeba użyć dużo więcej i wychodzi cenowo tak samo, albo jest np nie zdrowe. Tak czy siak faktem jest, że dziś wydajemy na żarcie i tzw środki czystości jakieś 100 lub 200 euro (zależy od miesiąca) więcej niż w pierwszych miesiącach. Od początku zapisujemy nasze poszczególne wydatki, dlatego wiem, że przez pierwsze miesiące na w/w rzeczy dla naszej piątki wystarczało nam 300 euro. To mniej więcej tyle co w pl 300 złotych dla pięcioosobowej rodziny na jedzenie, czyli żadnych słodyczy, owoców, chipsów, napojów, lodów, tylko najtańszy chlebek, margarynka i wędlino- oraz seropodobne produkty, poza jednym płynem "do wszystkiego", jednym szamponem w rodzinnym opakowaniu i najtańszym dezodorancie NIC więcej.

 Powolutku z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc wszystko zaczęło się stabilizować. Ważne by dotrzeć do momentu, w którym płaci się wszystkie rachunki na bieżąco, w którym przede wszystkim wie się, co i za jaki czas oraz do kiedy się płaci. A pomyślcie ile tego wszystkiego jest? Czynsz, prąd, gaz, woda, Internet, telefon, telewizja, śmieci, podatek, ubezpieczenie domu, ubezpieczenie samochodu, ubezpieczenie ludzia, faktury za szkołę i pewnie jeszcze parę stałych opłat, których akurat nie pamiętam, a z których każda płacona jest w innym czasie i systemie. Jedno płacimy co miesiąc, jedno za pół roku, jedno na kwartał, jeszcze inne na rok itd, do tego jeszcze jakieś roczne wyrównania, niestandardowe opłaty. W nowym kraju z tym harmonogramem trzeba się zapoznać i rozplanować sensownie w stosunku do wypłaty, a to wcale nie jest takie proste. Przeto na początku nie raz i nie dwa dostawaliśmy nagle jakąś niespodziewaną fakturę, którą nawet czasem - nie znając języka - nie wiedzieliśmy do czego ona jest albo znowu jakieś upomnienie (które kosztuje jakieś 15 euro dodatkowo), kiedy na tą niespodziewana fakturę już zabrakło pieniążków. No i do tego wszelakie inne nieplanowane wydatki typu tłumacz przysięgły, opłaty urzędowe, fotograf, lekarz, bilety (bo trzeba było gdzieś pojechać, by cos załatwić) etc, etc., no i jakieś odzienie czy buty od czasu do czasu. Oj, jest tego wszystkiego wszędzie do zapłacenia i tu i w pl i w każdym innym kraju.

 A wracając do jedzenia. Po blisko 2 latach w BE, wiem już, co mogę ugotować na obiad każdego dnia. Znaczy się teoretycznie... bo w praktyce to jest tak, że czasem przez cały tydzień zasypiam wieczorami z niedokończoną myślą "co do jasnej cholery jutro na obiad..?!" i rano z tą samą myślą się budzę, a i w nocy czasem po przebudzeniu chwilę nad tym rozmyślam. Bywa, że mnie olśni w odpowiednim momencie, ale bywa też tak, że wracam o 13.30 z roboty i nadal nie znam odpowiedzi na to arcytrudne pytanie. Niekiedy w takiej sytuacji frytki+jajco sadzone+surówka wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem. Czasem w pewnym momencie nachodzi mnie smak na to czy owo, ale albo nie mam potrzebnych składników 'na magazynie' albo czas przygotowania tegoż jest za długi w stosunku do czasu posiadanego. Obiad robię na godzinę 16.30 (plus minus), a o 15:15 wyruszam po dziecko do szkoły i z gotowaniem muszę się uporać albo przed albo po. No, czasem zdarza mi się zostawić ziemniaki lub zupę na włączonej kuchence, ale to zawsze ryzyko jednak jest, że albo się przyfajczą albo co gorsza z kuchenką coś się porobi - jak to mówią - diabeł nie śpi ;-) A co do tego 'teoretycznie', chodziło mi o to, że wiem już z grubsza co się tu z czym je i które z tych czymsiów łaskawie zjedzą moi domownicy bez większego marudzenia. Bo mniejsze marudzenie to jest zawsze przy pięcioosobowej familiji. Ten jest dziś nie głodny wcale, tamten nie ma ochoty na to, a kolejny woli płatki z mlekiem... Chcą to jedzą, nie chcą - nie jedzą, u nas w domu tak zawsze było i ja też nikogo nie zamierzam zmuszac do jedzenia tego, co akurat mi się danego dnia uwidziało upitrasić. Ja tam też nie zawsze mam na wszystko ochotę. Choć - przyznam - o wiele jest mi przyjemniej, gdy obiad zostanie zjedzony, a nie tylko przegrzebany w misce i wyrzucony do kosza, co się zdarza przy dzieciach bardzo często. W każdym bądź razie przy moich...

 Zastanawiacie się może, czy Polka w Belgii gotuje to samo co zwykła kuchcić w pl? To powiem Wam, że nie. Nie gotuje, bo się żywcem po prostu nie da. No, może są takie babki, które kupują wszystko w polskich sklepach i gotują po polsku, po swojemu także zagranicą. Ja jednak od początku stwierdziłam, że skoro mieszkamy w Belgii, to będziemy jeść to, co ten kraj nam oferuje. Nie jest jednak łatwo tak nagle się przestawić. Nawet chleb (a może zwłaszcza, wszak chleb to baza) belgijski ma zupełnie inny smak, niż polski. Próbowaliśmy chlebki z różnych piekarni i różnych sklepów. Jak dotąd chleb z Lidla najbardziej odpowiada naszym oczekiwaniom. Jednak co dziś mogę powiedzieć? Ano, że dziś, po 2 prawie latach nie smakuje mi już polski chleb! Zauważyłam to już na wakacjach będąc u siostry w pl. Kurcze musiałam się na powrót przyzwyczajać do smaku chleba, a dodam, że ona kupowała mój ulubiony wcześniej chleb. Teraz z okazji świąt wielkanocnych wybraliśmy się do polskiego sklepu w Antwerpii i tam męża naszło na chleb polski. Jedyne co mnie w tym chlebie zadowala, to przyzwoita grubość kromek. Przez belgijskie chleby zasadniczo widać Warszawę :-) Smak mi już nie leży. Przy pierwszej rozpoznawczej wizycie w tym sklepie (akurat byłam na kursie z interimu) zakupiłam tam polskie drożdżówki ze serem, uwielbiane kiedyś przez dziewczyny. Radość wielka, mało się nie pobiły która czyja, zjadły ze smakiem, ale za drugim razem już jakoś specjalnie nie chciały drożdżówek. Czyli co? Okazuje się, że to nie chodzi o to, że ichni chleb jest gorszy, tylko po prostu inny i wystarczy się przyzwyczaić do tego a nie innego smaku. Podobnie z innymi produktami i daniami. Choć cóż, wiem, że są tacy, którzy mimo wielu lat tutaj ciągle starają się kupować wszystko w polskich sklepach, co dla mnie jest - szczerze mówiąc - lekko dziwne. O ile nie dziwi mnie to w kwestii produktów w be nieznanych lub niedostępnych, czy np wędlin, które w pl ciągle są lepsze (mniej chemii) niż tu albo cenowo korzystniejszych. To takie rzeczy jak mąka, cukier, sól jakoś za bardzo chyba się nie różnią tu i tam. Przynajmniej ja tak uważam. Tak więc ja gotuję zaopatrując się w składniki wyłącznie w belgijskich sklepach. Na początku - jako się rzekło - miałam nie lada zagwozdkę ze skonstruowaniem czegokolwiek, co by się dało zjeść. Poszedł człowiek do sklepu, popatrzył po półkach, po pudełkach, torebkach, flaszkach, kartonach i próbował zgadnąć, co też kryje się pod tymi dziwacznymi obcymi nazwami? Do dziś po wielu miesiącach w be zdarza mi się pytać google tłumacza, jak to czy tamto się nazywa po niderlandzku, zanim zacznę poszukiwania w sklepach. Na szczęście zdarza się to coraz rzadziej. Zresztą, jak się ma Internet, to wystarczy rzucić pytanie na jakąś polonijną stronę i zaraz ktoś podpowie. Staram się jednak samemu znaleźć odpowiedź, bo prędzej wtedy słówko w głowie zostaje. Żeby smacznie gotować w be, oprócz poznania tutejszych nazw poszczególnych produktów, trzeba się moim zdaniem zapoznać z tutejszymi przepisami, co w przypadku posiadania niezastąpionego netu nie jest wielką filozofią. No i jeszcze bez wątpienia trzeba być otwartym na nowości i chociaż trochę poeksperymentować. Na obczyźnie bowiem próba sztywnego trzymania się znanych z pl przepisów kulinarnych mogła by spowodować nabawienie się nerwicy, rozstroju żołądka i zdecydowanego pogorszenia samooceny. Wiele produktów ma tutaj inne właściwości, co powoduje albo inny smak potrawy albo niewłaściwą jej konsystencję, wiele rzeczy jest całkiem innych, wielu zupełnie brak. Jednakowoż - moim nader skromnym zdaniem - większość problemów idzie przeskoczyć albo ominąć. Niestety potrzeba na to czasu i wielu prób, testów, eksperymentów. Przez pierwsze miesiące skłaniałam się ku teorii, że tutaj nie da się nic wiele ugotować, teraz wiem, że większość znanych polskich potraw jest wykonalna tylko nie koniecznie według starych babcinych przepisów. Np w be nie ma w sklepach białego sera w kostkach (tam może w wielkich sklepach w bxl by znalazł taki w puszkach, ale nie tu). Kazałam więc braci naszej zapomnieć o kochanych ruskich pierogach. Przez kilka miesięcy nie gotowałam więc. Potem byliśmy w polskim sklepie i se kupiliśmy 2 kostki, a potem postanowiłam spróbować zrobić ruskie z fety. Dało się zjeść, ale, krótka nać, jak to troliło kozą podczas gotowania, a fu! Odkryłam jednak, że jest 'grecki ser', na którego opakowaniu w składzie jest krówskie mleko a nie baranio-kozie i ten okazał się świetnym zamiennikiem polskiego sera, tylko że on jest słony, więc trzeba ostrożnie z przyprawianiem nadzienia pierogowego. A placki serowe z niego są lepsze niż z sera od krowy mojej mamy. Te placki robię zazwyczaj do zupy pomidorowej zamiast chleba albo do zupy z trybuli. Ta ostatnia to wynik moich zupełnie odjechanych eksperymentów pt "spróbuję - a nuż się uda". Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło, żebym wyrzuciła jakiś wynik takiego eksperymentu - nie zawsze nadaje się do powtórzenia i zachwytu, ale zazwyczaj da się zjeść.

 Na koniec dorzucę krótkie przepisy na nasze placki i ową zupę, która powstała w wyniku połączenia naszego rosołu (w be nie jedzą raczej) i ichniej zupki z trybuli. A nuż komuś się przyda, tylko w pl nie wiem, gdzie znajdziecie trybulę...?

 Obrazkowy przepis na serowe placki:
 3 szklanki mąki, 2 jaja, kostka sera greckiego lub zwykłego polskiego, 4-5 ugotowanych i startych ziemniaków (mogą być z 'wczorajszego obiadu',  1 pokrojona i podsmażona cebula, pieprz, sól.

Wszystko wrzucamy do jednej michy, mieszamy do powstania ciasta. Raz wychodzi rzadsze, raz twardsze - wszystko prawidłowo.

Urywamy małe kawałki, formujemy placuszki.

Smażymy je na tłuszczu i gotowe.




Można pochłaniać same np z ketchupem, albo jakimś innym sosem.

Najlepsze jednak są - jako się rzekło - w zestawie z zupą pomidorową, barszczem czerwonym albo opisaną poniżej zupą z trybuli.


placki serowe wyglądają tak :-)


zupa z trybulą smakuje o niebo lepiej niż wygląda
trybula, kervel - bardzo podobna do pietruszki ale inaczej pachnie i smakuje :-)
Jak zrobić zupę z trybulą? Łatwizna.
Ugotować rosół - nie musi być przejrzysty, klarowny i w ogóle jakiś tam super. Ot, zwykła woda z kury i warzyw, mądrzejsi powiedzą pewnie - bulion.. W celu otrzymania rosołu wrzucamy do gara (u mnie gar duży) kawałek kury (może to być kilka udek), ze dwie marchewki, pokrojonego pora albo cebulę, jakieś suszone zielsko typu liść laurowy, pieprz, ziele angielskie, kurkumę, lubczyk, pietruszkę - czy co tam państwo sobie chcecie - no i sól, można kostkę rosołową, jak ktoś nie gardzi chemią. Gotujemy, aż marchew i kura wymiękną. Nie zdejmując z ognia wyjmujemy kurę. Nie zaszkodzi też wyłowić większe zielsko jak liść laurowy. Po czym wsypujemy całą wiązkę pokrojonej trybuli i miksujemy. Można dać niekrojoną roślinę, ale się owija wokół blendera - próbowałam. Po osiągnięciu w miarę jednolitej cieczy, dodajemy śmietanę z 2 łyżkami mąki kukurydzianej lub 1 zwykłej, po chwili zdejmujemy z ognia i na koniec wrzucamy obrane mięso albo całe udka - jak kto woli. W oryginalnym belgijskim przepisie mięso też było miksowane, ale po wypróbowaniu nie spodobał mi sie efekt końcowy. Nie mamy w zwyczaju robic dwudaniowych obiadów więc zupa musi mieć jakąś konkretniejszą zawartość, a nie taka woda. Oprócz mięsa czasem dodaje też ugotowane wcześniej i pokrojone ziemniaki. Jak sie robi placki to jeden ziemniak w te czy w te do obrania nie robi różnicy :-)
Ta zupa ma specyficzny jakby lekko anyżkowy smak. Ważne, że nawet moje dzieci ją jedzą chętnie. Dla mnie fantastyczna.

Jak jeszcze odkryję coś wyjątkowo interesującego to Wam opowiem.

Aha jedno ciekawe, co wypróbowaliśmy kiedyś w knajpce, to gorący mus jabłkowy do kurczaka i frytek zamiast surówki. Młodej posmakowało nawet. W domu jeszcze nie próbowałam robić, bo nam się cycki z kury znudziły, ale przynajmniej wiem, po co Belgom ten mus jabłkowy w litrowych słoikach, który w każdym sklepie jest z jakich tylko firm.

A do wypróbowania przede mną jest typowo belgijski zestaw czyli smażone małże z frytkami. Odnoszę wrażenie, że to powinno być pyszniutkie, ale na razie nie znalazłam głupiego, który by się ze mną wybrał do pobliskiego "wiatraka" (w tej knajpce ponoć najlepsze w okolicy) spróbować tego jedzonka.


6 kwietnia 2015

Mechelen, zwiedzania Belgii ciąg dalszy

Dziś pogoda już nie taka ładna jak wczoraj niestety, niebo i słońce zasłaniają bure chmurzyska. Mimo to postanowiliśmy zaryzykować kolejną wycieczkę. Tym razem obraliśmy kierunek na prowincję Antwerpia. Małżonek ugotował przed południem pyszny rosół, więc dziś wyszliśmy z domu najedzeni... No co się tak dziwujecie? Faceci są ponoć lepsiejszymi kucharzami aniżeli kobitki.... Mój facet robi bardzo pyszne rosołki, jest wręcz mistrzem rosołowym... bo tylko to gotuje, jeśli nie liczyć parówek, kawy i herbaty. Od pozostałych dań i potraw oraz deserów jestem ja i czasem młodzież.
Najstarsza nasza pociecha nie należy do miłośników starych kamienic - co innego jakieś przyrodnicze obiekty oraz ruiny - została więc w domu, by w spokoju kontynuować kreowanie własnego świata w Minecraft (taka gra komputerowa dla ludzi z nieograniczoną fantazją - gdyby ktoś nie wiedział). Pojechał za to z nami hipopotam, któremu Młody robił za przewodnika relacjonując na bieżąco, co widać za oknem samochodu. Na szczęście hipcio został w aucie na parkingu.
A gdzie nas dziś poniosło? Ano do Mechelen. Dlaczego? Ostatnio podczas pociągowej podróży do Antwerpii zobaczyłam z  pociągu kilka budynków, które ładnie się z daleka prezentowały i postanowiłam się dowiedzieć, co one są? Internet pokazywał, że prawie wszystkie co ciekawsze obiekty w Mechelen znajdują się w centrum, no to pojechaliśmy.

5 kwietnia 2015

Gent, po naszemu 'Gandawa'


 Gent, stolica prowincji Flandria Wschodnia (Oost Vlanderen). Miasteczko to leży w północno-zachodniej części Belgii, tam gdzie rzeka Leie'a łączy się ze Skaldą. Tamte tereny - jak to zwykle w okolicach rzek bywało - zamieszkane były od bardzo dawna. 
Już za czasów Celtów życie tam się kręciło ładnie. Jak głoszą legendy, podobno pewien francuski mnich wskrzesił tam człowieka (jedni mówią, że babę, inni, że chłopa) i od tego momentu, ludzie zaczęli się nawracać na chrześcijaństwo... Ale to było dawno, teraz w zasadzie głównie puste, często rozpadające się, ale ciągle piękne kościoły, kapliczki oraz nazwy ulic, szkół, szpitali noszące w nazwie imiona świętych świadczą o tym, że w pewnym momencie Gent, jak i pozostała część Belgii było miejscem pełnym chrześcijan, katolików...


4 kwietnia 2015

życzenia

Wszystkim czytelnikom mojego bloga
 a także tym, 
którzy znaleźli się tu dziś zupełnie przypadkiem,
 wszystkim dobrym znajomym
i tym prawie lub zupełnie obcym
 życzę w dniu dzisiejszym 
zdrowych, spokojnych i słonecznych
 Świąt Wielkanocnych 
oraz
 udanych ferii świątecznych.

Fijne Paasvakantie!

Vrolijk Pasen!

Happy Easter!

Wesołych Świąt!

26 marca 2015

obóz sportowy - szkolna tradycja

Zgodnie ze szkolną tradycją uczniowie piątej i szóstej klasy co roku jadą na kilkudniowy obóz sportowy - sportklassen. W zeszłym roku Zu bawiła ze swoją klasą w ośrodku BLOSO w Blankenberge nad belgijskiem Morzem Północnym. W tym roku obie córki odwiedziły Brugge (Brugia). Tam również BLOSO było ich domem przez 5 dni.
Jak już wspominałam nie raz - w Belgii wycieczki szkolne i obozy są obowiązkowe (podobnie zresztą np basen i nauka pływania w niektórych klasach). Nieobecne dziecko musi przedstawić zwolnienie od lekarza. Przypomnę, że w taki sam sposób usprawiedliwia się nieobecności w każdym innym dni nauki szkolnej. W Be nie do pomyślenia jest, by dzieci nie szły do szkoły z powodu np wykopków, zakupów, opieki nad młodszym rodzeństwem, czy innych tam mniej lub bardziej bzdetncyh powodów, co w pl jest na porządku dziennym. Tylko3 razy do roku do 3 dni możemy sami usprawiedliwić nieobecność dziecka, które zostało w domu z powodu bólu brzucha, gorączki czy innej dolegliwości nie wymagającej wizyty u lekarza. Oczywiście - tak jak w zakładach pracy - i w tutejszych szkołach, można dostać wolne okolicznościowe (śmierć, ślub, sąd itp). No ale wróćmy do tematu obozu.

Obóz jest obowiązkowy, ale nie darmowy. U nas akurat koszt wyjazdu, to 150 euro od dziecka. Na szczęście rozłożone na 3 raty w poszczególnych trymestrach.
Poza tym przed wyjazdem dzieci dostają listę rzeczy, które muszą zabrać.Niby podstawowe, oczywiste sprawy jak ręczniki, przybory toaletowe, ubrania i buty. Jednak po przeanalizowaniu listy przeważnie okazuje się, że to i owo trzeba dokupić, bo strój kąpielowy już lekko ciśnie, czepek i okulary gdzies się zawieruszyły, dresy zaś jakby się deczko skurczyły, a piżama z kolei już okropnie sprana, a to skarpety, a to nowe majty by się przydały i tak się powoli uzbiera lista zakupowa na kilkadziesiąt euro.
Na obóz można też zabrać parę euro na pamiątki czy lody, ale kwota jest ograniczona. W tym roku było to maksymalnie 20 euro.To jest bardzo, ale to bardzo mądry pomysł, bo wszyscy mają po tyle samo i ci biedniejsi i ci zamożniejsi. Nikt się nie wywyższa. Bardzo niemiło wspominam zakupy pamiątek z wycieczek w pl. Gdy dzieci bogatych rodziców brały kilkaset złotych i same nie wiedziały, co maja kupić, a biedne miały po 2 lub 5 złociszy i jak kupiły lody, to już na najdrobniejszą zabaweczkę brakło. W niejednych oczętach.zakręciła się łezka na widok cudów i dziwów zakupionych przez bogate koleżanki i kolegów. A wystarczy postawić rozsądne ograniczenia. Tak samo w kwestii słodyczy zabieranych na wycieczki. Tutaj dzieci miały ogólny zakaz zabierania do pociągu (tak samo mają w szkole) cukierków, chipsów, napojów itp. Dozwolone były tylko małe paczki mentosów, tic-tac'ów itp. Pewnie ten czy ów wziął więcej niż można było, ale nie było masowego obżerania się chipsami, ciastkami, i popijania niezdrowymi napojami, co w pl niejednokrotnie kończyło się bólami brzucha i innymi nieprzyjemnymi objawami.

W poniedziałkowy poranek tata zawiózł dziewuszki wraz z bagażami na dworzec kolejowy, gdzie walizy przekazał pracownikom Urzędu Gminy, którzy busem je mieli przetransportować na miejsce docelowe, a dziewuchy pod opiekę nauczycieli. Nie mógł czekać na odjazd pociągu, bo spieszył się do pracy. W ostatnich tygodniach i tak co chwilę jakieś wolne z tej czy tamtej przyczyny musiał brać, więc lepiej nie przeginać. Ja w tym czasie odwoziłam Młodego do szkoły. Oj, było z tym problemów, bo Niuniu nie chciał iść sam do szkoły, chciał również z siostrami pojechać 'treinem' (pociągiem) na wycieczkę i nocować poza domem.Potem z kolei zaczął się zastanawiać, czy one aby wrócą do niego, bo jak nie wrócą dziś ani jutro, to nie wrócą wcale.Gdy go odbierałam po południu, to najpierw zapytał, czy dziewczyny są w domu i zmartwił się odpowiedzią przeczącą. Potem jednak przeszedł nad tym do porządku dziennego i całe szczęście.
Ja natomiast w poniedziałek, jak tylko wróciłam z pracy, zabrałam się za pisanie listu do moich dziewczyn, by, jak zwyczaj nakazuje, czym prędzej wysłać go na adres ośrodka BLOSO. Wysłałam dopiero we wtorek, ale tu listy szybko dochodzą, bo wszędzie blisko. We wtorek też otrzymałam list od Tesy. Zu oczywiście jak zwykle stwierdziła, że nie wiedziała o czym pisać. Tesa napisała oczywiście zanim otrzymała list z domu. Mimo, że miała za sobą zaledwie jeden dzień na obozie, list był dość długi i - moim zdaniem -świetnie napisany. Miło mnie to zaskoczyło, bo to był jej pierwszy w życiu list. Stwierdziłam, że talent i zamiłowanie do pisania listów odziedziczyła po matce. Czasami musiałam chwilę się zastanawiać nad sensem poszczególnych wyrazów, gdyż ortografii polskiej niestety nie zdążyła ogarnąć przez zaledwie 2 lata nauki czytania i pisania w Polsce. Z tym, że Młoda lubi czytać i czyta, jeśli tylko ma co, po polsku. Po niderlandzku też trochę, ale na razie raczej proste książeczki.
Pozwolę sobie tu list ów zacytować pozostawiając ortografię tak jak jest, bo to dodaje uroku temu tekstowi. Tekst jest dodatkowo ilustrowany, ale tego Wam już nie pokażę (coś trzeba zachować dla siebie).

"Droga Mamo, Tato i Izydorku!

Podrusz mineła szybko. Ale pokoje mamy strasznie małe w poruwnaniu do jadalni czy chali sportowych. A jak jusz o sportach muwie to powiem co robilismy pierwszego dnia: pierwsze sie wypakowaliśmy i poszliśmy na obiad a na obiad była zupa, ziemniaki, czerwona kapusta i mienso.
A sporty pierwsze rolki a potem rowerowanie na rampach.
A w łuszku spało mi się super bo śpie na górze a reszta z naszego pokoju na dole.
W drugim dniu jusz rano zapowiadajom sporty judo, piłka norzna i jakiś squach.
Na śniadanie jedliśmy kromki z czym chcemy i jak ktos chiał mugł sobie wźońć płatki z mlekiem.
To wszystko jak na teraz.
Kocham was.
O i jeszcze jednak coś bo w pierwszym dniu byliśmy w nocy na spacerze do starych młynów na stromych górkach i zgadnij co wszyscy robiliśmy? Sturliwaliśmy się z nich i to jusz wszystko.
Autor: T... ...."


"wycieczka do starych młynów na stromych górkach"


Tym o to sposobem wiecie, jak wyglądał początek obozowych atrakcji. Na tym jednak nie koniec. W kolejnych dniach było wiele atrakcyjnych, interesujących zajęć nie pozwalających dzieciom się nudzić ani przez moment. Dzieci nie mogą zabierać na wycieczki telefonów, smartfonów, tabletów ani innej elektroniki.Nie wolno też do nich wydzwaniać ani odwiedzać, żeby nie wiem jak blisko było, na co - jak znam rodziców - wielu by pewnie miało ochotę. I bardzo dobrze. Mają się uczyć samodzielności, odpowiedzialności za siebie i za innych, współżycia w grupie. By nie nudzić się wieczorami w pokojach, każdy miał zabrać jakąś grę do zabawy z kolegami i książkę do czytania. W trakcie dnia - tak jak mówiłam - opiekunowie dbali, by cały czas coś się działo. Od czasu do czasu pozwalali nam rodzicom podglądnąć, co robią nasze pociechy, wrzucając fotki z niektórych zajęć na niezastąpionego facebooka. Przed wyjazdem dzieci dostaliśmy list ze szkoły o możliwości wyrażenia pisemnej niezgody na publikację zdjęć dziecka na profilu dyrektora szkoły. Jednak chyba niewiele ludzi z tego skorzystało (jeśli ktokolwiek w ogóle), bo wszystkie zdjęcia były komentowane i lajkowane przez znajomych rodziców.
nasze Młode podczas jakichś eksperymentów

poszukiwanie jajek wielkanocnych :-)
Mogliśmy więc zobaczyć, że w ciągu pięciu zaledwie dni dzieci zaliczyły m.in. jazdę na rowerach, rolkach, squasch, ping-pong, judo, wspinaczkę, piłkę nożną, pływanie w basenie i na łódce (czy innych obiektach pływających), biegi, przeciąganie liny i tym podobne zabawy i sporty. Któregoś dnia szukali też czekoladowych jajek porozrzucanych przez nauczycieli w najróżniejszych miejscach, innego robili eksperymenty chemiczno-fizyczne i oglądali różne pokazy. Było tez trochę zwiedzania. No i ostatni wieczór w ośrodku (czwartek) tradycyjnie zakończył się imprezą. Każdy pakuje do walizy na tą okazję odpowiedni strój, czyli np kieckę lub koszulę albo po prostu ulubione jeansy i fajną koszulkę. Niektórzy w kilkuosobowych grupach przygotowują jakieś pokazy, występy, przedstawienia, które prezentują potem kolegom na początku wieczoru pożegnalnego. Po występach, jak nie trudno się domyśleć, znajduje się jakiś DJ i zaczyna się prawdziwa zabawa. Dzieci tańczą, i śpiewają wyuczone wcześniej w szkole piosenki po angielsku i flamandzku. W tym roku - jak relacjonuje moja młodzież - zabawa skończyła się coś koło pierwszej w nocy :-) No bo pewnie - jak się bawić, to się bawić.


Tesa trenuje wspinaczkę
Zajęcia na takich obozach są dość intensywne i jak się okazuje, chyba dość niebezpieczne, bo, jak wspominają dziewczyny, kilka razy przyjeżdżała karetka. Co prawda do starszej grupy (chyba ze średniej szkoły), bo u naszych na szczęście wystarczała pierwsza pomoc udzielana przez opiekuna, czyli plastry, bandaże i lód :-). O, jak to wśród aktywnych dzieci - ten z tamtym się zderzy, jeden spadnie z roweru, drugi zaliczy piłką w łeb. W szkole takie rzeczy też na porządku dzienny. Nie raz widziałam jak prowadzą do szkoły z podwórka szkraba z obdartym kolanem, śliwą na pół czoła. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu Doro też miał rozkwaszony nos przez koleżankę, gdy doszło do zderzenia czołowego, na szczęście jeszcze sie nie boi widoku krwi i oby tak zostało :-)
 Na złym przykładzie z tej starszej obozowej grupy z innej szkoły nasze dzieci przekonały się, czym mogą się skończyć nieodpowiedzialne zabawy i brak czujności. Dziewczyny widziały, jak ktoś spadł ze ściany wspinaczkowej z dość dużej podobno wysokości , po czym został wniesiony na noszach do karetki. A wszystko dlatego, że ci którzy mieli go trzymać na linach za dużo się wygłupiali. Tesa mówi, że w ogóle wielu starszaków się wydurniało,  bujało na tych linach asekuracyjnych i inne głupie rzeczy wyczyniało. No i się doigrali. Na szczęście ilość fajnych i zabawnych wydarzeń znacznie przeważała w opowiadaniach. Do tego czasu co jakis czas coś nowego się przypomni i mogę wysłuchać kolejnych pasjonujących relacji. Jednak w godzinę po powrocie buzia się nie zamykała, głównie Tesy, bo Zu tylko czasem coś korygowała lub dodawała.
A sam powrót też - myślę - warty jest wspomnienia, bo budził sporo emocji zarówno u tych wracających, jak i czekających na powrót urwisów z piątej i szóstej klasy.
Po odebraniu Dora ze szkoły pojechaliśmy rowerem prosto na dworzec, by czekać na nasze dziewczyny. Mąż bowiem wraca z pracy parę minut za późno, by zdążyć na ten pociąg, więc to my musieliśmy je przywitać. Dotarliśmy pierwsi na stację, ale zaraz potem zaczęli się schodzić inni. Rodzice, rodzeństwo, uzbierał się spory tłum oczekujących z wielką niecierpliwością. Każdy odbierał walizki i torby z gminnego busa i ustawiał się w grupce oczekujących rodziców. Wszystkie dzieci stały przy samych torach i mało oczu nie wypatrzyły. W końcu, gdy ledwie zabłysnęły w oddali światełka lokomotywy, zaczęło się szalone skakanie i piszczenie młodszych braci i sióstr..."trein! trein! trein!' krzyczały z radością. Młody siedział u mnie na rękach, bo zimno było okropnie, i po zobaczeniu świateł z przejęcia cały zesztywniał i zaczął się mocno tulić do mnie. Po chwili zostaliśmy otoczeni przez tłum wysiadającej z pociągu młodzieży szkolnej (tu masę ludzi podróżuje pociągami), ale nasi jechali gdzieś w końcowych wagonach i nie mogliśmy się dopchać do nich. Gdy pojawiły się pierwsze znajome twarze, Doro zaczął się baczniej w ten tłum wpatrywać.Trzymałam go wysoko, żeby widział najlepiej i w końcu zaczął wołać jedną, potem drugą, potem imiona ulubionych koleżanek dziewczyn. Obie siostrzyczki przytulił i ucałował, 'cuska' dostały też Marthe i Margot. Nie pamiętam, czy pisałam, ale Młody jest powszechnie znany w klasie dziewczyn, koleżanki i koledzy podchodzą, podbiegają często w szkole do niego i się witają, zaczepiają, a on jest szczęśliwy, że ma takich dużych 'psyjaciół' i, co ciekawe,  zna większość ich imion, rozpoznaje ich na ulicy i w sklepach.

Potem musieliśmy jeszcze trochę poczekać na walizkach na przyjazd taty. No, ja musiałam wrócić, tak jak przyjechałam, czyli na swoim ulubionym bike'u :-)



22 marca 2015

Czas na szkołę średnią

Zbliża się dzień, w którym moje najstarsze dziecko rozpocznie edukację w szkole średniej. W be dzieci, które mają za sobą 12 wiosen, a nadal siedzą w podstawówce, nie otrzymują dyplomu na zakończenie, a co za tym idzie, skazani są na kontynuację nauki w szkole zawodowej. Tak właśnie jest w przypadku naszej Młodej. Nie to żebym rozpaczała z tego powodu czy cuś, po prostu stwierdzam fakty. Ja tam nie jestem jakaś przeczulona na punkcie osiągnięć swoich dzieci. Pewnie, że się cieszę każdym ich sukcesem, ale nie to, że za wszelką cenę muszą te sukcesy osiągać. Ważne, by były zadowolone z tego co robią i cieszyły sie życiem, a ja będę im kibicować i pomagać w miarę możliwości.
Jak pisałam w zeszłym roku, mogła Zu po zakończeniu 6-tej klasy pójść do średniej, ale wybraliśmy opcję pozostania jeszcze jeden rok w podstawówce. Dziś uważam, że dobrze zrobiliśmy. Po pierwsze tegoroczna klasa piąta jest bardzo sympatyczną i koleżeńską grupą (dla tych, co nie na bieżąco - z szóstej poszła do piątej). Córka mimo, że ciągle trzyma się raczej z boku, jest traktowana przez wszystkich z dużą sympatią, koleżanki i koledzy o nią dbają, pomagają, uśmiechają się, zawsze z daleka wołają 'dag!', raczej ją lubią. Myślę, że to wszystko jest bardzo ważne dla mojej córki, że to może być kolejny kroczek do otwarcia się na ludzi. Niektórzy adoptują się szybko do nowego, jak ja, inni potrzebują czasu, a jeszcze inni jeszcze więcej czasu, by odnaleźć się w nowym miejscu w nowych okolicznościach. Po drugie właśnie, to ten czas. Rok czasu to ciągle za mało. Za mało by nauczyć się języka, za mało by poznać dobrze prawo, zwyczaje, kulturę, za mało, by czuć się pewnie, za mało by tubylcy przestali być obcymi. Jednak rok czasu to też dużo. Przez rok można wiele rzeczy się dowiedzieć, nauczyć, poznać. Po roku wiele twarzy zaczyna się rozpoznawać w tłumie, wiele z nich potrafi się skojarzyć z imieniem, nazwiskiem, miejscem pracy, powiązać z innymi twarzami. Tak więc dziś zarówno ja, mąż, jak i nasze dzieci rozpoznajemy w tym tłumie panie i panów ze sklepów, z apteki, z banku, pana doktora, dentystę, rodziców koleżanek i kolegów naszych pociech etc, etc. Wielu z nich także nasze facjaty kojarzy, niektórzy zagadują podczas przypadkowych spotkań. Wiem też, że i w kwestiach językowych córki przez rok sporo się nauczyły, poznały wiele nowych słów, zwrotów, zasad gramatyczno ortograficznych. Niestety nadal żadne z nas nie posługuje się dobrze tym językiem, jeszcze długa droga przed nami, ale każdy tydzień, każdy miesiąc do tego momentu nas przybliża, do tego momentu, w którym zaczniemy normalnie rozmawiać, pisać i czytać po niderlandzku. Dlatego uważam, że to nie był zmarnowany rok dla mojej Młodej.
Po trzecie, przez ten rok ja znacznie poszerzyłam swoją wiedzę na temat belgijskiego systemu oświaty, także w kwestii szkoły średniej. Jeszcze pod koniec zeszłego roku szkolnego nie miałam fioletowego pojęcia, jak to wszystko funkcjonuje (mówicie, że zielonego?!...zielonego tym bardziej). Nie wiedziałam ani jakie są szkoły, ani jakie kierunki, ani w ogóle nic. Przez ostatnie miesiące przejrzałam wiele stron w sieci, szukałam, tłumaczyłam, czytałam. Niestety po polsku znalazłam tylko parę pobieżnych informacji, dlatego korzystałam głównie ze stron belgijskich wspomagając swoją znajomość niderlandzkiego niezastąpionym tłumaczem google. Dziś moja wiedza jest chyba wystarczająca, by zacząć od września przygodę ze szkołą średnią. No tak, oczywiście, że to moja córka będzie w tej bajce grać główną rolę, ale już się przekonałam, że tu w be rodzice są bardzo związani ze szkołami swoich dzieci i odwrotnie. Każde dziecko jest postrzegane jako jednostka i traktowane indywidualnie. Każdy krok na drodze wychowania i edukacji jest omawiany indywidualnie z poszczególnymi rodzicami i każda decyzja podejmowana jest wspólnie. W pl teoretycznie też tak jest, teoretycznie...



Mimo wielu kłopotów i stresu jakich dostarcza nam co dnia życie, a w tym edukacja naszego potomstwa, jestem zachwycona tutejszą szkołą i w ogóle całą społecznością, co powtarzam pewnie do znudzenia na tym blogu, ale jestem  wzruszona tym, jak traktowane są tutaj moje dzieci i my wszyscy. Ani razu przez prawie dwa lata nie dano nam odczuć choćby przez moment, że jesteśmy tu obcy. Pewnie, że sami tak się często jeszcze czujemy, bo mimo obopólnych chęci,  nam brakuje ciągle kompetencji językowych do pełnego udziału w życiu wsi.Ale nam tego nie wytykają palcami, tylko przychodzą, zagadują jak gdyby nigdy nic.
wiosna rok temu

Tak czy owak dzień dzisiejszy był ważnym i bardzo interesującym dniem dla naszej rodzinki. Dowiedzieliśmy się i doświadczyliśmy na własnej skórze, jak wygląda przeciętny dzień otwarty we flamandzkiej szkole. Jeszcze w zeszłym roku nie miałam pojęcia, że każda szkoła średnia robi dzień otwarty, w którym to dniu rozpoczynają się oficjalne zapisy na pirszorocznych. Zapisy trwają do końca wakacji, ale jak wszędzie - kto pierwszy, ten lepszy. Im lepsza szkoła, tym trudniej się dostać. Dni otwarte zaczynają się już w okolicach Bożego Narodzenia, przeważnie w soboty lub niedziele, żeby można było całą rodziną pójść i obejrzeć szkołę oraz ewentualnie zapisać dziecko. Powiem szczerze, że kombinując wedle polskich zwyczajów i standardów zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam. Ot formalność, gdzie wpadamy do szkoły, w sekretariacie zapisujemy dziecko odpowiadając na (i ewentualnie zadając) standardowe formalne pytania, oglądamy budę i spadamy. A tu popatrz, niespodzianka,  wszystko wygląda inaczej niż moja fantazja była w stanie wydumać.

Już zastanawiający był dla mnie brak miejsca na parkingu w pobliżu szkoły i liczne rodziny wyraźnie zmierzające w stronę bram szkoły. Na stronie szkoły stało, że zapisy od 10 do 17 godziny, więc wyjechaliśmy o 10-tej, żeby mieć to najszybciej za sobą i wiedzieć na czym się stoi. Na tej szkole mi zależało z dwóch powodów: primo mieści się w tym miasteczku, w którym oboje z mężem pracujemy, co w kwestii wywiadówek i innych kontaktów ze szkołą oraz ewentualnego transportu do i ze szkoły jest nie bez znaczenia. Secundo w tej szkole w B klasie (beroep... - zawodowa) oprócz standardowych kierunków voeding (żywność i wszystko co się z tym wiąże) i verzorging (opieka, pielęgnacja) oraz jakichś męskich kierunków (nie interesowałam się, więc nie pamiętam) jest jeszcze kierunek moda. Nie wiem, co wybierze moja córka, ale wydaje mi się, że im większy wybór tym lepiej. Na dzień dzisiejszy najbardziej zależy mi na tym, by zainteresowała się nauką w ogóle i polubiła nową szkołę.

Pierwsze dwa lata w szkole średniej są czasem obserwacji. (to m.in. wyguglowałam w trakcie wędrówek sieciowych). Młodzież ma wszystkiego po trochu, by zorientować się, co się z czym je i mieć czas na odkrycie swoich zainteresowań, talentu i być może powołania do tego czy innego zawodu. Pierwsza klasa jest klasą powtórzeniową i wyrównawczą. Niektórzy po jednym roku w B klasie i nadrobieniu braków, idą do pierwszej technikum lub liceum. Szkoła zawodowa, tak samo jak w pl, nie cieszy się popularnością, dlatego szkoły przyjmują tylko po kilkanaście osób. W szkole, do której się wybraliśmy dziś, przewidziano 16 miejsc w B klasie i jak zapisywaliśmy Młodą było na liście tylko parę nazwisk.
Ale chciałam opisać, głównie dla czytelników z pl, jak wyglądał ten dzień otwarty. Jako się rzekło, pod szkołą ujrzeliśmy tłum. Z pierwa lekko nas ten widok przeraził. 'No nie mówcie, że te pareset człowieków czeka na zapisanie?!!'... taka słodka myśl przebiegła mi przez łeb. W sumie mój łeb miał rację - pareset człowieków czekało faktycznie na zapisy, ale to czekanie było dość urozmaicone... Ale po kolei. Zaraz pod bramą kobieta (pewnie nauczycielka) podarowała nam kilka gęsto zapisanych kartek z numerkiem 924 'na grubo' i kazała udać się do sali komputerowej w celu dokonania elektronicznej rejestracji. Po uporaniu się z tym zadaniem, czyli odpowiedzeniu na kilkanaście pytań osobistych, zostaliśmy wysłani na wycieczkę z przewodnikiem. Jako, że mąż lepiej mówi po angielsku niż ja po niderlandzku, oprowadzał nas po szkole anglojęzyczny nauczyciel. Czaicie? Każdą rodzinę lub grupkę 2-3 zaprzyjaźnionych rodzin oprowadzał po klasach inny nauczyciel. A tych ludzi było naprawdę sporo, bo nie tylko szóstoklasiści oglądali szkołę, ale i piątaki. Spotkaliśmy nawet parę znajomych z klasy dziewczyn, którzy wybierają się do tej szkoły za rok. Dziewczyny się ucieszyły z tego tytułu.
Oprócz tego w klasach czekali pedagodzy prowadzący poszczególne zajęcia, z którymi można też było porozmawiać, zapytać. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że tato najlepszej koleżanki naszej Tesy, mieszkający na tej samej co my ulicy, jest tam anglistą. Inna dobra informacja, to że pracuje tam też Polka, która już dziś nam pomogła, ale o tym za moment. W każdej sali wystawione były pomoce naukowe, prace uczniów i komputery, w których wyświetlane były adekwatne do klasy prezentacje. Przewodniczce można było zadawać pytania, ale sama od siebie w zasadzie mówiła o wszystkim, co nas interesowało. Po zakończeniu zwiedzania, dowiedzieliśmy się, po co ten numer mamy na kartce? Na jednym ze słupów pani co jakiś czas wpisywała godzinę i zakres numerów, które będą mogły wejść do budynku G (tak był oznaczony nic szczególnego to nie znaczy). Na naszą kolej czekaliśmy gdzieś do wpół do pierwszej, więc to jednak nie tak hop siup z tymi zapisami. Jednak - miłe zaskoczenie dla człowieków z pl - pod szkołą każdy dostał świeżo upieczonego, gorącego gofra, stały (na bieżąco uzupełniane) termosy z gorącą kawusią i kubki jednorazowe oraz wielkie pudła z mlekiem i soczkami w kartonikach. Przeto w sumie czas dość szybko minął i w brzuchu nie burczało. Zapisu uczniów dokonywało kilku ludzi, dlatego sprawnie i szybko to szło. Gadaliśmy trochę po niderlandzku, trochę po angielsku. Całą heca polegała na potwierdzeniu i ewentualnym uzupełnieniu tego, co wpisaliśmy wcześniej w Internecie (dobry pomysł usprawniający rejestrację) i podpisaniu formularza. Większość kończyła rejestrację w tym miejscu. My jednak zostaliśmy skierowani do osób odpowiadających za pomoc uczniom z problemami różnymi. U Zu tym problemem jest, jak wiadomo, język i charakter. Tu właśnie - gdy nie mogliśmy do końca zrozumieć się w szczegółach - się okazało, że pani zadzwoniła do polskojęzycznej koleżanki, której jednak nie było na terenie szkoły, ale przetłumaczyła, co trzeba było przez telefon. Mieliśmy też okazję poznać dyrektora szkoły, który okazał się być sympatycznym facetem. Po przedyskutowaniu pobieżnym faktów stwierdził, że jest ok i potwierdził zapisanie Młodej. Jednak powiedział, że jeszcze będzie rozmawiał z obecnymi nauczycielami i CLB, żeby potwierdzić, że córka nie ma skierowania do specjalnej szkoły itp, czyli, że nie cyganiliśmy :-)
W związku z czym można rzec, że na 99% Młoda tam właśnie będzie chodzić, a raczej jeździć (najpewniej rowerem, bo to tylko 6 km, a w be to popularny środek transportu szkolnego). Spodziewam sie tez telefonu w najbliższym czasie zapraszającego na jakąś rozmowę dodatkową, bo ta polskojęzyczna pani coś napomknęła. Póki co jutro mam spotkanie z CLB w podstawówce. 2 tygodnie temu było w planie, ale wychowawca się rozchorował i tylko mi zaproponowali psychologa w Brukseli, do którego z chęcią się wybierzemy, a nuż coś pomoże naszej Zu w jej problemach z komunikacją z innymi, może coś doradzi. Myślę, że nie zaszkodzi w każdym bądź razie. Jutro zaś mamy obgadać ogólnie postępy w nauce obu dziewczyn. Na wywiadówkę nie kazali mi wcześniej przychodzić, bo chciano dłużej porozmawiać niż standardowe wywiadówkowe10 minut i w większym gronie.

Obiecywałam relacje z obozu sportowego, ale postanowiłam opisać dzisiejsze doświadczenia. O sportklassen więc będzie następny post.

PS. Nie che mi sie edytować całego postu więc robię post scriptum.
Właśnie wyczytałam na fb u znajomej mamy, którą spotkałam w rzeczonej szkole, że oni tam przybyli o 7.40 rano i dostali 40 numer. Pierwsi rodzice czekali tam od 4 rano!!! Nie wiem, jak Wy...? ale dla mnie szok w trampkach ;-) Z powyższego wnioskuję, że jeszcze wiele rzeczy muszę się dowiedzieć o Belgii hehe

14 marca 2015

spanie jest nudne?



wiosna w Belgii
Jest godzina coś koło pierwszej, drugiej w nocy (kto normalny o tej porze potrafi zrozumieć zegar?), budzi mnie jakieś zamieszanie w pościeli - spałam u Młodego, bo gdy źle się czuje(np katar), to potrzebuje mamusi co chwilę, a mi się nie chce chodzić z pokoju do pokoju - nie całkiem jeszcze przytomna widzę go siedzącego i patrzącego na latarnie za oknem. Mówię szeptem: "śpij jeszcze, synku, jest środek nocy...". Natenczas słyszę krzyk "Nie chcę spać, to jest nudne!!!". No i weź przedstaw sensownie brzmiący i przekonywujący kontrargument w tej sytuacji....  Na szczęście po wypiciu kaszy Doro oddał się na powrót temu arcynudnemu zajęciu, jakim jest spanie. 
Skąd maluchy biorą tyle energii, że mimo całodziennej wielkiej aktywności nie potrzebują dużo snu? Oto jest pytanie. Ja zaś najchętniej spałabym po 10-12 godzin dziennie, ale nie mogę nawet w weekendy, bo mam synia rannego ptaszka, który po stwierdzeniu, że 'już nie ma nocu" nakazuje zabierać się na dół w celu zrobienia siku i włączenia bajki albo co gorsza grania w domino z  mamą i z tatą... Przecież każdy wie, że kolejka domino przed śniadaniem i wypiciem kawy to najfajniejsza rzecz pod słońcem... Dzieci i ich pomysły...





starzenie się... :-)
Mimo że moja nieopanowana radość z życia i nieokiełznany optymizm mnie nie opuszcza na dłużej niż kilka chwil, są dni, że odczuwam wielkie zmęczenie zarówno psychiczne jak i fizyczne, do tego mam wrażenie, jakby czas płynął szybciej niż dajmy na to 10 lat temu. Niekiedy wydaje mi się, że dni przepływają migiem jak woda przez sito, pozostawiając tylko coraz więcej rzeczy "do zrobienia" nie wykonanych. To jest pewnie owo tzw "starzenie się", o którym ludzie ględzą wkoło od wieków. Nie dalej jak za dwa lata zaśpiewają mi "40 lat minęło...", co wg powszechnej opinii zobowiązywać powinno między innymi do większej powściągliwości w wyrażaniu emocji pozytywnych (absolutnie nie wypada piszczeć i skakać z radości z bele powodu, nie uchodzą żadne głupie chichoty czy podśmiechujki),  biadolenie, narzekanie, utyskiwanie natomiast jak najbardziej jest wskazane. Powinno się też zacząć stosownie do wieku ubierać, czyli żadnych podartych dżinów, mini spódniczek, oczojebnych kolorów, koszulek w trupie czachy czy hellokitty, a tylko garsonki, sweterki w poważnych kolorach. Pora też jakieś babskie seriale zacząć oglądać i te różne beznadziejne tokszoły... No, obawiam się jednak, że jakoś wolniej od rówieśników się rozwijam, bo do większości tych rzeczy jeszcze zupełnie nie dorosłam, ciągle zachowuję się i ubieram bardzo niepoważnie i chyba nieodpowiednio do oczekiwań społeczeństwa i co najgorsze mam te oczekiwania totalnie w ...jednej zadniej części ciała.
Tylko to zmęczenie chwilami daje się we znaki i mniejsza odporność na stres oraz coraz większy brak cierpliwości.A małolaty bardzo często tą ostatnią poddają ciężkim próbom. Młody ostatnimi tygodniami ciągle ryczy, wyje i wykazuje upierdliwość przekraczającą wszelakie normy. Myślę, że głównym  powodem jest zbyt duża liczba kolegów w przedszkolu, w tym świeżaków, mazgai, którzy zaburzają szkolny porządek, bo wszystkiego dopiero się uczą, co dla takich starych przedszkolnych chwatów musi być niebywale irytujące. No i przy 24 małych  ludkach to hałas i zamieszanie muszą być przeogromne, które powodują, że nasz książę wraca ze szkoły zmęczony i rozdrażniony. Toteż w domu musi odreagować. Wrzeszczy więc, dokucza wszystkim, żąda rzeczy niemożliwych i to po kilka na raz, sam nie wie, czego chce, tyle że wieczorem szybko zasypia. Jednak wcześniej zdąży wyprowadzić z równowagi wszystkich domowników po kolei. Drugi pozytyw taki, że zmęczony nie chce jeździć z nami do sklepu, dzięki czemu zakupy przebiegają dużo sprawniej i spokojniej.

Ale tak sobie myślę, że Panie wychowawczynie to dopiero muszą wracać zmęczone do domu, pewnie nawet bardziej niż ja... Trzeba mieć końskie zdrowie, anielską cierpliwość i nerwy ze stali do bycia nauczycielem...

Brugia
Teraz ciekawam reakcji Młodego na kilkudniową nieobecność sióstr. Te dwie bowiem w poniedziałek wybywają do Brugii (Brugge) na obóz sportowy, czyli po tutejszemu: sportklassen, gdzie zabawią do piątku. W poniedziałek trzeba je odtransportować wraz z bagażami na dworzec, skąd dalej z całą ferajną pojadą pociągiem. Ja muszę odwieźć Dora do szkoły, a potem pedałować  do roboty, więc Młody nie zobaczy, jak siostry wsiadają do pociągu. A szkoda.  Mam jednak nadzieję, że w piątek pojedziemy razem je odebrać ze stacji. Doro uwielbia pociągi - jak chyba wszystkie dzieci. Ja zresztą też chętnie podróżuję pociągiem. Zastanawiałam się nawet nad wyrobieniem karty dużej rodziny, żeby zwiedzać Belgię jeżdżąc pociągami, ale małżonek nie przepada za ogólnodostępnymi środkami transportu.  Wiadomo, do auta można nabrać więcej rzeczy, nie trzeba niczego taszczyć w łapach, a i godziny odjazdu dowolne, no i przy pięcioosobowej rodzinie to nawet z kartą wyjdzie taniej samochodem.Jednakowoż pociągiem przyjemniej - moim zdaniem.

Rozważam na razie podróż koleją do Antwerpii na drugą część  kursu z urzędu pracy, ale to dosyć skomplikowane przedsięwzięcie. Musimy bowiem jakoś rozplanować razem w czasoprzestrzeni nasze roboty, odbieranie Młodego i ten wyjazd, a to wcale nie proste. Na pierwszą część pojechaliśmy razem, bo nawet nie było się kiedy nad inną opcją zastanowić, gdyż zawiadomiono mnie 2 dni wcześniej. Chłopaki wynudzili się w Antwerpii jak mopsy, bo akurat padało to zwiedzanie odpadało, tylko sklepy poprzeglądali. Teraz mam czas, ale - jak mówię - nie łatwo jest znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie, które by zadowalało wszystkich. Jak bym chciała jechać pociągiem, nie mogę pójść do pracy, bo nie zdążę na odpowiedni pociąg. Jak pójdę do pracy, to mąż musi wyjść wcześniej żeby mnie zawieźć, a przy tym trzeba wcześniej odebrać przedszkolaka, żeby go zabrać ze sobą, bo wraca się za późno, by mógł zostać na świetlicy. Ten kurs niestety jest obowiązkowy, w miarę ciekawy, ale bez szału. Dobrze, że tylko 3 spotkania. Pierwszym razem była tylko teoria, teraz ma być ponoć trochę praktyki. Najbardziej z tego zadowala mnie fakt, że większość z tego, o czym przez 4 godziny nawijała prowadząca byłam w stanie zrozumieć. Cieszę się jak małpa z banana za każdym razem, gdy kumam dłuższe teksty czy przemowy po niderlandzku. Babka używała w miarę prostych zwrotów i wyrazów oraz trochę barwnej gestykulacji i czasem foto z projektora, bo nie tylko ja w grupie jestem na etapie początkującego w tym języku. Dużo też tłumaczyła po francusku dla jednej kobietki, ale nie powiem, by jakoś specjalnie mi to pomagało haha.
wiosna w Belgii
Na początku pracowałam kilka godzin na czarno, bo chciałam się przekonać, czy w ogóle taka robota się dla mnie nadaje. Nie od dziś wiadomo, że sprzątanie to nie jest to, co wiedźmy lubią najbardziej. Jednak szybko przekonałam się, że sprzątanie we własnym domu, za które nikt ci nie zapłaci, a jeszcze ci się ochrzan dostanie, że coś nie w tym miejscu gdzie trzeba, a sprzątanie jako płatna praca to dwie odległe rzeczy. Zupełnie inaczej porządkuje się czyjś bałagan, a zupełnie inaczej ogarnia się przestrzeń, w której najdalej za parę godzin samemu się na powrót zrobi bajzel, czy to gotując, jedząc, czy biorąc kąpiel. U siebie wkładam naczynia do szafy zawsze z myślą 'po kiego czorta ja to robię, jak zaraz będę to wyjmować i brudzić...", podobnie ubrania, ręczniki, zabawki. Co innego czyje - tam nie widzę, co oni z tym wszystkim robią i dlaczego, i mnie to nie obchodzi. Przychodzę,  ogarniam, biorę czeki i wracam do siebie. Lubię to, co robię, bo mam fajnych pracodawców. Jedno starsze małżeństwo jest wręcz fantastyczne. Przesympatyczni ludzie z bardzo dużym poczuciem humoru. Cały czas są w domu, co chwilę o coś pytają, zagadują, opowiadają, poprawiają mnie, jak źle coś wymawiam albo używam nieodpowiednich wyrazów. Jestem u nich tylko od czasu do czasu, ale myślę, że każda godzina tam to dla mnie dodatkowa lekcja niderlandzkiego. Mówią 'normalnym' niderlandzkim, nie dialektem, jak większość naszych sąsiadów, których nie jestem w stanie zrozumieć za Chiny.
wiosna w Belgii

Następny wpis pewnie będzie na temat sportklassen, gdy dziewczyny powrócą bogate w nowe doświadczenia i przeżycia.Teraz czekają spakowane z niecierpliwością na poniedziałek i korzystają z komputera i Internetu na zapas. Młoda powiedziała, że nie wie, jak przez 5 dni będzie się bez tego obejść. Biedactwo :-)

28 lutego 2015

Jestem królem świata!

Młody w ostatnich dniach zachowuje się niczym Król Julian ze znanej kreskówki. Z tym, że poza wygłaszaniem różnych śmiesznych kwestii, wszędzie musi być 'piełszy'. Piełszy musi założyć czapkę rano, piełszy kurtkę, piełszy zabrać plecak, piełszy wyjść z domu... ło masakra po prostu... co rano mamy więc kupę ryczenia, bo dziewczyny mają w nosie czyjeś 'piełszeństwa' i wychodzą sobie z domu przed bratem, zakładają buty, kurtki, czapki, plecaki bez ustępowania królowi należytego miejsca, a ten się drze jak głupi jaki. Nakazałam powszechne olewanie jego zachowań, bo na początku się jeszcze głupie małpy z nim przedrzeźniały, to dopiero był cyrk nad cyrkami, raz nawet nie wytrzymałam i klapsa zasadziłam na zad (nawet na chwile go opamiętało, na chwilę...). Wiem jednak z doświadczenia, że wszystkie głupie okresy trzeba po prostu przeczekać. Już czekam chyba 3 tydzień i mam nadzieję, że wnet mu przejdzie, bo nudne się zaczyna robić... piełszy i piełszy.
A kiedyś - padliśmy prawie ze śmiechu - stanął na środku pokoju i ni z gruszki ni pietruszki się udarł "Jestem klólem świata!!!". Dziś mówił, że jest klólem siedząc na nocniku - to rozumiem - tron to tron.
Podejrzewam, że to nagłe poczucie władzy to skutki uboczne urodzin szkolnych. Albowiem jest tu taka przedszkolna tradycja, iż podczas klasowych urodzin solenizant najsampierw wykonuje sobie koronę... Znaczy sam to koloruje - przecie nie można solenizanta gonić do roboty w dzień urodzin. Resztę roboty niestety musi odwalić wychowawczyni, czyli wydrukować, wyciąć, potem posklejać i ozdobić farfoclami z bibuły. Doro oczywiście z kolorowaniem się jak zwykle nie wysilił - dwie kreski machnął i gotowe. W każdym bądź razie potem delikwentowi zakładają na łebek ową koronę i sadzają na tronie. Koronę nosi solenizant oczywiście przez cały dzień, w koronie idzie do domu, dlatego przy odbieraniu dzieci każdy widzi, który przedszkolak danego dnia miał urodziny... Jak się okazuje niektórych królowanie nie opuszcza tak łatwo :-)
Co jeszcze ciekawego mogę rzec o przedszkolnych urodzinach? Ano nasza szkoła ma całkiem sporo różnych zwyczajów. Podobnie jak w Polsce dzieci przynoszą częstokroć jakiś poczęstunek. Z tym, że u nas w przedszkolu (a pewnie i w innych w be) zakazane są cukierki, czekoladki i chipsy. Najpopularniejsze - jak obserwuję po zdjęciach na stronie szkoły - chyba są gofry i naleśniki. Te ostatnie zresztą nie tylko na szkolnych urodzinach są serwowane, w domu też. Wyobrażacie sobie, że na przyjęciu urodzinowym dziecka w pl ktoś podał by tylko naleśniki z brązowym cukrem? Ja sobie wyobrażam jak najbardziej - ale by było gadania... "kto to widzioł, naleśniki to se wchałupie możemy zrobić wysproszajo dzieci a jeść nie dadzo, człowiek prezynty pokupiół, a tym szkoda było, ani torta, ani sałatki, no nic, normalnie nic nie dały ino jakieś naleśniki i to z jakimś burym cukrym... wicie, jakie nasze głodne wróciły?..." :-)
olifant
No ale tutaj to po prostu normalne. Czasem ktoś jednak przyniesie jakieś ciasto, czasem tort, inni kupują np muffinki, inni także szampana dla dzieci. My tradycyjnie po polsku, po naszemu tort. Zgodnie z życzeniem króla był 'olifant', czyli słoń. Omyślałam się nad wnętrzem, które by takim małym dzieciom smakowało. Galaretki odpadają - już się przekonałam, że niektóre tutejsze dzieci mają opory przed jedzeniem tej mało znanej, kolorowej i trzęsącej się rzeczy. Z kokosem też wolałam nie ryzykować, bo na urodzinach dziewczyn podczas zagadek ze smakami się okazało, że niektóre dzieci pierwszy raz próbują wiórek kokosowych i nie są zachwycone smakiem. W końcu przypomniał mi się stary dobry przepis na masę serową z serem robionym z jajek i śmietany i pomysł okazał się trafiony, bo masa wyszła pyszna. Słonik oczywiście z własnoręcznie przygotowanej masy cukrowej i jak znam dzieci, to też smakował wszystkim.
Kolejna tradycja to prezenty. Jak to na urodzinach... Młody dostał od wychowawczyni smartfona- zabawkę i książeczkę (wszyscy chyba dostają kolejno to samo). Z tym że w be w dobrym tonie jest, gdy i solenizant obdaruje kolegów prezentami. Wcześniej dostaliśmy ze szkoły list opisujący tradycje urodzinowe. Wychowawczyni proponowała w nim też zakupienie książki w księgarni jako prezent dla całej klasy zamiast kupowania każdemu osobnego upominku. W księgarni jest specjalne pudełko z nazwiskiem wychowawczyni i nazwą szkoły, która gromadzi w nim książki, jakie mogły by się przydać w przedszkolu. Pani zaznaczała też na koniec, że prezenty w ogóle są nieobowiązkowe. Jednak wybraliśmy opcję z prezentem dla klasy plus tort.. Wybrałam książkę za niecałe 8 euro. Zdecydowanie bardziej ekonomiczna opcja niż prezent dla każdego z ponad 20 dzieci. Dodam tu, że na początku było ich w klasie tylko kilkoro, ale po każdych feriach dochodzą nowe maluchy, które osiągają odpowiedni na przedszkole wiek, czyli 2 i pół roku. Za każdym razem dostajemy wówczas list od wychowawczyni, w którym zawiadamia nas o tym fakcie wymieniając imiona nowych uczniów i podając aktualną liczbę chłopców i dziewczyn. Ta klasa zdecydowanie należy do bab - jest ich kilkanaście, a chłopaków tylko kilku.
A i na koniec jeszcze jeden przefajny zwyczaj. Każda klasa przedszkola ma swoją maskotkę. U naszych bąbli jest to Jules. Dzieci uczą się z nim różnych rzeczy przez cały rok - ubierając go uczą się nazywać czynności i części ubrania, bawią się w lekarza nazywając części ciała Julesa. Jules ma też wiele swoich gadżetów, ma walizkę, plecak, książki, własne łóżko w sali etc etc. A z okazji urodzin każdego dziecka Jules jedzie do niego na weekend. W ten weekend więc nasz synio ma gościa, którym musi się opiekować. Obserwowałam z wielką radością, jak po powrocie ze szkoły w piątek zaraz po wejściu do domu Młody najpierw zdjął swoją kurtkę i zaraz potem rozebrał z kurtki Julesa i powiedział do niego 'zobacz, to mój dom'. Zaraz potem kazał zanieść jego walizkę do swojego pokoju... Tak, Jules przyjechał z walizką (ciężką jak cholera, przez którą bardzo źle mi się na rowerze jechało). Ma w niej piżamę, szczoteczkę do zębów, maskotkę, majty i skarpety oraz pampersy, a także gadżety urodzinowe (korona, girlanda) oraz gry: julesowe memory, domino julesowe i julesowe puzzle. Wieczorem więc Młody przy pomocy sióstr przebrał kolegę w piżamę i razem poszli spać. W nocy tradycyjnie przyszedł do nas (na szczęście bez Julesa, bo to dosyć duża lala), by jak co noc wyspacerować mamusię na dół do kuchni po butlę z kaszą. Rano jednak, po stwierdzeniu, że już nie ma nocy, popędził sprawdzić, co u Julesa? Już chyba każdy grał z nim po kilka razy w każdą grę, od czasu do czasu bawi się z siostrami w tatusiowanie i mamusiowaniu Julesowi. Moim zdaniem, fajny ktoś miał pomysł z tymi odwiedzinami klasowej maskotki. To bardzo sympatyczny zwyczaj. Miłe jest też to, że gdy idzie maluch z taką maskotką, niektórzy rodzice, nauczyciele zaraz pytają, czy miał urodziny? ile ma lat? życzą wszystkiego dobrego... Bardzo fajnie... W poniedziałek oczywiście Jules musi wrócić do szkolnej sali.

22 lutego 2015

troszkę statystyki

W tym miesiącu wyświetlono bloga ponad 1000 razy, tym samym liczba wyświetleń  przekroczyła 10 tysięcy, co pozwalam sobie odnotować w celach statystycznych i orientacyjnych.

Połowa wyświetleń przypada na Polskę, 3 tysiące na Belgię, pozostałe miejsca, z których zaglądano na bloga to Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Francja, Holandia, Ukraina oraz Irlandia.

Się okazuje przy tym, że ludzie najczęściej używają firefoxa (40%) i chrome'a (35%) do przeglądania netu - taka ciekawostka :-)




18 lutego 2015

karnawał. ferie wiosenne, urodziny i wycieczka do zoo w Antwerpii

strój karnawałowy w tematyce 'średniowiecze'
W zeszły czwartek w przedszkolu odbył się bal karnawałowy. Tym razem zapodano temat 'middeleeuwen', czyli średniowiecze. Wybór kostiumu dla naszego KSIĘCIA był oczywisty :-) Zaprojektowanie też nie stanowiło problemu. Gorzej z wykonaniem, wszak krawiectwo nigdy nie należało do moich ulubionych czynności, podobnie zresztą jak wiele innych tzw kobiecych zajęć. No cóż ja tam umiem sformatować kompa i przeinstalować system, w miarę sprawnie posługuję się nunchaku, nie najgorzej radzę sobie z wiertarką, pędzlem i śrubokrętem. Nie można mieć wszystkiego, c'nie? Z babskich robót jedynie co naprawdę lubię to gotowanie i pieczenie. Prasowania i sprzątania nie znoszę, jednak taki zawód mi teraz przyszło wykonywać, to i musiałam to polubić chcąc nie chcąc. No a szycie? Hm, postanowiłam nie dawno, że też się trzeba wreszcie nauczyć, bo jak nie ja to kto? Jak nie teraz to kiedy? Matka sprezentowała nam dobrą maszynę. W zasadzie to bardziej młodym niż mi, ale wszystkie trzy z niej korzystamy i się uczymy. Okazało się, że Młoda ma wrodzony talent po babci i prababci - uszyła sobie jakąś rybkę maskotkę oraz furby'ego dla koleżanki, a dla rodziców serduszko walentynkowe. Eeextra! Ja zaczęłam się uczyć szycia na firankach i nawet nawet się udało. Strój - jak pewnie widać na załączonym obrazku - może nie jest szczytem krawieckiego mistrzostwa, trochę koślawo obszyty, ale jak na kostium ze starej kiecki i starego obrusa całkiem nieźle się prezentował na naszym królewiczu. Do kompletu wycięłam mieczyk z tektury i ozdobiłam przy pomocy pistoletu na klej i kleju brokatowego, co dało bardzo ładny efekt. Przedszkolaki były fantastycznie poprzebierane. Większość chłopców oczywiście była rycerzami a dziewczynek księżniczkami, ale był też smok, służące, królewicze etc.

8 lutego 2015

Pierwsza wywiadówka w przedszkolu

Ostatnie dni były zakręcone jak domek ślimaka. Choroba zwykle komplikuje  wszystko. Zwłaszcza, gdy chore jest dziecko. Mniejszych smroli nie da się zostawić w domu samych, ba, nawet wyjście do sraczyka częstokroć kończy się rykiem: "Maaaaamooooo! Gdzie jesteeeeeeś?!! Psyyyytuuuuuul mnieeeeeeeee!!!!" Ech, nawet jak cała familija jest w domu to i tak przecie maluch musi mieć MAMUSIĘ, no bo nikt przecie tak dobrze nie tuli jak mamusia, nikt takiej dobrej  kromki nie przygotuje jak mamusia, tylko mamusia umie umyć 'loski' i wytrzeć po kąpieli, tylko ona może się z dzieckiem bawić, usypiać, czytać, oglądać telewizję, podcierać mu zadek, bo tylko mamusia jest mamusią. Inni są akceptowani tylko, gdy mamusi nie ma i to tylko, gdy dziecko jest zdrowe...
Tymczasem u nas po 2 dniach bezgorączkowych i widocznej poprawie w czwartek powróciło u Młodego 39 stopni.
No i co tu robić z chorym berbeciem, gdy do roboty trzeba iść? Ani do szkoły z gorączką nie wyśle, ani nie ma komu podrzucić. Na szczęście  (dziwne określenie w przypadku choroby) w czwartek Młoda też nadal była chora, więc mogłam rano pójść do roboty. Moje dziewczyny doskonale sobie radzą w opiece nad młodszym braciszkiem,  ale zdrowy braciszek a chory braciszek to dwa różne chłopaczki. Młoda więc co godzinę dzwoniła, by zapytać kiedy wracam i powiedzieć, że Doro płacze i woła mamę, że nie chce pozwolić na mierzenie temperatury, bo tylko mama to może robić, że chce mamę, w końcu że zasnął... uff, informacja z jednej strony dobra, z drugiej strony - gdy wie się, iż on śpi w dzień tylko, jak ma wysoką gorączkę - niepokojąca... a tu do chałupy 10km... na rowerze.
Jak tylko pojawiłam się na horyzoncie od razu przyczepił się do mnie i trzeba było nosić, tulić, bawić jednocześnie próbując skonstruować jakąś szamę. Potem znowu zostawiłam małego drania pod opieką siostry do czasu powrotu taty i popędziłam na pierwszą przedszkolną wywiadówkę.
Może to śmieszne, ale nie mogłam się doczekać tej chwili. Bardzo byłam ciekawa jak radzi sobie ten nasz najmłodszy łobuz.
Wszak na codzień z wychowawczynią widuję się tylko przez kilka sekund przy odbieraniu malca, wtedy się nie rozmawia, bo pani i tak musi mieć oczy dookoła głowy, żeby jej jakiś podopieczny nie zginął w wielgachnym tłumie rodzicowodzieciowym jaki się tworzy po otwarciu bramy. Wychowawcy wyprowadzają po lekcjach wszystkie dzieci na podwórze, a rodzice je stamtąd odbierają, a że mają oni po kilkoro dzieci w różnych klasach, to po otwarciu bramy przez chwilę jest spore zamieszanie - jedni wchodzą, inni wychodzą. Panie przedszkolanki muszą bacznie obserwować tłum i pilnować swoich gromadek i wypuszczać tylko te dzieci, których opiekun dotarł na miejsce. A dzieci jak to dzieci - zobaczy który kurtkę taką jak ma mamusia i już by gnał na przepadłe.
Natomiast rano z wychowawczynią nawet się nie widuję. Jak już pisałam, w Belgii nie łazi się bez potrzeby po szkole, żadna mamunia nie przesiaduje z dzieckiem po pół dnia w sali, jak to w pl bywa często. Tu odprowadzasz dziecko do bramy, gdzie odbiera je jakaś pani (raczej nie wychowawczyni) i szybko się żegnasz (nawet przeciaganie pożegnań nie jest mile widziane). Wszystkie dzieci przebywają na podwórku do dzwonka, potem maszerują gromadami do swoich klas. Chyba, że jest wyjątkowo zimno, wtedy rodzice zaprowadzają swoje pociechy prosto do szkoły. Tak czy owak zwykle nie ma się kontaktu z panią, no chyba, że jakieś szczególne okoliczności tego wymagają. Dlatego wywiadówka (oudercontact) jest tu bardzo ważna. Nie ma tu zebrań zbiorowych, jak w pl, tylko indywidualne spotkania z poszczególnymi rodzicami. Dostajemy ze szkoły zaproszenie na konkretną godzinę i mamy 10 minut na rozmowę z wychowawcą.
Jak poradzi sobie polskojęzyczny 3-latek w niderlandzkojęzycznym  belgijskim przedszkolu? To pytanie zadawaliśmy sobie wielokrotnie, jak pewnie wielu rodziców w podobnej sytuacji. Po 5 miesiącach codziennego dreptania do szkoły wreszcie doczekałam się pełnej odpowiedzi na to pytanie. Mało tego, jestem tą odpowiedzią wręcz zachwycona. Okazuje się bowiem, że Młody radzi sobie doskonale.  Pani mówi, że od pierwszego dnia po ciągle uśmiechniętej mordce Młodego widziała, że on po prostu lubi przedszkole. Chętnie bierze udział we wszystkich zabawach i zajęciach. Co dla mnie najbardziej było ciekawe to język i komunikacja z innymi. Co się okazuje? Że Młody tylko przez pierwsze tygodnie mówił i nazywał rzeczy i czynności po polsku, potem szybko załapał niderlandzkie słówka i teraz w szkole nie używa języka polskiego. Pani mówi, że od dawna nie usłyszała u niego ani jednego polskiego słowa. To jest dla mnie fantastyczne! Wychowawczyni mówi, że opanował bardzo dobrze podstawowe słówka, rozumie i potrafi odpowiedzieć na proste pytania, podobnie jak inne, tutejsze maluchy. Zna kolory, nazwy owoców, zwierząt, czynności. Poza tym - dla mnie nie nowina - ale pani stwierdza, że jest bardzo samodzielny: sam chodzi do toalety, sam zdejmuje i ubiera kurtkę, czapkę, buty. Sam bez instrukcji wypakowuje jedzenie i picie z plecaka do odpowiednich pudeł rano i wkłada puste pojemniki do plecaka po południu - to dużo jak na 3latka? Widocznie tak, skoro ludzie chwalą. Przeto pozwalam sobie być dumna z mojego synka i się tym chwalę publicznie. On z nas wszystkich będzie miał, ma, najłatwiej w tym naszym nowym kraju. Oby tylko z równą chęcią chciał się uczyć za kilka lat, ale tego nikt nie ugadnie. Można mieć tylko nadzieję, że chęć do nauki go nie opuści.
Ciekawe, czy równie dobre wiadomości usłyszę na wywiadówce u starszaków? Ale ta dopiero po feriach wiosennych, a ferie za tydzień.
Po wywiadówce powinnam polecieć jeszcze do swojej szkoły zająć się własną edukacją, jednak mając na uwadze zbliżający się weekend i fakt, że w czwartki akurat nasz lekarz przyjmuje wieczorem bez wcześniejszego umawiania (załatwianie czegokolwiek przez telefon jest dla mnie kłopotliwe nawet po polsku - jakaś bezsensowna bariera psychiczna - a co dopiero po nl) postanowiłam pójść z Młodym. Młoda stwierdziła, że w piątek idzie do szkoły, więc jej nie darłam do doktora, bo w 3 dniach się wyrobiła z chorowaniem (od 4 dnia trzeba mieć zwolnienie od doktora). Niby wiadomo, że epidemia grypy, a tego gówna się nie leczy, jednak u małego to już tydzień z gorączką i wolałam sprawdzić, czy zapalenie oskrzeli lub płuc się nie zaczyna. Jednak doktor nic nie wysłuchał, przepisał tylko syrop na kaszel, z czego i reszta zdechlakow skorzystała... Tata i Młoda jednogłośnie stwierdzili, że ten syrop smakuje jak liście z buraków...  Nie wiem z krowami się stołowali czy co? Znawcy smaków się znaleźli... Młody tam mówi, że 'dobly'. A ja mam nadzieję, że już więcej gorączek nie będzie (odpukać!), bo od tego tygodnia mam zacząć więcej niż 2 dni  pracować.
Cholera jasna, nie sztuka znaleźć robotę,  sztuka pogodzić ją z byciem matką i gospodynią. Zwłaszcza, gdy nie ma jednej osoby, na której pomoc w nagłych wypadkach mogłoby się liczyć...
O, jak wnerwiają mnie ludzie (mam na myśli bardzo konkretne osoby), którzy wiecznie dają wszystkim do zrozumienia, że jak ktoś tylko chce, to może pracować, dzieci to tylko głupia wymówka od roboty. Tzw siedzenie w domu (sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie,  pilnowanie, odrabianie lekcji, wysłuchiwanie skarg, udzielanie porad na wszelakie tematy, zakupy i inne nicnierobienia) jest karygodnym lenistwem, brakiem szacunku dla czyjejś pracy. Mam na myśli tych hipokrytów, którzy nawet jadąc na zakupy 'muszą' dzieciaka zostawiać u babci. Babcia lub ciocia leci do nich na każde zawołanie piątek świątek czy niedziela. Tatuś i mamusia nie tylko mogą pracować  dzień-noc, mogą też gdzieś wyjść sami we dwoje... Bo ktoś dzieciom ugotuje, przypilnuje, odrobi z nimi lekcje, czyli zastąpi im rodziców, którzy stworzeni zostali zapewne do szczytniejszych rzeczy niż podcieranie dziecięcej pupy.
Jednak nasza bezbabciowa sytuacja ma dobre strony. Przynajmniej nie musimy nikomu być za nic wdzięczni, nie musimy liczyć się z czyimiś opiniami, uwagami, bo mamy to - dosłownie - daleko... :-) A wiadomo, im więcej opinii trzeba brać pod uwagę, tym trudniej podjąć każdą decyzję, a potem jeszcze się z każdej trzeba tłumaczyć. Dobrze jest jak jest...
Choć czasem chciało by się z kimś oprócz męża i dzieci pogadać o różnych mniej lub bardziej ważnych problemach, a nawet o dupie maryny. Takie osoby jak ja nie miewają przyjaciół, za to wszędzie wielu znajomych (traktuję wszystkich z jednaką sympatią bez względu na płeć, kolor skóry czy poglądy, co wyklucza praktycznie posiadanie przyjaciela, którego trzeba by traktować wyjątkowo). Nie zwykłam nadmiernie spoufalać się z ludźmi, nie lubię do nikogo i niczego się zbytnio przywiązywać, więc rzadko kogoś odwiedzam i rzadko zapraszam do siebie.  Uwielbiam natomiast gadać z ludźmi przypadkowo spotykanymi na drodze i tego mi tutaj brakuje. Mimo, że znam tu już wielu sympatycznych ludzi skłonnych do pogawędek, to cholera se pogadać za bardzo nie mogę, bo język mnie ogranicza... Dlatego piszę.  To taka namiastka gadania. Muszę sobie popisać od czasu do czasu, bo szlag by mnie inaczej trafił chyba. Z rodziną z pl rozmawiam raz na jakiś czas - staram się raz w tygodniu włączyć skype i z jednym ludziem pogadać, ale nie zawsze się uda, nie zawsze się chce, bo chyba coraz mniej wspólnych tematów, ileż można gadać o chorej polskiej polityce i pogodzie?
Mam nadzieję, że w końcu opanuję niderlandzki na tyle, by sobie pogadać do woli z sąsiadami, a wtedy przestanę zaśmiecać Internet swoimi śmiesznymi tekstami.

3 lutego 2015

A-psik! oby to był ostatni kich zimy

Od paru tygodni mamy  w be beznadziejną, brzydką, denerwującą, dokuczliwą, fatalną, francowatą, kiepską, lichą, marną, niedobrą, nieładną, nieprzyjemną, obmierzłą, obrzydliwą, ohydną, okropną,  parszywą, paskudną, popieprzoną, przebrzydłą, wredną, wstrętną pogodę.
 Najsamprzód lało, lało i lało... aż lokalne strumyki i rowy przestały mieścić wodę, która rozlewała się na wszystkie strony. Jadąc do karefiura przez kilka km z obu stron drogi mogliśmy podziwiać jeziora powstałe na kilkuhektarowych kukurydziskach, łąkach i temu podobnych użytkach rolnych.Tylko nasz znajomy łabądek i stada dzikich kaczek wydawały się być wręcz zachwycone takim stanem rzeczy. Łabędź wcześniej przeważnie siedział na środku zaoranego pola, co wydawało się nam wielce niewłaściwym miejscem dla tego pięknego, majestatycznego ptaka.W wodzie o wiele lepiej się prezentuje.

Od czasu do czasu trochę to wszystko podmarza i mamy fajową rozbijdupę rano. Tutejsi drogowcy jednak nie dają się łatwo zaskoczyć - nawet tu po wsi zasuwają piaskarki. Zastanawiam się tylko, czy zapieprzając po wsi jak z macochą do piekła posypią więcej jak dwa ziarnka piasku na km, no ale może to nowoczesny sprzęt i działa dobrze właśnie w ten sposób... nie znam się.
Co parę dni zima se przypomni, jaki opad jest właściwy dla tej pory roku i popaprze śniegiem. Czasem nawet rano jest jeszcze biało za oknem. No ale momentami ciężko się zorientować o jaką porę roku chodzi. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu z wieczora po paru dniach gigantycznej piździawicy nagle zaczęło błyskać i grzmieć, a potem dawać ostro gradem... A ten wiatr fiuuu przez tydzień non stop. Cholibka, jak wracam z roboty, przez pół drogi mam  z górki, ale pod wiatr jechało się, jak pod stromą górę i jeszcze oddychać chwilami nie można było do tego - powrót do domu zajmował mi 45 minut zamiast 25. Dobrze, że akurat nic pilnego nie miałam w planach... a jak się zmęczyłam!

Otuchy dodaje mi widok mijanych codziennie po drodze pierwszych kwitnących krzewów i kolorowych krokusów w ogródkach, bo to chyba znak, że wiosna tuż tuż W mojej donicy w ogrodzie tulipany mają już 5 cm wzrostu. To moje pierwsze tulipany w Belgii, więc jeszcze nie wiem, czy ślimaki je jedzą czy nie.
Jedyny pozytyw zimy to brak komarów i ślimaków. Na te pierwsze Młody ma uczulenie - każde ukłucie to okropna opuchlizna i ból (jak po pszczole) i tygodniowe ropienie - fatalna sprawa dla malucha. Te drugie parszywce zeżrą dosłownie wszystko, tylko trawy się nie chwycą. W zeszłym roku opędzlowały mi wszystko, co posadziłam - i koper, i sałatę, i pomidory, a nawet cebulę i szczypiorek. Bratki siałam trzy razy, ale tylko jeden sztuk się ostał w donicy i to podchlany lekko. Doszłam więc do wniosku, że sadzenie i sianie czegokolwiek tutaj nie ma najmniejszego sensu, bo skoro wszystko mam pryskać na ślimaki i zarazy wszelakie, to lepiej kupić gotowe. 

Oprócz wodolubnej zwierzyny z tej durnej aury wielką uciechę mają jeszcze wszelakie obrzydliwe mikroby. Grypa od jakiegoś czasu czuje się doskonale w be, w przeciwieństwie do tych, którzy mieli nieprzyjemność bliższego zapoznania się z tym wirusem. W niektórych klasach grypa położyła do łózka połowę dzieci, nie omija też nauczycieli i rodziców. U nas też po kolei rozkłada wszystkich na łopatki. Najpierw Młody przyniósł katar, choć mu mówiłam, żeby z przedszkola niczego nie brał do domu, się nie posłuchał szczyl jeden. No i musiał poleżeć 3 dni w łóżku z gorączką. Dla niego to tragedia, gdy wszystko przestaje mu działać jak należy. Taki biedny wtedy. Gdy dostanie syrop przeciwgorączkowy, wydaje mu się, ze jest zdrowy i próbuje robić to wszystko, co zwykle - wyjmuje klocki, każe włączać bajkę na małym tizolku, prosi o jedzenie... ale po minucie wlecze się ze spuszczoną głową  z powrotem do łózka. Dziś już jest zdrowy chyba, bo dokazuje za wszystkie dni. Zjadł też pierwszy od 3 dni posiłek - kromkę z szynką i paluszki, i nawet kawałek czekolady na deser. Więc jest nadzieja, że niedługo  zostanie wygoniony do przedszkola.
Najstarsza najodporniejsza w tej rodzinie chorowała jeden dzień, no może półtora - wysoka gorączka, osłabienie - jeden dzień w łóżku, drugi już przy kompie... ale, co tu się dziwić,  w poniedziałek była wycieczka do świątyni czekolady Cote D'or. Myślę, że każdy w takich okolicznościach by pieronem wyzdrowiał.
liczenie łupów po powrocie z Cote D'Or
Druga Młoda leży od wczorajszego wieczora.... znaczy nie całkiem leży, bo jej akurat dostała się wersja premium... z lataniem do kibla. M też dziś był w robocie tylko parę minut, ale ma nadzieję, że jutro wróci do roboty, bo przecie dopiero co półtora miesiąca był na zwolnieniu. Więc siedzi pod kołdrą cały dzień i łykając aspirynę z całych sił stara się wyzdrowieć. Mam nadzieję, że się mu uda. Ja zaś z całych sił staram się NIE zachorować, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły jak grypa. 

Życzę wszystkim dużo zdrowia i niekończącej się wiosny w duszy.


20 stycznia 2015

drobna reorganizacja przestrzeni mieszkalnej :-)

Mieszkamy w jednym miejscu już ponad rok, zaczął więc nam powoli doskwierać brak zmian.
Bo jak tu żyć jak się nic nie dzieje?


Do tego mąż siedział na chorobowym od końca listopada i to faktycznie przeważnie SIEDZIAŁ...  odkrycie, że z gipsem da się prowadzić auto, nie zmienia faktu, że z gipsem wycieczki nie są ani fajne, ani praktyczne, ani bezpieczne... Przeto głównie siedział, oglądał filmy, czytał i dumał. W efekcie nieograniczonego czasem dumania doszedł był do wniosku, że nasz syn powinien już mieć własny pokój. Cichcem podejrzewam, że bardziej tu chodziło o swobodę rodziców aniżeli potrzeby trzylatka, ale przecie nie będę o tym głośno mówić...
moje chłopaki przy pracy

U nas od wydobycia pomysłu na światło dzienne do jego realizacji droga zazwyczaj krótka. Tak było i tym razem. Wystukawszy w googlownicy pytanie o adresy sklepów Kringloop i Troc w naszej okolicy, wyruszyliśmy na łowy. To sklepy z rzeczami używanymi, można tam kupić wszystko: zabawki, odzież, ozdoby, lampy, meble, AGD itd itp. Te sklepy to dla mnie raj, jest tam masę niepowtarzalnych gadżetów. Czasem można znaleźć fantastyczne meble także zabytkowe czy np żyrandole, bajeranckie lampki nocne, fikuśne lustra, chińskie wazy, oryginalne rzeźby, wazony i inne cuda za śmieszne pieniądze. Przy każdych odwiedzinach takiego sklepu kupuję choć jedną książkę dla dzieci za 50 centów, czy 1 euro no i zabawki w podobnych cenach. Dosyć szybko udało nam się znaleźć komplet mebli młodzieżowych za kwotę, za którą w sklepie meblowym nawet by łóżka nie kupił. No i git, mebelki nam przywieziono, wyładowali dechy w salonie, a my zaczęliśmy kombinować, od czego zacząć. Nie chodzi tu bynajmniej o składanie mebli - to pikuś, przy takiej wprawie jaką się ma po kilku przeprowadzkach. Problemem naszym było jak zamienić miejscami rzeczy w trzech pokojach, tak by niczego nie rozwalić i dołożyć jeszcze kilka innych a w międzyczasie pierdyknąć jakiś kolorek na ściany.
mamusia maluje dinka
Wymyśliliśmy bowiem, że dziewczynom nie są potrzebne 2 pokoje, bo i tak siedzą w jednym, a w drugim jest tylko magazyn rzeczy dziwnych_ale_zawsze_potrzebnych. Jednak one musiały dostać największy pokój, czyli naszą dotychczasową sypialnię, którą my dzieliśmy do tego czasu z naszym najmłodszym potomkiem, a który odtąd miał zacząć mieszkać na własnym terenie, czyli w pokoju teoretycznie Najstarszej - praktycznie rzadko używanym. My musieliśmy się przenieść do dotychczasowego pokoju Młodej... Do dziś nie wiem, jak nam się udało dokonać tego karkołomnego wyczynu bez użycia czarów, ale się udało i wszyscy przeżyli co najważniejsze.

miejsce na kolekcje dinków, poniżej fotel za 2 euro
Nie udało nam się tylko pomalować pokoju dziewcząt, bo zabrakło funduszy na farby (czemu tu są takie sakrucko drogie farby?!) , ale myślę, że w najbliższych miesiącach nadrobimy ten brak. Planujemy po cichu pobawić się pędzlami, jak młode pojadą na tygodniowy  obóz, żeby nam nie patrzyły na ręce :-)


Jednak realizacja projektu "pokój dla synka" zakończyła się sukcesem. Jedyny wkład finansowy to koszt zakupu farb i innych akcesoriów do malowania. Malowanie własnymi łapkami.

Mebelki, materac, dywaniki, lampkę otrzymaliśmy od różnych znajomych. tylko fotelik gąbkowy był kupiony w Kringwinkel za całe 2 [dwa] euro. Zasłonki skonstruowałam z dwóch starych przywiezionych jeszcze z pl.

efekt końcowy



dinek ze swoim  jedzeniem (bez "jedzenia" nie dostał zatwierdzenia szefa)
Ładny, nie? Chcielibyście taki... :-)

14 stycznia 2015

A mówili, że w Belgii nie ma zimy...

Cieszyłam się, że w Belgii nie ma zim, bo mimo, że zawsze lubiłam poszaleć na sankach, nartach, czy worach na śniegu, to jednak jestem istotą ciepłolubną, nie znoszę zimna.

Grande Place Bruksela
Grande Place - nasza wycieczka wigilijna
Zresztą za całe chyba życie wymarzłam się w bibliotece przez 14lat. Jakby kto nie wiedział, pracowałam w nieogrzewanej bibliotece. Czasem jak przychodziłam do roboty termometr pokazywał minus 10, minus 15 stopni - wewnątrz oczywiście, czasem na zewnątrz było ciepłej... Jak przychodziłam, zapalałam gazowy piecyk przeznaczony wg instrukcji do ogrzewania pomieszczeń otwartych, toteż cały czas musiało być otwarte okno, żeby się palił. Po 8 godzinach, gdy zamykałam, było 5-10 w plusie - super zajebiście. Pewnie się teraz pukacie w głowę, bo wy byście po prostu nie zgodzili się na pracę w takich warunkach. Ja jednak uważam, że lepiej znosić złe warunki i mieć pracę w ogóle, niż siedzieć w ciepłe, ale na bezrobociu. W mojej polskiej okolicy nie było i nie ma pracy dla kobiet (dla facetów coś wiecej, ale bez szału), parę miejsc w sklepach na jakaś tam część etatu, z umową na krótki czas, po którym zatrudniają kolejnych chętnych i tak wkoło... Na szczęście większość wyjechała zagranicę albo w lepsze rejony, to mniejsza konkurencja...
Faktem jest jednak, że się wymarzłam przez te lata, w domu zresztą też się nie przewalało. Zdarzało mi się chodzić spać ubraną w piżamy polarowe, grube skarpety, bluzy dresowe i przykrywać się kołdrą i dwoma kocami - w pokoju miałam zimą około 5stopni, a ja kocham ciepło. W kranie woda ciepła raz w tygodniu, bo nie było kasy, poza tym w temperaturze 2stopni, ale pamiętam, że się przyzwyczaiłam i nawet do mycia włosów nie grzałam, tylko w tym lodowcu się myłam. Jednak jak sobie dziś o tym pomyślę, to mnie ciarki przechodzą. Dziś nawet jakby mi kto płacił, chyba nie umyła bym się w zimnej wodzie, brrrr. Pamiętam, że po przeprowadzce do męża nie mogłam się nacieszyć ciepłem w domu i nieograniczoną ciepłą wodą - w bloku te 35metrów to przy zakreconych kaloryferach się nagrzewało. Dziewczyny chyba miały podobnie, choć im to zawsze grzałam wodę do kąpieli, tyle że szybko stygła w zimnej łazience...

Grande Place nocą

Wspominając dawne czasy, po raz kolejny uświadamiam sobie, że teraz jest mi naprawdę dobrze, że podjęłam, podjęliśmy w ostatnich latach wiele dobrych decyzji, złych też parę i one ciągną się teraz za nami psując ten fantastyczny obraz naszego belgijskiego raju. Ale może kiedyś i z tym się uporamy...
A wracając do zimy w Belgii. Faktycznie tutaj nie ma zim takich, jakie znamy z Polski. Klimat jest cieplejszy i wilgotniejszy. Jak śnieg popada jeden dzień, to dzieci mało nie oszaleją z radości. Moje też mało z siebie nie wyszły, jak zaczęło padać. Choć mnie to nie dziwi, nie kto inny, tylko ja z moim osobistym bratem w największe śnieżyce szliśmy się bawić na polu. Im większą zawieja tym większy ubaw. A jaka radocha jak ludzie w środku nocy dzwonili do drzwi prosząc o łopatę albo wyciągnięcie auta traktorem z zaspy. A my całą familiją kurtki na piżamy i wio wypychać biedaków ze śniegu, tata odpalał traktor, my szufle w łapy...  fajne to było... Nie zapomnę niektórych "miastowych" - półbuciki, sweterek, bo po co by do auta brał kurtkę czy rękawiczki, i pchają te swoje fury w zaspach po dupę w tej piździawicy, że świata nie widać... Do dziś się usmiecham na te wspomnienia.
Kurde, a tu lepiej: 2 cm śniegu, a człowieki zubierane jak na Syberii... Choć drudzy znowu w kurcicach puchowych, czapkach i szalach bawełnianych a do tego japonki na gołe stopy...  jakmamciekocham... po prostu moda zimowa po belgijsku.

Tu jest taka zima szybka - był jeden dzień śniegu, jeden dzień minus 10, potem przyszła wiosna i lało ciągiem przez parę dni, dotąd aż wylały wszystkie strumienie. Tydzień temu w czwartek była chyba kulminacja - wszędzie służby wodne przetykały kanały, układały wory z piachem etc.  W niektórych miejscach okolica przypomina Wenecję. Jedziesz i jedziesz a wokół kilometrami ciągną się zalane pola. Kaczki mają radochę.




Ale wiecie co jest najlepsze? Nie wiecie! To że było raptem dzień czy dwa mrozu, a ja se stłukłam swoje szanowne czterdziestoletnie dupsko na lodzie buachacha. W zeszły poniedziałek pomykam sobie do roboty na swoim bike'u, lampię się jak głupia na pole - jakbym nigdy nie widziała zalanej łąki - i nagle sru - leżę zdziwiona na asfalcie. Się rychło pozbierałam z gleby, bo obciach totalny, taka stara a się turla po drodze.  Rowerowi na szczęście nic się nie stało (się nie śmiejcie - to mój jedyny środek transportu doroboczego). Mi się stało. Rękę se obdarłam i kolano porządnie ucierpiało - wieczorem powiększyło dwukrotnie swą wielkość i kolorów ładnych nabrało. Jednak jakoże byłam w stanie wykonać swoją robotę i wrócić rowerem do chałupy (to co, że powoli?), wniosek oczywisty, że to nic poważnego. Kto trenował sztuki walki, wie, że jak dasz radę chodzić, to nic ci nie jest, walczysz dalej, nie ma, że boli. Dziś już jest tylko mała ranka i kolory bardziej słoneczne, ale najbardziej ucierpiała moja duma.

Grudzień w Brukseli ;-)
Normalnie po prostu wstyd wywalić się na lodzie w kraju, gdzie nie ma zimy. Konie się nawet ze mnie śmiały, bo akurat pastwisko nieopodal było.