25 stycznia 2026

I tak styczeń mija właśnie…

Czuję się lepiej niż podczas pisania poprzedniego wpisu. Nie wiem, czy to jego napisanie mi pomogło, czy po prostu sięgnęłam dna i teraz znowu mogę iść POWOLI do przodu, dopóki nie wyjdę na najbliższy szczyt dobrego samopoczucia.... bo przecież jest ono jak gówno na kole - raz na górze, raz na dole.

 Miniony tydzień rozpoczął się wizytą w Antwerpii, dokąd wybrałam się z Młodą na spotkanie z psychologiem. Znaczy to ona się spotykała, a ja tylko jej towarzyszyłam w razie jakby znowu się gdzieś wytarabaniła i jakąś kostkę czy inną tam część ciała se uszkodziła... We dwóch zawsze to raźniej i bezpieczniej. Po wizycie Dziecię zarządziło zwiedzanie sklepów, bo soldeny noworoczne, a ona se jakąś nową koszulę chciała kupić... 



Najsampierw wdepnęłyśmy do sklepu vintage, zwanego potocznie szmateksem. W tym sklepie  zawsze pełno oryginalnych ludzi się spotyka. Już sami sprzedawcy mają stylowe przyodziewki. Większość kupujących też wyróżnia się z tłumu i szukają nowych części garderoby w swoim stylu. Pełno superowych rzeczy było, ale niestety nic z tego, co mi się podobało nie było w moim ani Młodej  rozmiarze, a te które były, nie koniecznie akurat potrzebowałam, choć parę ciuchów przymierzyłam, żeby zobaczyć, jak wyglądam, bo kto mi zabroni. Wzięłam flanelową niebieską koszulę w kratę, bo mi się podobała, ale zapłaciłam za to ponad 8€, bo dosyć ciężka, a to na wagę odzież...

Kolejny na naszej drodze był Primark, gdzie po raz kolejny naocznie się mogłam przekonać, że ludzie to jednak największe bydło wśród zwierząt. Mało kto odłoży ciucha na miejsce. Nie mówiąc o tym, by poskładał tak jak było i ogólnie zostawił miejsce takim, jakie zastał. Ba, krowy, bo to głównie one są, samice człowiecze w wieku każdym, jak dupą zwalą połowę wieszaka na podłogę, nie podniosą ani jednej rzeczy, tylko pójdą dalej odlazłszy jak krowa gówno. Moim zdaniem pracownicy sklepów odzieżowych, zamiast latać ciągle i wszystko podnosić, powinni zacząć śledzić nagrania z kamer i raz, drugi, trzeci wziąć taką damulcię za oszywę i nakazać jednej z drugą posprzątanie całego sklepu, a całą czynność nagrać i wrzucić na stronę sklepu ku przestrodze... Może by to choć odrobinę zmądrzało. Albo każdej kazać zapłacić za zniszczone ubrania, które zrzuciła na podłogę, z własnej kieszeni. Nie rozumiem dlaczego takie skurwysyństwo jest w dzisiejszych czasach tolerowane...

Ja w każdym razie nie mogę robić zakupów w takim sklepie, gdzie cała podłoga usłana jest nowiutką odzieżą, gdzie wszystko porozpierdalane, a ludzie po tym łażą w brudnych buciorach za nic mając czyjąś ciężką pracę zarówno tych, którzy te ubrania uszyli, jak i tych którzy je sprzedają. Podnoszę i składam, gdzie tylko przechodzę i gdzie zatrzymam się, by coś obejrzeć, bo nie mogę zdzierżyć, że wszystko się niszczy, że nic nie można znaleźć w takim rozpierdolu... Nerwa mnie bierze i w ogóle nie jestem w stanie się skupić na zakupach, nie mówiąc by czerpać z tego radość. Jeszcze te ludzie się wszędzie rozpychają, wszędzie ich pełno, śmierdzą... Jeszcze jak perfumem to pół biedy, ale ostatnio obserwuję, że małolaty to czasem tak cuchną, jakby tydzień się nie myły i nie wiedziały co to dezodorant. Co ciekawe to często właśnie dziewuchy są takie śmierdzielki zapyziałe. Obrzydlistwo! 

Kupiłam sobie nowe szorty-kolarki do ćwieczeń za 10€, bo na tyle mnie było stać na ten moment i na tyle mi cierpliwości starczyło. Młoda nie znalazła koszuli, bo w primarku to przecież głównie tanie, kiepskiej jakości szmaty. Serio lepiej kupować w ciucholandzie niż w czymś takim.

Potem miałyśmy iść do H&M, ale jak Młoda zobaczyła z ulicy, ile ludzi jest w środku, powiedziała, że już nie ma ochoty na zakupy i tak poszłyśmy do KFC na wegetariańskie karton-żarcie. Stamtąd już 2 kroki do centralnego. Na dworcu dostałyśmy po puszce energetyka, bo akurat rozdawali jako reklamę. Tam się dosyć często zdarzają takie akcje reklamowe. Akurat się przydał mi jak na lekcji zamulałam rano haha. 



We wtorek miałam rozmowę podsumowującą z niderlandzkiego, a w czwartek odbyła się nasza ostatnia lekcja. Nauczycielka urządziła na tę okazję quizy. Pracowaliśmy w grupach i jako pierwsze zadanie mieliśmy wybrać nazwę dla swojej grupy, która miała być czymś, co kojarzy się z Belgią. Koleżanka zaproponowała "Podatki". Nie widzę lepszej nazwy! Śmiechu było co niemiara. Na koniec nauczycielka podsumowując punkty oznajmiła, że ogólnie wszyscy świetnie się spisali, ale jednak Podatki wygrywają, bo inaczej być w Belgii nie może haha. Świetną miałam grupę i dobrą nauczycielkę. Jakoś tak mi się farci, że przeważnie na superowe, wesołe klasy trafiałam. Na razie robię przerwę. Będę sobie powtarzać trochę przerobiony materiał, by utrwalić. Na następny poziom może od września znowu się zapiszę, jak okoliczności będą sprzyjające i jak mi się będzie nudzić.



W czwartek trochę poogarniałam chatę. Nie tam, że jakieś wiosenne porządki czy coś. Ot po prostu pościel zmieniłam u Młodego i posprzątałam mu zdziebko dokładniej. Niby sam mógłby to zrobić w weekend, ale widzę, że coś kiepsko ciągle po tym extremalnym przebodźcowaniu, z którego nie może się wydobyć. W piątek znowu został w domu, a że udało mi się wizytę umówić u lekarza, to poszliśmy i dostał też wolne na poniedziałek. Lekarka powiedziała, że jakby nadal źle się czuł, może przyjść, ale z badań wynika, że im dłużej w domu posiedzisz, tym ciężej potem do szkoły czy pracy wrócić. Nasze obserwacje by się z tym jak najbardziej zgadzały. Młody też się z tym zdaje zgadzać i dobrze że lekarka o tym powiedziała, bo czasem lepiej jak człowiek coś dostanie czarno na białym, bo wtedy lepiej siebie zrozumieć i swoje poczynania dostosować. Cztery dni pauzy powinno faktycznie dużo mu dać i pozwolić wrócić na prostą, a a od wtorku zacząć już lepiej funkcjonować. Zaniedługo będzie tydzień ferii krokusowych to znowu chwila oddechu. No i może uda się w koncu wystartować z tą hybrydową nauką.  Ostatnio coś wszystko tak nam po grudzie idzie, tak niestabilnie, nieprzywidywalnie się toczy...

W piątek byłam u tego całego koordynatora-powrotu-do-pracy z mojego funduszu zdrowia...




 Dostać się tam to co dobrego. Biuro znajduje się na totalnym podbrukselskim zadupiu. Otoczenie jest okropne, brudne, częściowo opuszczone, drogi w budowie od lat (nie wiem o co kaman), ale że ruch tam wielkomiejski i że wjazd/zjazd z autostrady, to rowerem się przedostać jest ogromnie stresująco. Nic tam nie jest oznaczone nalezycie, w ogóle nic nie oznaczone jesli idzie o ruch pieszy i rowerowy. Droga co kawałek poblokowana, ścieżki rowerowe kończą się nagle płotkiem i zakazem wjazdu i trzeba pomiędzy autami się przedostawać na drugą stronę, gdzie obowiązuje dwustronny ruch rowerowo-pieszy na wąziutkim chodniku. W jednym miejscu jedzie się szeroką dwustronną ścieżka rowerową, która kończy się nagle przed ruchliwym rondem (zjadz z autostrady...? czy coś takiego) na którym nie ma ani osobnej ścieżki rowerowej, jak choćby u nas na wsi, ani w ogóle nie jest zaznaczone w żaden sposób, czy rower w ogóle może tam wjeżdżać i tak jedziesz sobie pomiędzy tirami w nerwach, że coś cie rozjedzie... Wszędzie syf - całe torby z jedzeniem, puszkami, łachami gniją na poboczach, ścieżkach, w krzakach... Trzeci świat... a nie czekaj, to panie stolica Europy!

widok na stolycę


Część drogi pokonałam pociągiem, bo nie czułam się na siłach, by pedałować tego dnia 40 kilometrów. Pojechałam zatem na dworzec te 5 kilosów i wciągnęłam z biedą rower do pociągu. 

Niestety w tym super-nowoczesnym i bardzo rowerowym kraju tylko nieliczne dworce mają już pobudowane wysokie perony, z których prawie po równym się wsiada do pociągu. W wielu miejscach musisz wciągnąć rower do ROWEROWEGO WAGONU po wysokich schodach. Już ze zwyklakiem to co dobrego, a ciężki elektryk to nie lada wyzwanie. W drodze powrotnej jakaś wysiadająca pani mi pomogła wedrzeć rower do pociągu. Miliardy idą na rowerowę autostrady, rowerowe tunele, na parkingu dla rowerów, na przebudowę dworców i torów, ale ciągle nie idzie wsiąść z rowerem do pociągu. Niby płacę za bilet dla roweru, ale za co ja płacę, skoro nie mogę normalnie do tego pociągu wsiąść? Gdybym przypadkowo nie była akurat silną, stosunkowo wysoką babą z długimi nogami, tylko małą słabiutką kobiecinką to nie byłabym w stanie nawet zwykłego roweru zabrać do pociągu. No ale dobra, pal licho rowery... Ciągle zastanawiamy się z Młodą, jak pociągami poruszają się ludzie na wózkach albo matki z dziećmi w wózkach. Nawet ja silna baba nie wyobrażam sobie, bym dała rady wsadzić wózek z dzieckiem do pociągu po tych schodach. Nie ma takiej zasranej możiwości! A samo wejście do pociągu i z niego wysiądnięcie to i tak pikuś z dostaniem się na poszczególne perony. Na tej wiejskiej stacji jest dwa tory. Na drugi peron przechodzi się tunelem pod torami. Na oko ze 20 schodów w dół, ze 20 do góry. Oczywiście, że nie ma windy ani podjazdu żadnego. Na boku schodów jest rynienka do prowadzenia roweru. Ja ledwo co daję rady upchać rower pod górę i utrzymać go podczas sprowadzania w dół, bo to taka górka z pieca na łeb... A miastach jeszcze gorzej, bo schodów od cholery więcej. Wtedy masz wysoki peron i łatwiej wsiąść do pociągu, ale jak się dostać na ów peron nie umiejąc przypadkiem latać to już nie wiadomo.

Zaobserwowaliśmy, że jak osoba na wózku jedzie pociągiem, to pociąg zawsze przyjeżdża na tor pierwszy. Pewnie zatem się taki przejazd zgłasza i robią przetasowanie przyjazdów i odjazdów. Mają na dworach też specjalne podesty (może to nawet z opcją windy jest?) , które kilka osób przyciaga, gdy osoba na wózku jedzie... No ale raczej nie dostosowują odjazdów do rodziców z wózkami. 

Co ciekawe, Młoda zauważyła, że w Mechelen, gdzie od lat trwają pracę nad przebudową dworca i już kilka peronów zrobiono, na schodach na nowe perony nie ma rynienki do prowadzenie rowerów. Są tam windy, do których z rowerami wsiadać nie można (jest zakaz), są ruchome schody, po których w sumie z rowerem też nie powinno się poruszać. Jak zatem mają się ludzie z rowerami dostawać na te perony, pozostaje dla nas zagadką. A budowanie infrastruktury rowerowej wokół dworóww, specjalne wagony dla rowerów, suplementy rowerowe i szerokie reklamowanie rowerowania zdawało by się sugerować, że rowery są w pociągach mile widziane. Coś tu zatem nie pykło. Najprędzej panowie (i panie) projektanci nawet nie wiedzą z której strony na rower się wsiada, ani jak kupić bilet na pociąg, bo autem nawet do kibla jeżdżą... 

A co koordynator na moją wizytę? Ano spytał(a), "czego ja od niej oczekuję?". Na dzień dobry czuje się pomoc i wsparcie HAHAHA! Odparłam lekko skonsternowana, że chciałabym jeszcze raz spróbować znaleźć jakąś dla siebie pracę, bo z poprzednią się mi nie powiodło, a a biurze pracy mi powiedzieli, że muszę mieć zgodę swojego funduszu zdrowia. Na to ona, że w takim razie zapyta lekarza orzecznika o zgodę i do tygodnia przyśle mi mejlem odpowiedź. I to cała filofia. Po to zmarnowałam pół dnia i za to pani koordynator-powrotu-do-pracy pobiera swoją pensję. By się zapytać, czego chcę i by moje chcenia przekazać jakiemuś panu doktórowi-od-chuj-wie-czego, a potem od doktóra do mnie. I w sumie ja se myślę, że to była by idealna robota dla mnie: se siedzisz całe dnie w ciepełku i pytasz sie naiwnych ludzi, czego chcą, a potem jeszcze się chwalisz znajmym że koordynujesz, czyli pomagasz ludziom po np raku wrócić na rynek pracy. To musi być wielce satysfakcjonujaca praca. Szczegół, że to samo można by załatwić dwoma kliknięciami przez internet (dzięki czemu takie "koordynatorki" mogły by np uzupełnić braki kadrowe w firmach sprzątających czy przy pilnowaniu dzieci). I tak na każdym kroku człowiek na własnej skórze przekonuje się, że w ostanim czasie potworzyło się tu tyle abstakcyjnych stanowisk, które utrudniają życie przeciętnemu śmiertelnikowi a są utrzymywane za pieniadze, które można by było przeznaczyć np na przyśpieszenie prac remontowych, naprawę dróg, czy utrzymanie szpitali albo szkół... A nie wróć, teraz to są wszystko rzeczy mało ważne. Teraz liczy się tylko zielone szaleńswto i zbrojenie (koniecznie nieswojego kraju).

W sobotę pokręciłam z Młodym do innego lasu, bo ten koło domu nam się znudził. Zimno trochę jeszcze na dłuższe rowerowania i pałętanie się po lesie z aparatami, ale wycieczka miła. Młody z daleka wypatrzył sarenki, ale nie wiem, czy zdażył na czas pstryknąć zdjęcie choć z oddali. Po drodze za to wypatrzył jastrzębia, a że ten siadł na płocie przy jakimś domu, to narobił mu zdjęć z daleka z zoomem. Potem jeszcze tropiliśmy bażanta, ale nam nawiał z hałasem. Któregoś dnia Młody upolował sarny pod lasem. Zdjęcia trochę słabe mu wyszły, ale sarny widać w każdym razie. Za jastrzębiami ipustułkami non stop łazi koło domu. Dopiero się uczy wszystkiego, ale ma frajdę z tego sporą, jak widać, co nas bardzo cieszy.

Od wizyty u dietetyczki zaczął więcej jeść. Myśli o tych porach jedzeniowych i non stop przychodzi szukać czegoś po kuchni. Wracając od lekarza wstąpiliśmy też do sklepu i nawybierał sobie rzeczy, które chce popróbować. Za wczasu by się z tego cieszyć, ale wyraźnie widać dobry początek i że porady dietetyczki coś mu dały. Ananasy z puszki mu podeszły i się zajadał. Nie parzyły mu ust jak świeży ananas. Będzie jedzone. 

Dziś robiliśmy eksperymenty z czasem naświetlania, by zrozumiał, co to w zasadzie robi. Siostra mu już teorię wytłumaczyła uprzednio, gdy raz po ciemku światełka u sąsiadów fotografowali. Zadała mu też pierwsze zadania fotograficzne. Z wodą więcej pobawimy się jak się zdziebko ociepli, bo dziś to tak na granicy zera itrochę zimno się przed domem było chlapać hehe. 

Na koniec wrzucę właśnie jego zdjęcia ptaków i nasze eksperymenty dzisiejsze. Zabawa była świetna i śmiechu sporo…

dzięcioł pstry

czapla siwa (to akurat moje zdjęcie)




stary koteł sąsiada

kowalik

mewa

kawka

kocica innego sąsiada

koteł jeszcze innegosąsiada

kokosy ;-)

bambi

ulubieńcy Młodego


gniazdo szerszeni azjatyckich


barany w ciapki

biała czapla


bażant







wywijanie światełkami choinkowymi na baterie



disco latarka 🪩 



7




18 stycznia 2026

Wymienię fiubziu na fiksum dyrdum

 Wymienię fiu-bziu na fiksum-dyrdum. 

Korby dostaję z tymi wszystkimi zajęciami codziennymi połączonymi z gonitwą myśli na każdy temat. 

U nas nawet jak nic się nie dzieje to i tak się dzieje o wiele za dużo. 

Mam dość 

myślenia o wszystkim

nieustannego szukania rozwiązań i nowych pomysłów

sprawdzania nowych dróg prowadzących donikąd lub na manowce

podpierania jednocześnie wszystkich stron walącej się konstrukcji

bycia w kilku miejscach jednocześnie

wysłuchiwania wszystkich

niekończącego się odpowiadania na  pytania co? kto? gdzie? kiedy? po co? dlaczego? jak?

ja nawet nie chcę tego wiedzieć

Jestem zmęczona byciem dla wszystkich

Marzę, by móc być przez chwilę tylko dla siebie.

Ale tak na prawdę dla siebie.

Bo to że ja jestem w domu na zwolnieniu lekarskim ciągle niczego nie zmienia. W domu nie jestem prawie nigdy sama. Nawet jak taki wyjątkowy moment się przytrafi to wtedy albo gotuję, albo myślę co ugotować, albo piekę chleb, albo sprzątam, piorę albo wymyślam jakies nowe rozwiązania, planuję poszczególne kroki...

A czasem jest jeszcze gorzej, bo czasem nie robię nic pożytecznego, ale za to robię wiele nieistotnych, bezsensownych rzeczy, nie po to by się zrelaksować, nie dla przyjemności, ale by zabić myślenie, by nie widzieć, by nie słyszeć, by zagłuszyć emocje i gonitwę myśli, by dołożyć trudne rzeczy, a których nie mam sił nawet myśleć, nie mówiąc o wykonaniu. Bywa, że pół dnia albo cały skroluję instagrama niczego nie widząc albo gram w pasjansa, by nie myśleć, nie widzieć, nie słyszeć, nie żyć...

Takie tygodnie jak ten i poprzednie przypominają mi, że jestem ciągle wrakiem dawnej mnie, że jestem słaba, wyczerpana i ledwie się trzymam kupy.

Z drugiej strony takie dni jak te choć trochę motywują mnie do działania, dodają mi skrzydeł, powodują że wygrzebuję skądś jakieś resztki energii, pomysłów, motywacji i choć przez chwilę mogę znowu czuć się prawie jak dawniej.  Mogę czuć się ważna, zdrowa, silna, coś znaczyć dla bliskich.... choć przez chwilę...

Tyle że jak nagle coś nie idzie zgodnie z planem, coś zawodzi lub po prostu jest zbyt trudne na daną chwilę albo jest za dużo na raz, to spadam od razu głęboko w dół. Dół bezsilności, demotywacji, osłabienia fizycznego... Z byle powodu mogę wpaść w panikę albo w blokadę decyzyjną, tudzież oba na raz.

Ale życie samo się nie przeżyje tak czy owak. Jak nic się nie dzieje, to spoko, ale jak się już zacznie, to trzeba próbować temu sprostać...

Jest coraz trudniej.

W poniedziałek była dobra pogoda, więc pokręciałam rowerem do szpitala na mammografię i echo oraz spotkanie z onkolog. Chyba wszystko dobrze wyszło, bo nic nie gadali. Nie chciało mi się pytać. Nie obchodziło mnie to. Następna wizyta za parę miesięcy...

Powiedziałam onko, że niepokoi mnie to, że często mam bardzo niskie ciśnienie i słaby puls, nieraz zaledwie 40 i że wtedy kiepsko się czuję. Ona odrzekła na to po prostu "przecież miałaś chemię...". 

No miałam, fakt. Nawet się domyślam, że to dlatego, że to stąd biorą się wszystkie moje dzisiejsze problemy zdrowotne. Ba, wydaje się to wręcz oczywiste. Niemniej jednak nie skończyłam medycyny, nawet nie zaczęłam, więc bym chciała, by ktoś mi te jebane 5 minut czasem na jakieś choćby krótkie wyjaśnienie poświęcił, bo ja bym chciała może wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, jak długo coś takiego będzie trwało, czy się będzie poleszać, czy pogarszać, co mogę ewentualnie z tym zrobić, by lepiej mi się funkcjonowało na co dzień, bo może ja bym chciała jakoś normalnie móc żyć, do pracy pójść i takie tam... 

Kurde sam fakt, że operacje i inne terapie usunęły raka z mojego ciała, że to przeżyłam i że żyję to jakby trochę za mało do szczęścia. Kuźwa ja nie mam jeszcze emerytury, by po prostu se powolutku móc żyć z dnia na dzień. Ba, do wieku emerytalnego brakuje mi prawie 20 lat!, a moje dzieci jeszcze nie są samodzielne. Młodemu do dorosłości brakuje jeszcze z 5 lat... A takie traktowanie ze strony lekarzy mówi mi, że powinnam się cieszyć że w ogóle żyję i być im wdzięczną, że mi to nędzne życie uratowali no i nie zadawać głupich pytań, bo oni mają ważniejsze sprawy na głowie... Złości mnie to, dołuje i demotywuje, że lekarze mają mnie w dupie, że bagatelizują albo totalnie olewają to jak się czuję i jakie problemy zgłaszam. 

W ogóle tego nie rozumiem... Z jednej strony każdy oczekuje, że wrócisz do pracy i normalnego życia, z drugiej słyszysz, że musisz dać sobie czas, że musisz odpoczywać, rewalidować się, a z trzeciej nikt przecież życia nie zatrzymał, rachunki same się nie płacą, dom się sam nie ogarnia, z czwartej moje zdrowie jest za słabe, by móc robic, to co robiłam przed rakiem... A ja stoję pośrodku tego wszystkiego i niechuja nie wiem, co począć, jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak znaleźć złoty środek, zrozumienie, akceptację, jak jednocześnie opiekować się sobą i pchać swój wyłądowany problemami wózek do przodu...?

Tak samo, a na pewno podobnie ma się sprawa z dziewczynami. Za bardzo niepełnosprawne by dostać pracę, za zdrowe by nie pracować... A idź pan w chuj!

Byłam z Najstarszą na tej długo (prawie pół roku) wyczekiwanej wizycie w VDAB (biurze pracy) i wróciłam do domu totalnie pusta, wyzuta z emocji, zdołowana. Do tego zmęczona w pierony, bo tym razem musiała się Najstarsza stawić w biurze pracy, pod które regionalnie należymy, a tam nie ma czym się dostać, bo nie ma żadnego połączenia, więc trzeba było kręcić rowerami te 12 km w jedną i 12 km w drugą stronę po cholernych górkach. Po powrocie nawet nie chciało mi się Małżonkowi opowiedzieć, a tylko łapą machnęłam na jego zainteresowanie, ani słowem się nie zająknąwszy. Miałam dość. Ciągle mam.

Parę lat temu w takiej sytuacji po prostu przewróciłabym oczami, powiedziałabym, że chuj im wszystkim na grób, niech spierdalają i zabrałabym się za samodzielne szukanie rozwiązania.

Teraz po prostu czuję się wyczerpana. Wiem, co mam robić, bo już to przerabiałam, ale nie potrafię znaleźć na to sił... Mam już dość tej walki z wiatrakami i kopania się z koniem w postaci skurwiałej biurokracji.

Wiecie po co Najstarsza musiała czekać na tę wizytę. PO NIC! Zmarnowaliśmy 5 miesięcy czasu, by się dowiedzieć, że oni jej wolontariatu nie załatwią, ale może sobie sama załatwić, jak chce (łał dzięki kurwa za pozwolenie) i że najlepiej jak się postara o uznanie niepełnosprawności, bo bez tego nie mogą jej też załatwić pracy w zakładzie pracy chronionej. Dobra, okej, takie są fakty. Ja z tym nie dyskutuję, tylko chciałabym wiedzieć po jaki chuj tamci poprzedni w innym biurze kazali nam czekać na tę wizytę i przekonali, że biuro zacznie nową procedurę, dzięki której Najstarsza będzie mogła dzięki wolontariatowi, który miał się odbywać pod opieką asystenta, czegoś nowego sie nauczyć. Po chuj wprowadzać człowieka w błąd i robić jakieś nadzieje na chujwieco?!

Zajebiście by było jakby w belgijskim systemie oni jakoś ze sobą współdziałali i tymi samymi zasadami i prawami się kierowali a nie że każdy chuj na swój strój...

No i wiecie, Najstarsza ciągle ma mnie, swoją matkę, która jej we wszystkim pomaga, wspiera, załatwia formalności, chodzi na rozmowy, szuka rozwiązań... Ma też Młodszą siostrę, która również ją wspiera w ogarnianiu całej administracji i temu podobnych. Ma też ojczyma, który na nią pracuje i zapewnia jej dach nad głową... Wyobraźcie sobie, że ktoś inny niepełnosoprawny może takich osób nie mieć z takiego czy innego powodu... O wszystko się trzeba dopominać, chodzić od Kajfasza do Annasza i z powrotem, błagać, żebrać, pytać, przekopywać internet...

Jako się rzekło, ja już też zaczynam mieć tego dość. Nie, już mam dość.  Nie mam sił mentalnych na to wszystko.

Teraz musimy złożyć papiery do FOD, co wymaga oblecenia wszystkich specjalistów, zebrania największej liczby dokumentów potwierdzających, że Najstarsza nie jest w stanie sama funkcjonować i sama na siebie zarobić i czekając znowu w nerwach miesiącami liczyć na uznanie jej niepełnosprawności. 

Mnie się nawet nie chce chcieć za to zabierać. Wiem, że muszę i to jak najszybciej, bo już jesteśmy dzięki uprzejmości głupich pomysłom urzędasów prawie pół roku w plecy. A przemielenie wniosku przez FOD trwa miesiącami, rok trzeba liczyć spokojnie.

Dalej będę jej też załatwiać wolontariat. Ciągle rozważam bibliotekę, bo przy oprawianiu książek na pewno świetnie by sobie radziła, ale jednak chyba poczekamy na wiosnę, by mogła pójść do azylu dla ptaków i dzikich zwierząt, bo tam o wiele przydatniejszych rzeczy może sie nauczyć. Nie dla przyszłej pracy, bo to akurat marne szansce, ale dla siebie samej.

Jedno przydatne, co na tej mało wnoszącej wizycie się dowiedziałyśmy, to że wolontariat trzeba zgłosić do RVA za pomocą specjalnego formularza, który można pobrać ze strony interenetowej. Bowiem taki wolontariat urząd mógłby uznac za pracę i zabrać jej zasiłek, no i w ogóle jakieś kłopoty z tym. Choć nie wiem, jaki niby w tym jest sens i logika, skoro pracy dla niej nie mają... No ale dobrze wiedzieć...

Baba powiedziała, że w każdej gminie raz na jakis czas są spotkania z ludźmi z FOD. Po czym sprawdziła i się okazało, że w naszej gminie akurat nie ma, bo jednak nie w każdej tylko w iektórych są takie spotkania. Najwcześniejsze jest w połowie lutego w pobliskim mieście... Za ten czas to pewnie już sama ogarnę co, jak i gdzie bez niczyjej łaski.

Najstarsza wróciła do domu z uczuciem, że chcieli jej się po prostu pozbyć, że z tego, co baba mówił, wybrzmiewało pomiędzy wierszami "nie mamy pracy dla takich jak ty, nie zawracaj nam więcej głowy". Podzielam jej odczucia. Może powodem był fakt, że mieli tam tego dnia urwanie głowy. Nigdy wcześniej nie widziałam tam tylu ludzi. Cyrk jakiś. To pewnie wszyscy ci, którym zabrali zasiłki od stycznia hahaha. Dobrze im tak! Bo ja nadal sobie nie wyobrażam, że ktoś kto uważa się za normalnego, pobiera zasiłek DLA SZUKAJĄCYCH PRACY przez 20 lat! No chyba że ludzie rozumieją to w ten sposób, że to trzeba tylko szukać pracy, a nie chodzi o to, by ją znaleźć. Nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go go go... W mediach mówią, że 1/3 tych, co im zabrali zasiłek teraz stoi w kolejce do pomocy społecznej... No kto by pomyślał, że tak się stanie... co za szok i wielkie odkrycie... Pojebany świat.

W epickim świecie też znowu zawirowania. Wszystko zaczęło się od śniegu, ale o tym było poprzednim razem. W sumie to niepokój kiełkował już jakiś czas, bo przebodźcowanie objawiało się już na różne sposoby, ale dopiero jak Młody poważniej się pochorował, zmotywowało mnie do szybkiego rzeczywistego działania. Zdążyliśmy dosłownie na osatnią chwilę. W czwartek Młody znowu został w domu z rozładowanymi bateriami, ale postanowiliśmy razem udać się na rozmowę z coachem w wirtualu (normalnie miała odbywać się w szkole, ale Młody został w domu, więc poprosił o rozmowę online).

Po wcześniejszej konsultacji z Młodym, zapytałam kołczki, czy może on wrócić do poziomu technikum (choć teraz już się tu to tak nie nazywa), tak jak zaczął. Dalej wyjaśniłam, że tamten poziom nie bez powodu wybraliśmy, a powodem był właśnie autyzm i jego skutki uboczne, czyli szybki stan przebodźcowania, a w dalszej konsekwencji zmęczenie, problemy z koncentracją etc, które utrudniają naukę. Dodałam też, że ja nie wątpię w to, że intelektualnie Młody spokojnie da sobie radę na poziomie liceum, ale po pierwsze jest to trudne ze wzgl na to co powyżej, po wtóre jemu nie chce się zbyt dużo uczyć i ja absolutnie na dzień dzisiejszy nie widzę go na studiach, a co ważniejsze absolutnie tego od niego nie oczekuję. Ważne jest dla mnie i Małżonka natomiast, by ukończył szkołę średnią z dyplomem. Czy będzie chciał pójść do pracy, czy studiować to już jego decyzja.

Coach jak najbardziej była za. Zapytała tylko na jakich poziomach z poszczególnych przedmiotów chce zostać Młody, bo w tej szkole fakt, że ktoś chodzi na niższy kierunek  nie oznacza, że nie może uczyc się na poziomie najwyższym z poszczególnych przedmiotów. Młody upierał sie przez chwilę o najwyższym poziomie "wetenschappen" (biologia, chemia, fizyka...), bo to lubi, ale najwyższy poziom wymaga uczestnictwa we wszytkich wykładach, a dla niego ważny jest ten dzień hybrydowy (nauka w domu), by więcej odpoczywać, ktory będzie możliwy tylko, jeśli obniży poziom wetenschappen choćby o jeden piorunek. Na poziomie technikum wymagany jest 1 piorunek, a Młody chciał 3. Zgodził się jednak w końcu na dwa. Angielski też pozostaje na dwóch, tylko dla francuskiego i matmy wybrał po jednym bo nie chce mu się z tego uczyć.

W tym tygodniu zatem już będzie się uczył na innym kierunku i na innym poziomie oraz będzie miał inny rozkład zajęć i innych niektórych ekspertów (nauczycieli) od poszczególnych przedmiotów. W normalnej szkole chodził by w takiej sytuacji do innej klasy, ale tutaj pozostaje w tej samej  grupie u tego samego coacha, bo grupy nie są podzielone wg kierunków, a utworzone z losowych uczniów jednego stopnia (jeden stopień to dwa roczniki, dwie klasy). Będzie jednak czasem chodził na inne wykłady do innych nauczycieli i inny program będzie realizował.

Czwartek był ostatnim dniem, kiedy dozwolona była zmiana klasy ot tak bez zwoływania rady nauczycielskiej, więc mieliśmy szczęście, że akurat się zdecydowaliśmy.

Fotografia Młodego wciągnęła. Gania z aparatem po ogródku i po lesie. Sporo ciekawych ptaków już udało mu się sfotografować, a zdjęcia wychodzą mu coraz lepsze. W sobotę dopadł też starego kota sąsiedzkiego i najpierw wygłaskał go porządnie, a potem obcykał aparatem. Któregoś dnia wróciwszy z lasu, relacjonował, że jakiś dziadek do niego zagaił i potem długo gadali o różnych zwierzętach... Wybranie fotografi jako tematu FOCUSA w tym roku szkolnym wydaje się bardziej niż trafiony, bo poza tym, że on się czegoś fajnego uczy, to aparat wyciąga go z domu, sprzed kompa na słońce. No, codziennie kręci rowerkiem te 20 km, ale dobrze też w weekend czasem wyleźć na świat. Sam obserwuje, że jak pójdzie do lasu to lepiej mu się potem myśli, sprawniej zapamietuje i rozwiązuje zadania no i lepiej je i pije.

Odwiedziliśmy dietetyczkę. Przyjęła nas w domu, gdzie panuje swojski chaos. Zaraz na początku pochwaliła się że jej dzieci mają autyzm, stąd specjalizacja w dietetyce autystyków. Sama też zapewne jest autystyczna. Nie powiedziała tego, ale to widać na pierwszy rzut oka: sposób mówienia, zadawania pytań, łatwego rozumienia się z znami, no i od razu zauważyła, że datę urodzin Młodego czyta się tak samo od przodu jak od tyłu. 

Pierwsze zadanie zlecony przez dietetyczkę: spróbować ananasa z puszki i startej marchewki. Oraz zaplanować 4 momenty na posiłki dziennie i skrupulatnie ich przestrzegać. Jeśli nie ma chęci na jedzenie, ma się choćby czegoś napić w danej godzinie...

Najważniejsze, że wytłumaczyła prosto, dlaczego on nie wie czasem, co jeść i dlaczego tak ostro reaguje (np demolowaniem pokoju, niszczeniem rzeczy, przeklinaniem, krzyczeniem), gdy nie może sie na nic zdecydować. To wszystko przez inny sposób reagowania i analizowania przez mózg bodźców. U niego, jak i u wielu innych autystyków, głód pojawia się nagle i od razu objawia pełną siłą, gdy u przeciętnego człowieka narasta on powoli stopniowo. Zwykły człowiek robi się coraz bardzej głodny, coraz bardziej i coraz bardziej. U Młodego natomiast są tylko dwa etapy: nie jestem głodny - jestem głodny w chuj. Tak samo szybko jak głód sie pojawia, tak samo szybko przechodzi. Każdemu innemu uczucie głodu też wcześniej czy później mija, gdy nie ma czasu zjeść i pojawi się dopiero w następnej normalnej porze spozywania posiłków. U Młodego głód wybucha pełną siłą, a po minucie czy dwóch znika. Dlatego on ma bardzo mało czasu, ba, praktycznie w ogóle nie ma czasu, na zdecydowanie, co by chciał zjeść w danej chwili. To jest stresujące. Gdy głód wybuchnie, powinien on natychmiast zaczynać jeść. Nie ma czasu, by myśleć nad tym co, nie ma czasu by gotować, nie ma czasu, by długo czekać na takeway, bo za minutę już nie będzie głodny.

Dlatego tak ważne są te konkretne godziny. Gdy będzie wiedział, o której dokładnie ma jeść, może się do tego momentu przygotować, a jedzenie przez jakis czas o tych samych godzinach, spowoduje, że mózg właśnie wtedy będzie wołał jeść, a nie w przypadkowych momentach. Kolejnym krokiem jest przygotowanie się na te momenty, czyli przyszykowanie sobie szamy. Gdyby nie było pod ręką jedzenia, na które ma się ochotę, należy zjeść cokolwiek, choćby ciastko, orzecha, czy choćby się czegoś napić, by zachować schemat i dać mózgowi złudzenie, że dostał szamę. Potem można sobie zjeść w dowolnej chwili lub przy następnej zaplanowanej porze coś konkretniejszego. Jeśli zjadło się coś pomiędzy zaplanowanymi godzinami i nie ma głodu, nadal należy o zaplanowanej godzinie coś zjeść lub się napić.

Wizyta kosztowała 75€. Kolejne będą tańsze. Nie przewiduje się więcej niż 3 wizyty.

Tego dnia znowu zażyłam rowerowania. Pojechałam tak samo jak Młody codziennie jeździ, czyli rowerem na stację, rower do pociągu i znowu rowerem do miejsca docelowego ze stacji. Byłam za wczasu, więc pokręciłam się prawie godzinę po okolicy, bo pogoda była dosyć miła... Fajnie, tylko że mnie to znowu zmęczyło fizycznie za bardzo, bo nałożyło się na te jazdy z poprzednich dni. Jak zauważył słusznie Małżonek, teraz moja regeneracja po większym zmęczeniu nie trwa jak dawniej jedną noc, tylko co najmniej tydzień, więc jak się w następne dni znowu coś męczącego porobi, to zmęczenie się nakłąda na siebie... Wczoraj nic nie robiłam, a dziś  poszłam z Małżonkiem na coniedzielny spacer. On zawsze mierzy kilometry i aż sie go zapytałam, ile żeśmy dziś przeszli i byłam zszokowana jego odpowiedzią, że tylko cztery z hakiem, czyli średni zwykły spacer. Intensywność zmęczenia sugerowała by jednak z 10 km co najmniej... 

To są dla mnie bardzo nieprzyjemne obserwacje i wnioski. Już miałam uczucie i nadzieję, że mi się poprawiło znacznie, jeśli idzie o kondycję, wytrzymałość itd. Ćwiczę już trochę czasu systematycznie i widzę oraz czuję rezultaty. Poprawiła mi się gibkość (do szpagatu brakuje coraz mniej, mostek robię coraz lepszy). Poprawiła się siła - już zrobię nawet 10 zwykłych (w sensie nie babskich, nie na kolanach) pompek, spokojnie robię 100 przeskoków na skakance i nawet mnie stawy po tym nie bolą ani nie czuję się zmęczona na drugi dzień. Często ćwiczę intensywnie dzień po dniu po pół godziny i nie czuję zmęczenia na kolejny dzień, a nawet wprost przeciwnie - czuję się lepiej. Kurde, jeździłam już na dalekie trasy rowerem wcześniej i było git, ale ostatnio miałam trochę przerwy w rowerowaniu, bo tylko tyle co do sklepu kręcę, gdy trzeba, gdyż zimą nie lubię rowerować w tych wszystkich łachach na sobie. Myślałam jednak, że skoro ćwiczę i maszeruję, to przejechanie tych kilkudziesięciu kilometrów w ciągu tygodnia nie bedzie problemem. Co lepsze, podczas rowerowania nie czuję za bardzo zmęczenia. Swobodnie bez wysiłku, zdawało by się, sobie roweruję na lekkim wspomaganiu. Myliłam się jednak i to bardzo: rowerowanie mnie wyczerpało okropnie, a w połączeniu ze złym stanem psychicznym to mieszanina trująca. 

Nie podoba mi się to, bo to mi mówi, że jednak nie dam rady wykonywać żadnej pracy na dłuższę metę, bo znowu skończy się tak samo. Nie wiem już co myśleć i co robić z tym wszystkim...

Na pewno będę więcej rowerować, skoro idzie ku wiośnie, by pracować nad kondycją jeszcze bardziej, Tylko muszę powoli ją budować, kilometr po kilometrze sobie dodawać, a nie od razu do Tour de France startować. To było głupie, ale też nieuniknione, bo tak wyszło z tymi różnymi wizytami, spotkaniami. Co zrobisz? Bok se wyrwiesz?

Niestety to jeszcze nie koniec rowerowania przymusowego na ten miesiąc, bo jeszcze parę wizyt tu i ówdzie stoi w kalendarzu zapisanych, a ja ciągle nie mam szofera z limuzyną...

Mój stan psychiczny jest raczej kiepski i raczej się nie poprawia, a tylko pogarsza z każdym tygodniem. Zasadniczo jest to huśtawka, ale jednak częściej jestem na dole niż na górze. Brak mi energii, nadziei, chęci do robienia czegokolwiek, nawet, a może zwłaszcza wykonywania codziennych obowiązków domowych. Umówienie głupiej wizyty czy wypełnienie jakichś dokumentów, a nawt zamówienie jakiegoś potzrebnego produktu w internecie (nie mówiąc, by po to do sklepu się fatygować) wydaje się często przerażającą barierą nie do pokonania. Odkładam wszystko na potem, na jutro, a potem na popojutrze, na bliżej nieokreślony czas. Najchętniej nie wstawałabym z kanapy całe dnie, nawet jak słońce świeci. Trudno mi się zabrać za cokolwiek, choć próbuję z tym walczyć i zmuszać moją leniwą ciężką dupę do jakiejś roboty. Budzę się w nocy po nic i nie mogę zasnąć z powrotem. Korba totalna.

Jeszcze się łudzę, że z wiosną będzie lepiej, ale to dosyć mglista i słaba ułuda.

Jedyne co mi się udaje na ten czas, to te półgodzinne ćwiczenia fizyczne. W tym widzę sens i satysfakcję, bo czuję efekty, bo to jest coś znanego, zaufanego, coś co robiłam przez większość życia systematycznie i w czym jestem dobra. 

Reszta jest o kant dupy. W pozostałych aspektach jestem obecnie do niczego albo moje działania i starania nie przynoszą żadnych zadowalających efektów. Doszłam do jakiejś ściany i utknęłam, nie mam żadnego ruchu. Tkwię w miejscu, w którym być nie chcę, ale nie mogę stąd uciec ani pójść w inne. 

Nie jestem na tyle silna, by pójść do pracy, ale potrzebuję pracy, by poczuć się lepiej. Potrzebuję pracy, by się przeprowadzic w inne miejsce. Nie wynajmiemy nowego domu nie mając stałej pracy. Potrzebuję się przeprowadzić, by mieć szansę na pracę. Potrzebuję nowego miejsca i nowej pracy, by poczuć sie lepiej i znowu zacząć żyć. No i jak niby mam z tego błędnego koła się wydostać? Myślę o tym non stop dzień i noc i chuja wymyśliłam. 

Potrzebowałam to wszystko opowiedzieć. Nie zrobię się od tego mniej zmęczona, mniej zdołowana ani nawet mniej zła, ale potrzebowałam se ponarzekać.

Zdjęć nie chce mi się dodawać, bo za dużo z tym certolenia. 





10 stycznia 2026

Zima w Belgii jest piekielnie męcząca

    Kurza twarz, parę dni śniegu i ja wysiadam. Weźcie idźcie z tym gównem. Ciągle powtarzam, że nie lubię śniegu, ale powiem to jeszcze raz: NIE LUBIĘ ŚNIEGU! I  będę to powtarzać co roku, jak tylko śnieg tu spadnie, bo...

 nie lubię śniegu :-)

    Nie chodzi tu o śnieg sam w sobie, bo jak widzę, że za oknem robi się biało, czym prędzej lecę tam z aparatem albo przynajmniej z telefonem, by robic zdjęcia, gdyż zimowy krajobraz ma niezaprzeczalnie magiczny urok. Lubię też bałwana ulepić. Jakbym miała koło domu kawałek górki nie zawahałabym się ani sekundy, tylko czym prędzej napchałabym worek sianem albo wytrzasnęła skądsiś sanki i poszłabym wozić dupsko. Nic by mnie nie powstrzymało, bo śnieg ma swoje plusy...

Tyle tylko, że śnieg zwykle nie pada w weekend, kiedy ludzie leżą całe dnie do góry wentylkami i z radością mogą się radować zimowym momentem, a nawet jeśli, to leży potem jeszcze po weekendzie, a przedostawanie się gdziekolwiek po śniegu, lodzie czy błocie pośniegowym to jest już smutna tragedia, szczególnie w takim kraju jak Belgia, który to kraj nie ma dobrego zaplecza do przeciwdziałania urokom zimy.  Spora część ludzi, jeśli nie większość (w tym Małżonek) jeździ tu na letnich oponach, do tego niektórzy nie umieją po śliskim i po śniegu jeździć. Rowerzyści w ciulowe zimowe dni przesiadają sie też na samochody i potem mamy 800km korków (tak było w któryś dzień tego tygodnia, jeśli wierzyć mediom). Autobusy i pociągi przyjeżdżają bardziej opóźnione niż zwykle albo bardziej niż zwykle w ogóle nie przyjeżdżają. 





W poniedziałek Małżonek był w domu, bo jeszcze miał chorobowe, to zawiózł Młodego wraz z rowerem na dworzec. We wtorek Młody pojechał sam rowerem i, jak napisał potem, dojechał do stacji cały upocony, bo warunki były nienajlepsze na ścieżce. Z powrotem było jeszcze gorzej. Pod lasem było oblodzone i wykręciło go z rowerem tak, że znalazł się na ulicy tuż przed nadjeżdżającym, na szczęście dosyć wolno, samochodem. Chodniko-ścieżka biegnie wszak wzdłuż głównej ruchliwej drogi koło samego asfaltu i jest wąziusieńka, a przez śnieg jeszcze bardziej zwężona. Przestraszył się tym, bo niewiele brakło... Cały zdygany do domu przyjechał.

Na drugi dzień wyszliśmy rano przed dom i okazało się, że ładnie posypali solo-piaskiem (czy czym oni tam posypują), asfalt w miarę czysty, więc popedałował raźno na swoim minirowerku. Chwilę później zadzwonił, że wzdłuż głównej drogi nie da się jechać, bo na ścieżce jest jeden lód i to taki zbybrany, nierówny, a tu wiatr 50-60km/h i na prawdę strach takim małym rowerkiem elektrcznym jechać 4 kilosy, zwłaszca po doświadczeniach poprzedniego dnia, gdy prawie zostało się przejechanym...

Poleciał jeszcze z rowerem na przystanek, bo ten rower da się do autobusu od biedy wziąć, ale nie zdążył dobiec, zanim bus odjechał. Nawet jakby zdążył to i tak nie wiadomoo, czy dojechał by na czas by złapać połączenie z pociągiem, bo to jest 5 minut tylko, gdy autobus na czas przyjedzie, a żeby było śmieszniej przystanek jest z drugiej strony torów niż wsiada się do pociągu... Wrócił do domu i upisaliśmy mejl do sekretariatu i coacha, że nie dotrze do szkoły i żeby mu napisali, co ma robić w domu, bo miał tego dnia kilka wykładów (choć też trochę samodzielnej pracy, a to sam sobie planuje i sam realizuje to sam wie). 

Do południa pracował zatem grzecznie przy kompie nad lekcjami. W południe przyszedł, ubrał się i popędził na pole pobyć sobie dzieckiem i podziczeć w śniegu. Takiej zimy nie było tu jak mieszkamy w Belgii te kilkanaście lat. Chwilę później zawołał, że lepi bałwana, więc poszłam mu pomóc i wielkoluda żeśmy stworzyli. Młody orzekł, że to Polnareff z mangi.

dwa bałwany xd





W czwartek miał ważne lekcje i miał zaplanowaną prezentację challenge'u o muzyce nad którym pracował kilka miesięcy, zatem musiał być w szkole i bardzo chciał. Zaproponowałam, by wyszedł z domu o siódmej, wziął autobus na dworzec, z którego jak nie zdąży na pierwszy pociąg, to jeszcze od biedy może pojechać za pół godziny następnym, którym normalnie jeździ. Wtedy co prawda pół godziny się spóźni, jeśli nie bedzie miał ze sobą roweru, bo z dworca do szkoły też potem trzeba jechać autobusem, jak nie ma sie ze sobą roweru, gdyż to kolejne 4 km. 

Wyższa ekwilibrystyka.

Rano zaproponowałam, że zawiozę go swoim rowerem elektrycznym na przystanek autobsowy. Są zalety bycia małym - można jeździć u mamy na bagażniku haha. 

Ślisko trochę było i dla mnie to niezła gimnastyka, by się nie wybombić na asfalt razem z nim i jego ciężkim tornistrem. Daliśmy jednak rady. Autobus miał 2 minuty spóźnienia, więc czas na przesiadkę na pociąg skurczył się do 3 minut. Spoks. 

Zadzwniłam potem do niego i oznajmił, że zdążył na styk przebiec przez tory przed zamknięciem zapór. Uf. W domu wyszukaliśmy autobus, którym można pojechać do szkoły z dworca. Gdy dojechał do miasta, zadzwonił do mnie, że nie ma tam wcale 20 peronu autobusowego, bo jest tylko do 18...

WTF?! Jak może nie być, skoro w apce pokazuje, że autobus z dwudziestego odjeżdża...?! 

Zosatwiając gary na ogniu (bo gotowałam) otwarłam googla i wystukałam nazwę miasta "ME-CHE-LEN" i peron nr 20. Pokazało mi mapę. No faktycznie perony 19 - 21 są w innym miejscu niż większość. 1-3 są jeszcze w innym (tak nawiasem mówiąc). Zadzwoniłam i wytłumaczyłam, gdzie ma szukać tego cholernego peronu dwudziestego...

Znalazł! 

Chwilę później napisał z heheszkami, że pół szkoły tym autobusem jedzie...UF! 

W takich sytuacjach myślę sobie, że trzynastolatki we Flandrii to jednak bardzo dużo odpowiedzialności muszą na siebie brać, czasem może nawet za dużo...? 

A potem myślę sobie, że mam całkiem dzielnego i odważnego syna. Mimo trudów nie poddaje się, tylko walczy z przeciwnościami losu. Matka czy Ojciec czasem trochę pomagają, Duże Siostry tez podają od czasu do czasu pomocną dłoń, ale ogólnie to ten trzynastoletni Epicki Chłopak całkiem nieźle sobie radzi i bardzo samodzielny jest. Dziewczyny też świetnie sobie radziły w tym wieku, mimo że problemy waliły im się co raz całymi wiadrami na głowę. Jestem dumna z moich dzieci. Tak, wiem że to już pisałam 100 razy, ale będę pisać kolejny i kolejny raz, bo moje dzieci zasługują na to, by je chwalić.

Gdy Młody pełen stresu bujał sie pomiędzy autobusami, pociągami i pisaniem do Matki po poradę, Matka próbowała ugotować czym prędzej bigos i wyrobić się z tym przed lekcją niderlandzkiego zaczynającą się o 8.45. A tu jeszcze śniadanie spożyć, pomyć gary, kury wypuścić z dwóch kurników i zanieść wszystkim świeżej wody oraz ziarna, oraz nastawić pranie. Przygotować sobie też laptop, słuchawki i ładowarkę oraz coś do pisania, bo ja to zawsze porozwlekam po całym salonie, że znaleźć nie mogę potem. Normalnie na wszystko mam czas i stały plan, ale w takich okolicznociacg, gdy wszytsko się komplikuje, jest niezły cyrk. 

Udało mi się nastawić bigos, który se pyrkał na małym ogniu całą pierwszą lekcje (choć latałam raz zobaczyć, czy się nic nie jara). Udało mi się zalogować 5 minut przed czasem z kawą w ręku. Byłam z siebie dumna, choć przez pierwsze pół lekcji nie bardzo mój mózg był w stanie skupić sie  na lekcji bo miałam we łbie totalny rozpiździec haha. Po przerwie jednak już poszło gładko...

Niemnej jednak jestem już zmęczona tymi lekcjami niderlandzkiego. Jesienią zapisałam się na dodatkowy kurs z gramatyki, ale po jednej lekcji więcej nań nie poszłam. Jak skończę ten kurs,  BYĆ MOŻE poczytam sobie i pooglądam materiały oraz porobię ćwiczenia, bo wszystko jest na portalu dostępne po zakończeniu kursu jeszcze spory czas. Było nie było 10 ojro za ten kurs zapłaciłam to co będzie się dycha marnować haha. 

Miałam się zapisywać teraz na ostatni poziom, ale na razie muszę sobie znowu przerwę z robić, bo już mi się nie chce uczyć. Starość nie radość. Może po wakacjach będę kontynuować znowu naukę. To już nie to samo, jak człek młody był i wszystko mu z łatwością i wielką chęcią przychodziło. Teraz to tylko metoda małych kroczków i częstego odpoczywania jako tako się sprawdza. 

Wracając do Młodego, bez roweru nie zdążył z powrotem na pociąg, którym zawsze wraca, bo autobusem się nań nie zdąża. Trzeba jechać następnym, co oznacza, że na tutejszym dworcu byłby przed 18, a potem jeszcze musiałby brać autobus do domu albo maszerować 4 czy 5 km na nogach. Tak czy siak do domu dotarłby dopiero koło 19. Tata pojechał po niego na dworzec, więc dotarł parę minut po 18, co i tak było późno, bo potem oczywiscie jeszcze lekcje trzeba odrobić, pouczyć się... 

Nie, bez roweru nie dało by się do tej szkoły jeździć na dłuższą metę. Nie ma na to najmniejszych szans. Dobrze zatem że zima tu rzadko się zdarza, ale i tak nie da się jej lubić za bardzo.

Poza dojazdem miał też inne emocjonujące atrakcje w szkole. 

Jedno zdarzenie było wielce pozytywne, acz bez dwóch zdań emocjonujace bardzo. Opowiadał od razu po powrocie ze śmiechem, że ciało pedagogiczne zarządziło na ten dzień oficjalną bitwę na śnieżki dla wszystkich chętnych. Kto nie chciał uczestniczyć, został w szkole. Reszta poszła na łąkę koło boiska, gdzie urządzili regularną wojnę śniegową, w której nauczyciele oczywiście też brali aktywny udział. O tym zresztą Młody z uznaniem opowiadał już dzień wcześniej, że to pierwsza znana mu szkoła, gdzie nauczyciele nie tylko nie zabraniają bitwy na śnieżki, ale sami w niej aktywnie uczestniczą, bo oczywiście, że przed lekcjami, na przerwie i po lekcjach też się tłukli śnieżkami zaraz jak tylko śnieg spadł. Pomysł z oficjalną zorganizowaną bitwą jawi mi się jednak najlepszy, wszak nie każdy lubi tę zabawę i nie każdy chce w tym uczestniczyć, a w ten sposób tylko chętni mogli się tłuc. Młody brał aktywny udział, bo ma teraz zarąbiste rękawiczki. Kupiłam mu je na Temu za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale okazało się, że nie dość, że są super ciepłe, przyjemne w dotyku (większości dostępnych w sklepach rękawic Młody nie toleruje) to jeszcze nieprzemakalne. Gagatek przyznał, że testował je wkładając ręce do  kałuży i nie przemokły. Jakbym to zobaczyła, to chyba bym mu do majtek nakopała! Ale skoro przetestował i nie przemakają to w sumie mogę rzec, że to niezły pomysł był haha.

Po południu robił prezentację swojego challenge'u o muzyce, nad którym pracował kilka miesięcy. Oznajmił, że poszło mu ogólnie dobrze, ale mogło pójśc lepiej, gdyby się tak bardzo nie denerwował i tak szybko nie mówił. Występy przed grupą są dla niego bardzo stresujące. Choć przed dobrze znaną i lubianą grupą, jak było na szczęście w tym wypadku, są o wiele mniej stresując niż przed randomowymi osobami czy zwykła całą klasą, jak było w poprzedniej szkole. Zbyt szybkie, zbyt ciche/głośne mówienie to nasz rodzinny problem. Ja słyszałam to przez całe życie i do dziś systematycznie słyszę, że za szybko mówię, że powinnam mówić wolniej, bo nie da się mnie zrozumieć. Młody ma to samo... Ech!

Ludziom najwyraźniej się wydaje, że my to celowo z rozmysłem robimy, a już na pewno, że to można kontrolować i że wystarczy chcieć, by zacząć mówić wolniej, głośniej/ciszej. 

Kurwa, tymczasem ja całe życie próbowałam to zmienić, próbowałam nauczyć się to kontrolować i przez blisko pół wieku mi się to nie udało. Czy serio wam się wydaje, że ja na złość moim nauczycielom mówiłam cicho, a potem (do dziś) na złość wszystkim znajomym, kolegom w pracy i  wszystkim ludziom wokół mówię zabyt głośno i zbyt szybko?! No tak, ja tak bardzo nienawidzę ludzi, że ja to specjalnie robię! Młody i Młoda tak samo! No! Tak, tak bardzo nie chcemy być przez innych rozumiani i akceptowani, że specjalnie napierdalamy słowami jak karabin maszynowy, by nikt nas nie rozumiał. 

Ale może to wy za wolno słuchacie? Spróbujcie raz zrobić nam tę przyjemność i postarajcie się słuchać szybciej. Przecież to wystraczy chcieć c'nie...? Chcijcie!

Przez całą szkołę słyszałam od nauczycieli, od rodziców, ciotek, sąsiadów, że mam mówić głośniej i wyraźniej. Zawsze się starałam, by sprostać ich oczekiwaniom. Ćwiczyłam w domu non stop, ciągle mówiłam do siebie na głos. Przed każdą wypowiedzią myślałam tylko o tym, by mówić głośno i wyraźnie. Tak bardzo się na tym skupiałam, że często zapominałam o czym w ogóle mam mówić... Bo to właśnie tak działa, że albo będę przdstawiać co wiem bez myślenia o kontrolowaniu głosu, albo będę kontrolować swój głos i prędkość wypowiadania słów, ale nie będę wstanie myśleć o tym, co mam do powiedzenia. 

Młody ma tak samo. 

Mnie udało się w końcu nauczyć mówić głośniej... 

Odtąd słyszę, że mówię za głośno albo że po co się tak drę, przeciez to samo można ciszej powiedzieć. 

No i tak to jest z oczekiwaniami ludzi, którym nie chce się nawet spróbować drugiego zrozumieć zanim na każdym kroku zaczną go poprawiać i zmuszać do dostosowania się do ich poziomu. 

Ja w końcu, po poczytaniu trochę na temat spektrum autyzmu i temu podobnych problemów, doszłam wraz z Młodą do wniosku, że my nie potrafimy po prostu kontrolować głośności swojego głosu. Młoda ma oficjalnie stwierdzoną dysprakcję, której jednym z objawów jest właśnie brak kontroli nad własnym głosem, a może nie tyle kontroli (choć też)  co świadomości tego jak głośno brzmi dla innych nasz głos. Ludzie mówili, że mówię zbyt cicho, więc w koncu po latach ćwiczenia i zmuszania się do głośniejszego mówienia, udało mi się zacząć mówić głośniej, ale wtedy okazało się znowu, że to jest zbyt głośno. Ja nie mam dyspraksji, ale ten problem może być ogólnym problemem typowym dla autyzmu, co nie znaczy że w całym spektrum wystąpi (wprost przeciwnie, wszkak to SPEKTRUM obajwów). No i Młody ma też ten problem... 

Znalazłam już przychodnię dla autystyków w okolicach szkoły Młodego. Zapisałam go na razie do dietetyczki od autyzmu, która - jak się okazało - przyjmuje też w domu, a mieszka niedaleko szkoły, więc Młody pójdzie tam, a nie do przychodni. Logopeda jest następny w kolejce, może akurat coś by pomógł lub choć jakieś sensowne wyjaśnienie dał, czy wskazówki. 

W piątek rano Epicki wstał, przyodział się i ...zaległ na kanapie oznajmiając, że jest strasznie zmęczony, co zresztą było widać gołym okiem: blady jak dupa anioła, oczy błyszczące i zaczerwienione, no ogólnie takie lelum-polelum i dętka do kwadratu. Poprosił bym mu zrobiła herbaty i podgrzała burgera z poprzedniego dnia. Zwykle pierwsze co on robi po powstaniu to przyszykowanie sobie matchy z mlekiem. Zwykle też razczej nic nie je. Tego dnia najwyraźniej nie miał siły na nic. Zrobiłam mu tej herbatki. Wypił, ugryzł dwa razy burgera i zapytał, czy nie może zostać w domu, bo nie da rady chyba iść do szkoły...

Wysłaliśmy zatem mejla do sekretariatu, że jest chory. Młody powiedział, że w takim razie wraca do łóżka. Poszedł i tyle go widzieli...

 Nawet myślałam, że gra czy coś, ale jak poszłam do niego po 16-tej zobaczyć, to on ciągle był w łóżku.

 Przespał dosłownie cały dzień!

Takie oto właśnie są rezultaty przebodźcowania i nadmiaru emocji u takich ludzików jak Młody. Wieczorem jeszcze był słaby, ale czuł się już lepiej. 

Dziś już wrócił do żywych. Nawet zdążył się wreszcie umówić z dawnym klasowym kumplem... a raczej z jego mamą (tylko przez kumpla się z nią umawiał) na odwiedziny u dzidziusia. Przerabiają bowiem na biologii rozwój dziecka i mają na zadanie zorganizować jakąś aktywność dla bejbika, dzięki której będą stymulować oraz obserwować, a potem opisywać jakiś element rozwoju niemowlaka. Każdy dostał czas na ewentualne znalezienie dzidziusia w swoim otoczeniu i przygotowanie jakiejś zabawy. W razie jakby ktoś nie miał małego smerfa w swoim otoczeniu, zaproszono też dzidziusie do szkoły. Młody jednak woli nie przeprowadzać zajęć przed całą grupą. Na szczęście przypomiało mu się, że nie dawno koledze chyba mały braciszek albo siostrzyczka się urodziła, więc napisał do niego i się zapytał, a gdy tamten potwierdził, poprosił go o zapytanie mamy, czy mógłby przyjść się z nim pobawić. Mama się zgodziła... Młody będzie puszczał bańki mydlane. Ciekawa jestem rezultatu tego eksperymentu. Młody lubi małe dzieci więc cieszy się na tę zabawę i też jest ciekawy reakcji. Poza tym na pewno z radością pogada z kolegą.

Ja w końcu otrzymałam zaproszenie, czy raczej wezwanie (bo wstawiennictwo jest obowiazkowe) do koordynatora-powrotu-do-pracy, o które nie-pamiętam-już-kiedy poprosiłam swój fundusz zdrowia. Spoko, tylko znowu będę musieć jakoś się dostać na to brukselskie zadupie, gdzie psy dupami szczekają. Ostatnio jeździłam tam skuterem, bo to było najłatwiejsze rozwiązanie, ale skutera nie mam teraz, znowu trzeba się tłuc tam pociągami i autobusami, co wymaga pół dnia... Nic to. Sama tego chciałam, to nie ma teraz co jojczyć. Tyle, że ja juz nie pamiętam, o co ja się chciałam zapytać tak w ogóle... 

Najpierw jednak muszę pójść na mammografię i echo klaty, co jest  teraz trochę stresujące. 

Kiedyś zrobiliśmy z Młodym ciekawy eksperyment. Tyle, że trochę późno sobie o nim przypomnieliśðmy i już ciemno było, co utrudniło obserwację. Obserwowaliśmy czy bańki mydlane zamarzną. Zamarzały i robiły się na nich wzorki mrozowe, a potem pękały i zostawały przez chwilę z cudacznych kształty.

zamrożone 🫧 bańki







zawierucha








kowalik














Chica












Wanda


Balbina


6 stycznia 2026

Kawa i ja

 Czyszcząc ostatnio nasz ekspes do kawy zebrałam się za kawowe refleksje, które czym prędzej postanowiłam przestukać na bloga.

Kawa w moim życiu

Pierwszy raz mama zaproponowała mi kawę, gdy byłam gdzieś w ostanich klasach podstawówki. Nie wiem, czy to siódma czy ósma klasa była, ale pamiętam to satysfakcjonujące uczucie. Oto otwarły się kolejne drzwi do dorosłości. Mogłam napić się prawdziwej kawy. Matka uznała, że jestem wystarczająco dorosła, by dopóścić mnie do kawowego rytuału.

Wtedy piło się kawę w szklankach wetkniętych do aluminiowego uchwytu. O ile mnie pamięć nie myli, to kawę wtedy w ziarnach się kupowało i mieliło w domu. Znalazłam w necie zdjęcie młynka takiego jak nasz :-). Mieliliśmy też w nim cukier, by cukier puder zrobić... Gdy o tym piszę, przypomina mi się kupny cukier puder. Prawie zawsze był skamieniały i te bryły trzeba było młotkiem rozbijać, by dodać do ciasta, a ciasto ucierało się wtenczas w makutrze drewnianą pałką... 

taki młynek mieliśmy (zdj. z internetu)

Kawa świeżo zmielona pachniała wyśmienicie. Wsypywało się łyżeczkę czy dwie zmielonych ziaren do tej szklanki i zalewało wrzątkiem.... 

Ale czekaj, wróć, zacząć by wypadało chyba od tego, że kupienie kawy w czasach mojego dzieciństwa graniczyło z cudem... Z cukrem nie lepiej. I wszystko było na kartki. Ależ to były dziwne czasy!

Zanim nadszedł ten dzień, w którym dostąpiłam pierwszy raz zaszczytu zaparzenia sobie kawy, zjadałam systematycznie fusy z kawy. Co prawie zawsze miało miejsce, gdy rodzice mieli gości. Zdarzało mi się też rozgryzać ziarna kawy. Mówili wtedy, że takie fusy są bardzo niezdrowe. Co z tego, gdy dobrze smakowały, a nie mieliśmy wtedy wszak za dużo  rarytasów.

Jako dzieci piliśmy też sporo kawy Inki i kawy zborzowej Anatol. Do dziś obie lubię, ale nie aż tak bardzo, jak dawniej, gdy nawet takie kawy nie zawsze w domu były. Bo nic nie było.

Kawa zbożowa kojarzy mi się z domem babci i prababci. One parzyły zawsze cały garnek zbożówki rano, by była na cały dzień.  W drugim  rondlu zawsze stało przegotowane mleko. Gdy przychodziłam do nich w odwiedziny, mogłam czasem dostać kubek takiej kawy, a bywało że i korzuch z mleka mi się dostał, co było dla mnie nie lada przysmakiem.

Odkąd pierwszą kawę prawdziwą wypiłam, mogłam w każdy weekend raczyć się tym zacnym napojem, a z czasem zaczęłam kawę pić codziennie, a nawet i kilka razy dziennie, choć zbyt dużo nigdy nie piłam, bo miało to skutki uboczne - ręce mi się trzęsły. Nasza psorka od fizyki z liceum mówiła na tą okoliczność, że dostaje się "hercotłuku". Gdy napiłam się kawy późnym popołudniem, nie mogłam z kolei zasnąć.

Piło się kawę czystą czarną albo ze śmietaną czy mlekiem. Najczęściej jednak z gęstą tłustą świeżą śmietaną zebraną z mleka, bo tego ci u nas raczej za często nie brakowało. Mieliśmy wszak przynajmniej dwie krowy, a pamiętam czasy, że i cztery było... 

Dalej pamiętam pojawienie się kawy, rozpuszczalnej i cappucino. To było chyba gdzieś w czasach mojego liceum, ale ręki bym se za to uciąć nie dała. Mój mózg nie jest bowiem dobry w ogarnianiu czasu. Ależ to był szał. Te capuczina smakowe z Mokate. Uwielbiałam je. Odkryłam, że najlepiej smakowały zalewane gotowanym mlekiem. Mmm. 

Teraz Młoda kupuje czasem w polaku takie jednorazówki z mokate, ale to już nie to samo. Znaczy produkt pewnie smakuje podobnie, ale to już nie te czasy. Teraz mamy cuda niewidy, od czego w dupach nam się trochę przewraca, więc już byle czym naszych kubków smakowych nie uradujemy. Z drugiej strony, myślę też, że z wiekiem nasze smaki się bardzo zmieniają i to nie jest tylko kwestia posiadania lepszych rzeczy czy większego wyboru. Wszak obserwuję te zmiany nawet na krótkiej przestrzeni czasowej. W jednym miesiącu przykładowo zajadam się namiętnie żelkami, w drugi przerzucam się na czekoladę, a na żelki nie spojrzę, by po pół roku w ogóle czuć obrzydzenie na widok słodkich rzeczy, a wpierniczać tylko chipsy. Z napojami to samo - raz mam smak na to, innym razem na co innego.

A wracając do kawy, to na tej płaszczyźnie wielkiej zmiany dostarczyła nam emigracja. Jak dziś pamiętam, jak zaprosiliśmy raz Polkę, którą poznaliśmy zaraz na początku naszego tu pobytu przez dyrektorkę szkoły. Obie panie śpiewały w tutejszym chórze, stąd się znały. Pani Polka była w wieku naszych rodziców i mieszkała już wtedy - jak mówiła - w Belgii od jakichś 40 lat, więc była bardziej Belgijką niż Polką, a jej mąż jest rodowitym Belgiem. Zaproponowaliśmy wtedy naszej nowej znajomej kawę i ona powiedziała, że jeśli mamy rozpuszczalną, to się ewentualnie napije, bo takiej zalewajki, jaką się w Polsce pija i jaką zapewne też pijamy, to ona już by nie wypiła, bo za bardzo przyzwyczaiła się do kawy z maszyny...

Przyznaję bez bicia, iż pomyślałam wtedy, że bez przesady, jak można znielubić tak dobrą kawę...?

Dziś wiem jednak, o czym ona mówiła. Dziś sama nie wyobrażam sobie picia zalewajki. Pewnie, gdyby mi ktoś zaserwował, to bym wypiła, ale wiem, że by mi w ogóle nie smakowała. Gdy raz wypijesz dobrą kawę z ekspresu, raczej niechętnie wrócisz do zalewajki... Choć nie, wróć. Małżonek właśnie sobie kupił mieloną kawę i zaczął parzyć sobie zalewajkę po staremu. Dziwny to człek haha ;-)

Tutaj znanych nam z Polski zalewajek się nie pije, ale wiele starszych osób pija zalewajki tylko że filtrowane. Kupuje się papierowe filtry i specjalny lejek do którego się wkłada filter, a lejek ustawia się na kubeczku czy filiżance i nasypawszy doń mielonej kawy, przelewa się przez to wrzątek. Używaliśmy nawet tej metody przez jakąś chwilę, gdy podpatrzyłam to rozwiązanie u jednej z moich dawnych babciowatych klientek. Są nawet takie gotowe jednorazowe kawy we filtrach, że wystarczy odpakować i wlać wrzątek. Też u jakichs klientów pijałam.

Takie kawy smakują jednak podobnie jak polskie zalewajki. Szału nie ma.

Jakiś czas mieliśmy eksperes przelewowy, ale kawa nam z tego nie smakowała. Do dziś gdzieś tam na strychu chyba to ustrojstwo stoi. Potem kupiliśy wynalzek Senseo. Nasz pierwszy eksperes ciśnieniowy, który parzył kawę ze specjalych saszetek. To była batdzo dobra kawa i długo korzystaliśmy z tego wynalazku. Jednak jak któregoś dnia odmówił posłuszeństwa, kupiłam mini ekspresik z Dolce Gusto, który - jakże by naczej - również podpatrzyłam i przetestowałam u klientów. Aktualnie mamy już drugi z kolei, jeszcze mniejszy niż poprzedni, ale równie dobry. Marzy mi się tam gdzieś po cichu taki duży, wypasiony, który sam mieli ziarna kawy i który serwuje różne gatunki kawy, nawet z mlekiem. Jednakowoż po pierwsze nie mamy miejsca na duża maszynę, a po drugie jesteśmy zadowoleni z naszego maleństwa. Nie jesteśmy wszak jakimis tam wielkimi kawoszami. Lubię kawę, owszem. Pijam z krótkimi przerwami bezkawowymi każdego dnia: lungo, czasem z dodatkiem mleka, czy niemleka albo czarną,  latte, czasem z dodatkiem jeszcze kokosowego mleka czy polskiej kapucziny smakowej. Najwięcej to my jednak pijamy herbat i herbatek.

O herbacie może jednak innym razem...

A z czym Tobie kawa się kojarzy i jakie wspomnienia budzi?



zdj. z internetu

zdj. z internetu

zdj. z internetu


1 stycznia 2026

Podsumowanie 2025

Rok się zakończył więc podsumuję sobie wszystkie dobre rzeczy, które przez 12 miesięcy się zdarzyły.

Zakupiłam 2 rowery elektryczne, które ułatwiają życie mnie, córce, a przede wszystkim synowi, który pokonuje codziennie blisko 20 km na rowerze na trasie dom szkoła. 

Odebrałam w tym roku dwie ostatnie dawki Zomety i poddałam się usunięciu portu dożylnego, co zakończyło kolejny etap zdrowienia po raku.

Zakończyłam kolejną trudną próbę odnalezienia się na rynku do pracy. Chociaż świetlica okazała się za trudna, to jednak warto było zdobyć nowe umiejętności i wiedzę, a przede wszystkim dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej uświadamiając sobie, że nowa ja nie jest mną sprzed raka.

Cały rok odkrywałam swoją nową porakową siebie i uczyłam się na nowo myśleć i żyć. To był rok wielu refleksji, wielu frustracji, walki ze sobą i zawierania ze sobą pokoju. Kolejny rok zdrowienia po raku i poznawania siebie.

Kupiłam sobie garnek do pieczenia chleba i inne akcesoria i korzystając z przydługawego zwolnienia lekaeskiego i bycia w domu, nauczyłam się i  zaczęłam systematycznie piec chleb na zakwasie, co dało mi wiele satysfakcji.

Młody uratował życie swojej byłej klasowej koleżance, która wzięła garść tabletek..

Młody zmienił szkołę na alternatywną i jest bardzo zadowolony.

Najstarsza odbyła półroczny staż w "zieleni", dzięki czemu zdobyła wiele nowego doświadzcenia i dodała kolejny punkt do cv.

Najstarsza otrzymała diagnozę (Zespół Turnera), która wreszcie wyjaśniła a zarazem usprawiedliwiła większość jej problemów zdrowotnych. W raz z diagnozą pojawiły się też wytyczne co do tego, jak dbać o zdrowie, jakie kontrole systematycznie przechodzić, by uniknąć lub zminimalizować ryzyko albo przynajmniej na czas wykryć kolejne poważne problemy zdrowotne związane z tą chorobą genetyczną. 

Adoptowaliśmy 3 kury i udało nam się wykurować naszą kurkę Riko.

wrzosowisko


Rok 2025 turystycznie

Odbyłam też całkiem sporo wycieczek po kraju, bo bliższej o daleszej okolicy. Czasem sama, czasem w towarzystwie najbliższych. Wypunktuję je tutaj:

1. W towarzystwie Syna zwiedziłam niedokończony hotel w parku Vrijbroekpark w Mechelen.

2. Jak co roku byliśmy też latem na plaży w Ostendzie, by się poopalać i popływać.

3. Obejrzeliśmy wystawę wśród żonkili w sąsiedniej gminie.

4. Kilka razy owiedziliśmy Antwerpię, spacerując po parkach, pijąc drinki i kawę w fajnych kawiarniach i barach, zwiedzając muzeum MAS.

5. Kilka razy odwiedzałam Brukselę turystycznie. Z Synem zwiedziłam muzeum w ratuszu i Muzeum Kanalizacji, z córką obejrzałam ponownie Muzeum Historii Naturalnej, sama zwiedziłam podziemne muzeum Pałacu Coudenberg i Muzem Instrumentów.

6. W towarzystwie syna zwiedziłam muzeum miejskie w Dendermonde i obfotografowałam parki.

7. Wiosną byliśmy we we czwórkę w Ogrodzie Japońskim w Hasselt.

8. Wraz z dziećmi wybrałam się też na zorganizowany siedmiokilometrowy marsz w naszej gminie, podczas którego obejrzeliśmy dwa piękne zamki, które nie są zwyczajnie dostępne do zwiedzania.

9. Z córką wybrałam się do walonii do Lessen gdzie zwiedziłyśmy ogromne i fascynujące muzeum szpitalne Hospital Notre Dame a la Rose.

10. Sama odwiedziłam ponownie Gandawę, gdzie wybrałam się do dwóch muzeów: Muzeum Uniwersyteckiego GUM oraz muzeum opactwa.

11. Odwiedzilam też byłą sąsiadkę w Charleroi przy okazji zwiedzając to ponure miasteczko.

12. W maju z okazji moich urodzin wybrałam się z dziećmi do De Panne, gdzie jeden dzień spędziliśmy w parku rozrywki Plopsaland, a drugi na plaży.

13. Na początku lata wybrałam się na krótką przejażdżę starą ciuchcią parową w Baasrode wracając myślami do czasów dzieciństwa.

14. W towarzystwie syna wybrałam się na naszych rowerach elektrycznych do Ogrodu Botanicznego w Meise.

15. Wraz z córką wybrałam sie w tym roku na regaty wannowe do Dinant, gdzie poza tym odbyłyśmy też krótki marsz po górkach dinanckich.

16. Pod koniec lata pojechałam w towarzystwie dzieci do belgijsko-holenderskiego Parku Kalmhoutse Heide, gdzie przemaszerowaliśmy ok 9km i podziwialiśmy wrzosy.

17. Byłam też z córką w Brugii na imprzeie kulturalnej, gdzie obserwowałyśmy linoskoczka maszerującego nad dachami po linie, potem wielkiego mechaniczneo pająka, w wcześniej zwiedziłyśmy jedno z miejskich muzeów.

18. Owiedziliśmy też ponownie Pairi Daiza, najpiękniejsze zoo w Europie.

19. Dwa dni spędziłam też z dziećmi w okolicach Rochefort, gdzie jeden dzień poszliśmy na safari w Domaine des Grottes de Han, a drugiego dnia maszerowaliśmy po okolicznych górkach.

20. Z córką byłam na koncercie szantowym w Antwerpii, a innym razem rodzinnie poszliśmy na koncert Kultu do Brukseli.

21. Poza tym odbyłam wiele marszów po okolicy z Małżonkiem, z dziećmi i sama. Trochę też rowerowałam za każdym razem coś ładnego odkrywając.


Rok 2025 czytelniczo

Na początku roku czytanie szło mi opornie, ale powoli coś tam od czasu do czasu kartkowałam. W czasie letnim udało mi się kilka tytułów przeczytać. Późną jesienią nagle powróciła radość i chęć czytania, więc trochę poprawiłam swoje statystki czytelnicze. Więcej udało mi się przeczytać po niderlandzku niż po polsku, choć mam spore zapasy książkowe w ojczystym.


większa część tegorocznych lektur


Po niderlandzku

  1. Beter worden is niet voor watjes
  2. Dasha Kiper - Als het elke dag zondag is
  3. Inge Verbrugen - Noodkreet
  4. Arnold Van De Laar - Onder het mes
  5. David Walton - De plaag
  6. Franck Thilliez - Zwanenzang
  7. Jo Claes - Een tragisch verhaal
  8. Fleur Pierets - Julian (e-book)
  9. Lore T. en Frauke Joossen - Sterke meisjes huilen niet
  10. Suzanne Vermeer - Zomertijd
  11. Helen Vreeswijk - Ontvoerd
  12. Oliver Sacks - Musicofilia. Verhalen over muziek en het brein
  13. Philipp Vandenberg - Het graf van Campo Santo
  14. Martin Pistorius - Ghost boy


Po polsku
  1.  Ryszard Kapuściński - Imperium
  2. Zespół Turnera. Głosy i doświadczenia.
  3. Konrad Malec - Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
  4. Lars Chittka - Pszczoły. Krótki lot w głąb niezwykłych umysłów
  5. Leah Hazard - Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu
  6. Grażyna Plebanek - Bruksela
  7. Tulia Topa - Jak rozbiłam szkło (e-book)
  8. Lars Berge - Dobry wilk
  9. Stephen Seager - Psychopaci
  10. Babilon. Kryminalna historia kościoła