12 lutego 2016

Dom na obczyźnie. Część I. Wywiad


Jakiś czas temu zapowiadałam, że spróbuję wyciągnąć do tablicy moich czytelników a z czasem może i inne osoby, które spotykam na swojej życiowej drodze. Pomyślałam sobie bowiem, że dobrze było by się czasem bliżej zapoznać z opiniami innych, zanim człowiek się wypowie na jakiś temat, fajnie jest też móc skonfrontować swoje przemyślenia ze spostrzeżeniami innych osób będących w podobnej sytuacji albo i całkiem odmiennej. 
Chodzi mi po głowie kilka takich tematów, gdzie wywiad wydaje mi się wręcz nieodzowny.

 Zaczęłam od dość trudnego - zdaje się - tematu. Jednak nie bez kozery. Postanowiłam, że pierwsze moje wywiady będą się wiązały z tytułem bloga, który niektórym rodakom wydaje się niestosowny. Twierdzą oni bowiem, że dla Polaka kraj inny niż Polska domem być nie może. Ja - jak wiadomo - uważam inaczej. Dla mnie Belgia jest domem na dzień dzisiejszy. Pisałam już o tym kilkakrotnie, jednak ciekawa jestem, czy znajdzie się ktoś jeszcze, kto uważa podobnie. Spróbuję się tego dowiedzieć, choć podejrzewam, że często odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Druga kwestia dotyczy moich umiejętności dziennikarskich, a raczej ich braku. Postanowiłam jednak nauczyć tego tak jak większości rzeczy, które dziś umiem, czyli metodą prób i błędów. Przeto  raczej nie spodziewajcie się rewelacji na początku. 

Poznaliście już wspomnienia i uwagi moich dzieci. Pora na dorosłych.

Pierwszą osobą, która zgodziła się podzielić ze mną i z wami swoimi wspomnieniami z przeprowadzki i spostrzeżeniami na temat  bieżącego życia na emigracji jest Agnieszka, która również mieszka w Belgii a od jakiegoś czasu w wolnych chwilach zagląda na mojego bloga . Wywiad był okazją (choć bardziej przyczyną niż skutkiem) by się spotkać i poznać osobiście.
Dziękuję niniejszym za miłe spotkanie. Młody jest szczęśliwy, że poznał nowych kolegów :-)





M:  Jak długo mieszkasz w Belgii i co sprawiło, że podjęłaś decyzję o wyjeździe z kraju?

Agnieszka: Już zleciało 8 lat odkąd mieszam w Belgii. Mąż jest tu prawie 10. Dzieci nasze urodziły się tutaj. Mamy dwóch chłopców w wieku 5 i 7 lat. Przez pierwszy rok mieszkaliśmy w Brukseli, a w przypadku męża 2 lata.

Rok przed przyjazdem otworzyłam ze wspólniczką  fitness dla pań pod Warszawą, gdyż długi czas była to moja branża.   Dla mnie priorytetem zawsze była rodzina, dlatego, skoro mój partner był tutaj,  i ja w końcu postanowiłam dołączyć.  Po roku zostawiłam nasz klub i wyjechałam. Klub w Polsce prosperuje do dziś pod okiem koleżanki. Trochę to śmieszne, bo nagle ze stanowiska właściciela wskoczyłam na salę w Brukseli. Jednak  dzielnie pracowałam i czułam się  fajnie, bo jeśli ma się pasję, to stanowisko w niczym nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie.
 Mam też drugi zawód - pedagog nauczyciel klas 1-3, też uwielbiam, ale miałam tylko znikome chwile, żeby pracować po studiach w tym zawodzie. Jedynie 2 lata. Potem  pochłonęła mnie pasja i rozwijanie się w innym kierunku. Potem Bruksela, rodzili się nasi chłopcy, przeprowadzka z francuskojęzycznej Brukseli do części flamandzkiej.

M: Zostawiłaś wszystko w Polsce dla faceta, by być razem i założyć rodzinę? Pamiętasz, jakie emocje towarzyszyły Ci przed wyjazdem?

Agnieszka: Tak, główny powód emigracji to chęć posiadania rodziny. Wyjazd zapamiętam chyba do ostatnich swoich dni -  wyprowadzka i pakowanie całego swojego życia na raz, plus psa i nas dwoje, do trzydrzwiowej „Yariski. Wyglądało to komicznie, gdy dopakowywaliśmy wszystko,  każdą wolną dziurę zapychaliśmy jakimś drobiazgiem,  a potem droga,  podczas której pies wybrał sobie miejsce tuż pod samym dachem i zerkał przez okno, gdzie ja jadę. Hmmm… no i oczywiście sławetny  ulubiony wełniany gruby koc o wymiarach dwa na dwa, który niestety nie zmieścił się do auta i zawisł na pobliskim ogrodzeniu z kartką. Niech służy teraz innym.

M: Mieszkaliście w dwujęzycznej stolicy, teraz w niderlandzkojęzycznej Flandrii. Jak u ciebie ze znajomością języków obcych? Dogadujesz się z Belgami?

Agnieszka: Moja znajomość języków jest bardziej skąpa,niż mojego męża biegle władającego już czterema. 7 lat temu podjęłam naukę francuskiego i jak tylko wybieram się do Brukseli, to zakupy jestem w stanie zrobić w tym języku spokojnie, reszta gdzieś umknęła i wymaga repety. Niderlandzki w kwestii komunikatywnej umożliwia kontakty z sąsiadami, znajomymi i szkołą a  wcześniej też w pracy, ale w domu jest polski, bo tak się lepiej czujemy i nie wydziwiamy w mówieniu do dzieci w innym języku niż nasz ojczysty. Telewizję oglądamy w języku niderlandzkim, ale oczywiście wolimy po polsku, bo wtedy nie wymaga od nas głębszego myślenia, tylko umila czas. Radio to takie tylne drzwi do wprowadzenia języka :)



Mechelen. Widok z wieży*



M: Pamiętasz swoje początki na obczyźnie?  Co cię najbardziej zaskoczyło, zdziwiło, przeraziło, rozbawiło?

Agnieszka: Czego nie zapomnę? Hm… jedni sąsiedzi sami podali pierwsi rękę, gdyż chcieli wiedzieć, co za paczworkowce się obok wprowadzają :) Do dnia dzisiejszego są prawie jak rodzina. Inni potrzebowali 6 miesięcy, żeby zacząć odpowiadać „Dzień Dobry”. My jednak nie rezygnowaliśmy i swoja kulturę osobistą próbowaliśmy okazywać. Później się  okazało, że  ten typ Belga tak ma, że potrzebuje czasu do przekonania się, że i ten  sąsiad może okazać się "przyjazny dla otoczenia” :) Słyszałam nie raz i się potwierdza, że jeśli chcesz się zaprzyjaźnić z Belgiem, idealnie wychodzi to pocztą pantoflową :)

Pierwsze miesiące to poznawanie, obcowanie z kulturą i zwiedzanie, co najbardziej nam się podoba i podobało od początku. Wtedy czujemy się jak turyści i staramy się z tego nie rezygnować. Los nam dał pobyt tutaj, więc czerpiemy i bierzemy wszystko, co nam daje, garściami :)

M: Czy macie w planach (bliższych lub dalszych) powrót do Polski?

Agnieszka: Wrócić do Polski? Wiele osób nas o to już pytało i pyta. Nigdy nie mówimy nigdy. Nie wiadomo, co los nam jeszcze przyniesie,  nie wykluczamy takiej ewentualności.

M: Czy jest w takim razie coś, czego brakuje Wam na obczyźnie?

Agnieszka: Czego nam brakuje tutaj? Większego grona naszej rodziny. Doceniamy ich istnienie, kiedy nie mamy tego na co dzień – ciotki, babci, dziadka, mamy, taty, a także  koleżanek i kolegów.




Mechelen*



M: Co ci się podoba, a co irytuje w tym kraju?

Agnieszka: Podoba mi się służba zdrowia, że np.  nie konieczne jest stanie w kolejce na USG czy inne badanie u specjalisty.

Na początku  denerwował mnie brak otwartych sklepów w niedzielę albo że w tygodniu są czynne tylko do 18-tej. Teraz wręcz przeciwnie - dziwi mnie w drugą stronę, tzn  sytuacja w Polsce, bo kiedy ci ludzie tam mają odpoczywać,  czy mieć czas wolny?! 

Irytuje mnie ciągle umawianie się do fryzjera. Mój ulubiony fryzjer pracuje tylko w piątki i soboty, więc telefon mogę wykonać tylko w te dni i  najczęściej jest „vol” [pełno], więc wizyta moja przedkłada się na za tydzień, ale to kwestia organizacyjna , więc działamy z agendą :)
M: Temat, który budzi czasem zażarte dyskusje w Internecie. Jak postrzegasz rodaków, których spotykasz zagranicą?

Agnieszka: Inni Polacy…? Noo, bywa to różnie… Dziwne, bo obserwując inne nacje widzę coś zupełnie przeciwnego, oni sobie radzą świetnie łącząc się w grupy społecznościowe i widać, że dobrze im z tym. W grupie pewniej i raźniej, i więcej można wynieść dla siebie i innych. Zaś w naszym przypadku jest inaczej. Grupy Polaków są raczej sporadyczne, ostrożne. Hmm myślę, że są to uwarunkowania społecznościowe. Wywodzimy się z różnych grup społecznych, a ciężko wywnioskować, kim kto się okaże, skąd pochodzi itd.

Taki przykład. W pierwszym roku zamieszkiwania we Flandrii, gdy mieliśmy auto jeszcze na polskich numerach rejestracyjnych i nie dało się ukryć kim jesteśmy :), nagle pojawił się na budowie koleś, który zapukał do naszych drzwi. Ja sama z małym dzieckiem, a on snuje opowieści gdzie on nie był w Polsce i co nie robił, i ile "siedział", i dlaczego? Na pierwszym spotkaniu z obcymi ludźmi!  Na szczęście remont i budowa szybko się skończyła :) 

Inni znajomi tak. Jest nas kilka dziewczyn, które mieszkamy obok siebie. Dziewczyny mają partnerów z różnych krajów, więc jest towarzystwo multikulti,  ale jest miło i sympatycznie. Staramy się kultywować spotkania raz w miesiącu, wtedy wychodzi jeden wielki rozgardiasz. Każda, przekrzykując drugą, opowiada przeżycia, bieżące sytuacje rodzinne i historie z pracy. Jest miło i wesoło. W grudniu na przykład tematem wiodącym były ozdoby choinkowe. 

M: Jesteś rodzicem. Jak oceniasz tutejszy system szkolny?

Agnieszka: Szkołę śledzę uważnie cały czas i odbieram bardzo pozytywnie. Jak wspomniałam - miałam w Polsce kontakt ze szkołą, mam też w rodzinie nauczycieli. System całkowicie odmienny. Jednak to temat szeroki jak rzeka.

M: Zgadza się i myślę, że w przyszłości szkole i  dzieciom poświęcę osobny temat. A urzędy?

Agnieszka: Urzędy? Tutaj jest biurokracja, ale gdzie jej nie ma? Wydawałoby się, że w Polsce jest duża,  ale po dłuższym obcowaniu z tutejszymi belgijskimi  urzędami ten pogląd się zmienia. Tu jest o wiele większa biurokracja.

M: Co myślisz o możliwościach spędzania czasu wolnego, rozwijaniu zainteresowań i rozrywkach?

Agnieszka: Jest tu trochę tego, ale trzeba już być w temacie językowym. No i kwestia chęci, bo  mało informacji jest, trzeba się wgłębić i poszukać. Czasami jakieś koszty są, ale często minimalne. Dla chcącego nic trudnego. 

M: Każdy kraj ma inna kuchnię. W Belgii również jada się inaczej niż w Polsce. Jak smakują ci belgijskie potrawy?

Agnieszka: Hmm jedzenie… Wszystko się zmienia. Teraz u nas trend zdrowa kuchnia, więc szerokie pole do popisu, ale trzeba było i popróbować tych tradycyjnych potraw. Np sławetne ciasto francuskie z kurczakiem, gulasz wołowy czy szynka zawijana z cykorią w sosie beszamelowym.  
No i piwa pierwsza półka. Albo likier noworoczny z płatkami kwiatów mmmm.

M: Mieszkasz tu już kilka lat, poznałaś trochę ten kraj, jego obyczaje, historię, znasz kuchnię i dogadujesz się z tubylcami. Czy możesz powiedzieć dziś, że Belgia jest twoim domem?

Agnieszka: To też temat do szerszej dyskusji. Często na ten temat myślę. Im dłużej tu jesteśmy i gdzieś wyjeżdżamy, tym bardziej wracamy DO DOMU, bo dom, to miejsce, gdzie jesteśmy my i nasza najbliższa rodzina. A z drugiej strony, gdy bywamy w Polsce, to z roku na rok podczas wyjazdu stamtąd jest trudniej i czas - choćby były to dwa, czy nawet trzy tygodnie pobytu - zawsze będzie za krótki  chociażby o ten jeden dzień i łezka też będzie…

Moja ciocia była w Grecji z rodziną lat dwadzieścia -  kawał czasu i zawsze czuła się podzielona i zawsze była pomiędzy. Sytuacja zmusiła ją do powrotu do kraju i rozpoczęcia po 50tce znowu życia od początku…

Nigdy nie wiadomo, co los nam przyniesie. Więc należy cieszyć się dniem i spełniać go  nie odkładając niczego na później.

M: Pod tym ostatnim zdaniem podpisuję się obiema rękami i nogami. Dziękuję serdecznie za  rozmowę.




 Podczas naszego spotkania dowiedziałam się, że Agnieszka też bloguje od czasu do czasu. O życiu codziennym w Mechelen dowiecie się sporo z jej bloga


https://mechelenart.wordpress.com/

Natomiast miłośnikom fitnessu i zdrowego trybu życia polecam ten:

https://aagnessfit.wordpress.com/




"Dom to miejsce, gdzie jesteśmy my i nasza najbliższa rodzina" jak mówi Agnieszka, czyli w sumie wszystko jedno gdzie, byle razem, bo rodzina jest najważniejsza. 

W najbliższym czasie opublikuję kolejne rozmowy. Myślę, że mogą być one wielce przydatne dla tych, którzy właśnie stoją przed decyzją o emigracji albo już takową podjęli i mają pełno obaw przed jej realizacją. Czyjeś doświadczenia i przeżycia, zwłaszcza te zakończone ostatecznym zadowoleniem mogą bowiem dodawać sił i motywacji w walce z własnym losem. 

Będę wdzięczna za wszelakie uwagi na temat wywiadu. Dajcie znać (i nie przez machanie chusteczką ani potakiwanie tylko poprzez napisanie komentarza lub mejla), czy wam się podoba lub nie podoba ta nowość na moim blogu. Poznam też chętnie konstruktywne uwagi na temat ewentualnych popełnionych przeze mnie  błędów w pisaniu wywiadu, bo ja serio chcę się tego nauczyć. 


 
*) Zdjęcia zamieszczone w tym poście wykonała moja rozmówczyni.

Więcej zdjęć Agnieszki najdziecie tu: https://www.instagram.com/mechelenart/ 

 

11 lutego 2016

Ja to się kiedyś zabiję albo utopię

Dziś pragnę przedstawić wam jak bardzo niebezpieczną mam pracę. Nie, wróć! Nie pracę. Drogę do pracy. Dojeżdżając rowerem, człowiek ryzykuje życie.

Parę dni temu skończyłam pracę, wsiadłam na rower, zasuwam do domciu, a tu nagle skończyły się zabudowania i pojawił się wiatr. No. Wylądowałam w porach. Wiecie - takie warzywo na polu. Pomyślałam tylko, że to mógł być ten głęboki rów wyłożony kamieniami, który jest parę metrów dalej. Piździło wtedy bez opamiętania. Potem jeszcze kilka razy musiałam zeskakiwać z roweru i pchać, bo jechać się nie dało. Masakra jakaś z tym wiatrem belgijskim.

Dziś było jeszcze lepiej. Ferie są, więc mam dużo czasu. Ha! Ha! Nie budzę Młodego. Pozwalam mu się wyspać ile wlezie, bo tyle spokoju ma człowiek, a potem na szybciora robię te kromki z czekoladą, szynkąmargarynką, z kakao, te herbatki malinowe, kakao bananowe z "lózową lulką" czy co tam sobie król zażyczy. Czym prędzej przebieram go z piżamy. Wybiegam z domu łapiąc jakąś czapkę, rękawiczki i zasuwam do roboty.

Dziś rano była piękna pogoda - słońce, zero wiatru. Miód malina sztuczne pszczoły. Taka byłam uchachana, że pierwszy raz od 2 tygodni nie zajadę do pracy mokra, że zasuwałam na tym bike'u prawie 30 na godzinę. Z tej radości nie skojarzyłam prostych faktów:

przymrozek + 2 tygodnie deszczu + las = ślizgawka

Jeszcze mi się zachciało pokazywać, w którą stronę będę skręcać na skrzyżowaniu.... To był piękny drift i ziuum na asfalt. Szlag, odblaskową kurtkę przeciwdeszczową sobie podarłam, gdy przejechałam łokietkiem po asfalcie, łokietka też jakby trochę. Ważne że w rower nic się nie stało. Czym prędzej się pozbierałam, bo ludzie chcieli jechać dalej. Jakiś facet w aucie się tylko zapytał, czy wszystko w porządku. Taa luzik spoko majonez po prostu. No dobra, jadę dalej, nauczona rozumu ostrożniej na zakrętach. Jadę, jadę kilometr, dwa, sześć, nagle widzę z daleka ten oto napis:

WATERSNOOD (powódź). Fajnie, teraz się jeszcze mogę utopić.


No ale widzę jakiś szkut z przeciwnej strony na góralu zaiwania to co, ja nie przejadę? JA?! Przeco nie będę szukać objazdu rowerem, bo tam większość dróg rowerowych będzie zalanych, a jak nie zalanych to bagnistych. Jednak wolę przeleźć przez wodę w adidasach niż wpieprzyć się w jakieś. błoto. Nie mam całego dnia i tak już późno jest. Przejechałam. Buty i portki do kolan wyprane, ale fajnie było :-)

Poniższe zdjęcia zrobiłam po południu wracając, wtedy już woda spłynęła trochę i auta przejeżdżały. Dlatego trzeba było wyłapać moment, by nie zaliczyć prysznica jadąc chodnikiem, bo to dopiero musiało myć mega doświadczenie :-)

Robiąc zdjęcia zauważyłam, że jakieś cykory w obcisłych, sztuk 7, zawróciły przed zaporą. Faceci. Pomyślał by kto.



9 lutego 2016

Dzieci mają głos.


Gdy przygotowywałam pierwsze pytania do mojego blogo-wywiadu, nadeszła Młoda i zapytała co piszę. Odpowiedziałam i od razu zapytałam, czy ona jako pierwsza zechce odpowiedzieć na kilka pytań. Chciała, a jakże by inaczej. Potem dopytałam drugiej mojej panny, która też dodała parę słów od siebie.  Powiem szczerze, niektóre odpowiedzi mnie zaskoczyły, ale też uświadomiły różnicę pomiędzy postrzeganiem świata przez nas starych i dzieci.

Niech więc  ten oto wywiad z moimi pociechami będzie wstępem do cyklu. Dziewczyny odpowiadały spontanicznie bez większych przemyśleń, a ja zanotowałam, co usłyszałam.

 Jak wspominacie naszą przeprowadzkę do Belgii? 

T. Mi już się nie podobała pierwsza przeprowadzka do miasta, bo już wtedy mieliśmy za daleko do naszej rodziny, do babci, ciotki i kuzynki. Bo my się bez przerwy gdzieś przeprowadzaliśmy. Rodzice się nie mogli zdecydować na jedno miejsce do mieszkania :-) 
Większą część podróży do Belgii to ja sobie spałam z tyłu samochodu przykryta kocem. Mieliśmy też dobre ciastka i inne pyszne rzeczy do jedzenia i picia. Poza tym nie pamiętam nic ciekawego.

Pamiętacie coś szczególnego z pierwszych dni w Brukseli?

T. Mieliśmy bardzo dużo placów zabaw koło domu. Szkoła była bardzo daleko. Była okropna i głupia. Warunki niestosowne do pracy – dzieci non stop krzyczały na lekcjach. No i ten okropny język francuski. Nie znoszę tego języka.

A i jeszcze te skrzeczące, rozdarte ptaszyska, które się darły w naszym ogródku, takie zielone papugi, które zeżarły nam czereśnie. Nie polecam nikomu Brukseli.
Dużym plusem był wielki ogródek. Mieliśmy tam nawet drzewa owocowe  i porzeczki.
Z. Dziwne było to, że dzieci z tamtej szkoły nie umiały w ogóle rysować, w piątej klasie rysowały jak zerówczaki.
Grote Markt van Brussel (Wielki Plac)

 Jest w Belgii coś niezwykłego, czego nie znałyście z Polski?

T. Pierwszy raz zobaczyłam czarnoskórych ludzi, a niektórzy mieli dziwne ubrania i chodzili w jakichś ręcznikach na głowie i wszyscy mówili w języku, którego nie rozumiałam w ogóle. No teraz już trochę rozumiem po francusku i pewnie bym się z nimi dogadała, ale wtedy było to dziwne.

W naszej pierwszej  szkole na podwórku były kury, to było śmieszne, i one miały imiona, można je było karmić i zbierało się od nich jajka.  

Na przerwy tu musi się iść na podwórko, a w Polsce nie wolno wcale wychodzić ze szkoły. To też na początku było trochę dziwne.

Zapamiętałyście coś szczególnego z pierwszych dni w nowych szkołach tu we Flandrii?

T. W pierwszy dzień nie chciałam iść do szkoły. Stresowałam się. A jak przyszłam do szkoły, to cała klasa czwarta do mnie przybiegła i o coś pytali. Pytali, a ja nic nie rozumiałam. Potem zaprowadzili mnie do klasy, a Yushin z Lotte mnie oprowadzały po szkole i się wygłupiały, bo tłumaczyły mi na migi i przez pokazywanie, co jest gdzie. To było fajne.
Zdziwiła mnie biblioteka przy samym wejściu, przez którą codziennie się przechodzi. I że kanapki nosi się w pudełkach a nie w papierach jak w Polsce.
 A i jeszcze w pierwsze dni to najgorzej się było z kółka wydostać, bo wkoło nas się wszyscy gromadzili, a człowiek może dziwnie się czuć, gdy się tak wszyscy na ciebie patrzą, jakby ci się coś do zębów przykleiło. Mi się to w sumie podobało, bo to fajnie być popularnym, ale siostrę to denerwowało trochę.
Na początku musiałam się przede wszystkim zapoznać z innymi. Koledzy nosili w pierwsze dni karteczki z imionami, ale ja czytałam ich imiona po polsku np RHUNE czytałam tak jak było napisane, a to się wymawia [ryne], ale jak widziałam, że robią dziwna minę albo się śmieją, to wiedziałam, że coś jest nie tak. Poprawiali mnie oczywiście.

A teraz? Dogadujesz się już bez problemów? 

T. Teraz już się dogaduję, ale czasem jeszcze się zdarza, że ktoś mówi coś, czego nie rozumiem, ale wtedy się pytam, co to znaczy i nauczyciele albo inne dzieci mi tłumaczą. Czasem jak nie potrafią mi wytłumaczyć, to lecą  do kompa i szukają obrazka w internecie. :-) A czasem jest tak, że jest jakaś lekcja i nauczyciel coś gada i gada, co chwilę pytając czy wszyscy rozumieją. I  jak temat jest taki, że wszyscy powinni to wiedzieć, to każdemu głupio się zapytać nauczyciela i przyznać, że się nie zrozumiało i wtedy wszyscy patrzą na mnie takim proszącym wzrokiem "no weź się zapytaj, no weź się zapytaj", bo ja jestem z obcego kraju i nawet jak nie wiem rzeczy, które już przedszkolaki wiedzą, to nie jest takie dziwne. I jak się wtedy zapytam i nauczyciel jeszcze raz dokładnie wytłumaczy to reszta się cieszy.

Belgijska szkoła różni się trochę od polskiej. Możesz podać jakieś przykłady?

T. Różni się prawie wszystkim. Nie wolno do szkoły przychodzić w dresach. Chyba że jest dzień sportu, to wtedy trzeba. Nie zmienia się butów.
Z: Belgijska szkoła jest ciekawsza i fajniejsza od polskiej, wszyscy nauczyciele są mili i sympatyczni, a na lekcjach robimy bardzo dużo interesujących rzeczy.

 Co najbardziej lubicie w waszych szkołach?

Z. Oczywiście technika i plastyka oraz matematyka. U nas na matmie jest fajnie. Nauczycielka zadaje czasem zadania takie skserowane na kartkach i jak ktoś zrobi wszystko, to zanosi pani do sprawdzenia i jak wszystko ma się  dobrze, to można sobie wziąć cukierka, a niektóre są pychota mmmm.
Ciekawie jest też na PO (plastyka) i technice, bo na tych lekcjach można, a nawet trzeba, często chodzić po całej klasie, bo robimy przecież  różne rzeczy, no i wszyscy hałasują zwykle. Więc nauczyciel na początku lekcji każdemu daje po 3 kamienie i jak ktoś wyjątkowo źle się zachowuje, np drze się za bardzo, przeszkadza innym albo łazi jak głupi po klasie bez celu itp to nauczyciel zabiera mu jeden kamień. Gdy na koniec lekcji ktoś ma wszystkie kamienie, dostaje słodycza, a jak by nie miał wcale, to dostanie uwagę do agendy. Jak wiadomo trzy uwagi to wzywają rodziców.
T. Najbardziej lubię zajęcia z dramy, bo jestem w tym dobra, ale są najwyżej raz na miesiąc. Poza tym nuda raczej.


 (do Młodej) Chodzisz na zajęcia z baletu. Czy poleciłabyś te zajęcia innym dziewczynom?
Tutaj każda dziewczyna chodzi na jakieś zajęcia – albo na balet, albo na taniec, albo na instrument więc nie ma co polecać haha. Balet jest fajny. Jest co porobić w wolnym czasie, można poznać nowe koleżanki i ma się nowe fajne hobby.

Czy chciałabyś spotkać się z dawnymi polskimi koleżankami i kolegami tymi z Polski? 

T. No pewnie, fajnie by było ich zobaczyć i pogadać. Chciałabym poznać te dzieci, które doszły do mojej klasy, gdy ja wyjechałam.
Z. Nie.

Brakowało wam lub brakuje czegoś z Polski?

T. Brakowało mi chipsów „maczug” i "chitosów" oraz naszych pluszowych królików, które zostały w Polsce w piwnicy. Całe dwa wory naszych pluszaków!!! Rodzice stwierdzili, że się nie zmieszczą do auta. 
A rodziny to brakowało mi już w Nisku, bo było do nich 2 godziny jazdy i nie jeździliśmy często, bo nie było pieniędzy. Oni też nie mieli, żeby przyjechać.
Z. Brakuje mi wolności, czyli np łąk, po których można łazić. Tu wszystkie pastwiska są ogrodzone, nie ma gdzie pójść. Czasem mnie wkurza, że w Belgii nie można sobie kupić pojedynczych lodów w sklepach, tylko całe paki, a na co mi od razu 6 lodów jak mam ochotę na jednego?

tak wygląda podkarpacka "wolność" - tego to i mi brakuje :-)

Czy chciałabyś wrócić do Polski na zawsze? 

T i Z. Na zawsze raczej nie. Pojechać na wakacje TAK.

Powyższą rozmowę zaczęłam z dla hecy, ale okazuje się, że poprzez taką zabawę rodzic może się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o swoim dziecku.
 Dowiedziałam się przeto, że moim dzieciom najbardziej brakuje na obczyźnie polskich chipsów, ulubionych pluszaków i wolności w postaci łąk, na których można poganiać, poleżeć lub poobserwować życie owadów. A czego brakuje dorosłym? Zajrzyjcie tu w weekend, a może się dowiecie...


5 lutego 2016

UWAGA! Blogowanie wznowione!

Ferie rozpoczęte, więc zgodnie z obietnicą wystukam słów parę.

przedwiośnie w Belgii
Chwilę DŁUGĄ mnie nie było, więc pewnie z połowa z czytelników się wkurzyła i poszła w diabły. Mam jednak nadzieję, że ze dwóch zostało. Tak czy owak wracam do pisania.


Ostatni miesiąc w  skrócie wyglądał tak...

Rok 2016 rozpoczął się bardzo sympatycznie. W pierwszym tygodniu wpadła do nas niespodziewanie sąsiadka z prezentami noworocznymi dla wszystkich. Tutaj - gwoli wyjaśnienia - jest w zwyczaju obdarowywanie się prezentami z okazji Nowego Roku. W każdym razie sąsiedzi stwierdzili, że my mamy rodzinę daleko i się z nimi nie możemy spotkać, więc postanowili kupić dzieciom "drobne"  upominki. No i tak wpadła sąsiadka zaraz z rana (młode jeszcze w piżamach były) z tymi paczkami kolorowymi, podziękowała za kartkę z życzeniami (pisałam poprzednio o tym) wyściskała wszystkich, złożyła życzenia... Przez chwilę nie wiedzieliśmy, co powiedzieć - z tymi sąsiadami tylko w zasadzie wymieniamy pozdrowienia i czasem tam przy drodze 2 słowa zamienimy. Ale takich właśnie mamy tutaj sąsiadów. Szalonych, wesołych, niesamowitych. I jak tu nie kochać Flandrii?

Przez ostatnie tygodnie w sumie wszystko było po staremu, czyli nie było czasu narzekać na nudę, cały czas coś ciekawego się dzieje wokół. Chwilami to nawet nie ma czasu, by się po tyłku poskrobać. 

Nie blogowałam, ograniczyłam drastycznie korzystanie z internetu, głównie do odpowiadania na wiadomości z poczty i fb oraz nauki, ale mimo to nie odczułam jakoś zbytniego przyrostu wolnego czasu. Starałam się jak najczęściej pracować w Młodymi, ale to w planach było łatwiejsze, niż jest w rzeczywistości. Szkoła, praca, gotowanie zajmuje nas wszystkich od rana do 16.30-17.00. Potem zajadamy obiadokolację. Po prawie 8 godzinach w szkole dzieci muszą mieć z godzinkę czasu na odpoczynek, tv, muzykę, poleżenie, pogadanie. Przez dwa dni ja zaraz po obiedzie, czasem nawet nie zdążę zjeść, tego co upitrasiłam, jadę na niderlandzki, po czym wracam przed północą. Zostaje 5 dni. W piątek robimy tygodniowe zakupy. Potem to już tylko mycie i spanie. Zostaje 4 dni. W weekend faktycznie udaje się przysiąść, przejrzeć smartsschool, agendę, podręczniki, coś powtórzyć, wytłumaczyć, doczytać. Te dwa pozostałe dni, jak się uda. Bo jeszcze balety, wypadki różne, choroby, zakupy butowo-odzieżowe - przy trójce dzieci zawsze coś się ukoci.

praca Najstarszej
Zauważyłam, że nawet te kilka godzin w tygodniu ma pozytywny wpływ. Ja przyswoiłam sobie sporo nowego słownictwa, np z zakresu anatomii zwierząt i ludzi oraz procesów życiowych - bardzo przydatna wiedza. Młoda nabrała odrobinę pewności siebie i odczuwam, że jest zadowolona z tych wspólnie spędzanych chwil, gdy ma matkę tylko dla siebie (moja uwaga jest w większej części skupiona na niej, z wyjątkiem chwil, gdy próba zwrócenia uwagi na siebie w końcu się młodszym draniom udaje i muszę wygłosić odpowiednie kazanie, którego sąsiedzi w promieniu 5 km mogą wysłuchać pewnie). Mając trójkę dzieci i męża oraz masę innych zobowiązań, zwykle trudno wygospodarować odpowiednią ilość czasu dla każdego z osobna, a oni wszyscy tego potrzebują przecież i gdy skupiamy się za bardzo na jednym, reszta czuje się pokrzywdzona. Do tego taka matka czasem też chce mieć krótką (a czasem dłuższą) chwilę dla siebie, o co najczęściej już cała reszta z piątki miewa mniejsze lub większe pretensje, niektórzy nawet je okazują dość wyraźnie. Matki nie można też ani na chwilę tracić z oczu, zaraz jej trzeba szukać i dopominać się natychmiastowego powrotu na swoje miejsce.

Odpoczynek od blogowania i internetu wjednakże pozwolił mi się trochę zdystansować do pewnych spraw i nadać na nowo właściwą kolejność poszczególnym rkwestiom w moim osobistym życiu.

Najstarsza jako postać z kreskówki - autoportret na plastykę :-)
Najstarsza coraz bardziej się rozkręca. W szkole tak dobrze się bawi, że już nawet szpital odwiedzaliśmy w celu bliższego zapoznania się z układem szkieletowym. Na szczęście nic się nie złamało, tylko staw się zruszył, czyli hurra zwolnienie z wuefu na miesiąc. No ale przecież wiadomo, że jak najpierw leje przez trzy dni, a potem zamarznie to fajny lód jest i nie można się oprzeć, żeby nie poskakać po nim - w końcu po co jest godzina przerwa w szkole, c'nie? Paluszek i główka to szkolna wymówka. Musieliśmy kupić rękawiczki z jednym palcem, bo jak się ma palce do kupy związane lepcem, to się nie da do palczastych rękawiczek włożyć łapy.

Innego dnia wychodząc do szkoły nie mogła znaleźć rękawiczek, czapki, kamizelki fluo, w końcu wracała się po worek z strojem na wuef,  dzięki czemu nie zdążyła do autobusu. Cóż, zdarza się. Postanowiła jechać rowerem, ale hamulec jej zamarzł i zablokowało koła na amen. Czekała, aż dojadę i pomogę uwolnić kółko. Po czym kawałek jechałyśmy razem, ale potem ja odbiłam w lewo i pośpieszyłam do roboty, a ona pojechała dalej wkurzona, że znowu się spóźni. Po 5 godzinach wracam do domu i zastaje otwarte drzwi. Ki czort...?
Młoda się wytrąbiła, obiła, wkurzyła, zmarzła i postanowiła wrócić do domu z połowy drogi nikomu nic nie mówiąc. Gdy przyszłam to spała ukryta pod kołdrą. Dobrze, że gdy jestem w pracy, to nie czytam mejli, bo chyba bym na zawał zeszła, gdybym przeczytała mejla ze szkoły z pytaniem, dlaczego córki nie ma na lekcjach? Uświadomiłam mojemu nieroztropnemu dziecku, że nie jesteśmy w PL, gdzie można se chodzić na wagary i wycinać tego typu numery. Tutaj mogło się to skończyć wezwaniem policji przez szkołę i/lub wezwaniem do dyrektora nas obu. Wystarczy żeby zadzwonili a nie zamejlowali, a ja bym im powiedziała, że jechałyśmy razem rowerami... Według regulaminu  obowiązkiem rodzica jest powiadomić rano o nieobecności dziecka w danym dniu. I to jest bardzo dobra zasada. Bowiem w razie wypadku, ucieczki, porwania etc szkoła i rodzice mogą szybko zareagować. Jednak małolaty to małolaty, nie zawsze zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich genialnych pomysłów. Kiedyś się było takim nieroztropnym małolatem, to się wie!
Tak w ogóle mojemu dziecku skończyło się już miejsce na spóźnienia w agendzie. Większość spóźnień jednak nie wynika z jej winy tylko tutejszych autobusów. Nosz cholera może wziąć - non stop coś jest nie tak - albo za późno, albo w ogóle nie jedzie, a ostatnio u nas na wsi przeniesiono przystanek pod szkołę podstawową, niestety do niektórych debilnych kierowców chyba nie dotarło i jeżdżą starą trasą nie zahaczając o nowy przystanek, na którym czeka Najstarsza, no i potem ona musi zapieprzać na rowerze, a 6, prawie 7 kilometrów nie obskoczy w 5 minut niestety. Grrr. Muszę napisać mejla do De Lijnu z prośbą o rozdanie kierowcom mapy z właściwą trasą, bo ten przystanek jest już miesiąc, to się do cholery powinni już nauczyć wszyscy.
Na szczęście strona uwag w agendzie ostatnio dość stabilna, bo już miałam obawy. Przez pierwsze miesiące bowiem zapełniła połowę rubryk brakami zadań, materiałów na technikę albo fartucha kucharskiego, brakiem strojów na wf itp. Teraz (odpukać) idzie coraz sprawniej. Punkty dzięki naszej wspólnej nauce też trochę poszybowały w górę. Jeszcze się zdarza 1/15 czy 0/20 ale coraz częściej dostaję powiadomienia internetowe,  że moje dziecko otrzymało z takiego to a takiego przedmiotu 3/3, 18/20, 9/10... Czyli efekty jakieś są. Spróbujemy się utrzymać na tym samym kursie.



worki z piachem pozostałe po podtopieniach wsi
Belgijska zima. Lało i lało bez ustanku przez kilka dni, tak gdzieś w połowie stycznia. Któregoś dnia jechałam do Brukseli i z autobusu zauważyłam, że już dekiel od studzienki wywaliło i woda zalewa ulicę. Ostatni raz widziałam to zjawisko w 2010 roku bodajże na Boże Ciało, gdy wracaliśmy całą Piątką z Rzeszowiku z kina, gdzie obejrzeliśmy film pod tytułem "OCEAN przygód 3D". Cała akcja tej bajki dzieje się pod wodą. Wychodzimy z kina a tu co? Woda. Dużo wody. Wtedy było na Podkarpaciu wielkie oberwanie chmury od Boguchwały aż po  Krosno i ledwo dotarliśmy do domu. Się okazuje, że w Belgii też mają takie rozrywki. Z Brukseli wracałam już naookoło, autobusy miały po półgodziny spóźnienia, bo u nas w gminie całe centrum było zamknięte. Kolejnego dnia M_jak_Mąż przejechał 30 km w poszukiwaniu drogi dojazdowej do swojej firmy, ale nie znalazł więc tylko powiadomił szefa, że się nie stawi do roboty i wrócił się relaksować w domu.
Potem to wszystko zamarzło na trzy dni, po czym znowu zaczęło deszczyć.  

Młodej kupiliśmy nowy rower, bo coś ostatnio się jej nogi wydłużyły za bardzo i była obawa, że na tym starym to se może zęby kolanami wybić przypadkiem. Akurat M dostał ekoczeki w ramach prezentu noworocznego, a ja miałam prezentowe czeki z biura, to można sobie było pozwolić na taki dodatkowy wydatek. W sumie najwyższa pora była, bo reszta klasy już ma nowe, większe rowery. Chyba wszyscy tu kupują podczas wakacji po piątej klasie, a wtedy te stare wystawiają koło drogi z kartką "na sprzedaż". Nasze są dość wyjeżdżone, więc raczej wystawimy na wiosnę z kartką "gratis". Wybrała sobie fioletowy z białymi oponami, bo "nikt takiego nie ma". Jest zadowolona, mówi, że wygodnie się jeździ i szybciej niż na tym starym pyltałku.

Druga połowa stycznia upłynęła pod hasłem "baletnica w akcji". Akademia, w której uczy się nasza średnia pociecha, obchodzi w tym roku swoje 50-lecie. Z tej okazji wszyscy jej uczniowie przygotowywali wielki występ. Nasza baletnica miała próby kilka razy w tygodniu, najpierw w akademii, potem w gminnym domu kultury, do którego jest ponad 5 km, czyli trzeba było ja tam zawozić i przywozić.Ostatni tydzień próby były codziennie albo i 2 razy dziennie. Było trzy trzygodzinne przedstawienia przez weekend. M kupił po 3 bilety na każde. Jednak w sobotę poszłam sama i bilety odsprzedałam przed wejściem, bo chętnych nie brakowało. Wystąpiło coś około 200 uczniów akademii... Na poniższym filmiku można zobaczyć występ końcowy. Młoda też się dzieś tam przewija...


Każda grupa zaprezentowała, czego się nauczyła. Warto było popatrzeć i posłuchać. Pomiędzy występami mogliśmy posłuchać i obejrzeć pokazy slajdów z tych całych 50 lat. Powstanie i zmiany w akademii przedstawione zostały na tle najciekawszych wydarzeń społecznych, politycznych, sportowych w Belgii i na całym świecie. Przy czym każdy kolejny występ był związany ze wspominanymi wydarzeniami.
grupa  Młodej w akcji :-)






Młody podczas aktywnego oczekiwania na występ siostry :-)

Niniejszym blogowanie uważam za wznowione. Przeto spodziewajcie się co jakiś czas nowego wpisu. Myślę, że nowy planowany cykl też uda mi się powoli realizować, o ile czas pozwoli oczywiście.











10 stycznia 2016

Jeszcze mnie nie ma, ale wrócę

 Zrobiłam sobie przerwę w relacjonowaniu i komentowaniu naszego życia na bieżąco i tu, i na fb. Dałam sobie czas na ogarnięcie się do ferii krokusowych, czyli do lutego. Czas ten ma na celu dwie rzeczy - nadrobienie braków w nauce swojej i córciowej - pracujemy nad tym - oraz zdystansowaniu się do wielu rzeczy i drobnym uporządkowaniu swojego życiowego chaosu. Zgodnie z przewidywaniami swoimi i znajomych - brakuje mi cotygodniowego pisania. Dlatego właśnie tu wpadłam na chwilę czekając na ugotowanie się obiadu, by Wam o sobie przypomnieć a przy okazji zachęcić do wspólnej zabawy.

Po przerwie mam bowiem w planach, poza moimi standardowymi wpisami osobistymi, stworzenie cyklu "Oddaję głos innym", czyli postów w formie wywiadów ze zwykłymi  śmiertelnikami, czyli także Wami, Szanowni Czytelnicy. Myślę, że zapoznanie się z opiniami innych ludzi będzie fajnym urozmaiceniem tego bloga. Już dłuższy czas za mną to chodzi, ale w końcu w święta udało mi się poskładać do kupy zestawy pierwszych pytań. Na początek porozsyłałam po mniej lub bardziej znajomych i czekam na ewentualne odpowiedzi.

Było by fantastycznie, gdybyście się i Wy dali wciągnąć do realizacji tego pomysłu i zechcieli podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat emigracji, a w przyszłości i innymi.

Mój blog jest o Belgii, jednak do zabawy zapraszam wszystkich z całego świata. Będzie ciekawiej. Pierwszym tematem jest "DOM NA OBCZYŹNIE". Co myślicie na ten temat?

Jeśli znajdzie się ktoś odważny, kto zechce odpowiedzieć na kilkanaście pytań, niech da znać na 
bmaguda@gmail.com lub na fanpage'u na facebooku
gdzie zaglądam raz na jakiś czas.