21 stycznia 2022

Kto mi będzie dawał zastrzyki?


Cały ten tydzień siedziałam w domu opanowana przez ciężką chorobę zwaną niechcemisizmem. NIC MI SIĘ NIE CHCE.

Pogoda zimowa jest beznadziejna! 

Zimno jak cholera. Deszcz ze śniegiem na zmiany z pięciominutowym słońcem. I to, zdaje się, jest główny powód. Tęsknię za słońcem. Marzę o cieple, upale… Męczy mnie zimno i kiepska pogoda.

W tym tygodniu miałam cztery rzeczy do załatwienia. Po pierwsze odwiedzić po raz ostatni przed chemioterapią  klinikę piersi. Po wtóre załatwić se transport ze szpitala na przyszły tydzień, po trzecie wypowiedzenie prenumeraty gazety i w końcu załatwienie pielęgniarki, która przyjdzie do domu mi dać zastrzyk po chemii.

Pierwsze było najłatwiejsze. Pojechałam skuterem do miasta. Pielęgniarka wyjęła ostatnie zszywki i po raz ostatni przykleiła plastry. Wróciłam do domu. Od wtorku nie mam już plastrów. Rana ładnie zagojona. Sznita na pół klaty na pamiątkę. Taśmę jeszcze noszę, ale nie cały czas. Powiedzieli, że mam zakładać, jeśli czuję, że jest potrzebna,czyli np  na motor czy jak coś robię. 

Drugie też nie trudne. Poszłam do sąsiadów, gdzie przy kieliszku antwerpskiego likieru poplotkowaliśmy zdrowo i obgadaliśmy wszystkie interesy. Wywiedziałam się też o pielęgniarki i zaklepałam taksówkę. 

Zrezygnowanie z prenumeraty we Flandrii okazuje  się być tak samo upierdliwe jak zrezygnowanie z czegokolwiek w Polsce. Identyko! Zamówić możesz dwoma kliknięciami, ale żeby zrezygnować to już trzeba dzwonić. Żeby tam jeszcze raz. Gdzie tam. Najpierw wysłuchujesz automatu i wybierasz odpowiednie działy, a potem czekasz na połączenie z konsultantem. Do usranej śmierci, bo wszyscy zawsze są zajęci. W końcu cię rozłącza i możesz zaczynać procedurę od nowa. Jeżu kolczasty. W końcu jednak mi się udało i dalej już łatwe. Wystarczyło podać nr klienta i potwierdzić dane. Na szczęście tu nie są tacy nachalni jak w Polsce, by przekonywać cię do dalszego korzystania czy namawiać do powrotu za jakiś czas. Zapytali tylko o powód, a tu jedno słowo starczyło. Za miesiąc zakończy się moja prenumerata. Uff. 

Kwestia zastrzyku to dla mnie całkiem nowa acz ciekawa sprawa. 

Jak zamawia się pielęgniarkę? 

Okazuje się, że we Flandrii można zamówić darmową pielęgniarkę do domu od swojego ubezpieczyciela (kasy chorych). Można zadzwonić pod specjalny numer albo wypełnić formularz online i ktoś się skontaktuje… Nienawidzę nigdzie telefonować i dla mnie każdy telefon to ogromny stres i dyskomfort psychiczny  (diabli wiedzą dlaczego, jednak już tak mam od zawsze, że nie znoszę rozmów telefonicznych nawet z dobrymi znajomymi). Jednak sprawa ważna, więc postanowiłam mimo wszystko zadzwonić. Ale to, panie, okazuje się być jeszcze gorsze od dzwonienia do redakcji gazety. Nie udało mi się dopchać do konsultanta mimo długiego czekania i ponawiania prób. No to poszłam do internetu i wypełniłam formularz. Trzeba było podać imię, nazwisko, e-mail, telefon i rijkregisternummer (odpowiednik PESEL). Było też miejsce na uwagi, zatem napisałam, że zaczynam chemię i na drugi dzień potrzebuję dostać zastrzyk. Po paru godzinach zadzwoniła pani i powiedziała, że pielęgniarka zjawi się rzeczonego dnia zaraz po południu. Czyli metoda online okazuje się prostsza. 

Jednym słowem zadania na ten tydzień zostały zrealizowane. 

A dziś zostałam opierdolona przez jakiegoś faceta! 

Gościu miał na oko jakieś 6 może 7 lat i był bardzo zirytowany i oburzony, że bezczelnie bez pytania ośmielam się parkować przed jego domem. Masakra poprostu. 

Czekam zawsze na Młodego (o ile wożę go skuterem a nie jedzie sam rowerem) gdzieś nie daleko szkoły przy drodze. Nie chcę stać na ulicy, bo czuję się niekomfortowo jak mnie auta objeżdżają. Wjeżdżam zwykle na chodnik i staję przed czyimś domem, tak by dziatwa mogła przejść a nawet hulajnogą czy rowerkiem przejechać chodnikiem. No i czasem mi się zdarza - tak jak dziś - że stoję z tym skuterem koło chodnika na czyimś prywatnym podjeździe. No i proszę państwa dziś podszedł do mnie ten wkurzony kurdupelek i stanowczym głosem oświadczył, że 

TO JEST JEGO DOM! 

I że on już kolejny raz widzi, że JA bezczelnie parkuję przed JEGO domem, a tak nie wolno! On se nie życzy, by ktoś parkował na JEGO podjeździe! I ON ma nadzieję, że TO było ostatni raz. Więcej ma mnie TU nie zobaczyć. Mam parkować skuter gdzie indziej!

JA PIERDOLĘ!!! KURWA! Szczęka mi opadła!

 i POCZUŁAM SIĘ NAPRAWDĘ OPIERDOLONA! 

OPIERDOLONA PRZEZ MAŁE GÓWNO KTÓRE BY MOGŁO BYĆ MOIM WNUCZKIEM (ale na szczęście kurwa nie jest i mam nadzieję, że nigdy TAKICH wnucząt mieć nie będę)

A Młody stał tuż obok z szeroko otwartymi oczami zawieszony w pół drogi do zakładania kasku i nie mógł wyjść ze zdziwienia. W końcu, jak już wsiadł na motor, mówi - JEZU, CO ZA DZIECIAK! ON JEST JAKIŚ NIENORMALNY CZY CO?!

Potem, gdy wróciliśmy do domu, Młody oświadczył, że dzieciak jest  chyba z tej milusiej klasy, z której te małe skurwysynki cały zeszły rok podskakiwały do Młodego i jego kolegów wyzywając od grubasów i głupków. O tym roczniku niepochlebnie wyrażała się też znajoma, której syn tam chodził, dopóki nie  przeniosła go do innej szkoły. 

Nie no serio, ja wiele rozumiem, że dziecko i w ogóle, ale to nie był jednak dwulatek tylko DRUGOKLASISTA, który już trochę ogłady i rozeznania, co szczylowi wypada a co nie, powinien według mnie posiadać. Przeto trochę mnie przeraża, gdy pomyślę, co z takich małych gnojków wyrośnie. Patrzcie, śpik ledwo od ziemi odrósł a już z ryjem do obcego starego. Uwierzcie, to nie było ani miłe, ani słodkie, ani sympatyczne. O „Dzień Dobry” , „przepraszam” to już nawet nie mówię. 

Nawet Młoda mówi ze zdziwieniem, że jeszcze za jej czasów podstawówkowych żaden pierwszak nie podskakiwał do szóstaków czy piątaków, bo by dostał kopa w rzyć i by się skończyło kozaczenie. O pyskowaniu do dorosłych nie mówiąc. A teraz te śpiki mają się za niewiadomoco i uważają, że wszystko im wolno (rodzice pewnie nie lepsi, bo z dupy się takie zachowania u tak małych dzieci nie biorą przecież)

Cieszę się, że Młody chodzi do klasy z miłymi, sympatycznymi, wesołymi  i mądrymi dziećmi a nie z bandą rozwydrzonych i źle wychowanych bachorów i że dzięki zmianie klasy został rozłączony z kolesiem,  któremu w trzeciej klasie też palemka zaczęła coraz bardziej odbijać…

Dumna jestem, gdy sąsiedzi i znajomi mi donoszą, że moje dzieci mówią im Dzień Dobry i że są zawsze miłe. 

Dumna jestem i zadowolona, że Młodego wszyscy lubią i chwalą, że zarówno Młody jak Młoda stają zawsze bez wahania w obronie słabszych, domagają się przestrzegania regulaminów i respektu dla zasad. Cieszę się, że otaczają się podobnymi ludźmi i że takich dobrych młodzików jest sporo, bo w takich młodych jest nadzieja, że ten świat całkiem się jeszcze nie skurwi.

W tym tygodniu obejrzeliśmy z Młodym świetny film w temacie przemocy i znęcania w szkole oraz samobójstwa.

Ja już oglądałam po raz drugi, bo Młoda też go swego czasu oglądała w szkole. 

„Spijt!” (Żałuję!). Taki jest tytuł.

Młody oglądał go z klasą na etyce, ale nie dokończyli, a on nie może czekać do następnego tygodnia. Film jest na Netflixie, ale tylko po niderlandzku (są angielskie napisy, jakby kogoś interesowało). 

Dobrze, że pokazują w szkole tego typu filmy. Niestety z doświadczenia wiemy, że to i tak nic nie zmienia. Na skurwieli taki film nie będzie miał żadnego większego wpływu. Zrozumieją i poczują go mocno takie dzieci jak moje i być może zareagują kiedyś znalazłszy się w podobnej sytuacji w punkcie obserwatora. Gdy jednak znajdą się w sytuacji ofiary to taki film w niczym im nie pomoże, a może nawet pogorszy ich sytuację, gdy przypomną sobie, jak kończą ofiary przemocy.

Obejrzeć z dzieckiem na pewno warto, by potem o tym porozmawiać, by przygotować dziecko na takie sytuacje i podpowiedzieć mu, co można zrobić wtedy. 

Podobny temat porusza też słynny horror „It”, który też już z Młodym oglądałam. Tyle, że ten trochę lepiej się kończy, bo ofiary zostają bohaterami. A że tam Clown parę dzieciaków zabija to szczegół ;-)

A wy oglądacie z dziećmi życiowe, mocne filmy, czy tylko niegroźne bzdury? 

Rozmawiacie o przemocy, znęcaniu i samobójstwach, czy udajecie, że waszych dzieci to nie dotyczy?

Pytam, bo wiecie, ja też długi czas uważałam, że moich dzieci to nie dotyczy. Kto mógłby chcieć skrzywdzić takie fajne, wesołe, przebojowe, miłe i inteligentne dzieci? Tak myślałam, dopóki Młoda nie uciekła z domu, dopóki nie zobaczyłam u niej ran na rękach, dopóki nie zaczęła pisać listów pożegnalnych i myśleć o zakończeniu beznadziejnego życia pod kołami pociągu. 

Teraz już wiem, że przemoc i zło może dotyczyć kazdego, nawet najbardziej niewinnego, słodkiego i wesołego człowieka w każdym wieku. 

Niestety skurwysyny są wszędzie i ofiarą może być każdy. Podkreślam KAŻDY! Tak, twoje dziecko też! Ale może byc ono też katem albo biernym obserwatorem, który nic nie zrobi, bo nie będzie wiedzieć co może zrobić, gdy go na to nie przygotujesz.

Pamiętajcie, że nawet ośmiolatki popełniają samobójstwa i na przemoc, zło czy chorobę nie trzeba mieć osiemnastu lat.





20 stycznia 2022

Gdzie co kupić w Belgii. Przewodnik dla nowicjuszy i nie tylko.

Ten wpis ma na celu uzmysłowienie niektórym rodakom, że w Belgii (mieszkam we Flandrii i piszę o Flandrii) spokojnie da się żyć bez polskiego sklepu w okolicy i że bez mała wszystko idzie kupić w lokalnym belgijskim supermarkecie. Nie zawsze są to te same produkty, które znamy z Polski, a ich tutejsze zamienniki. Wystarczy szukać, testować i kombinować. Zalecam jednak zacząć od nauki któregoś z tutejszych języków ;-)

Do napisania o tym (jak i wielu innych rzeczach) zmotywował mnie prezentowany publicznie przez pewną grupę rodaków brak wiedzy na temat kraju, w którym niektórzy z wyżej wspomnianych mieszkają od dobrych kilku lat i po tych kilku latach nadal po wszystko latają do polskiego sklepu albo nawet do Polski jeżdżą, bo twierdzą, że tutaj tego nie ma i jeszcze innych o tym przekonują w internetach. Co nie rzadko jest wierutną bzdurą. 

Pewnie, że są produkty typowo polskie, których próżno szukać w tutejszym sklepie, szczególnie gdy nie posiada on działu z zagranicznymi produktami (zakładam, że Polacy zdają sobie sprawę, iż dla Belga kiszone ogórki, kiełbasa krakowska czy wedlowskie ptasie mleczko to produkty zagraniczne, choć czasem miewam co do tej świadomości spore wątpliwości hehe). Jednakowoż takie rzeczy jak czysta woda, cukier czy mąka to, panie, wszędzie mają. Co nie zmienia faktu (wiem z rozmów ze sprzedawcami w polskich sklepach i przypadkowymi polskimi znajomymi), że niektórzy Polacy uważają inaczej. 

Tymczasem ja mam do najbliższego polskiego sklepu takiego czy innego około 20-30km i bywam tam tylko przy okazji wizyty w tym czy innym mieście, czyli raz czy dwa razy na rok, a wtedy kupuję rzeczy, których faktycznie w tutejszych nie ma, czyli wspomniane już kiszone ogórki czy wedlowskie ptasie mleczko,  paszteciki drobiowe konkretnej marki czy polskie cienkie wafle, choć na te już mam tutejszy patent (patrz niżej). Bardziej z sentymentu niż prawdziwej potrzeby. Nno może ogórasy i kiszkę z potrzeby, bo wszyscy uwielbiamy omiomniomniom. 

Oto lista (alfabetycznie, co mi się przypomniało) produktów żywnościowych pierwszej (i drugiej) potrzeby, których znalezienie może nastręczać trudności nowicjuszom. Nie podaję tu rzeczy, które są oczywiste dla każdego na pierwszy rzut oka. Ziemniaka, jajo czy kukurydzę w puszce raczej każdy rozpozna chyba. 

To produkty do znalezienia w zwykłych popularnych hipermarketach jak Delhaize, Carrefour, Colruyt, Lidl, Aldi, Albert Heijn itp. ew. w necie.  Ja nie mam w okolicy żadnych specjalistycznych sklepów cukierniczych czy tym podobnych, bo mieszkam na zadupiu.  

Budyń. Pudding. Dwa rodzaje: waniliowy i czekoladowy. Czasem wyjątkowo pojawia się jakis inny smak.Po ugotowaniu mają inną konsystencję niż polskie. Rzadsze. Idealne do szarlotki z budyniem. Smakują tak samo. Są też budynie bez gotowania. 


Bułka tarta - panermeel (panierka). Wszędzie, zwykle koło  mąki itp.



Buraczki ćwikłowe - rode bieten. Świeże na działach z warzywami w Delhaize, Carrefour, Colruyt. Także w warzywniakach. Gotowane we workach prawie w każdym sklepie choć nie zawsze. W słoikach w occie krojone w plasterki też w większosci sklepów. Jest też sok buraczkowy (rode bieten sap) w litrowych flaszkach idealny na barszcz. 

Chrzan - merikswortel. W małych słoiczkach w Delhaize, Colruyt…



Ciasto gotowe. W lodówkach w rolkach. ciasto francuskie - bladerdeeg, kruche ciasto: kruimeldeeg, zanddeeg, spód do pizzy: pizzadeeg 

Cukier - suiker. Wszędzie :-)


Cukier puder - bloemsuiker. Dostępny w zwykłych opakowaniach lub w specjalnych tubach z dziurami do łatwego cukrowania słodkości. 



Cynamon - kaneel. Wszędzie w działach z ziołami (kruiden). 



Drożdże - gist. Najpopularniejsze są suche, które kupimy w większości sklepów. W niektórych są też świeże w kostkach.



Fasola - bonen (witte bonen, rode bonnen…)



Galaretka - brak. Belgowie nie znają i nie używają.

Imbir - gember. Popularny. Wszędzie znajdziesz zarówno świeży jak i mielony w słoiczku.



Kasza gryczana - boekweit

Kasza manna - griesmeel. W żółtych małych pudełkach (głównie acz niekoniecznie) w dużych marketach. Ma ciut inne właściwości niż polska. Trzeba więcej użyć na tę samą ilośc mleka.

źródło. internet

Kiełbasa - worst. W wielu sklepach znajdziemy polską kiełbasę - poolse worst, która jest odpowiednikiem polskiej zwyczajnej. Swojska tylko w polskim sklepie. 



Kiszona kapusta - zuur kool. W workach (lodówki albo przy warzywach) w słoikach lub w puszkach (półki ze słoikami i puszkami). Uwaga. jest kapusta naturalna i na winie. Różnica w smaku spora, ale obie dobre.



Kiszone ogórki. Brak (wyjątkiem są sklepy w dużych miastach, gdzie często znajdziemy polskie ogórasy)

Kminek - karwijzaad. Mało popularna przyprawa, ale jak poszuka to znajdzie. 



Kwasek cytrynowy. Citroenzuur. W popularnych sklepach chyba nie widziałam takiego do celów spożywczych, jednak jo ze wsi, a w dużych miastach są różne specjalistyczne sklepy, gdzie zapewne się bez problemu znajdzie. Online w każdym spokojnie kupicie w dość dużych opakowaniach. Choćby na stronie plein.be.

Mąka - bloem. Poza zwykłą jest też mąka ze środkiem spulchniającym (świetna do naleśników czy ciast) i nazywa się zelfrijzende bloem.  Przy czym pszenica to tarwe, żyto rogge. 

mąka żytnia

mąka pszenna: 1 ze spulchniaczami/ 2 zwykła


Mąka ziemniaczana - aardappelmeel. W małych kartonikach w Carrefour, Delhaize (patrz: foto kasza manna - prawie takie samo opakowanie ma mąka ziemniaczana). O wiele popularniejsza jest skrobia kukurydziana - maizena, która ma identyczne właściwosci.

Mięso. Vlees. Kawał mięcha nawet zmielony każdy rozpozna, ale nie każdy może na pierwszy rzut oka rozpoznać, co zostało zmielone, a nie zawsze na opakowaniu jest rysunek koguta czy wieprzka. Przeto dla porządku podam nazwy zwierząt itp:

drób - gevogelte

kura - kip (kippenvlees, kipfilet) 

indyk - kalkoen

kaczka - eend

bażant - fazant

świnia - varken

krowa - rund, cielę - kalf

królik - konijn

owca - schaap,  baranina -schapenvlees, jagnię - lam, (lamsvlees)

mielone - gehakt

kotlet - kotelet, karbonade

żeberka - ribben

Mleko w proszku. Melkpoeder. W sklepach nie rzuciło mi się w oczy, ale online nawet na popularnym bol.com bez problemu kupicie. 

Ocet - Azijn. Wszędzie. Ocet do sprzątania to schoonmaak azijn. 

Pietruszka - peterselie. Korzeń kupimy m.in. w Delhaize lub Colruyt, ale tylko w sezonie jesienno-zimowym. Nać cały rok prawie wszędzie na dziale z warzywami. Uwaga. Nie pomylić z trybulą (kervel). 

Proszek do pieczenia - bakpoeder. Wszędzie w małych torebeczkach pakowanych po kilka.



Ryż - rijst. Większość ludzi znajdzie ryż bez problemu, bo zwykle jest w przezroczystych workach albo ma obrazek na opakowaniu. Podejrzewam jednak, że nie każdy wie, iż Belgowie mają specjalny ryż do gotowania na mleku oraz sporządzania ciast ryżowych i ten ryż stoi zwykle w sklepach gdzie indziej niż pozostałe rodzaje ryżu, bo np w okolicach budyni i produktów do pieczenia i sporządzania deserów.


Ser biały - witte kaas (platte kaas, verse kaas albo  kwark) W kostkach twardy niesolony raczej bardzo ciężko znaleźć (nie licząc dużych miast). Jest taki wiaderkowy rzadki zwykle w półkilowych pojemnikach w lodówkach w okolicach jogurtów itp. Pełny (volle plate kaas) jest idealny na serniki. Do pierogów ruskich używam często ser grecki (griekse kaas) z krowiego mleka (koe melk) pomieszany z serkiem cottage. Feta też jest okej o ile kogoś zapach nie irytuje.

Smalec - varkensvet. W niektórych sklepach w plastikowych pojemnikach. 

Sól - zout. Zwykła w kilowych torebkach lub workach albo w młynkach.

Śledź. Haring. Śledzie są w BE bardzo popularne w najróżniejszych postaciach. Mają nawet swoje święta w wielu gminach. 



Śmietana - room. W buteleczkach lub kartonikach najczęściej jest zwykła, w pojemniczkach jak jogurt kwaśna zuure room. Może też być w dużych kartonach lub butelkach plastikowych. Slagroom to kremówka.



Wafle. Tutejsze wafle to inaczej gofry najróżniejszych rodzajów. Dużych cienkich wafli nie znajdziecie raczej, ale my używamy w zastępstwie wafelków do lodów, które praktycznie w każdym większym sklepie są. Dużo certolenia, ale efekt smakowy ten sam. 

Żelatyna - gelatine. W działach z produktami do pieczenia.



Jeśli są rzeczy (nie koniecznie spożywcze) których nie możecie albo długo nie mogliście znaleźć, podzielcie się w komentarzu (tu albo na fb) czy w wiadomości. Chętnie uzupełnię ten wpis. 

Poznam też z przyjemnością wasze doświadczenia z pierwszymi zakupami w BE (czy innym kraju) oraz szukaniem zamienników polskich produktów. 

U nas bowiem sporo było śmiechu, gdy na początku zamiast śmietany kupiliśmy serek, gdy małżonek zamiast buraczków przytargał owoce pasji albo trybulę zamiast pietruszki. Dzięki pomyłkom jednak mieliśmy czasem okazję posmakować nowych rzeczy no i się pośmiać oczywiście. 


16 stycznia 2022

Tydzień szczepień i innych medycznych przygód

 Pomyślałby kto, że jak człek na chorobowym siedzi, to wreszcie całe dnie może bąki zbijać. No, ja tak sobie to w każdym razie wyobrażałam, jak mi powiedzieli, że z powodu raka będę pewnie kilka miesięcy na zwolnieniu…


Mam co prawda o wiele więcej wolnego czasu, ale o całkowitym nicnierobieniu to, babo, zapomnij! Życie takie nie jest. Mogło by być. Wystarczy oddać zwierzęta i dzieci do adopcji (tudzież pożenić), ubrania i sprzęty rozdać ubogim, wyprowadzić się z 200metrowego domu z ogrodem do jakiejś klity, poprosić o sprzątaczkę z pomocy społecznej i zamówić obiady do domu. O i już.

Wtedy spokojnie można już ligać i zdychać. 

Tyle że w sumie mnie tam w tym momencie jeszcze nie spieszno do krainy wiecznych łowów ani do ligania. Przeto nie oddam wam ani dziecków, ani świń, ani Bozi, ani nawet Heńka Koguta. Małżonka też nie oddam, a i (nie)nasz duży dom sobie wielce cenię i kocham tu mieszkać. 

W końcu najważniejsze, co zrozumiałam w sobotę, gdy mi się dupy z łóżka rano nie chciało ruszyć o siódmej…Mianowicie, że jakbym tak NIE MUSIAŁA wstawać, NIE MUSIAŁA niczego robić, NIE MIAŁA tych wszystkich obowiązków, to faktycznie bym nie robiła nic całe dnie dając sobie mojego raka jako excuus*, by całe dnie leżeć plackiem i gapić się w sufit. Co w konsekwencji skutki mogło by mieć opłakane. Albowiem nicnierobienie (szczególnie w okolicznościach choroby czy innych problemów) prowadzi do nadmiernego rozmyślania oraz użalania się nad sobą, czego pokłosiem może być apatia, zniechęcenie, strach, panika,  stany depresyjne czy w ogóle depresja, myśli samobójczych nie wykluczając.

Cieszę się zatem, że nie mam za dużo czasu na nicnierobienie.

 Mam go jednak w sam raz.

Staram się mieć, bo prawda jest taka, że jak masz dwupiętrowy dom, partnera, troje dzieci, królika, dwie papugi, cztery świnki, trzy kury i koguta to roboty ci starczy nie tylko na całe dnie, ale i noce, gdybyś chciał wszystko rzetelnie, idealnie i perfekcyjnie wykonać oraz o wszystkich doskonale zadbać. No i ja czasem, mimo że nie jestem zdecydowanie perfekcjonistką, staram się wszystko jak najlepiej zrobić i o wszystkich jak najlepiej się zatroszczyć. Co nawet przy najlepszym zdrowiu i największych chęciach bywa trudne, a teraz jest praktycznie niewykonalne, a do tego niebezpieczne dla mnie samej. Nie sztuka bowiem przedobrzyć, przeforsować, zaszkodzić sobie swoją nadgorliwością. 

Często o tym z sąsiadką gadamy, bo ona też nie mogła na dupie usiedzieć po operacjach i teraz przychodzi albo dzwoni i mówi, żebym zluzowała majty, żebym korzystała z okazji i trochę się opierniczała. Staram się, ale ciągle muszę sobie od nowa przypominać o tym, że jestem chora, że nie dawno byłam operowana i że mam prawo do odpoczynku i nicnierobienia. To wcale nie jest łatwe! Bo paluchy świerzbią, bo w dupie bryzga, bo oczy widzą, że coś jest do zrobienia, bo poczucie obowiązku i winy daje o sobie znać. Co z tego, że mam solidny excuus i logika mówi mi że nie wcale nie muszę, bo świat się nie zawali, a wszyscy w domu szanują mój stan i deklarują swoją pomoc, a wręcz pchają się do „mojej” roboty. Jednak ja lubię być użyteczna i nie czuję się komfortowo, gdy nie zrobię czegoś, co MOGĘ zrobić. 

Kiedyś nawet rzekłam do małżonka, który pomagając mi zmienić opatrunek, zastanawiał się głośno, kiedy pozwolą mi wyrzucić tę ciasną „kamizelkę” i zdejmą opatrunki, że w sumie to dobrze, że je mam te utrudnienia, bo to jest cholernie niewygodne, ciśnie, uwiera, obciera przy każdym ruchu, co mnie skutecznie powstrzymuje przed nadmierną aktywnością. Inaczej rzuciłabym się zaraz jakieś meble przestawiać, ogródek przekopywać czy wiadra pełne wody tachać… Bo jak się raz do roboty przyzwyczaisz, nie odzwyczaisz się o tak, tylko dlatego, że ci cycka odetną i powiedzą, że masz raka. Podejrzewam, że i odwrotnie - gdyś do roboty nienauczon, to i nie prędko się do niej rwał będziesz, a każda wymówka będzie dobra, by nie brać się za nic, co inni za ciebie mogą zrobić. 

Odkryłam, że to przez tę „kamizelkę” tak piekielnie nawalają mnie plecy. Zobaczyłam to w lustrze. Ta szmata uwiera mnie pod pachami, no więc mój mózg każe ciału tego dyskomfortu unikać i pcha ramię do góry. Opatrunek i rana ciągnie to ramię z kolei do przodu, co wywołuje bardzo niezdrową postawę ciała. Jakbym miała takie lustrzane pokoje jak w Wejściu Smoka, mogłabym moją postawę kontrolować cały dzień, ale nie mam. Przeto ustawiam ramiona dobrze w łazience, a po chwili znowu wracają do złej pozycji i to mi szkodzi na kręgosłup. Ech! Staram się o tym myśleć i poprawiać ramiona, ale multitasking nie zawsze działa.

Ale już bliżej jak dalej. W miniony wtorek pielęgniarka wyjęła kolejną porcję zszywek z rany i dren. W najbliższy poniedziałek ma wyjąc resztę zszywek. Pokazała mi też różne protezy. Na początku można nosić  poduszeczki w specjalnym biustonoszu, podobne do tych ze zwykłych push upów. Później silikonowe też do  biustonosza wtykane i w końcu silikonowe przyklejane. Obejrzałam, pomacałam, podziękowałam. Nope! Nie zamierzam nosić biustonosza tylko dlatego, że nie mam cycka! Pielęgniarka proponowała mi nawet za friko wybrać se biustonosz z Amoeny (normalnie kosztują około 80€), bo miała tam różne jako pokazowe, ale też podziękowałam. Jak raz się uwolnisz z tego koszmarnego chomąta, to nie dasz się ponownie do niego wcisnąć dobrowolnie. Poza tym dotykanie tego silikonu było bardzo niemiłym doświadczeniem. Heloł, ja  jestem wysoko wrażliwa - niektóre faktury, konsystencje, materiały są dla mnie nie do zaakceptowania. Te gluciaste fejkowe cycki należą właśnie do tej kategorii. O fu! Nie wyobrażam sobie też.. znaczy prrrr wróć, właśnie że sobie wyobrażam i to jest problem. Widzę oczami wyobraźni siebie z tym fejkowym cyckiem pod ubraniem stojącą przed lustrem, co stwarza pozory, że wszystko jest na swoim miejscu, mam dwa zgrabne cycuszki… A potem się rozbieram i widzę, że to wszystko była fatamorgana, fejk, gówno, pic na wodę fotomontaż… Kurwa, weź! To by było straszne. Do tego mam podejrzenia, że małżonek, a nawet dzieci mogły by to podobnie odbierać, czyli za każdym razem każdego dnia przeżywać stratę i na nowo odkrywać moją niedoskonałość. Czy ja wyglądam na jakiegoś Prometeusza? Dla nas normalnych inaczej i autystycznych fałsz jest czymś bardzo niepożądanym i złym. Trzymajmy się prawdy, a prawda jest taka, że nie mam jednej piersi. Dla mnie nie stanowi to problemu. Ja akceptuję ten fakt bez zastrzeżeń. Moi najbliżsi również. Nie znaczy, że jesteśmy tym zachwyceni, że nam się podoba, ale zwyczajnie takie są fakty.  Zatem nie widzę najgłupszego powodu, dla którego miałabym udawać, że jest inaczej i wkładać se pod sweter fejkowe cycki. Jeśli komuś się to nie podoba, niech się nie patrzy. Jeśli ktoś będzie miał z tym problem, to zapewniam, że szybciej niż ustawa przewiduje, będzie musiał wybrać się po fejkowe zęby. 

Wizyta u pielęgniarki w klinice piersi nie była jedynym zdarzeniem medycznym tego tygodnia. Tego samego dnia odwiedziłam bowiem też kardiologa, który wykonał echo serca i orzekł, że jest w porządku i że można je katować chemią, a jakby w trakcie chemioterapii coś niepokojącego w związku z pikawą odczuwałam, mam natychmiast to zgłaszać, by mogli szybko zareagować. 

W poniedziałek odebrałam trzecią dawkę samiwiecieczego. Ręka mi trochę spuchła i kilka dni była lekko obolała. Młody otrzymał zaproszenie na pierwszą dawkę, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy, co zrobimy. Wolelibyśmy nie szczepić go, bo on, tak samo jak Najstarsza, jest typem niechorującym na nic, ale teraz już wiem, że w tej kwestii trza popatrzeć, co inni będą robić… bo już dane nam było się przekonać, jakie są społeczne konsekwencje nieszczepienia, szczególnie w połączeniu z rasizmem obecnym bardzo intensywnie w niektórych miejscach (temu tematowi poświęcę osobny wpis). Pozostaje też kwestia mojego osobistego bezpieczeństwa, choć moim zdaniem szpital, gdzie ostatnio bywam i będę bywać często oraz autobusy którymi często się przemieszczam są o wiele większym potencjalnym źródłem zakażenia czymkolwiek niż syn, który poza domem przebywa tylko i wyłącznie w szkole i to małej wiejskiej, gdzie tylko wiejskie dzieci spotyka. Skoro wszystkie największe boidupy koronne nie boją się latać samolotami, masowo wyjeżdżać do obcych krajów ani gnieść się w knajpach z randomowymi ludźmi,to chyba ja nie mam się co bać mojego własnego niespoufalającego się z nikim syna c’nie? Tak by wynikało z logicznego, zdroworozsądkowego myślenia, ale jestem świadoma, że tego dziś w społeczeństwie to raczej ze świecą szukać… dlatego trzeba patrzeć, co inni robią i dopiero potem zdecydować co jest dla nas lepsze. Obawiam się bowiem, że brak zaszczepienia może być o wiele gorzej potraktowany w szkole niż noszenie dziewczyńskich ubrań przez Młodego a nawet niż sam wirus. Gówniarze potrafią być prawdziwymi skurwysynami wobec drugiego jeśli tylko rodzice przekonają ich, że ich prawda jest mojsza. Depresja jest pierdyliard razy gorsza niż ten śmieszny srowid, a Młoda jest doskonałym przykładem, do jakiego stanu mogą doprowadzić skurwysyny ze szkolnej ławki…

Póki co Młody odebrał w piątek szczepionkę przeciwko odrze, śwince, różyczce i na razie mu wystarczy.

Ja odwiedziłam jeszcze onkologa w czwartek, z którym wspólnie wybrałam termin pierwszej chemii. Fajnie, że można było wybrać zarówno dzień jak i godzinę. Dokładnie to do wyboru było rano lub po południu. Wybrałam rano, bo wtedy mąż podrzuci mnie pod szpital w drodze do roboty. Na popołudnie do odebrania poproszę sąsiadkę, w razie jakbym nie mogła wrócić autobusem. Doktorka mówi bowiem, że pierwszy raz w razie wu lepiej kogoś mieć, gdybym nie czuła się na siłach drałować na przystanek, bo każdy inaczej reaguje. Pierwszy raz mam mieć łóżko plus oczywiście telewizor, radio… czyli normalne tutejsze standardy.  

W piątek zrobiłam test jazdy skuterem zawożąc Młodego pod szkołę. Poszło jak z płatka, nic mi to nie robiło złego. Przeto w sobotę pojechałyśmy z Młodą do najbliższego Kringwinkel(a) się zrelaksować, bo od siedzenia w domu i latania po doktorach człowiekowi zaczyna palma odbijać, a grzebanie w rzeczach używanych to takie poszukiwanie skarbów dla dorosłych, czyli niezła frajda i fajny relaksik. Znalazłam 4 tanie książki (coraz trudniej znaleźć dobre używane czytadło za nie więcej niż 2€, bo nawet starocie ogromnie podrożały) i 2 koce praktycznie nowe oraz 2 miseczki na wodę dla naszych świnek. Młoda jeszcze ocieplane gumiaki mi do kosza dorzuciła. Wyrobiłam się w 20€. 

A jeszcze hece maskowe. 

W szpitalu, jak nakazane, używam masek jednorazowych. W autobusach preferuję szmaciane, bo w nich nie czuję smrodu autobusowego, ludzkich perfum czy cholernych produktów do prania, od którego czasem chce mi się rzygać (zajebiście jest być nadwrażliwym na zapachy). No i w czwartek opuściwszy szpital cisłam maskę do kosza i poszłam na przystanek, gdzie ulokowałam się w dosyć dużej od niego odległości, bo znowu jacyś skurwiele kurzyli tam papierosy, od czego jeszcze bardziej chce mi się rzygać niż od perfum. (nawiasem mówiąc moim nader skromnym zdaniem palenie w publice powinno być zakazane i karane chłostą albo i śmiercią). No ale dobra. Se stoję koło tego przystanku z głową wypełnioną rozkminami o chemioterapii i myślami morderczymi wobec palaczy, czyli na full.  Podjeżdża  mój autobus. Wsiadam. Siadam. Wyjmuję telefon, by aktywować bilet i zaczynam się dziwować, co tak nie jedziemy… Podnoszę łeb i widzę przez folię z przodu autobusu kierowcę usiłującego wyraźnie coś komuś z daleka wytłumaczyć na migi. Wygląda jakby na mnie patrzył i do mnie machał, ale dla pewności rozglądam się wokół i widzę jak wszyscy udają, że na mnie się nie lampili. Co? Mam pietruszkę w zębach? Przecież… No taaaak! Zaiskrzyło na synapsach, gdy kierowiec przytknął se łapę do pyska. Zapomniałam założyć maski. Buachacha! 

Kiedyś podobną sytuację obserwowałam z boku stojąc w kolejce do kasy w sklepie. Tłum ludzi. Trzy kasy na pełnych obrotach. Nagle kasjer woła do jednej babci: „Proszę Pani, proszę założyć maskę!” Babunia maca się po twarzy i konstatuje, że faktycznie nie ma naryjca. Dawaj grzebać po kieszeniach, torbie… W końcu bierze paczkę masek z półki przy kasie i częstuje się jedną, resztę wrzucając do wózka. Wszyscy uśmiechają się dobrotliwie ze zrozumieniem i dyskutują o tym zjawisku wymieniając się podobnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami.

Lepszą bekę jednak miałyśmy kiedyś z Młodą podczas innej wizyty w szpitalu. Przy wejściu do szpitala Młoda mówi, żebym ją poczęstowała maską, bo nie chce jej się swojego plecaka zdejmować. Częstuję, bo zawsze staramy się mieć przy sobie całe paczki jednorazówek. Obeszłyśmy szpital, załatwiłyśmy, co było do załatwienia. Wychodzimy, a Młoda oddychając z ulgą mówi - no wreszcie, bo coś mam w masce, jakiś śmieć i czułam to cały czas na ryju. - Zgadujemy, że to pewnie siano świnek, ziarno papug albo nawet Luśki bobek albo pióro Heńka, bo to jest standardem jeśli chodzi o rzeczy uwierające nas w ubraniach. Młoda patrzy na zdjętą maskę i wykrzykuje - Kurwajapierdolę! Ślimak! No kurwa jebany ślimak!

Myślałam, że se jaja robi, ale patrzę a to serio ślimak! A raczej ślimaczek. Malutki bezdomny czarny ślimaczek. Żywy! W masce, która była w oryginalnym worku w moim plecaku. Co prawda nosiłam to tam może i kilka tygodni, no ale co do diabła robi ślimak w moim plecaku i skąd się tam wziął? No jaja jak berety! Brechtania na tydzień nam starczyło, no bo weź ŚLIMAK! Ona go miała z godzinę na twarzy. Ha ha ha! 

Świnki morskie też chorują, ale Luśka Królik czuje się lepiej.

Świnki teraz potrzebują więcej akcesoriów, bo Tornado i Love siedzą w osobnych klatkach ze względu na chorobę, a Maggie (zwana też Magią) i Luc Majtoszek w osobnej. Więcej dywaników lub kocyków, więcej misek, więcej troski. Mam nadzieję, że wyzdrowieją, choć leczenie chorób skóry może trwać tygodniami i jest bardzo stresujące dla zwierzątek. Tornado i Love teoretycznie mogły by siedzieć w jednej klatce, bo od zawsze były razem, ale pierwsza próba pokazała, że ten numer nie przejdzie. Od razu zaczęły głośno zgrzytać na siebie zębami, ganiać jedna drugą i się gryźć. Powodem może być dokuczliwa choroba (swędzi, swędzi, swędzi) albo mały metraż dodatkowej klatki, co u świnek ma duże znaczenie.

Luśka ostatnio czuje się znacznie lepiej, a nawet całkiem dobrze, choć nie jest już tym zającem, co była wcześniej. Trudno powiedzieć, czy to choroba ją zmieniła, czy zwyczajnie króliczysko się postarzało. Nie gania już z prędkością światła jak dawniej po całym pokoju wieczorami. W ogóle trzyma się jednego kąta z małym oknem, ale nie wskakuje już na parapet, by popatrzeć na świat z góry. Kupczy przy jedzeniu i siusia często obok kuwety, choć do kuwety systematycznie wskakuje. Tyle że je dużo, a nawet bardzo dużo i już trochę przytyła. Ziołowe siano okazało się wybawieniem, bo to bardzo wybredny królik i byle jakiego siana nie weźmie do pyska, a najróżniejsze testowaliśmy. Ziołowe z miętą i rumiankiem jej podchodzi. Zajada aż miło. Warzywa też wsuwa i suchą karmę. Głaskańsko i pieszczochanie nadal lubi, ale jakby rzadziej. No, nigdy nie można było jej bylekiedy pieszczochać, a tylko jak sobie tego życzyła - ona łapie wtedy za nogi i wystawia nos do głaskania. Próby głaskania w niestosownym momencie mogą się skończyć naburczeniem i podrapaniem lub pogryzieniem. I nie każdy może ją głaskać. Najstarsza, jej najlepsza kumpela i współlokatorka, może prawie zawsze. Ja mogę często. Mąż czasem. Młoda rzadko, bo Królowa z jakiegoś powodu średnio ją lubi. Tak, to królowa wśród królików. Najwspanialsza z najwspanialszych. Niepowtarzalna i oryginalna. 

Jaka rodzina, takie zwierzęta ;-)

Luc Majtoszek, Tornado, Magia (zawsze głodna)


Młody z Majtoszkiem

Królowa 👑jest tylko jedna

Czasem ktoś nocą robi demolkę i syf

Love ❤️

jakaś świnia zwaliła paśnik ze ściany 

Majtoszek pieszczoszek


*exuus - nl. usprawiedliwienie. W domu, podobnie jak chyba większość dzieciatych rodzin na obczyźnie, mówimy mieszanymi językami wplatając w język ojczysty sporo słów (czasem spolszczonych czasem nie) z języka niderlandzkiego i angielskiego, którymi to językami posługujemy się poza domem.

9 stycznia 2022

Ferie się kończą. Znowu trza będzie o piątej wstawać.

 Na początek pragnę podziękować wszystkim komentującym moje ostatnie wpisy i przeprosić za brak odpowiedzi z mojej strony, ale mój iPad czasem (a raczej dosyć często) nie chce współpracować z Google i za diaska nie mogę komentować swojego własnego bloga, co jest niebywale frustrujące. Dziękuję zatem tutaj za komentarze i pozdrawiam Was serdecznie. Miło że czytacie i że czasem zostawiacie ślad po sobie.

miasto Dendermonde i gęsi na wodzie


Kończą się ferie świąteczne. Jutro Młody i Najstarsza pomaszerują znowu do budy o poranku, a ja będę znowu musieć o szóstej albo o piątej zwlekać zadek z wyra, by Młodzież obudzić i pokierować w stronę wyjścia przypominając o zabraniu kamizelek odblaskowych, bo tu o ósmej ciągle ciemno jak w dupie u Murzyna, i o termosie z herbatą, bo w szkołach uczą się przy otwartych oknach i jedzą na podwórku, i o maskach, żeby ich do pociągu i szkoły wpuścili, bo teraz tylko zamaskowani mogą tam wejść… I pocieszyć, że jeszcze tylko styczeń, luty, marzec… i znowu  będą waaakaacjeee.

Tymczasem tydzień stycznia minął jak z bicza trzasnął. Moja kondycja i siła już wróciła do normy po operacji. Wczoraj zaraz o siódmej posprzątałam u świnek (jest więcej sprzątania, bo Tornado troszkę choruje i siedzi w osobnej klatce i jeszcze maścią ją trzeba maziać  dwa razy dziennie) i poskładałam pranie oraz nastawiłam kolejne. Zaraz po śniadaniu rozebrałam dwie dwumetrowe choinki, po czym posegregowawszy ozdoby kolorami wyniosłam wszystko na strych. Poodkurzałam dół, schody i naszą sypialnię a na koniec zrobiłam dwa rodzaje pierogów - ruskie i z szuszonymi śliwkami. Wyrobiłam się z tym do 15tej, mimo że wszystko głównie lewą ręką robiłam i ciągle mam tę irytującą flaszkę do drenażu u pasa. Powiem wam jednak, że odkurzanie podłogi jedną ręką i zarabianie ciasta lewą ręką, gdy jest się praworęcznym to o kant dupy… ale jak się bardzo zaprze, to można. 

Potem musiałam się położyć plackiem, bo z jakiegoś powodu napierdzielają mnie jebitnie plecy, gdy stoję lub chodzę. Leżenie nota bene też im nie sprzyja.

Coraz bardziej nie podoba mi się mycie z tym całym majdanem, czyli flaszką i opatrunkami na klacie, bo strasznie długo trwa. Najpierw odwijam się z bandaża i myję pysk oraz niezaklejoną lepcami górę myjką moczoną w umywalce. Małżonek czasem pomaga mi umyć tyły, choć jak się uprę, to dam i tam radę, bo mam wszak długie i giętkie kończyny. Potem na klęczkach myję łeb w prysznicu. Potem myję dolną strefę próbując nie zabić się o rurkę od drenu. Potem jeszcze smaruje się mazidłami. Strasznie dużo pierdolenia z tym wszystkim. Marzę o tym, by móc normalnie wykąpać się pod prysznicem i nirmalnie nasmarować kremami. I o tym, by położyć się wieczorem na brzuchu, tak jak lubię, by poczytać książkę w łóżku. Takie sytuacje przypominają nam, jak komfortowo się żyje będąc zdrowym i jak przewalone muszą mieć ludzie, którzy całe życie czy długie miesiące z takim czy innym utrudnieniem zmagać się muszą.

We wtorek znowu byłam w szpitalu na kontroli. Pojechałam autobusem razem z Młodą zabraną do towarzystwa. Zimno było piekielnie i dupy nam wymarzły jak trzeba na przystanku.

szpital o poranku


Doktor wyjął mi co trzecią zszywkę z rany i powiedział, że nieźle się goi. Opowiedział też, że wycinając pierś znaleźli sporo pozostałości rakowych. Niektóre wyrostki miały ponad półtora centymetra długości. Czyli łącznie mój guz miał 6,5cm średnicy!

 I patrzcie, jak to skurczysyństwo się rozrosło w tak krótkim czasie. Szok. W lecie byłam na kontrolnej wizycie u ginekolożki i wtedy ona stwierdziła, że mam jakiś MAŁY guzek w piersi i że to pewnie cysta, ale dobrze by było się mu bliżej przyjrzeć.

 Mój błąd (teraz okazuje się dosyć duży), że nie poszłam od razu tylko dopiero po 3 czy 4 miesiącach na mammografię, kiedy ten skurczybyk już był wyraźnie wyczuwalny a nawet widzialny. Ale uwaga, po mammografii tego samego dnia zrobili mi tomografię i echo (USG), z których wynikało, że guz ma 2,5cm. Z innych badań robionych w szpitalu za parę dni wynikło, że to nie dwa a trzy i pół centymetra. Co jednak ciągle mieściło się w kategorii „mały guz”. Po pierwszej operacji lekarz powiedział, że guz miał jednak ponad 5cm. Po drugiej ostateczna liczba brzmi 6 i pół centymetra. Badania przez skórę zatem są tak średnio wiarygodne.

 Od pierwszego stwierdzenia obecności jakiegoś małego guzka do operacji minęło zaledwie pół roku. Dlatego w tym momencie sugeruję wam laseczki, byście zawsze miały rękę na pulsie cycku i nie sugerowały się przekonaniem, że to pewnie jakaś cysta, bo cycki są zdradliwe, jak mówi jedna z moich obserwatorek na Instagramie. 

Jednak stare przysłowie pszczół mówi, że lepiej późno niż wcale. Poszłam, zbadałam, zoperować się dałam i mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i że leczenie zakończy się wyleczeniem a nie śmiercią.

Choć Młoda ostatnio w sklepie, gdy stwierdziłam że ciastka, na które mam smak są cholernie drogie, orzekła że teraz nie powinnam na to patrzeć, bo nie wiadomo, ile ciastek jeszcze dane mi będzie zjeść. Co jest, moim zdaniem, bardzo mądrym stwierdzeniem i zamierzam się tego trzymać nie tylko w kwestii łakoci, ale reszty życia. No bo niby liczy człowiek (nie tylko mający raka), że jeszcze będzie żył długo i szczęśliwie i na wszystko jeszcze przyjdzie czas, ale życie wcale takie pewne nie jest, bo jutro może się okazać, że kostucha zapuka do twych drzwi a ty ciągle jeszcze tylu ciastek nie spróbowałeś, tylu miejsc nie zobaczyłeś, tylu ludziom nie kazałeś spadać na drzewo… 

Ja tam niby ostatnimi laty korzystam z życia po swojemu, żyję jak lubię, robię na co mam ochotę, mówię co chcę powiedzieć, jestem z ludźmi z którymi chcę być, a z którymi nie chcę, się nie zadaję, nie bacząc na to, co o mnie mówią i myślą, ale może warto jeszcze to i owo przemyśleć w tych okolicznościach, by nie zostawiać ważnych rzeczy na później… tak w razie wu, żeby mi potem tego „później” nie zabrakło.

A Moją Młodą kocham! Za to m.in., że potrafi się śmiać ze mną z tego cholernego raka tak samo jak wcześniej śmiałyśmy się z nieudanych samobójstw, gdy ona zmagała się z depresją. Normalsi tego pewnie nie zrozumieją, bo to wyższy level poczucia humoru, który nie każdy osiągnie. Małżonek po pierwszym szoku i lekkiej panice też już osiągnął ten poziom i nauczył się śmiać z tego, na co nie ma się wpływu, a co jest ze wszech miar niewygodne i uwiera w mózg. 

Ale uwaga, Młoda jest też bardzo poważna i - jak mniemam - po mojej diagnozie przeczytała już cały internet w temacie raka piersi i dziś, jak czegoś nie wiem,  mogę się zapytać mojej nasto, a pewnie mnie oświeci. Ważne, że mam w Niej i Małżonku duże oparcie i zrozumienie. Młody jest po prostu Młody. Zadaje trochę pytań na ten temat, ale nie zajmuje się tym jakoś specjalnie. Wszak są ciekawsze rzeczy dla dziewięciolatków na tym świecie niż dziwne tajemnicze choroby matki. Najstarsza jest też sobą, czyli żyje w swoim dosyć zamkniętym i ograniczonym choć bez wątpienia ciekawym i fascynującym świecie kreowanym przez autyzm. Trudno orzec, co ona na prawdę myśli w danym momencie na dany temat i czy w ogóle ją to czy tamto obchodzi, czy też nie. Nie wiadomo, czy czymś się przejmuje czy nie, co dla mnie jako Matki czasem jest trudne, bo nie zawsze wiem, jak reagować i co jej mówić, a co nie, bo nie wiem, czy chce to wiedzieć. 

W szpitalu doktor potwierdził jeszcze, że w związku z tym, iż mój rak okazał się gorszym skurwysynem niż z pierwa się jawiło, nie będzie ani radioterapii, ani hormonoterapii tylko od razu pojadą z chemią, gdyż tu trzeba drastycznych środków, bym miała jakieś szanse na wygranie  z tym gnojem. Nie pytałam, jakie są te szanse, bo na razie nie chcę tego wiedzieć.

Chemia rozpocznie się, gdy rana się zagoi, czyli gdzieś pewnie początkiem lutego. 

Uprzednio muszę jeszcze nawiedzić kardiologa, żeby zobaczył, czy moje serducho wytrzyma chemię. Co zdarzy się we wtorek.

W tym miejscu muszę rzec, iż ciągle z wielką fascynacją obserwuję tutejszą organizację szpitala.

Doktor zapytał w piątek, czy już mam ustaloną wizytę u onkologa. Nie miałam, więc od razu wziął za telefon (wszyscy oni mają telefony szpitalne u pasa) i wydzwonił go (ją). Słyszałam jak mówi, że ja autobusem przyjeżdżam, więc dobrze by było jakby w ten sam dzień było, co u nich mam wizytę, żebym dwa razy nie jeździła. Gadali, gadali i w końcu pyta, czy teraz mam czas. Miałam i mogłam od razu iść do onkologa, by opowiedział mi o mojej chemioterapii. Poszłyśmy z Młodą w inny rejon szpitala. Tam doktorka z kolei wydzwoniła kardiologa i znowu powiedziała, że autobusem jeżdżę no a jak się okazało, że kardiolog ma czas wtedy, co mam wizytę w klinice piersi, to dzwoniła do mojego doktora i kazała mu inną godzinę tego samego dnia dla mnie znaleźć. Znalazł. Podoba mi się to. Człowiek się czuje ważny, szanowany, wspierany, rozumiany, zadbany, co przecież w takiej sytuacji jest niezmiernie ważne dla każdego. 

Potem jeszcze byłam u pielęgniarki, która zajmuje się też sprawami socjalnymi i ona obiecała skontaktować się ze specjalna fundacją, która dokłada trochę grosza do faktur ze szpitala. Z tym że najpierw trzeba wszystko zapłacić i zbierać przez rok wszystkie faktury, a potem może coś dadzą. Dobrze jednak wiedzieć, że jest jakaś szansa. Ma się też zorientować w kwestii dojazdów, bowiem fundusze zdrowia mają często wolontariuszy, który za drobną opłatą przewożą ludzi. Raczej nie będę z tego korzystać, bo spróbuję to we własnym zakresie zorganizować, bo może mąż będzie mnie woził w drodze do i z pracy (szpital jest w połowie drogi), może sąsiadka czasem, a może autobusem by się dało… Wiedzieć jednak dobrze, jakie są możliwości i alternatywy.

Najpierw się dowiem szczegółów, bo tak z nagła to nie wiedziałam, co się pytać. 

Jutro muszę jeszcze odebrać trzecią dawkę tej podejrzanej magicznej szczepionki, która nie wiadomo co na prawdę robi, ale wiadomo, że jej brak znacznie utrudnia ostatnimi czasy funkcjonowanie w społeczeństwie. Do szpitala np nie wejdziesz jako osoba towarzysząca, jak nie masz covidsafe. Jako pacjent na szczęście można i nikt nie robi problemów. Odwiedziny na oddziałach są teraz są całkowicie zakazane bez względu na paszport. Wyjątkiem są dzieci, ale tu już opiekun musi mieć paszport. No a teraz zaczynają się szczepienia dzieci. Aż strach się bać, jakie tego znowu będą konsekwencje, ale na razie mnie to nie obchodzi. Poczekam, popatrzę… 

We wtorek i czwartek znowu mam wizyty, to znowu ze trzy informację zdobędę więcej. Tylko faktur się boję coraz bardziej, bo za każdą wizytę trzeba będzie przecież zapłacić… To może być dużo euro, a nawet bardzo dużo euro. Przed końcem roku przyszła faktura Młodej za ostatnią jedną wizytę z kilkoma badaniami i to było bagatela 160€ (po rozliczeniu się z ubezpieczycielem oczywiście).

Bo tutaj w BE jest przejebane się leczyć, gdy nie jest się bogatym i gdy nie ma się góry oszczędności, bo bardzo szybko można pójść z torbami i zostać z gołą dupą. Służba zdrowia jest wyśmienita, jedna z najlepszych w Europie i to mnie cieszy, ale nie za bardzo nas na to stać na tak dużo wizyt i zabiegów, dlatego boję się faktur bardziej niż tych wszystkich zabiegów. Zabiegi bowiem tylko ja odczuwam, ale faktury odczujemy wszyscy, a małżonek znowu będzie zapierdalał wszystkie soboty i nadgodziny, żeby to jakoś ogarnąć. 

I powiedzcie mi, dlaczego jeden może całe życie nic nie robić i do tego być chujem do kwadratu, a żyje sobie bez problemów, a drugi nie dość że stara się być dla wszystkich dobry, całe życie zapierdala jak dziki osioł, by nie tylko siebie ale i tych opierdalających się chujków utrzymać, to jeszcze zawsze wiatr w oczy i z deszczu pod rynnę? 

Świat jest porąbany, choć też bardzo piękny… Koło szpitala są alpaki i właśnie mają dzidziusia. Napatrzyłyśmy się z Młodą na nie, no i na gęsi i kaczki na wodzie w parku, przez który chodzimy z przystanku do szpitala. 

U nas na wsi też pięknie, cicho i spokojnie. 

alpaki koło szpitala



styczeń w mojej wsi

flamandzkie konie pociągowe (sąsiadowe)

tam gdzieś za tymi wierzbami i rowem stoi nasz dom  ;-)









5 stycznia 2022

Mastektomia. Nie taki diabeł straszny…

Ciekawostka na początek

Ciekawe obserwacje poczyniłam spoglądając na ostatnie statystyki na blogu i moim fanpage na fb. Nie wiem jednak, czy trzeba wyciągać z tego jakieś wnioski, bo może lepiej tego nie rozkminiać za bardzo… Choć Młoda już zaczyna się brechtać coraz bardziej, że matka jest ostatnio bardzo popularna  a i mnie chwilami heheszek bierze lekki, no bo serio… 

Statystyki na FB pokazały nagły  wzrost zainteresowania o 500%! Na blogu podobnie. Panie…

Kuźwa, był taki czas kilka lat temu, gdy byłam początkującym jeszcze lekko przygłupim blogerem, któremu zależy na jak największej popularności, który codziennie albo i częściej sprawdza statystyki, sika z radości po zobaczeniu najgłupszego komentarza, a załamania dostaje po każdym odlubieniu strony i takie tam… No, sami wiecie. Wówczas chwaliłam się tym ledwie raczkującym blogiem gdzie się tylko dało, publikowałam wszędzie linki do moich jakże zajebistych wpisów, łaziłam systematycznie po innych blogach i siarczyście komentowałam z nadzieją, że ci blogerzy odwdzięczą się tym samym, że ludzie będą mnie czytać, komentować, polecać. I faktycznie tak było, bo tak się buduje popularność na blogu - statystyki i popularność rosła. Z czasem poszłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że dla mnie wcale nie są ważne statystyki, lajki, komentarze… Co prawda każda z tych rzeczy jest miła, ale ja po prostu zwyczajnie lubię pisać, opowiadać i to jest dla mnie najważniejsze. Wiem już, że umiem pisać i że każdy wpis przeczyta wcześniej czy później kilka, czy kilkanaście, a bywa że i kilkaset osób i że czasem ktoś zostawi komentarz czy lajka na fb. To mnie satysfakcjonuje i od dawna nie jaram się statystykami a nawet w ogóle ich nie sprawdzam. Po prostu piszę, nie ważąc na nic.

Jednak ciężko nie zauważyć, jak FB ci nagle świeci na grubo 500+ a ty wiesz, że to nie o TO pińcet plus chodzi. 

Kuźwa okazuje się, że wcale nie trzeba reklamować bloga ani błagać o lajki, wystarczy napisać, że ma się śmiertelną chorobę a wszyscy się zlecą popatrzeć. Młoda się śmieje, że to internetowi ramptoeristen (po niderlandzku tak określa się szukających sensacji i fascynujących się katastrofami i wypadkami) hehe.

Tak poważnie, to jednak jest bardzo miłe i budujące, że tylu ludzi, starych i nowych znajomych, a nawet całkiem obcych zagaja do mnie, życzy zdrowia, dzieli się radami czy własnymi doświadczeniami.

Pochichrać się jednak też dobrze. No i nie ukrywam, że liczby są lekko podejrzane… 

A teraz opowiem o mastektomii.


W naszym szpitalu jest w zwyczaju, że godzinę, o której masz się stawić do szpitala na zabieg, czy operację podają ci dzień przed przez telefon. Tym razem zadzwonili, że mam przyjechać na jedenastą i od szóstej rano nie wolno mi jeść ani pić. W związku z czym, wstawszy o trzeciej na siku, zaszłam po drodze do kuchni i pożarłam kromkę popiwszy ją sokiem. Bo ja lubię żreć a długie godziny bez jedzenia to dla mnie koszmar.

Przybyłam do kliniki z pół godziny przed czasem, zapisałam się w recepcji i pomaszerowałam schodami na drugie piętro na oddział kobiecy, jak kazali. Tam pielęgniarka pokazała mi salę i podała szpitalną piżamkę. Chwilę później wróciła, by zmierzyć standardowo temperaturę, ciśnienie, tętno i wypełnić brakujące informacje w dokumentacji. Później zjawiła się moja ekipa z kliniki piersi, czyli pielęgniarka i psycholożka. Ta wizyta nic szczególnego w moje życie nie wniosła. Pogadały, pożyczyły powodzenia i poszły.

O czternastej, gdy już zaczęłam się poważnie nudzić, a głodowy ból głowy zaczął się rozkręcać, przyszła pani od transportu pacjentów i zawiozła mnie do chirurgicznej piwnicy. Tam inna pani założyła mi wenflon i automat do mierzenia, puściła kroplówkę i przyodziała mi na głowę gustowny czepek. Powiedziała, że zaraz przyjdzie ekipa operacyjna i poszła zajmować się kolejnym pacjentem. 

Zaraz okazał się jednak dosyć dużym okresem czasu… Leżałam sobie gapiąc się w sufit, bo innych możliwości za bardzo nie było. 

A głowa napierdalała…

Coś koło piętnastej ta sama pani podeszła, by przeprosić za opóźnienie, bo jakieś komplikacje z poprzednim pacjentem nastąpiły. Poprosiła o cierpliwość. Zapytała, czy wszystko okej i czy światło mi ściemnić. Odpowiedziałam, że nigdzie się nie spieszę i poczekam spokojnie, bo cierpliwość i spokój to moje mocne strony.

 Tylko żeby, głowa tak nie napierdalała… 

Z jakiegoś powodu zaczęłam mieć coraz większe trudności z oddychaniem… Na szczęście, mimo bolesnego bałaganu pod kopułą, udało mi się połączyć styki i zajarzyć, że to ta cholerna maska na ryju. Zdjęłam to kurestwo i świat nagle zaczął być znowu bogaty w tlen. Cud. Cud, panie!

Tylko ten łeb… 

Wpół do czwartej przyleciał doktor i też przeprosił oraz pocieszył, że pacjentka już się prawie obudziła i zaraz będą sprzątać i po mnie przyjdą. Informacja, że jego pacjenci jednak się mimo wszystko budzą, jest bezcenna w takiej sytucji. 

Przyszli o 16. Sala była w sprzątaniu. Druga doktorka też przeprosiła i poinformowała, że tylko skoczy się czegoś napić (wolę nie wiedzieć, czego) i już zaczynamy. 

Kilka następnych godzin mam wycięte z życiorysu, to wam nie opowiem, co oni tam wyprawiali. 

Jak mnie ciągnęli z powrotem wozem na salę, dochodziła dwudziesta, bo akurat zegar mijaliśmy. 



Nic mnie nie bolało. Kroplówka z paracetamolem płynęła. Tym razem byłam w pełni  przytomna po operacji i mogłam od razu do wszystkich napisać. I tak już prawie umarli z nerwów niewiedząc czy żyję.

W nocy jednak nie wiele spałam, bo po całym dniu w łóżku to chyba nikt normalny nie da rady jeszcze w nocy spać. Na drugi dzień zgodnie z obietnicą mogłam iść do domu. 

Uprzednio dokonali jednak zmiany opatrunku. Co ciekawe tej czynności towarzyszyła psycholożka. Pielęgniarka pytała, czy chcę patrzeć i czy dobrze się mentalnie z tym czuję. Z czego wnioskuję, że dla wielu kobiet utrata piersi to musi być koszmarne i straszne przeżycie. Ja na szczęście nie mam obsesji na punkcie swojej kobiecości ni swojego wyglądu. Albo inaczej, moja płeć i jej atrybuty nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak dla wielu. Myślę, że we mnie jest tyle samo pierwiastka kobiecego, co męskiego, choć fizycznie jestem babą. Moje jestestwo jest ponad tym. Płeć biologiczna mnie nie identyfikuje jako człowieka. Równie dobrze czułabym się pewnie w ciele faceta, a może nawet lepiej, kto wie.  Dość, że w tej konkretnej sytuacji bycie nienormatywnym ma zdecydowanie sporo plusów. 

Oczywiście, że chciałam patrzeć! I zobaczyłam, że oni mnie zszywaczem pospinali. No serio, skórę pozostałą po cycku na metalowe haczyki szczepili do kupy. To wygląda jak zęby rekina albo suwak. Śmiesznie znaczy. Dziwnie też wygląda tak z lewej cycek z prawej dziura. Trzeba będzie się do tego przyzwyczaić, jak do nowej głupiej fryzury. Jak pierwszy raz ścięłam włosy na krótko to też głupio się z tym czułam i nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze bez zdziwienia, co to za jakiś klon.

Nie zmienia to jednak faktu, że ogólnie cycki są fajne. Ba,  lubię popatrzeć na ładne cycki czy dupy. Może mnie to nie rajcuje aż tak jak niektórych facetów, ale było nie było jestem po pierwsze biseksualna a po drugie lubię ładne rzeczy. Zatem utrata mojego ładnego cycuszka to jednak jakaś strata jest, bo fajnie jest mieć ładne cycuszki. Małżonkowi też go bez wątpienia będzie brakowało i to może nawet bardziej niż mnie. No ale, Panie, bez przesadyzmu. Moje i małżonka priorytety życiowe nie od wyglądu się zaczynają. Choć  ten jest dla nas ważny, to nad nim mnóstwo ważniejszych rzeczy stoi. Willi z basenem w ciepłych krajach czy nawet zimnych ani jaguara też nie mamy, choć byśmy chcieli, a mimo to żyjemy całkiem dobrze. Tak że ten, bez cycka też się obejdzie…

Z lewej na obojczyku  mam małą górkę i rankę, bo tam ten port zaszyli. Trochę to spuchło, co też zabawnie wygląda. Jakby mi tam jaki wielki żuk pod skórą siedział. Doktorka mnie dziś uspokoiła, że lekka opuchlizna to normalna rzecz, bo trochę się zaczęłam martwić, gdyż z lektury wiem, że czasem te dinksy się nie przyjmują i trza je usuwać. 



Klatkę piersiową mam ściśniętą szeroką elastyczną taśmą, co mi utrudnia chwilami oddychanie i okropnie uwiera. Wszak jestem wysoko wrażliwa i dla mnie już obcisłe ubrania, o biustonoszach nie mówiąc, są nie do zaakceptowania, a co dopiero coś takiego. Do tego wężyk od drenu. Dziś już mnie pali ogniem to miejsce, gdzie wężyk przechodzi pod taśmą. Właśnie myślę, żeby jakąś szmatę tam wsadzić, która oddzieli wężyk od skóry albo lepiec… 

A ta flaszka to utrapienie. Co chwilę zapomnę, że ten „piesek” musi ze mną wszędzie chodzić i potykam się o wężyk albo idę i ciągnę to za sobą z łoskotem. Powiedziałam dziś o tym doktorce, a ta na to, że jej mama po mastektomii też miała z tym podobny ubaw kilkanaście lat temu. 

Jednakowoż powiadają, że jak się przyzwyczai, to i wisieć dobrze. I faktycznie, im dłużej coś masz upierdliwego, tym mniej to się upierdliwe robi, a staje się zwyczajne i powszednieje. Za to uwolnienie się od tego po długim czasie zwykle jawi się jako przybycie do samych bram raju. Toteż warto znosić wszelakie niedogodności, by doznać potem tego zbawienia i cudownego doświadczenia. Z taką myślą zaś o wiele łatwiej te trudy znosić. 


A trudów trochę jest w te pierwsze dni po operacji. 

Przede wszystkim dyskomfort związany z tym wszystkim, co wyżej. Trzeba ostrożnie się ruszać. Nie nawywija za bardzo gałęziami, bo boli. Podnosić ręce do góry można, jak powiedział lekarz, ale z rozsądkiem. Boli i/lub ciągnie, gdy się tak robi. Nie można się normalnie wykąpać. Tam dzień mycia myjką w umywalce to pikuś, ale po paru dniach to zaczyna być dosyć ciężkostrawne. Do mycia pleców trzeba wzywać posiłki, bo gałęzie nagle nie sięgają, gdzie drzewiej sięgały. Ubieranie to też co dobrego. Cieszę się, że jestem wysoko wrażliwa i że w związku z tym moja garderoba składa się z luźnych, często rozmiar większych i miękkich szmat, które teraz mogę w miarę łatwo założyć.

Spać źle. No chyba, że ktoś lubi spać na plecach. Ja nie lubię. Po pierwsze trudno mi się oddycha, gdy leżę na plerach, po drugie leżenie na plerach dłużej niż godzinę powoduje paskudny ból. Zawsze, nie tylko po operacjach, ale po operacjach jest to bardziej irytujące, bo mimo wszystko muszę spać na plecach. Chwilami też na lewym boku, ale to wymaga pół godzinnego kokoszenia się, żeby znaleźć idealną w miarę niebolącą pozycję, a kokoszenie samo w sobie jest bardziej niż trudne, bo wszystko boli. Do spania używam zasadniczo czterech poduszek różnej wielkości i twardości , co teraz tym bardziej się przydaje. Poduszki układam nie tylko pod głowę, ale też pod ręce, nogi, plecy, zależnie od sytuacji. 

Kolejna niedogodność pooperacyjna to zmęczenie i słabość. Przedwczoraj Młoda się spytała, czy dam rady zrobić pizzę. Pomyślałam chwilę. No raczej. Pizza to wszak łatwe danie do zrobienia. Młoda wielce uradowana poszła dalej walczyć ze swoim pokojem, gdzie odprawiała generalne porządki, takie ze zmianą pościeli i pucowaniem wszelakich papuzich akcesoriów, co zajęło jej dobrych parę godzin. Więc zrobienie dla niej pizzy wydawało się miłym akcentem z mojej strony. Okazało się jednak, że to iż czuję się zwyczajnie i po staremu nie oznacza bynajmniej, że tak jest w rzeczywistości. Wyrobienie ciasta na pizzę wymagało usiądnięcia na podłodze i oparcia się o szafę, bo nie miałam sił ustać na nogach. No jaja jak berety, jaki cienias!  Ale wyrobiłam to cholerne ciasto i zwołałam nasto, by dokończyły procedurę, gdy ciasto podrosło. Pizza wyszła pyszna i dała mi lekcję pokory. Czasem jednak trzeba se dać na wstrzymanie i cierpliwym być. 

Zasadniczo jednak się obijam, relaksuję, odpoczywam i dobrze się z tym czuję. Nie czuję, że coś muszę, że powinnam… Dzieci mam duże, mądre, odpowiedzialne i samodzielne. Każde z nich umie posługiwać się odkurzaczem, ścierką i każde wie, gdzie co leży w kuchni i do czego służy. Małżonek też umie sprzątać, gotować i wyprać. I co najważniejsze, nikomu z Piątki nie trzeba wcale niczego specjalnie tłumaczyć, prosić. Każdy wie i szanuje fakt, że matka chwilowo niedomaga i że więcej trzeba samemu ogarnąć niż zwykle. Poza tym nie mieszkamy w muzeum. U nas nie musi i prawie nigdy nie jest idealnie czysto, codziennie nie musi być ugotowane, a ubrania nosimy zmięte bez żenady. U nas nawet kurze ,królicze gunwo lub jakieś siano na podłodze w kuchni czy salonie mieści się w normie, bo i tu mamy swoje priorytety. 

Młody w tym tygodniu z wielką radością i dumą poodkurzał i pościerał cały dół, bo dla niego to frajda posprzątać od czasu do czasu. Normalnie nie wymagam, by dzieci obowiązkowo cokolwiek robiły. U nas nie ma wyznaczonych obowiązków, ale jakoś każdy sam z siebie się udziela, gdy widzi że trzeba coś zrobić. Innym razem zwyczajnie proszę czy sugeruję, by ten czy tamten coś zrobił i jakiś nigdy nie spotkałam się z odmową bez powodu, a powody szanuję, co nie znaczy, że wtedy sama muszę robić daną rzecz, choć czasem robię, gdy mogę, ale często rzecz jest robiona w innym momencie. Czasem z kolei dzieci czy mąż proszą mnie o pomoc w tym czy tamtym i ten system u nas się sprawdza, co nie znaczy, że w każdym domu znalazł by zastosowanie, bo ludzie są różni.



Poza tym oglądamy Netflixa, czytam książki, pomagam Młodemu z nauką gry na organkach, zachwycam się zwierzakami, gadam z dziećmi, gdy im się chce gadać no i próbuję robić to i owo, czyli coś tam ugotować, nastawić, wyjąć, rozwiesić i poskładać  pranie, zetrzeć kurz w łazience, umyć kibel i takie tam drobiazgi, które dam rady zrobić po trochu, bo prawda jest taka, że siedzenie i leżenie całe dnie wcale nie jest dobre dla zdrowia ani fizycznego, ani psychicznego. Ja lubię coś robić pożytecznego. Dawkuję sobie jednak te drobne prace i robię tyle, ile czuję się na siłach robić. Wkurza mnie, że teraz nie sięgam tam gdzie wcześniej i wszędzie muszę Młodego stary stopień  (taki co to bobasy do kibla czy umywalki przystawiają) podstawiać albo drabinkę ciągać. 

Z każdym dniem czuję się lepiej i mocniej.  W piątek dowiem się, co tam wyszło medykom z tej operacji i  jakie dalsze atrakcje dla mnie wymyślili. Teraz o tym nie myślę, bo nie ma potrzeby. 






4 stycznia 2022

To wszystko przeżyliśmy w 2021 roku!

Minął rok 2021. Wydawać by się mogło, że nic wiele się nie działo, bo pandemia i w ogóle nudy. U nas jednak życie toczy się normalnie, czyli szybko i dziko, a czasami dosyć niebezpiecznie, choć rzadko wychodzimy z domu. Podsumuję w punktach. Szczegóły opisywałam wszak na bieżąco przez cały rok…



1. naprawienie relacji z sąsiadką.

Zaraz po nowym roku sąsiadka z Portugalii przyszła z flaszką Porto i odtąd znowu się przyjaźnimy.

2. atest spektrum autyzmu Młodej

Zrobiła badania i dostała diagnozę. Wiele kawałków puzzli wskoczyło na swoje miejsce a pytania dostały odpowiedzi. 

3. najlepsze zadanie z fotografii 

Młoda przedstawiła swoją depresję fotograficznie, co wielce poruszyło nauczycielkę fotografii i zgłosiła to do dyrektora i CLB. W konsekwencji ci ludzie wreszcie uwierzyli, że Młoda jest chora i jej stan jest zły.

4. przejście na naukę domową

Konsekwencja dwóch powyższych punktów i sugestia psychiatry. Najlepsza decyzja minionego roku.

5. urodziny online

Z powodu pandemii nikt nie zorganizował dziecku urodzin, a my tak. Pierwsze urodziny online okazały się wielkim sukcesem i wszyscy gratulowali nam pomysłu i dziękowali za dobrą zabawę.

6. wpis o ateizmie

Odważyłam się powiedzieć głośno, że nie wierzę w boga i przeanalizowałam gruntownie swoją przemianę i całą historię mojego uczestnictwa w kościele. Dla mnie to ważne, bo to ogromny krok do wolności i zrozumienia siebie i swojego postępowania oraz zrozumienia i naprawienia swoich błędów.

7. kury kupione

Marzyłam, by mieć własne kury i to takie ładne, ozdobne. Kupiliśmy je na wiosnę i cieszymy się nimi każdego dnia. Kochamy je. I mamy świeże jajka. 

8. przeskoczenie klasy

Młody okazał się być ponadprzeciętnie uzdolnionym uczniem. W tym roku przeskoczył z trzeciej klasy do piątej, gdzie nadal utrzymuje się w czołówce i szybko zaprzyjaźnił się z najlepszymi uczniami.

9. różowy kolor omówiony, zaklepany, opisany

Młody odkrył, że kocha kolor różowy. Po czym sprawdził, jak ludzie reagują na jego wybór i trwał przy nim, mimo wielu niefajnych reakcji. Ba, im gorsze były reakcje, tym więcej różowego nosił i kupował Młody. Pokazał, że jest silny, że potrafi dokonywać własnych wyborów, że wie czego chce. Wygrał. 

10. komisja egzaminacyjna

Młoda zdała trzy pierwsze egzaminy otrzymując bardzo wysokie punkty. Udowodniła w ten sposób, że jest zdolna, inteligentna, samodzielna i niezależna, i że potrafi iść swoją drogą wbrew przeciwnościom losu. 

11. staż najstarszej

Udało nam się znaleźć miejsce na staż dla Najstarszej. A Najstarsza bardzo szybko udowodniła, że jest dobra w tym, czego się uczyła w szkole i że jej talenty i wiedza bardzo się w pracy tapicera przydadzą.

12. nowy skuter

Mąż kupił mi skuter na urodziny. To był świetny prezent. Maszyna bardzo się przydaje. Sama mogę łatwo wszędzie dojechać i dzieci podwozić.

13. nowe auto

Małżonek wymienił samochód na nowszy model. To zawsze jest radość jeździć nowiutkim autem z nowoczesnymi bajerami technicznymi. 

14. adopcja świnek

Adoptowaliśmy dwie świnki morskie ze schroniska. Dałyśmy zwierzakom nowy, ciepły, pełen miłości dom, a one dały nam radość.

15. pożar u sąsiadki

U sąsiadów zapalił się dom. Wynieśliśmy nieprzytomną kobietę z płonącego pokoju. To zdarzenie umocniło naszą pozycję w sąsiedztwie. Nagle sporo nowych osób zaczęło nas rozpoznawać i zagajać. 

16. halloween i rada rodziców

Uczestniczyłam z Radą Rodziców w organizowaniu wieczoru halloweenowego, który zakończył się wielkim sukcesem. 

17. rozmowa o pracę

Młoda w wieku 16 lat zaliczyła pierwszą rozmowę o pracę. Nie została zatrudniona, ale to bardzo ważne doświadczenie życiowe.

18. chór dziecięcy

Młody odkrył nowe, ciekawe hobby - śpiew. Zapisał się do chóru dziecięcego i bardzo mu się spodobało.

19. szczepienie na covid

Jeszcze nie wiemy, czy przyjęcie tej szczepionki wpisać trzeba do pozytywnych zdarzeń, czy prost przeciwnie, bo to dopiero czas pokaże. Ważne, że się zdarzyło niektórym z Naszej Piątki.

20.  rak piersi

Rok zakończył się niezbyt pozytywnym doświadczeniem, ale bez wątpienia ważnym. Diagnoza i walka z rakiem piersi… Rok zakończyłam z jedną piersią mniej ale z wieloma nadziejami i pozytywnymi myślami na przyszłość.


Poza tymi wydarzeniami udało nam się odbyć mimo pandemii kilka małych wycieczek:

 Muzeum Zabawek w Mechelen, które Młodemu bardzo się podobało

Ogród różany w Sint Pieters Leeuw, gdzie zrobiliśmy kupę pięknych zdjęć

Antwerpia, gdzie spędziłam świetnie dzień z Nastocórkami

Park Rozrywki w Walibi, gdzie wybawiłyśmy się we trzy z córkami na maksa

Polska, Małżonek z Młodym spędzili tam miło wakacje, 

Dino Expo w Brukseli, po raz drugi zobaczyłam tę wystawę z Młodym i oboje świetnie się bawiliśmy poznając świat dinozaurów

 Muzeum Historii Naturalnej, dokąd wyciągnął nas Młody, ale gdzie mnie i Najstarszej też bardzo się podobało

Brugia. Tu spędziłam z Młodą cały dzień. Odwiedziłyśmy muzeum tortur i muzeum piwa, gdzie wielu ciekawych rzeczy o świecie się dowiedziałyśmy i spędziłyśmy miło czas.



Mamy za sobą też kilka wizyt u specjalistów, dzięki którym mogliśmy lepiej siebie poznać i o swoje cenne zdrowie zadbać:

Młody zaliczył kilka wizyt u psychologa, które pomogły mu lepiej zrozumieć i opanować trudne emocje. Spotkał się też z pulmonologiem, który wybadał w końcu dokładnie, na co ma alergię.

Młoda systematycznie odwiedza psychiatrę, który pomaga jej wydobyć się z depresji oraz ortodontę, który robi wszystko, by w przyszłości miała powalający uśmiech. Odwiedziła też pulmonologa, który zleciwszy wykonanie wielu badań, uspokoił ją, że z płucami wszystko w porządku, a problemy z oddychaniem związane są ze stanem psychicznym.

Dziewczyny odwiedziły ginekologa i zaszczepiły się na covid. Ja i Najstarsza byłyśmy u okulisty i mamy nowe bryle. Najstarsza zaliczyła też pierwszą wizytę u dietetyka, a Małżonek zrobił badania głowy, które wykluczyły wszelakie guzy. U mnie badania mammograficzne guza potwierdziły, ale też szybko rozpoczęto wszelakie działania do jego się pozbycia. 


Dużo się działo, było sporo stresu, ale też sporo radości. Były chwile, gdy nie chciało się żyć, ale też chwile, gdy energia i radość aż rozpierały, bo…

życie jest, jak gówno na kole - raz jesteś na górze, a raz na dole” /Big Cyc/