30 maja 2022

Kumpel Młodego z Ukrainy, pierwszy tydzień pracy studenckiej Młodej i reszta życia

 Urodziny ma się raz w roku, dlatego poświęciłam i cały osobny wpis. Zgodnie ze zwyczajem spisać jednak muszę też resztę ważnych dla nas wydarzeń z minionych dni. 

W tym tygodniu na uwagę zasłużyły sobie poza moimi urodzinami takie rzeczy jak:

Odwiedziny klasowego kolegi z Ukrainy 

Jakiś czas temu wspominałam, że do klasy Młodego dołącza dwóch nowych uczniów i że są to chłopacy z Ukrainy. Z pierwa miała też być jeszcze i dziopa, ale poszła ostatecznie do innej szkoły.

Chłopaki bardzo szybko się odnaleźli w nowej szkole i bynajmniej nie trzymają się osobno od reszty klasy. Jeden - jak wynika z opowieści Młodego - to piłkarz i szybko skompanił się z klasowymi kopaczami. Drugi zakumplował się m.in. z naszym Młodym, bo mają niemal identyczne zainteresowania, inteligencję oraz podobne poczucie humoru. Tamten tylko w przeciwieństwie do Naszego spokojnego Izydora, jest showmanem i uwielbia ciąć głupa przy każdej okazji, za co od czasu do czasu zbiera ochrzan od belfrów, ale bez wątpienia jest lubiany przez klasę :-)

Kwestia języka jest tu nie bez znaczenia, bo jakby nie patrzeć polski i ukraiński są przecież bardzo podobne, a do tego nowy kumpel Młodego w swojej ukraińskiej szkole miał polski jako język obcy. Toteż świetnie rozumie, co nasz Młody gada, ale i Młody rozumie większość po ukraińsku. Poza tym od czego jest google translate? Chłopcy z Ukrainy mogą wyjątkowo używać w szkole telefonów właśnie z tego powodu (normalnie w podstawówce jest zakaz posiadania telefonów). Dodam tutaj, że chłopaki sporo lekcji mają osobno i uczą się wtedy niderlandzkiego. Tak samo, jak kiedyś 9 lat temu nasze dziewczyny. Niektóre lekcje jednak mają razem. 

Młody bardzo szybko odkrył, że jeden z nowych kolegów jest fanem mangi Jojo Bizzare Adventure, że ogarnia dobrze komputery i internety oraz gra w Minecrafta, Robloxa i parę innych znanych gier. Szybko wymienili się nickami i numerami, by ze sobą grać po lekcjach. Z codziennych relacji poszkolnych wywnioskowaliśmy, że się świetnie dogadują i że się już bardzo dobrze zaprzyjaźnili. Dlatego postanowiliśmy zaprosić kumpla do nas w środowe popołudnie (tylko wtedy lekcje są do 12). 

Napisałam krótki list po rosyjsku do mamy, gdzie zaproponowałam, że chłopaki przyjdą razem po lekcjach do nas, a wieczorem odwieziemy gościa autem do domu. Ten łobuz - jak zrelacjonował Młody - od razu w szkole sam przeczytał list, napisał zaraz do mamy z telefonu i od razu dał Młodemu odpowiedź, że mama się zgadza. Następnego dnia poszłam jeszcze do szkoły i powiedziałam, jak sprawy stoją, bo domyśliłam się, że rodzice chłopaka najprawdopodobniej nie wiedzą, że w Belgii trzeba pisemne pozwolenie na wyjście ze szkoły po lekcjach, gdy rodzic nie przyjdzie w danym dniu odebrać, a normalnie odbiera. Nasz Młody ma całoroczne pozwolenie na samodzielny powrót do domu. 

W szkole się ucieszyli, że zapraszamy chłopaka do nas i potwierdzili, że faktycznie obaj z naszym się lubią. Powiedzieli mi też, gdzie mieszka i że przyjeżdża codziennie z mamą rowerem. No szacun! To jest z 7 km i to rano pod górę. Można? Można!

 Potem poszłam z wychowawczynią, by koledze powiedzieć, że mama musi podpisać zgodę. Jako że przewidziałam taki obrót spraw, miałam już wydrukowane gotowe zezwolenie do podpisania w dwóch językach (niderlandzki i rosyjski, bo ukraińskiego nie znam) i mu dałam. W środę chłopak przyniósł podpisane zezwolenie i po lekcjach spokojnie mogli z Młodym popedałować do naszego domu. Obaj byli wielce podekscytowani i uśmiechnięci. Nakarmiłam ich na dzień dobry naleśnikami i poszli się bawić. Tamten wpisał sobie zaraz hasło do wifi i zadzwonił do mamy, że dotarł bezpiecznie do kolegi i opowiedział od razu entuzjastycznie, że ten ma całą kolekcję gadżetów z Jojo Bizzare. Potem trochę grali na kompie, układali LEGO i ganiali po łące oraz wspinali się na powalone drzewo z samolotami do puszczania. Przez 6 godzin ani sekundy się nie nudzili. Co chwilę przybiegali po fantę albo jakieś przekąski. Na koniec zjedliśmy podwieczorek i odtransportowaliśmy gościa do domu. Jego rodzice są bardzo miłymi ludźmi. Wymieniłam się z tamtą mamą numerami.  Od razu zaprosili Młodego do siebie i za dwa dni Młody poszedł z rewizytą. Skąd wrócił też uchachany od ucha do ucha. 


Nie długo pewnie zaprosimy ich wszystkich na kawę, bo tak się wstępnie umówiliśmy. 

W międzyczasie zamierzam zaprosić też innych nowych i starych klasowych kolegów do nas, bo Młody już kilka razy u kogoś gościł, a nam jeszcze się nie udało odwdzięczyć. Cóż, chemia mi nie ułatwia życia, ale powoli jakoś trzeba się ogarnąć. Może uda mi się jeszcze przed wakacjami, a jak nie to dopiero w wakacje będę wszystkich po kolei albo po kilku na raz zapraszać do nas. Wakacje już bliżej jak dalej.

Pierwsze wrażenia z pierwszej pracy naszej Siedemnastolatki

Młoda przepracowała w zeszłym tygodniu swoje pierwsze trzy dni, bo potem był długi weekend. Zadowolona jest, choć robota jest nie za lekka. Pakuje różne rzeczy do pudełek. Niektóre są ciężkie i  niemiłe w dotyku, bo uciapane w jakimś mazidle, co ze względu na jej autystyczną nadwrażliwość jest wyjątkowo niefajne. 

Zdążyła już też znielubić jedną babę, która do wszystkiego się przypierdala i wszystko krytykuje. Pozostali „nadzorcy” na szczęście są mili i przyjaźnie nastawieni. Dyspraksja nie ułatwia jej życia. Pod koniec dnia ciało już w ogóle - jak mówi - nie chce współpracować i coraz trudniej jej panować nad nim, a co za tym idzie, wszystko np jej wypada z rąk, trudno rękami trafić tam gdzie się chce i w ogóle porażka. Ale walczy i daje rady na razie bez przyznawania się, że ma autyzm i dyspraksję. Teoretycznie powinna to zrobić, ale cholera wie, jaka będzie na to reakcja, bo na dwoje babka wróżyła - mogą wykazać zrozumienie i ułatwić jej życie albo wprost przeciwnie - kazać jej poszukać innej roboty. 

Student job ma tę zaletę, że samemu można w dowolnej chwili bez problemów zrezygnować. Umowy ma jednodniowe i podpisuje je online.

Poza zwykłą robotą Młoda ponownie załapała się jako opiekun zwierząt u ludzi, którzy wyjechali na weekend. Lubi te zwierzaki. Jeden raz byłam tam za nią, gdy szła do zwykłej roboty i wygłaskałam porządnie wszystkie zające, a kot wtedy był zazdrosny i najpierw sprał zająca po nosie, a potem obrażony poszedł sobie.



 

Przemeblowania w Narnii.

Narnia to - jakby kto jeszcze nie wiedział - garderoba Naszej Zuzanny, ale czasem zwiemy tak całe jej poddasze, bo tam wszystko się może zdarzyć i jest magicznie. Choć już nie tak bardzo, jak gdy króliczek tam harcował... 

Najstarsza w ostatnich dniach, a w zasadzie tygodniach, głowiła się nad przemeblowaniem swojego pokoju. Od dawna bowiem chciała to i owo zmienić, ale dopóki Lusia żyła, to praktycznie wszystko nad poddaszu było urządzone w dużej mierze pod nią, żeby króliczysko było bezpieczne i miało wszelakie wygody oraz różne atrakcje do zabawy, miejsca do chowania, jedzenia i spania. Teraz, gdy Lusi nie ma już z nami, spokojnie można dokonać zmian w wystroju wnętrz, bez patrzenia, czy królik tego nie obgryzie, czy siano nie będzie się do tego przyczepiać, czy jest dla maleństwa bezpieczne…

Obiecałam Najstarszej, że za moje wakacyjne kupię jej wreszcie te dawno temu obiecane nowe meble, a Tata jej pomaluje na nowo ściany. Po długich dumaniach Najstarsza doszła do wniosku, że przede wszystkim to by chciała w innym miejscu mieć wejście do Narnii, a tam gdzie ono jest teraz, stanęło by to nowe biurko dla gamerów, które sobie wybrała w Ikei… Wszystko inne też obmyśliła. Meble już Ikea dostarczyła w sobotę. Kolory ścian Najstarsza już wybrała, a Małżonek obmyślił kwestię przenoszenia drzwi i ścian. Teraz czekamy na kolejny długi weekend lub wakacje, by się za to zabrać. Musimy też przemalować stary stolik, na którym będzie stać maszyna do szycia i szafkę nocną, bo szkoda kupować nowej, jak stara jest dobra. A i stara skrzynia też wielce prawdopodobnie doczeka się pędzla, ale tym to już sama Najstarsza się może zając w czasie wakacji lub weekendów. 

Czekamy też na powiększenie rodziny

Nimfy Młodej postanowiły w końcu po kilku latach bycia razem postarać się o dzieci. Nie dawaliśmy im dziupli, bo Młoda nie chciała, by miały młode. Z Matką  Naturą jednak czasem ciężko dyskutować. Snowflake „zrobił gniazdo” na spodzie klatki. Piszę w cudzysłowie, bo „robienie” polegało na tym, że schodził na dół klatki, rozkładał skrzydła, stroszył pióra i kolebotał się na boki wydając zabawne skrzeczące dźwięki. Summer w końcu zaakceptowała to wyimaginowane gniazdo i zniosła tam jajko. Zrobiło nam się ich żal i postanowiliśmy jednak kupić im dziuplę i raz pozwolić wysiedzieć jajka. 

Szybko zamówiłam dziuplę przez internet i włożyliśmy ją tam, gdzie Snowy zrobił gniazdo. Normalnie dziupla powinna być zawieszona gdzieś wysoko, jak w naturze, ale u nas będzie na spodzie klatki. Już jest. Summer zniosła 4 jajka. Dwa z nich zastąpiłyśmy fejkowymi jajkami, bo nie potrzebujemy aż tyle nowych ptaków. Teraz czekamy cierpliwie, co z tego wyniknie i obserwujemy z fascynacją poczynania młodych rodziców. Summer wysiaduje jajka nocą, Snowy za dnia. Snowy jest bardzo podekscytowany. Jak już Summer zniosła te jajka to mało go nie rozsadziło z radości i dumy. Latał po całym pokoju jak szalony i darł się jak opętany. Teraz bronią gniazda. Gdy jakieś nasze zachowanie im się nie spodoba, to latają nad nami próbując walnąć nas skrzydłami w łeb, co zwykle im się udaje. Kołyszą się też albo zwisają do góry nogami i syczą na nas  ze złością. Papugi to bardzo mądre ptaki. I bardzo kochane.

Innemu wydarzeniu poświęcę kolejny wpis, gdzie pokażę trochę zdjęć. Mowa oczywiście o długo wyczekiwanej przeze mnie procesji konia Beiaarda. 

28 maja 2022

Znowu jestem o rok starsza - ciut mądrzejsza, bezczelniejsza i zuchwalsza…

 Zapierdala ten czas jak głupi, a moje dni wyładowane są po brzegi…

Co oczywiście ma wiele pozytywnych stron, bo człowiek nie ma czasu na zbędne myślenie o życiu. Gdybym tak nie miała ciągle setek rzeczy do zrobienia w siedmiu miejscach jednocześnie, gdybym nie miała 10 zwierząt, 3 dzieci, jednego męża i całego domu non stop na uwadze, to całą uwagę musiałabym poświęcić sobie, co w aktualnych okolicznościach rakowych było by bardzo ale to bardzo niezdrowe.

Dobrze jest mieć dużo do zrobienia. Lubię życie na pełnej petardzie, tyle że coraz częściej mam wrażenie, że mózg mi się przegrzewa od tego, bo zapominam non stop o wielu rzeczach, mimo że mój stół zawalony jest dziesiątkami zapisków-przypominajek a i w telefonie i tablecie ich nie brakuje. Do tego mam oczywiście zapisany cały kalendarz w kuchni. Przypomnę, że nie jestem żadną bizneswoman, ani celebrytą a tylko zwykłą sprzątaczką, która do tego od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim. No i jak to, kurza dupa jest, że brakuje mi ciągle ze 30 godzin dziennie czasu, by zrobić to wszystko, co bym chciała?! Nie mam wszak bynajmniej w tych chceniach żadnych dalekich podróży, szalonych wypraw, imprez, konferencji naukowych, czy jakichkolwiek spotkań z ludźmi, a tylko zwykłe przyziemne rzeczy do zrobienia w dużej mierze w swoim własnym domu lub jego okolicy. Ot, wszystkie moje domowe obowiązki, zainteresowania i hobby. Od groma tego i ciut ciut.

Ciągle wybieram np pomiędzy czytaniem książek i pisaniem bloga, bo i tego i tego mam całą górę w planach, i to, i to kocham. Ale poza tym myślę, by dopracowywać mój niderlandzki, powtarzać mój rosyjski, marzę uparcie o nauce francuskiego. Obowiązki domowe sporo czasu pochłaniają, wiadomo, a człowiek by chciał i to i tamto, i jeszcze siamto obskoczyć.

Gbybym miała nadmiar czasu, chciałabym np się nauczyć grać na skrzypcach, zrobić kurs spadochroniarski, pojechać do Maroka i Hiszpanii, mam też ciągle rosnącą listę miejsc do zobaczenia w Belgii - muzea, cmentarze, ruiny, urbexy… oraz kilkadziesiąt innych małych marzeń do spełnienia. A tu mija tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, a nie ma kiedy tego wszystkiego zaliczyć.

Niestety nie można mieć wszystkiego. 

Chemia w czwartek to dobry moment, bo wtedy zwykle w dni robocze czuję się w miarę na siłach, by ogarniać życie. No ale weekend zwykle zrypany. Trochę to irytuje… Robię tyle, ile daję rady i mam z tego sporo frajdy, ale czasem czuję niedosyt i mierzi mnie ten szybki, nieubłagalny upływ czasu oraz moja bezsilność wobec mojego ciała zaczadzonego trutką na raka.

Z moich dokumentów wynika, że za kilka dni kończę 45 lat. Jednak to chyba jakieś totalne nieporozumienie i kompletna pomyłka. No sorry wybaczcie ludzie, ale taka stara to ja na pewno nie jestem 🙄.

Ludzie, którym 5 lat brakuje do półwiecza chyba powinni się czuć, jakby im brakowało tylko 5 lat do półwiecza c’nie? Powinni być poważniejsi, odpowiedzialniejsi, mieć jakąś poważną robotę, ubierać się jak na ludzi po 40 przystało, odżywiać się zdrowo, wyrażać się mądrze, podejmować mądre decyzje, być mądrym, czuć się dobrze i pewnie wśród ludzi w podobnym wieku…

Tymczasem ja:

nie przepadam za poważnymi ludźmi

kocham oczobolne koszulki z głupimi obrazkami

noszę bandanę w trupie czachy i czapkę z ćwiekami

uwielbiam się huśtać na huśtawce w parku i zajebiście się bawię w parku rozrywki

używam wulgaryzmów z premedytacją i przyjemnością

nie wiem, ile zarabiam ani co oznaczają te wszystkie liczby na odcinku z wypłaty i gówno mnie to obchodzi

nie umiem oszczędzać ani nie czuję najmniejszej potrzeby, by to robić (nie wyobrażam sobie umierać z myślą, że zostawiam jakieś niewydane pieniądze)

lubię wydawać pieniądze spontanicznie po każdej wypłacie do zera i dobrze się z tym czuję

kocham pchle targi i sklepy z rzeczami używanymi, gdzie kupuję dla frajdy niepotrzebne pierdoły

lubię mieć w domu pełno maskotek, książek, figurek, ramek ze zdjęciami i innych durnostojek

kocham nasz dom pełen zwierząt, to siano i bobki na podłodze, latające pióra, kupy papug na żyrandolu i rozgrzebany zasrany trawnik 

bez końca mogę oglądać i fotografować wszystko, co nie spierdala za szybko sprzed obiektywu

bez końca mogę obserwować uwijające się mrówki, ptaki i inne stworzenia

bez końca zachwycam się pająkami, motylami, gadami, zachodami i wschodami słońca, chmurami, piorunami czy kształtem liści

zawsze wącham ulubione kwiaty, które spotykam na swojej drodze, nawet jak muszę przy tym kucnąć, podskoczyć lub wspiąć się na jakiś murek czy kamień

nie zrywam kwiatów bez potrzeby, bo nie chcę by umierały przeze mnie - wolę podziwiać je jak sobie stoją na łące czy w ogrodzie i cieszą me oko oraz owady

kocham stare cmentarze i mogę na nich spędzać całe godziny, choć sama nie życzę sobie żadnego durnego grobu  (spalić i rozsypać prochy w naturze - to moje życzenie)

nie rzadko głośno komentuję zachowania ludzi w publice, które mnie bawią lub irytują, nawet jak ci ludzie od tego potrzebują pilnie maści na ból dupy

nadal nie rozumiem, dlaczego miałabym nosić ubrania takiej czy innej marki, takiego a nie innego koloru, polecane przez takiego czy innego debila z branży modowej, zamiast tych, w których jest mi zwyczajnie ciepło, wygodnie, komfortowo i które mają moje ulubione kolory 

nadal nie rozumiem, w jaki sposób makijaż, posiadanie lub nie posiadanie cycków, określonej ilości owłosienia, długość nóg czy szerokość dupy,  preferencje seksualne czy jedzeniowe miały by mieć wpływ na to jakim jestem człowiekiem i dlaczego jestem oceniana na takiej podstawie przez innych

muszę oglądać systematycznie pewne filmy, by czuć się dobrze: Sami Swoi, Killer, Hobbit i Władca Pierścieni, Harry Potter, Nigdy w życiu, Motór, Top Gun, Forrest Gump, Dzień Świra i jeszcze pewnie kilka o których teraz zapomniałam

ciągle lubię oglądać kreskówki oraz czytać Kubusia Puchatka

lubię słuchać opowieści nastolatków i rozumiem ich poczucie humoru oraz problemy

lubię pić piwo, próbować ciągle nowych smaków i kolekcjonuję szkło piwne

zawsze głośno kłócę się z komputerami, tabletami, aparatami fotograficznymi i tym podobnymi istotami martwymi

dyskutuję sama ze sobą i opowiadam sobie fascynujące historie (tak, gadam do siebie, bo uważam, ze dobrze jest systematycznie rozmawiać z kimś inteligentnym, kto zawsze cię wysłucha i zrozumie)

mentalnie nie czuję się na 45 lat, a raczej na około 20 w porywach do 15

fizycznie ostatnimi czasy czuję się na 45 w porywach nawet do 85

z ryja wyglądam ostatnio na conajmniej 45 w porywach do 60, zasadniczo jednak to wyglądam jakbym brała chemię czy coś

ciągle jestem normalna inaczej (dla normalnych normalnie przypomnę, że normalny inaczej nie jest synonimem obraźliwego epitetu „nienormalny” i jak ktoś jeszcze raz nazwie mnie nienormalną, to dostanie z liścia albo i nawet z gołej dupy w pysk).


Reszta z Piątki zorganizowała mi dziś fajne urodziny 🥳.

 Pięknie udekorowali dom. Zamówili tort w cukierni. Mąż kupił mi bukiet z 45 róż. Było wino musujące no i góra prezentów. Dostałam mnóstwo zajebistych rzeczy. Trochę nowych, trochę używanych, bo my już tak mamy, że kupujemy sobie wzajemnie mnóstwo prezentów na urodziny, bo mamy przecież tylko siebie. Czasem są to droższe rzeczy, a czasem jakieś pierdoły po parę centów kupione na pchlim targu. Te zwykle mają jakieś symboliczne znaczenie, jak kura i czarownica, które dostałam od Młodej. Zaś te droższe są zwykle użytkowe, z których wszyscy będziemy korzystać. I tak np dostałam komplet noży do steków, bo zawsze narzekamy, gdy mięcho przychodzi picholić takimi zwykłymi; rękawice kuchenne, bo stare się podarły i ostatnio się poparzyłam. Trafiła też do mnie poduszka i pościel, które ostatnio obmacywałam z zachwytem w Ikei. Nie obyło by się oczywiście bez nowego kubka, wszyscy bowiem mamy fioła na ich punkcie i nigdy nie kupujemy żadnych durnych zestawów a tylko i wyłącznie pojedyncze sztuki. Im bardziej oryginalny tym lepiej.  





Najfajniejszy prezent to jednak kupiłam se sama, bo któż inny może wiedzieć lepiej niż ja, co chciałabym dostać na urodziny 🤪😜. A kupiłam se zwyczajnie, jak na poważną 45-latkę przystało, nową zabawkę i cieszę się nią jak głupia. Choć na dzień dobry zdążyłam ją już sprzeklinać wszystkimi najgorszymi przekleństwami, bo jebaniutka nie chciała się sparować od razu ani z iPhonem, ani z iPadem. Do tego oprogramowanie na iPada zainstalowało się pieprzone bo rosyjsku i złużyłam cały słownik obelg zanim wpadłam na to, że w iPadzie można spokojnie zmieniać opcje wszystkich aplikacji w ustawieniach 🤦🏻‍♀️. Wtedy bez problemu zmieniłam na angielski, bo chiński, turecki i japoński jakoś jeszcze gorzej mi się czyta niż cyrylicę, a polskiego ani niderlandzkiego nie było. 

Canon PowerShot SX 740 HS to co prawda żaden tam szał wśród aparatów fotograficznych. Ot zabawka dla amatorów i to dosyć stary model, ale właśnie takiego czegoś potrzebuję, by cykać fotki na bloga i instagrama. Telefon bowiem do tych celów to marnie się nadaje. Po pierwsze z powodu baterii, która wyczerpuje się w pół godziny, po drugie mój stary (choć jeszcze jary) iPhone robi aktualnie zdjęcia niewiele lepsze od tych robionych żelazkiem czy nogą od stołu. 

Aparat to jednak aparat - bateria wytrzyma długo, przy czym można dokupić ze 2 zapasowe w razie wu. A nawet jak aparat padnie to telefon ciągle masz, by kupić nim bilet na pociąg, zapłacić w knajpie czy zadzwonić po pogotowie, gdyby cię szlag trafił, że bateria w aparacie ci padła w najlepszym momencie imprezy.  Na karcie zmieści się od cholery zdjęć, z których wybrane można łatwo przesyłać na iPada za pomocą wifi czy bluetooth (pod warunkiem, że sprzęt poczuje się wystarczająco opierdolony i zacznie współpracować; mój już się poczuł). Ten konkretny model jest płaski i mały, przeto bez problemu wsadzę go do plecaczka czy nawet większej kieszeni. Mogę też nagrywać nim w miarę dobre filmy z Młodym na youtube, gdyby nas taka znowu ochota naszła.

No, jeśli idzie jednak o aktualne ceny sprzętu fotograficznego, nawet takiego gównianego, to chyba kogoś popieściło. Udało mi się po długich poszukiwaniach zdybać tego PowerShota w zeszłym tygodniu za 370€ we Fnacu, ale chyba ostatni kupiłam, bo już go nie ma w tej cenie. Widzę natomiast  ten sam model w tym samym miejscu za 750€. WTF?! Podejrzewam, że to może być wina Putina a nawet Tuska, no albo tego, że nie nosiłam maski ani rękawiczek w pracy. 

Do tego garnczka miodu niestety muszę dołożyć łyżkę dziegciu, bo ta jedna łyżka wszystko spieprzyła. 

Moje urodziny spierdolił jakiś jeden Poloczek i jestem tak wkurwiona w tym momencie, że jakby się teraz zjawił pod drzwiami, uraczę go litanią do wszystkich pierdolonych skurwysynów, choć nawet go nie znam, i każę wypierdalać w podskokach. 

Właściciele domu w tygodniu powiadomili nas, że w sobotę przyjdzie gość zobaczyć ten nasz dach i że to z polskiej firmy. Pytam się, kolo której mamy się go spodziewać, bo kurde mam urodziny - mówię - i wybieramy się do restauracji na obiad. No oni nie wiedzą. 🤷🏻 No nic tam. W tygodniu to i tak nie wiem przecież, jak będę się czuła po chemii, a poza tym zakładam, że normalni ludzie przyjdą najdalej zaraz po południu albo i rano w sobotę w takiej sprawie, a jak nie będą mogli przyjść, to powiadomią właścicieli a oni nas. No ale to normalni…. Kto by tam się wzniósł na wyżyny kultury i powiadomił, o której i czy w ogóle kurwa się pojawi u klienta. 

Sprawa dotyczy też sąsiadki, bo mieszkamy w szeregówce i łączy nas przeciekający dach. Z godzinę temu wymieniłyśmy pełne wkurwienia esemesy, bo ona też została w domu z tego powodu, a chciała zapewne spędzić czas z chorą mamą. 

Pierdolony dzban. Zjebał mi moje urodziny. Dzieci czekały aż w końcu nasmażyły se frytek i poszły ze zwieszonymi głowami do swoich pokoi. Nie byliśmy w naszej ulubionej restauracji przez całą pieprzoną pandemię i zwyczajnie cieszyliśmy się na tę okoliczność. No kurwa, żebym wiedziała, że kutas nie przyjedzie, byśmy normalnie sobie poszli na 15 jak zawsze, bo wtedy nie ma jeszcze ludzi i rezerwację można zrobić godzinę przed albo i bez rezerwacji pójść. Człowiek jednak stara się szanować drugiego. Skoro gość nie ma czasu w tygodniu, bo jest zawalony robotą - tak mówili właściciele domu - i poświęci godzinkę w weekend, by przyjść zobaczyć, co trzeba naprawić, by zaplanować robotę i naprawić nam ten dach jak najszybciej, no to i my poświęcimy ten czas, bo w końcu to dla nas ważne, by nam na głowy nie kapało. No ale to zwykły ćwok. Dla takiego buractwa nie mam żadnego szacunku i zdania nie zmienię. Mam nadzieję, że choć na robocie lepiej się zna niż na kulturze i że jak już kiedyś łaskawie zacznie tę robotę, to sprawnie i solidnie ją wykona, a wtedy może choć odrobinę łaskawszym okiem nań spojrzę.

I nie próbujcie mnie przekonywać, że może mu coś wypadło niespodzianie, bo kurwa żyjemy w dobie telefonów komórkowych, a to oznacza, że w sekundę można ludzi powiadomić o wszystkim i przeprosić.

Do knajpy pójdziemy za tydzień (albo jutro, jakby padało i nie będę mogła pójść na Ros Beiaarda), ale to już nie to samo. Nie da się odspierdolić spierdolonych urodzin.






















 

27 maja 2022

Tort bezowy z truskawkami ( Meringuetaart met aardbeien) - PL NL

Wiele osób pytało o przepis na tort bezowy, który pokazałam na FB i IG, dlatego postanowiłam napisać przepis w dwóch językach: polski i niderlandzki.

Veel mensen hebben gevraagd voor de recept van de meringuestaart, dat ik heb getoond op FB en IG. Daarom heb ik beslist om de recept in twee talen schrijven: Het Pools en Het Nederlands.



PL / NL

Tort bezowy z truskawkami - Meringuetaart met aardbeien.🍓🍰


Beza - meringue

6 białek/ 6 eiwitten
300g cukru / 300g suiker
1 łyżka soku z cytryny lub octu / 1 el citroensap of azijn
1 łyżka skrobii kukurydzianej (lub mąki ziemniaczanej) / 1 el maïzetmeel (of aardappelmeel)
szczypta soli/ snufje zout
30 g mielonych migdałów/ 30 g amandelmeel

Krem - Crème

250ml śmietany kremówki/ 250 ml slagroom
250g mascarpone / 250 mascarpone
1-2 łyżki cukru pudru / 1-2 el poedersuiker


kilka truskawek / een paar aardbeien
Opłucz truskawki, usuń szypułki i przekrój na połowy.
Spoel de aardbeien, verwijder het kroontje en snij ze doormidden.


🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓🍓

1. Rozgrzej piekarnik do 160︒C

Verwarm de oven voor op 160 ︒C

2. Ubij białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Dodawaj cukier łyżka po łyżce i ubijaj aż cukier się rozpuści.

Klop de eiwitten met snufje zout stijf. Voeg er lepel voor leoel de suiker toe tot de suiker is opgelost.

3. Dodaj sok z cytryny, skrobię i migdały.

Voeg er citroensap, maiszetmeel en amandelmeel toe.

4. Narysuj ołówkiem okręgi o 23 cm średnicy na 2 papierach do pieczenia. Połóż każdy na blasze do pieczenia i wypełnij okręgi białkami.

Teken met potlood cirkels van 23 cm diameter op 2 vellen bakpapier. Leg het op een bakplatten en vul de cirkels met het eiwit.

5. Piecz bezy 5 minut w 160︒C a potem 1,5 godziny w 120︒C .

Bak de meringues 5 minuten in 120︒C en dan 1,5 uur in 160︒C

6. Wyłącz piekarnik i zostaw bezy do całkowitego wystygnięcia w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Schakel de oven uit en laat de meringues in de oven volledig afkoelen, met de deur op een kier.

7. Ubij śmietanę na sztywno z cukrem pudrem. Dodaj mascarpone i ostrożnie wymieszaj razem.

Klop de slagroom stijf met de poedersuiker. Meng mascarpone voorzichtig onder de slagroom.

8. Posmaruj dolną bezę masą śmietanową, włóż kilka truskawek w śmietanę i przykryj drugą bezą.

Besmeer de onderste meringue met de mascarponeroom, doe de aardbeien in de room en plasts het tweede meringue erop.

9. Udekoruj tort np bitą śmietaną i truskawkami.

Versier de taart bv met slagroom en de aardbeien.


Smacznego!
Smakelijk!



21 maja 2022

Tydzień pełen sukcesów i radości.

Któregoś dnia Młoda otwarła wieczorem piwo owocowe, rozlała do dwóch szklanek i mi podaje - Zdałam biologię, trzeba to uczcić! Wypiłyśmy piwo za kolejne sukcesy i chyba zadziałało ;-)

Kolejny przedmiot na drodze do otrzymania dyplomu szkoły średniej odfajkowany. Może uczyć się do następnego. No i uczy się wszędzie. Łazi po domu ze słuchawkami na uszach. Gada do telefonu po francusku jakieś głupoty. Nawet na dworcu, w poczekalni u doktora, czy gdzie tylko ma chwilę wolnego, otwiera Duolingo i ćwiczy francuski. Nie lubi francuskiego. Wkurza ją, ale trudne i nielubiane przedmioty też trzeba jakimś sposobem zaliczyć. Miesza sobie raz fajny i łatwy przedmiot, raz trudniejszy. Francuski jest ani fajny, ani łatwy. Bez wątpienia jednak w tym kraju potrzebny, bo co najmniej połowa ludzi nim się posługuje. Dla Młodej francuski to już czwarty język. Polskim, angielskim i niderlandzkim posługuje się pi razy drzwi na jednakowym poziomie, czyli płynnie i dobrze zarówno w mowie jak i piśmie. 

Jeśli chodzi o naukę domową i Komisję Egzaminacyjną to przez rok zdała już angielski ustnie i pisemnie, geografię i biologię. Z wszystkich przedmiotów zdaje egzaminy z zakresu dwóch lat - piątej i szóstej klasy technikum. Matmę musi powtórzyć, bo nie zdała, i zdać wszystkie inne przedmioty, czyli francuski, niderlandzki (oba języki ustnie i pisemnie), historię no i wszystkie przedmioty fotograficzne - teorię i praktykę. Jeszcze sporo drogi przed nią do otrzymania dyplomu szkoły średniej, ale nie mało już z tyłu. Ważne, że nie musi chodzić do szkoły i marnować tam swojego cennego życia.

Najważniejszym zdarzeniem minionego tygodnia jest bez wątpienia fakt, że po długich staraniach i chodzeniu po różnych biurach pracy oraz zaliczeniu kilku rozmów kwalifikacyjnych w końcu

Młoda dostała pracę!

W okolicznych sklepach się nie udało, więc postanowiła poszukać szczęścia w mieście. No i w piątek zadzwonili, że ma w poniedziałek przyjechać podpisać umowę. Będzie pakować jakieś części samochodowe. Robota taka typowo dla studentów albo początkujących obcokrajowców, czyli na krótki czas, by się gdzieś zahaczyć, by spróbować swoich sił, by zdobyć pierwsze doświadczenie i pierwszy świeżutki wpis do CV. Młoda jest wielce podekscytowana, co nikogo chyba nie dziwi. My jesteśmy dumni i szczęśliwi. Kurde, nasze dziecko idzie już do pracy i to jeszcze pół roku przed swoją osiemnastką. Niesamowite jak szybko ten temat ogarnęła! Gdy w zeszłym roku pisała i wysyłała swoje pierwsze CV i szła na pierwszą rozmowę, była pełna obaw i niepewności z bardzo małą wiarą w powodzenie. Po kilku rozmowach jednak nabrała wprawy i odwagi. Co ciekawe, każda nieudana próba działała na nią jak płachta na byka - tylko dodawała jej animuszu, siły i chęci do walki o swoje. Jak już raz postanowiła, że chce iść do roboty, to żadna siła jej nie zatrzyma przed zrealizowaniem tego pomysłu. Czart nie dziewczyna! Kocham tego Czarta!

Najstarsza miała tydzień, a dokładnie to tygodnie, dosyć chorowite. Najpierw ta grypa, czy korona. Potem była od tego osłabiona no i w tym tygodniu przejęła od młodszej siostry wirusa gardłowego i czuła się słabowicie. W poniedziałek nawet było okej i wyjechała rano rowerem na stację. Okazało się jednak, że jakieś problemy na torach wynikły i dwa kolejne pociągi się nie pojawiły. Co 5 minut ogłaszano coraz dłuższe opóźnienie, by w końcu wyśpiewać nasz ulubiony komunikat: de S trein van Brugge naar Mechelen rijdt vandaag niet (pociąg z Brugii do Mechelen dziś nie jedzie). Kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, Najstarsza też zabrała dupę w troki i wróciła do chałupy. I dobrze, bo w południe już słabizna wróciła i musiała iśc do wyrka. W środę rano skoczyła na koronotest do apteki i jak powiedzieli, że negatywny, poszła do doktora. Dostała zwolnienie do końca tygodnia, powiadomiła szefa ze stażu i wypoczywa. 

Młody ma teraz też pracowity i fajny okres.

Najpierw występy z chórem dziecięcym w towarzystwie orkiestry dwie niedziele pod rząd. Świetnie mu poszło i dobrze się przy tym bawił. Ja niestety nie mogłam obejrzeć drugiego występu, bo miałam jeden z bardziej gównianych dni, jeśli idzie o samopoczucie. Tata jednak podziwiał i klaskał. Było też kilku klasowych kolegów, sąsiadów i innych znajomych.

Pod koniec tygodnia z kolei impreza szkolna i 5 występów przed publicznością pod rząd. Po dwa przedstawienia dziennie, a każde z nich trwało 2 godziny. Pierwsze było w czwartek zaraz po południu. Następnie po dwa w piątek i sobotę - po południu i wieczorem (kończyły się o 21). 

Szkoła - nauczyciele, uczniowie i Komitet Rodzicielski - zorganizowała po raz kolejny dużą imprezę z biletami. Były to przedstawienia muzyczne. Występowali wszyscy uczniowie od pierwszej przedszkola do szóstej klasy, czyli dziatwa w wieku 2,5 roku do 12 lat oraz ich nauczyciele. Fantastyczne przedsięwzięcie. Co interesujące, tym razem dzieci były pomieszane - starszaki występowały razem z maluszkami, co dało fajny efekt. Fajnie się patrzy na nastolatki płci obojga z piątej czy szóstej klasy, które prowadzą na scenę za rączki kilkulatków, poprawiają im kostiumy, zapinają portki i razem robią swoje przedstawienie, razem tańczą i śpiewają. Niesamowite! Wszyscy włożyli sporo pracy w to przedsięwzięcie. Nauczyciele i Komitet Rodzicielski sporo pracowali przy tym w swoim czasie wolnym obmyślając scenariusz, przygotowując stroje, dekoracje, oświetlenie i nagłośnienie, a w końcu sprzedaż napojów i przekąsek. Wszyscy stawili się bez szemrania nawet dwa razy w sobotę. 

Sala była za każdym razem pełna, a mieści się w niej około 200 osób. Bilety nie były drogie. Symboliczne 5€ i w tej cenie wliczony był napój. Przyszli dziadkowie, rodzice, wujostwo, sąsiedzi i inni znajomi uczniów i rodziców. Dochód oczywiście przeznaczony zostanie na szkołę. 

Młodemu się też podobało! Z wielkim entuzjazmem uczestniczył w tej zabawie. Wystąpił w grupie z najlepszymi kumplami i ze słodkimi maluszkami z przedszkola. W tej grupie przedszkolnej jest jego ulubieniec i największy słodziak, czyli synek jego wychowawczyni. Młody uwielbia małe dzieci i już marzy, by kiedyś być tatą. Rozważa też zostanie w przyszłości nauczycielem (choć w opcji ciągle jest lekarz zwierząt i od niedawna archeolog). 

Ja obejrzałam przedstawienie dwa razy. W piątek poszłam z sąsiadką. W sobotę z małżonkiem. Za każdym razem świetnie się bawiłam. 


 A za mną kolejna chemia.

 Jeszcze osiem przede mną. Doktorka stwierdziła, że wszystkie składniki krwi na granicy i przepisała zastrzyk Neulastę na odbudowę krwi oraz zapodała lżejszą wersję chemii na ten dzień. Po chemii poszłam z Młodą do McDonalda, bo ta akurat dotarła do Dendermonde po rozmowie o pracę. Tam zajadając hamburgery obserwowałyśmy przelotne oberwanie chmury. Lało, wiało, koniec świata. Fajnie się to ogląda przez okno o suchej dupie. Wróciwszy do domu zastałyśmy wszędzie wodę. W kuchni pół podłogi zalane od okna, choć było zamknięte. Z poddasza całe schody mokre, na poddaszu dach przeciekał w kilku miejscach, a w dwóch woda dotarła nawet piętro niżej przez drewno do pokoju Młodej. Jaja jak berety! Dziś byłam to zgłosić właścicielom, bo żartów nie ma. Mają przyjść po niedzieli popatrzeć na dach.

To był bardzo dobry i owocny tydzień. Cieszę się, że takie pozytywne fajne tygodnie od czasu do czasu się zdarzają, bo inaczej szło by zwariować. A tak możemy naładować nasze baterie pozytywną energią. Pogoda też ostatnio nam sprzyjała. Słoneczne, upalne dni majowe to dla mnie radość ogromna. Kocham słońce i ciepełko. Szkoda tylko, że niebogato się czuję ostatnimi czasy i nie mogę się tym słońcem i czasem wolnym dostatecznie cieszyć. No ale kurde, przecież nie można mieć wszystkiego. I tak jest super tak jak jest. Cieszymy się tymi chwilami. Próbujemy naczerpać z nich ile się da, bo boimy się jutra i tego co ono nam przyniesie. Czasy są kurewsko niepewne i mało optymistyczne. Dlatego żyjemy tu i teraz tymi chwilami lepszymi, fajniejszymi i całkiem dobrymi a nawet chwilami po prostu zajebistymi starając się nie myśleć zbyt często o przyszłości bez potrzeby. Spoglądamy za to czasem w przeszłość, by zobaczyć jak wiele trudnej drogi żeśmy przeszli i jak wiele osiągnięć i sukcesów już jest na naszej liście. Jesteśmy z siebie dumni a jeszcze bardziej z Naszych Wspaniałych Dzieci. Będą z Nich Wszystkich wspaniali, mądrzy i dobrzy dorośli ludzie. Oby tylko reszta świata raczyła to choćby w małej części docenić i uszanować… To moje ogromne marzenie. 







17 maja 2022

Kończymy szkołę średnią. Autyzm a szukanie pracy.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu martwiliśmy się obowiązkowym stażem w szóstej klasie zawodówki, a dziś Nasza Najstarsza kończy szkołę średnią. Jak zwykle się okazało, że nie taki diabeł straszny i że czasem są różne możliwości, a czasem zwyczajnie szczęście dopisze…

plecak uszyty przez Najstarszą kilka lat temu

Gdy córka była w piątej klasie, zapytano nas i ją o plany na przyszłość. Nie mieliśmy żadnego pomysłu co do jej przyszłości. Gorzej! Widzieliśmy tę przyszłość raczej w nieciekawych kolorach.

 No bo cholera, nasza córka ma autyzm! To znaczy, że w pewien sposób jest niepełnosprawna, jakby to dziwnie nie brzmiało. Jest inna niż jej rówieśnicy. Inaczej myśli, inaczej działa, inaczej się wysławia, inaczej się zachowuje, co zdecydowanie utrudnia jej życie. Współczesny świat, mimo całej tak dumnie i głośno wykrzykiwanej równości i tolerancji, w praktyce wcale nie jest ani tolerancyjny, ani równy dla wszystkich. Niestety świat ciągle - moim zdaniem - ciągnie bardzo w stronę filozofii Hitlera i jemu podobnych. Liczą się przede wszystkim ludzie zdrowi na ciele i umyśle, ludzie inteligentni, sprytni, silni fizycznie i emocjonalnie, zaradni, piękni i ogólnie równiejsi. Ci choćby odrobinę ułomni, wolniejsi, mniej inteligentni, słabsi niby co prawda dziś do gazu nie trafiają, ale zwykle trafiają na margines. Łaskawie pozwala im się żyć a nawet pracować pod warunkiem, że będą wyrabiać wszelakie normy… Albo że będą wykonywać robotę dla niepełnosprawnych, czyli gównianą bez szans na awans, bez jakichkolwiek perspektyw i niech się kurwa cieszą i po rączkach całują, że w ogóle pozwolono im pracować, bo może lepiej jakby im dać jakiś zasiłek i niech siedzą w domu na dupie, nie plączą się pod nogami i nie kłują w oczy swoim istnieniem…

Tymczasem fakt, że masz jakąś wadę - czy małą, czy większą - nie znaczy, że oczekujesz od życia mniej, że nie możesz marzyć, że nie chcesz robić niczego wartościowego, nie potrzebujesz być docenianym i nie chcesz w życiu niczego osiągnąć, że ucieszysz się z każdej nawet gównianej roboty i że będziesz ją bez szemrania wykonywał dla samego wykonywania, bo ktoś ci wielką łaskę zrobi, że cię zatrudni.

My rodzice bez wątpienia będziemy się cieszyć, jeśli naszym dzieciom uda się znaleźć i utrzymać jakąkolwiek pracę. Jednakowoż wolelibyśmy, by to była dobra i fajna praca, a nie jakakolwiek. Chcielibyśmy, aby nasze dzieci dostały szanse na osiągnięcie czegoś, aby mogły iść do przodu, rozwijać się, zdobywać nowe doświadczenia, a nie tylko żyć z dnia na dzień gdzieś tam w głębokim cieniu. 

Nasza Najstarsza ma ogromne talenty, których rówieśnicy mogą jej pozazdrościć. Głównym, takim wizualnym, najbardziej rzucającym się w oczy, którym można się nawet pochwalić przed obcymi ludźmi, jest talent artystyczny. Rysowanie, tworzenie różnych kompozycji, szycie - w tego typu przedsięwzięciach jej talent zobaczy nawet największy laik. Do tego jest nieziemsko cierpliwa, dokładna, wręcz perfekcyjna i uczciwa (co do ostatniego to dziś jest to raczej wada). No ale ma autyzm… relacje międzyludzkie i współpraca z innymi leży, nie czuje upływu czasu i się z nim nie liczy, a jednocześnie wszystko musi mieć swoją kolejność i swoją porę i nic jej schematów nie może burzyć. Wszystko robi w swoim tempie i czyjeś tempo jej nie obchodzi. Duże lub częste zmiany i nowości nie dla niej… itd itp

W zeszłym tygodniu odbyło się zebranie w jej sprawie w miejscu, gdzie odbywa staż. To właśnie po tym zebraniu te powyższe refleksje mi się nasunęły, choć spotkanie samo w sobie było raczej pozytywne i urodziło nadzieję co do przyszłości Najstarszej i ogólnie osób normalnych inaczej.

Na spotkaniu poza mną była mentorka oraz szkolna asystentka Najstarszej, szef ze stażu oraz pani z GTB, specjalnej jednostki biura pracy VDAB, która pomaga m.in. w poszukiwaniu pracy ludziom z niepełnosprawnościami lub innymi problemami. 

Przypomnę gwoli ścisłości, że Najstarsza ucząca się w zawodowej szkole średniej w kierunku MODA (w trybie specjalnym), odbywa swój staż u tapicera, gdzie zajmuje się szyciem. Szyje tam różne poduszki, pokrowce, zasłony itp. 

Spotkanie dotyczyło przyszłości zawodowo-szkolnej mojej córki. Pierwszą kwestią był temat siódmej klasy, którą Najstarsza może, ale nie musi robić. Stanęło na tym, że kończy szkołę na szóstej klasie, co oznacza, że odtąd wszyscy zaczynają szukać dla niej pracy. 

Tak, dobrze czytacie, dostajemy urzędową pomoc w znalezieniu pracy po skończeniu szkoły średniej. 

Na początku zapytano szefa firmy o możliwości przyjęcia Najstarszej na stałe. Zaczął trochę wykręcać się sianem, co wydaje się jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że Najstarsza póki co nie za bardzo normy wyrabia, bo raz autyzm, dwa stosunkowo mała liczba przepracowanych godzin, czyli mało doświadczenia, a we Flandrii to trza orać jak dziki nie ocyndalać się… 

Wtedy babka z GTB po zadaniu kilku rzeczowych pytań, postawiła sprawę tak:

- Mamy sytuację, że pan zdecyduje się ją przyjąć. Chce pan poznać, jakie są możliwości z naszej strony? 

Facet na pewno wczoraj się nie urodził i wyraźnie na ten moment czekał, bo od razu zmienił postawę ciała i wyraz twarzy na wyraźnie zainteresowane. No wreszcie zaczynają gadać do rzeczy -  mówiły jego oczy. 

Jak jeszcze nie wiecie, o co chodzi, to już powinniście się domyślać, że o pieniądze! 

GTB proponuje różne możliwości dla mojej córki i firmy, która ją zatrudni. Szczegóły co do czasu trwania wsparcia i ewentualnych kwot mi niestety umknęły (czytaj: chemia nie działa zbyt dobrze na mózg), bo kobieta wymieniała różne kolejne opcje zależne od sytuacji.

Szefuncio jednak od razu się pochwalił, że ta osoba z autyzmem, którą on zatrudnia na stałe, korzysta właśnie z jednej z tych opcji i to jest dla niego opłacalne, a zatem jest skłonny rozważyć ewentualne zatrudnienie Naszej Najstarszej na takich czy innych specjalnych warunkach. 

Poza dofinansowaniem GTB oferuje też np asystenta, czyli osobę, która przychodzi na początku z pracownikiem do firmy, by pomagać np w porozumiewaniu z pracownikami i pracodawcą (np w razie nie dostatecznego zrozumienia poleceń, czy zleconych zadań), podpowiadać co i jak, popychać do przodu, gdy ktoś utknie, co Najstarszej czasem się zdarza itp. Z poprzednich spotkań pamiętam, że taki asystent może też pomagać początkowo w dojazdach do pracy, tzn np przyjeżdża pod dom delikwenta i idzie z nim na przystanek, uczy kupować bilety, trafić z przystanku do miejsca pracy etc. Najstarsza aż takiej pomocy nie potrzebuje, bo samodzielnie korzysta ze środków publicznej komunikacji od 12 roku życia. Choć zakup biletu w automacie, z aplikacji czy esemesem ciągle pewnie stanowi dla niej problem i gdyby sama potrzebowała gdzieś dojeżdżać, musiała by się tego nauczyć. W to że potrafi się nauczyć, to akurat nie wątpię, bo skoro bez problemu nauczyła się korzystać z komputera i telefonu oraz z bankowości mobilnej i kupować online różne rzeczy, to i bilety ogarnie. Tylko że ona nie robi takich rzeczy spontanicznie - musi być jakiś sensowny powód ku temu i dobrze, jak ktoś spokojnie wytłumaczy i pokaże. Potem już z górki. Co się raz nauczy, to umie.

Istotną informacją, jaką przekazała pani z GTB, jest to, że trzeba koniecznie łapać takie jak ta okazje i trzymać je mocno, bo druga może się nie trafić, a dla osób takich jak Nasza Najstarsza może to oznaczać trafienie na zawsze na margines, do przegródki „niepełnosprawni”, „odrzuty”, czyli do takiego czy innego zakładu pracy chronionej, skąd raczej ciężko jest się wydostać, bo jak raz ci zapiszą w papierach, żeś pracował w zakładzie dla niepełnosprawnych, to nikt cię w normalnej firmie nie będzie chciał zatrudnić.

 Kto lepiej zna realia pracy i życia osób niepełnosprawnych, niż osoba która im zawodowo pomaga? Taka osoba zna nie tylko tutejsze prawo i ładnym językiem spisane zasady, ale i faktyczne realne możliwości. I tak na poprzednim spotkaniu dowiedziałam się, że najpopularniejsza belgijska sieć supermarketów, która nawet podatki mniejsze płaci, bo jest taka wspaniała, nigdy nie zatrudniła jednej osoby niepełnosprawnej kierowanej przez GTB. Gdy zobaczą w CV „niepełnosprawny” nawet nie odpowiadają. Zresztą nasza Młoda też już ma doświadczenie z tą firmą, która nawet nie raczy zadzwonić uprzednio się umówiwszy na konkretny dzień  po rozmowie kwalifikacyjnej i powiedzieć że kogoś innego zatrudnili. 

Ot i cała równość społeczna i sprawiedliwe wszystkich traktowanie, docenianie talentów i inne frazesy. Równość, tolerancja i sprawiedliwość jest dla bogatych, wpływowych, inteligentnych, pięknych i pełnosprawnych. Reszta może mieć co najwyżej farta.

Panie ze szkoły nadal upierały się, że Najstarsza u takiego tapicera to tylko swój talent zmarnuje i one by chciały, by spróbowała w pewnej firmie zajmującej się modą ślubną. Na co właśnie pani z GTB zasugerowała, by zeszły lepiej na ziemię, bo sytuacja jest jak powyżej. A taki mały rodzinny zwykły zakład tapicerski to dla Najstarszej wielka szansa. Może i żaden tam szał i łał, ale to normalna firma, w której młody człowiek może zdobyć pierwsze doświadczenie zawodowe do wpisania w CV, które w przyszłości bardzo może się przydać. Fakt, że jest to mała firma, oznacza z kolei, że każdy jest w niej zauważany jako jednostka, czyli właśnie JEST ZAUWAŻANY. Gdy teraz Najstarsza pójdzie szukać czegoś innego, a to inne się nie uda, może zostać z niczym, bo babka wie z doświadczenia, że w tej dziedzinie, czyli krawiectwo, ciężko o zatrudnienie, przy czym osoby z autyzmem rzadko w ogóle dostają ciekawe oferty pracy, szczególnie gdy nie mają doświadczenia. No i wtedy trafiają do zakładu pracy chronionej, gdzie raz szyją piórniki, a drugi raz składają pudełka kartonowe czy długopisy.

Dlatego trzeba trzymać się tej szansy jak rzep psiego ogona i zrobić wszystko, by Najstarszą przyjęli. Co dla mnie brzmi jak najbardziej logicznie i sensownie. Zwłaszcza, że to była by robota blisko domu, gdzie 20 minut rowerkiem człowiek podjedzie. O tym pani z GTB też zresztą napomknęła, bo panie ze szkoły zdają się czasem zapominać, że dla ludzi z autyzmem codzienne życie nie wygląda tak samo jak dla normalsów. Jest trudniejsze i bardziej męczące. Zapominają też czasami, że w Belgii mieszkając na zadupiu, bardzo ciężko dostać się na czas gdziekolwiek nie mając samochodu, a nie wiadomo, czy Najstarsza go będzie mieć. Póki co w każdym razie nie ma. A nawet mając auto to stanie godzinami każdego dnia w korkach dla wielu zdrowych ludzi jest nazbyt męczące, a co dopiero autystyków. Moim zdaniem mentorka i asystentka Naszej Córki trochę za bardzo ideałami żyją i cieszę się, że pani z GTB trochę je otrzeźwiła. 

Nie ukrywam, że i ja, i mój małżonek byśmy chcieli, by Najstarsza miała super pracę, gdzie mogła by realizować i rozwijać swoje talenty, gdzie mogła by osiągnąć sukces i wybić się z tłumu. Ale żyjemy wystarczająco długo, by wiedzieć, że ideałami ani marzeniami nikt jeszcze się nie najadł i wyżej dupy nikt nie podskoczył. Najstarsza ma autyzm i jest w Belgii obcokrajowcem niemówiącym dobrze po niderlandzku i wcale po francusku. Nie ma i nie zna tu nikogo poza nami i swoimi nauczycielami, a nikt z tych osób nie jest ani w chuj bogaty, ani wpływowy, by załatwić jej to czy tamto albo w jakikolwiek inny sposób pomóc trafić na właściwe stanowisko. Ludzie z dołu drabiny społecznej, do których się zaliczamy, nie mają zdecydowanie takich samych szans na osiągnięcie sukcesu, wybicie się czy karierę, jak ludzie z zamożnych wpływowych rodzin. My obcokrajowcy nie mamy takich samych szans, jak tubylcy. Autystycy nie mają się co porównywać z normalsami.   

Dlatego trzeba korzystać z tego, co jest tu i teraz możliwe i cieszyć się, jeśli cokolwiek się uda. Nie znaczy to przecież, że od razu przegrało się życie, bo jutro znowu może trafić się jakaś szansa i otworzyć jakieś nowe drzwi. 

Póki co Najstarsza ma spróbować więcej chodzić na staż niż do szkoły, by przed wakacjami jeszcze trochę wprawy nabyć i więcej się w praktyce nauczyć. Najpierw ma iść przez 3 dni, potem cały tydzień, a potem ma być kolejne spotkanie, by omówić dalsze kroki.

Padła propozycja wakacyjnej pracy dla Najstarszej w tej samej firmie ze wsparciem ze strony GTB. Praca oczywiście była by płatna, bo za staż nie dostaje się tu żadnych pieniędzy. 

Była też mowa o stażach z VDAB i o różnych warunkach zatrudnienia i dofinansowania. Gdy wspomniałam, że Najstarsza nie musi pracować przecież na cały etat, bo dla niej pół etatu mogło by być nawet lepszym i zdrowszym rozwiązaniem, to babce ten pomysł całkiem przypadł do gustu. Ba, stwierdziła, że w przypadku takich osób jak Najstarsza (mających specjalne przywileje z racji niepełnosprawności i temu podobnych) nie rzadko nawet bardziej się finansowo opłaca w niepełnym wymiarze pracować, bo są dofinansowywani. Czyli że te nierówne szanse jednak państwo stara wyrównywać przynajmniej w jakimś stopniu, co jest budujące. 

Rozstaliśmy się pełni dobrych myśli i nadziei. Nie nastawiamy się za bardzo na tę pracę, ale mamy cichą nadzieję, że się uda. Niechby choć wakacyjną pracę jej załatwili i mogła sobie zarobić swoje pierwsze pieniądze to już było by coś. To zawsze motywacja. Czekamy.

Tymczasem Młoda nie ustaje w swoich poszukiwaniach pracy. Ma za sobą już kilka rozmów kwalifikacyjnych w sklepach, ale bez sukcesu. W tym tygodniu pojechała do większego miasta 20 kilometrów od domu, by starać się o robotę przy pakowaniu części samochodowych. Rozmowa w pośrednictwie pracy przebiegła pomyślnie. Pojutrze jedzie do samej firmy na rozmowę. Moja uparta i wytrwała siedemnastolatka. Mam nadzieję, że w końcu gdzieś ją przyjmą i że pieprzony autyzm jej nie przeszkodzi w wykonywaniu tej czy innej pracy, bo ona też nie ma łatwo z tą nienormalną patologiczną nadwrażliwością. 




13 maja 2022

Nastolatki łażące po knajpach, śpiewające w chórze, szukające pracy - to wszystko moje dzieci

 I znowu tydzień na pełnej petardzie.

W niedzielę Młody miał swój pierwszy występ z chórem dziecięcym i orkiestrą podczas festynu (kermisu). Występ był na parkingu pod szkołą na scenie. Przed sceną były stoliki i krzesła i można było zamówić napoje. Całkiem fajnie to wszystko wyszło. Dzieci śpiewały różne piosenki po niderlandzku i angielsku. Na początku same przy akompaniamencie saksofonowym lub syntezatorowym swojej nauczycielki oraz samodzielnie grając na rurkach (zapomniałam nazwy). Potem wystąpiły razem z orkiestrą, w której - jak się okazało - gra na flecie też dawna klasowa koleżanka naszej Młodej. Gra tam też jedna nauczycielka ze szkoły Młodego. Bardzo nam się podobało to wszystko. Młody też jest z siebie i występu zadowolony. 

Po występie oczywiście w nagrodę mógł pójść na kermisowe atrakcje - szybka kolejka, trampoliny, wata cukrowa, explosion. Szybko trafił na kolegów i koleżanki, z którymi bawić jest się wesoło. Tylko szkoda, że to drogo kosztuje. Tu 5€ tam 5€ i w mig pół stówy nie ma. Ale kermis jest raz w roku, a tyle czasu nic się nie działo, że głupio by było teraz nie nacieszyć się zabawą i dobrą majową pogodą. Kto wie, czy za rok będzie nas jeszcze na cokolwiek stać i czy żyć będziemy.



We wtorek miałam wizytę u swojego dentysty. Dokończył tę robotę, którą zaczął zębolog w szpitalu. Tamten porobił od środka. Ten dokończył od zewnątrz, która to przyjemność kosztowała mnie 90€.  Najstarsza tego samego dnia była u innego dentysty na plombowanie i zabuliła 95€. Sama radość w domu Gucia. No ale bez zębów nie ma życia. Teraz przynajmniej możemy zębami pozgrzytać ze złości.

Młoda czekała na ten wtorek od pewnego czasu z wielką ekscytacją, bo oto wreszcie nadarzała się okazja spotkać w realu z kumplami poznanymi kilka lat temu online. Przez internet są nierozłączni. Gadają i piszą ze sobą praktycznie każdego dnia. Wysyłają sobie prezenty na urodziny, pozdrawiają wzajemnie swoich rodziców, a my rodzice pozdrawiamy ich. Ja wiem o nich bardzo dużo, bo Młoda mnóstwo o nich opowiada. No i w końcu niektórzy mieli przyjechać na wycieczkę do Brukseli. Cieszyliśmy się razem z Młodą, bo wiemy z własnego doświadczenia, że spotkać się na żywo po długiej i intensywnej znajomości internetowej to wielka sprawa. Młodzież wszystko sobie świetnie zaplanowała. Podzwonili i popytali też w hotelu, czy Młoda może na waleta przenocować, a miła pani im powiedziała, że normalnie legalnie wołają po 15€ za nockę dodatkowo, ale że nikt tego nie kontroluje tak że ten… jak się chce, to można. 

Gorzej jak los komuś lubi płatać figle i kłody pod nogi, wiatr w oczy… Najpierw jebana korona dwa tygodnie temu. Stres, no ale zaczęło przechodzić. Powoli. W coś innego. W poniedziałek czuła się źle. Głowa, gardło, zapchany nochal, ogólne gównosamopoczucie. We wtorek zeżarła ibuprofen i popołudniu pojechałyśmy do stolicy. We dwie raźniej no i Stara chciała tych kumpli zobaczyć na własne patrzały. Gdy tylko jednak się młodzież przywitała, Matka odmaszerowała w kierunku dworca, bo przeco nie będę tam przy nich tkwić jak kula u nogi. Poszli do hotelu z uśmiechami od ucha do ucha.

O północy zadzwoniła, by po nią przyjechać do hotelu. I że może nawet od razu na pogotowie zawieźć. Matczyna intuicja i znajomość konstrukcji potomstwa (lekki hipochondryk) podpowiadały, że pewnie nie taki diaboł straszny, jak go maluje, ale pojechaliśmy. Matka jest też bowiem świadoma swojej wielkiej mocy uzdrowicielskiej i lubi tą się ze swoimi najbliższymi dzielić. Jak dotarliśmy pod hotel, Młoda praktycznie nie mówiła i wyglądała jak nieprzymierzając gówno. Wróciliśmy dodom. Matka przeanalizowała głośno objawy wskazujące na zapalenie gardła, w najgorszym wypadku anginę, obiecała zadzwonienie z rańca do lekarza i zaproponowała swoje macierzyński-uspokajająco-lecznicze towarzystwo w łóżku. Plus  gorąca herbata, tabletki na gardło, krople do nosa... Zgodnie z przewidywaniami pomogło. Dziecko przespało spokojnie. Rano było mentalnie o niebo lepiej, choć objawy nic a nic się nie poprawiły. Tak niewiele i tak wiele zarazem. Rano doktor nakazał przez telefon, by pójść do apteki zrobić szybki test na koronę. Wyszedł zgodnie z przewidywaniami negatywny (koronę mieliśmy przeco 2 tygodnie temu hé). Po południu doktor stwierdził - co za niespodzianka - zapalenie gardła i powiedział, że samo przejdzie, tylko trza oszczędzać gardło i nie  gadać za dużo. Zalecił ibuprofen 3 razy dziennie na zmniejszenie zapalenia i bólu. Młoda wybiegła z gabinetu 10 kilo lżejsza na duszy. Serio nic poważnego. Można wracać do Brukseli! Tak też zrobiła. Zawiozłam ją na wieczorny pociąg, bo drogę już przecież zna. 

Jesteśmy z Małżonkiem z niej  dumni. Że się nie poddaje. Że walczy. Że uparcie realizuje swoje pomysły mimo ciągłych przeciwności losu. Nasza Młoda jest wielka. Cieszymy się też, że możemy  ją wspierać w tych jej różnych przedsięwzięciach. Nawet takich jak to zwykłych towarzyskich, wariackich, po prostu młodzieńczych. Bo fajnie jest być rodzicem nastolatki, choć nie zawsze łatwo. 

W czwartek wróciła rano do domu autobusem, bo tamci już wracali do Polski. Opowiedziała część tej przygody. Resztę dokończy na pewno w kolejne dni, bo miałam zabiegany dzień i nie mogłam wszystkiego wysłuchać, a potem ona poszła odsypiać nocną balangę. Połazili po fajnych oryginalnych brukselskich barach. Popróbowali różnych alkoholi.  Cieszę się razem z nią, że mimo wszystko spotkanie się udało, że przeżyła fajną przygodę i to blisko domu. Po tym wszystkim, co przeszła w ostatnich latach należy jej się jak psu buda. Cudownie, że znowu jest zwykłą wesołą szaloną nastolatką. Że wróciła do żywych. 

Jak znam ludzi, to niektórzy rodzice nastolatków (a tym bardziej młodszych dzieci) czytali pewnie powyższy akapit z szeroko otwartymi oczami i ogromnym niedowierzaniem. No bo że co proszę?! Matka pozwala niepełnoletniej gówniarze na samotne wędrówki po knajpach w TAKIM mieście z obcymi ludźmi?!  I tak dobrze, że zapomniałam wspomnieć, że wśród nich byli różni reprezentanci słynnego skrótu LGBT+, bo dopiero by było. UPS! 🙊

Na szczęście my jesteśmy normalni inaczej i nasze poglądy, metody wychowawcze i podejście do życia oraz kontakt z naszą nastoletnią Trójcą Nieświętą są normalne inaczej. Lepsze i fajniejsze (subiektywna i egocentryczna opinia). 

Cieszymy się niesamowitym wzajemnym zaufaniem, otwartością, tolerancją i zrozumieniem. Do tego Trójca jest inteligentna, odpowiedzialna i ma autyzm (przynajmniej dwójka),  który m.in. charakteryzuje się prawdomównością i niezwyczajną uczciwością. Dzięki temu nasze nastodzieci mogą się cieszyć stosunkowo dużą wolnością i swobodą. Wiemy bowiem, że świadomie niczego nikomu ani niczemu złego nie uczynią i guza szukać nie będą. Głupot narobić oczywiście mogą. Kto jednak sam jest bez winy, niech podniesie rękę. Ototo właśnie, już widzę ten las rąk spuszczonych głów. Każdy czasem coś odpierdoli bez względu na wiek, poziom wykształcenia czy pozycję społeczną. Sporo rodziców jednak ten talent lubi przypisywać wyłącznie dzieciom. Szczególnie nastoletnim. Bo w lustro czasem ciężko spojrzeć uczciwie.

Spytacie też może, czy nie boimy się zwyczajnie o bezpieczeństwo własnego dziecka. Takie miasto jak Bruksela wszak nawet za dnia nie jest bezpieczne, a co dopiero wieczorami. No cóż, powiem wam zatem, że tego nie boimy się bardziej niż tej korony, przez którą tak wielu ludzi srało przez ponad dwa lata w gacie ze strachu (dopóki Ukraińcy i Rosjanie nie popsuli całej zabawy swoją głupią wojną zabierając koronie cały fejm  ;-) ). Poszukajcie se moich wpisów o koronie, w których wyliczam te różne metody na zakończenie żywota i inne wypadki losowe, które mogą przytrafić się każdemu o każdej porze i w każdym miejscu swojego domu nie wyłączając, bo nie chce mi się już tego od nowa klepać. 

Centra Brukseli, Warszawy, Berlina, Nowego Yorku,* (wstaw dowolne duże miasto) są potencjalnie o wiele bardziej niebezpieczne niż mała wioska czy własny dom, ale ludzie tam też przecież normalnie żyją latami, wychowują dzieci, spacerują, spotykają się z kumplami. I o dziwo żyją! Przy czym mała wioska ani własny dom nie dostarcza tylu wrażeń i atrakcji, co duże miasto. No risk no fun! Wyścigi samochodowe, wspinaczka górska, boks, palenie papierosów, seks bez zabezpieczeń i pierdyliard innych rzeczy też są  niebezpieczne, niektórzy tracą przy tym życie lub zostają kalekami a ludzie i tak to ciągle uparcie robią.

Gdy tracę moje dzieci z oczu zawsze się mniej lub bardziej niepokoję, bo przecież kurde jestem ich matką. Nie ważne, czy to one dom opuszczają, czy ja je w tym domu samopas zostawiam. Wypadki wszędzie się zdarzają, a my mamy już za sobą kurewsko dłuuuuuugą ich listę. 

Mogłam zachorować na straszną koronę, ale kurwa zachorowałam na śmiesznego raka. Koronę też zaliczyłam, żebym miała lepsze porównanie... No ale dobra, dość już podśmiechujek, bo hipochondrykom nie jest wszak łatwo w życiu… Całe życie umierać ze strachu o swoje zdrowie, ech.

Pytanie tylko, czy ciągle umierać ze strachu o zdrowie i życie swoich dzieci jest lepsze? Zwłaszcza gdy ku temu nawet specjalnych powodów nie ma. Borze, poznałam rodziców, którzy nie pozwalają dzieciom biegać, bo się pobrudzą albo spocą i to im zaszkodzi (nie wiem jak, ich spytajcie). Poznałam takich, którzy się boją, że wiatr, deszcz, słońce, śnieg, mróz zabije im dzieci.  Jeszcze więcej takich którzy śmiercionośnego  potwora widzą w telewizji, komputerze, muzyce, internecie i chuj wie czym jeszcze. Wielu starych zamknęło by własne dzieci najchętniej w złotej klatce i dla pewności postawiło by pod nią ze sześciu goryli i 7 dobermanów a wszystko okopało fosą wypełnioną wodą z aligatorami. Dzieci strachliwych rodziców mają, moim nader skromnym zdaniem, przechlapane i tyle. Życie w strachu, pod ciągłym nadzorem, kontrolą, brak wzajemnego zaufania, brak wiary w możliwości i w odpowiedzialność własnego dziecka. Wszystko wyliczone, ograniczone, wydzielane jak niewolnikowi na kalorie, minuty, kilometry, głośność, intensywność. Jedno ciastko po obiedzie, pół godziny przy komputerze, nie pójdziesz sam do sklepu, bo nie widać go z okna, za głośno ta muzyka, za cicho mówisz, nie biegaj tak szybko… 

I nagle dziecko skończy 18 lat i nagle PULT! po prostu nagle stanie się dorosłym. 

Dorosłym, który nie będzie umiał samodzielnie i bez strachu normalnie żyć, samodzielnie na luzie pokonywać życiowej drogi  korzystając z własnego rozsądku, doświadczenia i wyczucia. Będzie szukał ciągle kogoś lub czegoś, co będzie mu mówiło jak ma żyć, co myśleć, kiedy się bać i kogo lubić, a kogo nienawidzić. Obserwuję takich dorosłych każdego dnia. Jakby nie mieli telewizora, by nie wiedzieli, że muszą jeść, srać i oddychać. Boją się nawet swojego odbicia w lustrze, drżą przed opinią innych, nie poradzą sobie z prostymi problemami bez asysty siedmiuset doradców, pomocników i ekspertów. Żyją ciągle według wytycznych innych, pozwalają nawet by przygłupawi celebryci wytyczali im granice myślenia i postępowania i nie odważą się tych granic przekroczyć za żadne skarby, bo przecież mama ich nauczyła, że wszystko musi być wydzielone, wytyczone, nakazane lub zakazane, bo tak najłatwiej a samodzielne myślenie i decydowanie o sobie boli i kosztuje sporo czasu i energii. Tylko co będzie, jak mama umrze a telewizor ktoś zabierze…? 

Nam nie podoba się taka wizja dorosłości Naszej Trójcy. Ubzduraliśmy sobie, że fajnie by się stało, gdyby wyrośli na samodzielnie myślących i samodzielnie działających ludzi, którzy samodzielnie potrafią rozpoznawać i ocenić potencjalne zagrożenia oraz samodzielnie radzić sobie z różnymi wyzwaniami czy kłopotami, włącznie z tymi, w które sami się wplątali, ale też by zawsze mogli na nas liczyć i wołać na pomoc bez wahania i obawy, że zostaną zlekceważeni, wyśmiani czy skrytykowani. By potrafili planować i przewidywać konsekwencje swoich poczynań. I byśmy sobie wzajemnie wszyscy pięcioro ufali i dobrze się wzajemnie znali i rozumieli. By nie było w naszym domu żadnych bezsensownych zakazów i nakazów a tylko sensowne wspólnie ustalone zasady, których wszyscy przestrzegamy zwyczajnie tak po prostu z empatii i  z szacunku dla drugiego. Tylko tyle i aż tyle. 

Czwartek to był dopiero młyn. 

Ja szłam na chemię. Wstałam, jak zwykle w czwartki o 5:15, by obudzić Najstarszą. Postanowiłam skuterem pojechać do szpitala, bo pogoda pięknie majowa i ciepło. Po drodze miałam podrzucić Najstarszą na staż. Wyjechać miałyśmy przed siódmą. No ale czasem tak jest, że jeden klocek się omsknie i całe domino się rozwali…

 Jak mam chemię, Młody chodzi sam do szkoły. Żaden szał. On ma 10 lat. Tyle tylko, że zwykle jedna duża siostra zostaje w domu i nie musi się kłopotać zamykaniem drzwi, gaszeniem świateł i tp. Tym razem duża siostra miała wakacje i musiał sam ogarnąć, a ja mu rano musiałam przypomnieć. Pechowym klockiem okazał się zamek drzwi ogrodowych, który nie chciał współpracować przy próbnym zamykaniu. Nerwa się pojawiła, bo czas naglił, a Najstarsza zabawiła zbyt długo z myciem zębów i zakładaniem butów. Gdy znalazłam rozwiązanie, zgubiłam klucze do skutera. Potem kamizelkę odblaskową. Wracałam się też po plecak. I zrobił się kwadrans po siódmej. Późno. Stres. Nerwa. Panika. Sranie żarem… Młody po południu stwierdził jednak, że jakby jemu tak się przytrafiło, to on by się o wiele bardziej wkurzył niż ja i nawet może by coś zdemolował i że szacun dla matki w ogóle. Kocham go za te słowa. Jak na te 10 lat to on mądry jest i wie co mówi.

Zdążyłam na tę cholerną chemię i wszystko dobrze się skończyło, ale nie lubię doświadczać efektu domina stresowego. A po południu miałam zebranie w sprawie Najstarszej w miejscu jej stażu, ale o tym może osobny tekst skrobnę. Przed zebraniem zdążyłam wysłuchać pierwszej relacji Młodej, która w tym czasie była powróciła do domu. Po zebraniu poczyniłam wstępne przygotowania do obiadu i pojechałam po Młodego. Zrobiłam postępy w sprawie obiadu i pojechałam po Najstarszą. Obgadawszy na szybko zebranie zaczęłam dokończać gotowanie. Uprzednio smażąc Młodemu frytki, bo już nie dał rady czekać na obiad. Na koniec zrelacjonowałam wszystko Małżonkowi i blogowi, żeby uporządkować i ujarzmić gonitwę myśli i w ten sposób oczyścić umysł zanim pójdę do łóżka, bo inaczej nie zasnę za cholerę. 

Całkiem nieźle jak na kogoś, kto właśnie co wybrał chemię. Jest grubo po północy, a piątej powinnam wstać. Czarno to raczej widzę, ale Małżonek już śpi dawno, to on najwyżej obudzi Najstarszą, a ja się pobyczę do siódmej. Pisanie jednak pomaga. Wątpię, czy ktokolwiek to przeczyta wszystko, ale czasem wcale nie chodzi o to, by złapać króliczka, tylko by gonić go. Dla mnie ważne, by pisać i by pozbyć się bałaganu z głowy, a przy okazji powymądrzać bez względu na to, ilu i czy w ogóle jakichś odbiorców się znajdzie. Wystarczy złudzenie, że mówi się coś ważnego i zostaje się wysłuchanym, bo 

…fantazja, fantazja jest od tego, żeby bawić się, bawić się na całego…