6 listopada 2016

Trochę corocznych wspomnień - jak zwykle o tym czasie :-)

Właśnie kończą się ferie jesienne, które dla nas są okazją do wspomnienia naszej ostatniej przeprowadzki.

Dziś, gdy żyjemy sobie we względnym spokoju i stabilizacji, wspominam sobie od czasu do czasu moje poważne decyzje ostatnich lat, które zaliczyć trzeba do szalonych.
One zmieniły moje życie całkowicie. Po 30 latach nudnego tkwienia w miejscu i usychania z nudy, nagle znalazłam się na innym torze, którym uciekłam daleko w kolorowy, nieznany, pełen przygód świat. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, choć dziś dopiero uświadamiam sobie, ile ryzkowałam za każdym razem bez większego zastanowienia. Atoli moja chęć przeżycia przygody była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Okazuje się, że jednak dobrze czasem wyłączyć myślenie i zdać się na intuicję. 

Dziś jestem zupełnie inną osobą niż ta sprzed 6 lat, co więcej jestem tą zmianą usatysfakcjonowana. Tutaj zrozumiałam, jak bardzo społeczność małej wsi i rodzina może człowieka ograniczać, zwłaszcza jeśli ten człowiek nie bardzo lubi żyć według narzucanych przez tą społeczność szablonów, do których musi się dostosowywać chcąc nie chcąc, choćby po to by nie stracić pracy i dachu nad głową... 

Dziś jestem na swoim i czuję się wolna. Dziś mogę rozwinąć skrzydła i pofrunąć dokąd zechcę, mogę spełniać powoli swoje marzenia. 


Moja największa życiowa przygoda rozpoczęła się w 2009 roku, gdy zagaiłam do przypadkowego (choć nie pierwszego) sympatycznie wyglądającego faceta na portalu randkowym. Po 3 miesiącach wirtualnej znajomości i 3 spotkaniach we czworo postanowiliśmy zamieszkać razem. Naskrobałam więc czym prędzej wypowiedzenie w pracy, za które szefowa wyraźnie mnie znielubiła, bo jak to tak nie spowiadać się z każdego planowanego kroku? Przecież to nie godzi się tak nagle odchodzić, zwłaszcza w trakcie remontu, nad którym nikt nie panuje, zwłaszcza gdy szef na dłuższym urlopie... No cóż, Magdalena należy do tych wiedźm, którzy osobiste życie i rodzinę cenią sobie bardziej niż pracę, a że miałam miesiąc urlopu, to już po 2 byłam wolna. Nie mój cyrk nie moje małpy :-)

Spakowałam więc nasz skromny dobytek, czyli ubrania, zabawki, kilka garnków i wyruszyłyśmy we trzy w świat do obcego miasta, prawie obcego choć fajnego faceta. 


Pech wyruszył z nami. 
Tuż przed planowaną przeprowadzką mąż miał wypadek i musieliśmy jeszcze kupić nowy środek transportu, bo poprzedni stracił koła i trochę go pogło pod TIRem. 
Polecieliśmy na miotle (żart żart) przez pół Polski, by zakupić nowe stare auto. 
Wracaliśmy przez Łysą Górę i cyknęliśmy se pamiątkowe zdjęcie tam, gdzie siostry wiedźmy się spotykają co roku :P



13 listopada A.D. 2010 dopełniliśmy formalności w USC. Pierwsze podejście do sformalizowania związku się nie powiodło, bo nasz przyjaciel pech zagonił nas do szpitala na tydzień. Stąd właśnie magiczna liczba TRZYNAŚCIE :-) 

Po wielu dyskusjach i rozważaniach za i przeciw zdecydowaliśmy się na wspólne dziecko, które miało dopełnić naszą stworzoną sztucznie - choć bardzo udanie - rodzinę. Z perspektywy czasu patrząc, wiem że to była bardzo dobra decyzja, mimo wszelakich komplikacji, jakie ze sobą przyniosła. Młody jest bardzo ważnym ogniwem łączącym pozostałych.

Ktoś, kto nie ma doświadczeń osobistych w takich sytuacjach mógłby pomyśleć, że ja właśnie jestem takim łącznikiem pomiędzy moimi dziećmi a moim mężem. Jednak zdradzę wam tu, że to działa często zupełnie odwrotnie. Pomyślcie. Dziewczyny są moimi rodzonymi córkami, które miały mnie na wyłączność przez kilka lat. Nagle pojawił się ktoś jeszcze. Ten ktoś został zaakceptowany i to szybciej niż się spodziewałam. Zaraz po przeprowadzce padło wielkie, wszystko mówiące pytanie:
-Czy mogę do ciebie mówić TATO?...
Jednak ten KTOŚ też domaga się jakichś praw do ich mamy. To musi być trudne do zaakceptowania dla dzieci, nawet jak tego kogosia się lubi. 
Mąż zaś nagle po kilku samotnych latach spotkał kobietę, z którą chciał spędzać jak najwięcej czasu, także sam na sam. Tymczasem ona jest często mu zabierana przez jakieś dzieciaki. Co z tego, że one są fajne, słodziachne, mądre i wzruszają czasem do łez (choćby pytaniami jak powyżej), gdy wpychają się pomiędzy niego a żonę. Zazdrość i złość pojawia się z obydwu stron. Przez te kilka lat wszystko się trochę dotarło, ale zgrzyty zdarzają się niestety od czasu do czasu i tak już chyba będzie zawsze. Tak jest chyba w każdej rodzinie jak nie z takiego to innego powodu. Mamy zaś są od tego by panować nad całym tym bajzlem. Mówcie co chcecie, ale pilnowanie, by ognisko domowe nie zagasło i nikogo nie poparzyło należy do nas wiedźm, kobiet, mam. To do mamy wszyscy przychodzą z problemami, to mama ma wiedzieć, gdzie co leży (proszek do pieczenia, szpachelka, druga skarpeta od pary, klucz dziewiątka, sztuczny śnieg z zeszłego roku)... Musimy myśleć cały czas i pilnować, żeby każdy czuł się w domu jak w domu. nie chodzi tylko o porządek i pełne miski, ale zdrowie i dobre samopoczucie każdego członka rodziny. Trzeba ciągle obserwować, przyglądać się, rozmawiać, pytać, troszczyć się, trzeba pocieszać i rozśmieszać, trzeba słuchać i to ze zrozumieniem... Nie zawsze się udaje, ale się staram. Wszyscy pięcioro się staramy.


Po 3 latach wspólnego gospodarowania, które kiepsko nam wychodziło w polskich realiach, nagle zdecydowaliśmy się zostawić wszystko w cholerę  i zacząć wszystko od nowa w nowym miejscu. 
I tak z przysłowiową gołą dupą przyjechaliśmy do Brukseli, gdzie nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo się okazało, że dobro i zdrowie naszej rodziny jest dla nas ważniejsze niż pokrętna filozofia multikulti, której nie mogliśmy zaakceptować w takiej formie jaką zobaczyliśmy w tym chorym (moim zdaniem) choć pięknym  mieście. 
Kolejna nagła decyzja nastąpiła po tym jak przez pół roku wydeptywania ścieżki do  urzędu gminy nie udało nam się zarejestrować, bo ciągle odsyłano nas po kolejne dokumenty, które to życzenia urzędników, jak się okazało podczas rozmowy z adwokatem, były z dupy wzięte. Bo to jest Bruksela. Po tym, jak nasze dzieci przez prawie 2 miesiące były bite i wyzywane w szkole przez dzicz z Afryki, bo w europejskiej szkole były jednymi z nielicznych białych. Bo to jest Bruksela.

Nasza ostatnia (jak dotąd)  szalona przeprowadzka nastąpiła właśnie podczas ferii jesiennych. Dobrzy ludzie dali nam cynk, że jest tu dom do wynajęcia, pomogli załatwić formalności w języku niderlandzkim i pożyczyli busika do przewozu gratów. Bez mapy, bez nawigacji z dziećmi na pace razem z dobytkiem, z końcem języka za przewodnika trafiliśmy pod nasz nowy dom, który wcześniej widzieliśmy tylko na zdjęciach no i raz z zewnątrz na żywo. 
Młody pomagał w przeprowadzce jak mógł
Przeto pierwszą rzecz, jaką zrobiliśmy po otwarcia drzwi, było zwiedzanie domu. Zaglądaliśmy w każdy kąt, pstrykaliśmy światłami, otwieraliśmy okna, odkręcaliśmy kurki z wodą, zajrzeliśmy na strych i do szopy. Jak małe dzieci na nowym placu zabaw - wszystko trzeba pomacać i wypróbować. Potem dopiero wnosiliśmy rzeczy z  busa, sprzątali, myli, przeganiali pająki, które opanowały ten dom w ciągu 5 miesięcy (tyle stał pusty) jakby ich był. Pamiętam też, że sporą chwilę zajęło mi zrozumienie działania pieca centralnego ogrzewania. Jak wiecie zapewne w naszej rodzinie to ja jestem od specem od wszelakiej elektroniki i innych delikatnych sprzętów, no ale co innego obsługa komputera a co innego jakiegoś małego gówna w którym jest dwa przyciski a dużo napisów w dziwnych językach (ani polskiego, ani ruskiego ani nawet angielskiego - WTF?). Wilgoć była taka, że ryby mogły by w powietrzu pływać, a drzwi od kibla się nie domykały napuchnięte od wilgoci. Śmierdziało też niezamieszkanym domem.

Własnymi rękami bez żadnej pomocy z zewnątrz posprzątaliśmy, znieśliśmy i poskręcaliśmy meble. Poobijaliśmy sobie trochę łapy i nadwyrężyliśmy plecy przy wnoszeniu rupieci na piętro i podawaniu przez okna. Każdy wybrał swój pokój, ukokosiliśmy się, poczuliśmy się jak w domu. Padliśmy ze zmęczenia z satysfakcją dobrze wykonanej roboty.

Na drugi dzień wylegliśmy przed chałupę zobaczyć, gdzie to nas przyniosło. Spodobało się. Było ładnie, cicho i spokojnie, swojsko,  śmierdziało kurami. Jesteśmy w domu, na wsi, gdzie wystarczy przejść 2 kilometry, bo pogłaskać kozy, pogęgać do gęsi, poczochrać kucykom grzywę, popokrzywiać się osłu...


Sąsiedzi od razu GOEIEDAG! GOEIDEDAG! i dawać nawijać, pytać, gadać... A my ani be ani me ani kukuryku. Nic nie rozumieliśmy. Na szczęście Flamandowie się nie zrazili tym, że nie mówimy po ichniemu. Dziś nadal wołają 'Goiedag' i mówią że ładna pogoda lub nie. Dziś mogę nawet odpowiedzieć, a nawet pogadać o czymś innym.

W grudniu podłączyli nam Internet i wreszcie mogliśmy pogadać z rodziną przez skype, użyć tłumacza google, poszukać lekarza, dentysty, dowiedzieć się czegoś o tym kraju i innych rzeczach. Dziś bez internetu jak bez nogi albo i gorzej, a my musieliśmy się bez niego obyć przez ponad pół roku w obcym kraju. Bez znajomych, bez języka, bez pieniędzy i bez Internetu. Nie było za łatwo, ale przeżyliśmy i to :-) Gdy tylko dopadłam kompa z Internetem zaczęłam opisywać wszystko, co nas spotyka dla rodziny, znajomych, dla potomności i nas samych. Tak urodził się ten blog. Z czasem zaczęli przychodzić tu ludzie, którzy tak jak i my wyemigrowali albo stoją przed taką decyzją, albo zupełnie przypadkowi. Niektórzy napisali do mnie i się bliżej poznaliśmy. Z niektórymi spotykam się od czasu do czasu w różnych częściach Belgii. Mamy tu całkiem sporo znajomych z Polski. Mamy też znajomych z innych krajów i z każdym dniem bardziej się zadomowiamy.

mężczyźni w kuchni
Nasz dom (choć wynajęty to póki co nasz) z czasem pomalowaliśmy,  wyrzuciliśmy meble zebrane w Brukseli z ulicy, zamieniliśmy na inne używane, ale tylko takie które nam się podobały i pasowały do nas.

Nie mamy w domu bogactwa, większość rzeczy dostaliśmy za darmo, inne dokupiliśmy za kilka centów w Troc i Kringwinkel, ale i tak patrzymy na naszą chatę z wielkim zachwytem, bo mamy dom marzeń. W kuchni spokojnie mieści się kilkanaście osób (sprawdziliśmy podczas urodzin dziewczyn, gdy kilkanaście domorosłych kucharek bawiło się jedzeniem).



Nasz salon jest większy niż całe mieszkanie w Polsce. Zmieściły się wszystkie nasze książki i filmy, jest gdzie postawić chabazie i gdzie zaprosić gości.


 Młode mają własne królestwa, które rządzą się własnymi prawami, czyli zwykle panuje chaos kontrolowany lub jak kto woli  twórczy nieporządek.


 To nasze trzecie ferie jesienne we Flandrii. Za nami kilka trudnych decyzji i wiele przygód , na plecach bagaż doświadczeń, na pyskach uśmiech, duma i zadowolenie z siebie, w serduchach miłość do siebie nawzajem i świata, przed nami nadzieja i kolejne cele do osiągnięcia oraz kolejne przygody.


29 października 2016

Halloween, czy Wszystkich Świętych, które święto zmarłych lepsze?

nasza upiorna laleczka z piłki i starych szmat :-)
Halloween! Co to się ludzie w Polsce opsioczą na to - jak twierdzą - "amerykańskie święto" co roku, to głowa mała. A ono takie samo amerykańskie jak i święty Mikołaj czy choinka. Koloniści pojechali do Ameryki, naopowiadali im o naszych europejskich tradycjach i zwyczajach, i tamtym się spodobało. Zaczęli małpować, dostosowywać do własnych potrzeb i warunków, dodawać swoje elementy, a potem z kolei ktoś inny tam pojechał i zobaczył, że te ichnie wersje też fajne i postanowił u nas tak robić...

Ludzie dziś są bardzo mobilni, jest telewizja, Internet, czasopisma, dzięki czemu ludzie z całego świata mogą wymieniać się pomysłami, co kiedyś było nie do pomyślenia. Dlatego tradycje i święta się ujednolicają, zmieniają i mieszają.

Przyjrzyjcie się swojej choince, jak ubieracie ją na święta? Ale prrr! Zacznijmy od wyjaśnienia sobie, że choinka nie jest bynajmniej katolickim symbolem, jak dziś wielu uważa. Przez wiele lat była fanaberią bogaczy i była ostro krytykowana przez kościół, choć dziś przy każdym ołtarzu ze 3 stoi, bo czasy się zmieniają. A w ogóle to dokładnie nikt nie wie, kiedy się to szaleństwo choinkowe zaczęło. Drzewa jako takie już w starożytności były uważane za siedlisko różnych duchów, bogów i temu podobnych. Przystrajanie gałęzi lub całych drzew czy innych chabazi występuje chyba w większości religii całego świata we wszystkich etapach historycznych. Jednak na "katolickiej" choince z pierwa wieszano owoce i ozdoby ze słomy, papieru. Jeszcze za moich dziecięcych czasów sami robiliśmy ozdoby na choinkę - z papieru, z ciasta, wieszaliśmy jabłka i cukierki oraz szklane bombki. A dziś? Choinki ubrane na czarno? Choinki ubrane w kokardy w czerwoną kratkę? Plastikowe choinki w kolorze białym, czarnym, niebieskim i sraczkoburaczkowym..Choinki! Dziś to już częstokroć pogięta wierzba postawiona w kryształowym wazonie za milion złotych czy euro udaje choinkę, czyli - powiedzmy sobie szczerze - nie ma nic wspólnego z "prawdziwą" choinką, ale jaka jest ta prawdziwa? Ano pewnie taka, jaka chcemy żeby była, która pasuje do naszego domu, możliwości i fantazji, bo to do cholery każdego sprawa indywidualna, jakie drzewko se na święta przystroi, czy w ogóle będzie miał drzewko i czy w ogóle obchodzi święta. 

Tak samo jest z Halloween i każdym innym świętem czy uroczystością. Tyle, że ludziom nie dogodzi, ludziom zawsze coś przeszkadza. 

W każdym bądź razie Halloween nie wolno obchodzić 31 października w Polsce, bo na drugi dzień jest Wszystkich Świętych! To jak Młoda ma urodziny w Wigilię to też nie powinna ich obchodzić, bo nazajutrz będzie Boże Narodzenie? Strzelcie se ludzie baranka (rozpędzić się i przywalić łbem w ścianę), a może zaczniecie się zajmować bardziej swoim życiem, niż cudzym. Co kogo interesuje, w jaki sposób sąsiad spędza czas i co świętuje? Katolicki pleban łazi na przeziory i za "cołaską" po domach, kolędnicy chodzą na żebry, Świadkowie Jehowy chcą przekonać do zmiany poglądów to i inni przebierańcy też mogą łazić. Żadnego z nich nie musicie wpuszczać do swojego domu, ani żadnemu niczego dawać, ani z żadnym się identyfikować, bo wam wolno, tak jak im wolno łazić i się przebierać i gadać. Każdemu wolno świętować co chce i z kim chce. Wy nie musicie w tym brać udziału, nikt was nie zmusza przecież. Czy zmusza...? 

No i jak ktoś jednego dnia przebierze się za wampira i przetańczy całą noc z innymi upiorami, a na drugi dzień pójdzie na cmentarz zapalić świeczkę na grobie najbliższych czy całkiem obcych to co? Przecież nawet jak ktoś wierzy w innego niż wy Boga, nawet jak jest ateistą i nie wierzy w życie pozagrobowe, to ma chyba do cholery prawo uczcić pamięć zmarłych, o których myśli. Gdzie jest napisane, że na cmentarz nie wolno wchodzić niekatolikom? Czy może do zniczy w Polsce dołącza się ulotkę, w której się zaznacza, kto nie może z nich korzystać? Myślę oczywiście o dorosłych ludziach, którzy potrafią obchodzić się z zapałkami i mogą sami decydować według jakich zasad żyć chcą i w co wierzyć albo nie wierzyć.

Są jeszcze tacy, co krytykują Halloween za wypieranie polskich tradycji i z tymi była bym się w stanie nawet zgodzić, tylko że ludziom adresaci się pomylili. Rodacy uważają (tak wynikało by z tego co czytam, widzę i słyszę), że to Amerykanie są temu winni. A nie zapomnieli wy przypadkiem kto w Polsce zakazuje świętować andrzejki czy katarzynki jako pogański zabobon?! (tak jakby palenie ognia na grobach takowym nie było). Idźcie do waszego proboszcza i się go zapytajcie, co o tym sądzi, to może wam się przypomni. I jak se będziecie wróżyć albo czytać horoskop w gazecie, to nie zapomnijcie się z tego wyspowiadać ;-P 
Polacy (Słowianie) mieli też swoje święto miłości,  czyli święto kupały, ale bozia się gwiewała, więc wkręcono w nie Świętego Jana, ale i tak umarło z czasem,  no to trzabyło znaleźć zamiennik i teraz mamy walentynki. I co w tym złego? Ano nic. Może szkoda trochę starych tradycji, ale nic nie trwa wiecznie, a życie to wieczne zmiany.

A tak w ogóle to co zrobiliście w celu uratowania przed zaginięciem "naszych" tradycji poza gadaniem że takie są i że Halloween je niszczy? Ja przez kilka lat próbowałam przybliżyć te tradycje dzieciom (nie swoim - obcym), opowiadałam, czytałam im o nich, organizowaliśmy wieczory wróżb, przedstawienia... Dopóki nie zaczęli mi tego zabraniać w imieniu kościoła buahahaha. A wy pieprzycie, że to wina Amerykanów... (gwoli ścisłości, bo pewnie i tak nie poczytacie - halloween jest świętem celtyckim, czyli europejskim)

Od kilkunastu lat w koło to samo do porzygania! Znowu te debilne memy "w Polsce obchodzimy wszystkich świętych a nie halloween". A co ma piernik do wiatraka?! To dwa różne dni, dwa różne święta! To tak jakby krzyczeć świętujmy Wielkanoc zamiast Bożego Narodzenia albo Dzień Babci zamiast Dnia Nauczyciela. Sens taki sam. Niestosowne jest malowanie pisanek na Boże Narodzenie czy czekanie na mikołaja w wielkanoc tak samo jak stawianie dyń na grobach zamiast zniczy, ale poza tym jedno obok drugiego spokojnie może istnieć. Tak uważam ja WIEDŹMA! Jeden lubi pomarańcze, drugi jak mu stopy śmierdzą. 

A skoro wam się tak strasznie nudzi, to idźcie do najbliższej biblioteki, księgarni lub chociażby w sieci poszukajcie rzetelnych informacji na temat tych wszystkich świąt, ich genezy, zwyczajów w różnych krajach, a może przynajmniej zrozumiecie przeciwko czemu protestujecie. Podawanie bowiem w obieg niesprawdzonych informacji może poczynić wiele szkody zarówno innym jak i wam samym.

W Belgii ludziom w każdym bądź razie nie przeszkadza obchodzić tych dwóch świąt na raz. Niektórzy ustawiają koło domu lub w oknach halloweenowe dekoracje jednocześnie przygotowując wieńce na groby swoich najbliższych. Tutaj nie ma zwyczaju palenia zniczy na grobach. (znicze to są na okazję ślubów czy innych imprez zapalane) Nie dawno pokazywałam znajomym zdjęcia polskich cmentarzy nocą po 1 listopada. Bardzo im się spodobał ten zwyczaj. Tutaj tego nie ma i mówili, że taki oświetlony cmentarz musi robić wrażenie i na pewno ma specjalną atmosferę. Taki oświetlony zniczami cmentarz nocą faktycznie robi wrażenie, jakby przez te światła zyskiwał jakąś moc. W nocy jest cisza i można wtedy w spokoju porozmawiać ze zmarłymi, czy raczej ze sobą (nie wiem, co gorzej brzmi, ale spokojnie - ja już jestem pod opieką psychiatry ;-) ).

Zaczęłam pisać ten post z chęcią opowiedzenia wam o naszym wieczorze halloweenowym, ale wcześniej byłam na fejsie i znowu w oczy poraziły mnie wyżej wspomniane memy, no to powiedziałam co myślę. Taki przydługawy wstęp powstał więc niechcący.

Nie mieszkam w Polsce, więc nie muszę się zastanawiać, czy świętować Andrzejki czy Halloween, bo tego pierwszego nikt tu nie zna. Nie chodzi się tu też po domach, ale w szkole dzieci się przebierają na Halloween i to jest przesympatyczny zwyczaj. Opowiadałam w zeszłym roku (czy 2 lata temu), że była w taki dzień w szkole podczas lekcji. Poczułam się wówczas jak w samym Hogwarcie i zaczęłam wypatrywać Harrego i Hermiony. Każdy przechodzi przebrany, dziewczyny noszą miotły, chłopaki czasem jakieś widły czy miecze. I tak cały dzień w przebraniach  się uczą. Nie ma jakiegoś balu, czy dyskoteki jak w Polsce na andrzejki bywało. Czasem jest konkurs na najlepsze przebranie na przerwie, ale poza tym są normalne zajęcia. 

W restauracjach, parkach rozrywki i temu podobnych przybytkach organizowane są zabawy halloweenowe dla dorosłych z przebraniami obowiązkowymi. Sklepy udekorowane są strasznymi dekoracjami. Ot cała fizjologia... czy tam filozofia. Wnerwiające jest co innego. Halloween jest po jutrze, a ja w minionym tygodniu chciałam kupić pajęczynę na nasz wieczór halloweenowy, bo dziewczyny stwierdziły, że jest mało strasznie i wiecie co? Nie ma! A dlaczego nie ma? Bo kurde wszędzie są już artykuły świąteczne: bombki, choinki, renifery, światełka, choinki, łańcuchy i cała reszta. W jednym sklepie to już miesiąc temu wyłożyli te gadżety na Boże Narodzenie. Chcąc kupić coś na Halloween to chyba koło Wielkanocy by się trzeba zacząć  rozglądać, a najpóźniej w wakacje.

Niech się wypchają, zrobiłyśmy se same pajęczyny ze sznurka i ze starych moskitier.

stare moskitiery jako pajęczyna dekoracyjna pokoju Młodych

Zrobiłyśmy też lampiony ze słoików. Pomalowaliśmy je farbą akrylową z dodatkiem kleju. Nawet Młody zrobił jeden lampion samodzielnie.

artyści przy pracy
gotowe lampiony


Młode upiekły ponadto "zgniłe ciastka" marchewkowe z dodatkiem czarnego barwnika, zielone paluchy wiedźmy z drożdżowego ciasta, kości bezowe i na koniec miotły z paluszków, szczypiorku, wędliny i sera. Jednak najlepsze jak zwykle okazały się zwykłe chipsy i cola :-) No nie, bezy jeszcze cieszą się zawsze powodzeniem na każdej imprezie i te też zniknęły w kilka sekund.

Błąd zrobiłam z paluchami. Korzystałam bowiem z przepisu na paluchy drożdżowe, ale jakoś tak bezmyślnie, bo się śpieszyłam. Lepszym pomysłem na paluchy dla dzieci było by dodanie cukru do ciasta i polanie ich sosem truskawkowym. Zwykłe ciasto drożdżowe i ketchup to był nie najlepszy pomysł, choć mi smakowały. Mój błąd!

Dobrym prostym pomysłem jest też zrobienie duchów z bananów i dyni z mandarynek, ale marker nie lubi pisać po owocach...


paluchy wiedźmy - ciasto drożdżowe 


Młoda przygotowała prezentację w Movie makerze o strachach dzieciństwa, na której znalazły się (kolejność przypadkowa):

- Buka z Muminków i Hatifnatowie
- odkurzacz Teletubisiów
- clown
- lekarz i dentysta
- strzykawka
- potwór pod łóżkiem
- ciemność
- zamek błyskawiczny (no co, nie mówicie, że wy nie mamrotaliście w myślach "tylko nie przytnij mi brody, tylko nie przytnij mi brody" gdy dorośli zasuwali wam kurtkę...?)
- otwarta szafa w nocy
- odpływ w wannie (który może wciągnąć)

A wy czego się baliście, jak byliście mali?


Jedną z atrakcji naszej imprezy był spacer po lesie w ciemności. My mamy 500m do lasu i poszliśmy koło 20tej, a ciemno było okropnie. Młody też poszedł z nami, bo nigdy nie był jeszcze w lesie nocą. Dziewczyny straszyły się wzajemnie i było trochę pisków i uciekania. Każda szła uzbrojona w świecącą bransoletkę, ja i młoda miałyśmy latarki a jedna dziewczyna buty ze światłami (takie z włącznikiem i ustawieniami kolorów - ostatnio modne).Nie wiem tylko, co pomyśleli sobie kierowcy mijający naszą wycieczkę w drodze do lasu (bo do lasu wjeżdżać nie można) - te światełka, czapki czarownic na głowach i Młoda na przedzie w tym swoim upiornym makijażu. Mam nadzieję, że nie narobili w spodnie... Oto i moja pociecha. Urocza, prawda :-) Sztuczną krew robiła z ... kakao? Pomysł z internetu. 
Młoda i jej własnoręcznie wykonane przebranie :-)


Co ludzie mają z tymi telefonami?

Co jest najbardziej irytujące w podróżowaniu autobusami? Pasażerowie rozmawiający przez telefon! Rozumiem, że czasem ktoś musi pilnie zadzwonić do kogoś, choćby po to, by powiadomić, kiedy dotrze do domu i wcale mi to nie przeszkadza. Ba, sama tak czasem robię i tego oczekuję czasem od najbliższych. Nie widzę też niczego złego w tym, że komuś dzwoni nagle komórka i odbiera, bo w końcu po to się ma telefon komórkowy, żeby w każdej chwili można mieć kontakt ze światem, rodziną, szefem etc etc. No ale żeby gadać przez godzinę czy dwie w autobusie o dupie maryni i kwitnących ostach to już lekka przesada. Idzie sfiksować, jeśli się siedzi akurat koło takiego delikwenta. I to jeszcze żeby, jak już musi gadać jeden z drugim, rozmawiali cicho w miarę, dyskretnie - jak na człowieka kulturalnego przystało, ale gdzie tam - trza drzeć ryja na cały autobus!

Nie dość, że ogólnie nie lubię jazdy autobusem, bo mam lekką chorobę lokomocyjną i nie zawsze się dobrze czuję, to jeszcze takie rozdarciuchy wsiądą, żeby człowieka całkiem dobić i wykończyć psychicznie. Wczoraj taka jedna po arabsku nawijała przez 30 minut, na szczęście wysiadła w połowie mojej drogi. Kiedyś znowu jakiś bambo z owsikami jechał - nawijał jakimś narzeczem afrykańskim przez całą drogę z Brukseli. PONAD GODZINĘ!!! Dlaczego myślę, że gostek miał owsiki? Bo nie dość że cały czas się darł do telefonu, to co 5 minut zmieniał miejsce. Przez te 30 km chyba na wszystkich wolnych siedzeniach popróbował siedzieć. Czy to jest normalne?! Jakiś czas temu nieopodal jednej rodaczki siedziałam, która cały tydzień jakiejś kumpeli streszczała, a bo to se kupiła, a w robocie to wiesz, a "patronka" (och, jak mnie wkurza to słowo) to zrobiła, a ten z tym wiesz o tej  dla tamtego przez co to wszystko takie.... i tak pierdu pierdu 10, 15, 25, 40 minut. Niektórzy to wręcz maratony, czy jak kto woli - sztafety - telefoniczne prowadzą. Po jednej kilkudziesięciominutowej nawijce natychmiast zaczynają następną. No że im pyski nie spuchną albo gardło się nie zapali to aż dziw bierze.

Równie zajebistym miejscem do  godzinnych rozmów z psiapsiółkami lub ukochanym jest

22 października 2016

Bo ja mam skrzydła, głuptasie!


W tym tygodniu znowu mi się baterie do zera rozładowały i w piątek wieczorem padłam jak nieżywa. Chyba miałam gorączkę, bo woda pod prysznicem, która ma 50 stopni, wydawała mi się za zimna, a Młody mówił "ale jesteś ciepła, mamusiu" gdy mnie przytulał. Tak to jest zwykle po dniach z napiętym harmonogramem, zwłaszcza, gdy nie wszystko idzie, jak sobie człowiek zaplanuje. 



Gdy popatrzyłam w poniedziałek na kalendarz, wszystko wyglądało na dobrze rozplanowane, każdy wiedział, co ma ma robić i w sumie do środy wszystko szło jak z płatka, schody zaczęły się w czwartek. Po szkole tata miał odebrać dziewczyny i zawieść je do dentysty, więc musiały jechać autobusem rano. No więc rano wypadły z domu po rowery, żeby pojechać na przystanek, po czym Młoda wróciła z informacją, że łańcuch spadł. No patrzę, faktycznie, nie dość że spadł z obydwu stron to jeszcze się zaklinował za tylnymi zębatkami. Lubię takie prezenty. To nawet wyjaśnia fakt, dla którego Młoda się we wtorek wyłożyła na rowerze pod domem i obdarła łokieć oraz kolano, że o jeansach nie wspomnę. Tyle że cholera jasna ja w jasnych portkach, ciemna noc a w szopie nie ma tymczasowo światła, czyli narzędzia żadnego nie znajdę, żeby se pomóc, a tu autobus za moment odjeżdża, no a jeszcze Młody do odtransportowania do szkoły... Sie wkurzyłam i kazałam Młodej zostać w domu (do przystanku jest 2 km więc na butach nie zabiegnie w ostatniej chwili), no ale nic nie straciła bo za 10 minut przyszła Najstarsza i oświadczyła, że roboty drogowe doszły do drugiego przystanku i autobus już tam nie przyjedzie w najbliższych dniach. No i co zrobisz? nic nie zrobisz! Napisałam sms do taty, że wszystkie 3 dziecka zostawiam w domu, żeby nie jechał do centrum na darmo i poszłam do roboty. Po południu się zorientowałam, że nie słyszałam co by mi raport dostarczenia wiadomości przyszedł, gdy zadzwoniłam automat mi powiedział, żebym zostawiła wiadomość bo numer nie odpowiada. Jaja jak berety. Tata czekając w umówionym miejscu na dziewczyny dopiero wpadł na pomysł, żeby zrestartować telefon - no się wzięło gówno zbiesiło i udawało, że działa, ale nie działało. GROTE DIKKE PECH - jak mówią młode. Ja już w tym czasie wyszłam z biblioteki po odrobionym wolontariacie i czekałam pod gabinetem zębowróżka. Spóźnili się 15 minut. I weź się tu człowieku nie stresuj. Wizytę miały obie na raz, bo dentysta ma dwa fotele - jednej naprawiał, drugiej wyrywał mleczaki - tak na zmiany. Tak, moja jedna kobitka miała jeszcze większość mleczaków. Wczoraj miały drugą wizytę. Jednak ma przyjść za pół roku, druga za rok. Ale jak M usłyszał cenę tych wizyt to struchlał - bagatela 700 (słownie: siedemset) euro. Na szczęście do 18 roku  życia koszty leczenia zębów są zwracane w 100%. Niemniej jednak szczęka opada.

Ostatnio mieliśmy trochę pochmurne i mgliste dni, co o tej porze roku znaczy, że o ósmej rano jest jeszcze ciemna noc. Gdy wychodzimy do szkoły i pracy, jeszcze księżyc się z nas śmieje, bo słonko ciągle śpi za górami i lasami. To zdjęcie po lewej zrobiłam idąc w ciemnościach po rower do szopy. Dlatego bardzo ważne jest, by przypominać dzieciom o zakładaniu kamizelek odblaskowych, a przy rowerach im więcej świateł tym lepiej. Stary jak założy kamizelkę, też mu korona ze łba nie spadnie.

Noście kamizelki odblaskowe i światełka, bądźcie widoczni dla uczestników ruchu, to może wam uratować życie!

15 października 2016

z braku laku dobry i ślimak :-)



Młody szuka od rana kleju do sklejania jakichś figurek papierowych. Pyta każdego po kolei o klej. Ja nie mam, tata nie ma, dziewczyny też stwierdziły, że nie mają... Biedne dziecko siedzi na tymi kawałkami papieru i myśli skąd tu wziąć klej...?
W końcu wymyślił - Wiem! Idę poszukać ślimaka... -  Patrzymy na niego zdziwieni, bo po co mu ślimak?! - Ślimak przecież się wszędzie przykleja, to sklei mi ten papier.

Z braku laku dobry i ... ślimak.

Dzieci to nieskończona kopalnia  pomysłów.

Przez 2 dni myślałam, co by tu za ciasto na dziś upiec. To dobre i tamto pyszne... Zjeść by zjadł, ale ostatnie dni nie są dniami kuchennymi. No, zwyczajnie mi się nie chce przebywać w kuchni. Kupiłam więc 2 porcje "bladerdeeg", czyli ciasta francuskiego i zrobiłam kremówkę. Jedno ciasto było za wysoko w piekarniku i się przyfajczyło z deka, ale Młoda mówi, że to w niczym nie przeszkadza, ona może i całkiem spalone zjeść :-). Ważne, że krem wyszedł jak się patrzy, bo z tym to już różnie bywało... czasem się wylewał z ciasta hahaha :-) 

Ostatnie tygodnie jak zwykle pełne wrażeń i wydarzeń.

11 października 2016

Durbuy - najmniejsze miasto na świecie.

W czasie weekendu zrobiliśmy sobie wycieczkę do Durbuy. Miasteczko to znajduje się w Ardenach i jest podobno najmniejszym miastem na świecie.
Na starym mieście mieszka tylko kilkaset osób.
Miasteczko małe, ale ma wiele do zaoferowania jeśli idzie o turystykę. My zdążyliśmy obejrzeć tylko stare miasto i ogród zielonych dzieł sztuki Topiaire.
W Durbuy i okolicy znajduje się też kilka jaskiń, ale odkrywać je można głównie w czasie ferii. Jest też ogromny labirynt z kukurydzy, w którym podobno można się na prawdę zgubić, jednakże o tej porze jest już zamknięty, bo pewnie kukurydza uschła. Trzeba więc czekać aż nowa wyrośnie.
Jest też zamek w stylu indyjskim, nie daleko są też ruiny, park linowy i inne atrakcje. Można też popływać kajakiem po rzece. Niestety jeden dzień to za mało na wszystko. Narodził się więc chytry plan, że trzeba tam pojechać na wakacjach na kilka dni i nacieszyć się tym wszystkim na spokojnie.
Jak los pozwoli to pewnie tak zrobimy.

Póki co pokażę wam, co widzieliśmy. Być może

1 października 2016

Dzieci tak szybko dorastają

To uczucie, gdy mały brzdąc podchodzi do mamy, wyciąga w górę te swoje pulchne łapki aby mama go podniosła i przytuliła do policzka...

albo gdy obejmuje mamusine kolanka i tuli się patrząc tymi swoimi wielgachnymi oczyskami, w których można utonąć;

Czy też gdy wpycha swój kuper na mamy kolana i zwija się w mięciutką kulę, by mama całego mogła go objąć i schować w ramionach.  

Cudne  momenty, pełne magii.
Trójca uwielbia się przytulać. Najmłodszy oczywiście robi to najczęściej i najsłodziej. Każdy go chce przytulać, czy - jak tu mówimy - knufelać (z nl. knuffelen - przytulać). Jest taki słodki i rozkoszny. On jednak nie zawsze każdemu na to pozwala. Łaskawie wydziela każdemu momenty przytulania i całowania. 

Starszaki nie są już takie przytulaśne, choć z moich obserwacjo wynika, że belgijskie i tak  bardziej niż polskie. Wydaje mi się, że Belgowie więcej się przytulają i całują, do czego zresztą na początku nie mogłam się przyzwyczaić. Teraz jednak nie dziwi mnie wcale, że np przychodząc na zebranie Rady Rodziców obchodzisz stół posiedzeń w koło i dajesz pyska każdemu po kolei. Facet facetowi raczej podaje tylko dłoń, ale z kobitką już musi całusy wymienić, a babki to już wszystkie i wszędzie się cmokają, jak tylko ciut lepiej się znają lub spotykają się np na jednym przyjęciu lub przy jednym stole. Miły zwyczaj więc idzie się przyzwyczaić :-) Całuje się też na pożegnanie, ale na szczęście nie przy każdej okazji.

Dziewczyny moje jakoś specjalne całuśne nie są, ale zawsze przytulają się z kumpelami na powitanie i pożegnanie. Od czasu do czasu czują potrzebę knufelania z mamą, na przykład podczas smutnych i depresyjnych  albo nerwowych momentów, ale czasem też spontanicznie bez powodu przychodzą i się przytulają, tylko że... hm... to staje się coraz zabawniejsze... bo gdy podchodzi do ciebie dzieciątko, które bez stawania na palcach i zadzierania głowy patrzy ci w oczy, masz ochotę zapytać - Ej ty, duża, co zrobiłaś z moją małą córeczką? Gdzie jest ten słodki dzidziuś, którego urodziłam niedawno?! Czy 14 lat temu to dawno...? 

Jeszcze nie dawno turlały się w liściach...
Jeszcze nie dawno były wielkości kwiatka...

 Jeszcze nie dawno chodziły z drabiną na jagody i myślały, że w lesie można znaleźć domek z piernika...

Jeszcze nie dawno udawały królewny...

A dziś Młoda  staje obok mnie na palcach i mówi - przerosłam mamę haha! Faktycznie, niewiele jej brakuje, badyl jeden. 

A dziś patrzę na nie i nie mogą uwierzyć, że mam już takie duże dzieci. Pamiętam jak, jeszcze w Polsce będąc, rozmawiałyśmy pierwszy raz o dojrzewaniu, jakie to było dla nich śmieszne i kosmiczne, gdy pytały do czego są podpaski i nie bardzo chciały wierzyć, że kiedyś będą takich dziwnych pieluch używać. Z twarzyczek dało się wyczytać mniej więcej - Oj matka, co ty chromolisz, to będzie za jakieś sto lat dopiero...
Sama zresztą się zastanawiałam, czy to nie za wcześnie te tematy, bo przecież to jeszcze małe głupiutkie dzieci, które oglądają kucyki pony i marzą o lalce lalaloopsy i co ich obchodzi, że dorosłe kobiety mają jakiś okres czy że noszą biustonosze... A jednak nigdy nie wiemy, kiedy nie jest ten właściwy czas. Dziś dzieci dorastają o wiele szybciej. Zdarza się, że ośmiolatki mają już okres, więc chyba lepiej żeby były przygotowane... Tak myślę.
Pamiętam jak się swego czasu  przyglądały jak depiluję nogi i pytały po co tak robię, i czy one też tak kiedyś będą mogły robić? Przezabawne wtedy mi się wydawało to pytanie. Oj dzieci, dzieci, pomyślałam...
Tymczasem nie minęło wiele czasu i padło pytanie, czy mogą użyć mojego depilatora i czy to bardzo boli... Po uzyskaniu zgody i instrukcji wychichrały się przez pół godziny w łazience wyzywając drugą od cykorów i tchórzy, ale żadna się nie odważyła na tę próbę dorosłości. Dopiero po przespaniu się z problemem w końcu wydepilowały sobie nogi, po czym oczywiście przyszły się pochwalić, zdradzając, że posłuchały rady z głośną muzyką w słuchawkach i że faktycznie prawie nie boli. To ci panny. Odważne jednak są albo zdesperowane. 
Być może komuś wydaje się dziwne, że jedenastolatka depiluje sobie nogi, ale ja uważam, że jak nie jest za młoda na używanie podpasek, to czemu ma być za młoda na depilowanie nóg i golenie pach? Nie moja to wina, że dzieci dziś tak szybko dorastają. Moje małe dziewczynki są już kobietami od jakiegoś czasu i muszą się męczyć z wszystkimi negatywnymi stronami tego stanu rzeczy, jak noszenie biustonoszy, zakaz chodzenia na basen przez tydzień, pamiętanie o zapasie podpasek i tabletek przeciwbólowych w tornistrze, a w końcu golenie pach, czy depilowanie nóg. To wszystko na początku wydaje się fajne, bo to krok w dorosłość. Jest radość i duma, ale bardzo szybko się zauważa jak to wszystko utrudnia człowiekowi życie i już nie jest taki uradowany. Weź się pokaż w szkole z włochatymi pachami. Obciach do kwadratu no i większa szansa, że dezodorant nie spełni swojej roli i człowiek po wuefie będzie się czuł... i inni też będą czuć.

I tak mija dzień za dniem, rok za rokiem. Dopiero nosiłam moje maleństwa w brzuchu, dopiero prowadziłam za rączkę do po raz pierwszy do przedszkola, czuwałam nocami przy łóżkach, gdy chorowały, a już wyrosły mi panny, a i najmłodszy kawaler już dawno przestał nosić pampersy. Życie jest cudem. To wszystko jest piękne i niesamowite.

Mamy za sobą wiele problemów i trudnych momentów, które udało nam się wspólnie pokonać. Przed nami czekają kolejne trudności, problemy, wyzwania.
Wychowywanie dzieci to trudne zadanie. Nikt jak dotąd nie opracował jedynej i słusznej instrukcji obsługi dziecka. Są różne porady, wskazówki i zalecenia, które jednak nawet jak sprawdzą się w przypadku jednego osobnika, z drugim nie będą mieć nic wspólnego i tylko mogły by mu oraz rodzicom zaszkodzić. Każdy rodzic musi sam sobie radzić, bo każdy żyje w innych warunkach i inne ma priorytety oraz sposoby na życie. 
Ja podglądam czasem innych, wysłuchuję różnych rad i pouczeń, jednak przede wszystkim słucham swojej intuicji, którą wspomagam posiadaną wiedzą o świecie, psychologii, pedagogice, medycynie i własnymi doświadczeniami życiowymi. Popełniłam wiele błędów w wychowaniu - o jednych wiem, o innych pewnie dowiem się za jakiś czas, może nawet dzieci mi je wytkną. Jednak na dzień dzisiejszy jestem bardzo zadowolona z efektów. Zwłaszcza jeśli spojrzę wstecz i wspomnę wszystko co nas spotkało w życiu i jak udało nam się w końcu z tego wydostać. Jestem dumna z moich córek, bo nie miały łatwo i wiele przeżyły już w swoim młodziutkim życiu. Było biednie, było zimno, było pod górę, był stres, depresja, awantury, choroby... Był ojciec pijak, był rozwód, był nowy tata, był ślub,  były szpitale, kroplówki, byli komornicy i windykatorzy, były łzy, strach i bieda, były trzy nagłe przeprowadzki, były zmiany szkół, była emigracja... Było wiele dobrych rzeczy ale też wiele złych. Tu wszystko powoli się unormowało, uspokoiło, wychodzimy na swoje, wracamy do żywych, tu żyjemy normalnie, po ludzku, w szczęściu i spokoju, ale to co się przeżyło i co się widziało pozostanie na długo w nas i naszych dzieciach. Pewnych rzeczy nigdy się nie zapomni i będą tkwić w nas jak cierń i urażać co jakiś czas. Mam bardzo dzielne dzieci, cierpliwe i wytrwałe. Dziewczyny chodzą teraz do piątej szkoły w swoim życiu. Nie jest im łatwo i jeszcze wiele ciężkiej pracy przed nimi.

Mi też nie jest łatwo, czasem nawet mam dość. Myślę, że już więcej nie dam rady walczyć. Idę pod tą górę i idę, wspinam się, ślizgam, spoglądam wstecz i widzę, że daleka droga już za mną, nawet zaczynam się cieszyć, ale potem spoglądam w górę i widzę, że końca tej cholernej drogi pod górę nie widać. Nie wiadomo więc, co tak na prawdę czeka mnie tam na końcu, czy się opłaca tak trudzić, nie wiadomo nawet czy kiedykolwiek tam dotrę. Staram się nie wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość, ale czasem przeraża mnie nawet wizja najbliższych miesięcy albo tygodni. Najtrudniej jest, gdy myślę o bieżących problemach moich dzieci, o ich przyszłości w tych niepewnych czasach. Ciągle muszę podejmować jakieś trudne decyzje na ich temat, które mogą płynąć na ich przyszłość a ja nie wiem dziś, jaki będzie skutek takiej a nie innej decyzji. Do tego patrzy się nam obcym cały czas na ręce i przygląda się uważnie naszym dzieciom, bo są obce i my jesteśmy obcy i nie wiadomo, czego się można po nas spodziewać i czy aby na pewno z nami jest wszystko w porządku, bo może my jesteśmy złymi ludźmi, którzy nie dbają należycie o swoje dzieci... 
A tu weźmie głuptas jeden z braku pomysłu i adekwatnego słownictwa napisze  w zadaniu, że nie odżywia się zdrowo, bo nie mamy na to pieniędzy i już się pytają nas, czy to prawda, bo "może to wołanie dziecka o pomoc". I weź się tłumacz potem jak głupi. 
I znowu musiałam kazanie do młodzieży wygłosić i to niezbyt poprawne politycznie. Najpierw omówiłyśmy po raz kolejny, ale tym bardziej dokładnie co to kurde znaczy "zdrowo się odżywiać" i że to wcale nie jest jednoznaczne z kupowaniem drogiej ekologicznej żywności i przyrządzaniem wymyślnych potraw. Na nasze potrzeby wystarczy jeść normalnie śniadanie, obiad i kolację składające się z różnych rzeczy, jeść owoce i warzywa, nie żreć po nocach, nie jeść chipsów i żelków zamiast obiadu i cała filozofia. Nakazałam 10 razy się następnym razem zastanowić, zanim kolejnym razem jakąś mądrą wypowiedzią zabłysną, bo przez takie głupie teksty mogą nam jeszcze jakąś opiekę społeczną na głowę ściągnąć. Dla nich czy dla mnie to tylko głupie zadanie, a nauczyciel przez to śmieszne zadanie zbiera se informacje na temat danej rodziny, kurza twarz. A my jesteśmy obcy i trzeba uważać, co się mówi i pisze, bo tam już nie są u siebie na wsi, gdzie wszyscy nas znają. Miastowym to nie wiadomo, co do łba strzeli. Powtórzyłam, że w zadaniach domowych nie muszą się też tak bardzo trzymać prawdy, że czasem lepiej jest trochę naściemniać, bo na tym można lepiej wyjść niż na prawdzie. Cóż, takie jest życie, a one  mają jakiegoś fioła na punkcie faktów w zadaniach domowych. Z moich czasów pamiętam, że zawsze się cyganiło w takich tematach jak "o której chodzisz spać?", "ile książek przeczytałeś ostatnio?" "czy odżywiasz się zdrowo?". No kto normalny się chwalił nauczycielowi, że chodzi spać o północy, że nie czyta nic albo 3 razy dziennie je kromki z musztardą. To przecież by na drugi dzień starego do szkoły wezwali a człowiek by dostał lanie potem. Ale kto powiedział, że rodzicem być jest łatwo? Dzieckiem też nie radocha.

Dziś młodzież zażyczyła sobie tort bezowy. No więc co zrobić? Pojechałam do sklepu, kupiłam truskawy i mascarpone. Przedtem upiekłam bezowe spody, które muszę długo stać w piekarniku. Więc teraz idę mieszać ten krem i przekładać. Jutro będziemy sobie osładzać dzień. Czymś trzeba zabijać jesienną depresję i gromadzić kalorie potrzebne do walki z codziennymi problemami.
beza do tortu czekająca w piekarniku :-)

truskawy
 Wcześniej piekłam jesienne crumble z gruszkami, jabłkami, bananami i orzechami :-) Też było dobre!





24 września 2016

Dlaczego warto zapisać się do Rady Rodziców w szkole własnego dziecka?

Młody dobrodusznie podzielił się z rodziną wirusem i wczoraj wszyscy czuliśmy się fatalnie
Ja miałam wolne od doktora na opiekę nad dzieckiem tzw familiaal verlof  więc tyle dobrze, bo mimo iż nie miałam typowych objawów żołądkowych, to czułam się jakby mi poszczególne części ciała miały odpaść lada moment a. Podobnie miała Najstarsza, zaś Młoda i M mieli to samo co Młody, czyli wersja hard. Dziewczyny jak rano zaległy na kanapie w salonie przed telewizorem, tak leżały do południa jak z diabła skóry. Chwilę spały, chwilę podglądały na bajki - jak Młody jest w pobliżu nie wolno zmieniać kanału na inne niż nick jr lub disney junior. M niestety poszedł do pracy i po powrocie oświadczył, że był to najdłuższy dzień w pracy w ostatnich latach, choć miał niby tyle samo godzin co zwykle.

Ja rano myślałam, że jestem po prostu niewyspana, gdyż spałam krócej niż zwykle. Więc po śniadaniu i wypiciu mocnej kawy postanowiłam umyć okna na piętrze, żeby się rozruszać i obudzić. Nie pomogło jednak, więc doszłam do wniosku, że powód złego samopoczucia musi być inny. Potem już było tylko gorzej, no to wzięłam przykład z młodzieży i położyłam się. 

Przy Młodym jednak się człowiek nie należy... nalać soczku, mleka, wody, zrobić kanapkę, płatki, włączyć bajkę na "jub-jub" (You Tube), podetrzeć zadek, zagrać w memory, w Grzybobranie (ulubiona planszówka), przeczytać książkę, przytulić, i tak w koło Macieju - co się położysz, to wstajesz. Trzeba było też ugotować jakąś pomidorówkę, bo nic innego niż zupa i tak by nikt raczej nie wcisnął w siebie w takich okolicznościach. 

Ale z tą zupą to dałam wczoraj czadu... 
Byłam od rana w domu, więc ugotowałam wcześnie, żeby zupa postała i nabrała smaku. Gdy tata wrócił z pracy,  zawołałam gromadę, Młody rozłożył ładnie łyżki, ja wzięłam miski i zabieram się do nalewania, a wtedy mnie olśniło, że zapomniałam o ugotowaniu  makaronu. Gesslerowej by się chyba kudły wyprostowały, gdyby o tym usłyszała (spoko, możecie jej powiedzieć). Tak więc umierająca z głodu rodzina siedziała przy pustym stole i czekała, aż się makaron ugotuje. 

Choć chyba wiem, skąd mi się to jawne zaniedbanie wzięło. Mam podejrzenie, że czytanie jednak wcale nie jest takim dobrem, za jakie się je powszechnie uważa. Powoduje np bezsenność (czytam czasem do 3 w nocy i nie chce mi się spać), stres i szybkie wpadanie w złość (gdy czytam, a ktoś mi przeszkadza albo muszę wysiadać z pociągu),  czy w końcu sklerozę lub amnezję (patrz wyżej). Jakiś czas miałam spokój z tymi problemami, bo utknęłam na jednej lekturze na długi czas. Z racji przebywania w kraju wielokulturowy i ostatnich wydarzeń na świecie zaczęłam się bliżej przyglądać islamowi, by się spróbować dowiedzieć czy jest jakiś specjalny powód, dla którego nagle ludziom na całym świecie zaczęło odwalać na punkcie religii i przekonań. Trafiłam na książkę Rezy Aslana pt "Nie ma Boga prócz Allaha". Autor bardzo fachowo i dokładnie opisuje w niej świat islamu, od samych początków do teraźniejszości. Jednak dla początkującego w tym temacie książka jest dosyć trudna, nie ogarniam bowiem podstawowej terminologii i czasem muszę chwilę myśleć, zanim zrozumiem wszystko tak jak należy. Dlatego opornie mi szło czytanie. Chyba ze 2 miesiące czytałam po kilkanaście stron i w końcu doszłam do wniosku, że jestem zmęczona tą tematyką i pora zrobić sobie przerwę i poczytać coś przyjemnego niewymagającego myślenia. Gdybym wczoraj jednak postanowiła kontynuować tamtą lekturę, makaron byłby ugotowany. Kontynuację Millenium jednak czytało się równie dobrze, jak samą trylogię, no i  wczoraj  pochłonęłam przed wieczorem całą, tylko z uszczerbkiem dla obiadu. Wniosek: czytanie szkodzi!

Wieczorem miałam międzynarodowe spotkanie, czyli z koleżankami z kursu niderlandzkiego, ale niestety musiałam je powiadomić, że muszą się obejść bez mojej jakże ważnej persony. Pisały na fejsie, że było miło. Ale może jeszcze będzie okazja się spotkać za jakiś czas. Mam przynajmniej taką nadzieję, bo nasza fajna grupa rozeszła się w różne strony i na kursie raczej się już nie spotkamy.

Byłam za to na pierwszym zebraniu rady rodziców i już wiem, że to dobry pomysł był. Bez wątpienia dowiem się dzięki temu wielu ciekawych rzeczy zarówno o szkole jak i samej wsi. Tutejsze zebrania komitetu rodzicielskiego wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie należałam do komitetów w obydwu szkołach, do których chodziły moje dziewczyny. Nie ukrywam, że te tutejsze już o wiele bardziej mi się podobają. Oczywiście mówię o szkole w naszej wsi; nie mam pojęcia czy w całej Flandrii jest podobnie, ale całkiem możliwe. Po raz kolejny przekonuję się, że Belgowie bardzo lubią się bawić, śmiać i imprezować, przy czym mają niebagatelne poczucie humoru. Z tego co mówią w sieci szanowni rodacy, można zupełnie odmienne wnioski wysnuć, ale ja chyba wiem, co widzę, a zapewniam was, że patrzę bardzo uważnie, bo ciekawska jestem.

Zebrania rady rodziców kojarzą mi się z Polski ze spoglądaniem co 5 minut na zegarek i próbami stania się niewidzialnym. Jak nie, jak tak. Pamiętam, że nikt (poza mną i paroma innymi dziwnymi ludźmi) nie chciał być w komitecie, bo nie daj Bóg karzą mu coś zrobić albo za coś odpowiadać i korona mu ze łba spadnie. Tymczasem trzeba było musowo po 3 rodziców z każdej klasy wytypować. Dlatego na pierwszą wywiadówkę przychodziło 10 rodziców na 35 dzieci w klasie, bo dorośli są niesamowicie odpowiedzialni hehe ....a i tak trzeba było kogoś wybrać. Belgijscy rodzice chyba mają podobnie i też raczej nie pchają się drzwiami i oknami. Tylko, że tutaj nie ma zasady, że z każdej klasy musi ktoś być, zgłasza się ten, kto na prawdę chce coś robić. W wielu przypadkach na pewno po bezpośredniej propozycji od kogoś, kto już należy. Na zebraniach w Polsce (tych na których byłam) była bardzo sztywna atmosfera, każdy patrzył, by dyrektor i przewodniczący powiedzieli co mają do powiedzenia i  żeby jak najprędzej się stamtąd wydostać. Gdy pytano kto zajął by się tym, czy tamtym, każdy miał jakieś usprawiedliwienie, żeby tego nie robić. 
Tu mamy całkiem inną atmosferę, zdecydowanie bardziej swojską i luzacką, mimo że omawiane są poważne sprawy i poważne - moim zdaniem - sumy. Znaczy poważne sprawy i finanse omawiane są w pierwszej części zebrania, co nie zmienia faktu, że cały czas jest sporo chichów i dowcipkowania - no serio, nie ma rzeczy, z której się nie można pośmiać. Po prostu moje klimaty :-) Jak już wszystkie ważne sprawy zostaną omówione, zaczynają się ploty, które czasem ponoć kończą się nad ranem. 
Tym razem impreza skończyła się o północy i odbyła się przy bąbelkach. A mówią, że to Polacy dużo alkoholu piją hehe. Ja myślę jednak, że Belgowie piją często, ale z umiarem, a Polacy i często, i bez umiaru - to jest różnica, zwana kulturą picia, ale to inny temat.
Takie spotkania dla mnie są po pierwsze okazją do ćwiczenia języka (gdy kilka ludzi nawija jednocześnie mój mózg musi się nieźle nagimnastykować, żeby chociaż część z tego zrozumieć), a po drugie świetnym sposobem na dokładniejsze poznanie szkoły jak i wsi, czyli coraz lepszą integrację ze środowiskiem, w którym zamierzam żyć przez najbliższe lata. Na tym zebraniu dowiedziałam się wielu nowych rzeczy o naszej szkole, o których raczej z listów do rodziców ani z obserwacji bym się nie dowiedziała. Od środka zazwyczaj rzeczy wyglądają trochę inaczej, niż z zewnątrz. Wiem już, które imprezy organizują i w jakich uczestniczą rodzice, i jak się to tutaj robi. Zamierzam w nich brać aktywnie udział, bo lubię robić takie rzeczy. Czekam też na kolejne zebranie, które już w październiku. 
A wy myśleliście, żeby zapisać się do Komitetu Rodzicielskiego w szkole waszego dziecka? Może czasem warto dać coś od siebie, zrobić dla swojego dziecka i dla innych? Patrzenie z boku,  snucie domysłów, czy tym bardziej narzekanie i krytykowanie działania innych to wszak żadna sztuka, a do tego bez wątpienia skuteczny sposób na zniechęcenie innych do robienia czegokolwiek. 

21 września 2016

Po co nastolatki chodzą do lasu?

paluszki i cola
Moje przeziębienie powoli przechodzi, za to Młody przyniósł ze szkoły grypę żołądkową. Dziś rano już nie czuł się za dobrze, ale mając nadzieję, że to zwykła niestrawność, posłałam go do szkoły, wszak środa, więc tylko pół dnia są zajęcia. Jednak gdy przyszłam po niego w południe był blady jak dupa anioła i pani powiedziała, że skarżył się na ból brzucha w szkole.
Po powrocie do domu napisałam do męża, by wstąpił do sklepu po pracy i zrobił zapas coli i paluszków. Wszak wiadomo, że to jedyne słuszne lekarstwo na tą niewdzięczną chorobę u dzieci i nie tylko dzieci. 
Młody biega do kibla, nie zawsze zdąży, więc trzeba myć i przebierać.  Kilka razy na minutę trzeba też przytulać i całować, i mówić jaki jest kochany. W końcu rozłożyła go gorączka i przysnął chwilę.
Niech odpoczywa.

Siostrzyczki wróciły ze szkoły i trzymają się z daleka, bo chyba nie chcą się zarazić. 
Poza tym mają lekcje do odrobienia no i inne swoje sprawy. Chyba powoli zaczynają się docierać ze sobą i z czasem. Pierwsze dni wspólne w szkole były dosyć awanturnicze. Rano Młoda poganiała Najstarszą, potem Najstarsza skarżyła na Młodą, że ciągle się na nią drze, ciągle narzeka i biadoli, że nie idzie normalnie wytrzymać z tą wariatką. W pewnym momencie padło też określenie, że zachowuje się jak totalna debilka i tylko oborę robi. Najstarsza z rocznym doświadczeniem w szkole średniej doskonale orientuje się jak należy się zachowywać i co kiedy mówić, żeby wyjść na swoje, zaś to młode nieopierzone próbuje purcować za bardzo, co niekoniecznie wychodzi na dobre. Na przykład gdy człowiek się spóźni do szkoły, wystarczy powiedzieć, że autobus nie jechał albo się spóźnił bez wdawania się w szczegóły, że się za późno wyszło z domu, po czym wybrało przystanek na który autobus nie zawsze przyjeżdża. Młoda to właśnie zrobiła, do tego zaczęła zwalać winę na siostrę i plątać się w zeznaniach. Efekt taki, że na drugi dzień miały się stawić w sekretariacie o ósmej. Taka nowa zasada panuje w tym roku - o czym dowiedziałam się na zebraniu rodziców - gdy uczeń zostanie przyłapany na spóźnianiu albo np w niewłaściwym stroju (typu podarte portki lub za krótka spódnica), na drugi dzień ma się stawić w sekretariacie o ósmej, by pokazać że przyjął do wiadomości upomnienie. Gdy się nie stawi w ciągu 3 dni (codziennie są upomnienia) dostaje wezwanie na rozmowę z dyrektorem. Dodam tu, że  lekcja zaczyna się o 8.30, przy czym brama zamykana jest o 8.25 przeto ona ósmą nikt bez potrzeby do szkoły nie przychodzi ;-)

Były też sytuacje, że Młoda zaczęła się popisywać przed koleżankami i wyganiać siostrę albo umawiała się z nią w konkretnym miejscu po lekcjach, po czym "zapominała" o tym i szła samopas do sklepu, a tamta szukała jej po całej szkole i okolicy.  Po czym Najstarsza obrażała się (słusznie zresztą) i wracała do domu sama, narażając młodszą na błądzenie w drodze powrotnej. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim opowiem, ale wygłosiłam kilka kazań, wysłuchałam kilku mniej lub bardziej jasnych i sensownych usprawiedliwień. Dziewczyny przedyskutowały sprawę, przemyślały na spokojnie i chyba doszło do zawieszenia broni, bo w tym tygodniu razem wychodzą i razem wracają i to bez awantur, czy skarg. Da się? Da, tylko trzeba trochę dobrej woli i pomyślunku, no i czasu. 

Myślę jednak, że to też kwestia stresu. Przyznam, że nawet nie podejrzewałam, że Młoda tak przeżyje tę szkołę średnią. Nie zastanawiałam się nad tym, aż do dnia, gdy poprosiła mnie o pomoc w zadaniu z niderlandzkiego, bo nie wiedziała jak się zabrać za przygotowywanie do wypowiedzi ustnej według podanego w książce schematu. Poszam więc do ich pokoju, usiadłam na dywanie... 

Tak, na dywanie i nie dlatego, że nie mamy krzeseł, bo w ich pokoju jest ich kilka, są też dwa biurka, ale na dywanie przecież zawsze najwygodniej. Ja chyba nigdy za szkolnych czasów nie odrabiałam lekcji przy biurku, choć też takowe posiadałam. Na podłodze jest miejsce by rozłożyć wszystkie potrzebne materiały, nic nie spada na glebę, można siedzieć po turecku albo leżeć, gdy tak jest wygodniej. Można też pracować w grupie, jak to często jest w naszym przypadku. Mądrole mówią, że tylko przy biurku można siedzieć prawidłowo, by się kręgosłup nie krzywił i takie tam sratytaty. Ja uważam, że jak człowiek nie poświęci wystarczającej ilości czasu na ruch to nawet najergonomiczniejsze sprzęty i postawy mu nie pomogą, a jak ma wystarczająco dużo ruchu to odrabianie lekcji na leżąco też mu nie zaszkodzi. 

Wracając do zadania... Po przeczytaniu poleceń zaczęłam tłumaczyć jak się trzeba zabrać za jego wykonanie i że wcale nie jest takie trudne, na jakie wygląda. Dla mnie tylko ze względów technicznych, że tak powiem. Ja mogłam powiedzieć po polsku, co można napisać i jak to rozplanować, jednak wiem, że ona z językiem niderlandzkim sobie poradzi w tym wypadku bez większych problemów. Jednak ta uparcie zaczęła twierdzić, że "nie umie" i "nie da rady tego zrobić" i w ogóle totalny brak wiary w siebie i swoje możliwości. A myślałam, że Najstarszej jest trudno. Uff! Kazała mi "iść do swoich zajęć, bo szkoda mojego czasu", ale nie poszłam tylko siedziałam i czekałam, aż się namyśli. Jestem uparta i cierpliwa, jak mi się nigdzie nie śpieszy. Młoda leżała na łóżku ze słuchawkami na uszach, ale słyszała wszytko o czym gadam z Najstarszą, aż w końcu włączyła się do rozmowy i zaczęłyśmy rozmawiać o samopoczuciu, oczekiwaniach i możliwościach. W końcu Młoda rzekła co następuje: "przecież ja już powinnam być przyzwyczajona do zmiany szkół, wszak to już moja piąta szkoła, a wcale nie jestem, to bez sensu". I tu jest pies pogrzebany. Zrozumiałam, że większość problemów, w tym awantur i fochów to reakcja na stres wynikający ze zmiany szkoły. Wychowawczyni na zebraniu rodziców też o tym mówiła i kazała wspierać dzieci i motywować, i dodawać otuchy, bo to trudny okres dla każdego dziecka, o czym jednak my starzy czasem zapominamy zajęci rutynowymi zajęciami dnia powszedniego.


Rozmowa chyba trochę pomogła, bo zadanie zostało odrobione. Po czym nazajutrz się okazało, że to na za tydzień było haha, ale to i lepiej. Poza tym Młoda zaczęła korzystać ze swojej wypróbowanej metody na stres, o której chyba ostatnio zapomniała. Chodzi do lasu i siedzi tam do wieczora, by patrząc na zieleń i oddychając świeżym powietrzem reperować zaporę antystresową. Wczoraj namawiała do tego też siostrę, ale dziś coś nie bogato się czuje i pewnie odpuściła wycieczkę. 

19 września 2016

Belgijskie UFO, czyli Flying Festival w Brasschaat.

Wampiry z całej wsi się zaczęły wyprowadzać gdym ja wiedźma zaczęła przygotowywać moją ulubioną miksturę antyprzeziębieniową... 3 cytryny, pół szklanki miodu, i główka czosnku. Pychota. 

W całej okolicy śmierdziało czosnkiem, mój małżonek oraz potomstwo też rozważało wyprowadzkę. Mówcie co chcecie, ale czosnek śmierdzi, nawet jak już zamknięty w słoiku.
Kto wpadł na to żeby takie coś cuchnące jeść?
Nie wiem, czy ten syrop pomaga, ale na pewno nie szkodzi, bo już dużo razy robiłam i ciągle żyję.  Jak postoi z dzień w lodówce smakuje całkiem nieźle, choć trochę szczypie w język.
W poniedziałek ledwie bolało mnie gardło, potem odpadała mi kichawa od smarkania, a w końcu doszedł kaszel. Czyżby jesień już? Tak to jest jak się chłodne i mgliste wrześniowe poranki jeździ w podkoszulku a potem zaś w południowy skwar wypija duszkiem flaszkę lodowatej wody zaraz po zejściu z roweru. Wątpię aby ten syrop na głupotę pomógł.

W weekend jednak

9 września 2016

Post z moimi kwiatkami choć nie o kwiatach bynajmniej.

Jak widać, wróciłam do prostszego szablonu bloga. Tzw "dynamiczny" jest do du..szy. Nic tam nie działa jak należy, wiesza się.... no ale może to trzeba się na tym znać, zaś moja znajomość HTMLu jest mniej niż słaba. Ba, chwilami mam problemy z opanowaniem niektórych funkcji bloga. No cóż - nie te lata. Nie mam dziś czasu na poznawanie tajników informatyki i nadążanie za nowinkami, jak to drzewiej bywało. Matki nie mają czasu na takie rzeczy, no chyba, że pracują akurat przy komputerze... No, ja czasem pracuję - ścieram kurz z klawiatur i czyszczę monitory hehe. Ten szablon spełnia moje oczekiwania w każdym bądź razie, a ludzie niech mówią, co chcą :-) 

mój ogródek
Pierwszy tydzień roku szkolnego ma się ku końcowi. Co możemy powiedzieć? Dziki szoł. Ciągle się wdrażamy i pewnie jeszcze chwile to potrwa, zanim wszystko wskoczy we właściwe tryby i przestanie zgrzytać.

Ku mojej wielkiej radości okazało się,

2 września 2016

Dom na obczyźnie. Belgia mój stary dom. Wywiad

Od bardzo dawna nie dopuściłam nikogo innego do głosu na moim blogu. Już pewnie nawet zapomnieliście, że coś takiego miało miejsce. Jeśli chcielibyście sobie przypomnieć, z kim rozmawiałam wcześniej, to u góry macie do wyboru kilka zakładek, w tym coś takiego jak ROZMOWY. Jeden klik i możecie sobie przeczytać wszystkie wywiady.Dziś przedstawiam wam kolejną  znajomą rodaczkę, która zechciała podzielić się ze mną i z wami swoimi spostrzeżeniami i odczuciami na temat  życia codziennego w Belgii. Dziś mieszka i pracuje w samym jej sercu... Ale nie ma co tu dłużej bez potrzeby klepać w klawiaturę. Oddaję głos... to jest klawiaturę naszemu gościowi.


Magda: Witam na moim blogu. Może opowiesz w 2 zdaniach o sobie?

Ania: Nazywam się Ania i mieszkam w Belgii od 17-stu lat. Pochodzę z pięknej turystycznej miejscowości w województwie Zachodniopomorskim.

M: Czy emigracja to była chęć przeżycia przygody, konieczność, a może zupełny przypadek?

A: Belgia to zupełny przypadek, moja kuzynka tu była przede mną przez rok na tzw "stałce". Opiekunka do dzieci mieszkająca z rodziną w tym samym domu, zapłata to dach nad głową, jedzenie, nauka języka i "kieszonkowe", które wtedy było w wysokości 12000 franków belgijskich, czyli ok 300 euro na miesiąc – fortuna w tamtych czasach, zwłaszcza dla 19latki. Ale do rzeczy. Kuzynka po roku pobytu zjeżdżała do Polski do męża i szukała kogoś na swoje miejsce. Na początku bardziej pytała, czy nie znam kogoś, a ja bez wahania stwierdziłam, że ja chcę! Byłam świeżo po maturze i stwierdziłam, że fajnie zrobić sobie taki rok przerwy i w dodatku nauczyć się języka, poznać nowy kraj! Nigdy dotąd nie byłam w innym kraju, pachniało mi to wszystko przygodą i zupełnie nowym życiem.


Ania ze swoimi podopiecznymi

M: Wyjechałaś w czasie, gdy to było trudniejsze niż dziś. Jak to wtedy wyglądało, jak się załatwiało taki wyjazd? Potrzebne były znajomości czy jakaś wiedza specjalna? Opowiedz trochę na temat swojego wyjazdu. Było to dawno, ale może coś szczególnego zapamiętałaś. Jakieś przygody, hece, emocje?

A: W moim przypadku