10 maja 2015

Dwa zamki za jednym zamachem

Dziś zaliczyliśmy dwa zamki. No, jeden tylko z zewnątrz i to przez bramę, sobie podziwialiśmy, ale w drugim spędziliśmy bardzo długi czas. Oba warte wspomnienia i wyjątkowo interesujące.

Pierwsza budowla znajduje się w Dilbeek. Zamek barona de Viron. Co jest w niej szczególnego? Poza tym, że zlokalizowana jest w malowniczej okolicy i otoczona przepięknym parkiem to wiąże się z nią taka oto ciekawostka. Nie liczyłam, ale wierzę na słowo, że zamek w Dilbeek ma  12 wież, 365 okien, 7 schodów... Mówią wam coś te liczby?
Dilbeek w ogóle warto zobaczyć. Piękna zabudowa, dużo drzew, spokój, cisza...




zamek w Dilbeek 
zamek w Dilbeek



żółwik
 Dobrze, że aparat ma duży zoom, to mogłam zobaczyć, co siedziało na konarze w wodzie :-)
Dilbeek



Drugie miejsce jakie dziś zwizytowaliśmy to zamek Gaasbeek. Zapłaciliśmy 20 euro za wejście, dzieci miały za darmo i powiem, że warto było. Czad po prostu. Gaasbeek powstał gdzieś w średniowieczu, jak chyba większość tego typu budowli. Tylko kurcze ciężko go znaleźć w 49 ha parku... Kurcze, parku.... w lesie raczej. Wysiedliśmy na parkingu, gdzie tablica mówiła, że to tu właśnie, weszliśmy przez bramę i idziemy, idziemy a tu nagle drogi się rozgałęziają, a zamku nie widać, tylko drzewa, drzewa, drzewa. Już skierowaliśmy kroki w lewo, ale skonstatowaliśmy, że większe tłumy walą na prawo i postanowiliśmy pójść jednak za tłumem. I dobrze zrobiliśmy, bo zaraz przez krzaki zaczął prześwitywać jakiś kawałek muru. Co prawda nie był to jeszcze zamek, ale kierunek właściwy. Park cały jest świetnym miejscem na piknik, bo pełno fantastycznych ścieżek, polanek na których można rozłożyć koc albo pograć z dziećmi w piłkę, jest też kilka dużych stawów, są górki do turlania i wspinania, wszystko ładnie wykoszone, zadbane. Cisza, spokój, ćwierkanie ptaków... Polecam każdemu. A zamek? Trafiliśmy na fantastyczny moment, bo od kwietnia do października jest realizowany w nim ciekawy projekt pt "Kamienie mówią". Do jego realizacji przemeblowano niektóre komnaty zamkowe, przytargano stroje z teatru, porozciągano wszędzie głośniki itd. Po co? Żeby każdy mógł poczuć, usłyszeć, dotknąć historii. Pracownicy zamku chodzą w strojach służby z dawnych czasów, podlewają kwiatki w ogrodzie, odkurzają meble, pokazują tajne przejścia. W jednym z pokoi "służąca" wyjmuje stroje z epoki i pomaga ubrać się w nie dzieciom... starym też - mężowi założyła czapkę błazna hahaha. Z głośników poukrywanych w różnych miejscach dochodzą a to śmiechy dzieci, a to jęczenie i dzwonienie łańcuchami z lochów, a to odgłosy bitwy, tykania zegarów, etc. Zaraz na początku naszej wędrówki, w sali gdzie stały dwie zbroje i panowała grobowa atmosfera, Doro zawołał "boję się!"... Na ścianach, drzwiach są strzałki albo napisy-wskazówki jak podczas zabawy w podchody. Dostajemy też adekwatną mapę i inne instrukcje w zaklejonych kopertach zaraz przy wejściu. Powiem, że jest to fantastyczny pomysł. Zamek żyje po prostu, wszystkiego można dotykać. No i w ogrodzie łażą pawie, dzieci je ścigały oczywiście. Polecam wszystkim ten zamek, zwłaszcza do zwiedzania z dziećmi. Na terenie parku jest też knajpka, ale ludziów było jak mrówków, więc skorzystaliśmy tylko z lodowozu, a na kawę pojechaliśmy do swojej chałupy.

Więcej informacji o zamku na stronie:
http://www.kasteelvangaasbeek.be/nl







pokój gdzie można się było pobawic klockami



oko Boga - można popatrzeć na budowanie wieży Babel

na obrazie budowa wieży Babel, na którą można popatrzeć jakby z perspektywy Samego Boga


dzieci wlazły do kominka 

jakby to było mieć pokojówkę?

moje książątko :-)

księżniczka bez humoru :-)

ostatnia droga



tak patrzy się z baszty w dół

Zamek Gaasbeek 


widok na stawy i park


dziki czosnek w parku





4 maja 2015

stoliczku nakryj się

Ludzie wiecznie mnie zaskakują, a już tutaj szczególnie. Częstokroć pozytywnie co ciekawe...
Pytanie "co dziś na obiad?" czasem doprowadza mnie do rozstroju żołądka niemalże. Jak mówiłam niedawno często zasypiam rozmyślając nad odpowiedzią i budzę się wcale nie mądrzejsza. Dziś było tak samo. Jadąc do roboty myślałam sobie, że całkiem fajnie by było mieć taki zaczarowany stół z baśni dla dzieci, który sam na życzenie by się obkładał jedzeniem. Mi by w sumie wystarczało takie urządzenie, które by mi mówiło, co mogę zrobić z tego, co jest w lodówce danego dnia. Gotować wszak lubię, o ile wiem co. No i popatrz, czasem życzenia się spełniają...

Jedna z klientek ma fajnego sąsiada, który czasem wpada z niespodziewaną wizytą, by powiedzieć Dzień Dobry na ten przykład. O czym już w pierwszy dzień pracy zostałam poinformowana. Od czasu do czasu spotykam go też na drodze, gdy wyprowadza koniki na pastwisko, zazwyczaj zagaduje wtedy - typowe dla tutejszej społeczności. Tyle tylko, że ciężko sobie pogadać, bo nie dość, że ja słabo mówię po niderlandzku to on mówi tamtejszym dialektem i tego już ni cholery nie rozumiem. Co jednak tutaj - jak mi sie wydaje - ludziom bynajmniej nie przeszkadza...
Ale dziś - co najlepsze - dostałam od niego wór świeżo wykopanych szparagów. Sam fakt otrzymania warzyw nie jest dla mnie dziwny, bo tutaj to normalne raczej. My ciągle coś dostajemy od ludzi - jak nie skrzynkę jabłek, to taczkę ziemniaków, to znowu worek cebuli, to świeże jajka, to rybę z grilla, a nawet domowe wino żeśmy kiedyś dostali razem z koszem winogron. Ot, uroki życia na wsi wśród przesympatycznych ludzi. Z tym, że zazwyczaj ofiarodawcami są sąsiedzi lub inni znajomi, a nie przypadkowi ludzie. No cóż, jak dają - bierz, jak biją - uciekaj. Wzięłam więc szparagi ładnie podziękowawszy. Tylko, że nigdy wcześniej tego nie jadłam i nie miałam pojęcia, co z tym się robi. Po powrocie do domu przeczytałam kawałek Internetu i już wiedziałam jak je ugotować. Skorzystałam z flamandzkiego przepisu, bo tylko ten zawierał składniki, które miałam w domu. I muszę powiedzieć, że obiad był dziś po prostu zajebisty :-) M - jak mąż, powiedział, że pierwszy raz mamy w poniedziałek lepszy obiad niż w niedzielę. Buachacha, bo wczoraj jedliśmy w McDonaldzie.
Przepis jest prosty. To były białe szparagi, a - jak mówi wielki internet - te trzeba obrać obierakiem do warzyw i odciąć twarde końcówki. Co też zrobiłam. Potem gotowałam je w osolonej wodzie przez 10 minut, a następne 10 siedziały w tej wodzie bez gotowania. Potem je odcedziłam i wysypałam do michy (tego było cała reklamówka, więc nie ma mowy o jakichś półmiskach). Do tego kazali zrobić sos. Najłatwiejszy sos jaki robiłam chyba. Trzeba ugotować 6 jaj, ostudzić i pokroić drobno (następnym razem zetrę na tarce). Pół kostki masła trzeba roztopić w rondelku, wcisnąć tam sok z połowy cytryny, przyprawić pieprzem, startą gałką muszkatołową, potem wsypać pokrojone jajca i posiekaną natkę z pietruszki (dość dużo). Tym sosem polewamy szparagi. Do tego usmażyłam pierś z kurczaka (bez panierki) i zrobiłam sałatkę ogórkowo-pomidorową. Polecam, bo dobre, łatwe i szybkie dosyć!


szparagi z sosem z gotowanych jaj, masła i pietruszki oraz smażona pierś z kury



3 maja 2015

Brugia łomatko, czyli totalna porażka wyleczona wąchaniem kwiatków u samego Króla Belgii

Mojemu zachciało się wczoraj zobaczać Brugię... A mówiłam, że jak nasz nauczyciel niderlandzkiego mówi, że to "zasrane miasto", to w tym coś musi być. Nie czułam jakoś przekonania wczoraj do tej wycieczki - ma się te psie-czucia, no ale koniec końców nagle przed południem żeśmy pojechali. Żeby było ciekawiej małżonek postanowił wytestować wbudowaną nawigację w samochodzie zamiast sprawdzonego GePeeSu  z Aldika. No bo przecież to prosta droga, to co tam za wiele nawigacja potrzebna buachacha. W aucie nie ma zaktualizowanych map i ostrzeżeń o utrudnieniach ruchu, przeto na dzień dobry półtorej godziny tkwiliśmy w korku. Gdy dotarliśmy do "celu" małżonek zaczął się wnerwiać, że nie poszukałam jakiegoś adresu. Ani mi to do łba nie przyszło, bo widziałam, że mój osobisty mąż przez 3 dni oglądał strony Brugge... Jednak się okazuje, że czytanie o zabytkach i innych punktach turystycznych nie jest jednoznaczne z wyznaczaniem celu wycieczki, którą się proponuje... Hahaha rżę do dziś, bo "celem" okazał się być port a nie centrum, które niby mieliśmy zwiedzać. Do centrum trzeba było się cofnąć około 20 km, ale wtedy ktoś się ogarnął i wydarł ze schowka dobre urządzenie nawigacyjne, które jednak okazało się być śmiertelnie obrażone i przez 10 minut udawało, że nie widzi sygnału gps. Złośliwość rzeczy martwych, pff!
Jak w końcu dotarliśmy do centrum (czekając oczywiście po drodze w korku aż te cholerne łódki przepłyną i opuszczą z powrotem zwodzony most), się okazało, że tam panuje wielkie oblężenie. Krótka nać godziny szczytu. Z godzinę jeździliśmy szukając wolnego miejsca i starając się ani jednego turysty nie przejechać. Wszyscy przeżyli chyba,  ale miejsca nie było nawet dla smarta a nie dopiero normalnego samochodu. W międzyczasie wszystkim zachciało się siusiu, wszyscy byliśmy do tego głodni i wkurzeni. No, Młodzież pochłonęła bułki i wypiła wszystkie napoje, ale wc potrzebował każdy w trybie pilnym... Na wyjeździe też zatrzymał nas podniesiony most. Fajnie tak se patrzeć na wodę i łódki, jak mało się nie posikasz. W końcu dotarliśmy do okolic dworca, ale i tam napisy na parkingach świeciły się na czerwono informując, że parking is VOL, a krążące w ślimaczym tempie auta dawały potwierdzenie, że w tym zasranym mieście nie da się zaparkować. Tak więc podjechaliśmy do jakieś restauracyjki, skorzystaliśmy z wuceta i zażyczyliśmy sobie jakieś flamandzkie żarcie. "Stoofvlees" - gulaszyk wołowy z frytkami był baaardzo dobry, chyba se nawet taki w domu spróbuję uszykować, już nawet znalazłam przepisy. To jedyna dobra rzecz z tej wycieczki.
Brugia z okien samochodu

Jednak my łatwo nie dajemy za wygraną i staramy się uczyć na własnej głupocie.

29 kwietnia 2015

KERMIS zaliczony

Gdy mówiliśmy znajomym czy rodzinie, że idziemy na kermis, każdy chciał wiedzieć, co to takiego? Motałam się w zeznaniach, kluczyłam nie znając właściwej definicji. Dziś już wiem, co powinnam była im wszystkim odpowiadać.

Kermis to taka kolorowa i hałaśliwa czarna dziura, która bardzo szybko pochłania twoje ciężko zarobione pieniądze. Straty są wprost proporcjonalne do ilości posiadanych dzieci i czasu bycia w kontakcie z tym szalonym, świecącym, kręcącym i grającym tworem. Jest to miejsce w czasoprzestrzeni, z którego bardzo ciężko się wyrwać, gdyż każda próba skierowania swych kroków w stronę swojego normalnego miejsca zamieszkania zwanego domem wywołuje na twarzach twoich dzieci niebezpiecznie żałosne i smutne miny, które łamią twoje serce i powodują automatyczne nieopanowane sięganie co raz do portfela. A gdy ten pusty się robi, czujesz nieodpartą chęć pójścia do mądrej ściany i poproszenia ją o kolejną porcję papierków pachnących bankiem.
 Dziewczyny wraz z koleżankami z wielką niecierpliwością czekały na otwieranie się poszczególnych atrakcji. Jako pierwszą oczywiście zaliczyły X-plosion.

Obok obiecane zdjęcie Młodej po zejściu z powyższego szalonego kręciadła. Kolorystyka twarzy typowa dla zaawansowanego stadium choroby morskiej. To jednak tylko pozory. Był to pierwszy raz, ale bynajmniej nie ostatni tego jarmarku. Sama bym się pokręciła, gdyby było z kim młodego zostawić. Mój facet niestety nie należy do tych, którzy interesowali by się karuzelami i tym podobnymi wytworami i został w domu ze swoim autem i laptopem. Faceci, pff!


Nie wiem ile tu ludzie wydają podczas takiej imprezy, ale chyba sporo. Bilet  czy żeton na każdą karuzelę, samochodzik, czy temu podobne rozpusty kosztuje ok 5 euro, oczywiście im więcej na raz tym taniej. Do tego jakieś przekąski zimne czy gorące, jakieś napoje, jakieś śniadanie, obiad, kolacja - zależy o której kto przyszedł i z kim. Można sobie powiedzieć, a tam raz w roku to można poszaleć. Taa, ale tutaj to nie jedyna impreza. Za chwilę będą jarmarki w kolejnych miejscowościach, a ludzie maja tam rodziny więc jeden tu, drugi tam. Do tego te wszystkie imprezy jedzeniowe, bbq, jak festyn spagetti, frytek, naleśników, pizzy, ziemniaka, chleba, wina etc, etc, których tutaj jak mrówków...
sam początek... jeszcze prawie psutki
Niemniej jednak uważam, że to fajne, każdy może znaleźć coś dla siebie i swojej rodziny. Ja osobiście czekam na festyn z okazji siedemdziesiątlecia szczudlarzy merchtemskich, o szczegółach i legendach opowiem po fakcie, o ile oczywiście planów nic nie pogrąży (np taka śmieszna przypadłośc jak zła pogoda). Impreza jest przewidywana w okolicach moich urodzin, czyli koniec maja, więc muszę trochę poczekać. Może się ociepli na świecie do tego czasu. Albowiem ostatnie dni to zimno okropne, mimo, że słonecznie, to kurtki zimowe trzeba rano zakładać, a i w południe się nie przewala.
Druga rzecz na która czekam, to festyn małży, o ile do tego czasu nie skosztuję w innych okolicznościach, na co jednak liczę. Może długi weekend nadchodzący?? Kto wie, co nam do łba strzeli i gdzie poniesie tym razem. Propozycje są różne... 
parada gęsi
parada gęsi/ganzenparade

parada gęsi

parada gęsi

parada gęsi


wystawa zwierząt hodowlanych - kogut gigant ;-)

wystawa zwierząt hodowlanych

wystawa zwierząt hodowlanych





Na dzieci oprócz tradycyjnego wesołego miasteczka czekały też inne ciekawe zajęcia. Dzieci - zresztą nie tylko dzieci - mogły spróbować, czy nadają się na hodowcę krów mlecznych...
Komu udało się udoić niby mleka, (czyli wody) od sztucznej krowy, dostawał kartonik z melkiem smakowym oraz balonik. Młody, gdy nic mu nie chciało mleko lecieć, pobiegł sprawdzić z drugiej strony krowy, czy aby tam na pewno cos jeszcze jest. Wielkie było jego zdziwienie i frustracja, gdy się okazało, że i owszem... Próbował i próbował niestrudzenie, podobnie zreszta Tesa, która kiedyś uczyła się sztuki dojenia na prawdziwej krowie u babci i po wielu próbach w końcu coś zaczęło lecieć z wymion ;-)


wystawa zabytkowych narzędzi rolniczych i sprzętu domowego

wystawa zabytków i reklama lokalnego muzeum zarazem



stragany

24 kwietnia 2015

żeby mi to było ostatni raz ;-)

Młody wczoraj po powrocie ze szkoły w pewnym momencie zaczął się żalić - A dziś mnie Jandel zucił - Przez głowę przemknęły mi dziwne myśli, ale dzielnie wytrwałam w poważnej minie na pysku. Po czym próbowałam wyjaśnić, o co chodzi - Jak to cię rzucił...? Może rzucił czymś w ciebie?
- Nie we mnie, tylko mnie zucił! - znerwiło sie moje dziecię - zucił mnie na ziemię i nózka mnie bajdzo bolała - tu zrobił bardzo zbolałą minkę, zagnieździł wielkie łzy w oczach - o tu kojanko, jesce mnie boli...
- Przewrócił cię jakiś łobuz, tak? - Upewniam się przytulając nieszczęśnika.
-Tak, bo Jandel jest głupi!!!
- Na pewno niegrzeczny łobuz z niego, ale nie możesz mówić o nikim, że jest głupi, bo nie ładnie... Pani pewnie na niego nakrzyczała....?
- Tak, ale nozka mnie jesce boli... Głupi Jandel, zucił mnie na ziemię... Ale to było ostatni raz, o-sta-tni-raz!
To ostanie zdanie zostało wypowiedziane w takiej intonacji, ze od razu sobie wyobraziłam jak Młody spuszcza komuś ostry łomot. W rzeczywistości ten 'Jandel', czy jak mu tam, jest starszym przedszkolakiem, który z racji tego, że jest dużym chłopakiem próbuje podnosić wszystkich mniejszych, nie wiem czy w dobrej czy złej wierze, ale w każdym bądź razie co jakiś czas kogoś "rzuci" na podwórzu i jest draka. Tak przynajmniej wyjaśniają sytuację dziewczyny.
Dobrze jest mieć starszaków w szkole, którzy są na bieżąco ze szkolnymi zdarzeniami, można od razu wiele niejasności wyjaśnić bez stresu. A zdanie - żeby mi to było ostatni raz - Młody dość często słyszy od taty, gdy któreś z trójcy nieświętej coś uwinie niefajnego. Jednak w jego usteczkach zabrzmiało o wiele groźniej niż taty :-)

A brać szkolna w ostatnich dniach żyła  Kermis'em, czyli lokalnym świętem, jarmarkiem. Kermis zaczął się dziś i trwa około tygodnia. Jednak już od kilku dni pod szkołę - centrum wsi - zjeżdżały karuzele, stragany i wszelakie inne atrakcje. Dzieci już przyniosły programy, formularze zgłoszeń do biegów i tp. Doro we wtorek z wielką radochą wyjął kartkę z teczki korespondencyjnej (wszystkie przedszkolaki mają specjalne teczki na korespondencję pomiędzy rodzicami a szkołą, zaś starszaki kalendarze szkolne) i wymachując nią wołał "Będziemy jeść frytki! Będziemy jeść frytki!" Czytam - no faktycznie w piątek przedszkolaki idą na karuzelę i frytki. Gdy mu powiedziałam o karuzeli, to emocje jeszcze bardziej wzrosły. Co dnia zasypiał ze słowem "karuzela" na ustach i budził się z tą samą myślą. Nie bardzo jeszcze wie, ile trzeba czekać na "pojutrze" ani tym bardziej "za kilka dni". Jak dotąd tylko "jutro" udaje mu się umiejscowić w czasie. W końcu się doczekał tego wesołego dnia. Wrócił ze szkoły bardzo zmęczony wrażeniami i rozdrażniony, jak zwykle po dniach pełnych atrakcji i nowości. Jednak, gdy zasiedliśmy do obiadu zaczęło się opowiadanie, jak to Dorcio kręcił sie na karuzeli i Elisa, i Stief, i Amin, i Fadi, i wszystkie dzieci. I juf Jolien się kręcił (u Dora zgodnie z polskimi zwyczajami są dwie opcje - albo ta juf Joliena albo ten juf Jolien, jednak to jest ta juf Jolien). Dorcio siedział na motorze a juf Jolien w autku, iłu-iłu nie było na karuzeli niestety. Tata pytał, czy jedli frytki? - Nie, jedliśmy "frietjes" - odparło nasze dzieciątko.

Starsze też przeżywały jak stonka wykopki, bo skąd wziąśc kasę na te wszystkie atrakcje? Bo w poniedziałek, gdy maja wolne, MUSZĄ Z TYM MAŁYM BĄBLEM SIEDZIEĆ, a WSZYSCY PRZECIEŻ PÓJDĄ NA KERMIS! Się olabidziły, onarzekały ale udało się im w miarę wytłumaczyć, że przed południem to nie wiele się będzie w poniedziałek działo i jak pójdą wpół do drugiej to jeszcze i tak się wybawią, zresztą jest sobota, jest niedziela... Podejrzewam, że już w niedzielę nie będą mieć ani centa z obiecanych 20 euro na łebka. Tyle im tata obiecał w nagrodę za opiekę nad Młodym przez całe ferie i ten nieszczęsny poniedziałek. Skakały jak porąbane, gdy ich zapytał, czy starczy na ten kermis... Poniżej stara fotka z Kermisu, ale następnym razem pokażę jak wyglądały dziewczyny po zejściu z tej szalonej maszyny, bo głównie o Xplosion była zdaje się mowa, kto wsiądzie?, kto będzie się bardziej darł?...
X plosion, pierwsze na liście atrakcji obowiązkowych :-)

A wczoraj jakie wróciły ze szkoły rozemocjonowane... Najsampierw w środę był problem językowy, bo napisali w agendzie, że trzeba przynieść w czwartek "laarzen" w reklamówce. No i dla młodych zagwozdka, czy to gumiaki, czy kozaki? Się uchachałam. Zaczęły prowadzić dochodzenie... Jedna mówi, że Nina mówiła, że nie ma "larzenów". Na co druga odpowiada -No tak, ale przecież ona całą zimę chodziła w trampkach, to skąd wiesz, czy myślała o gumiakach, czy butach zimowych.
W końcu się im kazałam zastanowić,  po co by im kazali buty zimowe przynosić we worku zamiast na nogach? I przypomniałam, że o jakiejś wycieczce było pisane parę dni wcześniej...
No więc rano tylko się kłóciły, kto będzie niósł reklamówę z dwoma parami gumiarów.

Byli nie daleko w lesie. Jednak ciekawe, czy ktoś by wpadł na to co tam robili? Ano łapali w ręce kijanki i maleńkie salamanderki i gdzieś przenosili, oglądali i wrzucali do wody... A Terce wskoczyła na czapkę jedna i się kręciła jak szalona, a temu jedna uciekła, a tamten znalazł taką śliczną, a pan opowiadał o tym , a pan pokazywał takie fajne miejsca, mówił o takich ciekawych rzeczach... Jedna przez drugą opowiadały, co dane im było odkryć w lesie. Nawet wielki foch przeszedł jak ręką odjął. A foch powstał wcześniej w wyniku stracenia przeze mnie cierpliwości... Przez ferie się tak państwo rozbisurmaniło, że prośby i nakazy przestało przyjmować do wiadomości i egzekwować. Chodziło oczywiście o minecrafta, a jakże. Zasada była taka, że gramy w weekendy (znaczy one grają) i ferie. To samo dotyczyło filmów ze wskazówkami do gry na You Tube. No ale po feriach coś się z zasadami porobiło i zaczęto je olewać totalnie. Nawet upomnienie kilkukrotne nie pomogło. Wiedziałam, że ferie to nic dobrego... Przeto płyta z jedyną kopią gry została zarekwirowana, a YT zablokowane całkowicie na komputerze dziewczyn. Moje wkurzenie było tak wielkie, że nawet nie sprawdzałam, czy da się to równie szybko odwrócić, jak dało się zrobić. I czy to ma jakieś skutki uboczne, bo to jakaś drobna modyfikacja pliku systemowego oczywiście wyguglownana na szybkiego. Dlatego powstał foch na matkę i na współlokatorkę, co doprowadziło do wojny słownej między tymi dwoma i delikatnej modyfikacji przestrzeni mieszkalnej. Hm, pościel i pluszaki jednej wraz z zawartością kosza na śmieci utworzyły wielką górę pode drzwiami do pokoju. Zaś majty i skarpety oraz mniej lub bardziej niezidentyfikowane obiekty drugiej uczyły się latać. To był na prawdę duży foch. Ważne, że wspomnienia z wycieczki sprawę ułagodziły i doprowadziły do rozejmu. Ach te dzieci.

Wczoraj miałam kolejne spotkanie z CLB. Miało się ono odbyć już dawno, ale 2 razy było przekładane, z powodu niedyspozycji któregoś z planowanych uczestników. Ostatnio korzystaliśmy z tłumacza przez telefon, gdyż moja znajoma nie mogła przyjść, a teraz CLB zaprosiło tłumacza do szkoły. Co bardzo im się chwali. Nawet się dziwiłam, że Pani pisząc do mnie smsy nie mówi nic o przyprowadzeniu kogoś do tłumaczenia, a to dlatego, że oni postanowili zafundować to ze swojej strony. Wczoraj rozmowa dotyczyła sytuacji obydwu moich córek. Na spotkaniu oprócz mnie, tłumacza i pani z CLB była też dyrektorka oraz trzech nauczycieli, którzy najlepiej znają dziewczyny. Tradycyjnie najpierw sytuację omówili oni w swoim gronie, potem opowiedzieli, co wydumali. W kwestii Zu tym razem było mniej, bo ona już zapisana do nowej szkoły, której przekazano podstawowe problemy Młodej (stamtąd zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami dzwoniono do aktualnej szkoły po info). Pani z poradni przedstawiła w skrócie, jakie informacje przekazała psychologowi, na spotkanie z którym ciągle jeszcze czekamy. Niby powinien zadzwonić niedługo z propozycja terminu pierwszej wizyty. To czekanie jest bez sensu, już prawie zapomniałam, po co mamy iść do tego psychologa w ogóle. Wcześniej bowiem sobie wszystko poukładałam we łbie, tak na świeżo po wysłuchaniu opinii nauczycieli, pani z poradni i poskładaniu tego ze swoją wiedzą na temat dziecka, byłam gotowa na spotkanie z psychologiem, miałam pytania, miałam informacje, własne teorie. Po 2 miesiącach wszystko się jakby rozmazało, wyblakło, straciło na znaczeniu albo nabrało nowych kształtów. Nic to pożyjemy zobaczymy.
Jedną ta szkoła ma prawie z głowy, więc teraz bardziej skupią się na drugiej. Teraz po prawie drugim  roku nauki i obserwacji stwierdzają, że z nl Tesa jest mniej więcej na poziomie końca 3 klasy, z matmy ma do zrobienia materiał z klas 5 i 6, bo teraz chodzi do czwartej na matmę. W związku z powyższym proponują nam do wyboru trzy wyjścia. Pierwsza opcja to cofnięcie Młodej o rok. Druga powtórzenie klasy piątej i trzecia - pójście do szóstej. Nauczyciele stwierdzają, że żadna z tych opcji nie jest idealna, ale wg nich najgorszy wybór to posłanie jej do szóstej klasy. Hm, mamy czas do czerwca, wtedy mamy przedstawić naszą decyzję, co robimy z Młodą. Dla mnie jako matki znającej dosyć dobrze swoje potomstwo (nie mylić ze zrozumieniem i prawidłowym wychowywaniem) jednak to pierwsza opcja jest najgorszą z możliwych. 2 lata różnicy jeśli idzie o wiek, w przypadku tej córki to akurat duża różnica. Druga sprawa to ambicja i duma oraz poczucie własnej wartości. Ona jest istota bardzo wrażliwą i bardzo się stara dobrze zachowywać i dobrze uczyć. Więc co by poczuła, gdyby w nagrodę wysłano ją do 4 klasy z piątej? Dziwię się, że samopoczucia dziecka nie wzięto tym razem pod uwagę, a tylko efektywność nauki podczas przedstawiania zalet i wad takiego czy innego wyboru a tylko jej szanse na dobrą pracę w przyszłości. Choć z drugiej strony, danie nam wyboru to właśnie pewnie przejaw troski o dobro psychiczne dziecka, bo to w sumie rodzic zna dziecko bardziej od tej właśnie strony. Druga kwestia przemawiająca przeciw 4 klasie to 2 polskie koleżanki, w aktualnej trzeciej (za rok czwartej), które raczej szkoły nie zmienią, a z którymi na pewno trzymała by się Młoda co ze względów językowych dla żadnej z nich trzech korzystne by nie było. Rozważamy więc dwie opcje. Po rozmowie z Tesą i jej reakcji, zaczynam skłaniać się ku pozostawieniu jej z ulubionymi koleżankami, czyli jednak mimo wszystko posłanie do szóstej klasy ryzykując nieotrzymanie dyplomu z powodu nieogarnięcia materiału z nl i matmy. Jeszcze mamy czas, będę rozmawiać z Młodą i rozważać wszelakie za i przeciw. Młoda ma też rozmawiać ze swoją panią od nl, bo z wychowawcą nie chce, bo to facet przecie :-) Ja też zresztą będę chciała jakoś pogadać z tą panią na spokojnie, bo to bardzo fajna kobieta jest i chciałabym jej przedstawić mój punkt widzenia i zarazem poznać jej zdanie. Ona już bardzo dobrze zna dziewczyny i ma z nimi świetny kontakt. Właśnie to od niej spróbuję się dowiedzieć, a może też od wychowawcy, czy Młoda ma jakiekolwiek szanse na zdanie egzaminu końcowego, gdyby solidniej niż dotąd zabrała się do nauki.To ostatnie oczywiście zależy od głównej bohaterki tej historii, ale chyba możliwość pozostania ze swoją kochaną grupą mogłoby wpłynąć bardzo, ale to bardzo motywująco na jej chęć do samodzielnej nauki. Bo to raczej ambitna istota. Tak sobie myślę, że może gdyby w okolicy był ktoś polskojęzyczny chętny je pouczyć nl np przez wakacje to było wielce pomocne, ale jak takiego szukać, to już nie mam bladego pojęcia. Z matmą bowiem to chyba same sobie możemy dać radę przy wskazówkach nauczyciela. To na razie ciągle tylko swobodne rozważania i szukanie pomysłu na wybrnięcie z kolejnego problemu. Po wakacjach siostrzyczki zostaną rozdzielone i liczę, że to pozytywny wpływ będzie miało na obie. Jednak znalezienie się w pojedynkę w niderlandzkojęzycznej gromadzie - moim zdaniem - zdecydowanie sprzyja opanowywaniu języka.
Tak czy owak nie lubię - jak chyba każdy - podejmowania decyzji mogących zaważyć o przyszłości moich dzieci. Zwłaszcza w takiej niejednoznacznej i bardzo niepewnej sytuacji jak w tym momencie. Bo żaden wybór nie gwarantuje sukcesu, a każdy może okazać się fatalny w skutkach za kilka lat.
Jako się rzekło - mamy czas. Sama też muszę dla siebie coś wybrać jeśli idzie o naukę własną. Nie będę ukrywać, że nauka niderlandzkiego raz w tygodniu, do tego w tak licznej grupie w jakiej jestem to dla mnie trochę marnowanie czasu. Jakby nie patrzeć, mam swoje lata i chciałabym jeszcze postarać się o inny zawód niż pomoc domowa, bo szczyt moich marzeń to to nie jest. Zwłaszcza, że sprzątanie to nie jest to, co tygrysy lubią robić w ogóle (już o najbardziej to nie ma mowy). Jednak potrzebuję się naumieć niderlandzkiego bdb i choć trochę francuskiego. Metodą raz w tygodniu to do usranej śmierci mi zejdzie. Szukam więc alternatywy. Pierwszym pomysłem było rozpoczęcie przynajmniej kursu francuskiego i kontynuowanie nl w tej samej szkole. Jednak zaczęłam szukać i pytać i trafiłam m.in na Mechelen (20 min pociągiem), gdzie są zajęcia 2 i 4 razy w tygodniu. Cztery razy to marzenie raczej, bo zajęcia od 13-16 i nawet jakbym godziny pracy przełożyła (raczej bez problemu), to Młody musiał by po 9 godzin siedzieć w szkole. Nie będę realizować osobistych fantazji kosztem dobrego samopoczucia dziecka. Bo wiadomo, że po powrocie musiałabym jeszcze ogarnąć chałupę i dla dzieci czasu zabrakło by zupełnie, a w moim wieku to też zmęczenie i stres. Więc bardzo poważnie myślę o wieczorach 2 razy w tygodniu plus 1 w tygodniu francuski tutaj o ile dni kursu, by się nie pokrywały. Internauci podpowiedzieli mi jeszcze m.in. podejście do 'Huis van het Nederlands".
 Gdzieś tam we wstępnych poszukiwaniach czegoś na temat nauki języka rzucił mi się na oczy ten 'dom niderlandzkiego', ale wówczas moja znajomość tego języka nie pozwoliła mi zrozumieć z czym się to je. Potem sąsiadka poleciła mi moją aktualna szkołą i się więcej nie interesowałam, bo i po co. Aż do teraz. Po podpowiedziach rodaków wyguglowałam jak zwykle, poczytałam na spokojnie i się dowiedziałam, że są takie jakby domy kultury dla obcokrajowców, gdzie można uzyskać pomoc w kwestii szukania np kursu, szkoły etc. O ile dobrze, to wszystko rozumiem. W Antwerpii jest jakiś Atlas i tam pewnie zajrzę, bo to blisko Dworca. Może tam mi powiedzą, gdzie mam jeszcze szkoły językowe i jakie są tam godziny, bo takie szukanie po poszczególnych prowincjach, miastach, gminach, gdy nie ma się obcykanej mapy BE, to jak szukanie igły w stogu siana.

Póki co to jednak ciągle tylko moje ambitne plany na przyszły rok szkolny, które mogą pójść w rozsypkę po byle pierdnięciu losu. Jednak marzenia są za darmo, a które z moich się uda zrealizować, to czas pokaże.

19 kwietnia 2015

kolejny kawałek Antwerpii obejrzany

Kilkanaście dni temu mieliśmy sprawę do załatwienia za Antwerpią. Trasa nasza wiodła przez okolice portu. Młody co raz wykrzykiwał, co widzi za oknem - Patrz woda!... Patrz zamek!... Mama, tata! tram! tram! tram!.... Ma-ta! patrzcie wielki dźwig i iłu-iłu (czytaj: straż, pogotowie albo policja). - Cały czas coś było wartego patrzenia i podziwiania, ale w pewnym momencie wjechaliśmy na most... Wtedy dał się słyszeć wrzask: "Zatrzymaj auto! Zatrzymaj auto! Statki! Wysiadam! Chcę wysiadać!... ZATRZYMAAAAJ AAAUTOOO!" Młody się wnerwił na grandę, bo ta droga niestety nie z tych, na których można się zatrzymywać i wysiadać kiedy się zachce. Na szczęście dało się go przekonać, że dziewczyny były by bardzo smutne, gdyby nie mogły obejrzeć z Niuniem statków i że przyjedziemy następnym razem z dziewczynami. Dziś obietnica została spełniona.

Obejrzeliśmy sobie więc wodę, parę statków i trochę rynku. W tamtej okolicy Antwerpii ze 3 dni by było co oglądać i fotografować, ale co niektórzy mieli dość po kilku godzinkach zaledwie - cieniasy. Ja tam mogłabym do nocy zostać z aparatem, łazić, zaglądać w każdy kąt i zbierać fotograficzne pamiątki.

Bez zbędnej pisaniny pokażę Wam po prostu, co widzieliśmy dziś. Pogoda dopisała, więc zdjęcia w miarę ładne, choć dalekie od profesjonalizmu, przeważnie robione szybko, bo reszta rodziny należy do wyznających zasadę "byle naprzód...".

.