9 stycznia 2022

Ferie się kończą. Znowu trza będzie o piątej wstawać.

 Na początek pragnę podziękować wszystkim komentującym moje ostatnie wpisy i przeprosić za brak odpowiedzi z mojej strony, ale mój iPad czasem (a raczej dosyć często) nie chce współpracować z Google i za diaska nie mogę komentować swojego własnego bloga, co jest niebywale frustrujące. Dziękuję zatem tutaj za komentarze i pozdrawiam Was serdecznie. Miło że czytacie i że czasem zostawiacie ślad po sobie.

miasto Dendermonde i gęsi na wodzie


Kończą się ferie świąteczne. Jutro Młody i Najstarsza pomaszerują znowu do budy o poranku, a ja będę znowu musieć o szóstej albo o piątej zwlekać zadek z wyra, by Młodzież obudzić i pokierować w stronę wyjścia przypominając o zabraniu kamizelek odblaskowych, bo tu o ósmej ciągle ciemno jak w dupie u Murzyna, i o termosie z herbatą, bo w szkołach uczą się przy otwartych oknach i jedzą na podwórku, i o maskach, żeby ich do pociągu i szkoły wpuścili, bo teraz tylko zamaskowani mogą tam wejść… I pocieszyć, że jeszcze tylko styczeń, luty, marzec… i znowu  będą waaakaacjeee.

Tymczasem tydzień stycznia minął jak z bicza trzasnął. Moja kondycja i siła już wróciła do normy po operacji. Wczoraj zaraz o siódmej posprzątałam u świnek (jest więcej sprzątania, bo Tornado troszkę choruje i siedzi w osobnej klatce i jeszcze maścią ją trzeba maziać  dwa razy dziennie) i poskładałam pranie oraz nastawiłam kolejne. Zaraz po śniadaniu rozebrałam dwie dwumetrowe choinki, po czym posegregowawszy ozdoby kolorami wyniosłam wszystko na strych. Poodkurzałam dół, schody i naszą sypialnię a na koniec zrobiłam dwa rodzaje pierogów - ruskie i z szuszonymi śliwkami. Wyrobiłam się z tym do 15tej, mimo że wszystko głównie lewą ręką robiłam i ciągle mam tę irytującą flaszkę do drenażu u pasa. Powiem wam jednak, że odkurzanie podłogi jedną ręką i zarabianie ciasta lewą ręką, gdy jest się praworęcznym to o kant dupy… ale jak się bardzo zaprze, to można. 

Potem musiałam się położyć plackiem, bo z jakiegoś powodu napierdzielają mnie jebitnie plecy, gdy stoję lub chodzę. Leżenie nota bene też im nie sprzyja.

Coraz bardziej nie podoba mi się mycie z tym całym majdanem, czyli flaszką i opatrunkami na klacie, bo strasznie długo trwa. Najpierw odwijam się z bandaża i myję pysk oraz niezaklejoną lepcami górę myjką moczoną w umywalce. Małżonek czasem pomaga mi umyć tyły, choć jak się uprę, to dam i tam radę, bo mam wszak długie i giętkie kończyny. Potem na klęczkach myję łeb w prysznicu. Potem myję dolną strefę próbując nie zabić się o rurkę od drenu. Potem jeszcze smaruje się mazidłami. Strasznie dużo pierdolenia z tym wszystkim. Marzę o tym, by móc normalnie wykąpać się pod prysznicem i nirmalnie nasmarować kremami. I o tym, by położyć się wieczorem na brzuchu, tak jak lubię, by poczytać książkę w łóżku. Takie sytuacje przypominają nam, jak komfortowo się żyje będąc zdrowym i jak przewalone muszą mieć ludzie, którzy całe życie czy długie miesiące z takim czy innym utrudnieniem zmagać się muszą.

We wtorek znowu byłam w szpitalu na kontroli. Pojechałam autobusem razem z Młodą zabraną do towarzystwa. Zimno było piekielnie i dupy nam wymarzły jak trzeba na przystanku.

szpital o poranku


Doktor wyjął mi co trzecią zszywkę z rany i powiedział, że nieźle się goi. Opowiedział też, że wycinając pierś znaleźli sporo pozostałości rakowych. Niektóre wyrostki miały ponad półtora centymetra długości. Czyli łącznie mój guz miał 6,5cm średnicy!

 I patrzcie, jak to skurczysyństwo się rozrosło w tak krótkim czasie. Szok. W lecie byłam na kontrolnej wizycie u ginekolożki i wtedy ona stwierdziła, że mam jakiś MAŁY guzek w piersi i że to pewnie cysta, ale dobrze by było się mu bliżej przyjrzeć.

 Mój błąd (teraz okazuje się dosyć duży), że nie poszłam od razu tylko dopiero po 3 czy 4 miesiącach na mammografię, kiedy ten skurczybyk już był wyraźnie wyczuwalny a nawet widzialny. Ale uwaga, po mammografii tego samego dnia zrobili mi tomografię i echo (USG), z których wynikało, że guz ma 2,5cm. Z innych badań robionych w szpitalu za parę dni wynikło, że to nie dwa a trzy i pół centymetra. Co jednak ciągle mieściło się w kategorii „mały guz”. Po pierwszej operacji lekarz powiedział, że guz miał jednak ponad 5cm. Po drugiej ostateczna liczba brzmi 6 i pół centymetra. Badania przez skórę zatem są tak średnio wiarygodne.

 Od pierwszego stwierdzenia obecności jakiegoś małego guzka do operacji minęło zaledwie pół roku. Dlatego w tym momencie sugeruję wam laseczki, byście zawsze miały rękę na pulsie cycku i nie sugerowały się przekonaniem, że to pewnie jakaś cysta, bo cycki są zdradliwe, jak mówi jedna z moich obserwatorek na Instagramie. 

Jednak stare przysłowie pszczół mówi, że lepiej późno niż wcale. Poszłam, zbadałam, zoperować się dałam i mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i że leczenie zakończy się wyleczeniem a nie śmiercią.

Choć Młoda ostatnio w sklepie, gdy stwierdziłam że ciastka, na które mam smak są cholernie drogie, orzekła że teraz nie powinnam na to patrzeć, bo nie wiadomo, ile ciastek jeszcze dane mi będzie zjeść. Co jest, moim zdaniem, bardzo mądrym stwierdzeniem i zamierzam się tego trzymać nie tylko w kwestii łakoci, ale reszty życia. No bo niby liczy człowiek (nie tylko mający raka), że jeszcze będzie żył długo i szczęśliwie i na wszystko jeszcze przyjdzie czas, ale życie wcale takie pewne nie jest, bo jutro może się okazać, że kostucha zapuka do twych drzwi a ty ciągle jeszcze tylu ciastek nie spróbowałeś, tylu miejsc nie zobaczyłeś, tylu ludziom nie kazałeś spadać na drzewo… 

Ja tam niby ostatnimi laty korzystam z życia po swojemu, żyję jak lubię, robię na co mam ochotę, mówię co chcę powiedzieć, jestem z ludźmi z którymi chcę być, a z którymi nie chcę, się nie zadaję, nie bacząc na to, co o mnie mówią i myślą, ale może warto jeszcze to i owo przemyśleć w tych okolicznościach, by nie zostawiać ważnych rzeczy na później… tak w razie wu, żeby mi potem tego „później” nie zabrakło.

A Moją Młodą kocham! Za to m.in., że potrafi się śmiać ze mną z tego cholernego raka tak samo jak wcześniej śmiałyśmy się z nieudanych samobójstw, gdy ona zmagała się z depresją. Normalsi tego pewnie nie zrozumieją, bo to wyższy level poczucia humoru, który nie każdy osiągnie. Małżonek po pierwszym szoku i lekkiej panice też już osiągnął ten poziom i nauczył się śmiać z tego, na co nie ma się wpływu, a co jest ze wszech miar niewygodne i uwiera w mózg. 

Ale uwaga, Młoda jest też bardzo poważna i - jak mniemam - po mojej diagnozie przeczytała już cały internet w temacie raka piersi i dziś, jak czegoś nie wiem,  mogę się zapytać mojej nasto, a pewnie mnie oświeci. Ważne, że mam w Niej i Małżonku duże oparcie i zrozumienie. Młody jest po prostu Młody. Zadaje trochę pytań na ten temat, ale nie zajmuje się tym jakoś specjalnie. Wszak są ciekawsze rzeczy dla dziewięciolatków na tym świecie niż dziwne tajemnicze choroby matki. Najstarsza jest też sobą, czyli żyje w swoim dosyć zamkniętym i ograniczonym choć bez wątpienia ciekawym i fascynującym świecie kreowanym przez autyzm. Trudno orzec, co ona na prawdę myśli w danym momencie na dany temat i czy w ogóle ją to czy tamto obchodzi, czy też nie. Nie wiadomo, czy czymś się przejmuje czy nie, co dla mnie jako Matki czasem jest trudne, bo nie zawsze wiem, jak reagować i co jej mówić, a co nie, bo nie wiem, czy chce to wiedzieć. 

W szpitalu doktor potwierdził jeszcze, że w związku z tym, iż mój rak okazał się gorszym skurwysynem niż z pierwa się jawiło, nie będzie ani radioterapii, ani hormonoterapii tylko od razu pojadą z chemią, gdyż tu trzeba drastycznych środków, bym miała jakieś szanse na wygranie  z tym gnojem. Nie pytałam, jakie są te szanse, bo na razie nie chcę tego wiedzieć.

Chemia rozpocznie się, gdy rana się zagoi, czyli gdzieś pewnie początkiem lutego. 

Uprzednio muszę jeszcze nawiedzić kardiologa, żeby zobaczył, czy moje serducho wytrzyma chemię. Co zdarzy się we wtorek.

W tym miejscu muszę rzec, iż ciągle z wielką fascynacją obserwuję tutejszą organizację szpitala.

Doktor zapytał w piątek, czy już mam ustaloną wizytę u onkologa. Nie miałam, więc od razu wziął za telefon (wszyscy oni mają telefony szpitalne u pasa) i wydzwonił go (ją). Słyszałam jak mówi, że ja autobusem przyjeżdżam, więc dobrze by było jakby w ten sam dzień było, co u nich mam wizytę, żebym dwa razy nie jeździła. Gadali, gadali i w końcu pyta, czy teraz mam czas. Miałam i mogłam od razu iść do onkologa, by opowiedział mi o mojej chemioterapii. Poszłyśmy z Młodą w inny rejon szpitala. Tam doktorka z kolei wydzwoniła kardiologa i znowu powiedziała, że autobusem jeżdżę no a jak się okazało, że kardiolog ma czas wtedy, co mam wizytę w klinice piersi, to dzwoniła do mojego doktora i kazała mu inną godzinę tego samego dnia dla mnie znaleźć. Znalazł. Podoba mi się to. Człowiek się czuje ważny, szanowany, wspierany, rozumiany, zadbany, co przecież w takiej sytuacji jest niezmiernie ważne dla każdego. 

Potem jeszcze byłam u pielęgniarki, która zajmuje się też sprawami socjalnymi i ona obiecała skontaktować się ze specjalna fundacją, która dokłada trochę grosza do faktur ze szpitala. Z tym że najpierw trzeba wszystko zapłacić i zbierać przez rok wszystkie faktury, a potem może coś dadzą. Dobrze jednak wiedzieć, że jest jakaś szansa. Ma się też zorientować w kwestii dojazdów, bowiem fundusze zdrowia mają często wolontariuszy, który za drobną opłatą przewożą ludzi. Raczej nie będę z tego korzystać, bo spróbuję to we własnym zakresie zorganizować, bo może mąż będzie mnie woził w drodze do i z pracy (szpital jest w połowie drogi), może sąsiadka czasem, a może autobusem by się dało… Wiedzieć jednak dobrze, jakie są możliwości i alternatywy.

Najpierw się dowiem szczegółów, bo tak z nagła to nie wiedziałam, co się pytać. 

Jutro muszę jeszcze odebrać trzecią dawkę tej podejrzanej magicznej szczepionki, która nie wiadomo co na prawdę robi, ale wiadomo, że jej brak znacznie utrudnia ostatnimi czasy funkcjonowanie w społeczeństwie. Do szpitala np nie wejdziesz jako osoba towarzysząca, jak nie masz covidsafe. Jako pacjent na szczęście można i nikt nie robi problemów. Odwiedziny na oddziałach są teraz są całkowicie zakazane bez względu na paszport. Wyjątkiem są dzieci, ale tu już opiekun musi mieć paszport. No a teraz zaczynają się szczepienia dzieci. Aż strach się bać, jakie tego znowu będą konsekwencje, ale na razie mnie to nie obchodzi. Poczekam, popatrzę… 

We wtorek i czwartek znowu mam wizyty, to znowu ze trzy informację zdobędę więcej. Tylko faktur się boję coraz bardziej, bo za każdą wizytę trzeba będzie przecież zapłacić… To może być dużo euro, a nawet bardzo dużo euro. Przed końcem roku przyszła faktura Młodej za ostatnią jedną wizytę z kilkoma badaniami i to było bagatela 160€ (po rozliczeniu się z ubezpieczycielem oczywiście).

Bo tutaj w BE jest przejebane się leczyć, gdy nie jest się bogatym i gdy nie ma się góry oszczędności, bo bardzo szybko można pójść z torbami i zostać z gołą dupą. Służba zdrowia jest wyśmienita, jedna z najlepszych w Europie i to mnie cieszy, ale nie za bardzo nas na to stać na tak dużo wizyt i zabiegów, dlatego boję się faktur bardziej niż tych wszystkich zabiegów. Zabiegi bowiem tylko ja odczuwam, ale faktury odczujemy wszyscy, a małżonek znowu będzie zapierdalał wszystkie soboty i nadgodziny, żeby to jakoś ogarnąć. 

I powiedzcie mi, dlaczego jeden może całe życie nic nie robić i do tego być chujem do kwadratu, a żyje sobie bez problemów, a drugi nie dość że stara się być dla wszystkich dobry, całe życie zapierdala jak dziki osioł, by nie tylko siebie ale i tych opierdalających się chujków utrzymać, to jeszcze zawsze wiatr w oczy i z deszczu pod rynnę? 

Świat jest porąbany, choć też bardzo piękny… Koło szpitala są alpaki i właśnie mają dzidziusia. Napatrzyłyśmy się z Młodą na nie, no i na gęsi i kaczki na wodzie w parku, przez który chodzimy z przystanku do szpitala. 

U nas na wsi też pięknie, cicho i spokojnie. 

alpaki koło szpitala



styczeń w mojej wsi

flamandzkie konie pociągowe (sąsiadowe)

tam gdzieś za tymi wierzbami i rowem stoi nasz dom  ;-)









5 stycznia 2022

Mastektomia. Nie taki diabeł straszny…

Ciekawostka na początek

Ciekawe obserwacje poczyniłam spoglądając na ostatnie statystyki na blogu i moim fanpage na fb. Nie wiem jednak, czy trzeba wyciągać z tego jakieś wnioski, bo może lepiej tego nie rozkminiać za bardzo… Choć Młoda już zaczyna się brechtać coraz bardziej, że matka jest ostatnio bardzo popularna  a i mnie chwilami heheszek bierze lekki, no bo serio… 

Statystyki na FB pokazały nagły  wzrost zainteresowania o 500%! Na blogu podobnie. Panie…

Kuźwa, był taki czas kilka lat temu, gdy byłam początkującym jeszcze lekko przygłupim blogerem, któremu zależy na jak największej popularności, który codziennie albo i częściej sprawdza statystyki, sika z radości po zobaczeniu najgłupszego komentarza, a załamania dostaje po każdym odlubieniu strony i takie tam… No, sami wiecie. Wówczas chwaliłam się tym ledwie raczkującym blogiem gdzie się tylko dało, publikowałam wszędzie linki do moich jakże zajebistych wpisów, łaziłam systematycznie po innych blogach i siarczyście komentowałam z nadzieją, że ci blogerzy odwdzięczą się tym samym, że ludzie będą mnie czytać, komentować, polecać. I faktycznie tak było, bo tak się buduje popularność na blogu - statystyki i popularność rosła. Z czasem poszłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że dla mnie wcale nie są ważne statystyki, lajki, komentarze… Co prawda każda z tych rzeczy jest miła, ale ja po prostu zwyczajnie lubię pisać, opowiadać i to jest dla mnie najważniejsze. Wiem już, że umiem pisać i że każdy wpis przeczyta wcześniej czy później kilka, czy kilkanaście, a bywa że i kilkaset osób i że czasem ktoś zostawi komentarz czy lajka na fb. To mnie satysfakcjonuje i od dawna nie jaram się statystykami a nawet w ogóle ich nie sprawdzam. Po prostu piszę, nie ważąc na nic.

Jednak ciężko nie zauważyć, jak FB ci nagle świeci na grubo 500+ a ty wiesz, że to nie o TO pińcet plus chodzi. 

Kuźwa okazuje się, że wcale nie trzeba reklamować bloga ani błagać o lajki, wystarczy napisać, że ma się śmiertelną chorobę a wszyscy się zlecą popatrzeć. Młoda się śmieje, że to internetowi ramptoeristen (po niderlandzku tak określa się szukających sensacji i fascynujących się katastrofami i wypadkami) hehe.

Tak poważnie, to jednak jest bardzo miłe i budujące, że tylu ludzi, starych i nowych znajomych, a nawet całkiem obcych zagaja do mnie, życzy zdrowia, dzieli się radami czy własnymi doświadczeniami.

Pochichrać się jednak też dobrze. No i nie ukrywam, że liczby są lekko podejrzane… 

A teraz opowiem o mastektomii.


W naszym szpitalu jest w zwyczaju, że godzinę, o której masz się stawić do szpitala na zabieg, czy operację podają ci dzień przed przez telefon. Tym razem zadzwonili, że mam przyjechać na jedenastą i od szóstej rano nie wolno mi jeść ani pić. W związku z czym, wstawszy o trzeciej na siku, zaszłam po drodze do kuchni i pożarłam kromkę popiwszy ją sokiem. Bo ja lubię żreć a długie godziny bez jedzenia to dla mnie koszmar.

Przybyłam do kliniki z pół godziny przed czasem, zapisałam się w recepcji i pomaszerowałam schodami na drugie piętro na oddział kobiecy, jak kazali. Tam pielęgniarka pokazała mi salę i podała szpitalną piżamkę. Chwilę później wróciła, by zmierzyć standardowo temperaturę, ciśnienie, tętno i wypełnić brakujące informacje w dokumentacji. Później zjawiła się moja ekipa z kliniki piersi, czyli pielęgniarka i psycholożka. Ta wizyta nic szczególnego w moje życie nie wniosła. Pogadały, pożyczyły powodzenia i poszły.

O czternastej, gdy już zaczęłam się poważnie nudzić, a głodowy ból głowy zaczął się rozkręcać, przyszła pani od transportu pacjentów i zawiozła mnie do chirurgicznej piwnicy. Tam inna pani założyła mi wenflon i automat do mierzenia, puściła kroplówkę i przyodziała mi na głowę gustowny czepek. Powiedziała, że zaraz przyjdzie ekipa operacyjna i poszła zajmować się kolejnym pacjentem. 

Zaraz okazał się jednak dosyć dużym okresem czasu… Leżałam sobie gapiąc się w sufit, bo innych możliwości za bardzo nie było. 

A głowa napierdalała…

Coś koło piętnastej ta sama pani podeszła, by przeprosić za opóźnienie, bo jakieś komplikacje z poprzednim pacjentem nastąpiły. Poprosiła o cierpliwość. Zapytała, czy wszystko okej i czy światło mi ściemnić. Odpowiedziałam, że nigdzie się nie spieszę i poczekam spokojnie, bo cierpliwość i spokój to moje mocne strony.

 Tylko żeby, głowa tak nie napierdalała… 

Z jakiegoś powodu zaczęłam mieć coraz większe trudności z oddychaniem… Na szczęście, mimo bolesnego bałaganu pod kopułą, udało mi się połączyć styki i zajarzyć, że to ta cholerna maska na ryju. Zdjęłam to kurestwo i świat nagle zaczął być znowu bogaty w tlen. Cud. Cud, panie!

Tylko ten łeb… 

Wpół do czwartej przyleciał doktor i też przeprosił oraz pocieszył, że pacjentka już się prawie obudziła i zaraz będą sprzątać i po mnie przyjdą. Informacja, że jego pacjenci jednak się mimo wszystko budzą, jest bezcenna w takiej sytucji. 

Przyszli o 16. Sala była w sprzątaniu. Druga doktorka też przeprosiła i poinformowała, że tylko skoczy się czegoś napić (wolę nie wiedzieć, czego) i już zaczynamy. 

Kilka następnych godzin mam wycięte z życiorysu, to wam nie opowiem, co oni tam wyprawiali. 

Jak mnie ciągnęli z powrotem wozem na salę, dochodziła dwudziesta, bo akurat zegar mijaliśmy. 



Nic mnie nie bolało. Kroplówka z paracetamolem płynęła. Tym razem byłam w pełni  przytomna po operacji i mogłam od razu do wszystkich napisać. I tak już prawie umarli z nerwów niewiedząc czy żyję.

W nocy jednak nie wiele spałam, bo po całym dniu w łóżku to chyba nikt normalny nie da rady jeszcze w nocy spać. Na drugi dzień zgodnie z obietnicą mogłam iść do domu. 

Uprzednio dokonali jednak zmiany opatrunku. Co ciekawe tej czynności towarzyszyła psycholożka. Pielęgniarka pytała, czy chcę patrzeć i czy dobrze się mentalnie z tym czuję. Z czego wnioskuję, że dla wielu kobiet utrata piersi to musi być koszmarne i straszne przeżycie. Ja na szczęście nie mam obsesji na punkcie swojej kobiecości ni swojego wyglądu. Albo inaczej, moja płeć i jej atrybuty nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak dla wielu. Myślę, że we mnie jest tyle samo pierwiastka kobiecego, co męskiego, choć fizycznie jestem babą. Moje jestestwo jest ponad tym. Płeć biologiczna mnie nie identyfikuje jako człowieka. Równie dobrze czułabym się pewnie w ciele faceta, a może nawet lepiej, kto wie.  Dość, że w tej konkretnej sytuacji bycie nienormatywnym ma zdecydowanie sporo plusów. 

Oczywiście, że chciałam patrzeć! I zobaczyłam, że oni mnie zszywaczem pospinali. No serio, skórę pozostałą po cycku na metalowe haczyki szczepili do kupy. To wygląda jak zęby rekina albo suwak. Śmiesznie znaczy. Dziwnie też wygląda tak z lewej cycek z prawej dziura. Trzeba będzie się do tego przyzwyczaić, jak do nowej głupiej fryzury. Jak pierwszy raz ścięłam włosy na krótko to też głupio się z tym czułam i nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze bez zdziwienia, co to za jakiś klon.

Nie zmienia to jednak faktu, że ogólnie cycki są fajne. Ba,  lubię popatrzeć na ładne cycki czy dupy. Może mnie to nie rajcuje aż tak jak niektórych facetów, ale było nie było jestem po pierwsze biseksualna a po drugie lubię ładne rzeczy. Zatem utrata mojego ładnego cycuszka to jednak jakaś strata jest, bo fajnie jest mieć ładne cycuszki. Małżonkowi też go bez wątpienia będzie brakowało i to może nawet bardziej niż mnie. No ale, Panie, bez przesadyzmu. Moje i małżonka priorytety życiowe nie od wyglądu się zaczynają. Choć  ten jest dla nas ważny, to nad nim mnóstwo ważniejszych rzeczy stoi. Willi z basenem w ciepłych krajach czy nawet zimnych ani jaguara też nie mamy, choć byśmy chcieli, a mimo to żyjemy całkiem dobrze. Tak że ten, bez cycka też się obejdzie…

Z lewej na obojczyku  mam małą górkę i rankę, bo tam ten port zaszyli. Trochę to spuchło, co też zabawnie wygląda. Jakby mi tam jaki wielki żuk pod skórą siedział. Doktorka mnie dziś uspokoiła, że lekka opuchlizna to normalna rzecz, bo trochę się zaczęłam martwić, gdyż z lektury wiem, że czasem te dinksy się nie przyjmują i trza je usuwać. 



Klatkę piersiową mam ściśniętą szeroką elastyczną taśmą, co mi utrudnia chwilami oddychanie i okropnie uwiera. Wszak jestem wysoko wrażliwa i dla mnie już obcisłe ubrania, o biustonoszach nie mówiąc, są nie do zaakceptowania, a co dopiero coś takiego. Do tego wężyk od drenu. Dziś już mnie pali ogniem to miejsce, gdzie wężyk przechodzi pod taśmą. Właśnie myślę, żeby jakąś szmatę tam wsadzić, która oddzieli wężyk od skóry albo lepiec… 

A ta flaszka to utrapienie. Co chwilę zapomnę, że ten „piesek” musi ze mną wszędzie chodzić i potykam się o wężyk albo idę i ciągnę to za sobą z łoskotem. Powiedziałam dziś o tym doktorce, a ta na to, że jej mama po mastektomii też miała z tym podobny ubaw kilkanaście lat temu. 

Jednakowoż powiadają, że jak się przyzwyczai, to i wisieć dobrze. I faktycznie, im dłużej coś masz upierdliwego, tym mniej to się upierdliwe robi, a staje się zwyczajne i powszednieje. Za to uwolnienie się od tego po długim czasie zwykle jawi się jako przybycie do samych bram raju. Toteż warto znosić wszelakie niedogodności, by doznać potem tego zbawienia i cudownego doświadczenia. Z taką myślą zaś o wiele łatwiej te trudy znosić. 


A trudów trochę jest w te pierwsze dni po operacji. 

Przede wszystkim dyskomfort związany z tym wszystkim, co wyżej. Trzeba ostrożnie się ruszać. Nie nawywija za bardzo gałęziami, bo boli. Podnosić ręce do góry można, jak powiedział lekarz, ale z rozsądkiem. Boli i/lub ciągnie, gdy się tak robi. Nie można się normalnie wykąpać. Tam dzień mycia myjką w umywalce to pikuś, ale po paru dniach to zaczyna być dosyć ciężkostrawne. Do mycia pleców trzeba wzywać posiłki, bo gałęzie nagle nie sięgają, gdzie drzewiej sięgały. Ubieranie to też co dobrego. Cieszę się, że jestem wysoko wrażliwa i że w związku z tym moja garderoba składa się z luźnych, często rozmiar większych i miękkich szmat, które teraz mogę w miarę łatwo założyć.

Spać źle. No chyba, że ktoś lubi spać na plecach. Ja nie lubię. Po pierwsze trudno mi się oddycha, gdy leżę na plerach, po drugie leżenie na plerach dłużej niż godzinę powoduje paskudny ból. Zawsze, nie tylko po operacjach, ale po operacjach jest to bardziej irytujące, bo mimo wszystko muszę spać na plecach. Chwilami też na lewym boku, ale to wymaga pół godzinnego kokoszenia się, żeby znaleźć idealną w miarę niebolącą pozycję, a kokoszenie samo w sobie jest bardziej niż trudne, bo wszystko boli. Do spania używam zasadniczo czterech poduszek różnej wielkości i twardości , co teraz tym bardziej się przydaje. Poduszki układam nie tylko pod głowę, ale też pod ręce, nogi, plecy, zależnie od sytuacji. 

Kolejna niedogodność pooperacyjna to zmęczenie i słabość. Przedwczoraj Młoda się spytała, czy dam rady zrobić pizzę. Pomyślałam chwilę. No raczej. Pizza to wszak łatwe danie do zrobienia. Młoda wielce uradowana poszła dalej walczyć ze swoim pokojem, gdzie odprawiała generalne porządki, takie ze zmianą pościeli i pucowaniem wszelakich papuzich akcesoriów, co zajęło jej dobrych parę godzin. Więc zrobienie dla niej pizzy wydawało się miłym akcentem z mojej strony. Okazało się jednak, że to iż czuję się zwyczajnie i po staremu nie oznacza bynajmniej, że tak jest w rzeczywistości. Wyrobienie ciasta na pizzę wymagało usiądnięcia na podłodze i oparcia się o szafę, bo nie miałam sił ustać na nogach. No jaja jak berety, jaki cienias!  Ale wyrobiłam to cholerne ciasto i zwołałam nasto, by dokończyły procedurę, gdy ciasto podrosło. Pizza wyszła pyszna i dała mi lekcję pokory. Czasem jednak trzeba se dać na wstrzymanie i cierpliwym być. 

Zasadniczo jednak się obijam, relaksuję, odpoczywam i dobrze się z tym czuję. Nie czuję, że coś muszę, że powinnam… Dzieci mam duże, mądre, odpowiedzialne i samodzielne. Każde z nich umie posługiwać się odkurzaczem, ścierką i każde wie, gdzie co leży w kuchni i do czego służy. Małżonek też umie sprzątać, gotować i wyprać. I co najważniejsze, nikomu z Piątki nie trzeba wcale niczego specjalnie tłumaczyć, prosić. Każdy wie i szanuje fakt, że matka chwilowo niedomaga i że więcej trzeba samemu ogarnąć niż zwykle. Poza tym nie mieszkamy w muzeum. U nas nie musi i prawie nigdy nie jest idealnie czysto, codziennie nie musi być ugotowane, a ubrania nosimy zmięte bez żenady. U nas nawet kurze ,królicze gunwo lub jakieś siano na podłodze w kuchni czy salonie mieści się w normie, bo i tu mamy swoje priorytety. 

Młody w tym tygodniu z wielką radością i dumą poodkurzał i pościerał cały dół, bo dla niego to frajda posprzątać od czasu do czasu. Normalnie nie wymagam, by dzieci obowiązkowo cokolwiek robiły. U nas nie ma wyznaczonych obowiązków, ale jakoś każdy sam z siebie się udziela, gdy widzi że trzeba coś zrobić. Innym razem zwyczajnie proszę czy sugeruję, by ten czy tamten coś zrobił i jakiś nigdy nie spotkałam się z odmową bez powodu, a powody szanuję, co nie znaczy, że wtedy sama muszę robić daną rzecz, choć czasem robię, gdy mogę, ale często rzecz jest robiona w innym momencie. Czasem z kolei dzieci czy mąż proszą mnie o pomoc w tym czy tamtym i ten system u nas się sprawdza, co nie znaczy, że w każdym domu znalazł by zastosowanie, bo ludzie są różni.



Poza tym oglądamy Netflixa, czytam książki, pomagam Młodemu z nauką gry na organkach, zachwycam się zwierzakami, gadam z dziećmi, gdy im się chce gadać no i próbuję robić to i owo, czyli coś tam ugotować, nastawić, wyjąć, rozwiesić i poskładać  pranie, zetrzeć kurz w łazience, umyć kibel i takie tam drobiazgi, które dam rady zrobić po trochu, bo prawda jest taka, że siedzenie i leżenie całe dnie wcale nie jest dobre dla zdrowia ani fizycznego, ani psychicznego. Ja lubię coś robić pożytecznego. Dawkuję sobie jednak te drobne prace i robię tyle, ile czuję się na siłach robić. Wkurza mnie, że teraz nie sięgam tam gdzie wcześniej i wszędzie muszę Młodego stary stopień  (taki co to bobasy do kibla czy umywalki przystawiają) podstawiać albo drabinkę ciągać. 

Z każdym dniem czuję się lepiej i mocniej.  W piątek dowiem się, co tam wyszło medykom z tej operacji i  jakie dalsze atrakcje dla mnie wymyślili. Teraz o tym nie myślę, bo nie ma potrzeby. 






4 stycznia 2022

To wszystko przeżyliśmy w 2021 roku!

Minął rok 2021. Wydawać by się mogło, że nic wiele się nie działo, bo pandemia i w ogóle nudy. U nas jednak życie toczy się normalnie, czyli szybko i dziko, a czasami dosyć niebezpiecznie, choć rzadko wychodzimy z domu. Podsumuję w punktach. Szczegóły opisywałam wszak na bieżąco przez cały rok…



1. naprawienie relacji z sąsiadką.

Zaraz po nowym roku sąsiadka z Portugalii przyszła z flaszką Porto i odtąd znowu się przyjaźnimy.

2. atest spektrum autyzmu Młodej

Zrobiła badania i dostała diagnozę. Wiele kawałków puzzli wskoczyło na swoje miejsce a pytania dostały odpowiedzi. 

3. najlepsze zadanie z fotografii 

Młoda przedstawiła swoją depresję fotograficznie, co wielce poruszyło nauczycielkę fotografii i zgłosiła to do dyrektora i CLB. W konsekwencji ci ludzie wreszcie uwierzyli, że Młoda jest chora i jej stan jest zły.

4. przejście na naukę domową

Konsekwencja dwóch powyższych punktów i sugestia psychiatry. Najlepsza decyzja minionego roku.

5. urodziny online

Z powodu pandemii nikt nie zorganizował dziecku urodzin, a my tak. Pierwsze urodziny online okazały się wielkim sukcesem i wszyscy gratulowali nam pomysłu i dziękowali za dobrą zabawę.

6. wpis o ateizmie

Odważyłam się powiedzieć głośno, że nie wierzę w boga i przeanalizowałam gruntownie swoją przemianę i całą historię mojego uczestnictwa w kościele. Dla mnie to ważne, bo to ogromny krok do wolności i zrozumienia siebie i swojego postępowania oraz zrozumienia i naprawienia swoich błędów.

7. kury kupione

Marzyłam, by mieć własne kury i to takie ładne, ozdobne. Kupiliśmy je na wiosnę i cieszymy się nimi każdego dnia. Kochamy je. I mamy świeże jajka. 

8. przeskoczenie klasy

Młody okazał się być ponadprzeciętnie uzdolnionym uczniem. W tym roku przeskoczył z trzeciej klasy do piątej, gdzie nadal utrzymuje się w czołówce i szybko zaprzyjaźnił się z najlepszymi uczniami.

9. różowy kolor omówiony, zaklepany, opisany

Młody odkrył, że kocha kolor różowy. Po czym sprawdził, jak ludzie reagują na jego wybór i trwał przy nim, mimo wielu niefajnych reakcji. Ba, im gorsze były reakcje, tym więcej różowego nosił i kupował Młody. Pokazał, że jest silny, że potrafi dokonywać własnych wyborów, że wie czego chce. Wygrał. 

10. komisja egzaminacyjna

Młoda zdała trzy pierwsze egzaminy otrzymując bardzo wysokie punkty. Udowodniła w ten sposób, że jest zdolna, inteligentna, samodzielna i niezależna, i że potrafi iść swoją drogą wbrew przeciwnościom losu. 

11. staż najstarszej

Udało nam się znaleźć miejsce na staż dla Najstarszej. A Najstarsza bardzo szybko udowodniła, że jest dobra w tym, czego się uczyła w szkole i że jej talenty i wiedza bardzo się w pracy tapicera przydadzą.

12. nowy skuter

Mąż kupił mi skuter na urodziny. To był świetny prezent. Maszyna bardzo się przydaje. Sama mogę łatwo wszędzie dojechać i dzieci podwozić.

13. nowe auto

Małżonek wymienił samochód na nowszy model. To zawsze jest radość jeździć nowiutkim autem z nowoczesnymi bajerami technicznymi. 

14. adopcja świnek

Adoptowaliśmy dwie świnki morskie ze schroniska. Dałyśmy zwierzakom nowy, ciepły, pełen miłości dom, a one dały nam radość.

15. pożar u sąsiadki

U sąsiadów zapalił się dom. Wynieśliśmy nieprzytomną kobietę z płonącego pokoju. To zdarzenie umocniło naszą pozycję w sąsiedztwie. Nagle sporo nowych osób zaczęło nas rozpoznawać i zagajać. 

16. halloween i rada rodziców

Uczestniczyłam z Radą Rodziców w organizowaniu wieczoru halloweenowego, który zakończył się wielkim sukcesem. 

17. rozmowa o pracę

Młoda w wieku 16 lat zaliczyła pierwszą rozmowę o pracę. Nie została zatrudniona, ale to bardzo ważne doświadczenie życiowe.

18. chór dziecięcy

Młody odkrył nowe, ciekawe hobby - śpiew. Zapisał się do chóru dziecięcego i bardzo mu się spodobało.

19. szczepienie na covid

Jeszcze nie wiemy, czy przyjęcie tej szczepionki wpisać trzeba do pozytywnych zdarzeń, czy prost przeciwnie, bo to dopiero czas pokaże. Ważne, że się zdarzyło niektórym z Naszej Piątki.

20.  rak piersi

Rok zakończył się niezbyt pozytywnym doświadczeniem, ale bez wątpienia ważnym. Diagnoza i walka z rakiem piersi… Rok zakończyłam z jedną piersią mniej ale z wieloma nadziejami i pozytywnymi myślami na przyszłość.


Poza tymi wydarzeniami udało nam się odbyć mimo pandemii kilka małych wycieczek:

 Muzeum Zabawek w Mechelen, które Młodemu bardzo się podobało

Ogród różany w Sint Pieters Leeuw, gdzie zrobiliśmy kupę pięknych zdjęć

Antwerpia, gdzie spędziłam świetnie dzień z Nastocórkami

Park Rozrywki w Walibi, gdzie wybawiłyśmy się we trzy z córkami na maksa

Polska, Małżonek z Młodym spędzili tam miło wakacje, 

Dino Expo w Brukseli, po raz drugi zobaczyłam tę wystawę z Młodym i oboje świetnie się bawiliśmy poznając świat dinozaurów

 Muzeum Historii Naturalnej, dokąd wyciągnął nas Młody, ale gdzie mnie i Najstarszej też bardzo się podobało

Brugia. Tu spędziłam z Młodą cały dzień. Odwiedziłyśmy muzeum tortur i muzeum piwa, gdzie wielu ciekawych rzeczy o świecie się dowiedziałyśmy i spędziłyśmy miło czas.



Mamy za sobą też kilka wizyt u specjalistów, dzięki którym mogliśmy lepiej siebie poznać i o swoje cenne zdrowie zadbać:

Młody zaliczył kilka wizyt u psychologa, które pomogły mu lepiej zrozumieć i opanować trudne emocje. Spotkał się też z pulmonologiem, który wybadał w końcu dokładnie, na co ma alergię.

Młoda systematycznie odwiedza psychiatrę, który pomaga jej wydobyć się z depresji oraz ortodontę, który robi wszystko, by w przyszłości miała powalający uśmiech. Odwiedziła też pulmonologa, który zleciwszy wykonanie wielu badań, uspokoił ją, że z płucami wszystko w porządku, a problemy z oddychaniem związane są ze stanem psychicznym.

Dziewczyny odwiedziły ginekologa i zaszczepiły się na covid. Ja i Najstarsza byłyśmy u okulisty i mamy nowe bryle. Najstarsza zaliczyła też pierwszą wizytę u dietetyka, a Małżonek zrobił badania głowy, które wykluczyły wszelakie guzy. U mnie badania mammograficzne guza potwierdziły, ale też szybko rozpoczęto wszelakie działania do jego się pozbycia. 


Dużo się działo, było sporo stresu, ale też sporo radości. Były chwile, gdy nie chciało się żyć, ale też chwile, gdy energia i radość aż rozpierały, bo…

„życie jest, jak gówno na kole - raz jesteś na górze, a raz na dole” /Big Cyc/


28 grudnia 2021

Świąteczne urodziny zaliczone. Czekam na skalpel.

 Dziś jest beznadziejny dzień. Ciemno, wietrznie i deszczownie. Obrzydliwość! Wczoraj  trochę z Małżonkiem porowerowaliśmy po okolicy, mimo że chmury już zaczęły przeciekać… Dziś miałam przedoperacyjny covidtest i też myślałam tam na rowerze pokręcić, ale jednak pojechaliśmy autem, bo aura beznadziejna. Nawet się przez okno nie chce patrzeć.

Wspomnijmy jednak minione dni.


Przed świętami miałam jeszcze jedną wizytę w klinice piersi. Tym razem spotkałam się z pielęgniarką, a potem z psychologiem. Pielęgniarka odpowiedziała na kilka moich pytań. Najważniejszym było, czy w węzłach chłonnych coś wykryli. No i dowiedziałam się, że węzeł strażnik, którego wycięli, był czysty. Uf. Czyli reszta zostaje, tam gdzie jest. 

Drugą rzeczą, która mnie interesowała, była trudność operacji, która mnie czeka pojutrze. No w sensie, czy mam się spodziewać czegoś gorszego niż przy pierwszej. Pielęgniarka powiedziała, że tym razem też tylko jeden raz spać i że na Sylwka będę w domu. Tyle że teraz po pierwsze założą mi dren i będę się przez parę dni lansować wszędzie z flaszką na rurce przyczepioną do miejsca po cycku. Po drugie wszczepią mi ten cholerny portal do piekła  port PAC (Port-A-Cath) do podawania chemii, pobierania krwi i co tylko tam komu do głowy wpadnie. Znaczy w zamian za mój piękny cycek dostanę różne nowe gadżety. Czy taka wymiana się opyla, dowiem się za jakiś czas. Jak przeżyję, to wam opowiem, a może nawet pokażę te zabawki… 

W końcu zapytałam też, jak to ta chemioterapia wygląda, bo zwyczajnie nigdy nie miałam, to nie wiem. Kobieta z grubsza mi objaśniła. Później też poczytałam w necie. Podstawowe info już mam i to mi wydoli. Resztę mi powiedzą po operacji, a szczegóły poznam w praktyce. Nie chcę znać żadnych prawdziwych historii, niczyich prywatnych wrażeń, bo życie mnie nauczyło, że moje prywatne doświadczenia często nie wiele wspólnego mają z doświadczeniami innych ludzi w podobnej sytuacji, bo ja nie jestem inni. Ja jestem jedyna i niepowtarzalna i takież są też moje odczucia, przeżycia i postrzeganie rzeczywistości. 

Spotkanie z psychologiem należy do standardów w klinice piersi. Istotna dla mnie informacja, że jest za friko. Baba najwyraźniej miała za zadanie wysondować moje samopoczucie, poziom strachu itd. Wątpię, czy jej się udało. Wiem, że nie jest w moim typie… Jako psycholog (no, jako dupa też, choć ładna). Aktualnie nie potrzebuję psychologa w kwestii onkologicznej, ale zdaję sobie sprawę, że z czasem może się to zmienić, więc dobrze wiedzieć, że usługi terapeuty są za friko.

Pielęgniarka poinformowała mnie też o istnieniu w klinice pracowników socjalnych i możliwościach skorzystania ze specjalnego funduszu w razie problemów finansowych, czym jestem bardzo zainteresowana, bo to nie są tanie rzeczy, a my nie mamy ani specjalnych medycznych ubezpieczeń ani centa oszczędności. Nie ukrywam, że boję się faktur ze szpitala o wiele bardziej niż operacji i badań.

Zostawmy jednak klinikę, bo przecież mieliśmy świąteczne urodziny.

Najstarsza po przeżyciu jednego roku jako osoba w pełni dorosła, postanowiła dokonać kilku zmian. Pierwszą z nich jest piercing. W planach ma kilka kolczyków, ale zaczęła od helixa, czyli przekłucia ucha u góry. To był jej pierwszy prezent urodzinowy ode mnie w tym roku. Cieszy się z tego. Drugą zmianą ma być nowa krótka fryzura. Małżonek umówił ją i siebie do fryzjera na czwartek, żeby im czas szybciej zleciał, jak będą czekać na wiadomość ode mnie, że jestem po.

Na urodziny zrobiłam tort śmietanowy z galaretkami, przełożyłam wafla i upiekłam 3 strucle makowe. Zrobiłam też sałatkę jarzynową. Na kolację ugotowaliśmy barszcz z uszkami pieczarkowymi i do tego jeszcze upiekłam paszteciki i paluszki. Na drugie były pierogi z szuszonymi śliwkami dla kobiet i ruskie dla mężczyzn oraz smażona ryba dla mnie i małżonka. Do tortu wypiliśmy szampan dla dzieci. Wszystko było pyszne i cieszę się, że mi się chciało to wszystko zrobić.

Uwielbiam robić torty dla Reszty z Piątki. Raz lepiej wychodzą, raz gorzej, ale to zawsze niezmierna radość samodzielnie je przygotować wedle własnego pomysłu, zgodnie z tym, co solenizant lubi i przede wszystkim wiedząc, co się w nich znajduje i że nie jest to żadne gówno. Lubię też robić dekoracje urodzinowe i przygotowywać jedzenie na specjalne okazje i nie ważne czy samemu czy w towarzystwie kogoś z Piątki. To zawsze jest przyjemność. Jednak wiecie co? Gdyby mi się nie chciało niczego przygotowywać to bym nie przygotowywała. Bo ja w przeciwieństwie do wielu kobiet (obserwuję świat to widzę) nie czuję żadnego musu. Ja robię to wszystko, bo chcę, bo dla mnie to czysta przyjemność i wielka radość. A co, spytacie, gdyby mi się nie chciało? A to zwyczajnie zwróciłabym się z prostym pytaniem do Reszty z Piątki, co z tym fantem robimy. Bo opcje są trzy. Nic. Sramy na to. Nie świętujemu. Nic nie robimy. Dzień jak co dzień. Opcja dwa. Reszta robi, ja się przyglądam. Opcja trzy. Takeaway. Tu wszystko można zamówić - tort, sushi, cały dwudaniowy obiad z deserem. Socjalizować się nie lubimy. Goście nie są u nas jakoś specjalnie mile widziani, a już na pewno nie na żaden obiad. My też się do nikogo nie pchamy bez powodu.




Prezenty pod choinką też były fajne. Ogólnie bardzo przyjemnie spędziliśmy ten wyjątkowy wieczór. W inne dni nie świętujemy, ale mamy ferie, czyli robimy tylko to co trzeba w domu robić, jak pranie, odkurzanie i gotowanie oraz sprzątanie i napełnianie misek u zwierząt. Na szczęście nie planowaliśmy żadnych wyjść, więc nawet najgłupsze zakazy rządu nam dziś koło dupy latają. 

Tylko własnym oczom i uszom nie mogę uwierzyć, że  ci wszyscy kowidowi panikarze, ci najbardziej zesrani z zesranych teraz masowo powyjeżdżali na wakacje i jeszcze bardziej masowo siedzą w knajpach. Ważne że kina, teatry i wszystkie atrakcje dla dzieci zamknięte. W dzieciach cała nadzieja na obronę świata przed strasznym Covidem. 

Gdyby głupota miała skrzydła, to ta planeta dziś była by wolna, bo tych wszystkich debili by w kosmos poniosła. 

Młody korzysta ze swojego prezentu każdego dnia kilka razy dziennie i coraz lepiej mu idzie. Marzył, by grać na pianinie. Dostał organki elektroniczne i jest ustatysfakcjonowany. Uczy się grać z aplikacją na iPada, która okazuje się być całkiem dobrym nauczycielem jak na początek. 


A teraz czekam na skalpel. Operacja pojutrze. 

Nie powiem, żebym jakoś intensywnie o tym myślała. Nie przejmuję się tym jakoś zbytnio, choć trochę bardziej mnie to niepokoi niż pierwszym razem, bo to tak jakby zaliczyć skuchę w grze komputerowej musieć drugi raz ten sam dosyć trudny level przechodzić, zamiast zaczynać następny i iść dalej w stronę niewiadomego i w stronę końca. To jest zawsze irytujące. Nie wiesz, co cię czeka w następnym poziomie, ale spodziewasz się wielu niemiłych niespodzianek, wielu trudności i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie chcesz czekać do jutra, chcesz grać, by zobaczyć, jak będzie. Nie wiesz, czy tym razem sobie poradzisz, czy sprostasz zadaniu, czy pokonasz pułapki i potwory, ale masz taki zamiar. Grasz żeby wygrać. Zamierzasz pokonać każdy, nawet najtrudniejszy poziom i zobaczyć, jaki jest koniec gry. Nie chcesz powtarzać poziomów i marnować czasu, bo przed tobą jeszcze długa droga, a ty masz jeszcze inne gry na liście, w które chcesz potem pograć.

Życie jest zawsze jak gra komputerowa, tylko żyć nie ma w zapasie i to trochę komplikuje sprawę. Jednak ja lubię grać i gram, żeby wygrać. Trudne gry są ekscytujące choć czasem kosztują dużo nerwów i dużo czasu, by pokonać wszystkie poziomy i/lub wszystkich wrogów.

A wy w co teraz gracie w swoim życiu? 



17 grudnia 2021

Kolejna operacja?

 Z jakiegoś powodu oczekiwałam, że po operacji piersi nie będę mogła nic robić i że to musi boleć. Okazuje się, że się myliłam co do tego. Na szczęście. Jest tak, jak mówiła pielęgniarka przed operacją, że po operacji praktycznie wszystko można robić prawie normalnie i zwyczajnie funkcjonować. 

Dendermonde


W pierwsze dwa dni miałam trochę problemy z przyodzianiem bluzy czy koszulki, bo mnie pod pachą ciągnęło, gdy łapę próbowałam do góry podnieść, ale powoli dawało rady. Na szczęście noszę szerokie, numer za duże, miękkie ubrania, bo jakbym była fanką obcisłych i dopasowanych, to raczej musiałabym garderobianą zatrudnić. Jedynym problemem było pieruńskie zmęczenie i słabam była jak gówno. 

W środę jednak już odprowadziłam Młodego pod szkołę na rowerze i dało się jechać bez większych problemów. Tyle, że po przejechaniu tych dwóch kilometrów czułam się, jakbym co najmniej maraton przebiegła. W czwartek już było lepiej. Dziś już moja kondycja wróciła tak  π razy drzwi do normy. 

Podejrzewam, że fakt, iż wstaję codziennie o 5.30 nie pozostaje tu bez znaczenia, bowiem rano trzeba budzić Najstarszą. Tymczasem spanie z pociętym cyckiem i pachą jest mało komfortowe, do tego mój mózg ma bardzo głupi zwyczaj intensywnego myślenia w nocy. Niewykluczone, że to dlatego, iż w dzień zwykle nie daję sobie na to zbyt wiele czasu, bo przecież zawsze jest tysiąc rzeczy do zrobienia. Przeto zanim mózg przeanalizuje wszystkie informacje, to chwilę trwa, a wtedy spanie jest wyłączone. Co nie jest dobre dla zdrowia i wypoczynkowi zdecydowanie nie sprzyja. Jednak im szybciej wszystko przeanalizuje, tym większa szansa, że kolejne noce będzie spał. 

W tym tygodniu odwiedziło mnie kilku klientów z sąsiedztwa. Dostałam szampana, czekoladki z Leonidasa, bukiet pięknych kwiatów i kartki z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Miło.



W środę robiliśmy z Młodym kartki świąteczne dla klasowych kolegów i sąsiadów. Grubo ponad 20 udało nam się namalować farbami akrylowymi. To świetny relaks i doskonały sposób, na spędzenie popołudnia z dziewięciolatkiem. Młoda była u ortodontki i stwierdziła, że woli jak ta ma zły humor, bo wtedy naburczy o byle co, ale pracuje w jej paszczy po cichu, bo jak ma dobry humor to gada i gada, i zadaje te wszystkie pytania, na które trudno się odpowiada, gdy ktoś ci w paszczy grzebie. 





Przyszedł też mejl z informacją o zbliżającej się kontroli nauki domowej, do której za cholerę nie jestem przygotowana. Nie mam żadnych planów ani krótko- , ani długoterminowych. Młoda uczy się całkowicie sama, według tematów z Komisji Egzaminacyjnej. Na szczęście robi notatki, które będzie można pokazać. Materiały kupuję gotowe online, które przygotowuje specjalnie pod Komisję jeden z belgijskich Uniwersytetów, ale to chyba też się liczy. Mam nadzieję, że nie będą się za bardzo czepiać. Wcześniej mamy jeszcze spotkanie z psychiatrą i liczę, że ta upisze dla Młodej jakieś stosowne zaświadczenia o zalecaniu nauki domowej, a i te wszystkie diagnozy o autyzmie, dyspraksji, depresji też weźmiemy. Powiem wam tylko, że o wiele bardziej mnie ta kontrola stresuje niż operacja piersi i cały ten rak, choć i ten mnie wkurza…

W czwartek pojechałam w towarzystwie Młodej na spotkanie z doktorem. Nie miał dla nas zbyt dobrych informacji. Okazuje się, że guz był groźniejszy, niż wynikało ze wstępnych badań przedoperacyjnych. Był przede wszystkim bardziej złośliwy (trzeci, najgorszy stopień a nie drugi, jak wyszło z punkcji) i bardzo nieregularny. Doktor mi narysował mojego raka jako koślawą patologiczną gwiazdę wieloramienną i powiedział, że rogi tej gwiazdy wystawały poza to, co oni wycięli, co oznacza, że trochę tego skurwysyństwa zostało w cycku, a to oznacza, że trza dokonać poprawki… Wstępnie umówiliśmy się na ponowną operację na 30 grudnia. Tym razem mają całkiem usunąć pierś. Szkoda, że od razu tego nie zrobili, no ale nie ma co płakać na rozlanym mlekiem, tylko zabrać się za ścieranie…

Potem poszłyśmy z Młodą na miasto i jak szłyśmy na przystanek, zobaczyłyśmy ogon naszego autobusu. Następny za godzinę. Przypomniało mi się, że przecież Małżonek ma kolejne MRI w tym samym szpitalu i poszłyśmy z powrotem pod szpital, by poszukać jego samochodu. Znalazłyśmy! Po czym usiadłyśmy zmęczone na krawężniku. Głupi pomysł. Co chwilę, ktoś się pytał, czy wszystko okej. Jezu! A mówią, że ludzie nie reagują, że przechodzą mimo, że nie pomogą człowiekowi w potrzebie… Nie prawda! Ludzie interesują się… nawet gdy ktoś nie potrzebuje pomocy. Zwłaszcza wtedy.

W ponownej drodze do szpitala zoczyłyśmy księżyc, a że droga wiedzie przez mokradła, to jednomyślnie zdecydowałyśmy sfotografować odbicie łysego w jakiejś wodzie. Młoda jojczała, że nie ma aparatu, ale telefonem też niezła zabawa. W ogóle była świetna pogoda na zdjęcia, nie tylko łysego.

Dendermonde






 Z badaniem małżonka była heca. Opowiada, że leżał w tym tunelu, badanie się zakończyło, maszyna przestała się tłuc, filmik przyrodniczy się skończył i nic. Szuflada się nie wysuwa. Nic się nie dzieje. Małżonek pomyślał, że technik przyciął komara albo poszedł gdzieś czy coś. Już zaczął nawet przypominać sobie tricki z filmów, jak to gangsterzy uciekali z takich maszyn i zastanawiać się nad możliwościami, ale w końcu poczuł, że coś drgnęło w tej sprawie i zaczął się zbliżać do światełka w tunelu. Uf. Przybiegł technik i pyta, czy Małżonek, ma w głowie jakieś implanty czy inne żelastwo i może zapomniał wspomnieć o tym w ankiecie… Nie, nie ma. No to coś jest nie tak, bo badanie jakieś cuda niewidy pokazało. Zadzwonił po lekarza. Chwilę czekali, ale w końcu się zjawił, by popatrzeć na badania. Stwierdził, że Małżonek ma jakiś metal w uchu! Cóż, nas już niewiele może zdziwić, a jednak! Hm, w pracy lakiernika opiłki metalu w uchu to nie jest zjawisko paranormalne, ale raczej nie spodziewasz się, że takie rzeczy skomplikują i wydłużą twoje badanie. 

Dziś dzwoniła lekarka z UZ z Brukseli, by omówić wyniki badań krwi Młodego odnośnie alergii. Już na dzień dobry mówi, że Młody ma dużo alergii. Najmocniej jednak pyłki traw i drzew, czyli wiosna, lato, tak jak zaobserwowaliśmy, ma przekichane i przesmarkane. 

Jednak uczulony jest też na kurz. Mniej, jak na pyłki, ale dosyć. Lekarka zaleciła wyrzucić dywany i maskotki z jego pokoju oraz często prać pościel. Gdy powiedziałam, że z maskotkami będzie problem, bo Młody ma ze 20 pluszaków na łóżku i trochę poza łóżkiem, bo uwielbia je, to orzekła, by wybrał sobie kilka, które pozostawi w łóżku i które trzeba często prać, a inne dalej posadził. No, ale jak się nam chce prać 20 maskotek co chwilę, to można, uśmiała się. Poza tym ma lekkie uczulenie na świnki i papugi, ale tym nie ma się co martwić. W sprawie alergii na pyłki mamy się zjawić u niej w lutym, by omówić terapię itd. Młody nie jest usatysfakcjonowany tą diagnozą, ale jutro na spokojnie pomyślimy nad przemeblowaniami w pokoju. 

Poza tym Młody już ma ferie, bo rząd przedłużył dla podstawówki o tydzień z powodu pandemii. Dla nas bomba. Gdy jednak pomyślę o przeciętnych czy słabych dzieciach czy tym bardziej o rodzicach nie mających z kim zostawić dziecka, to już gorzej to wygląda. Ale to nie mój problem. 

Jutro będę spać do południa… Żart, żart. Spróbuję choć do siódmej. Podejrzewam, że i tak pewnie o piątej się obudzę, ech. 



13 grudnia 2021

Wrażenia po usunięciu guza z cycka

Operacja się udała. Inaczej by ten tekst nie powstał pewnie... 




Powiem więcej, nie było źle. Całkiem spoko nawet. Zakładając, że ktoś jest tak jak ja zdrowo walnięty. Wszak normalsi - jak wynika z moich obserwacji - to w takich okolicznościach zwykle straszną panikę sieją, galotami trzęsą, srają miodem  i w ogóle. 

Dla mnie to kolejne interesujące doświadczenie do kolekcji, o którym mogę sobie teraz napisać.

W takich chwilach uświadamiam sobie, jak to wspaniale jest być normalnym inaczej, czyli żeby umieć do poważnych  rzeczy podchodzić z dystansem, opanowaniem, zimną krwią, nieziemską cierpliwością, dziecięcą ciekawością i popieprzonym czarnym poczuciem humoru. To jest dobre.

Niby tam gdzieś w tle, w głębokich otchłaniach mojego pokręconego mózgu świeci się blado jakaś ostrzegawcza lampeczka, pojawiają się jakieś znaki zapytania i znaczące wykrzykniki, ale moje główne myśli i odczucia skupiają się na tu i teraz oraz na czystych faktach. Dla mnie bowiem liczy się zwykle o wiele bardziej to co JEST, a nie co może być. Jak już coś jest, to trzeba się temu dokładnie przyjrzeć, zbadać i dowiedzieć się, co z tym zrobić. Jak można z tym coś zrobić, to trza się brać za robienie krok po kroku. Dopóki możliwości się nie wyczerpią i sił starczy.  Jak się nie da nic zrobić, to trza się z tym pogodzić i iść dalej omijając to lub ciągnąc ze sobą i robić wszystkie inne rzeczy dopóki możliwości się nie wyczerpią i sił starczy. 
Tak czy siak zaczynam podejrzewać, że zasadniczo w życiu dobrze jest mieć ciągle coś z czym można się użerać, bo jak nic na drodze nie stoi z czym można się zmierzyć, to życie zaczyna być chuja warte i nudne. 

No ale pozostawmy filozofię i zajmijmy się fizjologią.

 Opowiem o dniu operacji. Bo lubię opowiadać.

W piątek Małżonek podrzucił mnie na siódmą pod szpital i pomknął dalej do roboty, bo tak się składa, że szpital ma po drodze.

Zarejestrowałam się i poszłam na oddział babięcy, gdzie już na dzień dobry było trochę chichów śmichów, bo się okazało, że sala do której mnie pielęgniarka zaprowadziła, jest zajęta. Okazało się, że komuś się szóstka z dziewiątką pomerdała i że moja sala ma nr 226 a nie 229. W sali dwuosobowej była jedna pacjentka, jak przyszłam, ale już się zbierała do domu. Chwała jej za to. 

Popatrzyłam po tej sali i przypomniałam sobie moje pobyty w polskim szpitalu na babięcym oddziale kilkanaście lat temu. Te łóżka ze skrzypiącymi, rozciągniętymi sprężynami i wydupconymi materacami. 7-8 bab na jednej sali. Łóżko koło łóżka, zero intymności, komfortu. Zimno jak pierun. Jeden kibel i jeden prysznic na 20 bab… Ło matulu, to ci były czasy.

 A teraz tu na sali dwa wypasione elektrycznie regulowane wyrka, oddzielone zasłoną, przy każdym zmyślna szafeczka z rozkładanym stołem do żarcia, nad każdym łóżkiem na wysięgniku telewizor dotykowy z mnóstwem kanałów, skórzany fotel, stolik i krzesła, szafy na ubrania, lodówka, mikrofalówka, prysznic i wucet plus pokoik do przebierania i kąpania bobasów (oddział babięcy). No i mydło, papier toaletowy i ręczniki papierowe, a nie że człowiek własną srajtaśmę musiał przynosić. 
Na kablu dinks z przyciskiem do przywoływania pielęgniarek i  pstryczkami od różnych świateł. 
W nocy cichuteńko i ciemno. No, jak współlokator nie hałasuje i nie świeci ;-) Jak już być w szpitalu, to lepiej w takim przytulnym i komfortowym niźli w takim polskim sprzed kilkunastu lat (teraz to nie wiem).





Pielęgniarka zleciła przywdzianie szpitalnej koszuli. No, moda szpitalna się z czasem najwyraźniej nie zmienia za bardzo. Tyle, że tu można mieć majty pod koszulą a nawet skarpety i dresy, jak koło dupy ci nic nie robią akurat ;-) Zatem nie trza, jak drzewiej w Polszy, gołą dupą po korytarzach świecić. To nawet śmieszne nie było, szczególnie jak człowiek młody jeszcze był. 

Chwilę później, gdy już w tej seksownej kiecy byłam, przyszła przewoźniczka pacjentów i zawiozła mnie z łóżkiem na usg, gdzie mieli mi ten harpunik w cycka wetknąć, ale jakiś mały ulizany doktorek przyleciał, popatrzył na cycki (same zbereźniuchy), popatrzył na usg i stwierdził, że nie trzeba nic cudować, tylko nabazgrał mi coś mazakiem na cycku i poleciał. 

Znowu zjawiła się przewoźniczka i zawiozła mnie na dół do poczekalni przedoperacyjnej. Cicho tam było i pusto. Żywej duszy. Jakiś gość nagle skądś się zjawił i zdziwiony moją obecnością tak samo jak ja jego nagłym zjawieniem podśmiał się, że co tak mnie tu ktoś po cichu porzucił w kącie, po czym zniknął. 

W końcu zaczęła się i moja ekipa schodzić. Każdy się witał i przedstawiał. Człowiek czuje się niczym jakiś celebryta na tym szpitalnym łóżku. Wszyscy cię znają i witają, jak króla. 

Jak się już poprzywitywał każdy z każdym i wenflon mi przyczepili, to zaciągnęli mój łóżkowóz na salę operacyjną i zaraz zaczęli się krzątać wokół sprawiając wrażenie, że wiedzą, co kto ma robić, a nawet jak i po co. Budujące. 5 minut później odpłynęłam do krainy nieistnienia. 

Obudziłam się będąc znowu w poczekalni. Znów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zjawiła się przewoźniczka i zaciągnęła mój  łóżkowóz na moją salę, gdzie mogłam próbować sprawiać wrażenie, że już jestem całkiem przytomna. Nawet zdążyłam sobie przypomnieć, że Młoda kazała update’ować do niej mój operacyjny status, a zaraz potem, że mój telefon jest w plecaku, a to jest taaaak daaleekooooo…. i że mam cholernie ciężkie powieki i jeszcze cięższe kończyny, po czym poszłam znowu w kimę. Obudził mnie ten mój porąbany ginekolog wpadając jak dziki do sali z pielęgniarkami i z tym swoim „Hej hej, Magdalena!”. 

Za każdym razem do każdego drze się z uśmiechem „hej-hej” na powitanie, jakbyśmy w wesołym miasteczku byli, a nie w szpitalu. Przefajny superpozytywny gość, a do tego - jak wieść niesie - dobry specjalista od spraw rakowych. Tym razem już serio się obudziłam. Doktor powiedział, że wycięli 3,5cm guza z zapasem zdrowej tkanki i jeden gruczoł pod pachą i wysłali próbki do laboratorium. Operacja przebiegła bez komplikacji i że nazajutrz, czyli w sobotę będę mogła iść do domu, ale że przed południem do mnie jeszcze wpadnie. 

Oddzwoniłam i odpisałam wszystkim, którzy do mnie zadzwonili i napisali, jak spałam. 

I nagle znowu okazało się, że niektórzy ludzie to są nieobliczalni i nieprzewidywalni, żeby nie powiedzieć rąbnięci. Jeden z moich klientów zapytywał smsem jak się czuję i prosił o oddzwonienie, co też z automatu uczyniłam, bo co też miałam lepszego do robienia… i zostałam zszokowana. 

Okazało się, że ci - skądinąd mili i sympatyczni - ludzie musieli pilnie natychmiast tu i teraz w tym momencie w PIĄTEK KURWA WIECZOREM GDY WŁAŚNIE TYLE CO ZE STOŁU OPERACYJNEGO ZESZŁAM I JESZCZE NIE ZUPEŁNIE PRZYTOMNA BYŁAM (na ich kurwa szczęście!) wiedzieć, czy oni dostaną kogoś na moje zastępstwo, bo dla nich to ważne. Nie muszą mieć tego zastępstwa, mogą nie mieć, ale muszą wiedzieć, czy ktoś będzie przychodził sprzątać, czy nie, bo dla nich to ważne, bo oni muszą sobie to jakoś wszystko zaplanować. No więc, żebym koniecznie się szybko zorientowała i jak najszybciej ich o tym poinformowała, bo to ważne, chyba rozumiem. Powiedziałam oke i że rozumiem, bo w sumie rozumiem, że to dla nich ważne. Potem się rozłączyłam. A potem, jak mi się mózg już odlagował trochę, dotarł do mnie sens tej rozmowy. 

NO CHYBA WAS POPIEŚCIŁO! 

Po pierwsze takie pytania to nie do mnie, tylko do biura. Po drugie nawet jeśli już do mnie, bo mnie dobrze znasz, to chyba do chuja są bardziej adekwatne momenty niźli piątek wieczorem, gdy właśnie jestem na stole operacyjnym z powodu potencjalnie dosyć śmiertelnej choroby. 

Te ludzie to so! 

Czasem nie wiadomo śmiać się czy płakać. Wkurzyłam się, ale w sumie dziś to mnie wali. Wnet mnie raczej nie zobaczą, a ja ich, bo na dzień dzisiejszy mam chorobowe do końca roku, a to raczej nie koniec, bo potem jeszcze terapia i w ogóle kij wie, co. 

Wreszcie doczekałam na jakieś jedzenie. No ludzie, baba jeszcze się pyta, czy będę jeść kolację?  Co to w ogóle za pytanie?! Przecież ja nie jadłam nic od czwartku wieczór, a ta się pyta, czy będę jeść!!! I jeszcze mówi, że NIE MUSZĘ ZJEŚĆ WSZYSTKIEGO, po czym zostawia mi trzy kromeczki chleba, łezkę margaryny i zdziebko jajecznej pasty. Serio? Ja się mam tym najeść? JA?! Wiem, że ja nie wyglądam jakbym cokolwiek jadła, ale trzy kromki dla mnie po całym dniu nie jedzenia to jakieś nieporozumienie. I jeszcze filiżanka herbaty, jak ja normalnie pół litry na raz wypijam. Dobrze, że woda jest bez ograniczeń. Jedzenie ogólnie dobre, ale porcje jak dla chorych niestety. Dobre jest to, że tu w szpitalu serwują kawę. Rano to jednak nieoceniony napój. No ale dobrze, że przed południem już wesoły doktorek kazał mi spadać do domu.

Małżonek miał w sobotę badanie MRI szyi w tym samym szpitalu więc nie musiał nawet specjalnie po mnie jechać. Za parę dni tym samym urządzeniem zbadają mu głowę i mamy nadzieję, że znajdą przyczynę niekończących się bólów głowy, na które nic nie pomaga… Spodziewamy się oczywiście wszystkiego, bo zawsze się trzeba wszystkiego spodziewać, ale czekamy spokojnie na rezultaty i/lub kolejne badania. 

Dziś byłam w biurze. Zaniosłam wszystkie zwolnienia. Babka ma podzwonić po klientach, by zapytać, czy chcą zastępstwo, choć i tak nie wiadomo, czy dostaną, nawet jak by chcieli, bo sprzątaczek brakuje. Niektórzy nie chcą, „bo nie bedzie im kto obcy się po domu się plątał”, że zacytuję ulubioną klientkę. No ale to w tym momencie nie moje zmartwienie. Jak będę zdrowa to i nowych klientów mogę sobie poszukać, ale najpierw trza się wyleczyć do końca, a to potrwa jeszcze. 

Dziś byłam na kontrolę rany i już mi opatrunki pozdejmowali, bo ładnie się zagoiło. Narzekałam ze śmiechem, że wkurza mnie ten specjalistyczny biustonosz, bom nieprzyzwyczajona do żadnego chomonta, czym rozbawiłam pielęgniarkę, bo ona - mówi - nie znała dotąd ani jednej baby, która nie nosiłaby biustonosza (biedaczki) i aż taki miała by z tym problem. Dla mnie to jak dotąd najgorsza rzecz z tego wszystkiego. Powiedziała, że niestety muszę się przyzwyczaić, bo z miesiąc będę to musieć nosić co najmniej. Najgorzej! Jeżu! 

W czwartek mam kolejną wizytę u szalonego doktorka i wtedy mają już mieć ponoć moje wyniki, czyli że pewnie dowiem się, jakie atrakcje czekają mnie w dalszej kolejności. Trochę jestem ciekawa a trochę nie.












9 grudnia 2021

Dzień przed operacją piersi

Właśnie dostałam cztery radioaktywne zastrzyki w sutek. 

Spokojnie! 

Uwierzcie, że to gorzej brzmi niż wygląda. Robią to cieniutkimi igiełkami jak u dentysty. Mały Pikuś. 

Gorzej, że teraz muszę czekać aż ta substancja pójdzie do gruczołów pod pachą, a to chwilę potrwa. Skan mam za 2 i pół godziny, co zamierzam wykorzystać na wklepywanie tutaj tych wszystkich słów z iPada, który przezornie dziś ze sobą zabrałam. W szpitalu jest darmowe wifi. Gdyby było ciepło, podjechałabym do miasta i poszła do sklepu, ale chromolę wychodzenie z ciepła w taki ziąb. Przyjechałam do szpitala skuterem ubrana jak na Grenlandię, bo wczoraj byłam tu robić covid test i mi dupencja lekko zmarzła. Było nie było w tę i nazad to razem ponad 20km a zima to słaba pora na motórzenie, ale lepsze motórzenie niż pedałowanie w taką gównianą pogodę… 

…No proszę, Polactwo właśnie przeszło przede mną z wielkim hukiem… 

- Nie pyskuj! - krzyczy mamusia -  Weź go! Ja pierdzielę! WEŹ GO!!, - mamusia woła takim tonem, jakby „on” był czymś okropnym czy brudnym. ( może to nie jej dziecko? tylko jakiś podrzutek czy coś…?)

- Zamknij się! - dokłada tatuś - Czy Ty nie możesz zachowywać się normalnie?! - krzyczy po cichu (Uważasz, że nie da się krzyczeć po cichu? To chyba jeszcze mało w życiu słyszałeś. Da się.)

Jakie to kurwa polskie i jakie „normalne”, by drzeć mordę  i szarpać ze złością zdenerwowanego i przestraszonego kilkulatka. To był mały pierdzioszek w wieku przedszkolnym :-( 

Kochający rodzice powinni raczej dziecko uspokoić, pocieszyć po badaniu czy co mu tam kto złego robił (wcześniej słyszałam płacz a nie widziałam innych dzieci) a nie z ryjem do dziecka, z pretensjami, że dziecko ośmieliło się bać, że okazało ludzkie uczucia, że wierzyło, iż u rodziców znajdzie pocieszenie, zrozumienie, wsparcie… Ech.

Ale niewykluczone, że ja też byłam taką zimną suką jako młoda matka, bo nienawiść, pogarda czy bezlitosny chłód wobec własnych dzieci jest wpisana chyba w polską tradycję i kulturę. Nasi rodzice uczyli nas, by dzieciom nie okazywać ciepłych uczuć, by systematycznie na nie ryczeć, wyzywać i spuszczać wpierdol, bo duża szansa że wtedy wyrosną na prawdziwych skurwysynów twardzieli.

Trzeba wielu  lat i dużo zdrowego pomyślunku, dystansu i samozaparcia, by się od tej polskości uwolnić i zacząć być człowiekiem. Jednym się uda, innym nie. Mnie się udało i dlatego mnie teraz bardzo wkurza takie polskie zachowanie. 

Nie! Flamandowie nie krzyczą na swoje dzieci; rzadko w każdym razie. We wszystkich innych razach  dosyć cierpliwie, wyrozumiale i czule podchodzą do swoich dzieci. Moja subiektywna opinia po ośmiu latach obserwacji relacji rodziców i  rówieśników Naszej Trójcy, którzy bywali u nas w domu systematycznie. 

Póki co mam jednak ciekawsze rzeczy do roboty jak rozkminianie aspektów polskiego macierzyństwa.

Siedzę tu już godzinę, co zauważył facet przewożący na wózkach chirych i się śmiał, że on chodzi wtei we wte, a ja ciągle tu jestem, ale mu odrzekłam, że jeszcze drugie tyle przede mną, na co przekazał mi ze śmiechem wyrazy współczucia. 

Pora jednak, by tradycji stało się zadość i bym spisała podsumowanie tygodnia.

A w tym tygodniu sporo się działo. No… w sumie u nas zawsze dużo się dzieje, więc nie jest to jakaś nowość. Tylko okazja jest nowa, bo raka jeszcze  nie mieliśmy.

W poniedziałek i wtorek było w miarę normalnie. Po prostu byłam w pracy.  Zaliczyłam też przedoperacyjną wizytę u rodzinnego, który zrobił mi EKG, pobrał krew do badania, zapytał o różne rzeczy i wypełnił dokumenty do operacji. Na koniec powiedział, że wyniki krwi sama sobie wydrukuję, bo jak będą gotowe, to laboratorium wyśle mi link na e-email a wtedy wystarczy wklepać tam mój numer (tutejszy PESEL) by sobie wyniki pobrać i druknąć. Tak też się stało. Coraz więcej rzeczy robimy online, odkąd ta pandemia się zaczęła… Co daje też trochę do myślenia, bo i w tej kwestii na dwoje babka wróżyła… Są dobre strony, ale trochę to niepokoi mimo wszystko…

Młody został w tym tygodniu w domu, co spotkało się z wielkim zrozumieniem zarówno dyrektorki szkoły jak i lekarza rodzinnego. Doktor wypisał wolne Młodemu na cały tydzień (po prostu kwarantanna) Dyrka zatroszczyła się o to, by Młody mógł uczestniczyć w lekcjach a nawet pisać wszystkie sprawdziany przez internet. Pani wysyła mu sprawdziany mejlem, on sobie je drukuje i wypełnia, po czym fotografuje telefonem i odsyła. Dyrektorka od razu zapytała do jakiego doktora chodzę, po czym oświadczyła, że jestem w dobrych rękach, gdyż to dobry specjalista. Inni znajomi, to potwierdzili. Doktor i reszta personelu z kliniki piersi ma świetną opinię. 

W środę też byłam w robocie, ale to był specjalny dzień, bo Młoda miała urodziny. Wstałam zatem o piątej, by rozwiesić z pomocą małżonka specjalne słodkie dekoracje, które przygotowałam na te ostatnie dziecinne urodziny. Za rok bowiem już będzie dorosła. Rano zrobiłam też tort z koparą. Po robocie byłam zrobić test na covid, co - jak wiadomo - w dzisiejszych czasach jest obowiązkowe przed każdym zabiegiem. Wieczorem przyszła sąsiadka i zamówiliśmy sushi, które małżonek odebrał wracając z pracy. Jeśli idzie o planowanie wszystkiego w czasie i przestrzeni to nie długo osiągnę mistrzostwo, bo z każdym rokiem lepiej mi idzie. Wieczór był fajny! Pośmialiśmy się, najedliśmy się. Młoda zdmuchnęła świeczki, rozwaliła pinatę i odpakowała wszystkie prezenty, a było ich dużo, bo wredna matka nakupiła sporo rupieci w sklepie z rzeczami z drugiej ręki i każdą osobno zapakowała. Coś nowego też się znalazło.


Dziś siedzę sobie w szpitalu i czekając klikam te wszystkie bzdury. Przeniosłam się do poczekalni radiologicznej, bo znowu szedł ten wesoły facet z kolejnym pacjentem i znowu se heheszki robił pokazując na zegarek. Jeszcze pacjentowi powiedział, że półtorej godziny tam siedzę. Świat jest pełen wariatów haha. Tu jedna babcia siedzi i robi na drutach ;-) 

Jutro o siódmej mam się zameldować w szpitalu na jeden nocleg z poprzedzającymi go atrakcjami z użyciem skalpela. W sobotę wracam do domu, a w poniedziałek mam przyjść na kontrolę rany pooperacyjnej. A póżniej za parę dni na pogaduszki o tym wszystkim z doktorem i pielęgniarkami prowadzącymi.

Brzmi dobrze. Miejmy nadzieję, że w rzeczywistości podobnie prosto i dobrze będzie wyglądało. Wszyscy ludzie, których znam i których nie znam, wysyłają mi mnóstwo pozytywnej energii. Sąsiedzi bliżsi, dalsi a nawet całkiem dalecy oferują na moje usługi swój czas, samochód i wszystko, czego bym ewentualnie mogła potrzebować. Kilka babek chce podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami w związku z tą chorobą i na pewno z tego skorzystam po operacji, bo teraz wolę niczego nie rozkmniniać zanadto. Wolę się porelaksować w spokoju. Kilku Polaków zaoferowało modlitwę, a kilku Belgów zapalenie świeczki w mojej intencji. Nie jestem wierząca, zatem nie wierzę w sprawczą moc tego typu czynów, co nie zmienia faktu, że tego typu gesty są bardzo miłe, bo to oznacza, że ktoś o mnie myśli, coś dla kogoś znaczę, że ludzie mnie zwyczajnie lubią itd. Tylko tyle i aż tyle.

Nie długo moja kolej, kończę zatem klikanie. 









3 grudnia 2021

Rak piersi… nowa przygoda rozpoczęta

 Spora część minionego tygodnia kręciła się wokół zdrowia. 


W poniedziałek poszłam do lekarza rodzinnego w sprawie wspomnianych w poprzednich 2 wpisach wyników badań cycków, które stwierdziły u mnie raka piersi…

Jak wielokrotnie już na tym blogu wspominałam, mnie już raczej nie wiele rzeczy jest w stanie zszokować, czy choćby zdziwić. Zatem i ta diagnoza jakoś specjalnie wielkich emocji we mnie nie wywołuje. A z reakcji niektórych znajomych domyślam się, że powinno to na mnie zrobić piorunujące wrażenie, przerazić, zmartwić i w ogóle powinnam leżeć i kwiczeć czekając na koniec świata. Tyle tylko, że ja nie jestem normalna i u mnie nic prawie nie działa, jak u normalsów. Toteż póki co nie sram żarem, nie wpadam panikę ani się niczym nie martwię. Poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej… Co ma być, to i tak będzie, a wyżej dupy nie podskoczę. 

Cieszę się tylko, że skoro już mam tego raka, to dobrze że w Belgii a nie w takiej np Polsce.

Rodzinny powiedział, że po otrzymaniu wyników od razu skontaktował się ze specjalistą i omówił z grubsza mój przypadek. Po czym orzekł, że rak piersi tak wcześnie wykryty zwykle daje duże szanse na wyleczenie. Powiedział, że zadzwoni do szpitala i umówi mnie na badania, bo jak on zadzwoni to będzie szybko. Choć, jak chcę, to mogę sobie sama dzwonić, ale wówczas czas oczekiwania będzie o wiele dłuższy. 

We wtorek rano, gdy akurat byłam w drodze do pracy, zadzwonił doktor, by poinformować mnie, iż pierwszą wizytę w szpitalu mam w środę rano i że mam sobie wziąć książkę, bo pewnie spędzę tam kilka godzin.

We wtorek po południu pojechałam z kolei do UZ Brussel (Szpital Uniwersytecki w Brukseli) z Młodym na wizytę u pulmonologa w sprawie jego alergii. Młody jak to Młody jak zwykle wykazał się swoją epickością i rozbawił zarówno mnie jak i personel szpitalny. Pani doktor dała mu bowiem skierowanie na badania krwi i poszliśmy. Młody nigdy nie miał badań krwi i był trochę zestresowany. Nie panikował jednak. Pielęgniarki nas zawołały i kazały Młodemu położyć się na łóżku. Po czym wyjaśniły mu, co będą robić i zaczęły go zagadywać. Zobaczywszy, że ma koszulkę i maskę z Minecrafta, poszły w temat gier. Młody leży, odpowiada, aż w końcu przerywając zdecydowanie wypowiedź pielęgniarki pyta z wyraźną niecierpliwością „Długo to jeszcze będzie trwało?! Bo mnie to boli!”. Pielęgniarka mówi, że już prawie, po czym poluzowawszy mu ucisk na ramieniu pyta, czy teraz lepiej. - No! - wykrzykuje Młody - Dużo lepiej! Uf! 

W tym momencie już nie dały rady powstrzymać uśmiechu, bo to zabrzmiało jakby jakiś celebryta zwracał się do jakiejś tam sekretarki. Nie było to jednak bezczelne czy chamskie, ale bardzo stanowcze. Uwielbiam go, tego mojego Legendarnego Dziewięciolatka. Stwierdził, że badanie krwi nie jest zbyt fajne, ale też nie jakieś straszne. Do domu wracaliśmy autobusem w godzinach szczytu. Tłum nastolatków wracających ze szkół mało Młodego nie spłaszczył. Na szczęście po kilku przystankach trochę się poluźniło i udało nam się usiąść. Czekając na autobus nauczyłam Młodego nowej zabawy. Czytanie rejestracji przejeżdżających samochodów i szybkie układanie zdań ze słowami zaczynającymi się na litery znajdujące się na tablicach rejestracyjnych. Młody uznał to za najlepszą zabawę słowną, o jakiej dotąd słyszał. Śmialiśmy się przy tym jak wariaci, bo przecież było mnóstwo „pierdzenia” „smarków” a i „dupa” się czasem trafiała w naszych bezsensownych zdaniach. 

W środę rano najpierw spotkałam się z pielęgniarką, która opowiadała mi szczegółowo cały proces od wykrycia raka, poprzez kolejne badania, aż po operację i dalszą terapię ilustrując swoją wypowiedź schematami i rysunkami na papierze. Słowem, tłumaczyła jak dziecku, co bardzo mi się podobało, bo łatwiej sobie te wszystkie jakże istotne informacje we łbie uporządkować i zapamiętać. Poinformowała mnie, że tego dnia sprawdzą, czy nie ma przerzutów w inne miejsca, do czego potrzeba kilku badań: rentgen płuc, USG wątroby, skan kości po podaniu radioaktywnej substancji i MRI cycków.

 Potem powiedziała, że idziemy poznać doktora, który będzie się mną zajmował. I poszliśmy gabinet dalej. Doktorem jest bardzo sympatyczny gość. Zadał kilka pytań, powiedział parę słów, po czym otrzymałam rozpiskę badań na ten dzień i wyruszyłam na wycieczkę po szpitalu. Na kartce miałam napisane godziny badań i numer działu. Trochę łażenia było.

Dobrze, że już mam nieźle obcykane, jak się szuka poszczególnych tras po niekończących się labiryntach belgijskich szpitali. Nawet udało mi się trochę pozmieniać harmonogram, bo okazało się, że czasem wystarczy pójść do okienka i spytać, by załatwić dane badanie godzinę wcześniej.  Z innym sami zaproponowali godzinę wcześniej, bo lekarz później nie mógł, a jakiś pacjent może być o innym czasie zbadany. Pielęgniarkę zdziwko szarpnęło, że tak szybko wróciłam do „kliniki piersi”. Uśmiała się, że szybka jestem i zabrała się za sprawdzanie wyników badań. 

Badania nic podejrzanego nie wykazały.  Na dzień dzisiejszy nie widać żadnych przerzutów, co jest świetną informacją. Po czym poinformowała mnie, że w piątek, czyli dziś mam się tam stawić na rozmowę, w celu omówienia szczegółów operacji, która odbędzie się za tydzień. Wyniki badań z laboratorium stwierdzają, że mój guz jest wrażliwy na hormony, co jest kolejną świetną informacją, bo oznacza że będzie możliwa terapia hormonalna, co z kolei oznacza, że być może chemioterapia nie będzie potrzebna. Jednak to czas pokaże. Póki co czekam na operację.

W poniedziałek polecę do rodzinnego, żeby wypełnił mi szpitalne ankiety, w środę mam pojechać zrobić test na covid, w czwartek mam jeszcze jakieś jedne badania i w końcu w piątek z rańca mam się zameldować w szpitalu na operację. Powiedzieli „jeden raz spać”, czyli w sobotę koło południa powinnam już być w drodze do domu po operacji.

Teraz tylko jeden stresujący element. W klasie Młodego dwóch delikwentów ma koronę. Jak Młody przyniósł tego wirusa do domu, to może to skomplikować całą sytuację… Mówię mu jednak, by nie brał niczego ze szkoły, a jak wziął, to niech im odniesie z powrotem, bo ja nie mam teraz czasu na jakiś kurwa głupi covid.

W poniedziałek się zapytam jeszcze rodzinnego, co myśli na ten temat.

A jeszcze ten cały popierdolony paszport covidowy podniósł mi tak ciśnienie, że jakbym spotkała tego pojebańca, który to wymyślił, to ręka noga mózg na ścianie. KURWA!

Jak już to pierdolce wymyślili, to czemu do chuja jebanego normalnie tego każdemu nie wysłali po tym pierdolonym szczepieniu?! 

Mnie chyba zwyczajnie jakimś cudownym fartem udało się zainstalować itsme i pobrać certyfikat na telefon. 

Jakiś czas temu chciałam to samo zrobić dla Najstarszej, ale chuja z tego wyszło. 

Wczoraj Młoda stwierdziła, że chce dziś ze mną pojechać do szpitala. Spoko. Tylko ten covidsafe pobierzemy i już. Pyk. Otwieram stronę rządową od zdrowia. Pyk. Loguję się przez moje itsme. I zonk. Okazuje się, że w systemie widnieje tylko i wyłącznie Młody jako moje dziecko. No Najstarsza okej, jest pełnoletnia, to wiadomo, może już nie być jako dziecko. Ale Młoda? W systemie rządowym w profilu naszej rodziny Młody jest moim synem i synem Małżonka, a Dziewczyny widnieją jako pasierbice Małżonka, ale nie jako moje dzieci. Jaja jak berety! Młode rżą, że okazuje się, że żyły w błędzie, bo wychodzi na to, że tak na prawdę nie mają rodziców. Pójdę do gminy to wyjaśnić, bo niby Duże są stare, ale nie wiadomo jakie mogą być konsekwencje tego błędu. Co za burdel! 

No ale dobra. Ja nie mogę pobrać certyfikatu Młodej, bo w systemie nie jest moją córką. Mąż nie może pobrać, bo faktycznie nie jest jego córką. Młoda nie jest pełnoketnia więc nie może mieć itsme a do apki covidsafe potrzebuje się zalogować przez itsme rodzica, którego nie ma, bo wg systemu jest sierotą haha. Bądź tu mądry. W końcu wyczytałam, że niepełnoletni może pobrać sobie certyfikat w pdf logując się ze swojego dowodu za pomocą czytnika. Panie, udało się! Od razu dla Najstarszej żeśmy pyknęli i obydwa popieprzone certyfikaty wydrukowali.

Tja. A w szpitalu się okazało, że te papierowe są praktycznie niezczytywalne przez apkę do sprawdzania covidsafe. Na litość grzyba! 

Na szczęście w recepcji był jeden młody szkut, który odkrył, że jak pod samą żarówkę się wsadzi ten kod to wtedy tablet czy telefon go widzi. I tym oto sposobnym chytrem udało się Młodej wbić ze mną do szpitala dziś. Uwierzcie mi jednak, że ten rak mnie o wiele mniej nerwów kosztuje niż tego typu pierdolenie. 

Młoda ma w przyszłym tygodniu urodziny. Mam zamiar zdążyć zrobić na ten dzień sałatkę jarzynową (choć rozważam też zamówienie sushi a sałatkę jutro, bo mam smaka po prostu), czaderski tort i wyjebaną w kosmos dekorację domu. Prawie wszystko mam gotowe w głowie. Wystarczy to sprytnie wepchnąć pomiędzy pracę i latanie po doktorach i powinno się udać. 

Jutro jeszcze mam jechać kupić specjalny biustonosz pooperacyjny, bo pielęgniarka dała mi namiary na sklep i już się umówiłam. No i jeszcze z Najstarszą do dietetyka muszę skoczyć na pierwszą wizytę i przy okazji odwołać wizytę Młodego, bo za tydzień raczej nie dam rady być w dwóch miejscach jednocześnie.