10 września 2017

Po co małolatowi konto w banku?

zdjęcie ze strony: https://www.finder.com.au
Dziewczyny - jak chyba większość ich rówieśników - dostają systematycznie kieszonkowe. W podstawówce dawaliśmy im po 5-10€, teraz dostają trochę więcej, bo zarówno potrzeby jak i możliwości trochę urosły. Przyglądam się, co one robią z tymi pieniędzmi? Sporo wydają na jedzenie (kanapki, napoje w szkole, chipsy, słodycze w weekendy), trochę odkładają (no, przynajmniej jedna) na coś grubszego. Jak się dojeżdża do szkoły, dobrze mieć trochę własnej gotówki w razie co.
Ostatnio wymyśliłam, żeby założyć im konta w banku. W Belgii już 10latek może mieć własne konto z własną kartą. Dziecko dostaje też tego dinksa do obsługi konta przez Internet. Może zatem korzystać z bankomatów i płacić w sklepach (zarówno na terenie Belgii jak i za granicą, o dziwo dzieci mają te usługi często za darmo) oraz robić zakupy przez internet. Każdy bank ma oczywiście trochę inne warunki i zasady, ale ogólnie funkcjonuje wszystko podobnie.

Pojechaliśmy kiedyś całą piątką do banku, w którym mamy wspólne konto. Okazało się, że możemy załatwić to bez wcześniejszego umawiania się - zalety banku w małej wsi. Miły pan zaprosił nas do swojego gabinetu, po czym przytargał skądś krzesła dla wszystkich swoich klientów. Wszak nie co dzień zwala się mu do gabinetu cała rodzina :-)

W naszym banku wymagana jest zgoda rodziców do założenia konta, ale my tylko podpisywaliśmy na końcu dokument razem z córkami. Natomiast całą rozmowę urzędnik prowadził z dziewczynami. Wszystko im dokładnie tłumaczył i wyjaśniał. Pytał ich, co chcą, a czego nie. Zaproponował im też konta oszczędnościowe, by mogły zbierać kasę na coś grubszego, co Młodej bardzo się spodobało. Zatem mają od razu po 2 konta. Dostały też jego wizytówki i kazał im dzwonić w razie pytań. Bank bardzo sobie ceni takich młodych klientów ...no cóż, może dziś będą mieć na koncie tylko drobne kieszonkowe, ale za kilka lat będzie już poważna wypłata - tak sobie pomyśleliśmy, gdy urzędnik pomaszerował na zaplecze i przytargał stamtąd prezenty. Dziewczyny mogły wybrać pomiędzy słuchawkami a power bankiem, a Młody, choć jeszcze konta nie zakładał, dostał domino z Bumbą. Dziecko to przecież potencjalny dorosły klient i trzeba go zachęcić do korzystania z tego a nie innego banku w przyszłości.
Zakładanie konta to poważna sprawa, ale nie obeszło się bez  żartów i wygłupów. Pokazując nowym klientkom na papierze i wyjaśniając co do czego, pan doszedł do numeru konta i mówi: "ten numer rozdajecie jak najszybciej rodzinie i znajomym, i mówicie żeby każdy coś tam wpłacił". 

Do 18 urodzin naszych pociech mamy nadzór nad ich kontami, ale każda z nich dostała swoją kartę do mądrej ściany i ten dinks do bankowości elektronicznej (podpis elektroniczny), czyli mają pełną władzę nad swoimi kontami.

Karta przyszła pocztą. Po załatwieniu formalności w banku dziewczyny musiały zadzwonić pod wskazany numer i podać PIN, który wymyśliły dla swojej karty, co było dla nich dosyć stresujące - to taka pierwsza poważna sprawa załatwiona samodzielnie. Za dwa dni przyszła pocztą karta i trzeba było w ten sam sposób ją aktywować. 

Teraz możemy już kieszonkowe wpłacać na konto, a one niech robią z tym co chcą. Każda ma ten bank i bankomat po drodze do szkoły, więc mogą sobie wybrać od razu wszystko albo uczyć się powoli płacić kartą. Niech uczą się korzystać z wynalazków techniki i zarządzać pieniędzmi. Może kiedyś dzięki temu będzie im łatwiej wkroczyć w dorosłość. Wiedza i umiejętności na pewno im nie zaszkodzą :-)

Posiadanie karty płatniczej i własnego konta przez dziecko nie jest jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, jednak dla nas starych wychowanych w  całkiem innych realiach technologicznych pewne rzeczy są niesamowite i niecodzienne, przeto cieszymy się z takich dupereli.

Młode też się cieszą. Wczoraj pierwszy raz zapłaciły kartą za swoje artystyczno-słodyczowe zakupy (w Belgii można kartą nawet 2€ zapłacić, rzadko są ograniczenia do 10 czy 15 €, choć zdarza się). Trochę zdenerwowania było przy tym. Czy ze stresu się PINu nie zapomni? Czy wszystko zadziała jak należy? Ja parę lat temu podobne pytania sobie zadawałam jako świeży posiadacz karty płatniczej. Wszystko zadziałało. Potem zatrzymałyśmy się koło mądrej ściany, by zapoznać się z obsługą tego cuda w praktyce. Bankomat okazał się też być dosyć przyjazny i wszystko już teraz wiadomo. Zapłacenie kartą (lub wybranie pieniążków w bankomacie) aktywuje bankowość elektroniczną, więc i z tym mogły się dziewczyny zapoznać w domu. Udało się zalogować korzystając z podpisu elektronicznego i sprawdzić, ile jest na koncie.

Tak oto kolejny krok na drodze do dorosłości został zrobiony.

A wy co myślicie o zakładaniu kont bankowych małolatom?

Młody tym czasem zaliczył pierwszą lekcję tańca. Od dawna obserwujemy, że ma niezły słuch muzyczny i poczucie rytmu. Po jednym przesłuchaniu przypadkowej piosenki, która mu wpadnie w ucho, potrafi ją zanucić. Nawet jak jest w obcym języku i musi wymyślać tekst to melodię oddaje idealnie. Ponadto giba się od razu do każdej skoczniejszej nuty. Wymyśliliśmy, że trzeba go zapisać na jakieś tańce albo granie, bo szkoda by się taki talent marnował, ale nie wiedzieliśmy jak on na taki pomysł zareaguje.

Akademia muzyczna dostępna jest od pierwszej klasy, więc o tym ewentualnie można pomyśleć za rok, ale taniec dla przedszkolaków mamy w sąsiedniej wsi, w tamtejszym przedszkolu i postanowiliśmy spróbować. Pierwsza wzmianka na temat tańca spotkała się z reakcją negatywną, bo
- To jest dla dziewczynek. Nie chcę. - Cholera, czas dlachłopcówdladziewczyn się zaczął...
- Pojedziemy tylko zobaczyć...
- To sobie jedźcie. Ja się nigdzie nie wybieram - Pomyślał by kto, że to małe gówienko ma dopiero pięć lat? Takie teksty...

Nie to nie. Dałam mu spokój. Za parę dni jednak po przemyśleniu sprawy sam oświadczył, że jednak chce zobaczyć ten taniec. Ba, nawet zapodał z jubjuba jakąś minionkotechniawę i pokazał, jak będzie tam tańczył. To był pokaz breakdance :-)

Na pierwszej lekcji jednak nie zapodali odpowiedniej muzy. Trzeba było tańczyć do K3 (tutejszy DZIEWCZYŃSKI zespół dla dzieci), Frozen (taaaa Dorcio musiał być Elzą, ale był tez Olafem), na szczęście był też Plop. Uff!

Na początku lekcji był okropnie zdenerwowany i przestraszony. Inne dzieci podobnie. Pani, a w zasadzie młoda dziewczyna, ma jednak podejście do dzieci i szybko nawiązała kontakt z maluchami. Po paru minutach już dobrze się bawili. Powtarzanie ruchów i kroków za panią Młodemu wychodziło całkiem dobrze, podobnie jak innym starszakom. Maluchy ze smoczem bowiem jeszcze nie do końca ogarniały, o co chodzi. Niektóre nawet nie dały się odczepić od mamusi, tylko przyglądały się całej akcji z bezpiecznych kolan mamusinych lub babcinych.

Pod koniec lekcji Młody zgłosił, że już nie chce tańczyć. Dobrnął jednak dzielnie do końca lekcji. Całą drogę do domu był na nie. Jednak gdy odpoczął, zmienił zdanie.
- To ja jednak będę chodził na te balety, bo to jest fajne.
Ech, te dzieci.

Dziś dokonałam oficjalnego zapisu przez internet z nadzieją, że nie wydałam 90€ na darmo i że Młody nie zmieni zdania i po kliku lekcjach nie zacznie się buntować na "balety", które z baletem nie mają wiele wspólnego. Siłą go tam wozić nie zamierzamy, bo to ma być przyjemność a nie mus. Co do jednego Młody miał rację, że to dla dziewczynek - faktycznie większość tej grupki przedszkolaków to dziopy,  a szkoda. Zobaczymy, co z tego wyniknie.



3 września 2017

Parada kwiatów (bloemencorso). Czy warto się wybrać na takie wydarzenie?

W Belgii bardzo popularne są wszelakie parady, przemarsze, festyny, jarmarki i cała masa innych cyklicznych imprez. Każda gmina ma jakieś swoje tradycyjne uroczystości i wydarzenia. W większości można uczestniczyć zupełnie za darmo. Tak jest właśnie w przypadku bloemencorso, czyli parad kwiatów, a raczej rzeźb kwiatowych.

Parady te odbywają się w wielu miejscowościach. Jedną z nich jest parada w Sint Gillis Dendermonde, która odbyła się dziś w mojej okolicy. To już 67 edycja tej imprezy. Tym razem tematem były "kontynenty".

Przemarsz trwał około 1,5 godziny i było na co popatrzeć - kwiatowe rzeźby, grupy taneczne, szczudlarze, orkiestry z różnych części Belgii. Na początku przejecheły odpowiednio przystrojone samochody sponsorów imprezy, którzy u uciesze licznie zgromadzonych dzieci rozdawali balony, bańki mydlane, słodycze, kolorowanki, ołówki, długopisy itp. 

27 sierpnia 2017

Pora dostosować życie do szkolnego repertuaru. Koksijde, Veurne

Dwa miesiące względnego spokoju minęło szybko. Trzeba znowu dostosować życie do szkolnego repertuaru. Podręczniki właśnie dostarczyli kurierzy. Akcesoria szkolne też zakupione. Wyposażenie krawieckie dla Najstarszej zakupiłam przez internet. Kilka dupereli w małym pudełeczku a stówy nie ma. Młodej wreszcie kupiłam plecak z Kiplinga (bagatela 120€), bo to jedyny jaki wygląda na naprawdę pakowny i wytrzymały (sporo koleżanek właśnie takie posiada i widzę że te torby są nie do zdarcia, czyli nadzieja że 5 lat wytrwa) i mam nadzieję, że w tym roku wreszcie naszej licealistce uda się wszystko razem z laptopem upchać w jednej torbie, bo te 7 km na rowerze z wieloma bagażami jest dosyć karkołomne szczególnie jak wiatr, deszcz czy oblodzenie. Najstarsza jest w trakcie testu z pisania na klawiaturze. (Dlatego piszę, bo coš trzeba robić w trakcie oczekiwania na szkolnym podwórku). Na początku wakacji dostała ze szkoły list z adresem strony, na której można ćwiczyć pisanie bez patrzenia na klawiaturę. Poćwiczyła trochę, ale kto normalny myśli o szkole w czasie wakacji...? Test trwa od 9 do 12. Niektórzy wyszli już po pół godziny, bo pisanie mają obcykane. Reszta wychodziła na przerwę, a potem wrócili do sali, czyli nie szło im najlepiej...
Kapelle Op Den Bos


Nie wiem, co ten test ma na celu, ale niech im będzie...

9 sierpnia 2017

Jak bawi się w czasie urlopu mama z synem?

Trójka z Piątki pojechała poprzeszkadzać trochę rodzinie w Polsce. Ja i Młody zostaliśmy tutaj w Belgii. Gdy pada, siedzimy w domu i gapimy się w ekrany wszystkiego, co tylko ma ekran - gramy, oglądamy, no bo co można robić w deszcz? Czasem rozkładamy gry podłogowe, ale większość już się ograła (w sezonie zimowym kilka razy dziennie codziennie aaaa!). Jedynie w "Spuzzle" jeszcze chciało się grać, bo to stosunkowo nowa gra (z pół roku u nas dopiero). No i któregoś dnia zrobiliśmy nowe "Memory". Nie żeby stare było złe, bo jeszcze całkiem do rzeczy, choć zgrane trochę, ale samo robienie dało Młodemu dużo frajdy. Wymyślał własne motywy i rysował zawzięcie. Potem graliśmy w ogódku na materacu, dopóki słońce nie zaszło za chmury, bo z temperaturą to się w tym kraju nie przewala w czasie wakacji, w cieniu za zimno na siedzenie bez ruchu.

27 lipca 2017

Ten zakaz telefonów to super sprawa

Połowa wakacji praktycznie minęła. Dzieci większość czasu spędziły w domu syćkie trzy opiekując się sobą wzajemnie. To znaczy prrrr każdy opiekował się głównie swoim komputerem, jak na dzieci XXI wieku przystało. 
słońce chowa się za lasem a ja za trawą

Powiem Wam, że cieszę się wręcz, że sobie siedzą przy kompach, gdy mnie nie ma w domu, bo jakoś tak mniej prawdopodobne wydaje mi się, że coś głupiego im do łba strzeli albo jakaś nieprzygoda się zdarzy. Diaboł nie śpi. Dlatego jak tylko chcą się lampić w ekrany, niech się lampią. Choć one robią sobie przerwy... Poznaję to po tym, że jak wracam do domu po pracy, w kuchni czeka na mnie czasem 5 świeżutkich pachnących ciastek marchewkowych albo jedna (góra dwie) czekoladowa muffinka. Nie wiem, jak to robią, ale wyobraźcie sobie, że w kuchni jest czysto. Znaczy nie, raz przyszłam i zauważyłam, że wszedzie jest cukier. W zlewie jest cukier, na podłodze cukier, pomiędzy urządzeniami mnóstwo cukru, na stole cukier. No ki czart - myślę - M poprzedniego dnia co prawda  wywalił słoik z cukrem, ale natychmiast pościerał i poodkurzał co do okruszka. Nic to, nie wnikam. Tajemnica jednak wyjaśnia się natychmiast jak tylko Młody usłyszał, że matka wróciła - Maaaamoooo, a dziewczyny zrobiły mi watę cukrową! Noooo do maszyny jak się źle sypnie cukier to on jest potem wszędzie, nawet na szafie może być. Kilka dni później wszędzie są mrówki... Taaa, Młody kiedyś się cieszył, że ma wreszcie swoje zwierzątka i że one same do niego przyszły. Naprawdę fascynująca to sprawa tak leżeć sobie na dywanie i przyglądać się jak mróweczki targają dokądś resztki chipsów spod stolika i co dnia ich przybywa.... Tata drań popsikał je czymś i do tego posprzątał miejsce przestępstwa dokładnie z resztek jedzenia i mrówek. No więc pozostaje gapienie się w ekran i hodowanie zwierząt w Wiejskim Życiu albo próby zaprzyjaźniania się z pupilami sióstr. Każda ma swoje zwierzątko - Najstarsza królika, Młoda nimfę - i te stwory też potrafią odciągnąć młodzież od komputerów na dłuższą lub krótszą chwilę. Trzeba wypuścić z klatki, trzeba pogadać do stworzenia, trzeba posprzatać kupy, zmienić wodę, przynieść smakołyka... 

25 lipca 2017

Nagła fascynacja Jezusem - jak nadążyć za własnymi dziećmi?

Jesteśmy rodziną katolicką - mamy te wszystkie sakramenty, w domu symbole katolickie, Biblię (czytaną nawet od czasu do czasu), obchodzimy Boże Narodzenie i Wielkanoc (po swojemu bo po swojemu ale pamiętamy), lubimy i szanujemy tradycje, dzieci uczą się w szkołach katolickich i chodzą na taką religię. Jednak ostatnio nie jesteśmy praktykujący, wiara też raczej pod znakiem zapytania (bardziej szukanie odpowiedzi n/t sensu życia i przywiązanie do tradycji w której się wychowało). Pobożni zdecydowanie, na 100% nie jesteśmy, nie opowiadamy dzieciom o Bogu, nie namawiamy, nie przekonujemy. Dziewczyny chodziły na religię w Polsce i były tam u I Komunii więc musiały nauczyć się tych wszystkich przykazań, zakazań i całej reszty nikomu nie potrzebnych (moim zdaniem) rzeczy. Dzięki temu pewnie dziś nie chcą nawet słyszeć na temat kościoła  i nawet na zwiedzanie ich tam nie zadrze. Ze szkoły chodzą bo nie mają wyjścia, a nawet mówią, że jest fajnie.  Sami też nie chodzimy raczej na msze, bo nam się nie chce. Młody nie miał styczności z kościołem odkąd skończył roczek, bo jakoś się nie składa. Nie będę własnych dzieci przekonywać do czegoś, w co sama nie wierzę  za bardzo. Tu religia w szkole to takie tam pitu pitu o wszystkim i o niczym. Jesteśmy zatem takimi sobie, słabymi katolikami, ale bez wątpienia lubimy zwiedzać kościoły i miejsca kultu, poznawać legendy i historię. To jest ciekawe i fascynujące. Czujemy się też związani z kulturą i tradycjami chrześcijańskimi i nie mamy zamiaru póki co się rozwiązywać ani pozwalać innym się w te nasze kwestie wtryniać.

 Nie dawno pokazywałam tu zdjęcia z wycieczki do Scherpenheuvel. Młodemu się podobało, jak każda wycieczka. Jednak tam zainteresował go Jezus na ogromnym krzyżu. Nadmienię, że nasz synio jest na etapie zadawania pytań i jak go coś zaciekawi to nie ma zmiłuj, czasem kilka tygodni drąży temat (tak było z umieraniem). Teraz pojawił się Jezus. Kto to jest? Co on tam robi? Dlaczego go zabili? Kto to byli ci źli ludzie? Ale dlaczego? A ile on ma lat? A był mały?.... W końcu zostawiliśmy Jezusa i poszliśmy dalej. No ale to była Droga Krzyżowa i zaraz zauważył kolejną stację. Co oni tu robią? Kto to jest? Dlaczego?.... Dobrze, że Tata obcykany w stacjach Drogi Krzyżowej to doszliśmy do bazyliki w końcu. Tam też obrazów i rzeźb nie brakowało.

Wróciliśmy do domu i okazało się, że ta dekoracja z salonu już nigdy nie będzie zwykłą dekoracją. To jest przecież Jezus - człowiek, który był dobry i wszystkim pomagał, ale źli ludzie go zabili. Obraz w sypialni przypomniał też historię opowiadaną podczas Bożego Narodzenia i mała główka szybko połączyła fakty, ale na wszelki wypadek się upewnił. A ten dzidziuś to kto? A ta pani obok niego to jego mama Maria...? Koło szkoły też jest krzyż duży. Ostatnio go malowali i znowu pojawiło się wiele pytań o Jezusa. Niesamowite, jak zafascynowała go ta postać.

20 lipca 2017

Nasze babskie problemy. Kolejny post o dorastaniu.

Przychodzi taki moment, że dziewczynka staje się kobietą. Jest to z jednej strony powód do radości - człowiek staje się dorosły, nabiera ładniejszych kształtów; z drugiej jednak wiąże się to z całą gamą niedogodności i niefajnych problemów. Już nie można iść na basen kiedy się chce, już  nie można zakładać jasnych portek czy kiecki w niektóre dni, już trzeba pamiętać, by w tornistrze czy torebce zawsze mieć choć jedną podpaskę i tabletki przeciwbólowe, bo nigdy nie wiadomo kiedy to cholerstwo nas dopadnie i gdzie. Gdy już dopadnie, to co chwilę trzeba latać do wuceta i sprawdzać, czy nic nie przemogło. Do tego ten przeszywający ból i osłabienie, a tu uczyś się trzeba i myśleć, i siedzieć te 8-9 godzin w szkole, a potem jeszcze pedałować na rowerze 7 kilometrów do domu. Jakby tego było mało w wielu przypadkach dorastanie wiążę się  z trądzikiem, czyli spaskudzoną przez jakieś syfy twarzą. Wiele dziewczyn przechodzi na szczęście łagodnie, bez większego bólu, większego krwawienia, ot 3 dni i po sprawie. Niestety nie wszystkie. 

Gorzej jeśli nastolatka (dokładnie: dwunastolatka) ma obfity okres 8-10 dni, a przy tym cierpi na okropne bóle brzucha i głowy. Do szkoły chodzić musi, musi uważać na lekcji, pisać testy, odrabiać zadania domowe. W Polsce można się opieprzać, olewać, opuszczać lekcje i nikt wam nic nie zrobi, ot tam pobiadolą na wywiadówce i tyle, we Flandrii nie ma zmiłuj. (przynajmniej w naszej szkole). Wagarujesz, nie odrabiasz zadań, dostajesz gorsze wyniki - wyślą cię do psychologa czy innego tam nawiedzonego specjalisty, a jak ci sie nie podoba to przywitasz się z sądem rodzinnym. Można latać co miesiąc do lekarza po zwolnienie, ale to kosztuje i na ból nie pomaga. Pora się wybrać do ginka....

Wybadaliśmy wcześniej sytuację po znajomych i w necie, by dowiedzieć się jak to wygląda w tym kraju. Sama zresztą byłam u tego nielubianego doktora nie tak wcale dawno i nie ukrywam, że zostałam bardzo miło zaskoczona. Podejście do ...WSZYSTKIEGO zupełnie inne niż w Polsce. W gabinecie full wypas, nawet wziernik podgrzewany hahaha - w PL bywałam w gabinetach państwowych i prywatnych dość często, bywałam też w szpitalu z powodów babskich najróżniejszych, to coś wiem na ten temat. Szczegółami się dzielić nie będę, ale zapodam kilka ciekawostek, różnic, których nie da się nie zauważyć. W PL wmawiano mi z jakiegoś (podejrzewam czysto biznesowego) powodu, że biorąc tabletki muszę chodzić na badanie co 2 miesiące albo i co miesiąc (stówka za wizytę). Tutaj co się okazuje? Ano że przy pierwszej wizycie dostaję 3 recepty od razu,  z czego jedna na roczny zapas tabsów. Aaaa czyli jednak z tym comiesięcznym badaniem to gówno prawda. Druga miła niespodzianka - pigułki nie są drogie.  Do 21 roku życia są nawet UWAGA - ZA DARMO!!! Zresztą wizyta też kto wie co nie kosztuje - 35-40 euro, z czego sporą część oddaje ubezpieczyciel. Tyle samo płaciłam za cytoligię, ale po jakimś czasie przyszła informacja że co 2 lata jest cytologia darmowa (na przyszłość będę siedzieć i poczekam grzecznie na zaproszenie).

W PL, z tego co podają na portalach medycznych,  nastolatka poniżej 18 roku życia musi mieć PO-ZWO-LE-NIE-OD-RO-DZI-CÓW, gdy chce by jej ginek przepisał pigułki antykoncepcyjne. No wiadomo normalny zapyta od picu czy starzy wiedzą i przepisze, a inny każe z mamusią przyjść. Spoko.

W BE nastolatka nie musi się pytać mamy o zgodę, a mama nie ma prawa się pytać doktora, co dziecku przepisał. Znaczy pytać może, ale odpowiedzi raczej nie otrzyma.

Najważniejsza ciekawostka, a w zasadzie dobra nowina dla nastolatek wybierających się do gina w Belgii. Cała wizyta odbywa się przy stoliku. Nie ma badania. Co niektórzy ponoć robią USG przez brzuch, gdy jest taka potrzeba. Oczywiście wiadomo do doktora chodzi się z różnych powodów i w różnych sytuacjach. Co innego zbyt męczące miesiączki co innego na ten przykłada jakaś nieplanowana ciąża, czy poważne schorzenie. Mówię tu jednak o tym pierwszym, zwykła, powszechna choć baaardzo niefajna rzecz - menstruacja.

Na wizytę nastolatka (nawet jeśli ma tylko 12 lat) może iść z mamą, z siostrą albo zwyczajnie sama i nie ma problemu. Dodam tu przy okazji (bo pewnie nie jeden potrzebuje to wiedzieć) że w tym kraju antykoncepcja jest czymś najnormalniejszym na świecie także w kwestii nastolatek. Nikt raczej (ani lekarz, ani aptekarz, ani pani w szkole) nie bedzie się dziwił ani tym bardziej komentował, czy choćby głupio patrzył, gdy piętnastolatka, czy nawet dwunastolatka poprosi o środki antykoncepcyjne (pigułki są na receptę - tak samo jak w PL, tyle że tu dla małolatów są darmowe).

Pani doktor powiedziała, że zarówno 1 okres na pół roku jest czymś normalnym u nastolatki, jak i regularne ale ciężkie miesiączki mieszczą się w normie. To pierwsze prawdopodobnie ureguluje sie samo w ciągu najbliższych 2-3 lat i nie ma się co martwić. To drugie mają poprawić pigułki hormonalne, bo jak stwierdziła pani doktor, obfite miesiączki oraz trądzik świadczą właśnie o tym, że organizm cierpi na chaos hormonalny typowy dla okresu dorastania.

Pamiętam że w Polsce wszyscy straszyli tabletkami antykoncepcyjnymi. Jakie one to mogą być szkodliwe. Na ulotce podają, że faktycznie skutki uboczne mogą być różne, jak przy większości leków. Dla niektórych zwykły paracetamol czy ibuprofen może okazać się śmiertelny, gdy okaże się że organizm danego składnika leku nietoleruje. Przeciętny człowiek  nie martwi się tym co go może ewentualnie kiedyś tam spotkać, gdy zażywał będzie dany lek. Przeciętny człowiek zażywa go z nadzieją, że mu pomoże tu i teraz. Przeciętny człowiek nie lubi, by go coś bolało a gadanie (pamiętam te czasy gdy ja co miesiąc umierałam z bólu), że inni też tak mają i żyją działa mi na nerwy. Bo serio guzik mnie obchodzi że w XII wieku baby cierpliwie znosiły ból miesiączkowy czy porodowy i rodziły na miedzy i szły dalej do roboty bez narzekania. Bo czasy się zmieniły, w XXI wieku nie trzeba ani rodzić na miedzy w bólu, ani umierać przy porodzie z byle powodu czy choćby na zapalenie wyrostka, ani wyrywać zębów na żywca. Można też ułatwić sobie bycie kobietą i złagodzić paskudne objawy menstruacyjne i pozbyć się wielu innych problemów zdrowotnych, które jeszcze za moich gówniarskich czasów były niedopokonania.

Co ciekawe kilka miesięcy temu prasa pisała na temat najnowszych badań, które dowodzą, że pigułki anty brane w młodym wieku mogą nawet zapobiegać rakowi babskich narządów. Tak że tak. Opini tyle ile stron świata, a człowiek zrobi i tak zawsze, co sam uważa za słuszne i dobre dla siebie.




14 lipca 2017

Nocne reflekcje na temat blogowania.

Blogi są jak ogrody przed domem. Każdy może zajrzeć, każdy może skomentować. Ogród możemy też ogrodzić i nikt nam zaglądał nie będzie. Blog może być całkowicie prywatny lub dostępny tylko dla wybranych.

Każdy urządza swój ogród wedle własnego uznania, fantazji, potrzeb i możliwości. Każdy może mieć swój ogród, nie trzeba być ogrodnikiem ani innym tam specjalistą od ogrodów. Jak ktoś chce mieć piękny ogród a nie zna się, zatrudnia fachowca, by ogród zaprojektował. Każdy ogród jest inny, ale projektowanie i pielęgnowanie ogrodu daje dużo frajdy.

Teraz spójrzmy na to z perspektywy przypadkowego przechodnia. Jeden przejdzie mimo i nawet nie zauważy żadnego ogrodu. Drugi zauważy, ale się nie zainteresuje. Trzeci przystanie i obejrzy sobie wszystko dokładnie, czasem nawet skomentuje albo zapyta o coś właściciela. Są też tacy, co po ogrodach rozrzucają śmieci i inny syf, w necie zwiemy to spamem albo wirusami (ale to już śmieci z kategorii toksyczne)

W tym momencie dochodzimy do jednej zasadniczej różnicy pomiędzy blogiem i ogrodem. Jak żyję 40 lat, to nie widziałam ani nie słyszałam (choć pewnie na świecie gdzieś się zdarzyło), żeby ktoś zobaczywszy czyjś ogród, który mu się nie podoba (bo jest zaniedbany, bo styl jakiś taki nie tego, bo za dużo dekoracji albo za mało żółtych kwiatków, bo śmieci się walają, a te huśtawki nie pasują...) wtargnął nagle do właściciela tego ogrodu i zaczął mu, i jego latami hodowanym pokrzywom bezczelnie ubliżać, krytykować ten ogród i jego właściciela, drzeć mordę...

No weź spróbuj jeden z drugim zrobić w realu coś takiego to w najlepszym przypadku ktoś zadzwoni po gliny, w trochę gorszym zwyczajnie otłucze wam ryło, a może was nawet zastrzelić, bo ponoć w niektórych rejonach świata prawo na to pozwala.

Na bloga natomiast (czy inną tam mniej lub bardziej prywatną stronę) bardzo często wpada jakaś niewychowana dzicz i się drze wirtualnie, obraża, wyzywa, krytykuje wszystko co się da i jeszcze jakie pretencje i żale, gdy się zwróci uwagę, bo jaka to ja jestem nietolerancyjna, jaka egocentryczna, jak nie potrafię uszanować odmiennego zdania... Tja bo ja swój własny ogród będę urządzać wedle czyjegoś widzimisię albo wysłuchiwać w spokoju debilnych komentarzy... Czasem to serio mam ochotę zastrzelić...

Blogowanie jest też jak nałóg - dość szybko uzależnia. Blog to diabelny pochłaniacz czasu i myśli. Nie wiem, jak mają inni blogerzy (pewnie zależy od tego, o czym blog), ale ja mam tak, że pomysły na artykuł dopadają mnie o najróżniejszych porach dnia i nocy. Tak, nocy! Budzę się w środku nocy, bo na ten przykład chce mi się siusiu, idę do kibla i tam w tej świątyni dumania nachodzi mnie na rozważania nad sensem życia. W nocy najgłupsze rzeczy mogą wydawać się dobrym materiałem do opisania na blogu. Wracam do łóżka, gdzie przez najbliższe godziny zamiast spać piszę w myślach ten fantastyczny powalający na kolana post. Oj tam w myślach, zadarzało mi się już pisać ze smartfona, a rano oczy jak po spawaniu, zmęczenie do entej potęgi, a ten zajefajny tekst w blasku słońca wydaje się śmieszny i redaguję go za dnia na nowo od początku albo zwyczajnie klikam 'usuń' oraz 'tak jestem pewna, że usunąć ten post'. Pomysły na temat dopadają mnie też w drodze, w robocie i innych mejscach do tego niestosownych. Dlaczego niestosownych? Dlatego, że człowiek chodzi czasem jak naćpany, gdy pisze w myślach bloga. Na szczęście tylko czasem, zwykle obmyślanie tematu nie koliduje z robotą, a tylko pomaga przeżyć dzień.

Jak się już wymyśli coś, to potem trzeba to koniecznie wklikać z lapka lub smartfona, a potem skorygować, poszukać zdjęć i w końcu opublikować. To trwa czasem kilka dobrych godzin z przerwami, a bywa że dni. Są na tym świecie rzeczy o wiele pożyteczniejsze, które można by w tym czasie zrobić. Jestem wszak czyjąć mamą, żoną, czyjąś córką... A wiecie jak irytujące są chwile, gdy masz 'super pomysł' a nie masz czasu by usiąść do laptopa? Nie wiecie? To dobrze. To okropne chwile. Tak samo jak te, w których się już przy tym lapku usiądzie a wtedy ktoś coś chce. Bywam wtedy agresywna a już na pewno pierońsko wściekła, że bez kija nie podchodź. Dlatego czasem zastanawiam się nad zakończeniem tego procederu, bo dla rodziny mój blog jest chyba trochę (albo i więcej) krzywdzący.

Nałóg ma jednak to do siebie, że nie łatwo z nim zerwać.

Blogowanie daje mi dużo frajdy. Mogę się wygadać, pozbyć balastu obciążającego moje myśli. Gdy człowiek nie ma z kim pogadać, to każda możliwość jest dobra. Są tematy, które mogą przedyskutować z mężem, są też takie o których już fajnie się gada z moimi pannami, ale pozostaje wiele, z którymi nie mam co zrobić. Blog ratuje sytuację.

No, o wszystkich to nie mogę też pisać, bo moje niektóre teorie i poglądy mogły by wywołać trzecią wojnę światową. Wystarczy, że czasem mi się coś wymknie, gdy mnie wkurzenie opanuje i już wielka awantura, czy jak to dziś powiada młodzież, gównoburza.


W dzisiejszych bowiem czasach wolność polega na tym, że możesz robić i mówić wszystko co tylko chcesz pod warunkiem, że większość się z tym zgadza. Jak ośmielisz się być przeciw aktualnie panującym normom, trendom i  poprawności politycznej, masz przesrane. Możesz iść, gdzie chcesz pod warunkem że w lewo  :-) 

Staram się nie wychylac zbytnio, bo życie codzienne dostarcza mi wystarczająco wiele powodów do podnoszenia poziomu adrenaliny we krwi. Ciągłe użeranie się z wszystkowiedzącymi, nierzadko bezczelnymi  i o niezbyt wysokim poziomie inteligencji ludźmi,  zaprowadziło by mnie albo do więzienia albo do psychiatryka...

Blog pomaga też w rozwiązywaniu problemów. Gdy wystawię moje problemy na światło dzienne, mogę lepiej się im przyjrzeć, a potem uporządkować. Przy okazji dostrzegam też wszystkie zalety i skarby jakie skrywa nasze prywatne życie. To jest bardzo pozytywna rzecz.

Dlatego blog na razie jeszcze pewnie zostanie... przynajmniej do dopóty, dopóki nie spiszę wszystkich pomysłów albo dopóki mi się nie znudzi całkiem, bo nie mam z kim gadać o tym wszystkim, co mnie dręczy... Jeszcze jest nadzieja, że laptop padnie i zakończy temat raz na zawsze (już, już zdawał się być na wykończeniu, ale zaryzykowałam rozkręcenie wszystkiego i wyczyszczenie... nie wiem kto mi napchał do lapka tyle kurzu...? Pomogło, przestał się wyłączać po 10 minutach).

Na koniec ważna informacja (jakby kto z fejsbukomaniaków jeszcze nie zauważył): zamykam fanpejdża na fejsie. Powisi tam jeszcze kilka dni w celach informacyjnych i przekierowawczych. Nie będę się tu spowiadać dlaczego, z kim i po co, przyjmijmy, że taka moja fanaberia, no a poza tym fan page nie spełnił moich oczekiwań. Spróbuję szczęścia z grupą zamknietą na tym samym portalu społecznościowym oczywiście, bo - nie ma się co oszukiwać - lubię mieć kontrolę nad tym co dzieje się w moim ogródku i lubię wiedzieć, kto mi się tam pałęta dniami i nocami.

Liczę na to, że w grupie będzie też można od czasu do czasu podyskutować na jakiś temat, bo to tak trochę nie teges, że ja się tu produkuję a wszyscy siedzą i się patrzą. No, parę osób zawsze się udziela, ale na fan pageu było ponad 300 lajków... czyli co? ludzie-widma, analfabeci, szpiedzy, psychopaci...?

To jest ostatni wpis z bloga udostępniony na fan page'u. Zainteresowanych zapraszam do grupy zamkniętej. Nazwa to tytuł bloga: Belgia Nasz Nowy Dom. Dla czytaczy bloga


















10 lipca 2017

Bokrijk. Skansen w prowincji Limburg.

W minioną niedzielę zrobiliśmy sobie kolejną wycieczkę do prowincji Limburg do skansenu Bokrijk w Genk.

Genk leży nieopodal Hasselt, które to miasteczko odwiedziliśmy 2 lata temu tu o tym pisałam (kliknij by przeczytać).

Jest to miejsce, do którego warto się wybrać na cały dzień, bo jest dużo do oglądania. Można pobawić się zapomnianymi już prawie zabawkami.
Była okazja sprawdzić, czy nie zapomniałam, jak się chodzi na szczudłach. Jak widać na załączonym obraku - nie :-) Dziewczynom też całkiem dobrze szło jak na pierwszy raz.

Bo takich dwu jak nas trzy to ani jednej nie ma :-)

30 czerwca 2017

Dorastanie. Nawet wyjście na basen jest nie lada wyzwaniem

W poprzedni weekend była wystawa prac w Akademii. Postanowiłam pojechać rowerem, by ją sobie obejrzeć i nie żałuję.  Młoda pojechała ze mną, bo to tylko drugie tyle co do szkoły (13km), ale w połowie drogi zaczęła się zastanawiać głośno, czy do tego miasta aby przypadkiem autobusy nie kursują...? Objechałyśmy jednak, tylko nie wzięłyśmy nic do żarcia i mało nam brzuchy do pleców nie przyschły z głodu. Czy wam też się zawsze chce jeść i pić, jak tylko wsiądziecie na rower? Picie na szczęście miałyśmy w torbach rowerowych.

20 czerwca 2017

Agencja Ślubna Project Wedding, czyli jak spełniać swoje marzenia. Gość bloga.

Każdy ma w życiu jakieś marzenia, idee, mniej lub bardziej szalone pomysły. Ilu jednak ma odwagę je realizować? No cóż, sporo osób myśli, że marzenia same się spełnią, że to musi przyjść dobra wróżka albo czarodziej i za pomocą magicznej różdżki zmieni ich życie. Czekają tak na wygraną w totka nie kupiwszy nawet jednego losu. A może by tak ruszyć głową, ruszyć kuper, zakasać rękawy, wyjąć z szuflady swoje marzenia, odkurzyć  i zabrać się samemu wreszcie za ich spełnianie? Oczywiście, można siedzieć nadal przed telewizorem, użalać się nad sobą, czekać na dobrą wróżkę  i zazdrościć tym, którzy robią coś fajnego, a swoje marzenia te małe i te duże nadal trzymać w zakurzonej szufladzie...


Gosia postanowiła spełnić swoje marzenie o tym by spełniać marzenia innych.

Pomieszkała trochę w Belgii, popracowała, pozwiedzała, pouczyła się języka i zrozumiała, że mimo iż Belgia jest bardzo fajnym miejscem i kawałek serca już na zawsze tu zostanie, to fajnie by było wrócić do Polski, bo tam jednak najlepiej się czuje. Pora zatem zrobić następny krok na drodze do szczęścia i zacząć realizować pomysł, który tłucze się po głowie już od kilku lat... Jak postanowiła, tak zrobiła.

Większość dziewczyn już w przedszkolu zaczyna planować swoje wesele i marzyć o sukni ślubnej i welonie. Nie wiem jak jest teraz, ale w moich czasach non stop wyprawiało sie wesele lalkom  i stroiło je w suknie ślubne, choćby z kawałka starej firanki. Myślę, że każda dziewczyna choć raz wyobrażała sobie swój idealny ślub i weselicho, inne marzą o tym cały czas, aż w końcu nadejdzie taki moment, że dorosną, spotkają swojego księcia i zaczynają planować prawdziwy ślub. No niestety, o ile lalki mogą codziennie wychodzić za mąż, stroić się w coraz to inne suknie ślubne, szykować coraz to inną imprezę, tak żywi  ludzie zwykle ograniczają się do jednego razu a takie wesele trwa dzień, czy dwa i koniec zabawy. No trudno, takie życie, nic nie poradzisz... a może jednak? No... można się rozwieść i zorganizować sobie drugie wesele, a potem trzecie.... Nie, no bez przesady.

Gosia wymyśliła, jak robić dużo wesel bez rozwodzenia się ze swoim mężem. Nie zamierza też czekać, aż dorośnie jej córka, by znowu poświęcić się całym sercem przygotowaniom weselnym, wyborze miejsca, dekoracji, muzyki, sukni ślubnej i całej tej oprawy.

15 czerwca 2017

Gdy dorastanie nas przerasta.

Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Wasze dziecko postanowiło uciec z domu?
Nie zastanawialiście sie, bo uważacie siebie na pewno za dobrych rodziców (jeśli nie za wspaniałych, czy wręcz idealnych), zaś Wasze dzieci są zapewne mądre, grzeczne, dobrze wychowane i nie mają żadnych problemów ani najmniejszych powodów by robić TAKIE rzeczy. Laba? Kłamstwo? Wulgaryzmy? Symulowanie choroby? Papierosy? Alkohol? Ucieczka z domu? Próby samobójcze? Nie. Was to zupełnie niedotyczy.... Prawda?

Nie dawno krążyły po sieci (krążą pewnie nadal) informacje na temat bardzo interesującej zabawy zwanej pod nazwą nie.bie.ski.wie.lo.ryb. Taka internetowa forma podwórkowej zabawy w wyzwania, w której jeden drugiemu zleca przez net różne mniej lub bardziej debilne zadania do wykonania. W podwórkowej zabawie nie jeden jadł robaki albo skakał z dachu, żeby udowodnić kolegom, że nie jest cykorem, że jest zajebisty. Moim zdaniem cykorem nie jest tylko ten, kto jest w stanie przeciwstawić się bandzie idiotów a nie ten kto zniży się do ich poziomu, no ale to moje zdanie. Gównażeria od wiek wieków lubi udowadniać rówieśnikom 'jaki to ze mnie gieroj'. Zresztą nie tylko gównażeria - mało to dorosłych i do tego znanych ludzi wylewało se na łeb lodowatą wodę w Ice Bucket Challenge? To niby miało jakiś szczytny cel, ale każda wymówka jest dobra by zabłysnąć przed innymi i zebrać parę lajków... Ten niebieski ssak rybopodobny to też właśnie taki challenge (tych czelendży krąży w sieci od groma i gdy sobie poguglujecie to skarpetki wam się mogą sfilcować od myślenia na temat granic ludzkiej głupoty) tylko dosyć dziwny, bo nie można się cieszyć z jego ukończenia, no chyba że dna piekła, bo samobójców ponoć do nieba nie wpuszczają (ale jeszcze nie byłam, to nie wiem na pewno). 

6 czerwca 2017

Sanktuarium w Scherpenheuvel

W ostatnią niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę do Scherpenheuvel. Miejscowość niewielka, choć ładnie położona i - jak wszystkie miejscowości Flandrii - zadbana i czysta. Ma jednak bardzo ciekawą historię, a sanktuarium na pewno warto zobaczyć, nawet jak się nie jest wierzącym i praktykującym katolikiem, a jak się jest, to tym bardziej się powinno tam wybrać.
W Zielone Świątki są do tego miejsca organizowane polskie pielgrzymki z Brukseli, Gent i pewnie innych polskich kościołów. Są zatem polskie msze i droga krzyżowa.

Ja jednak bardziej interesowałam się, jak zwykle, historią i legendami tego miejsca. Podzielę się więc tym, co wyczytałam. Od siebie dorzucę kilka fotek ze smartfona, żeby Was zachęcić do wycieczki.
Scherpenheuvel leży w naszej prowincji (Vlaams Brabant) pomiedzy  Leuven i Hasselt.

Już w 1304 roku ksiądz z Zichem (Lodewijk van Velthem) napisał w "Spieghel Historiael" o cudownym dębie, który wyrósł w krztałcie krzyża i do którego ściągają licznie pielgrzymi. Z czasem - choć nie wiadomo dokładnie kiedy - na dębie zawieszono figurkę Matki Bożej. Legendy mówią, że pewnego dnia (bodajże w 1514 roku) pewien pastuch zobaczył tę figurkę leżącą pod drzewem i postanowił sobie ją zabrać na pamiatkę. Gdy tylko podniósł ją z ziemi coś sprawiło, że nie mógł się ruszyć. Stał tak biedaczysko z wyciągniętymi rękami, w których tkwiła figurka, aż zaniepokojony jego długim zniknięciem pan zaczął go szukać. Zobaczywszy, co się stało, zabrał mu figurkę i odwiesił na drzewo, gdzie jej miejsce. Wtedy pastuchowi wróciła możliwość poruszania się, a wieść o tym cudzie rozeszła się błyskawicznie wśród ludu.

4 czerwca 2017

Wyżej dupy nie podskoczysz, ale ja czasem próbuję :-)

Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak mi sie wydaje, iż nie mam czasu, to powinnam sobie znaleźć dodatkowe zajęcie, a bardzo szybko się przekonam, że jednak mam więcej czasu niż mi się wydaje. Ta metoda faktycznie działa i staram się z niej korzystać, ile się da. Jednak wszystko ma swoje granice i w końcu przychodzi taki moment, że już się nie da więcej wcisnąć w czasoprzestrzeń a jak się uda coś wcisnąć, to coś innego wypadnie. No,  jak to mówią, wyżej dupy nie podskoczysz, ale można próbować... 

Nie publikuję ostatno zbyt wiele, bo nie mam czasu. Od czasu do czasu spisuję nowe przemyślenia, by przy czasie je dopracować i opublikować, ale ...nie mam czasu. 

czasem dobrze się zatrzymać i popatrzeć wkoło

Pracuję około 30 godzin w tygodniu (no wiem, mówiłam już  pewnie ze 100 razy). 30 godzin to dużo godzin jak się przy tym dojeżdża rowerem po 10 km, ma własny dom, męża, troje dziecków w tym dwie nastolatki z 2 tysiącami problemów oraz na dokładkę królika i trochę własnych zajęć dodatkowych. Jest na prawdę co robić i nad czym myśleć. To kosztuje dużo energii, czasu i nerwów...

Zrezygnowałam z wolontariatu w bibliotece bo wyżej dupy... Może kiedyś tam wrócę, bo to zajęcie relaksujące i przyjemne. Może kiedyś..

Nie dawno postanowiłam zmienić biuro i właśnie jestem w trakcie. Nagle stwierdziłam, że mam dość Start People, bo po pierwsze zamknęli kantor w najbliższej okolicy (do którego miałam i tak 12 km z domu i ponad 20 km od klienta piątkowego) i który był czynny tylko w piątki, po drugie za często zdarza im sie zapominac o przysłaniu formularzy do wypełnienia (ileż razy można się dopominać), po trzecie płacą raz tak raz srak, nigdy nie wiem, kiedy dostanę jakieś pieniądze, po czwarte w innych biurach są różne dodatki, a w SP tylko łysa wypłata (no dodatek za przejazdy to nie dodatek). W nowym biurze dostanę dodatkowo do wypłaty ubezpieczenie szpitalne i dentystyczne oraz ELEKTRYCZNY ROWER. To ostatnie baaaardzo mi się podoba, zwłaszcza, że tego roweru mogę używać bez ograniczeń (zgodnie z regulaminem) także w prywatnych wycieczkach, w weekendy itp, a naprawy w razie wu opłaca firma. 

Jak się zmienia biuro? Sprawa niby prosta ale i dość skomplikowana zarazem. 

26 maja 2017

Pairi Daiza - niezwykłe zoo


W Belgii długi weekend. Pogoda wreszcie się wyklarowała - jest słonecznie i upalnie (wczoraj np 27 stopni). Trzeba to wykorzystać, bo w tym kraju nie ma za dużo gorących dni w roku. Postanowiliśmy odwiedzić w końcu Cambron-Casteau - wioskę w gminie Brugelette, gdzie znajduje się ogród zoologiczny Pairi Daiza (do 2009 nazywał się Paradiso).


Pairi Daiza nie jest zwykłym zoo. Jest to raczej ogromny park, po którym pałętają się zwierzęta z całego świata.