1 października 2016

Dzieci tak szybko dorastają

To uczucie, gdy mały brzdąc podchodzi do mamy, wyciąga w górę te swoje pulchne łapki aby mama go podniosła i przytuliła do policzka...

albo gdy obejmuje mamusine kolanka i tuli się patrząc tymi swoimi wielgachnymi oczyskami, w których można utonąć;

Czy też gdy wpycha swój kuper na mamy kolana i zwija się w mięciutką kulę, by mama całego mogła go objąć i schować w ramionach.  

Cudne  momenty, pełne magii.
Trójca uwielbia się przytulać. Najmłodszy oczywiście robi to najczęściej i najsłodziej. Każdy go chce przytulać, czy - jak tu mówimy - knufelać (z nl. knuffelen - przytulać). Jest taki słodki i rozkoszny. On jednak nie zawsze każdemu na to pozwala. Łaskawie wydziela każdemu momenty przytulania i całowania. 

Starszaki nie są już takie przytulaśne, choć z moich obserwacjo wynika, że belgijskie i tak  bardziej niż polskie. Wydaje mi się, że Belgowie więcej się przytulają i całują, do czego zresztą na początku nie mogłam się przyzwyczaić. Teraz jednak nie dziwi mnie wcale, że np przychodząc na zebranie Rady Rodziców obchodzisz stół posiedzeń w koło i dajesz pyska każdemu po kolei. Facet facetowi raczej podaje tylko dłoń, ale z kobitką już musi całusy wymienić, a babki to już wszystkie i wszędzie się cmokają, jak tylko ciut lepiej się znają lub spotykają się np na jednym przyjęciu lub przy jednym stole. Miły zwyczaj więc idzie się przyzwyczaić :-) Całuje się też na pożegnanie, ale na szczęście nie przy każdej okazji.

Dziewczyny moje jakoś specjalne całuśne nie są, ale zawsze przytulają się z kumpelami na powitanie i pożegnanie. Od czasu do czasu czują potrzebę knufelania z mamą, na przykład podczas smutnych i depresyjnych  albo nerwowych momentów, ale czasem też spontanicznie bez powodu przychodzą i się przytulają, tylko że... hm... to staje się coraz zabawniejsze... bo gdy podchodzi do ciebie dzieciątko, które bez stawania na palcach i zadzierania głowy patrzy ci w oczy, masz ochotę zapytać - Ej ty, duża, co zrobiłaś z moją małą córeczką? Gdzie jest ten słodki dzidziuś, którego urodziłam niedawno?! Czy 14 lat temu to dawno...? 

Jeszcze nie dawno turlały się w liściach...
Jeszcze nie dawno były wielkości kwiatka...

 Jeszcze nie dawno chodziły z drabiną na jagody i myślały, że w lesie można znaleźć domek z piernika...

Jeszcze nie dawno udawały królewny...

A dziś Młoda  staje obok mnie na palcach i mówi - przerosłam mamę haha! Faktycznie, niewiele jej brakuje, badyl jeden. 

A dziś patrzę na nie i nie mogą uwierzyć, że mam już takie duże dzieci. Pamiętam jak, jeszcze w Polsce będąc, rozmawiałyśmy pierwszy raz o dojrzewaniu, jakie to było dla nich śmieszne i kosmiczne, gdy pytały do czego są podpaski i nie bardzo chciały wierzyć, że kiedyś będą takich dziwnych pieluch używać. Z twarzyczek dało się wyczytać mniej więcej - Oj matka, co ty chromolisz, to będzie za jakieś sto lat dopiero...
Sama zresztą się zastanawiałam, czy to nie za wcześnie te tematy, bo przecież to jeszcze małe głupiutkie dzieci, które oglądają kucyki pony i marzą o lalce lalaloopsy i co ich obchodzi, że dorosłe kobiety mają jakiś okres czy że noszą biustonosze... A jednak nigdy nie wiemy, kiedy nie jest ten właściwy czas. Dziś dzieci dorastają o wiele szybciej. Zdarza się, że ośmiolatki mają już okres, więc chyba lepiej żeby były przygotowane... Tak myślę.
Pamiętam jak się swego czasu  przyglądały jak depiluję nogi i pytały po co tak robię, i czy one też tak kiedyś będą mogły robić? Przezabawne wtedy mi się wydawało to pytanie. Oj dzieci, dzieci, pomyślałam...
Tymczasem nie minęło wiele czasu i padło pytanie, czy mogą użyć mojego depilatora i czy to bardzo boli... Po uzyskaniu zgody i instrukcji wychichrały się przez pół godziny w łazience wyzywając drugą od cykorów i tchórzy, ale żadna się nie odważyła na tę próbę dorosłości. Dopiero po przespaniu się z problemem w końcu wydepilowały sobie nogi, po czym oczywiście przyszły się pochwalić, zdradzając, że posłuchały rady z głośną muzyką w słuchawkach i że faktycznie prawie nie boli. To ci panny. Odważne jednak są albo zdesperowane. 
Być może komuś wydaje się dziwne, że jedenastolatka depiluje sobie nogi, ale ja uważam, że jak nie jest za młoda na używanie podpasek, to czemu ma być za młoda na depilowanie nóg i golenie pach? Nie moja to wina, że dzieci dziś tak szybko dorastają. Moje małe dziewczynki są już kobietami od jakiegoś czasu i muszą się męczyć z wszystkimi negatywnymi stronami tego stanu rzeczy, jak noszenie biustonoszy, zakaz chodzenia na basen przez tydzień, pamiętanie o zapasie podpasek i tabletek przeciwbólowych w tornistrze, a w końcu golenie pach, czy depilowanie nóg. To wszystko na początku wydaje się fajne, bo to krok w dorosłość. Jest radość i duma, ale bardzo szybko się zauważa jak to wszystko utrudnia człowiekowi życie i już nie jest taki uradowany. Weź się pokaż w szkole z włochatymi pachami. Obciach do kwadratu no i większa szansa, że dezodorant nie spełni swojej roli i człowiek po wuefie będzie się czuł... i inni też będą czuć.

I tak mija dzień za dniem, rok za rokiem. Dopiero nosiłam moje maleństwa w brzuchu, dopiero prowadziłam za rączkę do po raz pierwszy do przedszkola, czuwałam nocami przy łóżkach, gdy chorowały, a już wyrosły mi panny, a i najmłodszy kawaler już dawno przestał nosić pampersy. Życie jest cudem. To wszystko jest piękne i niesamowite.

Mamy za sobą wiele problemów i trudnych momentów, które udało nam się wspólnie pokonać. Przed nami czekają kolejne trudności, problemy, wyzwania.
Wychowywanie dzieci to trudne zadanie. Nikt jak dotąd nie opracował jedynej i słusznej instrukcji obsługi dziecka. Są różne porady, wskazówki i zalecenia, które jednak nawet jak sprawdzą się w przypadku jednego osobnika, z drugim nie będą mieć nic wspólnego i tylko mogły by mu oraz rodzicom zaszkodzić. Każdy rodzic musi sam sobie radzić, bo każdy żyje w innych warunkach i inne ma priorytety oraz sposoby na życie. 
Ja podglądam czasem innych, wysłuchuję różnych rad i pouczeń, jednak przede wszystkim słucham swojej intuicji, którą wspomagam posiadaną wiedzą o świecie, psychologii, pedagogice, medycynie i własnymi doświadczeniami życiowymi. Popełniłam wiele błędów w wychowaniu - o jednych wiem, o innych pewnie dowiem się za jakiś czas, może nawet dzieci mi je wytkną. Jednak na dzień dzisiejszy jestem bardzo zadowolona z efektów. Zwłaszcza jeśli spojrzę wstecz i wspomnę wszystko co nas spotkało w życiu i jak udało nam się w końcu z tego wydostać. Jestem dumna z moich córek, bo nie miały łatwo i wiele przeżyły już w swoim młodziutkim życiu. Było biednie, było zimno, było pod górę, był stres, depresja, awantury, choroby... Był ojciec pijak, był rozwód, był nowy tata, był ślub,  były szpitale, kroplówki, byli komornicy i windykatorzy, były łzy, strach i bieda, były trzy nagłe przeprowadzki, były zmiany szkół, była emigracja... Było wiele dobrych rzeczy ale też wiele złych. Tu wszystko powoli się unormowało, uspokoiło, wychodzimy na swoje, wracamy do żywych, tu żyjemy normalnie, po ludzku, w szczęściu i spokoju, ale to co się przeżyło i co się widziało pozostanie na długo w nas i naszych dzieciach. Pewnych rzeczy nigdy się nie zapomni i będą tkwić w nas jak cierń i urażać co jakiś czas. Mam bardzo dzielne dzieci, cierpliwe i wytrwałe. Dziewczyny chodzą teraz do piątej szkoły w swoim życiu. Nie jest im łatwo i jeszcze wiele ciężkiej pracy przed nimi.

Mi też nie jest łatwo, czasem nawet mam dość. Myślę, że już więcej nie dam rady walczyć. Idę pod tą górę i idę, wspinam się, ślizgam, spoglądam wstecz i widzę, że daleka droga już za mną, nawet zaczynam się cieszyć, ale potem spoglądam w górę i widzę, że końca tej cholernej drogi pod górę nie widać. Nie wiadomo więc, co tak na prawdę czeka mnie tam na końcu, czy się opłaca tak trudzić, nie wiadomo nawet czy kiedykolwiek tam dotrę. Staram się nie wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość, ale czasem przeraża mnie nawet wizja najbliższych miesięcy albo tygodni. Najtrudniej jest, gdy myślę o bieżących problemach moich dzieci, o ich przyszłości w tych niepewnych czasach. Ciągle muszę podejmować jakieś trudne decyzje na ich temat, które mogą płynąć na ich przyszłość a ja nie wiem dziś, jaki będzie skutek takiej a nie innej decyzji. Do tego patrzy się nam obcym cały czas na ręce i przygląda się uważnie naszym dzieciom, bo są obce i my jesteśmy obcy i nie wiadomo, czego się można po nas spodziewać i czy aby na pewno z nami jest wszystko w porządku, bo może my jesteśmy złymi ludźmi, którzy nie dbają należycie o swoje dzieci... 
A tu weźmie głuptas jeden z braku pomysłu i adekwatnego słownictwa napisze  w zadaniu, że nie odżywia się zdrowo, bo nie mamy na to pieniędzy i już się pytają nas, czy to prawda, bo "może to wołanie dziecka o pomoc". I weź się tłumacz potem jak głupi. 
I znowu musiałam kazanie do młodzieży wygłosić i to niezbyt poprawne politycznie. Najpierw omówiłyśmy po raz kolejny, ale tym bardziej dokładnie co to kurde znaczy "zdrowo się odżywiać" i że to wcale nie jest jednoznaczne z kupowaniem drogiej ekologicznej żywności i przyrządzaniem wymyślnych potraw. Na nasze potrzeby wystarczy jeść normalnie śniadanie, obiad i kolację składające się z różnych rzeczy, jeść owoce i warzywa, nie żreć po nocach, nie jeść chipsów i żelków zamiast obiadu i cała filozofia. Nakazałam 10 razy się następnym razem zastanowić, zanim kolejnym razem jakąś mądrą wypowiedzią zabłysną, bo przez takie głupie teksty mogą nam jeszcze jakąś opiekę społeczną na głowę ściągnąć. Dla nich czy dla mnie to tylko głupie zadanie, a nauczyciel przez to śmieszne zadanie zbiera se informacje na temat danej rodziny, kurza twarz. A my jesteśmy obcy i trzeba uważać, co się mówi i pisze, bo tam już nie są u siebie na wsi, gdzie wszyscy nas znają. Miastowym to nie wiadomo, co do łba strzeli. Powtórzyłam, że w zadaniach domowych nie muszą się też tak bardzo trzymać prawdy, że czasem lepiej jest trochę naściemniać, bo na tym można lepiej wyjść niż na prawdzie. Cóż, takie jest życie, a one  mają jakiegoś fioła na punkcie faktów w zadaniach domowych. Z moich czasów pamiętam, że zawsze się cyganiło w takich tematach jak "o której chodzisz spać?", "ile książek przeczytałeś ostatnio?" "czy odżywiasz się zdrowo?". No kto normalny się chwalił nauczycielowi, że chodzi spać o północy, że nie czyta nic albo 3 razy dziennie je kromki z musztardą. To przecież by na drugi dzień starego do szkoły wezwali a człowiek by dostał lanie potem. Ale kto powiedział, że rodzicem być jest łatwo? Dzieckiem też nie radocha.

Dziś młodzież zażyczyła sobie tort bezowy. No więc co zrobić? Pojechałam do sklepu, kupiłam truskawy i mascarpone. Przedtem upiekłam bezowe spody, które muszę długo stać w piekarniku. Więc teraz idę mieszać ten krem i przekładać. Jutro będziemy sobie osładzać dzień. Czymś trzeba zabijać jesienną depresję i gromadzić kalorie potrzebne do walki z codziennymi problemami.
beza do tortu czekająca w piekarniku :-)

truskawy
 Wcześniej piekłam jesienne crumble z gruszkami, jabłkami, bananami i orzechami :-) Też było dobre!





24 września 2016

Dlaczego warto zapisać się do Rady Rodziców w szkole własnego dziecka?

Młody dobrodusznie podzielił się z rodziną wirusem i wczoraj wszyscy czuliśmy się fatalnie
Ja miałam wolne od doktora na opiekę nad dzieckiem tzw familiaal verlof  więc tyle dobrze, bo mimo iż nie miałam typowych objawów żołądkowych, to czułam się jakby mi poszczególne części ciała miały odpaść lada moment a. Podobnie miała Najstarsza, zaś Młoda i M mieli to samo co Młody, czyli wersja hard. Dziewczyny jak rano zaległy na kanapie w salonie przed telewizorem, tak leżały do południa jak z diabła skóry. Chwilę spały, chwilę podglądały na bajki - jak Młody jest w pobliżu nie wolno zmieniać kanału na inne niż nick jr lub disney junior. M niestety poszedł do pracy i po powrocie oświadczył, że był to najdłuższy dzień w pracy w ostatnich latach, choć miał niby tyle samo godzin co zwykle.

Ja rano myślałam, że jestem po prostu niewyspana, gdyż spałam krócej niż zwykle. Więc po śniadaniu i wypiciu mocnej kawy postanowiłam umyć okna na piętrze, żeby się rozruszać i obudzić. Nie pomogło jednak, więc doszłam do wniosku, że powód złego samopoczucia musi być inny. Potem już było tylko gorzej, no to wzięłam przykład z młodzieży i położyłam się. 

Przy Młodym jednak się człowiek nie należy... nalać soczku, mleka, wody, zrobić kanapkę, płatki, włączyć bajkę na "jub-jub" (You Tube), podetrzeć zadek, zagrać w memory, w Grzybobranie (ulubiona planszówka), przeczytać książkę, przytulić, i tak w koło Macieju - co się położysz, to wstajesz. Trzeba było też ugotować jakąś pomidorówkę, bo nic innego niż zupa i tak by nikt raczej nie wcisnął w siebie w takich okolicznościach. 

Ale z tą zupą to dałam wczoraj czadu... 
Byłam od rana w domu, więc ugotowałam wcześnie, żeby zupa postała i nabrała smaku. Gdy tata wrócił z pracy,  zawołałam gromadę, Młody rozłożył ładnie łyżki, ja wzięłam miski i zabieram się do nalewania, a wtedy mnie olśniło, że zapomniałam o ugotowaniu  makaronu. Gesslerowej by się chyba kudły wyprostowały, gdyby o tym usłyszała (spoko, możecie jej powiedzieć). Tak więc umierająca z głodu rodzina siedziała przy pustym stole i czekała, aż się makaron ugotuje. 

Choć chyba wiem, skąd mi się to jawne zaniedbanie wzięło. Mam podejrzenie, że czytanie jednak wcale nie jest takim dobrem, za jakie się je powszechnie uważa. Powoduje np bezsenność (czytam czasem do 3 w nocy i nie chce mi się spać), stres i szybkie wpadanie w złość (gdy czytam, a ktoś mi przeszkadza albo muszę wysiadać z pociągu),  czy w końcu sklerozę lub amnezję (patrz wyżej). Jakiś czas miałam spokój z tymi problemami, bo utknęłam na jednej lekturze na długi czas. Z racji przebywania w kraju wielokulturowy i ostatnich wydarzeń na świecie zaczęłam się bliżej przyglądać islamowi, by się spróbować dowiedzieć czy jest jakiś specjalny powód, dla którego nagle ludziom na całym świecie zaczęło odwalać na punkcie religii i przekonań. Trafiłam na książkę Rezy Aslana pt "Nie ma Boga prócz Allaha". Autor bardzo fachowo i dokładnie opisuje w niej świat islamu, od samych początków do teraźniejszości. Jednak dla początkującego w tym temacie książka jest dosyć trudna, nie ogarniam bowiem podstawowej terminologii i czasem muszę chwilę myśleć, zanim zrozumiem wszystko tak jak należy. Dlatego opornie mi szło czytanie. Chyba ze 2 miesiące czytałam po kilkanaście stron i w końcu doszłam do wniosku, że jestem zmęczona tą tematyką i pora zrobić sobie przerwę i poczytać coś przyjemnego niewymagającego myślenia. Gdybym wczoraj jednak postanowiła kontynuować tamtą lekturę, makaron byłby ugotowany. Kontynuację Millenium jednak czytało się równie dobrze, jak samą trylogię, no i  wczoraj  pochłonęłam przed wieczorem całą, tylko z uszczerbkiem dla obiadu. Wniosek: czytanie szkodzi!

Wieczorem miałam międzynarodowe spotkanie, czyli z koleżankami z kursu niderlandzkiego, ale niestety musiałam je powiadomić, że muszą się obejść bez mojej jakże ważnej persony. Pisały na fejsie, że było miło. Ale może jeszcze będzie okazja się spotkać za jakiś czas. Mam przynajmniej taką nadzieję, bo nasza fajna grupa rozeszła się w różne strony i na kursie raczej się już nie spotkamy.

Byłam za to na pierwszym zebraniu rady rodziców i już wiem, że to dobry pomysł był. Bez wątpienia dowiem się dzięki temu wielu ciekawych rzeczy zarówno o szkole jak i samej wsi. Tutejsze zebrania komitetu rodzicielskiego wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie należałam do komitetów w obydwu szkołach, do których chodziły moje dziewczyny. Nie ukrywam, że te tutejsze już o wiele bardziej mi się podobają. Oczywiście mówię o szkole w naszej wsi; nie mam pojęcia czy w całej Flandrii jest podobnie, ale całkiem możliwe. Po raz kolejny przekonuję się, że Belgowie bardzo lubią się bawić, śmiać i imprezować, przy czym mają niebagatelne poczucie humoru. Z tego co mówią w sieci szanowni rodacy, można zupełnie odmienne wnioski wysnuć, ale ja chyba wiem, co widzę, a zapewniam was, że patrzę bardzo uważnie, bo ciekawska jestem.

Zebrania rady rodziców kojarzą mi się z Polski ze spoglądaniem co 5 minut na zegarek i próbami stania się niewidzialnym. Jak nie, jak tak. Pamiętam, że nikt (poza mną i paroma innymi dziwnymi ludźmi) nie chciał być w komitecie, bo nie daj Bóg karzą mu coś zrobić albo za coś odpowiadać i korona mu ze łba spadnie. Tymczasem trzeba było musowo po 3 rodziców z każdej klasy wytypować. Dlatego na pierwszą wywiadówkę przychodziło 10 rodziców na 35 dzieci w klasie, bo dorośli są niesamowicie odpowiedzialni hehe ....a i tak trzeba było kogoś wybrać. Belgijscy rodzice chyba mają podobnie i też raczej nie pchają się drzwiami i oknami. Tylko, że tutaj nie ma zasady, że z każdej klasy musi ktoś być, zgłasza się ten, kto na prawdę chce coś robić. W wielu przypadkach na pewno po bezpośredniej propozycji od kogoś, kto już należy. Na zebraniach w Polsce (tych na których byłam) była bardzo sztywna atmosfera, każdy patrzył, by dyrektor i przewodniczący powiedzieli co mają do powiedzenia i  żeby jak najprędzej się stamtąd wydostać. Gdy pytano kto zajął by się tym, czy tamtym, każdy miał jakieś usprawiedliwienie, żeby tego nie robić. 
Tu mamy całkiem inną atmosferę, zdecydowanie bardziej swojską i luzacką, mimo że omawiane są poważne sprawy i poważne - moim zdaniem - sumy. Znaczy poważne sprawy i finanse omawiane są w pierwszej części zebrania, co nie zmienia faktu, że cały czas jest sporo chichów i dowcipkowania - no serio, nie ma rzeczy, z której się nie można pośmiać. Po prostu moje klimaty :-) Jak już wszystkie ważne sprawy zostaną omówione, zaczynają się ploty, które czasem ponoć kończą się nad ranem. 
Tym razem impreza skończyła się o północy i odbyła się przy bąbelkach. A mówią, że to Polacy dużo alkoholu piją hehe. Ja myślę jednak, że Belgowie piją często, ale z umiarem, a Polacy i często, i bez umiaru - to jest różnica, zwana kulturą picia, ale to inny temat.
Takie spotkania dla mnie są po pierwsze okazją do ćwiczenia języka (gdy kilka ludzi nawija jednocześnie mój mózg musi się nieźle nagimnastykować, żeby chociaż część z tego zrozumieć), a po drugie świetnym sposobem na dokładniejsze poznanie szkoły jak i wsi, czyli coraz lepszą integrację ze środowiskiem, w którym zamierzam żyć przez najbliższe lata. Na tym zebraniu dowiedziałam się wielu nowych rzeczy o naszej szkole, o których raczej z listów do rodziców ani z obserwacji bym się nie dowiedziała. Od środka zazwyczaj rzeczy wyglądają trochę inaczej, niż z zewnątrz. Wiem już, które imprezy organizują i w jakich uczestniczą rodzice, i jak się to tutaj robi. Zamierzam w nich brać aktywnie udział, bo lubię robić takie rzeczy. Czekam też na kolejne zebranie, które już w październiku. 
A wy myśleliście, żeby zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole waszego dziecka? Może czasem warto dać coś od siebie, zrobić dla swojego dziecka i dla innych? Patrzenie z boku,  snucie domysłów, czy tym bardziej narzekanie i krytykowanie działania innych to wszak żadna sztuka, a do tego bez wątpienia skuteczny sposób na zniechęcenie innych do robienia czegokolwiek. 

21 września 2016

Po co nastolatki chodzą do lasu?

paluszki i cola
Moje przeziębienie powoli przechodzi, za to Młody przyniósł ze szkoły grypę żołądkową. Dziś rano już nie czuł się za dobrze, ale mając nadzieję, że to zwykła niestrawność, posłałam go do szkoły, wszak środa, więc tylko pół dnia są zajęcia. Jednak gdy przyszłam po niego w południe był blady jak dupa anioła i pani powiedziała, że skarżył się na ból brzucha w szkole.
Po powrocie do domu napisałam do męża, by wstąpił do sklepu po pracy i zrobił zapas coli i paluszków. Wszak wiadomo, że to jedyne słuszne lekarstwo na tą niewdzięczną chorobę u dzieci i nie tylko dzieci. 
Młody biega do kibla, nie zawsze zdąży, więc trzeba myć i przebierać.  Kilka razy na minutę trzeba też przytulać i całować, i mówić jaki jest kochany. W końcu rozłożyła go gorączka i przysnął chwilę.
Niech odpoczywa.

Siostrzyczki wróciły ze szkoły i trzymają się z daleka, bo chyba nie chcą się zarazić. 
Poza tym mają lekcje do odrobienia no i inne swoje sprawy. Chyba powoli zaczynają się docierać ze sobą i z czasem. Pierwsze dni wspólne w szkole były dosyć awanturnicze. Rano Młoda poganiała Najstarszą, potem Najstarsza skarżyła na Młodą, że ciągle się na nią drze, ciągle narzeka i biadoli, że nie idzie normalnie wytrzymać z tą wariatką. W pewnym momencie padło też określenie, że zachowuje się jak totalna debilka i tylko oborę robi. Najstarsza z rocznym doświadczeniem w szkole średniej doskonale orientuje się jak należy się zachowywać i co kiedy mówić, żeby wyjść na swoje, zaś to młode nieopierzone próbuje purcować za bardzo, co niekoniecznie wychodzi na dobre. Na przykład gdy człowiek się spóźni do szkoły, wystarczy powiedzieć, że autobus nie jechał albo się spóźnił bez wdawania się w szczegóły, że się za późno wyszło z domu, po czym wybrało przystanek na który autobus nie zawsze przyjeżdża. Młoda to właśnie zrobiła, do tego zaczęła zwalać winę na siostrę i plątać się w zeznaniach. Efekt taki, że na drugi dzień miały się stawić w sekretariacie o ósmej. Taka nowa zasada panuje w tym roku - o czym dowiedziałam się na zebraniu rodziców - gdy uczeń zostanie przyłapany na spóźnianiu albo np w niewłaściwym stroju (typu podarte portki lub za krótka spódnica), na drugi dzień ma się stawić w sekretariacie o ósmej, by pokazać że przyjął do wiadomości upomnienie. Gdy się nie stawi w ciągu 3 dni (codziennie są upomnienia) dostaje wezwanie na rozmowę z dyrektorem. Dodam tu, że  lekcja zaczyna się o 8.30, przy czym brama zamykana jest o 8.25 przeto ona ósmą nikt bez potrzeby do szkoły nie przychodzi ;-)

Były też sytuacje, że Młoda zaczęła się popisywać przed koleżankami i wyganiać siostrę albo umawiała się z nią w konkretnym miejscu po lekcjach, po czym "zapominała" o tym i szła samopas do sklepu, a tamta szukała jej po całej szkole i okolicy.  Po czym Najstarsza obrażała się (słusznie zresztą) i wracała do domu sama, narażając młodszą na błądzenie w drodze powrotnej. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim opowiem, ale wygłosiłam kilka kazań, wysłuchałam kilku mniej lub bardziej jasnych i sensownych usprawiedliwień. Dziewczyny przedyskutowały sprawę, przemyślały na spokojnie i chyba doszło do zawieszenia broni, bo w tym tygodniu razem wychodzą i razem wracają i to bez awantur, czy skarg. Da się? Da, tylko trzeba trochę dobrej woli i pomyślunku, no i czasu. 

Myślę jednak, że to też kwestia stresu. Przyznam, że nawet nie podejrzewałam, że Młoda tak przeżyje tę szkołę średnią. Nie zastanawiałam się nad tym, aż do dnia, gdy poprosiła mnie o pomoc w zadaniu z niderlandzkiego, bo nie wiedziała jak się zabrać za przygotowywanie do wypowiedzi ustnej według podanego w książce schematu. Poszam więc do ich pokoju, usiadłam na dywanie... 

Tak, na dywanie i nie dlatego, że nie mamy krzeseł, bo w ich pokoju jest ich kilka, są też dwa biurka, ale na dywanie przecież zawsze najwygodniej. Ja chyba nigdy za szkolnych czasów nie odrabiałam lekcji przy biurku, choć też takowe posiadałam. Na podłodze jest miejsce by rozłożyć wszystkie potrzebne materiały, nic nie spada na glebę, można siedzieć po turecku albo leżeć, gdy tak jest wygodniej. Można też pracować w grupie, jak to często jest w naszym przypadku. Mądrole mówią, że tylko przy biurku można siedzieć prawidłowo, by się kręgosłup nie krzywił i takie tam sratytaty. Ja uważam, że jak człowiek nie poświęci wystarczającej ilości czasu na ruch to nawet najergonomiczniejsze sprzęty i postawy mu nie pomogą, a jak ma wystarczająco dużo ruchu to odrabianie lekcji na leżąco też mu nie zaszkodzi. 

Wracając do zadania... Po przeczytaniu poleceń zaczęłam tłumaczyć jak się trzeba zabrać za jego wykonanie i że wcale nie jest takie trudne, na jakie wygląda. Dla mnie tylko ze względów technicznych, że tak powiem. Ja mogłam powiedzieć po polsku, co można napisać i jak to rozplanować, jednak wiem, że ona z językiem niderlandzkim sobie poradzi w tym wypadku bez większych problemów. Jednak ta uparcie zaczęła twierdzić, że "nie umie" i "nie da rady tego zrobić" i w ogóle totalny brak wiary w siebie i swoje możliwości. A myślałam, że Najstarszej jest trudno. Uff! Kazała mi "iść do swoich zajęć, bo szkoda mojego czasu", ale nie poszłam tylko siedziałam i czekałam, aż się namyśli. Jestem uparta i cierpliwa, jak mi się nigdzie nie śpieszy. Młoda leżała na łóżku ze słuchawkami na uszach, ale słyszała wszytko o czym gadam z Najstarszą, aż w końcu włączyła się do rozmowy i zaczęłyśmy rozmawiać o samopoczuciu, oczekiwaniach i możliwościach. W końcu Młoda rzekła co następuje: "przecież ja już powinnam być przyzwyczajona do zmiany szkół, wszak to już moja piąta szkoła, a wcale nie jestem, to bez sensu". I tu jest pies pogrzebany. Zrozumiałam, że większość problemów, w tym awantur i fochów to reakcja na stres wynikający ze zmiany szkoły. Wychowawczyni na zebraniu rodziców też o tym mówiła i kazała wspierać dzieci i motywować, i dodawać otuchy, bo to trudny okres dla każdego dziecka, o czym jednak my starzy czasem zapominamy zajęci rutynowymi zajęciami dnia powszedniego.


Rozmowa chyba trochę pomogła, bo zadanie zostało odrobione. Po czym nazajutrz się okazało, że to na za tydzień było haha, ale to i lepiej. Poza tym Młoda zaczęła korzystać ze swojej wypróbowanej metody na stres, o której chyba ostatnio zapomniała. Chodzi do lasu i siedzi tam do wieczora, by patrząc na zieleń i oddychając świeżym powietrzem reperować zaporę antystresową. Wczoraj namawiała do tego też siostrę, ale dziś coś nie bogato się czuje i pewnie odpuściła wycieczkę. 

19 września 2016

Belgijskie UFO, czyli Flying Festival w Brasschaat.

Wampiry z całej wsi się zaczęły wyprowadzać gdym ja wiedźma zaczęła przygotowywać moją ulubioną miksturę antyprzeziębieniową... 3 cytryny, pół szklanki miodu, i główka czosnku. Pychota. 

W całej okolicy śmierdziało czosnkiem, mój małżonek oraz potomstwo też rozważało wyprowadzkę. Mówcie co chcecie, ale czosnek śmierdzi, nawet jak już zamknięty w słoiku.
Kto wpadł na to żeby takie coś cuchnące jeść?
Nie wiem, czy ten syrop pomaga, ale na pewno nie szkodzi, bo już dużo razy robiłam i ciągle żyję.  Jak postoi z dzień w lodówce smakuje całkiem nieźle, choć trochę szczypie w język.
W poniedziałek ledwie bolało mnie gardło, potem odpadała mi kichawa od smarkania, a w końcu doszedł kaszel. Czyżby jesień już? Tak to jest jak się chłodne i mgliste wrześniowe poranki jeździ w podkoszulku a potem zaś w południowy skwar wypija duszkiem flaszkę lodowatej wody zaraz po zejściu z roweru. Wątpię aby ten syrop na głupotę pomógł.

W weekend jednak

9 września 2016

Post z moimi kwiatkami choć nie o kwiatach bynajmniej.

Jak widać, wróciłam do prostszego szablonu bloga. Tzw "dynamiczny" jest do du..szy. Nic tam nie działa jak należy, wiesza się.... no ale może to trzeba się na tym znać, zaś moja znajomość HTMLu jest mniej niż słaba. Ba, chwilami mam problemy z opanowaniem niektórych funkcji bloga. No cóż - nie te lata. Nie mam dziś czasu na poznawanie tajników informatyki i nadążanie za nowinkami, jak to drzewiej bywało. Matki nie mają czasu na takie rzeczy, no chyba, że pracują akurat przy komputerze... No, ja czasem pracuję - ścieram kurz z klawiatur i czyszczę monitory hehe. Ten szablon spełnia moje oczekiwania w każdym bądź razie, a ludzie niech mówią, co chcą :-) 

mój ogródek
Pierwszy tydzień roku szkolnego ma się ku końcowi. Co możemy powiedzieć? Dziki szoł. Ciągle się wdrażamy i pewnie jeszcze chwile to potrwa, zanim wszystko wskoczy we właściwe tryby i przestanie zgrzytać.

Ku mojej wielkiej radości okazało się,

2 września 2016

Dom na obczyźnie. Belgia mój stary dom. Wywiad

Od bardzo dawna nie dopuściłam nikogo innego do głosu na moim blogu. Już pewnie nawet zapomnieliście, że coś takiego miało miejsce. Jeśli chcielibyście sobie przypomnieć, z kim rozmawiałam wcześniej, to u góry macie do wyboru kilka zakładek, w tym coś takiego jak ROZMOWY. Jeden klik i możecie sobie przeczytać wszystkie wywiady.Dziś przedstawiam wam kolejną  znajomą rodaczkę, która zechciała podzielić się ze mną i z wami swoimi spostrzeżeniami i odczuciami na temat  życia codziennego w Belgii. Dziś mieszka i pracuje w samym jej sercu... Ale nie ma co tu dłużej bez potrzeby klepać w klawiaturę. Oddaję głos... to jest klawiaturę naszemu gościowi.


Magda: Witam na moim blogu. Może opowiesz w 2 zdaniach o sobie?

Ania: Nazywam się Ania i mieszkam w Belgii od 17-stu lat. Pochodzę z pięknej turystycznej miejscowości w województwie Zachodniopomorskim.

M: Czy emigracja to była chęć przeżycia przygody, konieczność, a może zupełny przypadek?

A: Belgia to zupełny przypadek, moja kuzynka tu była przede mną przez rok na tzw "stałce". Opiekunka do dzieci mieszkająca z rodziną w tym samym domu, zapłata to dach nad głową, jedzenie, nauka języka i "kieszonkowe", które wtedy było w wysokości 12000 franków belgijskich, czyli ok 300 euro na miesiąc – fortuna w tamtych czasach, zwłaszcza dla 19latki. Ale do rzeczy. Kuzynka po roku pobytu zjeżdżała do Polski do męża i szukała kogoś na swoje miejsce. Na początku bardziej pytała, czy nie znam kogoś, a ja bez wahania stwierdziłam, że ja chcę! Byłam świeżo po maturze i stwierdziłam, że fajnie zrobić sobie taki rok przerwy i w dodatku nauczyć się języka, poznać nowy kraj! Nigdy dotąd nie byłam w innym kraju, pachniało mi to wszystko przygodą i zupełnie nowym życiem.


Ania ze swoimi podopiecznymi

M: Wyjechałaś w czasie, gdy to było trudniejsze niż dziś. Jak to wtedy wyglądało, jak się załatwiało taki wyjazd? Potrzebne były znajomości czy jakaś wiedza specjalna? Opowiedz trochę na temat swojego wyjazdu. Było to dawno, ale może coś szczególnego zapamiętałaś. Jakieś przygody, hece, emocje?

A: W moim przypadku

1 września 2016

Zamotańcy mają łatwiej :P

Właśnie doszłam do wniosku, że w Belgii koniec wakacji i początek roku są o wiele mniej stresujące niż w Polsce, ale w wiele bardziej zamotane to wszystko jest... Takie wrażenie osobiste.

dawno temu w Polsce

W Polsce - jak mi podpowiadają wspomnienia - był to czas wielkiego stresu. Głównie w kwestiach, ile będą kosztowały podręczniki? Czy uda się wszystkie kupić przez wakacje i ile księgarń trzeba będzie oblecieć i obdzwonić? (Ostatnie lata na szczęście kupowałam przez internet i moje dzieci jako jedne z nielicznych miały wszystkie książki już 1 września, a do tego dużo taniej wychodziło i bez wychodzenia z domu) Czy starczy pieniędzy ma wszystko? Zeszyty, piórniki, plecaki, kapcie po szkole, przybory szkolne... Czy lepiej kupić tanie i za miesiąc szukać po sklepach nowych, czy wyłożyć więcej, by wytrzymało dłużej? Dlaczego to wszystko takie drogie? 


Ostatni dzień wakacji to czas poszukiwania białych bluzek po sklepach lub znajomych, bo zeszłoroczne już za małe lub poplamione i prasowanie tego wszystkiego, bo przecież rozpoczęcie roku musi być uroczyste i eleganckie. Więc dziewczynki w białych bluzkach i granatowych lub czarnych spódniczkach, chłopcy białe koszule i ciemne spodnie, niektórzy muchy i krawaty. Przed szkołą obowiązkowa Msza Święta kończona  często piękną pieśnią "My chcemy Boga Panno Święta".

25 sierpnia 2016

Jeszcze tylko IX, X, XI, XII, I, II, III, IV, V, VI i wakaaacje, znów będą wakaaacje!

Kończy się laba, granie, słuchanie muzy, pisanie, nicnierobienie i picie kawy.

mój ogródek
 Pora zakasywać rękawy, bo szkolny dzwonek wzywa do pracy.

Niebawem jedziemy do szkoły średniej po odbiór podręczników, szkolnych uniformów i laptopa dla Młodej. Szczerze mówiąc jakoś sobie nie mogę wyobrazić tego laptopa w tornistrze.

24 sierpnia 2016

21 sierpnia 2016

Vakantie in Polen

Vakantie is bijna voorbij. Het hoog tijd om Nederlands een beetje te herhalen...

Vakantie.


We kwamen naar Belgie in 2013 jaar. Dan bezochten we ons moederland enkel 1 keer. 
Tijdens 2 jaar hebben we onze familie en kennisen niet gezien. Daarom besloten we dat we in deze vakantie naar Polen moeten gaan.

1500 km is een lange weg. Daarna we moesten nog terug. 3000 km - dat was niet tof. Ik heb tot vandaag een beetje rugpijn want ik mag niet te lang zitten.
Gelukkig makten we  tussenstops. 
We bezochten 2 interesante plaatsen in Deutschland (fotos hier) en sliepen in hotel in Polen dichtbij de grens met Deutschland. 

20 sierpnia 2016

W odwiedzinach u olifantów. Zoo Planckendael w Mechelen.

Wspominałam już zapewne, że Młody jest wielkim miłośnikiem wszelakich stworzeń. Tutaj na wsi kontaktu ze zwierzętami mu nie brakuje, mimo, że w domu aktualnie nie mamy żadnego stworzenia. Sąsiedzi jednak hodują krowy, konie, kucyki, osiołki, kozy, kury, gęsi, a nawet alpaki i białe kangury. O psach i kotach nawet nie wspominam. Młody systematycznie chodzi z tatą głaskać i podkarmiać chlebem kucyki i koniki u zaprzyjaźnionego farmera. Ma ponadto w domu całą kolekcję pluszowych i plastikowych zwierzaków, którymi się potrafi pięknie bawić. Uwielbia też książki i filmy o zwierzakach. Zresztą nie tylko on, bo i dziewczyny też bardzo chętnie wybierają w bibliotece książki przyrodnicze. Tak więc nie ulega kwestii spornej, że od czasu do czasu wizyta w zoo jest konieczna, bo jednak co zobaczyć na żywo zwierzaka to na żywo. Żadna książka ani film nie odda przecież majestatu ani wielkości  żyraf, lwów, czy olifantów (olifant z nl. słoń).

18 sierpnia 2016

Gdy prądu zabraknie

Eano wyłączyli prąd. Nie wiem, czy przegapiłam informacje, czy takich nie było, ale była to dla mnie dość zabawna niespodzianka. Na początku pomyślałam, że znowu żarówka się spaliła i wywaliło korki, bo akurat zbiegło się to w czasie, gdy Młody pobiegł do kibelka i pstryknął światło. Pobiegłam więc do kanciapy a tu o dziwo korki w porządku. Nie miałam się czasu dłużej nad tym zastanawiać, bo pora było lecieć do roboty. Młody był nie pocieszony, bo jego komputer przestał działać i nie mógł oglądać swojej ulubionej Maszy z YT. Nie działał też telewizor. Jak tu rozpocząć porządny wakacyjny dzień  bez bajki przy śniadaniu?
W międzyczasie nadeszła Młoda, która została jak co dzień brutalnie i bezczelnie obudzona przez Matkę w celu zajęcia się braciszkiem. Wielce zbulwersowała się faktem braku prądu, bo jak nie ma prądu, to nie ma też internetu, bo router na prąd. Jak tu słuchać muzyki bez YT? Jak poczatować z koleżankami? Katastrofa! No a w takich okolicznościach zjeść na śniadanie? To już pytanie za 100 punktów? Pytacie dlaczego? Czajnik na prąd, kuchenka na prąd, mikrofalówka, toster, piekarnik, ekspres do kawy... Bez prądu nie podgrzeje mleka na kakao, czy do płatków, nie zaparzy kawy ani herbaty, nie ugotuje budyniu ani niczego innego, nie zrobi tostów. No żywcem z głodu można zemrzeć :-)
Gdy dłużej nie ma prądu, nie ma też ciepłej wody w kranie...

Ale ja poszłam do pracy, zostawiając młodzież z problemem, jak przeżyć 4 godziny bez mamy i prądu? Zostawiłam im włączonego laptopa i film o pieskach, choć wiem, że na baterii to raczej długo nie pociągnie, jak sie cos ogląda. Gdy wróciłam, młodzież grała ładnie w "Grzybobranie". Obok leżał stos pozostałych gier planszowych, puzzli, memory, domino itp, czyli moje dzieci jednak potrafią się bawić i bez elektryczności. To dobrze. Prądu jednak nie było nadal. Młoda oświadczyła, że u sąsiadów też nie ma, bo żadnego dostępnego wifi nie pokazuje w telefonie, a zawsze były. Detektyw się znalazł, ale co prawda to prawda. Ja bym na to nie wpadła. Powiedziała też, że gdyby miała internet, to by sprawdziła, co z tym prądem. To też dobry pomysł, a ja mam internet i bez prądu (za co Młoda mnie już nie lubi) więc sprawdziłam no i okazało się, że na naszej ulicy nie mamy dziś prądu od 8 do 14. Zaraz potem przypomniałam sobie, że przecież od paru dni kopią koło kurników i w kilku innych miejscach, i wyjmują jakieś kable... I wszystko się wyjaśniło.

Co nie zmienia faktu, że jakby tak energii zabrakło dłużej niż kilka godzin, to przesrane. Ani co zjeść ani się w czym umyć, a pralka, a zmywarka, a internet, a ładowanie telefonow...? Ulala niefajnie by było.

11 sierpnia 2016

Polskie jedzenie jest niedobre.

Dziś 11 sierpnia, czyli ciągle lato, a my dziś włączyliśmy ogrzewanie, bo po pierwsze zimno - na zewnątrz całe 13 stopni, po drugie mokro (jak to w Belgii) a pranie trzeba gdzieś wysuszyć. Suszarki ciągle się nie dorobiliśmy. Może w grudniu się uda kupić nową praleczkę i suszareczkę. Nasza pralka co prawda pierze, ale tylko na jednym programie i to skróconym, bo już na pełnym dostaje świra. Wygląda na to, że programator diabli wzięli (i nie chcą oddać). Nic to, zbieramy eko czeki i może uda się kupić nowy sprzęt przy końcoworocznych (noworocznych?) wyprzedażach. Na szczęście do pracy jeżdżę taksówką (czytaj: M mnie wozi bo ma urlop), bo po 4 godzinach tańców z mopem czuję jakby mi dupa miała odpaść, tak mnie w plecach łupie. Smaruję jakimś żelem poleconym przez aptekarkę i czekam aż w końcu przejdzie. W ramach terapii postanowiłam sobie posiedzieć i popisać głupot na moim blogu, co też niniejszym czynię.

Wrócę jeszcze do naszej wycieczki do PL. Opowiem dziś o różnych rzeczach, które nas tam zaskoczyły, zdziwiły, zirytowały lub rozbawiły. Może to się komuś wydać dziwne, ale przez 2 lata od wielu rzeczy człowiek jest w stanie odwyknąć lub przywyknąć do innych i potem nie może się nadziwić, że wcześniej tego czy tamtego nie zauważał, że mu nie przeszkadzało... Przez 2 lata trochę się też zmieniło w PL i to zwykle miło zaskakuje, bo zmiany częstokroć są na lepsze...



Zacznę od anegdotki o foce, dzięki której na dobre w naszym domu przyjęło się nowe powiedzenie.
Podczas wizyty u ciotki nasza Młoda w pewnym momencie się obraziła na mnie i na ciotkę, bo się zaczęłyśmy podśmiewać z niej, iż się zesikała w majty, doskonale wiedząc, że spodenki są mokre bo usiadła na mokrej trampolinie. Obraziła się, więc wlazła do domku nad zjeżdżalnią i siedziała tam warcząc na każdego, kto się był zbliżał do rzeczonego miejsca. 
Nikt się tym nie przejmował jednak i po chwili zapomniałyśmy, że ona tam siedzi. Do chwili, gdy kuzynka Bibi przybiegła z pytaniem jaką i skąd ma Młoda fokę?
- No darła się na mnie, że nie mogę tam wchodzić i mówiła, że ma jakąś fokę...

Chodziło oczywiście o "FOCHA". Młoda miała przecież wielkiego focha, o czym nie wahała się wszystkich głośno informować. 
Od tego momentu w domu miewamy więc foki od czasu do czasu. 


Obserwując reakcje Młodego na polskie jedzenie doszliśmy do wniosku, że obcokrajowcom pewnie tak samo smakuje polskie jedzenie jak nam smakowało na początku żarcie w BE. Tyle tylko, że my egoistycznie myśleliśmy, że polskie produkty i polska kuchnia zwyczajnie lepsza jest niż w innych krajach... Nie mówcie, że wy tak nie myślicie? Ale figa, wszystko kwestia wychowania swoich kubków smakowych. Nasze wychowały się na polskim żarełku i polskie smaki uważały za naturalne i właściwe. Młody, gdy przeprowadziliśmy się do Belgii, jeszcze odżywiał się głównie kaszą z butli i bardziej dorosłych smaków uczył swoje kubki smakowe na  żarełku tutejszym. I co w związku z tym? To, że polskie jedzenie uznał za niedobre!

Z wielką radością pogonił pierwszego dnia z babcią "robić mleko". Wieczorem pojechał z wujkiem kosić trawę i ładował ją z wielką radością i zaangażowaniem na przyczepkę, a rano pomagał babci nakładać trawy do żłobu krowy Mućki. Przyglądał się bacznie, jak babcia doi mleko i jak nalewa je kotom do miski. Sam też chciał spróbować i fuj, świeże mleko okazało się niedobre. Niesmaczne było też kakao z prawdziwego wiejskiego mleka. Babcia musiała pójść do sklepu po mleko w kartonie. To na szczęście było okej. Chleb ocenił już po wyglądzie - nie, tego nie będę jadł. I nawet nie spróbował. Ponadto niedobre okazały się też polskie wędliny. O tym przekonaliśmy się już w hotelu, gdzie wybrał sobie sam wędlinę najbardziej odpowiadającą z wyglądu tej, którą lubi w BE. I była niedobra. Poszłam nawet do polskiego Lidla i kupiłam wędlinę tej samej niemieckiej firmy, której kupujemy w BE. Niestety produkty na polski rynek widocznie robione są inaczej, niż na belgijski, bo nie smakują tak samo. Na szczęście w PL mają takie same maślane bułeczki jak w BE i czekolada do smarowania ma podobny smak, więc tymi bułeczkami żyło nasze dziecko przez pierwsze dni. Smażyłam też naleśniki na śniadanie, które jadł oczywiście z ulubionym kakao - jak w domu. Paróweczki z lidla też nadawały się do jedzenia, bo inne już nie koniecznie. Po kilku dniach zaczął próbować innych rzeczy i zaczął normalnie jeść. Nie wszystko oczywiście, ale już nie żył jedną bułeczką na dzień. 

Jak już jesteśmy u babci i dziadka, czyli u moich rodziców to muszę napisać po raz kolejny, że pieniądze - wbrew temu co mówią przysłowia - mają duże znaczenie w życiu. Od jakiegoś czasu moja mama dostaje emeryturę, nie są to kokosy, ale wie, że co miesiąc dostanie te kilkaset złotych. Do niedawna żyła z dnia na dzień, nie wiedząc, za co kupi jutro chleb (oczywiście taki z poprzedniego dnia, bo świeży był za drogi), skąd wziąć na proszek do prania, bo właśnie się kończy i tak by można wymieniać godzinami. Każdy wie, ile rzeczy potrzebujemy każdego dnia, by nie umrzeć z głodu i nie zarosnąć brudem. Wyobrażacie sobie życie bez stałego dochodu? Pewnie spytacie dlaczego mama nie pracowała? Bo kiedyś w innych czasach musiała wybrać - praca czy gospodarstwo. Wybrała gospodarstwo, bo wtedy się opłacało być rolnikiem nawet na malutkim gospodarstwie, no a my byliśmy mali i na rolnictwie nie trzeba było myśleć, co zrobić z dzieckiem - zabiera się je w pole i tyle. Czasy niestety się zmieniły na gorsze i życie w małym gospodarstwie stało się zwykłą udręką - za co się człowiek nie zabrał, wszystko gówno - albo grad czy powódź zniszczyła albo zajebisty rząd polski sprowadził produkt  z zagranicy, bo po taniej, a rolnik musiał sprzedać taniej niż go kosztowało wyhodowanie danej rzeczy lub zwyczajnie wywalić na gnój. Co kogo obchodziło, że ludzie zostawali bez grosza przy duszy... a tu opał na zimę, jedzenie, środki czystości (na polu nie wszystko urośnie), rachunki, no a jakieś nawozy, opryski, paliwo, naprawy sprzętu? Dupa. Jeśli do tego dochodzą poważne problemy ze zdrowiem, robi się bardzo źle... Ale robota sama się nie zrobi, w końcu coś jeść trzeba, dlatego rodzice mają do dziś ma krowę i sadzą warzywa. Moi rodzice nie są jedynymi, którzy każdego dnia muszą kombinować, jak przeżyć następny dzień, żeby jakoś związać koniec z końcem.

maszyny z czasów, gdy się opłacało być rolnikiem

Czy wiecie ilu ludzi w mojej dawnej okolicy nie ma zimą co do pieca włożyć? Baaaardzo wielu. Niektórzy wycięli całe swoje sady, spalili meble, palą zbożem, czasem nawet plastikami próbują się ratować przed zamarznięciem. Ale kogo to obchodzi? W moim domu rodzinnym wcale nie lepiej było. Może właśnie dlatego tak bardzo źle mi się Polska kojarzy i nie zamierzam nigdy tam wracać, jeśli nie będę musieć. Mój tata pracował (po zawale już  nie może), ale co to jedna licha wypłata na 4 osoby? Bracia często siedzą na bezrobociu, bo w Polsce B znaleźć pracę na dłużej niż kilka miesięcy to wielka sztuka, a już legalną prawie cud... Teraz np brat ma dobrą pracę, ale nie wie, czy za miesiąc jeszcze będzie pracował, być może znowu będzie siedział w domu kilka miesięcy czekając aż firma dostanie nowe zlecenie, bo to Polska właśnie. 
Dziś mama ma emeryturę. Wymieniła więc po trochu okna w domu, zyskując tym samym wiele ciepła zimą. Pamiętam takie dni, że rano musiałam zbierać szufelką śnieg z dywanu, bo w nocy nawiało. Nie raz było tego pełne wiadro. W moim pokoju było zwykle 5-15 stopni zimą mimo ciepłych kaloryferów. Fajnie nie? Jako że zmarzluch jestem spałam w dresach i skarpetach, na kołdrę wrzucałam ze dwa koce. Luzik. Dziś nie wieje do domu. Mama ma też pieniądze na węgiel - niewiele, ale choć odrobinę kupi. Kupiła też płytki do łazienki, o których marzyliśmy latami. I kilka jeszcze innych rzeczy wymienili. Te kilka złotych miesięcznie, ale można spełniać swoje małe marzenia, wreszcie można coś kupić dla siebie i dla domu. Bo co z tego, że moi rodzice i rodzeństwo umieją prawie wszystko sami zrobić i pomalować, i płytki ułożyć, i pospawać, i poskręcać,  i uszyć jak bez materiałów niczego przecież zrobić się nie da, a z pustego i Salomon nie naleje. Dlatego stały dochód, nawet niewielki, może dać poczucie stabilizacji i normalności - to,czego nie mieli, nie mieliśmy przez ostatnie lata. Ja swoje szczęście znalazłam tutaj i tutaj zamierzam póki co zostać. Jednak mam nadzieję, że i w mojej ojczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem mojego domu rodzinnego, też powoli wszystko będzie zmierzać ku normalności, że będzie lepiej i lepiej, że moi rodzice i rodzeństwo też w końcu dostaną szansę spokojnego i stabilnego życia. Bo jeszcze dużo trzeba. W moim rodzinnym domu ciągle nie ma ciepłej wody w kranie. Znaczy jest, jak ktoś zapali w piecu odpowiednio wcześniej. Jak ma czym zapalić, bo to nie tak hop siup. Jak tam nocowaliśmy, mama starała się co dzień palić w piecu, żeby marnotrawnej córce i wnukowi dogodzić, bo matki już tak mają. Młody jej nawet asystował, wypytując o każdy dziwny przedmiot znajdujący się w piwnicy. Drzwi do wędzarni były wielce intrygujące, ale jak babcia powiedziała, że tam się piecze świnki, żeby je zjeść, to mu się nie bardzo spodobało, no bo co innego szynka na stole, a co innego obraz słodkiej różowej świnki w ogniu, jaki to obraz niewątpliwie musiał mieć Młody w swojej małej główce. W dniu powszednim ciepłej wody u nas jednak nie było (i nie ma). Trzeba było sobie w garnku na kuchence nagrzać i sobie wlać do wanny. Ja jako leniwa istota często myłam się w lodowatej. Kiedyś zmierzyliśmy termometrem - 2 stopnie Celsjusza, bo to woda ze studni (hydrofor ją ładuje w rury). Kwestia przyzwyczajenia, ale dziś kąpię się w gorącej i nie wyobrażam sobie powrotu do lodowca brrr. Do dobrego się człowiek bardzo szybko przyzwyczaja. Zimno jest dziś moim wrogiem numer jeden. Wymarzłam się w pracy przez 14 lat chyba wystarczająco (w bibliotece temperatura była taka jak na zewnątrz, zimą siedziałam po 4-8 godzin w 3 swetrach, rękawiczkach i kurtce, starałam się niczego nie pić, bo toalety były w piwnicy, nie było ciepłej wody, więc lepiej jak nie chciało się siku hehe). Dlatego dziś przy temperaturze 13 stopni na zewnątrz nie waham się włączać ogrzewania. Dopóki mogę, to zamierzam korzystać z ciepła. 

Do tego tematu pewnie jeszcze nie raz wrócę, ale teraz z innej beczki. 

Niezły ubaw mieliśmy bowiem podczas poruszania się po polskich drogach. Nie mogę o tym więc nie wspomnieć.
Okazuje się, że nawigacja zagraniczna nie ogarnia polskich realiów. Na autostradzie jeszcze sobie radzi, ale poza nią pożalsięboże.
Taka sytuacja: jedziemy sobie. Wracamy do domu kierując się z Rzeszowszczyzny na autostradę A2 (taką mieliśmy fantazję, nie wam wnikać dlaczego nie A4). Mamy to szczęście, że nie spaliśmy w szkole na geografii i znamy z grubsza mapę Polski, więc dojechaliśmy bez większych problemów tam, gdzie chcieliśmy. Obcokrajowcom jednak z całego serca współczuję podróży po naszym skądinąd pięknym kraju. 

Po pierwsze nawigacja. Najwyraźniej Polska nie uważa za słuszne informowanie świata o nowo wybudowanych drogach. W naszym suzuki mamy aktualne mapy także na Europę Wschodnią, w Belgii znajdują każdą ścieżkę, ale w Polsce ta nawigacja jest zupełnie nieprzydatna.
Jedziemy sobie, jedziemy. Droga przed nami jak marzenie, nowiutka, szeroka, gładki asfalcik, no po prostu pierwsza klasa... A gps mówi: jesteś w lesie! Uwieczniłam to na fotografii, bo nikt by nie uwierzył. Proszę:


dróżka cycuś glancuś, a na mapie las :-)

Po drugie w PL nie ma drogowskazów. Jeden na 100 km to moim nader skromnym zdaniem ociupinkę za mało. Jedziesz i jedziesz i nie wiesz, gdzie jesteś ani dokąd zmierzasz. Jeździmy po Belgii, zjeżdżaliśmy z autostrady w Niemczech i w tych krajach można poruszać się bez nawigacji, bo co kawałek są tablice informacyjne i drogowskazy. To bardzo ułatwia życie. W PL informacje o kierunkach są tylko na wielkich skrzyżowaniach. 

jesteśmy w lesie, ale droga nie jest fatamorganą, choć gps uważał inaczej
Po_trzecie brak poboczy, chodników i ścieżek rowerowych. 
Żal mi było tych ludzi, którzy wracając ze sklepu ze świeżym pieczywem w siatce musieli wchodzić co chwilę w mokrą od rosy trawę i to praktycznie do rowu, gdy przejeżdżały samochody, czyli co kilka kroków. No chore, żeby przy ruchliwej drodze nie było nawet głupiego pobocza, o chodniku już nawet nie mówię. Pod tym względem Podkarpacie właśnie nas miło zaskoczyło. W ciągu ostatnich 2 lat wybudowano wiele chodników, szczególnie w pobliżach szkół przy ruchliwych drogach, gdzie było wcześniej masę wypadków. No ale niestety nie wszyscy włodarze dbają o swoich mieszkańców. W niektórych województwach drogi są tragiczne.

przystanek autobusowy - zero zatoczki, zero chodnika z żadnej strony - szczyt bezpieczeństwa i komfortu

zero chodnika, zero ścieżki rowerowej, duży ruch - takimi drogami dzieci chodzą i jeżdżą rowerami do szkół

tu chęci jak widać były  tylko pewnie kasy zabrakło lub kury sołtysa kostkę wydziobały
podwójna ciągła, ale jedź tu kilometrami za rowerem czy jakimś pierdzikółkiem
tu już nawet pobocza nie ma, tylko rów i tak dobrze, że wykoszone

 Co jeszcze mnie bardzo irytowało jeśli idzie o drogi? REKLAMY! To jest jakaś tragikomedia. Po pierwsze nieestetycznie wygląda. Kurde, ohydnie, obrzydliwie, paskudnie, syfiasto. Widziałam kilka fantastycznych ogrodów, zdrowe, piękne, fikuśnie przycięte krzewy, elegancko skoszona, zadbana trawka, śliczne rabatki z cudnymi kwiatami, gustowne kute ogrodzenie... a na nim WIELKIE OBLEŚNE SPŁOWIAŁE BANERY reklamujące jakieś debilne usługi czy produkty. No Jessu, ludzie, jak można tak spieprzyć dobrą robotę jakąś starą ścierą?! No nie wiem, czy ludzie może za pieniądze otrzymane za zawieszenie tego badziewia na płocie se te ogródki porobili czy o co chodzi? No bo kto normalny da sobie coś takiego na ogrodzeniu za duże pieniądze (kute ogrodzenia raczej do tanich nie należą) zawiesić? Nie udało mi się zrobić zdjęcia z samochodu niestety, ale to zwyczajnie rani oczy taki widok. No, przynajmniej mojej artystycznej z natury duszy. Może właściciele rzeczonych posesji uważają takie połączenie za ładne?

No ale te reklamy wiszą nie tylko na płotach, one są wszędzie. Rozmieszczone bez ładu i składu, nie ma w tym jakiegokolwiek sensu czy logiki, jedna zasłania lub przeczy drugiej. Jest ich tyle, że nawet będąc pasażerem nie jest człowiek ich w stanie wszystkich ogarnąć. Próbowałam!
U nas w Be tablice czy reklamy są głównie w pobliżu reklamowanego miejsca. Jak widzimy tablicę "MYJNIA SAMOCHODOWA" to znaczy że właśnie taką mijamy. Jeśli świeci nam w oczy kolorowa nazwa sklepu, to znaczy że w pobliżu taki się znajduje. Na pewno nie ma tak nasrane tych banerów i tablic jak w PL. Ja uważam że to jest wręcz niebezpieczne. Czasem w tym gąszczu reklam giną bowiem znaki drogowe, ważne tablice informacyjne czy drogowskazy. Nie dużo też trzeba, by kierowca zainteresował się reklamą i stracił panowanie nad pojazdem.

pomyślałby kto że w krzakach przy drodze można kupić wózek lub wóz

tuje lepiej wyglądają bez szmat



 Na koniec dzisiejszego wpisu powiem o jeszcze jednej rzeczy, na którą zwróciłam uwagę obserwując świat przez szyby samochodu. Kontrasty.
Lubię obserwować świat. Czasem pewne szczegóły dają mi do myślenia. Tak się dzieje, gdy patrzę na polskie domy. Przejechaliśmy całą Polskę od zachodu na wschód. Oczywiście przy autostradzie nie ma czego oglądać - ekrany i inne tam ściany lub wiadukty stanowią dosyć monotonny krajobraz. Jednak większą część drogi pokonaliśmy zwykłymi drogami i dróżkami wiejskimi. Przy tych ostatnich zauważyłam właśnie te wielkie kontrasty pokazujące  - moim zdaniem - wielkie różnice pomiędzy ludźmi jeśli idzie o poziom życia.
Widziałam wiele pięknych domów i ogrodów, na niektórych wręcz widać duży pieniądz - wielkość, architektura, użyte materiały - no, po prostu widać, że biedny tego nie postawił. Sporo jest starych domów odnowionych, sporo nowych ładnych, pewnie przytulnych, ale po prostu zwyczajnych i to wszystko cieszy, bo widać, że ludzie jakoś żyją, że budują, remontują, odnawiają, czyli ich stać. Wielu pewnie zasuwa na ten dobrobyt na obczyźnie i to latami, nie widując najbliżej rodziny przez całe miesiące, czyli płacąc być może więcej niż to wszystko jest warte, no ale nie mnie to oceniać, jak ktoś dom postawił, ważne że stoi. Jednak pomiędzy tymi nowymi domami, pośród tego dowodu powodzenia i sukcesu widać biedę, biedusię polską. Widziałam wiele starych drewnianych domów, oblezionych z farby, pochylonych, podpartych kijami, z licho wyglądającymi dachami, z zarośniętymi ogrodami i sadami. Nawet wpierw myślałam, że nie zamieszkane. Dopóki nie zaczęłam przyglądać się lepiej: firanki i pelargonie w oknach, koty na progu, na sznurze pomiędzy starymi jabłoniami jakieś ubrania, wydeptana do domu ścieżka... Czyli ktoś mieszka jednak. Były też domy nowsze, murowane, ale w równie opłakanym stanie. Po rozmowach z ludźmi wiem zaś, że wiele z tych pięknych domów, które mi się podobały stoi od lat pusta, tylko ktoś czasem przychodzi wykosić trawę, wywietrzyć. Gdy przyjrzymy się lepiej, zauważymy, że niektóre są tylko z pozoru zadbane - w rzeczywistości to zwykłe opuszczone domiszcza, niektóre już się nawet po trochu walą. W niektórych nikt nigdy nie zamieszkał, bo ich właściciele budowali je na odległość, z zagranicy i nie mają zamiaru wracać, bo nie ma do czego - brak pracy, perspektyw. Ot rzeczywistość.
Tak więc na pierwszy rzut oka wszystko jest coraz piękniejsze, a po bliższym przyjrzeniu się, robi się czasem  niesfojo i dziwnie smutno, bo niby wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi...




                


9 sierpnia 2016

Rinteln i Porta Westfalica czyli zwiedzanie Niemiec.

Z Belgii do Polski droga daleka, dlatego bardzo dobrym rozwiązaniem jest zrobienie sobie dłuższych przystanków. Przystanki na parkingach koło autostrady raczej nie są fajne. Śmierdzący kibel, dwa drzewa na krzyż  i drewniana ławka nie są zbyt atrakcyjne ani dla starych, ani dla dzieci. Ale kto powiedział, że z autostrady nie można sobie zjechać na chwilę? Wszak po drodze mijamy fantastyczne miasteczka, wioski i różne ciekawe obiekty. Dlaczego by sobie ich z bliższa nie obejrzeć, skoro już jesteśmy tuż obok? Tak właśnie zrobiliśmy.

Jak wybrać właściwe miejsce? Można popytać ludzi, można poszukać w atlasach czy przewodnikach, ale można też wybrać metodę na głupa. Jak się to robi? Otwiera się google maps lub coś podobnego, wyznacza się trasę i ogląda się zdjęcia obiektów znajdujących się po drodze. My skupiliśmy się na obrazkach z miejsc znajdujących się w odległości około 500 km od naszego domu. Ludzie sfotografowali wiele ciekawie wyglądających obiektów w tej okolicy, wybraliśmy 2 najbardziej nam się podobające. Dziś wiem, że był to świetny wybór.

Przed wyjazdem znaleźliśmy też w necie adresy kilku restauracji serwujących niemiecką kuchnię, bo przecież bez sensu było by pójść w Niemczech na kebaba czy pizzę. Niemieckie sznycle z sosem grzybowym bardzo dobre są :-)

Nie będę opowiadać o tych miejscach, o każdym można spokojnie poczytać w internecie, czy innych źródłach wiedzy. Pokażę wam jednak kilka fotek, bo może komuś będą natchnieniem i sami wstąpicie tam kiedyś na obiad czy kawkę.

Porta Westfalica



7 sierpnia 2016

Wakacje są szkodliwe dla zdrowia.

Wiecie co jest najfajniejszego w wakacjach? Ich koniec!


Podróżujemy, zwiedzamy, próbujemy nowych potraw, spotykamy starych znajomych i poznajemy nowych, odkrywamy nowe miejsca, przeżywamy przygody. To wszystko daje nam wiele przyjemności i frajdy. Niektóre momenty, miejsca i okoliczności łapiemy w fotografiach by za jakiś czas powspominać wszystkie miłe i niemiłe, wesołe i smutne chwile, ludzi, wydarzenia. Jednak gdy po tych kilku czy kilkunastu dniach w końcu wyciągamy z walizki klucz do własnego domu, dopiero wtedy czujemy się na prawdę szczęśliwi, bo nie ma to jak własne oswojone cztery kąty. 

Gdyby tylko nie to sprzątanie i pranie! Cholera jasna, przed wyjazdem wszystko wysprzątałam, nie było nas zaledwie 2 tygodnie, a belgijskie pająki już się rozpanoszyły jak u siebie. Wszystko powiązały pajęczynami i wszędzie nasrały - na podłodze, na szafkach, nawet na stole w salonie - szczyt chamstwa i bezczelności po prostu... Zatłukłam na śmierć kilkunastu albo i -dziesięciu sprawców tychże niecnych czynów. Plaga cholerna.

Jak pamiętacie miałam różne obawy przed wyjazdem, ale nawet mi do łba nie przyszło, że podróż może zaszkodzić mojemu zdrowiu fizycznemu. Ha!

Kontrole na granicy faktycznie były. Wyrywkowe, przez co ostatnie 10 kilometrów przed granicą jechaliśmy w ślimaczym tempie, ale nas nie kontrolowano.
10 km do Polski a tu widzisz sznur aut przed sobą - szlag trafia z lekka
Droga faktycznie jest za długa dla dzieci i dla nas, ale sprytnie zaplanowane przerwy i noclegi pomogły nam wszystkim szczęśliwie dojechać do celu. No, nie powiem, że bez problemów, bo awantury były pod koniec każdego etapu podróży i dziś jesteśmy święcie przekonani, że jazda z dłuższymi przystankami jest dobrym rozwiązaniem dla wszystkich. 
Mieliśmy też zapas kredek, papieru, książek z ćwiczeniami, samochodzików oraz chipsów i cukierków. Telefon z dużą ilością gierek dla dzieci też jest nie bez znaczenia przy większych odległościach. 


Jednak droga dała mi się we znaki z innego powodu. Okazało się, że siedzenie w samochodzie przez kilkanaście godzin poważnie zaszkodziło mojemu kręgosłupowi. Na miejsce dojechałam bez problemu, tam drobne pobolewanie kości, ale powrót to koszmar. Już w Słubicach, gdzie nocowaliśmy, musiałam poruszać się dosyć ostrożnie bo plecy zaczęły boleć. Wsiadanie i wysiadanie z auta było dla mnie dość skomplikowane, a każde hamowanie czy nagły skręt odczuwałam jak wbijanie noża w plecy. Gdy dojechaliśmy do domu M się pytał, czy przynieść mi kawę do samochodu, bo nie mogłam się wydostać z samochodu haha. A tu trzeba było się zabierać za sprzątanie i pranie bez gadania. O północy ledwie dowlokłam się do łóżka a i leżenie nie było bezbolesne. Dziś jest znacznie lepiej, choć nadal nie mogę się schylać, siadanie i podnoszenie zadka z kanapy też wcale nie jest łatwe. Mam jednak nadzieję, że do jutra mi przejdzie na tyle, by pójść do pracy. Choć nie jestem pewna, czy bez zwolnienia się obejdzie tym razem. Pożyjemy zobaczymy.

Poza tym wakacje były w porządku. Młody jest wręcz zachwycony. Wreszcie mógł spotkać osobiście swoich kuzynów, kuzynki, ciocie, babcie, dziadka, wujków i całą resztę. Największą frajdą dla niego okazała się możliwość pojeżdżenia z wujkiem i dziadkiem traktorem, ładowanie trawy dla Mućki na przyczepkę, karmienie Mućki trawą podczas dojenia, jazda motorem z dziadkiem. Całą drogę powrotną rysował traktory i krowy. Pobawił się też w końcu w realu z kuzynem, którego znał głównie ze skype i zdjęć na FB. Razem chlapali się w basenie, ganiali za kotami i jeździli samochodami. Fajnie patrzeć i słuchać jak takie maluchy dyskutują na swoje poważne maluszkowe tematy i jak się bawią.

pierwsza huśtawka dziewczyn ciągle wisi  na gruszy i działa jak należy :-)

Dziewczyny większość czasu spędziły u ciotki i też bardzo są zadowolone z wakacji w Polsce. Po dwóch latach niewidzenia znów mogły pobrykać z kuzynką i podyskutować z ulubioną ciotką i wujkiem. 

strzelanie z wiatrówki jest tak samo fajne jak było za moich czasów

Ja też bardzo się cieszę, że mogłam spotkać się z najbliższą rodziną, z dawno niewidzianymi ciotkami, sąsiadami, pogadać na spokojnie z każdym, zobaczyć co zmieniło się w mojej rodzinnej wsi, gminie i najbliższym miasteczku przez ostatnie 2 lata, a zmieniło się dużo na plus, przynajmniej jeśli idzie o to, co widać gołym okiem. Okolica pięknieje - park i pałacyk doprowadzono do porządku, w miasteczku odnowiono rynek, budują obwodnice, ścieżki rowerowe i drogi szybkiego ruchu. Widać że coś ruszyło i idzie w dobrą stronę. 


 Jednak gdy spojrzałam na znany mi krajobraz zastanowiła mnie powiększająca ilość lasów. Tam gdzie dawniej były pola uprawne, dziś jest las. Domy, które były dawniej pod lasem, dziś się są w lesie. Czyżby przepowiednie nieżyjących już gospodarzy, że Podkarpacie będzie zalesione i zapełnione zwierzyną na potrzeby bogatych zagranicznych myśliwych i turystów miały by się sprawdzić? Ludzie już boją się chodzić na grzyby, bo lasy pełne dzików i wilków. Sarny i lisy podchodzą pod sam dom, wilki zagryzają psy na podwórkach. Nie dawno wypuszczano podobno niedźwiedzia w pobliskim lesie w celu dokonania jakichśtam obserwacji. Bardzo interesujące czasy.














Odwiedzanie rodziny i znajomych to rzecz bardzo fajna, przyjemna i ważna jednak też wyczerpująca. Gdy wpadniemy raz na kilka lat w swoje rodzinne strony, chcielibyśmy się z każdym spotkać, każdego odwiedzić, do każdego zagaić, z każdym nagadać się do syta. Więc gonimy do  rodziców, do rodzeństwo, i babci, i cioci, i sąsiadki, odwiedzamy rodzinę własną i ze strony małżonka, bo nie wiadomo kiedy wybierzemy się znów i czy będzie okazja w ogóle jeszcze się spotkać. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach i nie wiadomo, co będzie jutro, za rok czy dwa. Dzień ma tylko 24 godziny, które mijają bardzo szybko. A tu jeszcze do księgarni zajrzeć, po sklepach pobiegać, bo te firanki mieliśmy kupić i bluzę dla Najstarszej, i jakieś pamiątki. I tak z wakacji robi się wyczerpujący wyścig, żeby nie powiedzieć maraton. I tak zamiast wrócić do domu wypoczęci, wracamy skonani. 

To były fajne wakacje, ale cholera jutro już trzeba iść do pracy, a ja jestem ciągle zmęczona. Nie wiem, jak zabiorę się we wrześniu do ponownej nauki. Zupełnie tego nie widzę, a następny urlop dopiero za rok. Nie chce mi się nic, a ból pleców i głowy wcale nie pomaga na zmianę punktu widzenia. 

O innych obserwacjach i wnioskach poczynionych podczas tej wycieczki napiszę w osobnym poście. Odrębny wpis poświęcę też miejscom, które odwiedziliśmy w Niemczech, bo bez wątpienia na to zasługują. Wybraliśmy je tak na głupa z google maps, ale był to wybór doskonały.