15 lipca 2022

Wrażenia po chemioterapii i bardzo złe doświadczenia w pracy studenckiej

 Wrażenia po zakończeniu chemioterapii.

Diagnozę rak piersi otrzymałam późną jesienią zeszłego roku. Pierwszą chemię odebrałam pod koniec stycznia, będąc po dwóch operacjach piersi, a teraz jestem już pół roku później i właśnie zakończyłam chemioterapię. Otrzymałam 4 dawki mocnej czerwonej chemii co trzy tygodnie i 12 dawek lżejszego taxolu co tydzień. 

 Chemia była dla mnie raczej łaskawa, biorąc pod uwagę opowieści innych. Mam nadzieję, iż oznacza to, że właściwie mi ją po prostu dobrali do mojego organizmu, a nie że leczenie było słabe… No ale tego się nie dowiem przecież.

Mogę wam powiedzieć jednak, że branie chemii ma jedną zajebistą zaletę - komary mnie nie lubią i się trzymają ode mnie jak najdalej z dala buachachacha! 🖕🏼🦟 Tylko Mąż ma teraz przesrane, bo tak je to wkurza, że rzucają się na niego z podwójną mocą. W sypialni nam się ostatnio moskitiera niepostrzeżenie odczepiła i ostatnie noce nalazło tego badziewia całe chmary. Pokłuły Małżonka wszędzie masowo zanim żeśmy polowanie urządzili, urządzonko znaleźli i do kontaktu wtyknęli i zanim odkryliśmy odczepioną moskitierę i naprawili usterkę. Ja słyszałam, jak latają i ziuczą nade mną, ale ani jeden nawet nie przysiadł. Bały się jebaniutkie hahaha. A szkoda, bo pewnie by ich moja krew zabiła na śmierć. 

Jak przeszłam chemię poza tym? Spoko. Nie wymiotowałam ani nawet mdłości nie miałam z wyjątkiem jednego czy dwóch razów na początku, ale to było dosłownie kilka minut lekkich mdłości. Biegunki też nie miałam z wyjątkiem dwóch dni, kiedy nie piłam soku i nie jadłam ciastek w czasie kroplówki. Nie wiem, czy to nie zwykły zbieg okoliczności, ale być może picie soku owocowego pomaga zneutralizować te toksyny w żołądku….? 

Po pierwszej czerwonej chemii wypadły mi włosy, ale już dawno zaczęły odrastać. Do dziś zdążyłam je już dwa razy zgolić na głowie. Na nogach tylko raz depilowałam i na razie spokój. Brwi i rzęsy jeszcze nie odrosły za bardzo, więc nadal głupio wyglądam. No ale z brwiami i rzęsami nie wiele lepiej, zatem nie ma się co przejmować hehe. Najbardziej upierdliwe są włosy, tam gdzie słonko nie dochodzi i te trzeba już systematycznie golić. I po co komu włosy łonowe? Obrzydliwość! 

Paznokcie mi nie odpadły, choć wiele oznak zmierzania w tym kierunku się pojawiło. Szczególnie na dużych paluchach u stóp. U prawej nogi wielce prawdopodobnie jeszcze odpadnie, bo jest do połowy purpurowy i częsciowo już się odkleił. Ale jak odpadnie to i odrośnie. U rąk po prostu są obolałe. Smaruję olejkami. Maluję utwardzaczami. Bedzie żyło.

Smarkanie krwią i wiecznie wyschnięty nos to obrzydliwość, ale do przeżycia. Podobnie jak sahara w pysku. Nos sprayuję wodą morską. Zęby myję pastą do suchych pysków i piję hektolitry wody albo przynajmniej przepłukuję usta. 

Skóra sucha to dla mnie żadna nowość. Wiele się nie pogorszyło. Myję się oliwkami różnych marek. Balneum działała idealnie w porze zimowej. Teraz używam wszędzie dostępnych oliwek do mycia z Dove, Kneipp, czy Nivea i wystarczają. Co jakiś czas używam ulubionego scrubu z Ritualsa  choć zalecali w mądrych książkach, by nie używać tego typu rzeczy. Ten jest z jakąś oliwką i dobrze robi na moją skórę. Po każdej kąpieli - jak zawsze od wielu lat - smaruję się ulubionymi kremami, balsamami. Pyszczycho pielęgnuję zwyczajnie - żele i kremy z L’oreal (ulubione), Garnier lub Nivea.

Jako sprzątaczka mam też listę świetnych sprawdzonych (choć drogich - do 10€ za tubkę) kremów do rąk. Moje faworyty to kremy bezzapachowe takich marek jak 1. Uriage, 2. Avene, 3. La Roche-Posay oraz 4. Neutrogena. Za zapachowych  Rituals i Weleda. Z tańszych żaden mi nie odpowiada, a testowałam baaaaaaardzo dużo.

Opuchnięte ciało (zatrzymywanie wody w organizmie), czerwone palące policzki i tors to niefajne objawy, ale też bez tragedii.

Otępienie umysłu dało mi się we znaki. Kłopoty z zapamiętywaniem, przypominaniem, koncentracją. Spowolnienie myślenia, kojarzenia faktów. Nienawidzę!

Najgorsze w mojej chemioterapii było i jest piekielne uczucie zmęczenia, osłabienia, bóle kości, mięśni, stawów, bo to utrudnia mi zdecydowanie codzienne funkcjonowanie. Jestem wszak żoną i potrójną matką, co oznacza, że nawet bez pracy zarobkowej mam każdego dnia sporo roboty do wykonania w naszym niemałym domu. Nie lubię i nie uznaję całodziennego pierdzenia w stołek, głupiego marnowania czasu i zgrywania chorej. Nie lubię być bezużyteczną niedołężną staruszką. Walczę z tym stanem i się nie poddaję. Nie mogę może robić tego wszystkiego co drzewiej, ale większość daję mimo wszystko rady. Bo mogę i bo chcę.

Co dalej po chemii?

We wtorek mam spotkanie z doktorem z innego szpitala w celu omówienia mojej przyszłej radioterapii. Trochę mnie ten termin wkurzył, bo na ten dzień mam już hotel zarezerwowany. Ale nic to. Najpierw pojadę autobusem  na tę randkę z doktorem razem z moim plecakiem, a zaraz potem wskoczę do pierwszego lepszego pociągu i pojadę dalej. Wszak nie wybieram się daleko ani na długo… Chodzi tylko o krótki reset a nie jakieś mega wakacje. Na to trza by mieć zdrowie i pieniądze.

Pod koniec sierpnia z kolei mam wizytę w klinice piersi w celu omówienia z moim doktorem ginekologiem terapii hormonalnej, którą właśnie mam rozpocząć. 

W tym samym terminie też wizytę u swojej onkolog w celu omówienia i odebrania pierwszej dawki kroplówki na odbudowę kości.

A tymczasem Młoda przetestowała kolejną pracę i to jej zaszkodziło.  Bardzo.

Tutejsze biura pracy dobrze działają. Ale czasem dość głupio. Młoda ma swoje dossier w kilku i non stop ktoś do niej dzwoni lub pisze. Zwykle nie w czas i nie w porę, bo np nie jest akurat w domu, a wtedy nie może lecieć do roboty. Ale wczoraj zadzwonili, że jest jakaś robota na dłużej w dużej firmie z dystrybutorami do wody. Od dziś. No to poleciała bez większego namysłu (znaczy ją zawiozłam, bo to w mieście) do biura i podpisała papiery. Zaleta studentjob jest taka, że możesz spróbować roboty, a jak się nie spodoba, to olewasz to, idziesz do domu i nie wracasz więcej. Dostała w biurze kolejną koszulkę. Tym razem białą. Poprzednim razem dali dwie czarne. Dobre i to na początek. Potem pofilowałyśmy na mapy googla i  dziś popedałowała o szóstej 10 kilosów do tej nowej roboty zahaczając o swoich podopiecznych, by zobaczyć czy niczego im nie brak i wypuścić kota z domu. Chwilę później napisała sms, że w biurze jej złą godzinę napisali. Nie było na siódmą tylko na ósmą. Co za dzbany! 

Kolejną chwilę później, czyli zaraz na dzień dobry, zanim jeszcze zaczęła pracę, okazało się że nowi koledzy są cholernymi seksistami, bo spytali, czy nie uważa, że to jest praca dla facetów a nie dla dziewczyn. Tak jakby ona sama tę pracę wybrała, a nie została skierowana przez biuro pracy…

Potem było tylko gorzej. Robota dla dziewczyn się nadaje jak wiele innych. Z tym że dla dziewczyn i chłopaków zdrowych i bez autyzmu! Napisała kilka esemesów na temat tego, że używa strasznie śmierdzącego kleju i zaczyna mieć problemy z oddychaniem itd. W tym momencie zobaczyłam już rogi tej kurwy zwanej depresją. Zaleciłam jej natychmiast zabierać dupę w troki i spierdalać w podskokach jak najdalej od tego patologicznego miejsca. 

Posłuchała (mnie albo swojego organizmu), wróciła do domu i poszła prosto do swojego azylu złapać oddech i ocieplić serducho widokiem papuzich pieszczoszków. Wyłączyła telefon więc laska z pośredniaka zadzwoniła do mnie. Miałam zatem okazję powiedzieć jej o seksistowskich odzywkach i chujowości tej pracy. Oraz o paru innych rzeczach. Obiecała odtąd szukać bezpieczniejszej pracy dla Młodej. Postanawiam darzyć to oświadczenie i ją samą bardzo ograniczonym zaufaniem. 

Spróbuję jednak skontaktować się z kobietą z GTB, która pomagała Najstarszej. Oni wiedzą o wiele lepiej, jaką pracę może wykonywać człowiek z autyzmem i, co więcej, potrafią o tym jasno i wyraźnie rozmawiać z potencjalnym pracodawcą i domagać się stosownego traktowania.

Nie zmienia to faktu, że Nasza Młoda jest niesamowita! Nie poddaje się. Walczy. Chce pracować i zarabiać na siebie, zdobywać nowe doświadczenie, być niezależną, mimo że nie ma nawet osiemnastu lat, mimo że ma autyzm, dyspraksję i nie wygrała jeszcze do końca z depresją. Młoda tygrysica. 

Wielu dorosłych mogło by wziąć z niej przykład, a wielu zdrowych, silnych, dorosłych, a już szczególnie wykształconych powinno się nawet zawstydzić, że wydziwiają, że cudują, że są zbyt leniwi, by pójść do pracy, choć mogą i mają od kija możliwości, ale wolą pobierać latami zasiłki.  Bo co by ludzie powiedzieli, jak by tak np poszli sprzątać albo pakować części samochodowe... Podczas gdy dziecko z tyloma problemami próbuje dostać jakąkolwiek pracę i nie ustaje pomimo piętrzących się przeciwności, pomimo fizycznego bólu. A mnie matkę to wręcz szlag trafia, gdy myślę o tych wszystkich zdrowych acz śmierdzących nierobach, którzy mogli by na siebie pracować, ale mają wyjebane. Taki skurwiały śmierdzący leń nigdy nie zrozumie, co znaczy chcieć pracować a nie móc! Chcieć się uczyć, a nie móc. Będzie siedział w domu, żył z podatków, na które drugi jebie do upadłego i śmiał ci się w twarz. 

Jestem dumna z moich dzieci. Ufam, że Młoda w końcu znajdzie dobrą i bezpieczną pracę. Wiem, że musi uzbroić się w cierpliwość, ale też wiem, że u młodych z tym trudno. Młodzi chcą żyć prędko, nie chcą czekać, są niecierpliwi, bo taka jest młodość. Żywa, szybka, intensywna. Nam starym czas płynie za szybko, a młodym za wolno. Spieszą się do dorosłości, do odpowiedzialności, do niezależności, bo faktycznie dzieckiem jest ciężko być. Wielu niby twierdzi inaczej, ale ja czterdziestopięcioletnia baba nie wyobrażam sobie, żebym miała znowu być dzieckiem. Znowu być zależnym od dorosłych, traktowanym jak niepełnosprawny umysłowo, jak gorszy gatunek… NIE! Nie tęsknię ani do dzieciństwa, ani do wczesnej młodości. Nie rozumiem też tej nostalgii innych. Rozumiem moją Młodą i cieszę się, że mimo wszystko tutaj w tym miejscu i w tym czasie nawet osoby z problemami zdrowotnymi mają różne możliwości, że mogą choćby próbować, bo próba nawet taka nieudana to nowe doświadczenie, nowa wiedza, kolejny ważny krok w stronę dorosłości. 

Najstarsza tymczasem właśnie rozpoczęła trzytygodniowe wakacje. Jej firma ma przestój wakacyjny. 

Myślę, że uda nam się we trzy coś razem porobić. Młoda proponuje wypad na plażę z aparatami. Jestem za. Może pojadą gdzieś we dwie tu czy tam… a może we trzy. Zobaczymy, co jutro przyniesie… Nie ma co snuć planów. Najlepiej spontanicznie działać patrząc na pogodę i stan naszych sfatygowanych organizmów.

Chłopy wyjeżdżają na około trzy tygodnie i ich nie będzie. Baby rządzą w chałupie. Jak sąsiadka dołączy to będzie nas cztery wiedźmy. Pogramy może razem w planszówki albo w karty, zrobimy se kino domowe z popcornem i colą, a może jakieś domowe spa albo zapalimy świece i pouprawiamy jakąś czarną magię czy coś buachacha. Taaaak… idę teraz te ostatnie przemyślenia przekazać Młodej, bo z tego wynika, że dobrze się stało, że z tą pracą nie pykło. Jakby chodziła do roboty, to nie mogły byśmy porobić żadnych fajnych rzeczy razem.

Wszystko ma swoje wady i swoje zalety. Tylko trzeba odpowiednio spojrzeć na rzeczywistość, która się dzieje. Ja to umiem. Młodzież musi się tego dopiero nauczyć, że 

„po nocy przychodzi dzień

a po burzy spokój…”

              /Budka Suflera/







8 lipca 2022

Jeszcze tylko jedna chemia przede mną

 Wyczerpujący tydzień. Uf!

Najstarsza podpisała w poniedziałek umowę i zaczęła legalnie oficjalnie zarabiać własne pieniądze. Pracuje, tak jak chciała, czyli po 6 godzin dziennie. Jest zadowolona. Jednak przeżyła też (a ja z nią) chwile stresu… Człowiek czasem martwi się o swoje lub bliskich zdrowie zupełnie niepotrzebnie. Weź się jednak nie martw, olej wszystko, bagatelizuj, podejdź z dystansem, gdy Twoja siostra walczy już kolejny rok z depresja, matka leczy się na raka, a ty odkrywasz u siebie nasilający się ból w okolicach serca… Co innego jak cię ręka boli albo noga, albo nawet dupa, ale serce…? Wypytałam Najstarszą, jak siedzi przy swoim nowym biurku, gdy gra, bo z doświadczenia i oczytania wiem, że taki dziwny ból może się pojawiać od specyficznej często przyjmowanej pozycji… Nic jednak nie pasowało do bólu z lewej strony…

Tak, od paru dni Najstarsza skarżyła się na dziwny ból z lewej strony i pytała, czy to może być coś poważnego. Niestety żadne z nas nie skończyło medycyny, a wyżej wspomniane doświadczenia i parę innych nauczyły nas dmuchać na zimne i pytać lekarza w razie wątpliwości. Zarezerwowałam wizytę na wtorkowy wieczór. Najstarsza poszła rano do pracy, ale nie przestała myśleć o swoim niepokojącym bólu… Dwie godziny później wróciła do domu odwieziona autem razem ze swoim rowerem przez samego szefa. Była blada jak dupa anioła. Powiedziała, że nagle zaczęło jej się strasznie kręcić w głowie. Wyszła na świeże powietrze, ale słabo pomogło. Koledzy w pracy zauważyli, że się cała trzęsie i że okropnie jest blada… Poszła więc do szefa…

Przestraszyłam się nie na żarty. Najstarsza oznajmiła wtedy, że już poprzedniego wieczoru bardzo źle się czuła i poszła spać do siostry, bo się bała sama być. Ja wtedy już spałam, bo przez tę cholerną chemię chodzę często spać już o dziewiętnastej… Młoda stwierdziła wtedy, że to zapewne hiperwentylacja i że to ze stresu… Poszłam i ja dalej tym tropem wypytując Najstarszą, czy czymś się denerwuje, ale nic nie znalazłyśmy. Z niecierpliwością odliczałam długie godziny do wizyty. 

Ech, nie wiem, czy to chemootępienie czy co, ale w normalnych okolicznościach ktoś kto uważa się za w miarę inteligentnego powinien umieć jednak dodać dwa do dwóch. Głupia ja.

No bo się okazało, że obie z Młodą mamy jednak zadatki na lekarza. Obie miałyśmy rację. Doktor zbadał Najstarszą i co stwierdził? Serce i płuca w porządku. Nic poważnego! Winna jest nowa praca!

Najstarsza praktycznie cały miesiąc przepracowała u tapicera w ramach szkolnego stażu szyjąc tam pokrowce na poduszki, na fotele samolotowe, kanapy i wszystko inne, co tylko można u tapicera szyć. Najstarsza jest leworęczna więc lewa strona jest najbardziej obciążona. Najstarsza nie uprawia żadnego sportu, przeto codzienna praca jest teraz sporym wyzwaniem dla jej organizmu. Stąd ten ból z lewej strony. A skąd ta hiperwentylacja? A ile jest dwa do dwóch? Czym może się stresować człowiek, który odczuwa niepokojące bóle w okolicy serca? Pomyślmy… No kuźwa chyba tylko Dora Explorer może zadać tak głupie pytanie i nie potrafić na nie odpowiedzieć… Tak, brawo geniuszu, twoje dziecko przestraszyło się, że coś poważnego dzieje się z jej serduchem i dostało ataku paniki… 

Lekarz zlecił kilka sesji u fizjoterapeuty, gdzie Najstarsza ma poznać kilka ćwiczeń, które będzie mogła potem wykonywać w domu po pracy, by poprawić kondycję swojej klaty. Ma też nauczyć się ćwiczeń oddechowych w razie kolejnej hiperwentylacji. Ponadto ma odebrać porcję jakichś masaży. Pierwszą wizytę udało się umówić zaraz na drugi dzień. Kolejną ma w przyszłym tygodniu. Jednak uspokojona przez lekarza spokojnie bez problemów przepracowała cały tydzień nie przejmując się więcej jakimś bólem.

Młoda zaczęła tydzień od wizyty u psychiatry. Lepiej się nie da. Psychiatra okazała się w porządku. Po dłuższej pogawędce i przeczytaniu wszystkich diagnoz Młodej, przepisała jej coś mocniejszego, ale rzekomo nie uzależniającego, na sen, bo Młoda ma ciągle poważne problemy z zaśnięciem i jakością snu. Gdyby poprawa jakości snu nie wpłynęła jednak za jakiś czas na poprawę samopoczucia, Młoda ma zacząć brać jeszcze większą dawkę antydepresantów… Pożyjemy zobaczymy.

W środę ortodontka. W czwartek przedostatnia chemia.

Dotąd miałam to gdzieś, nie myślałam o tym. Żyłam od chemii do chemii, dzień po dniu,  ale w ten czwartek po powrocie do domu zaczęłam nagle odczuwać wielką radość i zniecierpliwienie. Oto dotarłam do końca chemioterapii. Już widać metę. Ostatnia prosta i koniec tej rundy. Pół roku minęło i udało się to przetrwać z podniesionym czołem i uśmiechem na pysku. Nie zawsze było łatwo, ale się nie poddałam. Walczyłam i walczę każdego dnia ze swoimi słabościami i niedomaganiami. Zaganiam się do roboty. Sprzątam, piorę, gotuję, wożę dzieci, gdzie trzeba je zawieźć. Zaganiam się do porannej gimnastyki i na rower, co czasem się nie udaje. No dobra, CZASEM SIĘ UDAJE, częściej nie, bo mnie nogi bolą, bo mi się rano bardzo siku chce, bo w głowie mi się kręci, a najczęściej to po prostu zwyczajnie mi się kurwa nie chce. O! 

Dziś byłam dobrym człowiekiem i zrobiłam gimnastykę jak należy. Kilka minut bo kilka minut, ale tu nie chodzi o osiągnięcia tylko zasady - poranna gimnastyka to to, co robiłam od czasów liceum z drobnymi przerwami. Jak raz to przerwiesz, to potem ciężko wrócić. A żaden rak nie będzie mi mówił, jak mam kurwa żyć! 

Dziś posprzątałam też uczciwie cały dół, bo ostatnio taką manianę odpierdalałam, że już wstyd było się przed sobą samą przyznać, że to zagracone i brudne pomieszczenie przypominające składowisko rupieci to mój salon w moim domu. Udało się odgruzować i teraz nawet można przejść spokojnie od wejścia do kuchni bez potykania się o skrzynki z ubraniami, stare gazety, kapcie, kaski, przydasie i dowyrzuceniasie. Na półkach też posprzątałam. W kuchni nawet szafki umyłam. Kibel posprzątałam. Podłogi umyłam mopem. Łazienka, jak chce, niech się sama posprząta, no bo bez przesadyzmu… ileż można sprzątać jednego dnia? Panie! Kurnik za to posprzątałam piknie i napudrowałam diadomitem. Potem musiałam wziąć prysznic, bo cała byłam utytłana w tym cholernym pyle.

Upiekłam nasze ulubione pyszne żeberka w marynacie miodowo-musztardowo-ketchupowej oraz małe ziemniaczki w łupinkach. To był bardzo dobry dzień, choć pysk mam czerwony i opuchnięty przez te piekielne rakobójcze chemikalia. Obolałe paznokcie są też irytujące. O krwawiącym wiecznie nosie nawet nie wspominam. Co za szajs z tą chemią!

Jutro zamierzam się opierdalać. Bo mogę. Młody chce obejrzeć ze mną jakiś film, bo dawno nic razem nie oglądaliśmy. Może nawet do kina skoczymy na jakąś baję…

krajobraz spod domu psychiatry



3 lipca 2022

Najstarsza idzie do pracy!

 Ludzie krzyczą, że nadeszły wakacje. No ale kto ma wakacje to ma… ☀️




Nie mamy już małych dzieci.

U nas jak na razie wakacje ma Młody. Skończył piątą klasę ze świetnymi wynikami w raporcie i może odpoczywać. Kupił sobie wreszcie wymarzone Playstation 4 za swoje oszczędności, a klasowi koledzy pomogli mu się wdrożyć udzielając porad przez telefon. Teraz będzie jeszcze więcej mógł grać. Dla mnie bomba, przynajmniej nie zawraca gitary.

 Cieszę się, że jest już poważnym dziesięciolatkiem, koło którego nie trzeba latać ciągle, z którym nie trzeba już wiecznie grać w Uno, czy inne takie. Ale można i jest to satysfakcjonujące, bo nie gra się jak z dzieckiem tylko jak ze starym. Że może sam lub z kolegami jeździć rowerem po wsi. Że może sam nie tylko zostać w domu, ale i sam wyjść zamykając porządnie drzwi na klucz. A jak zostaje w domu, to nakarmi na czas zwierzęta i wymieni im wodę. Że sam sobie zrobi kakao, jajecznicę czy frytki. Że odkurzy i umyje podłogę, gdy matka poprosi... 

Jednym słowem, nie mamy już małych dzieci. Ten fakt jeszcze ciągle mnie zadziwia. Serio. Dziwnym mi się wydaje, że nasza Trójca jest dorosła lub prawie dorosła i samodzielna. To też bardzo miłe uczucie być matką dużych, samodzielnych,odpowiedzialnych i fajnych dzieci. Jeszcze fajniej patrzeć sobie na rodziców małych pierdziochów, które beczą co chwilę, które za rączki trzeba prowadzać, pilnować na każdym kroku, karmić, obcierać nosy, ślęczeć nad rachunkami i czytaniem… Człowiek patrzy i myśli sobie, jak to dobrze, że te czasy już za nami. Stare dzieci są spoko!

Najstarsze dziecko zaczyna na siebie zarabiać.💰

Najstarsza właśnie skończyła edukację. Teoretycznie mogła by iść jeszcze do siódmej klasy, ale nie musi. Jest pełnoletnia i nie ma już więcej obowiązku szkolnego. Przy tym ze względu na naukę w trybie specjalnym tak czy siak nie otrzymała by dyplomu. Dzięki niesamowitej pomocy i wsparciu ze strony szkoły i wielu instytucjom, z którymi zapoznała nas szkoła, Najstarsza od poniedziałku zacznie oficjalnie płatny (i to podobno dobrze płatny) kilkumiesięczny staż, po którym będzie obowiązkowo musiała zostać zatrudniona na co najmniej kilka miesięcy. 

W środę byłam w szkole na ostatniej wywiadówce. W drzwiach trafiłam na pierwszego dyrektora (sprzed połączenia szkół), który postanowił mnie zaprowadzić do właściwej sali w tym pokręconym labiryncie. Czułam się jak jakiś celebryta, którego każdy zna hehe.  Po drodze dyrek opowiadał, jak bardzo się wszyscy cieszą, że nasza córka dostanie pracę, bo to oznacza, że ich starania i pomoc przyniosły efekty.

W klasie była mentorka i dwie inne nauczycielki Najstarszej czekające na „swoich” rodziców. Wszystkie się zgromadziły wokół mnie, by powtórzyć to samo, co dyrektor. Po chwili jeszcze dołączyła asystentka Najstarszej, która pomagała jej ostatnimi laty. Tę ich radość i dumę czułam wyraźnie. Bo prawda jest taka, że wiele dla naszej córki zrobili i mają powód by się cieszyć i być z siebie dumnymi. Bez wątpienia motywuje ich to wszystkich do dalszych działań, do wspierania kolejnych utalentowanych uczniów z problemami. 

 Ktoś się może dziwić, o co tyle hałasu i co jest takiego niesamowitego w tym, że dziewczyna idzie do pracy po szkole. Chodzi o to, że nasza dziewczyna ma spektrum autyzmu i że jest w pewnym stopniu niepełnosprawna. Jest inna pod wieloma względami, niż jej rówieśnicy. Ma o wiele trudniej. W tego typu przypadkach otrzymanie pracy w zwykłym zakładzie pracy praktycznie graniczy z cudem. Tacy jak ona ludzie trafiają najczęściej do zakładów pracy chronionej, gdzie wykonują jakąś gównianą pracę i praktycznie tracą szansę na rozwój, na zrobienie kariery czy choćby znalezienie lepszej, normalnej pracy w przeszłości. Raz zapisany w CV zakład pracy chronionej jest jak etykietka „niepełnosprawny” wypisana na czole. Nie twierdzę tu, że zakłady pracy chronionej to coś złego. Każda praca jest lepsza niż brak pracy i egzystowanie na czyjejś łasce. Lepszy rydz niż nic. Jednakowoż, otrzymanie życiowej szansy, dający wiele nadziei start to ogromny powód do radości.  

Młoda znowu jest opiekunem zwierząt.

Znajomi znowu wyjechali na wakacje i Młoda zajmuje się ich zwierzętami. Nie zarobi na tym może kokosów, ale parę centów zawsze się uzbiera, a tylko dwa razy dziennie musi do podopiecznych zajrzeć - wypuścić kota z domu, wpuścić kota do domu, wypieszczochać kota, nakarmić kury, zebrać jaja, nakarmić i wypieszczochać króliki… W międzyczasie ciągle rozgląda się za kolejną pracą, ale myśli że może po wakacjach prędzej coś się uda złapać. Jednak odkryła, że aby dostać sensowną pracę na studenckich warunkach, dobrze jest mieć skończone 18 lat, bo dla młodszych wiele ofert jest zamkniętych. Np praca w pobliskiej fabryce czekolady. Musi zatem poczekać jeszcze te kilka miesięcy. Ona jednak też nie ma wakacji. Poza niańczeniem zwierząt trzeba też powoli wracać do nauki do egzaminów. 

Małżonek już odlicza dni do swoich wakacji i szykuje się mentalnie do swojego wakacyjnego wyjazdu razem z Młodym.

Ja odliczam dni do końca chemioterapii. Jeszcze tylko dwie dawki, a potem chwila przerwy do naświetlania. Ostatnio do niekończącego się zmęczenia dołączyły niedomagania kopyt. Nogi bolą i są jak z betonu. Nie można ani za wiele chodzić, ani za wiele stać, a i leżenie czy siedzenie nie jest tym samym co zwykle. Do tego paznokiety są też obolałe, a niektóre zaczęły już nawet powoli odpadać. Co jest mało śmieszne. Przednie łapy też są słabe jak gówno, przez co mięszenie chleba jest kurewsko męczące, a ja lubię swój chleb. Ale jeszcze tylko 2 tygodnie, a potem - miejmy nadzieję - powoli zacznie wszystko wracać do normy. Myślę, żeby zaraz po skończonej chemii zrobić sobie kilka dni prawdziwych wakacji. Nie wiem, czy się uda, bo przez dwa tygodnie może się zdarzyć tysiąćpińcet różnych rzeczy. Mentalnie w każdym razie nie mam sił ani chęci już niczego planować jakoś specjalnie. Wiem jednak, gdzie chcę być i wiem, co tam mogę robić i wiem że nikogo nie chcę ze sobą zabierać ani z nikim się spotykać. Nie wiem tylko czy mam na to dość sił i czy jakichś badań mi akurat na ten czas nie usrają… Zrobiłam sobie nawet rezerwację, którą mogę bezpłatnie odwołać. Póki co kalendarz mówi, że w najbliższe dni nie będę się nudzić.

Jutro idziemy z Młodą do nowego psychiatry. NIE CHCE NAM SIĘ! Po raz kolejny opowiadać kuźwa całą swoją historię i całe swoje życie. NIEEEEE! To jest wyczerpujące i stresujące. Nie wiemy, jaka jest ta baba, czy kliknie między nami, a z tego typu specjalistami musi kliknąć. Inaczej lepiej od razu szukać innego… Pojedziemy skuterem mając nadzieję, że przyjmuje w jakimś łatwo znajdowalnym miejscu a nie w jakiejś czarnej dziurze, bo to całkiem obca miejscowość dla mnie. Ciekawe też, ile se krzyka za wizytę? Ostatnia wołała po 100€, poprzednia po ponad 200€. Dobrze, że większość jest zwracana, bo przy dzisiejszych cenach to każdego centa szkoda. 

We wtorek pójdę upiększyć Młodego przed wakacjami, żeby prezentował się jakoś przed rodziną. Najwyższa pora przyciąć trochę kudły, bo coraz trudniej jest mu je rozczesywać, a długaśne już ma że hej. Myślę, że fryzjerki mu sporo obetną, bo końce ma bardzo potargane, ale zdamy się na ich fachową opinię. Ciekawam też ich reakcji, bo zawsze o niego pytają naszych dziewczyn, gdy te się u nich upiększają. Poznały już bowiem dobrze naszego epickiego Ajzajdora, który miał zawsze ciekawe wymagania fryzjerskie…

Następnego nia z kolei ortodontka, do której Młodą trzeba zawieźć. No a potem znowu chemia… W międzyczasie pranko, gotowanko, sprzątanko i tydzień minie... 

Truckfestival Lokeren 2022

Na koniec pokażę wam trochę samochodów, bo wczoraj byliśmy z Małżonkiem na festiwalu ciężarówek w Lokeren, podczas którego odbyło się jego spotkanie firmowe. Małżonek na co dzień zajmuje się wszak malowaniem tego ustrojstwa. Mimo że nie lubię jeździć ani sama nie mam prawa jazdy, to lubię oglądać samochody, tak samo zresztą jak kopary, traktory i tym podobne. 

l 


























1 lipca 2022

Hulajnogi i inne pojazdy elektryczne. Nowe przepisy od 1 lipca 2022

Wszystkich użytkowników elektrycznych urządzeń transportu osobistego (hulajnogi, deskorolki elektryczne, unicykle elektryczne, segwaye etc) obowiązują przepisy dotyczące rowerów. Wyjątek stanowią pojazdy elektryczne dla niepełnosprawnych.

Przepisy dla rowerów obowiązują także użytkowników niezmotoryzowanych pojazdów, jak zwykła hulajnoga czy rolki, którzy poruszają się z prędkością większą niż prędkość pieszego. 

Przy czym:

🛴 Hulajnoga elektryczna dozwolona jest od 16 lat

Odtąd hulajnogą elektryczną mogą się poruszać drogą tylko dorośli od 16 roku życia.

🛴 Użytkowników hulajnogi (i innych e-pojazdów typu deskorolka, unicykl) obowiązują przepisy dotyczące rowerzystów, czyli:

Zakaz poruszania się po chodniku. Obowiązkowo jeździmy ścieżkami rowerowymi, a gdy takowych brak, to po jezdni prawą stroną zgodnie z kierunkiem jazdy. 

W terenie zabudowanym możemy poruszać się po jezdni jadąc obok siebie pod warunkiem, że nie blokujemy drogi nadjeżdżającym z przeciwka (wtedy należy jechać gęsiego).

Poza terenem zabudowanym też można, ale trzeba też zważać na nadjeżdżających z tyłu, by swobodnie mogli wyprzedzać.

🛴 W strefach dla pieszych e-hulajnogą czy innym e-pojazdem możemy się poruszać tylko, gdy na tablicy znajduje się symbol roweru.

Przy czym poruszamy się tam z prędkością pieszego nie utrudniając poruszania się pieszym. Zatrzymując się, gdy potrzeba.

Strefa zamieszkania i „speelstraat”.

W tych strefach z e-hulajnogi mogą korzystać użytkownicy poniżej 16 lat. Muszą jednak przestrzegać przepisów, czyli jeździć max z prędkością 20km/h, nie utrudniać poruszania się pieszym, pamiętając że na speelstraat dzieci są najważniejsze

 

🛴 Ulicę przekraczamy 

- na przejazdach dla rowerów z zachowaniem ostrożności pamiętając, że kierowcy nie mają obowiązku ustępowania pierwszeństwa rowerzystom. 

- na przejściu dla pieszych pieszo prowadząc hulajnogę (wtedy mamy pierwszeństwo!)

🛴  Zakaz przewożenia pasażerów.

Na hulajnogach elektrycznych jeździmy odtąd w pojedynkę.

🛴 Parkowanie

Dla elektrycznych hulajnóg wyznaczone są specjalne miejsca do parkowania. Gdy takowych brak, dozwolone jest parkowanie  na chodniku pod warunkiem, że pojazd nie blokuje przejścia ani nie stwarza niebezpieczeństwa.

🛴 Wyposażenie

Obowiązkowe:

- odblaski - biały z przodu, czerwony z tyłu (e-hulajnogi i innych pojazdów zmotoryzowanych z kierownicą ) plus odblaskowe paski po bokach np na podnóżkach lub na kołach

- sprawne hamulce

- oświetlenie po zmroku i przy słabej widoczności (poniżej 200m) 

Zalecane:

kask

kamizelka odblaskowa


https://www.veiligverkeer.be/themas/voortbewegingstoestellen/#ParentTab2

25 czerwca 2022

Zabawa z psami tropiącymi. O tym jak Młody przestał bać się psów.

Dzięki temu blogowi poznaję niesamowitych ludzi. Z niektórymi udaje mi się nawet spotkać w realu. W poprzednią niedzielę miało miejsce właśnie takie wyjątkowe spotkanie, które całkiem sporo wniosło w moje życie, a jeszcze więcej w życie Młodego. Tym razem spotkaliśmy nawet całą grupę ludzi i to ludzi z psami. Młody stał się dzięki nim wszystkim szczęśliwszym i odważniejszym człowiekiem. 

Ale może po kolei. 

Jeden z Czytelników tego bloga przeczytawszy o psim problemie naszego Izydora (strach przed psami będący wynikiem złego doświadczenia z pewnym, skądinąd sympatycznym, czworonogiem), stwierdził, że być może zna na to sposób i zaproponował nam wspólną zabawę. Z czego postanowiliśmy oczywiście ochoczo skorzystać…

I tak zgłosiliśmy się do udziału w treningu psów tropiących.

Młody był bardzo zaciekawiony tym spotkaniem, ale też trochę się bał. No bo co, jak psy nie będą miłe? Miłe psy, według niego, to zasadniczo psy ładne i puchate bez względu na ich wielkość i charakter. 

A tu miało być kilka psów, które na dodatek miały go szukać w lesie… Była adrenalina! Powiedziałam mu jednak, że gdy mu się nie spodoba, od razu wrócimy do domu. 

Na dzień dobry poznaliśmy ekipę bez psów, bo te czekały w samochodach, co znacznie podniosło u Młodego emocje. A dodatkowo starzy jak to starzy postanowili sobie pogawędkę uciąć zamiast od razu pokazać mu te psy. W końcu jednak się doczekał. Jedna pani wyprowadziła pierwsze psisko z samochodu.

Gdy tylko Młody zobaczył tego psa, oczy mu się zaświeciły. Pies był piękny! Czyli miły. I duży! 

Nie oznacza to bynajmniej, że Młody od razu pobiegł do psa. Na początku raczej trzymał się w bezpiecznej od niego odległości, a blisko matki, za którą można się w razie co schować. Oswajanie trwało dłuższą chwilę, ale zakończyło się sukcesem.

Izydor i Vita

Na czym polegała zabawa? 

Najpierw przeszliśmy po lesie trasą wyznaczoną przez naszych nowych znajomych, by zostawić swoje zapachy, czyli nasze specyficzne ślady. Potem oddaliśmy próbkę swojego zapachu dla psa pocierając chusteczką ręce. Wtedy pies mógł już któregoś z nas szukać. I szukał. I znajdywał.

19 czerwca 2022

Spokojny ale ciekawy tydzień czerwca

 Tydzień rozpoczął się zwyczajnie, powoli, bez fajerwerków. Pogodę mamy letnią. Jest dużo słońca i upał. Fajnie. Lubię gorące, słoneczne dni. Aż chce się żyć!

We wtorek byłam w Brukseli na kontroli medycznej  u mojego ubezpieczyciela, która nie wniosła niczego ciekawego w moje życie. Ciężko mi było chwilami zrozumieć doktora, bo najwyraźniej to frankofon mówiący po niderlandzku co prawda bardzo dobrze, ale dla mnie niezrozumiale ze względu na francuskość jego niderlandzkiego. Nic to, o ile dobrze zrozumiałam, to powiedział, że zwykle to dopiero po 10 miesiącach jest taka kontrola… Zadał parę pytań i se coś tam zanotował w komputerze. Po czym powiedział, że spotkamy się za jakiś czas. Wizyta trwała może z 5 minut. No ale dobra. Odbębnione. Zapomniane.

W środę musiałam stawić się w szpitalu na badania krwi, które normalnie mam w dniu chemii, ale wyjątkowo w czwartek doktorka miała być nieobecna, przeto kazała zjawić się dzień przed. Stawiłam się. Pogadałam jak zwykle z doktorką o ewentualnych upierdliwościach chemioterapii, jakie mnie dotyczą. Potem pielęgniarki szybko pobrały krew i mogłam wracać do domu. 

W czwartek odebrałam chemię, bo wyniki krwi były zadowalające. Jak się nie mylę w obliczeniach, to zostało jeszcze cztery sesje. Czyli miesiąc. Bliżej, jak dalej. Potem naświetlania, ale nie znam szczegółów i chyba poza w przyszłym tygodniu się dopytać o nie. Byłam na sali z fajną babką w podobnym wieku i się nagadałyśmy, naśmiałyśmy z naszych dolegliwości, bo bardzo podobnie mamy. Szczególnie w kwestii jedzenia, że żarcie nie smakuje tak samo jak dawniej, że wszystko mdłe, nijakie i w ogóle do kitu. Jej, tak samo jak mi, teraz podchodzą intensywne, ale nie pikantne, potrawy. Dobrze czasem pogadać z ludźmi, którzy rozumieją, o czym mówisz i co czujesz i którzy mają podobne poczucie humoru. 

Piątek nie zapisał się niczym szczególnym. No może poza tym, że Młody postanowił pójść do kolegi przetestować dmuchany zamek dzień przed urodzinami hehe. Tym przyjęciem urodzinowym żył cały tydzień, jak tylko dowiedział się, że będzie giga dmuchany zamek i że majtochy do pływania też trzeba wziąć, bo i baseny będą. Szaleństwo! W piątek już go emocje mało nie rozsadziły i zapytał, czy może iść sobie rowerem po wsi pojeździć. Mógł. Jeździł z pół godziny i wrócił trochę rozładowany. No ale potem poszedł na komputer i przyleciał na dół znowu naładowany, bo kolega się pyta, czy może teraz do niego wpaść poskakać na zamku. Ja mówię, że to może przesada, bo urodziny przecież na drugi dzień. Co rodzice tamtego na to. Kolega pisze, że rodzice pozwalają i czy może, może, może…? Mógł! Wrócił uradowany że hej. W sobotę już oficjalnie poszedł na urodziny. Odwiozłam go, a gdy po niego przyszłam, siedzieli tam już pozostali rodzice gości, a i mnie oczywiście też pod parasol zaproszono. Wino? Piwo? Cola? Woda? Fantastyczni mili ludzie. Była okazja poznać kilku innych rodziców z klasy Młodego. Też fajowi. To był bardzo miły, spokojny tydzień. 

Niedziela też była bardzo fascynująca i bardzo psia, ale o tym będzie osobny tekst, bo po pierwsze muszę sobie to w głowie poukładać, a po wtóre siły mi się właśnie wyczerpały i prawie zasypiam nad tabletem. 

Korzystając z pogody zaczęłam powoli testować mój nowy aparat i przypominać sobie, jak się robi zdjęcia. Podejrzewam, że chwilę mi zajmie, zanim sobie przypomnę, bo mój mózg nie dość że stary i zakurzony to jeszcze popsuty przez chemię. Odczuwam to dosyć wyraźnie. Myślenie, analizowanie, zapamiętywanie i przypominanie o wiele trudniej mi przychodzi niż normalnie, co jest irytujące. Jakbym miała myśli oblepione czymś gęstym i lepkim. Nie lubię czuć się głupsza i wolniejsza w myśleniu niż byłam wcześniej. To nie jest fajne wcale a wcale.

Dokleję tu kilka próbnych fotek i udam się na spoczynek…













18 czerwca 2022

Motorower w Belgii. Zasady na drodze. Dokumenty.

Jestem posiadaczką skutera już od ponad roku, pora zatem napisać parę słów o zasadach poruszania się skuterem (czy innym motorowerem) po Flandrii. 


moja Tośka 💚

 Zacznijmy od początku... 🛵

1. Formalności po zakupie skutera. Rejestracja. Ubezpieczenie.

Żeby móc odebrać motorower ze sklepu po zakupie, trzeba najpierw go zarejestrować w DIV (Dienst Inschrijvingen van Voertuigen), czyli tutejszym wydziale komunikacji (w Belgii jest jedna centralna instytucja) i ubezpieczyć.  

Przy zakupie motoroweru otrzymujemy od sprzedawcy formularz do rejestracji, na którym widnieją wszystkie dane pojazdu. Wypełniwszy i podpisawszy ten dokument, udajemy się z nim do wybranej firmy ubezpieczeniowej, która dokona rejestracji naszego motoroweru w DIV i gdzie nasz motorower ubezpieczymy.

Rok ubezpieczenia na skuter kosztuje mnie 204€, nie mam bowiem póki co żadnych zniżek (to pierwszy zarejestrowany na mnie pojazd) .

Po kilku dniach otrzymacie pocztą tablicę rejestracyjną  i dowód rejestracyjny (kentekenbewijs), za które trzeba zapłacić przy odbiorze 30€. 

Z tym można już spokojnie iść do sklepu po swój skuter i w drogę…

Tablice rejestracyjne

W Belgii od 1/10/2016 motorowery (dwu i czterokołowe) oraz speed pedelec otrzymują przy rejestracji małe tablice rejestracyjne o wymiarach 10x12 cm, które zaczynają się od następujących liter:

S-A klasa A

S-B klasa B

S-U mini car

S-P speed pedelec


2. Klasa motoroweru.

Motorowery dzielą się na dwie podstawowe klasy: A i B.

Motorowery klasy A mogą jechać do 25km/h, a motorowery klasy B do 45km/h.

Od 1 października 2016 roku speedpedelec, czyli szybki rower elektryczny, który może jechać ze wsparciem silnika do 45km/h jest uznawany jako motorower klasy P. W większości z kilkoma wyjątkami obowiązują dla niego przepisy dla motorowerów klasy B.

3. Kask

Kierujący oraz pasażerowie motoroweru zarówno klasy A i B muszą obowiązkowo zakładać kaski motorowe. 

Mandat za brak kasku wynosi ponad 50€.

Na speedpedelec wystarczy kask rowerowy.


4. Światła

W Belgii jeździmy motorowerem całą dobę obowiązkowo na światłach .

5. Wiek i prawo jazdy.

Kierujący motorowerem (zarówno klasy A, B jak i P) musi mieć skończone minimum 16 lat. Aby móc przewozić pasażera, musi mieć skończone 18 lat.  

Do prowadzenia motorowerów klasy A nie jest wymagane prawo jazdy. 

Dla klasy B oraz P prawo jazdy AM (nie dotyczy urodzonych przed 15/02/1961).

5. Wymagane dokumenty w drodze

Zawsze należy mieć przy sobie: 

dowód osobisty (identiteitskaart)

ubezpieczenie (verzekering) 

i dowód rejestracyjny (kentekenbewijs). 

Dla klasy B i speed pedelca dodatkowo oczywiście stosowne prawo jazdy.

W przypadku zakupu używanych pojazdów ważny jest też certyfikat zgodności (gelijkvormigheidsattest - COV) lub zdatności do ruchu drogowego i zaśw. badań technicznych. Nie trzeba tego wozić ze sobą, ale mieć w domu.

6. Gdzie się poruszamy motorowerem?

Motorowerem klasy A obowiązkowo jeździmy ścieżkami rowerowymi.

Motorowerem klasy B można jechać ścieżką rowerową, gdy na drodze jest ograniczenie do 50km/h, ale trzeba szanować rowerzystów (nie wolno im utrudniać poruszania się po scieżce).

W innych miejscach motorowerem klasy B należy obowiązkowo korzystać ze ścieżek rowerowych, o ile znaki drogowe nie mówią inaczej.

Parkowanie 

Motorowery możemy zaparkować:

- w specjalnie wyznaczonych do tego miejscach, nie rzadko na parkingach rowerowych

- wzdłuż jezdni po prawej stronie zgodnie z kierunkiem ruchu

- na samochodowych miejscach wyznaczonych dla parkowania (dozwolone jest parkowanie dwóch motorowerów za jedną opłatą na płatnym parkingu)

- w innym dowolnym miejscu, pod warunkiem że nasz pojazd nie stwarza niebezpieczeństwa ani nie przeszkadza innym uczestnikom ruchu

7. Inne zasady

Nie wolno się dać holować.

Nie wolno używać telefonu ani nawigacji podczas jazdy motorowerem (trzymając sprzęt w ręce). Mandat za używanie telefonu podczas kierowania pojazdem od 3/3/2022 wynosi 174€.

Nie można przewozić więcej pasażerów, niż jest przewidziane. Dzieci poniżej 3 roku życia nie mogą być pasażerami. Dzieci w wieku 3-8 lat muszą mieć specjalne foteliki.



Źródła:

https://mobilit.belgium.be/nl/wegverkeer/inschrijving_van_voertuigen/kentekenplaten/bromfietsen

https://www.veiligverkeer.be/

https://www.politie.be/5438/nieuws/verkeersregels-voor-bromfietsen

https://www.vlaanderen.be/speedpedelec


10 czerwca 2022

Jeszcze trzy tygodnie i znów będą wakacje…

 W ciepłe dni czas płynie jeszcze szybciej niż normalnie. Odliczam go teraz od chemii do chemii, a te przychodzą strasznie szybko jedna po drugiej. W międzyczasie jak zwykle próbuję ogarniać codzienną rzeczywistość. Z grubsza się udaje. Z grubsza! 

Młoda się poddała i ogłosiła wczoraj zakończenie studentjob. Przeciwności bowiem ją przerosły. Raz, że to pakowanie rzeczy to robota nie lekka. Dwa, że często są jakieś usyfione rzeczy do pakowania a ona przecież nawet wody nie powinna dotykać, bo ją parzy, a co dopiero jakieś dziwne rzeczy. Trzy, że na hali jest okropny kurz - już w pierwszy dzień narzekała, że smarka na czarno. W drugi tydzień zaczęła mieć coraz większe problemy z oddychaniem. Dyspraksja i autyzm połączone z dużym wysiłkiem i długotrwała koncentracją powodują pogorszanie się jej stanu, koordynacji, równowagi z każdą godziną. Rzeczy zaczynają wypadać z rąk, ciało nie chce słuchać poleceń mózgu, rośnie frustracja, a wieczorem zaczyna czuć się chora. Zaczynałam już zauważać pierwsze objawy przepowiadające nadchodzące stany depresyjne. Ona jednak nie chciała się poddać. Walczyła dzielnie i wytrwale. W końcu kropla przepełniła czarę. W środę wróciła z roboty ze swędzącą wysypką na dłoniach. Coś, co pakowała, ją uczuliło. Nic to, rano poszła do roboty. Wróciła wieczorem z wysypaną, swędzącą niemiłosiernie twarzą, a wysypka na rękach zaczęła iść w stronę łokci. Oznajmiła, że koniec. Już zadzwoniła do pośrednictwa pracy i powiedziała, że piątek jest jej ostatnim dniem pracy.

 - Ojoj, czy jest pewna? Bo może jeszcze by popracowała? Bo tak ją tam chwalili, zadowoleni są. - jojczała zachwalająco pośredniczka pracy.

No pewnie, że są zadowoleni! Młoda to robotna i odpowiedzialna kobita, ale niech se innego jelenia albo sarenki poszukają do takiej roboty, bo to jednak nie jest praca dla nastolatki z autyzmem, dyspraksją i problemami oddechowymi. Sugerowałam jej, by dziś została w domu i poszła do lekarza, bo wyglądała nieciekawie. Ale nie, powiedziała że pójdzie do roboty to pójdzie. I poszła skubana. W południe zadzwoniła, że wraca, bo się pogorszyło. Wysypka zaczęła boleć i doszło ogólne pogorszenie samopoczucia. Zadzwoniłam do lekarza i ten kazał przyjść koło szóstej. Przepisał jakieś tabsy i smarowidło. Jak nie pomoże, to ma wrócić w poniedziałek po skierowanie do dermatologa. Oby pomogło.

W międzyczasie już dostała wiadomość od naszych znajomych, że w wakacje wyjeżdżają na miesiąc i niania dla zwierząt znowu im będzie potrzebna, więc już zadowolona, że ma kolejną pracę i, choć mniej dochodową, to o wiele łatwiejszą, czystrzą i sympatyczniejszą.

Młody wczoraj wrócił ze szkoły w szoku, bo obok szkoły ktoś (jakiś budowlaniec) spadł z dachu na asfalt. Koledzy z szóstej, którzy byli akurat na szachach w klasie od tamtej strony, widzieli to zdarzenie i opowiedzieli od razu. Widzieli jak gość leżał we krwi, jak pogotowie i policja przyjechała. Młody bardzo to przeżył. Mówi, że dopiero jak napisał test i pani pozwoliła, tym co skończyli, bawić się na laptopach, i on pograł sobie i posłuchał  muzyki, to się trochę uspokoił. Ale jeszcze dziś spoglądał  emocjonalnie na ślady krwi na asfalcie i rusztowania oklejone policyjną taśmą. 

Dziś był wielce rozkojarzony, choć nie koniecznie z tego powodu. Zapomniał ze szkoły plecaczka basenowego. Gdyby to co innego było, to pal licho. W poniedziałek by przyniósł, ale jak mokre majtki i ręczniki zostaną w szkole do poniedziałku, to wszystko zgnije. Pojechaliśmy do szkoły i pani ze świetlicy łaskawie pozwoliła mu pójść do klasy po plecaczek. Z pięć razy powtarzając, że normalnie, jak coś zostało w klasie, to zostało i nie można zabrać. Niektóre zasady to tu są serio lekko z dupy. No ale dobra, WYJĄTKOWO 🙄 mógł zabrać swoje rzeczy. I zabrał.

W sprawie  Najstarszej było znowu zebranie online, które nic wiele nowego nie wniosło. Ma kolejne dwa tygodnie dalej być na stażu, a dopiero ostatni tydzień czerwca pójść do szkoły na pożegnanie. Nie jesteśmy tym zachwyceni, bo szef od stażu nie powiedział nadal ani tak, ani nie w kwestii jej ewentualnego zatrudnienia po stażu. Co jest lekko irytujące, bo przez cztery tygodnie stażu Córka zrobi im tam było nie było trochę roboty zupełnie za friko, a jak nie dostanie potem pracy, to trochę - moim zdaniem - nie halo będzie. Z drugiej strony, gdyby dostała tam pracę, to ten staż może być wielce przydatny, bo zawsze to czegoś się przecież nauczy nowego. W poniedziałek gość ma się zdzwonić z babką z GTB i mają rzekomo poczynić w tej kwestii jakieś ustalenia. No zobaczymy, zobaczymy…

Małżonek ma coraz bardziej dosyć swojego miejsca pracy i znowu duma nad zmianą. Po pierwsze nie ma komu robić. Trochę ludzi na dłuższych chorobowych, niektórzy zbierają się na emeryturę, a szef pozatrudniał jakichś nieudaczników z Polszy na A1, którzy bardziej przeszkadzają niż pracują i wszystko trzeba za tymi jełopami poprawiać. Szef oczekuje, że ci którzy zostali, będą robić robotę za trzech, oczywiście za jedne pieniądze. Druga kwestia, może nawet ważniejsza, to dojazdy. Przez koronne blokady wszystkiego teraz wszyscy chcą nadrobić roboty na drogach i robią w stu miejscach jednocześnie, przez co  spora część dróg jest zamknięta. Objazdy, zwężenia jezdni, roboty. W godzinach szczytu droga przez mękę - korki masakryczne. Mąż wraca z roboty codziennie co najmniej pół godziny dłużej. Przy aktualnych cenach paliw i tych korach za miesiąc już trzeba kilkaset euro za paliwo liczyć. A na poprawę się przecież nie zanosi. 

U mnie po staremu. Chemia co tydzień. Efekty tego są różne. Jednym razem bóle mięśni, drugim biegunka, trzecim zmęczenie, czwartym zawroty głowy. A to znowu płonące uszy i policzki, łamiące się paznokcie i takie tam. Kłaki mi zaczęły odrastać, nie wiem po co. Tam na głowie to jak cię mogę. Ogolę raz w miesiącu i będzie żyło, ale we wszystkich innych miejscach to po cholerę to rośnie?! Taki był spokój bez golenia , bez depilowania. A teraz znowu 😤. A idź pan w chuj.

selfie w szpitalnym kiblu dla beki ;-)

A wiecie co odwaliłam w zeszłym tygodniu? No nie, skąd mielibyście wiedzieć. Napisała do mnie jakaś laska z TVNu i się pyta, czy bym nie chciała wziąć udziału w jakimś programie o Polakach za granicą. A jakbym była zainteresowana, to mam wypełnić formularz, przedstawić się na wideo i odesłać. 

Ja nie wiem, czy jestem zainteresowana, bo nie mam w domu telewizora ani nie oglądam żadnych programów i nawet nie wiem, co to za program, kto w nim występuje i po co, ani tym bardziej, ile hejtu się potem na niego leje… No ale też fakt nieposiadania telewizji i nieoglądania programów może być przecież najlepszym powodem, by w jakimś chcieć wystąpić. Choćby po to, by się dowiedzieć, jak robi się taki program. No i zwyczajnie dla zabawy. Przecież i tak tego nie będę oglądać w razie co, ani nikt ze wsi tego nie będzie oglądał, bo przecież to jakaś polska telewizja, której tu nikt nie ogląda, więc zero ryzyka. A że w Polsce by kto oglądnął, to co mnie to obchodzi. Przecież tam nie bywam. 

No to sru, wypełniłam formularz i odesłałam, bo przecież nudzi mi się trochę to siedzenie w domu, a to zawsze coś nowego. Do tego Młoda i Młody stwierdzili, że była by niezła heca, jakby do nas telewizja przyjechała. 

Jaja tylko będą, jak teraz serio by mnie wybrali do tego programu i by ta telewizja przyjechała. No bo wiecie, z jednej strony to spoko, była by jakaś atrakcja przez chwilę i coś ciekawego by człowiek znowu się dowiedział o życiu, czegoś nowego doświadczył, coś fajnego porobił, ale z drugiej strony to trochę roboty i stresu by było przecież. A jak robi się coś na głupa bez zastanowienia, to różnie być może. Zakładam jednak, że są ciekawsi i bardziej medialni Polacy niż stara, porąbana i do tego wpół zdechła sprzątaczka. Ale ten… w razie jakbym tak miała niedługo zostać celebrytką, to możecie się już na wszelki wypadek zacząć powoli ustawiać po autografy, buachacha. 😎

W jedno tylko nie mogę znowu uwierzyć i w głowie mi się nie mieści… No jak to możliwe, iż już tylko 3 tygodnie do wakacji?!! Dopiero co był grudzień i miałam operacje. Dopiero, co zastanawiałam się, jak wygląda chemoterapia, a już 5 czy nawet 4 (pogubiłam się już) sesji tylko zostało. Nie wierzę, że już czerwiec. Nie wierzę, że już coraz bliżej do końca chemii. A potem jeszcze radioterapia. Znowu nie wiem, co się z tym z kolei wiąże i nie wiem, czy chcę wiedzieć…

A tu w przyszłym tygodniu muszę się stawić na kontrolę do ubezpieczyciela, który musi sprawdzić, czy aby na pewno powinnam ciągle być na chorobowym, bo może pora wrócić do pracy…

Nieodmiennie mnie te kontrole zadziwiają. I w Polsce, i w Belgii ten sam cyrk.  No bo jak to kurwa jest, żeby jakiś jeden konował, który być może jednego prawdziwego pacjenta nigdy nie przyjął, próbował ciągle dyskutować i podważać opinie i orzeczenia wszelakich specjalistów? Że niby on, jakiś bubek, ma lepiej znać się na wszystkich chorobach, dolegliwościach, niedyspozycjach niż cała armia specjalistów razem wzięta? I dlaczego ja niby mam iść się przed nim spowiadać i pokazywać? Czy mój ginekolog, onkolog, lekarz rodzinny, którzy zajmują się mną od miesięcy czy lat, są niby w jakiś sposób głupsi, mniej kompetentni, niż jakiś spasiony pseudo lekarz-urzędas? No bo dla mnie to tak właśnie wygląda, że byle bubek wie lepiej, niż mój lekarz, l czy ja z moją chorobą, przy takiej a nie innej terapii mogę czy nie mogę pracować. To jest śmieszne. I irytujące.

No ale co zrobisz. Chory czy nie chory, trza wziąć dokumenty i tłuc się autobusem do Brukseli, by jakiś tępy pseudokonował mógł zobaczyć w magicznej kuli, czy nie udaję, że mam raka, czy nie udaję, że nie mam cycka, bo może mi ten cycek odrósł kurwa od grudnia, a rak zniknął ot tak. Wiadomo, takie rzeczy jak odrastające płuca, cycki, nogi itp zdarzają się systematycznie prawie codziennie na tym świecie. 

pochemiczne poranne palące czerwone poliki




8 czerwca 2022

Jak zostać prawdziwym blogerem?

Właśnie znalazłam ten post na spodzie internetowej szuflady i postanowiłam go opublikować. Napisałam go ze cztery lata temu, ale ciągle jest aktualny, no to niech leci.

Piszę ten pamiętnik już 9 lat. Mam za sobą już kilka etapów blogowania. Na początku po prostu chciałam spisywać wszystko, co nam się przytrafiło ku pamięci, a także po to, by opowiadać znajomym pozostawionym w ojczyźnie o naszym życiu na obczyźnie i nawet się to ładnie przyjęło. 

Potem próbowałam zostać "prawdziwym blogerem" i przeczytawszy mądre poradniki "prawdziwych blogerów" w necie zaczęłam chodzić po innych blogach, komentować, lajkować i zapraszać do siebie. Założyłam fanpejdża na fejsie i chwaliłam się wszędzie swoim blogiem, bo mówili że tak robią prawdziwi blogerzy. Sprawdzałam statystyki po każdym zalogowaniu się do blogera i robiłam te wszystkie inne dziwne rzeczy, które robią "prawdziwi blogerzy". Po co? Nie wiem. By być, kim nie jestem? By osiągnać coś, czego nie potrzebuję? Ze zwykłej głupoty? Nie wiem. Człowiek czasem robi dziwne i bezsensowne rzeczy...

W międzyczasie ktoś powiedział, że na blogu się zarabia, no to sprawdziłam jak, no ale się okazuje, że to trza latać po ludziach, prosić o lajki, żeby nabijać se odwiedziny, bo tych odwiedzin trzeba mieć tysiące i setki lajków... To dzięki bardzo. Wolę, żeby tu przyszło czasem dwie osoby z wolnej i nie przymuszonej woli, które w miarę uważnie przeczytają, co ja piszę, raz na pół roku napiszą jakiś sensowny komentarz, podzielą się opinią, coś doradzą, niż pierdyliard lizydupów lub hejterów, którzy nie wniosą w me życie ani w bloga kompletnie nic, a zostawią setki tylko śmieci  typu "super" lub "żenada" podnosząc mi ciśnienie. Forsę na waciki se zarobię pracą fizyczną bez proszenia o czyjąć łachę, włażenia do dupy sponsorom i dostosowywania swojego bloga do ich potrzeb, czy innego tam sprzedawania swojego ja. Za stara jestem na takie głupoty i za mało mam czasu.

Później albo i w trakcie przyszła jazda: Madzia pomoże swoim blogiem ludziom w poznawaniu Belgii i siebie wzajemnie. Wtedy powstała grupa na fejsbuku, w której miałam działać, ale wtedy też Madzia wzięła się w końcu porządnie za robotę, a roboty na cały etat, połączonej z matkowaniem i żonowaniem na cały etat nie da się już pogodzić z byciem wodzirejem na fejsowej grupie. Grupa przestała mieć sens, zanim zaczęła funkcjonować...

Jakiś czas temu (długi już dosyć) dotarł do mnie prosty fakt, że bycie prawdziwym blogerem nie ma nic wspólnego ze statystykami, zarobkami czy lajkami.

Prawdziwym blogerem jest każdy kto prowadzi bloga. EUREKA!

Taka jestem stara, a taka głupia! No ale odkąd zrozumiałam tę oczywistą prawdę, czuję się lepiej ze sobą samą i moim blogiem.

Piszę od serca, kiedy mam czas, kiedy mi się chce, kiedy chcę coś ciekawego - w moim mniemaniu - opowiedzieć lub pokazać ewentualnym odwiedzającym, kiedy chcę coś zapisać ku pamięci. Spisuję swoje przemyślenia, wrażenia, pomysły na życie i opowiadam o naszych dniach powszednich. Od czasu do czasu otwieram bloga gdzieś na pierwszych stronach albo na środku i czytam sobie wspominając nasze przygody. Wiem że zagląda do mnie od czasu do czasu systematycznie od tych 9 lat kilku starych znajomych z dzieciństwa, ze szkoły, z pracy, z Polski. Wiem że czytuje moje wpisy kilku znajomych wirtualnych, którzy mają swoje blogi, a ja czytuję ich bez żadnych zobowiązań. Wiem, że zaglądają tu
systematycznie  inni przypadkowi Polacy mieszkąjacy w Belgii. I to jest bardzo przyjemna świadomość. Wiem też, że czasem drukuje moje niektóre teksty polonijna gazetka z Antwerpii, bo ktoś tam uznaje że mogą zainteresować jej czytelników. Jest mi miło. 

Nie lubię, jak mi ktoś mówi, jak mam żyć i nie lubię jak mi ktoś mówi, jak mam prowadzić swojego bloga i po co, bo ja żyję i piszę po swojemu. Nie muszę przed nikim się tłumaczyć i nikomu niczego udowadniać (choć mogę, jeśli zechcę, co też niniejszym czynię).

Bloga założyłam sama i sama go pielęgnuję tak jak mi na to pozwalają moje umiejętności i czas.  Robię na nim różne eksperymenty, by sprawdzić, jakie będą tego efekty i czy w ogóle jakieś będą.

Blog ciągle będzie dla mnie tym, czy miał być i czym jest od początku (nie licząc drobnych skoków w bok) - moim osobistym pamiętnikiem, a dzięki temu, że jest udostępniony publicznie, wy - mniej lub bardziej przypadkowi czytelnicy - możecie podglądać od czasu do czasu nasze życie i moje myśli.

Czy mimo wszystko mogę nazywać siebie blogerem? Nie, no skąd. Pogieło was? 

Przecież blogerami są tylko i wyłącznie ci, którzy mają własną domenę za którą wybulili dużo piniondzów.
Blogerami mogą być wyłącznie ludzie, którzy dali kupę hajsu jakiemuś informatykowi by stworzył im całą stronę od A do Z i z każdym problemem znowu do tego informatyka lecą dając mu jeszcze więcej hajsu, bo sami ledwie ogarniają otwieranie przeglądarki.
Żeby być prawdziwym blogerem trzeba też pisać dniami i nocami do przypadkowych ludzi i błagać ich o lajki jednocześnie strasząc że jak nie zachęca do jej polubienia co najmniej 5 swoich znajomych to na pewno dosięgnie ich blogowa klątwa i kanarek przestanie im sie doić, a rybka przestanie latać, bo prawdziwi blogerzy tak genialnie piszą, że  bez błagań i zastrzaszania nikt normalny w życiu by do nich nie zajrzał.
Koniecznie trzeba też mieć pierdyliardy wyświetleń, sryliony komentarzy albo przynajmniej marzyć o tym na jawie i we śnie.
Ponadto każdy prawdziwy bloger musi mieć włączone te wszystkie nakładki zniechęcające (przynajmniej mnie) skutecznie do ponownego odwiedzenia tej strony, czyli po pierwsze "polub mnie na FB" pojawiające się za kazym razem, ile razy odwiedza się bloga (ja za drugim razem odlubiam na zawsze stronę i bloga). Po drugie reklamy wraz z okienkiem straszącym konsekwencjami niewyłączenia AdBlocka (zawsze wyłączam... tyle że nie adblocka).
Prawdziwy bloger musi też raz na jakiś czas napisać płatną recenzję książki, filmu, pralki czy kremu na porost włosów... koniecznie pozytywną, bo za prawdziwą nie dostanie hajsu ani darmowej książki, kremu czy podpaski. A najlepiej to w ogóle jak blog składa się z samych recenzji i reklam.

Taa

srały
muchy
będzie
wiosna.

będzie
lepiej
trawa
rosła.








1 czerwca 2022

Co zrobić gdy ci zapomną wypłacić pieniędzy z urzędu?

Skomputeryzowanie świata to z jednej strony dobra rzecz, bo większość rzeczy można dziś załatwić bez wychodzenia z domu i to w ciągu kilku minut a nawet sekund. Nie trzeba się szwendać po urzędach, stroić się, umawiać na spotkania, ganiać od okienka do okienka, stać w kolejkach, bo dzięki podpisom elektronicznym i różnym aplikacjom sprawy urzędowe załatwia się przez internet. Nie trzeba tachać toreb z zakupami ani kombinować jak szafę wepchać do auta, bo można zamówić przez internet z dostawą do domu. Nie trzeba się fatygować ani do banku ani na pocztę, by porobić opłaty, bo wszystko zrobi się dziś z telefonu. W końcu nie trzeba się płaszczyć co miesiąc przed pracodawcą czy księgowym ani przeliczać gotówki, bo wypłata, zasiłki i wszelakie inne dochody po cichutku ładnie wpływają na nasze konta.

No, ale tu pojawia się ta druga strona. Komputery są programowane przez ludzi, a ludzie popełniają błędy, których częstokroć nie są świadomi albo nie potrafią ich szybko naprawić, z czego może wyniknąć kupa biedy dla innych ludzi… 

I tak na przykład takiego czy i innego pięknego dnia komuś się tam ręka omsknie po klawiaturze, coś się nie tam gdzie trzeba zaptaszkuje albo odptaszkuje i nagle system kilku albo i kilkudziesięciu ludziom zablokuje wypłatę pieniędzy albo zwyczajnie komputer zgłupieje i nawyświetla błędów no i burdel gotowy. A zwykli szarzy ludzie klną na czym świat stoi bo na ten przykład nie dostaną wypłaty na czas.

Co robić, gdy nie otrzymacie w określonym czasie spodziewanych pieniędzy z urzędu? 

Reagować!

W tym roku już dwa razy mieliśmy taką sytuację, dlatego postanowiłam tę historię opisać. Wiem bowiem, iż wielu ludzi nie ma pojęcia, co zrobić i czy w ogóle powinni coś robić.

Pierwsza nasza historia dotyczy zwrotu podatku. Otrzymaliśmy pismo, że nasz zwrot otrzymamy ostatniego marca i że będzie to kwota 600€ z hakiem, czyli całkiem nie mała sumka, dla której od razu znaleźliśmy przeznaczenie - opłat ci u nas dostatek. Czekaliśmy z wielkim zniecierpliwieniem na ten koniec marca. W końcu przyszedł, a tu na koncie ani centa więcej. Czekaliśmy tydzień, bo może jakieś opóźnienia. Czekaliśmy drugi. W końcu małżonek wyguglował numer telefonu i zadzwonił. Dużo czasu i cierpliwości trzeba, by się tam dodzwonić, ale w końcu się udało. No i się dowiedział, że właśnie im system nawalił i sporo ludzi nie otrzymało zwrotu podatku. Gość poinformował, że w ciągu najbliższych dni powinny pieniądze na koncie się pojawić, ale gdyby tak się nie stało, to prosi zadzwonić ponownie. Nie stało się. Mąż zadzwonił i trafił na jakąś jędzę, która nie chciała z nim rozmawiać po angielsku, bo tak (dla zasady, nie dlatego że nie zna angielskiego). Mąż jednak też potrafi być jędzą czy tam jędzem i powiedzieć mniej miło głupiej kwoce, co myśli o czekaniu miesiąc na sześć stów. Kwoka obiecała, że pieniądze wpłyną na dniach. I faktycznie wpłynęły.

Druga historia dotyczy mojego ostatniego zasiłku chorobowego wypłacanego przez nasz  fundusz zdrowia. Przez pierwszy rok chorobowego zasiłek wypłacany jest 2 razy w miesiącu i ja sobie mogę na swoim profilu w internecie sprawdzić, kiedy ja swoje pieniądze mam otrzymać w danym miesiącu. Poza tym dostaję mejlem powiadomienie, że wpłacili pieniądze. Ostatnio jednak nie dostałam mejla w wyznaczonym dniu. Podobnie jak w poprzedniej sytuacji, pomyślałam, że coś się omsknęło z terminem albo z bankiem i że za dwa - trzy dni wypłacą. Figa. Pieniądze miały być w poniedziałek. W piątek wysłałam mejl do funduszu z prostym pytaniem, dlaczego nie otrzymałam zasiłku w określonym dniu. Odpowiedź przyszła dosyć szybko. Pani przeprosiła za kłopot i powiedziała, że jakaś blokada była na moim nazwisku i już jest wszystko w porządku, pieniążki już poszły. 

No i weź się tu nie dopominaj, nie pytaj. To możesz czekać do usranej śmierci na swoje pieniądze.

Innym takim finansowym problemem, już kiedyś wspominanym, był brak dodatku szkolnego dla Młodego. Dodatek szkolny dla dziewczyn wpłynął, jak co roku, a dla Młodego nic. Gdy spytałam o powód, otrzymałam głupią odpowiedź „bo w poprzednich latach też mu się nie należało”, co nie było prawdą, ale ze względu na ogromne problemy w tamtym czasie, ten poszedł w niepamięć na cały rok do następnego dodatku szkolnego. Sytuacja się powtórzyła, ale tym razem nie dałam się zbyć głupią odpowiedzią, tylko od razu napisałam, że to co odpowiedzieli rok temu to bullshit i że życzę sobie normalnej sensownej odpowiedzi. Długo na nią czekałam, ale w końcu odpowiedzieli, że pieniądze za obydwa lata już wpłacili na moje konto, bo faktycznie miałam rację, że nam się należą.

O i tak to jest z flamandzkimi urzędami. Czasem mają taki burdel, że głowa mała. Człowiek se musi wszystkiego dobrze pilnować, żeby go nie cyganili na każdym kroku. Oni nie robią tego oczywiście z premedytacją. Każdy się może pomylić lub coś nie chcący w komputerze naklikać nieroztropnie. Nie zmienia to jednak faktu, że szary człowiek nie może ot tak powiedzieć np do dostawcy energii że sorry, ale blokada była na waszej fakturze i się nie zapłaciło. O nie nie, oni zaraz ci co najmniej 15€  kary doliczą za spóźnienie z opłatą, a potem ci prąd wyłączą. Ale ty se możesz czekać na swoje sześć stów i ani to kogo obejdzie, czy masz czym ten prąd zapłacić.

Co robić, gdy nie stać cię na zapłacenie faktury?

Jak już jestem przy finansach i opłatach to dopiszę jeszcze, moim zdaniem, bardzo istotną rzecz, o której też na pewno nie wszyscy wiedzą. A mianowicie, że we Flandrii zwykle nie ma problemów z rozłożeniem takiej czy innej większej opłaty tudzież faktury na raty. Przy czym wszystko idzie załatwić mejlem. Zdarzyło nam się nie raz o to poprosić w różnych urzędach i nigdy nie było problemu.

Kilka lat temu np dostaliśmy fakturę wyrównawczą za prąd na kilkaset euro, którą to kwotą akurat nie dysponowaliśmy. Innym razem mieliśmy kilka stów dopłaty do podatku. No i parę innych, temu podobnych sytuacji. Okazuje się, że nie ma co wpadać w panikę ani srać żarem, tylko od razu napisać mejl do danej instytucji i zapytać o możliwość spłaty w ratach. Zwykle nie ma z tym problemu. W niektórych bardziej skomplikowanych sytuacjach trzeba przedstawić jakieś dokumenty np na temat dochodów itp, ale przeważnie sprawę załatwia się jednym czy dwoma mejlami, nawet pisanymi po angielsku. 

Od sąsiadki wiem, że nie ma też problemu z rozłożeniem na raty faktur ze szpitala.

Zatem nie bójcie się pisać mejli czy dzwonić do flamandzkich urzędów. Nikt wam za to w pysk nie da, a można sobie życie ułatwić. Przy czym belgijscy urzędnicy w przeważającej części są ludźmi bardzo miłymi, uprzejmymi, pomocnymi i gotowymi do współpracy. 

Gdyby wam jednak kiedyś rozłożenie na raty nie wystarczyło, gdybyście się kiedyś w finansowej czarnej dupie znaleźli to zawsze zostaje wam pójście do OCMW - tutejszej pomocy społecznej. Ta flamandzka instytucja w przeciwieństwie do polskiego patologicznego GOPSu czy MOPSu serio ludziom pomaga. OCMW znajdziecie przy każdej gminie. W życiu różnie bywa przeto dobrze by każdy znał różne opcje nawet jak nigdy nie będzie zmuszony z tej wiedzy korzystać.